- Opowiadanie: ac - Pan Blue, Pan Night i Excel

Pan Blue, Pan Night i Excel

Dziękuję Tarninie za ogrom pracy i cenne uwagi, które sprawiły, że to opowiadanie jest pod każdym względem lepsze. Twoja pomoc była nieoceniona. :)

Prezentuję Wam kolejne z serii opowiadań, które traktuję jako wprawki, czy ćwiczenia. Próbowałem tutaj kilku nowych dla mnie zabiegów i jestem ciekaw, jak zawsze, Waszych uwag i podpowiedzi, co mogłem zrobić lepiej.

Poniżej znajdziecie historię nauczyciela, który w wyniku (a jakże!) różnych wypadków stanie się naocznym świadkiem, a nawet uczestnikiem, ratowania świata. Lekka konwencja pod koniec nieco odparowała, ale mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. :)

Enjoy!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pan Blue, Pan Night i Excel

I

Running down the avenue

See how the sun shines brightly

In the city on the streets

Where once was pity

Mr. Blue Sky is living here today

 

Proszę, nie mów tego. Proszę. Nie odzywaj się, nie zadawaj pytania. Nie burz iluzji budowanej od lat. Nie niszcz, nie obracaj w proch dni, tygodni i miesięcy poświęconych dla ciebie. Miej litość. Kimkolwiek jesteś, wysłuchaj mnie. Niech nastanie chwila, w której moja dusza będzie wolna…

Wiedział, że nikt nie słuchał. Albo słuchał, ale miał to w nosie.

– A będzie poprawa?

Niemal usłyszał, jak jego wrażliwe ja roztrzaskało się na tysiąc kawałeczków. Na zewnątrz miał tylko martwą, kamienną twarz. Wewnętrzny lament przeszedł w szloch.

Zawsze to samo. Pierwszy semestr śmiechy, chichy, a potem płacz.

Do ciężkiej cholery, Rudzki, a z czego właśnie dostałeś pałę, piątą zresztą? A mamy dopiero marzec! Jakim cudem, chłopcze, zamierzasz zdać do następnej klasy?! Czy ci nie wstyd? Jacy rodzice pozwalają na coś takiego? Ile siedziałeś nad trygonometrią? Ile czasu poświęciłeś na rachunek prawdopodobieństwa? Przecież widzę. Ani minuty, ani sekundy. Zero. Okrągłe, piękne, puste zero. Nie zmarnowałeś nawet chwili, by…

– Kolejna? – zapytał tylko Mateusz.

– Noo… tak? – odpowiedział pytaniem Piotrek Rudzki. Uśmiechnął się przy tym nieśmiało, a Mateusz poczuł, że krew go zalewa. Jeszcze chwila i cała klasa utonie w wielkiej, kipiącej fali żółci.

– Nie, Piotrze – odparł, kładąc przed uczniem kartkę papieru, na której znakomita większość zapisanych liter i cyfr składała się na polecenia zadań. – Nie będzie kolejnej poprawy. Obawiam się też, że będę musiał spotkać się z twoimi rodzicami.

– Nie! – jęknął chłopak, łapiąc się za głowę. – Oni naprawdę nie mają czasu na takie rzeczy, panie psorze!

– Tak jak i ty na naukę – powiedział Mateusz, na co klasa zareagowała cichym rechotem. – Niestety, jeżeli chcesz opuścić któregoś dnia tę szanowną placówkę, musicie ten czas znaleźć.

Odwrócił się na pięcie, choć nie umknęło mu spojrzenie pełne rozpaczy i nienawiści. Cóż, rzadko spotykał się z bardziej życzliwymi reakcjami niż tolerancja. Toteż nie przejął się tym zupełnie i podszedł do tablicy.

– Pojęcie ciągu liczbowego i jego monotoniczność – powiedział głośno, zapisując temat. – Proszę o ciszę! Radzę zwrócić szczególną uwagę, bo na każdej maturze jest przynajmniej jedno zadanie z ciągami, nie mylić ze ściągami. Patrząc jednak na wyniki ostatniej klasówki z ułamków algebraicznych, na waszym miejscu martwiłbym się o przejście do następnej klasy a nie o maturę.

Klasa zareagowała na nowy rozdział jak każda klasa na świecie. Pierwsze ławki otworzyły zeszyty i w skupieniu skrobały temat. Środek klasy wypełniały osoby umiarkowanie zainteresowane zarówno matematyką, jak i swoją przyszłością. Natomiast pod ścianą siedziała sama śmietanka. Szepty, śmiechy lub ostentacyjna ignorancja były wszystkim, co nauczyciel mógł tam znaleźć.

No i ostatnia ławka pod oknem. Esencja złej woli i lenistwa. Niedbalstwo, tępota i działanie na własną szkodę. Rudzki i jego koleżka.

Mateusz uśmiechnął się do własnych myśli. Rudzki i jego pół mózgu kiedyś tę szkołę opuszczą, w ten czy inny sposób. A taki choćby wzór na ciąg geometryczny będzie trwał niezmienny i będzie tak samo niezawodny jak zawsze.

 

*

 

Gdy dzwonek zadźwięczał piętnaście po drugiej, Mateusz kończył ostatnią lekcję z gimnazjalną trzecią „be”. Nie była to grupa tytanów intelektu, ale uznawał ich za całkiem sympatyczne dzieciaki, z których część na pewno miała szanse wyrwać się z tej mieściny na krańcu świata. No i nie mieli żadnego Rudzkiego.

Krztyniec Podlaski nie był może dziurą zabitą dechami, ale jeżeli ktoś chciał tu zostać, musiał wszelkie ambicje schować głęboko w kieszeń. No chyba że jego życiowym celem było zostać sprzedawcą w spożywczaku, albo stawiać czoła naporowi klientek w salonie fryzjerskim przed Bożym Ciałem.

Ale Mateusz Krztyniec lubił. Tutaj się urodził, wychował i mieszkał, z pięcioletnią przerwą na studia w Lublinie. Szybko wrócił, bo i czego w Lublinie szukać? A w Krztyńcu to są rozrywki. I szpital jest, w końcu Mateusz musiał się gdzieś urodzić. Urząd pracy jest, dwa zespoły szkół, z czego jeden ma nawet liceum ogólnokształcące, które przyjęło w swoje progi młodego, pełnego zapału belfra, jakim w owym czasie był. Opuszczony kompleks zakładów chemicznych też w Krztyńcu jest, który każdy szanujący się młody obywatel tej cudnej mieściny musiał choć raz zwiedzić. A jak naprawdę chciało się być kimś, to wypadało chociaż kostkę skręcić, skacząc z dachu na betonową posadzkę starych zakładowych budynków.

Nie można zapominać, że na łące, na której Mateusz zdobywał pierwsze piłkarskie szlify, raz do roku rozstawiał się cyrk. I to taki z prawdziwego zdarzenia, żaden podrabianiec. I słonie były, i klauni, których Mateusz nie lubił, ale wcale się nie bał. Raz nawet był lew.

Ale kiedy Mateusz poszedł na studia, łąkę kupił deweloper, postawił blok mieszkalny i tyle cyrk widzieli. Znaczy widzieli, ale w telewizji i urzędzie miasta, ale to już nie to samo.

Zawodówki są i technika, gdzie pod daszkami uczniowie palą papierosy lub zaczepiają przechodniów. Czasem jedno i drugie, zdolne dzieci, wielozadaniowe. Do czasu, aż ktoś powie ich rodzicom, wtedy chodzą jak w zegarku z bazaru. Przynajmniej parę dni. Czyli zupełnie jak w zegarku z bazaru.

Gdy dzwonek ucichł, Mateusz porwał z oparcia sztruksową marynarkę i sięgnął po torbę. W Krztyńcu miał, czego potrzebował. Pierogi miał na przykład. I to takie domowe, a nie żadne sklepowe, bez smaku i zapachu. A mamine pierogi zawsze pachną domem i smakują dzieciństwem.

Wychodząc na parking, zmrużył oczy pod pierwszymi wiosennymi promieniami słońca. Wiatr nadal kąsał po kostkach i uszach, ale widok złotej tarczy pomiędzy obłokami ogrzewał serce. Niebo było obłędnie błękitne. Mateusz z uśmiechem podszedł do wysłużonego audi A3, które kupił na kredyt i ze wsparciem mamy. Nie tylko emocjonalnym.

– Hej! Mateusz! – Usłyszał za sobą, gdy wsuwał kluczyk w zamek.

I oto najważniejsza z atrakcji małej podlaskiej miejscowości. Powód westchnień i powrotów.

Ania Maj. Dwadzieścia osiem lat, metr sześćdziesiąt siedem wzrostu, wagę pomijamy, bo nie wypada, ale warto wspomnieć, że była w sam raz. Nauczycielka angielskiego, która razem z Mateuszem do Lublina wyjechała i razem z nim wróciła. Choć w tym przypadku razem znaczy tyle, co w tym samym czasie. Bo choć chodzili do jednej szkoły, a jeśli zsumować podstawówkę, gimnazjum i liceum, wychodzi, było nie było, dwanaście lat. Przez cały ten czas Mateusz zdobył się najwyżej na ciche westchnienia pod adresem Ani. A i to tylko kiedy nie patrzyła.

Studiowali na różnych wydziałach, więc nie doliczał tego czasu do wspólnej edukacji. A byłoby już tego siedemnaście lat. Kupa czasu, by nawiązać znajomość, przyjaźń, a może nawet się zakochać i związać, kupić pierścionek, może już nawet wózek? Albo dwa?

– Pamiętasz, że pojutrze omawiamy budżet z radą rodziców? – Kasztanowe loki falowały łagodnie na wietrze. W błękitnych oczach tańczyły wesołe iskierki. Usta, w które mógłby się wpatrywać noc i dzień, poruszały się, ale słowa docierały do umysły Mateusza z opóźnieniem godnym lokalnego autobusu PKS.

– Pamiętam – odparł i ze smutkiem pożegnał własne myśli, wracając do rzeczywistości. Pierścionek, przyjaźń, wesołe iskierki oraz małe kartofelki o pulchnych buziach i włoskach barwy dojrzałego kasztana odjechały w dziecięcych wózeczkach. – Jasne, że pamiętam.

– Świetnie. To do jutra! – powiedziała, szeroko uśmiechnięta, i pomachała mu.

Odprowadził ją wzrokiem do samochodu. Tyle lat wspólnego życia i ani jednej wspólnej chwili. Poza tymi w szkole, już po drugiej stronie klasówki. Pewnego dnia zaprosi Anię. Nie wiedział dokąd, bo w Krztyńcu nie było kawiarni, co najwyżej budka z lodami i mała knajpka przy dworcu, ale tam serwowali tylko hot dogi i colę w puszce.

Trzaśnięcie drzwiami wyrwało go ze snucia planów. A to naprawdę wychodziło świetnie. Same plany były, co najwyżej przeciętne, ale tworzył je doskonale. Bordowy miejski suv Ani odjechał, a opony zachrzęściły na asfalcie.

Westchnął, jak to miał w zwyczaju po każdym spotkaniu z Anią, i wsunął się do samochodu. Możliwe, że w domu czekały pierogi, a to już coś.

Na siedzeniu pasażera ktoś siedział. Coś. Nie, jednak ktoś.

Mateusz wrzasnął.

Zwalisty mężczyzna, sięgający głową podsufitki, w całości składał się z drobnych płaszczyzn, wielokątów, które niemal bez przerwy mieniły się różnymi kolorami i teksturami, a czasem znikały całkiem. Jedne były większe, inne mniejsze, ale wspólnie tworzyły graniastą postać. Ciemne, kanciaste włosy opadały mu na twarz. Ręce trzymał oparte na kolanach i wpatrywał się spokojnie w Mateusza.

– Dzień dobry – odezwał się głosem, który przywodził na myśl kiepski syntezator mowy.

Mateusz wyskoczył z samochodu jak oparzony. Serce waliło mu tak, że obawiał się o własne żebra. Czy w ogóle to możliwe, by szalejący mięsień mógł złamać żebra od środka?

Postąpił kilka kroków do tyłu i zajrzał przez szybę. Mężczyzna wciąż tam siedział i minę miał jakby zakłopotaną.

– Mati! – Mateusz usłyszał za sobą znajomy głos. – Dobrze, że cię złapałem, stary! Wszystko w porządku?

Grzesiek, wuefista, widocznie kończył o tej samej godzinie.

Mateusz wystękał coś w odpowiedzi i wskazał ręką samochód, jakby miało to wszystko wytłumaczyć. Auto było jednak puste. Niepewnie podszedł do drzwi od strony kierowcy i zajrzał podejrzliwie, ale nikogo nie zobaczył. Z ulgą oparł się o srebrny dach i westchnął ciężko.

Przemęczenie. Zwykłe przemęczenie. Pominął fakt, że w pracy siedzi na czterech literach przez osiem godzin, z krótkimi przerwami na papierosa, minut dziesięć, a w domu gotowaniem i sprzątaniem zajmuje się mama. Stres. Tak, stres to dobre wytłumaczenie.

– Tak, jasne, Grzesiu. Co tam?

– Widzimy się dzisiaj w Piekiełku, co? – zapytał, chowając ręce w przepastnych kieszeniach ortalionu. – Jaga gra, strzelimy sobie jakieś piwko, ewentualnie pięć, co ty na to?

– Brzmi jak plan – powiedział uśmiechnięty Mateusz. Zdarzało mu się odwiedzać z Grześkiem jedyny miejscowy bar, żeby obejrzeć mecz, który w ogóle go nie interesował. Ale czy o mecz tu chodziło?

– No i pięknie. To do wieczora! – Wuefista zaświecił złotym zegarkiem w geście pożegnania i skrył się w swoim antycznym tico, którego części trzymały w kupie tylko taśma izolacyjna i dużo dobrej woli. A z tego, co Mateusz widział, padła mu też chłodnica i silnik gubił obroty.

Przetarł spocone czoło. Podniósł wzrok i po drugiej stronie samochodu zobaczył mężczyznę złożonego z wielokątnych płaszczyzn. Poczuł, jak nogi zamieniają mu się w plastelinę. Gdyby nie opierał się o auto, podziwiałby wczesnowiosenne niebo z poziomu asfaltu.

– Możemy hm… porozmawiać? – zapytał nieznajomy. Trzeszczący głos przypominał niedostrojone radio.

– Powinienem wezwać policję? – ni to zapytał, ni to stwierdził Mateusz.

– Ktoś źle hm… zaparkował? – odezwał się mężczyzna w podobnym tonie, a gdy to zrobił, jego usta rozjechały się gwałtownie, a młody nauczyciel omal nie dostał zawału. Ostatni raz widział coś podobnego, gdy wykrzaczyła się animacja w Simsach. Nikomu się nie przyznał, że grywał, ale tam były przyjaźń, pierścionki i wózki.

W dodatku zauważył, że nieznajomy ma tylko jedno oko. Po drugiej stronie twarzy ziała mała dolinka, w którą zapadła się kanciasta powieka.

– Nie rób tego więcej – wysapał, wskazując własne wargi i kiwając palcem na boki.

– Tak hm… dobrze? – Mateusz był pewien, że charakterystyczny dźwięk dotarł do uszu, ale usta rozmówcy nawet się nie poruszyły. Osunął się na welurowy fotel.

Na miejscu obok siedział już gość, choć drzwi na pewno się nie otworzyły, a tym bardziej nie zamknęły.

– Kim… czym ty jesteś? – zajęczał młody nauczyciel, patrząc na rozmówcę. Liczby wokół szalały, nie potrafił nic z nich zrozumieć. Na twarzy nowego pasażera nagle pojawiła się gęsta ruda broda, która niemal w całości zasłaniała usta. Włosy natomiast zniknęły, ukazując jajowatą głowę.

– Później… w porządku?

– Co? Jak? Nie, nie w porządku. Jak później?!

– Później – powtórzył wyraźnie, a Mateusz dostrzegł, że ilość wielokątów wzrosła i postać wyraźnie się wygładziła. – Jedź.

– Co jedź? Panie, wysiadaj pan, co ja? Taksówka? – oburzył się nagle belfer, przypominając sobie, że jest z krwi i kości mężczyzną mamusi.

– Proszę – zaskrzeczał pasażer.

Mateusz był pewien, że zwariował. Oto przed nim pojawia się postać, niczym kiepsko wyrenderowana, żywcem wycięta z przeciętnej gry wideo, góra Plyastation 2. Położył dłonie na kierownicy. Jeżeli oszalałem, to co mam do stracenia? Tylko czy wariatom wolno prowadzić auto? W sumie, co wariatom za różnica?

Z tą myślą odpalił silnik.

– Dokąd?

– Powiem – odparł łysy. Głos jakby mniej skakał po tonacjach.

Mateusz, pogodzony z rzeczywistością, ruszył z przyszkolnego parkingu. Z głośników za sprawą radia popłynęła piosenka Mr. Blue Sky. Młody nauczyciel rzucił okiem na niespodziewanego towarzysza i w myślach nazwał go Panem Blue. Ania na pewno kręciłaby nosem na taki brak konsekwencji w tłumaczeniu, ale Ani z jej ślicznym noskiem tu nie było. Był Mateusz i Pan Blue.

– W lewo – powiedział świeżo ochrzczony.

Audi przetoczyło się przez skrzyżowanie, wokół którego poza szkołą były tylko domki jednorodzinne i kiosk ruchu. Mateusz kupował w nim co rano soczek jednodniowy marchewkowy. Pomyślał, że od tego ranka dzielą go setki lat, a wciąż patrzy na ten sam kiosk. Może pora na soczek pomarańczowy?

– Prawo – zasygnalizował Pan Blue. Toczyli się zgodnie z przepisami przez niewielką mieścinę, mijając stare chałupki, nowe osiedla, duże łąki i niewielkie perspektywy. Minęli Biedronkę, która zdominowała lokalny rynek spożywczy i małym sklepom nie pozostało nic poza nieuczciwą walką, niczym Dawid z Goliatem. Tyle, że ten Dawid oszukiwał na mięsie, a Goliat miał w tym tygodniu promocję na ulubioną kawę Mateusza, więc w wojnie spożywczej ten otwarcie kibicował Biedronce, robiąc tam weekendowe zakupy. A gospodarczy lokalny patriotyzm miał w nosie, razem z przepłacaniem za wędzony boczek.

Nie zauważył, kiedy znak z przekreśloną nazwą miejscowości pożegnał ich na drodze krajowej i autobus PKS-u do Warszawy, migając mu długimi, minął go w końcu, mało się przy tym nie rozpadając. Wybudzony z transu, przetarł oczy i spojrzał na Pana Blue.

– Dokąd my właściwie jedziemy? – zapytał w końcu.

– Niedaleko. Godzina – zabrzęczał towarzysz i spojrzał na prędkościomierz. – Może dwie.

– Kim ty jesteś, człowieku? – zapiszczał Mateusz i zdając sobie z tego sprawę, odchrząknął. – Bo jesteś człowiekiem?

– Wyjaśnię. Później. – Pan Blue nie skrzeczał już tak, jak wcześniej, i jego kanciasta postać widocznie się wygładziła. Pusty oczodół straszył przez to jeszcze bardziej.

Mateusz zgodnie ze wskazówkami Pana Blue co kilka kilometrów korygował trasę i mógł stwierdzić, że mniej więcej zmierzają w stronę Międzyrzeca. Ale po co, nie wiedział. Co jest ciekawego w Międzyrzecu dla postaci wyjętych z gier wideo? Stara bomba w parku? O ile jeszcze jest.

Wiejski krajobraz pól i lasów płynął niespiesznie za szybą, przecinany jedynie krótkimi obszarami, w których trzeba było zwolnić do pięćdziesięciu. Raz minęli schowany za przystankiem patrol policji, ale Mateusz jechał przepisowo i nie było powodu, by go zatrzymać.

Podskoczył, czując wibracje w kieszeni. Wyciągnął telefon i przyłożył go do ucha. Kątem oka zerknął na Pana Blue, bo nie wiadomo, czy ten nie zadzwoni na policję, że kierowca rozmawia podczas jazdy. Łysy nie wyglądał na donosiciela. W sumie to nie wyglądał na nikogo, kogo Mateusz umiałby nazwać.

– Halo?

– Cześć, synku – w słuchawce odezwała się zatroskana mama. – Gdzie ty jesteś? Chłopiec Kowaluków przyszedł na korepetycje. Za ile będziesz? Pierogi zrobiłam.

Mateusz zupełnie stracił poczucie czasu i zapomniał, że ma zaplanowane korepetycje dla uczniów podstawówek. Nie wiedział, jak mogło mu to wylecieć z głowy.

– Mamo, wypadło mi coś. Musiałem zostać w szkole dłużej. Przeproś ode mnie Tomka, niech zje coś i ucieka do domu. Przekaż mu, że odrobimy tę lekcję w sobotę.

Mama nie była zadowolona, o czym dała znać licznymi fuknięciami i prychnięciami. Sformułowania w stylu „dzisiejszej młodzieży” padały często i gęsto. Mateusz przytakiwał, kiedy nabierała powietrza, a tymczasem na przemian tęsknił za pierogami i utyskiwał na zły los.

– Niepoważne – pożegnała go.

– Co widzisz? – zapytał, ni stąd, ni zowąd Pan Blue.

– Eee… Kierownicę, drogę, drzewa…

– Liczby, co widzisz w liczbach – Mężczyzna mocnym głosem przerwał mu tę wyliczankę.

– Jedziemy siedemdziesiąt na godzinę, droga numer…

– Nie o to pytam – znów przerwał mu Pan Blue, a Mateusz poczuł, że robi się blady. – Co widzisz w moich liczbach? Widzisz je?

Nie chciał odpowiadać. Oczywiście, że je widział. Od kiedy pamiętał, liczby wszystkiego i wszystkich przelatywały mu przed oczami, zasłaniały krajobraz, mieniły się setkami kolorów. Tak było i tym razem, tylko gorzej. Te w ogóle nie miały sensu.

– Biorę leki – burknął w samoobronie.

– Próbowali cię z tego wyleczyć – mruknął łysy i zastygł, zupełnie się nie poruszając. – Skręć w lewo.

Dojeżdżali właśnie do stalowego, kratownicowego mostu nad rzeką Bug, kiedy Pan Blue kazał się zatrzymać. Wysiadł z samochodu, tym razem otwierając drzwi. Ruszył między krzaki w stronę zejścia, a Mateusz, zaintrygowany, poszedł za nim.

Kilka razy się potknęli i omal nie polecieli na łeb, na szyję w plażę nad brudną wodą, ale jakoś udało im się zejść bez obrażeń większych niż zdarte pięty. Mateusz zauważył, że jego towarzysz porusza się bardzo niezgrabnie i czasami najpierw kilkukrotnie sprawdza ustawienie nogi przed zrobieniem kroku.

Kiedy znaleźli się na brzegu, Pan Blue raźnym, kaczkowatym krokiem wszedł w wodę.

– Hej! – krzyknął Mateusz. – Co ty robisz?! Co tu się dzieje?!

Pan Blue uniósł dłoń, by go uciszyć.

– Nie! – krzyknął Mateusz, poprawiając okulary na nosie. – Masz mi wytłumaczyć, co tu się dzieje, albo ja i moje liczby jedziemy na pierogi!

 

II

Hey you with the pretty face

Welcome to the human race

A celebration Mr. Blue Sky's

Up there waiting and today

is the day we've waited for

 

Pan Blue spędził około godziny na zanurzaniu dłoni w wodzie i obserwacji fal, a potem pojechali do pobliskiego zajazdu. Zajazd „U Tadzika” był marną knajpą koło stacji benzynowej. Czekając na wyjątkowo zdesperowanych podróżnych, kusił zdjęciami golonek i białego barszczu. Kto w czasie tankowania stwierdził, że nie tylko bak ma pusty, mógł uraczyć się specjałami z proszku i mrożonek. Takie zsypanie gruzu do żołądka kończyło się najczęściej szalonym rajdem do kolejnej stacji, aby okupować porcelanę.

– Pan Blue – powtórzył za nauczycielem łysy. – Ładne. Dobre imię.

Mateusz wzruszył ramionami i z rozczarowaniem dziobał widelcem pierogi z kapustą, sto dwadzieścia gramów każdy, które niespiesznie uciekały po tłustym talerzu. Był pewien, że są sklepowe i nie ma w nich ani grama matczynej miłości. Nie smakowały mu i w końcu odsunął od siebie niemal nietkniętą porcję, nieświadomie ratując swoje kiszki przed działaniami wojennymi pułków garmażerii. Przynajmniej herbata była dobra.

– Wybacz problemy w komunikacji – podjął Pan Blue. – Musiała się dokonać konwersja. Poza tym komunikowanie się za pomocą drgania cząsteczek atmosfery zawsze sprawiało mi problem. To naprawdę absurdalne i irytujące rozwiązanie. Jaka cywilizacja mogła powstać na takiej bazie?

– To jak wy się komunikujecie? – zapytał Mateusz.

– Obawiam się, że jestem tylko ja – odparł łysy. – Ale jeśli już muszę, to jak każdy szanujący się gatunek, za pomocą światła. Mogę? Przyda mi się później.

Pan Blue sięgnął po łyżeczkę do herbaty i schował ją w kieszeni szarego płaszcza, który znikąd zmaterializował się na jego ramionach.

Młody belfer nie zwrócił na to uwagi. Głowa pękała mu od towarzystwa niespodziewanego gościa. Konwersja, o której mówił, faktycznie musiała się dokonać, bo Mateusz nie dostrzegał żadnych braków w wyglądzie kompana. Przeciwnie, wyglądał zupełnie normalnie, poza brakiem oka, który przykuwał uwagę.

Na stoliku zabrzęczał telefon. Wyświetlacz migał co chwilę, pokazując na ekranie „Grzesiek Koszela”. Mateusz zupełnie o nim zapomniał.

– Mati! – odezwał się głos w słuchawce, w tle szumiał typowy barowy raban. – No gdzie ty jesteś?

– Grzesiu, przepraszam cię, zupełnie wyleciało mi z głowy. Nie dam rady się urwać, mam klasówki do sprawdzenia na jutro.

Tłumaczył się jeszcze przez chwilę, ale wuefista pożegnał go w krótkich żołnierskich słowach, a Mateusz był pewien, że jedno z nich brzmiało „niepoważne”. Odłożył słuchawkę i popatrzył spod byka na Pana Blue. Nie lubił kłamać. Jego towarzysz zaś wydawał się być całym zajściem lekko rozbawiony.

Odpowiedziało mu zaciekawione spojrzenie jasnego oka.

– Czego ty właściwie ode mnie chcesz? – jęknął, chowając twarz w dłoniach.

– Pomocy.

– Jak ja mam tobie pomóc? Masz problemy z matematyką na poziomie gimnazjum? Kim ty właściwie jesteś?

Mężczyzna zamyślił się. Zdarzało mu się to nader często i wyglądał wtedy, jakby się zawiesił. Na nauczycielu nie robiło to wrażenia, bo mógł zaobserwować to już kilka razy, więc postanowił po prostu poczekać.

– Obserwowałeś kiedyś mrówki? – wypalił nagle Pan Blue.

– Czy… ja co?

– Mrówki – powiedział łysy, pochylając się. – Obserwowałeś je kiedyś?

– No, wiem, co to są mrówki – odparł, ale czuł, że rozmowa jeszcze dobrze się nie zaczęła, a on już się w niej gubi.

– Jak myślisz, czy mrówki komunikują się między sobą?

– No… eee… pewnie tak – wymamrotał.

– Czy to skomplikowany system?

– Skąd mam to wiedzieć?!

– Jak myślisz?

Mateusz bardzo poważnie pochylił się nad tym pytaniem. Mrówki, jak mrówki, ale budują mrowiska, gromadzą zapasy, dbają o młode, organizują pracę, więc możliwe, że jakoś się komunikują. Nie wiedział jak. Podejrzewał, że jest to jakiś rodzaj sygnałów i znaków.

– No pewnie jest to bardzo podstawowy system – odpowiedział w końcu.

– Pewnie tak – odparł Pan Blue i uśmiechnął się nieznacznie. Odkąd konwersja się zakończyła, ruchy jego twarzy nabrały naturalności. – A teraz wyobraź sobie, że w jakiś sposób poznałeś ten system i pierwszym pytaniem, jakie mrówka ci zadaje jest: kim jesteś? Umiałbyś na nie odpowiedzieć?

Mateusz skrzyżował ręce na piersi i nabrał powietrza, ale nic nie odpowiedział. Potraktowano go jak darmową taksówkę, a na koniec porównano do mrówki. Chamstwo na salonach u Tadzika.

– Czego ode mnie chcesz? – powtórzył naburmuszony.

– Widzisz liczby, prawda? Wartości liczbowe wszystkiego, co cię otacza? – Widząc, że Mateusz kiwnął głową, kontynuował. – Korzystacie ze słów i liczb, by opisać świat, który was otacza. Jednak wasze słowa nie mają mocy, twój lud zapomniał o znaczeniu słów. Jak się nazywasz?

– Mateusz – bąknął.

– I przyjrzyj się, to imię nic nie znaczy. Imię jakich mnóstwo, a ty jesteś unikatowy. Pozwolono spojrzeć ci w samą naturę rzeczy. Jakie jest największe osiągnięcie twego świata, by ujarzmić liczby?

 – Excel – wydusił z siebie Mateusz. Zwariowałem? Czy to sen, o Boże, niech to będzie sen, a mama obudzi mnie naleśnikami z serem.

– Excel! – wykrzyknął radośnie Pan Blue. – Cóż za wspaniałe imię! Excelu, możesz wydrzeć światu tajemnice, do jakich dostęp miało przed tobą zaledwie kilku! Kilku z twojego gatunku, oczywiście, bo co do innych…

Mateusz zdurniał do reszty. Właśnie ktoś go nazwał Excelem. Pozwolił się porwać losowi, ale jeżeli Pan Blue wie o liczbach, to może wyjaśni mu to i owo na ich temat. Pulchna kelnerka obserwowała ich podejrzliwie.

– Co mam zrobić?

– Wyjaśnię po drodze.

– Jakiej drodze? Chcę do domu.

Pan Blue wyjrzał przez okno i zmrużył oko.

– Obawiam się, że to chwilowo niemożliwe – mruknął. – Nie zostało już wiele czasu. Ktoś nadciąga, by pożreć wasze Słońce.

 

*

 

– Galaktyczna istota, która żywi się gwiazdami? – zapytał Mateusz, wpatrując się w usypiający ruch wycieraczek na szybie.

– Byt – poprawił go Pan Blue. – Jego głód jest nieskończony. Pochłania na swojej drodze wszystko, co wydziela energię. A więc tak, głównie gwiazdy.

W ciemności nocy i przez deszcz, który zawzięcie siekł w okna, pokonywali kolejne kilometry. Mateusz nie był rajdowcem, a warunki nie należały do sprzyjających, więc wlekli się niemiłosiernie. Całe sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Pan Blue jednak nie narzekał.

 – Zmierza tutaj – powiedział, patrząc przez okno, jak za ścianą wody mijają ich kolejne drzewa.

– Pan Night – mruknął młody nauczyciel.

– Słucham?

– Nie, nic – Otrząsnął się. – Dlaczego zmierza właśnie tutaj?

– Przeze mnie.

– Dlaczego ściga akurat ciebie?

– Próbowałeś kiedyś wytłumaczyć mrówkom, dlaczego jesteś akurat nauczycielem? – Pan Blue uśmiechnął się, unosząc brwi.

– Chcesz iść na piechotę?

– No dobrze – westchnął, splatając palce. – Wyobraź sobie, że egzystujesz w konkretnej rzeczywistości, na którą składają się liczne, mniejsze lub większe, skupiska energii. Wewnątrz tego zaczyna powstawać coś, co ma świadomość. Setki, tysiące, miliardy jednostek zaczynają wspólnie budować całe cywilizacje.

I to jest w porządku. Wiesz o tym. Nigdy o tym nie myślałeś. Dryfowałeś bez celu w tym świecie, ale podświadomie wiedziałeś jedno: to jest dobre. W pewnym momencie istnienia w twojej rzeczywistości pojawia się gość. Nie wiesz, czy przybył, czy zaistniał, czy został przez kogoś stworzony. I ten ktoś wchłania wszystkie skupiska energii, które jest w stanie zlokalizować. Przyciągają go. Jest, jak hm… Żarłoczna, nieposkromiona, agresywna ćma, żywiąca się światłem. I życie, którego doglądałeś od pierwszych momentów istnienia, z braku gwiazd zaczyna umierać. Wtedy musisz podjąć decyzję. Oddajesz swoją rzeczywistość, czy starasz się powstrzymać przybysza?

– Jezu, nie wiem, chyba powstrzymać – jęknął Mateusz. – Kim ty jesteś? Bogiem?

– Masz na myśli Jezusa? – zapytał Pan Blue. – Nie, nie jestem nim. Jestem bytem podobnym do tego, co tu zmierza, jednak starszym. Istnieję po to, by trzymać go w ryzach.

– Jak? A nie możesz go zatrzymać raz na zawsze?

– Nie, nie można go zabić w twoim rozumieniu tego słowa. Potrafię go zmusić, by skierował swój głód na siebie samego.

Mateusz nie odezwał się. W głowie szalały mu myśli. Wszystko, co usłyszał, było szalenie niedorzeczne. Jednak liczby mówiły mu co innego. A liczby nie kłamały. Wiedział o tym, prawdopodobnie w ten sam sposób, jak Pan Blue wiedział o powstających światach. Wartości, które otaczały brodacza, były szalone, tak samo jak ta opowieść.

Ale Mateusz potrafił w tym bałaganie niemożliwości dostrzec jego wiek. I to niepokoiło go najbardziej. Pan Blue był starszy od Ziemi. O wiele, wiele starszy.

– Co ty tu właściwie robisz? – wypalił w końcu.

– Zostałem przechytrzony – odparł łysy. – Udało mu się mnie odrzucić i zepchnąć do tego świata. Wpakował mnie do tej trójwymiarowej formy, z której nie mam jak uciec.

– I teraz zje naszą gwiazdę, byś w tej formie umarł z nami? – zgadywał Mateusz. – Ten… byt jest na tyle świadomy, by robić coś takiego?

– Obawiam się, że tak. Pan Night, jak go nazwałeś, jest potężny i przebiegły. Jest jak… wąż. A jego głód nie ma końca.

Mateusz przeczesał krótkie włosy palcami. Podejrzewał, że pierwszą granicą jaką przekroczą, będzie granica obłędu.

– I co teraz? Co ja mam z tym wspólnego?

– Pomożesz mi wrócić do poprzedniego stanu. Pan Night coś ze mną zrobił, coś co nie pozwala mi stąd uciec.

– Człowieku! W sumie nie jesteś… A nieważne. Jakim cudem miałbym to zrobić?!

– Znajdź błąd w moich liczbach. Ale teraz przyspiesz, mamy mało czasu.

– Skąd wiesz, ile czasu nam zostało?

– Widzę.

– Co widzisz?

– Wszystko.

 

*

 

Mateusz zagotował się w środku, ale nie dopytywał. Wiedział, że czeka go kolejna historyjka o mrówkach i problemach komunikacyjnych między gatunkami. Długo bił się z myślami, w końcu jednak nie wytrzymał.

– Jak to wszystko? Tylko bez mrówek, proszę – dodał szybko.

Pan Blue już otwierał usta, gdy poważnie się zafrasował i zastygł swoim zwyczajem. Przycisnął pięść do ust i zagapił się w wyłączone radio. Kiedy Mateusz uznał, że nie doczeka odpowiedzi, łysy nagle się ożywił.

– No, więc karaluchy…

– Do ciężkiej cholery! – wrzasnął młody nauczyciel głosem nieznoszącym sprzeciwu. Głosem decydującym i ostatecznym, słowem głosem zirytowanego nauczyciela z dziennikiem w ręku. – Ile jeszcze będzie tych porównań? Skoro jestem dla ciebie takim karaluchem, to radź sobie bez mojej…

Nagle samochód zarzęził, szarpnął raz i drugi, po czym silnik zgasł. Mateusz nie podejrzewał u siebie kaskaderskich zdolności, ale jakimś cudem zdołał nie wylądować w przydrożnym rowie. Audi potoczyło się kilka metrów, by stanąć jednym kołem na rozmiękłym poboczu. Za to deszcz już tylko lekko siąpił.

– No nie – mruknął Mateusz, odczytując temperaturę wody. – Chłodnica.

– Nie widziałeś tego? – zapytał zdumiony Pan Blue.

– To ty podobno wszystko widzisz!

– Widzę! Przez wszelkie rzeczywistości, czasy i wymiary, ale skąd miałem wiedzieć, że ma to jakieś znaczenie?!

– Po co widzieć wszystko, a nic nie rozumieć?!

– Sam widzisz liczby wszystkiego, a nie umiałeś utrzymać hm… chłodnicy w tym, no… żeby było dobrze!

Mateusz wysiadł z samochodu i trzasnął drzwiami. Lodowaty wiatr przebiegł mu po plecach, aż młody nauczyciel zadzwonił zębami. Pan Blue również wysiadł. Dyszeli cicho w niemej wściekłości.

– Czemu ty się tak co chwilę zastanawiasz? – gniewnie przerwał ciszę nauczyciel.

– Nigdy wcześniej nie mówiłem po polsku. Znam wszystkie te słowa, ale ich rozszyfrowanie ich znaczenia i odnalezienie właściwego… cóż, zajmuje to trochę czasu. Poza tym wasza mowa jest absolutnie okropna. Jest jak… liście i ortalion.

– Co? Znika na zimę? – wypalił Mateusz.

– Szeleści.

 

*

Gniew stygł powoli, choć szybciej niż chłodnica.

Pan Blue wpatrywał się w niebo. Wiatr miejscami rozgonił chmury i gwiazdy świeciły jasno. W ich poświacie mężczyzna wyglądał inaczej. Znowu wydawał się złożony z milionów płaszczyzn, ale teraz każda wyglądała jak wejście do innego świata.

Mateusz spojrzał w tym samym kierunku, co jego towarzysz. Ciemna plama, którą w pierwszej chwili uznał za chmurę, zaniepokoiła go. Była ziejącą dziurą na tle rozgwieżdżonego nieba, które znał od dziecka.

– Tak – mruknął Pan Blue, podchwytując jego spojrzenie. – To on. Spieszmy się.

– Samochód teraz nie ruszy.

Brodacz zmrużył oko i rozejrzał się.

– Za jakieś trzy kilometry jest coś, co nazywa się “Naprawa Aut PolRadex”. Dopchamy go?

– A mamy jakieś wyjście? – zapytał Mateusz, stając w drzwiach od strony kierowcy i kładąc rękę na kierownicy. – Stań z tyłu i noga za nogą.

Deszcz moczył ich odsłonięte karki, a zimny wiatr smagał po nerkach. Mateusz zapomniał o Krztyńcu, pierogach, naleśnikach, szkole i Ani. No, jednak nie. O Ani nie zapomniał. Myśl o niej sprawiała, że mimo warunków wciąż było mu ciepło. Przynajmniej na sercu.

– Naprawdę widzisz wszystko? – wysapał, kiedy pokonali ledwie kilkaset metrów.

– Tak – odparł Pan Blue. Był cały czerwony na twarzy. – Od początku świata… nie robiłem… niczego tak poniżającego…

– Nie marudź – stęknął. – I jak to jest?

– No więc mrówki…

– Hej! – Mateusz pogroził mu pięścią, a samochód zaczął skręcać do rowu.

– Żartowałem! – zaśmiał się Pan Blue. – To też chyba pierwszy raz… odkąd pamiętam. Podejrzewam, że wcześniej nie znałem idei żartu.

Nauczyciel zaśmiał się z ulgą.

– Wyobraź sobie, że pole twojego widzenia nie ma granic – podjął brodacz. – Wszystko jest w zasięgu twojego wzroku. Każdy świat, każda chwila, każde miejsce stoi przede mną otworem. Lecz, jak zauważyłeś, nie jest to równoznaczne z tym, że wszystko rozumiem. Obaj widzimy silnik tego auta w pełnej krasie, a i tak pchamy cholerstwo do mechanika.

– I tak od zawsze?

– Tak.

– Czy Bóg istnieje? – wypalił w końcu Mateusz. Było to pytanie, które wymagało odpowiedzi. A właśnie stanął przed szansą, którą mogła się już nigdy nie powtórzyć. Poza tym, o co ważniejszego mógł zapytać?

– On nie należy do tej rzeczywistości – odparł cicho Pan Blue.

– Ale jest?

– Nie widzę go.

– Więc go nie ma? – dociekał, czując, że odpowiedź wymyka mu się ze spoconych rąk.

– Jest więcej rzeczywistości niż ta.

– A Jezus?

– Żył.

– To wiem! – zaperzył się Mateusz. – Czy wrócił… z innej rzeczywistości?

– Tak – odparł Pan Blue. – Ale nie myśl o tym. W historii tego świata wydarzyło się wiele rzeczy, które wykraczają poza rozumienie wasze, a nawet moje. Poza możliwość zaobserwowania i zdefiniowania. A to tylko mała planeta, pełna gatunków o biochemii opartej na węglu, a ten dominujący posługuje się w komunikacji drganiem atmosfery. Przereklamowane i irytujące, swoją drogą. A my musimy dopchać ten kawał żelastwa na kółkach, by Pan Night nie zżarł waszego Słońca. Nie traćmy sił.

Mateusz wypuścił powietrze, które wstrzymywał od dobrej chwili, i w myślach przyznał mu rację. Jak Słońce zniknie, to i tak się przekona, czy mama miała rację, każąc mu chodzić co niedzielę do kościoła. I święta roczne, pomyślał Mateusz. Procesja w Boże Ciało. Uśmiechnął się do wspomnień.

 

*

 

Obudzony o trzeciej w nocy mechanik najpierw popukał się w czoło, a potem kazał spierdalać. Po półgodzinie jęczenia, w której to sztuce Mateusz doskonalił się od najwcześniejszych lat, kazał im zaczekać do rana. Wtedy coś się wymyśli.

Wytłumaczywszy Panu Blue, że nie ma innej możliwości, by się stąd ruszyć, Mateusz oznajmił, że czeka ich noc w samochodzie. Łysy zezłościł się strasznie na takie marnowanie wciąż kończącego się czasu, ale dał się udobruchać, bo i w sumie nie miał wyboru. Mógł kląć we wszystkich językach świata, a i tak mogli liczyć tylko na łaskę wąsatego mechanika, który nie był na tyle pazerny, by za wyższą stawkę brudzić sobie ręce w środku nocy.

– Idź spać – bąknął Mateusz, nie wiedząc nawet, czy ktoś taki jak jego kompan potrzebuje snu, ale postanowił blefować. – Ciało, w którym jesteś, musi się zregenerować.

Pan Blue posapał jeszcze parę minut gniewnie pod nosem, ale w końcu umilkł. Nauczyciel sam udał, że zasnął, i pozwolił porwać się myślom, które w końcu miały okazję, by w szalonym pędzie zostać zauważone.

Co ja wyprawiam? Telefon padł, nie ma jak dać znać mamie, że wszystko w porządku. Strach, że kobieta też padnie. Na zawał. A tak w ogóle, to czy jest w porządku? Pewnie, że nie jest, do jasnej cholery. Jaki porządek? Kosmos, pożeracz, Słońce, kosmici. Pierogi daleko, Ania jeszcze dalej, a na dodatek chłodnica padła razem z telefonem.

Obiecywał sobie, że kupi ładowarkę samochodową, ale zawsze były pilniejsze potrzeby i wydatki. Ciekawe, czy Pan Blue generuje jakąś energię? Może dałoby się podłączyć w…?

Stop.

Mateuszowi przyszło do głowy, że w tym momencie, gdy deszcz stuka o szyby, a noc jest ciemniejsza niż kiedykolwiek, w miejscu pośrodku niczego, mógłby wysadzić Pana Blue i zwiać do domu. Udać, że to się nie wydarzyło. Nic z tego nie miało miejsca. Dziwny sen, stres i przemęczenie. Gdyby nie ta chłodnica.

Ale czy na pewno? Czy gdyby samochód był sprawny, Mateusz zawróciłby, zapominając o tajemniczym gościu? Czy zignorowałby znikające gwiazdy? Z jednej strony chciał przyznać samemu sobie, że tak. Wróciłby do mamy, do szkoły, do pustej głowy Rudzkiego. Do tego, co zna.

Niech się dzieje, co chce. Jadę z Panem Blue. Powstrzymajmy koniec świata i Pana Nighta, a jeśli to tylko urojenia, to trudno. Przynajmniej będę się dobrze bawił w ostatnich chwilach przed ubezwłasnowolnieniem.

I wśród tych mętnych deklaracji i heroicznych wyznań ścisły umysł Mateusza odpłynął do krainy snu

 

*

 

Mechanik z samego rana wymyślił, że ta przyjemność będzie ich kosztować osiemset złotych i za dwie, no góra trzy godzinki odjadą sprawnym samochodem. Dodał, że z dobrego serca dorzuci im prawie nowe pióra do wycieraczek.

Mateusz, po nocy w samochodzie, był zmęczony, obolały i nie miał pozycji do negocjacji. Jako, że Pan Blue ze swoim jednookim spojrzeniem, które przenikało cały wszechświat był biedny jak mysz kościelna, a idea pieniądza zdawała mu się zbyt abstrakcyjna, koszty pokryła nauczycielska pensja.

– Niedorzeczne – mruknął Pan Blue, gdy Mateusz streścił mu, czym jest pieniądz, skąd się bierze i czemu akurat naprawa chłodnicy powoduje brak ulubionej kawy w przyszłym miesiącu. – Niedorzeczne, ale fascynujące – powtórzył. – I odpowiada wam to?

– Wiesz, chyba moje przemyślenia nie mają na to wielkiego wpływu – odpowiedział zmęczony Mateusz, gdy wrócili na trasę. – O co chodziło z tą rzeką?

– Musiałem sprawdzić, co zrobił Pan Night.

– Przecież widzisz wszystko.

– Tak – westchnął Pan Blue. Również widocznie odczuwał zmęczenie, co musiało też być dla niego pewnego rodzaju nowością. Nie narzekał, ale Mateusz sądził, że ta idea również jest mu obca. Miał nadzieję, że zostanie tak jak najdłużej. – Ale moja podróż tutaj trwała jakiś czas. Wtedy widziałem tylko ciemność.

– I widziałeś to w rzece? – zdziwił się nauczyciel.

– Mówiłem ci, że ten świat jest pełen rzeczy, których nie rozumiesz – mruknął, przyglądając się uważnie swoim palcom. – A woda w ruchu jest nośnikiem czasu.

– Nie rozumiem.

– Wiem.

 

III

Mr. Blue you did it right

But soon comes Mr. Night

Creepin' over, now his

Hand is on your shoulder

Never mind I'll remember you this

I'll remember you this way

 

– Podajemy informacje z ostatniej chwili. – Głos spikera przerwał jedną z wielu radiowych, przyjaznych piosenek i nieco rozbudził Mateusza. – Przez świat przetacza się fala paniki, jakby następowała biblijna apokalipsa. Niektóre obserwatoria podają, że co trzecia gwiazda zniknęła już z nieba.

Nauczyciel wyprostował się w fotelu i poczuł, jak żołądek podjeżdża mu do gardła.

– Nie kończyłem fizyki, ale skoro mówiłeś, że ten pożeracz zjada gwiazdy i jest bardzo daleko… – Mateuszowi usta wyschły na wiór, a przed oczami w dzikim pląsie zatańczyły cienie. – To czy braku tych gwiazd nie powinniśmy zobaczyć za miliony lat?

– Potwierdzam.

– To jakim cudem…?

– Nie sądzisz chyba, że ja z tego samego daleka leciałem szybciej niż światło, co? – odpowiedział Pan Blue, a Mateusz odczuł na sobie lodowate spojrzenie. – On jest blisko.

– Słucham?

– Mówię niewyraźnie?

– Nie – odparł Mateusz i odchrząknął. – Co możemy zrobić?

– Jechać – odparł łysy, a w jego głosie pierwszy raz można było usłyszeć niepewność. – Nic więcej. Ale nie martw się. Nie wsiadłbym z tobą do tego gruchota, gdyby nie istniała szansa, że nam się uda.

Przez nauczycielską mózgownicę przelewała się fala szalonych myśli. Nie martw się. Dobre sobie. Kosmiczny potwór nadciąga, by zjeść ich Słońce, ale spoko, nie martwmy się. Chociaż z drugiej strony, co takie troski mogą zmienić?

– Nie siejmy paniki – odezwał się w ciszy głos z radia. – Gwiazdy nie znikają ot tak. Coś mogło nam po prostu zasłonić widok i tyle. Możliwe, że za parę godzin wszystko wróci do normy.

– Co może zasłonić nam taką część kosmosu, profesorze? – zapytał spiker, a Mateuszowi ciarki przebiegły po plecach. – Czy mówimy o Obcych?

– Nie możemy tego wykluczyć – starczy głos lekko zadrżał. –  Ale to tylko jedna z wielu hipotez. Poczekajmy. Jestem pewien, że niedługo wszystko się wyjaśni.

 

*

 

Podróż, w której Mateusz co chwilę musiał przecierać oczy, by nie zasnąć, spędzili w milczeniu. Radio po sensacyjnych spekulacjach zostało wyłączone, by oszczędzić nadszarpniętych nauczycielskich nerwów. Ciszę przerywały tylko wskazówki Pana Blue.

– W lewo – odezwał się po ponad dwugodzinnej przerwie. Był zachrypnięty, co zaniepokoiło Mateusza. – Nie chciałbym wywierać na tobie presji, Excelu, ale mógłbyś przyspieszyć.

– Moja mama powtarza – odparł zaspanym głosem – że lepiej wolniej, ale dojechać bezpiecznie do celu. Poza tym nie jestem Excelem.

– Jesteś – mruknął Pan Blue i ziewnął przeciągle. – A jak chcesz, żeby twoja mama powtórzyła jeszcze cokolwiek, to radzę przyspieszyć. Poza tym mam coś dla ciebie.

Mateusz kątem oka złowił ruch sękatej dłoni i wciągnął głośno powietrze. Ostatni raz widział tyle pieniędzy na własnej komunii. Były to same setki zwinięte w ciasny rulon i oplecione różową gumką recepturką.

– Skąd to masz? – wykrztusił całkowicie rozbudzony.

– Znalazłem w szufladzie u tego mechanika.

– Znalazłeś?! To czego tam szukałeś?

– Widząc wszystko – burknął łysy, jakby obrażony brakiem wdzięczności, z wciąż wyciągniętą dłonią. – Pomijam proces szukania i przechodzę od razu do znajdowania.

– Okradłeś go!

– On nas okradł z czasu! – Pan Blue również odpowiedział krzykiem, ale kąciki jego ust widocznie zadrżały. – A przecież to jego świat jedziemy ratować!

– Nie trzeba byłoby niczego ratować, gdybyś nie dał się skompresować. Wrzuć do schowka, będę wracał, to mu oddam – burknął rozeźlony Mateusz i wbił ponury wzrok w drogę przed nimi, uznając rozmowę za zakończoną. Zrzucił to wszystko na karb niewiedzy Pana Blue w kwestiach tak przyziemnych, jak pieniądze. Jednak nie zmieniało to faktu, że będzie musiał wrócić do wąsacza, który na pewno zdążył ich zwyzywać od złodziei, i go przeprosić.

Zupełnie mu się to nie uśmiechało. I to rozbawienie w oku przybysza.

Mateusz odepchnął od siebie posępne myśli i przycisnął pedał gazu. Im szybciej to załatwi, tym szybciej wróci do domu. Do pysznych pierogów, do ślicznej Ani, do nieciekawych meczów i do rozwodnionego piwa. Do domu.

 

*

 

– To bardzo romantyczne, że zabrałeś mnie nad morze – odezwał się nauczyciel, próbując otulić cienkim swetrem wątłe ramiona. Szare fale uderzały z hukiem o brzeg, a lodowaty wiatr uderzał w nich z furią. – Ale co my tu robimy? Znowu woda i czas?

– Znowu woda i czas – przytaknął Pan Blue, patrząc daleko za horyzont, gdzie niebo łączyło się z szalejącym Bałtykiem. – Jesteśmy u celu.

– Naprawdę? – ucieszył się Mateusz, przestępując z nogi na nogę na piasku zgrzytającym pod butami. – To znaczy, że mogę już jechać?

– Nie – Pan Blue pokonał jeszcze kilka kroków i stanął po kolana w wodzie. – Musimy jeszcze kawałek się przejść.

Nauczyciel skulił głowę i obserwował łysego mężczyznę stojącego w morzu. Pan Blue wyciągnął dłoń i wykonał gest, jakby przekręcał klucz.

Tuż przed nim pojawił się prostokąt światła, który zalał całą plażę złotą barwą.

– Nie żartuj – wysapał nauczyciel.

– Wtedy, stojąc w rzece – zaczął Pan Blue, odwracając się – nie tylko spojrzałem w przeszłość. Skierowałem głód Pan Nighta w innym kierunku i kupiłem nam trochę czasu. Ten czas właśnie się kończy. Musimy iść.

– Dokąd?

– Excelu, naprawdę nie mamy czasu.

– Nie mam na imię Excel! – wrzasnął Mateusz, któremu serce łomotało o żebra. Miał już tego naprawdę dość.

– To nie ma znaczenia! – krzyknął Pan Blue, a jego starą, mądrą twarz przeszył grymas wściekłości. Niemal desperacji. – Chodź!

Ta złość sprawiła, że nauczyciel nieśmiało ruszył w stronę światła. Najpierw ostrożnie, potem jednak coraz pewniej. Pan Blue wciągnął za sobą Mateusza.

 

*

 

Mateusz poczuł pod butem mokry piasek. W twarz uderzył go szalony podmuch, a uszy zalała kakofonia dźwięków z hukiem fal na czele. Po niebie potoczył się grom, a grzmot uginał im kolana. Nauczyciel otworzył oczy i z sykiem wciągnął powietrze.

Ciągle stali na bałtyckiej plaży, ale teraz morze toczyło zaciekłą bitwę samo ze sobą. Na horyzoncie Mateusz dostrzegł strzelistą górę, sterczącą z piany. Morze tłukło w nią wściekle, jakby próbowało ją przepędzić. Nad szczytem wciąż i wciąż uderzały pioruny.

– Nasz cel! – wrzasnął szeroko uśmiechnięty Pan Blue, przekrzykując burzę.

– To niemożliwe! – Mateusz pokręcił głową, widząc szalejące fale.

– Musimy! Ale na szczęście jest inna droga!

Wskazał Mateuszowi znajdujące nieopodal kolejne świetlne drzwi.

– Co to jest?! – zapytał nauczyciel i wskazał górę, jakby chciał odwlec ten moment w nieskończoność.

– Synaj, Miejsce Paktów.

 

*

 

– Za kogo ty się masz? Za kogo masz mnie?! Czy twoim zdaniem przechodzenie przez magiczne portale to dla mnie codzienność? Mam własne życie, do którego chcę wrócić, a ty ściągasz na nas jakiegoś cholernego pożeracza gwiazd, każesz się wozić, kradniesz, nic nie tłumaczysz, a na koniec każesz mi wleźć w czarodziejskie drzwi wiszące metr nad ziemią, a potem w kolejne, i pioruny, i sztorm…

Jak większość ze swoich płomiennych monologów, ten również Mateusz wygłosił tylko we własnej głowie.

Po chwili osłupienia wydusił z siebie tylko:

– Co…?

 

*

 

– Nie bój się, Excelu. To już prawie koniec.

Pioruny strzelały wokół nich, wiatr szarpał każdy skrawek materiału. Mateusz nie mógł złapać oddechu. Wiele setek metrów pod nimi – nauczyciel wiedział, że jest to dokładnie dwa tysiące osiemdziesiąt pięć metrów – wrzało morze.

– Co teraz? – zapytał, spoglądając na Pana Blue, który wydawał się rozmazywać wśród ciemności i huraganu.

– Obserwowałeś mnie uważnie? Czy widziałeś moje liczby?

– Tak – odpowiedział Mateusz. Przyglądał się wartościom przybysza i tylko to sprawiło, że mu uwierzył. Ten chaos, który otaczał Pana Blue, nie mógł być przypadkowy ani fałszywy. Liczby nie kłamią, ale Mateusz czuł się jak ktoś, kto spojrzał w oczy Boga i nie jest zadowolony z tego, co w nich zobaczył.

– Czy widzisz błąd?

– Nie, ale wiem, gdzie szukać.

– Podaj mi rękę, Excelu – Pan Blue wyciągnął wielką dłoń o sękatych palcach i uśmiechnął się dobrotliwie. Mateusz niepewnie odwzajemnił gest i podniósł rękę. – Tu i teraz zawiązujemy przymierze, by powstrzymać tego, kto nadciąga.

Nim młody nauczyciel zdążył cokolwiek zrobić, Pan Blue sięgnął palcem w swoje błękitne oko i z obrzydliwym mlaśnięciem wyciągnął je z oczodołu. Zacisnął na nim dłoń i szarpnął, a Mateusz, widząc zerwane nerwy, omal nie zwymiotował.

– Co ty wyprawiasz?! – wrzasnął łamiącym się głosem.

– Weź je. Stanowi dar – powiedział pan Blue, a sztorm szalał za jego plecami. – Tylko tutaj mogło się dokonać.

– Nie dotknę tego!

– Musisz – rzekł spokojnie przybysz, a jego oczodół nawet nie krwawił. Był tak samo zapadnięty jak drugi. – Inaczej nie znajdziesz błędu. Nie jestem z twojego świata. Pan Night musiał mnie skonwertować, czyli doprowadzić do poziomu trójwymiaru, i zamknął mnie w tej formie. Jednak ja wciąż widziałem, tak jak mogłem widzieć. Teraz ty musisz zobaczyć mnie, byśmy mogli to naprawić.

– Co mam z tym zrobić? – Mateusz był przerażony, ale uznał, że wszystko zaszło już za daleko. Postawmy ostatni krok i zakończmy to.

– Po prostu weź – odezwał się Pan Blue. – Ale uważaj, ponieważ to wielki dar. Musisz się skupić i odnaleźć błąd, który mnie tu zatrzymuje. Nie możesz patrzeć w nieskończoność, więc bądź ostrożny.

Nauczyciel sięgnął drżącą ręką nad dłoń Pana Blue. Jego palce niemal musnęły błękitną tęczówkę, gdy zatrzymał się w pół ruchu.

– To się stało z twoim drugim okiem? – zapytał, patrząc na oślepionego Pana Blue. – Już raz to zrobiłeś, prawda?

– Tak – przyznał przybysz. – To było dawno i wtedy też ktoś musiał coś ujrzeć, ale teraz spiesz się. Nie mamy czasu.

Mateusz zacisnął palce na oku Pana Blue.

 

*

 

Rzeczywistość eksplodowała przed nim. Świat wśród płomieni rozłożył się na setki, miliony przestrzeni jak kalejdoskop. Z każdym odchyleniem spojrzenia widnokrąg rozrastał się niczym kwiat rozpościerający swoje płatki. Mateusz czuł, że jego umysł rozrywa się na drobiny, próbując nadążyć za tym, co odbiera każdym zmysłem.

Widział wszystko.

W jednej chwili widział wszystkich ludzi na Ziemi, każdego z osobna, rozmawiających, płaczących, jedzących, patrzących w niebo. Widział morza, pustynie, widział, słyszał, czuł, był każdą drobiną piasku, każdym atomem składającym się na znany mu świat. Co składało się, składa, będzie i mogłoby się składać na jego rzeczywistość.

A tuż przed nim znajdowało się coś, co zapierało dech w piersi. Pan Blue wciąż uśmiechnięty, chociaż oślepiony, a z jego pleców wylewająca się istota, która rozkładała się fraktalnie w nieskończoność, złożona z niezliczonej ilości samej siebie. Nadistota.

Mateusz skupił się, odpychając wodospad mozaik światów i czasów. Widział. Tak, widział. Pan Blue nie rozrastał się w nieskończoność. W jednej z milionów płaszczyzn ziała pustka, jak olbrzymi ukrojony kawałek z większej całości. I nauczyciel mógł rozpoznać wzory i liczby. Trojgiem oczu znalazł błąd, którego szukał.

Jednocześnie czuł, że nigdy tego nie zapomni i miał pewność, że gdy utraci oko Pana Blue, jego umysł już nigdy nie zdoła sobie wyobrazić piękna chaosu wieloświata.

NIE RÓB TEGO.

 

*

 

Wizja urwała się, a Mateusz poczuł sękate palce wbite w ramiona. Pstrokate fragmenty innych rzeczywistości wciąż tańczyły mu dziką feerią barw przed oczami. Ostatni krzyk, który rozległ się w jego głowie, nadal rezonował w czaszce. Mateusz nie potrafił nazwać tego słowami, ale odczytał ton rozkazu.

Pan Night nadchodzi i właśnie do niego przemówił.

Znów widział w znajomych sobie wymiarach, ale nawet ta krótka chwila sprawiła, że powrót odczuł, jakby ktoś wyrwał mu potężny kawał umysłu.

Przywitał to z ulgą.

– Znalazłeś? – zapytał Pan Blue.

– Tak – odpowiedział Mateusz, czując, że słowa same wypływają mu z ust. – To śmieszne, bo widzisz, Pan Night wstawił ci rekurencję do ciągu geometrycznego w funkcji czasoprzestrzeni, bez iterowania, zupełnie blokując ci czwarty wymiar. Teraz tego nie rozumiem, ale wiem, że tak jest.

Ucisk na jego ramionach zelżał, a twarz Pana Blue rozpromieniła się.

– Niestety – odezwał się. – Teraz mniej przyjemna część.

Sięgnął za pazuchę płaszcza i z wewnętrznej kieszeni wyciągnął małą łyżeczkę do herbaty, którą zabrał z baru, w którym się zatrzymali. Podsunął ją Mateuszowi z przepraszającym uśmiechem.

– Co ja niby mam z tym zrobić? – zapytał nauczyciel, biorąc sztuciec do ręki i przyglądając mu się krytycznie z każdej strony. – Wskazałem ci błąd, ale nie potrafię go naprawić.

– Ja potrafię – wyszeptał Pan Blue. – Ale nie umiem go zlokalizować. Musisz podarować mi swoje oko, bym sam mógł to ujrzeć. Już wiem, gdzie szukać, nie widzę jednak liczb, jak ty. Mówiłem ci, że to rzadka umiejętność.

– Słucham?

– Excelu, naprawdę nie mamy czasu. Twoje oko w zamian za twój świat.

Ciemność wokół nich gęstniała, a pioruny uderzały coraz częściej.

Mateusz ujrzał swoje odwrócone odbicie we wgłębieniu metalowej łyżeczki i zrobiło mu się słabo. Sama myśl, że ma włożyć je pod powiekę, wywoływała mdłości, a co dopiero wyłupienie sobie oka!

– Nie możesz, nie wiem… – zająknął się – znieczulić mnie, albo nawet ogłuszyć i sam je wydłubać? Ja chyba nie dam rady.

Mógł sobie wyobrazić życie z jednym okiem. W sumie nawet nie wydawało mu się takie straszne, w końca ma dwoje, ale pozbawienie się któregoś samodzielnie chyba go przerastało.

– Nie mogę – odparł Pan Blue. – Gdybym mógł, zrobiłbym to już dawno. Nie ciągnąłem cię tu z kurtuazji. To jedyne miejsce, gdzie możemy zawrzeć przymierze i aby mogło się to dokonać, musisz mi podarować oko.

Mateusz rozważył te słowa. Przerażało go, że dostrzega w nich sens. Metoda w szaleństwie? A może łyżeczki tak naprawdę nie ma? Może rzeczywiście coś mu pękło w mózgu. Ostatnia szara komórka. Ostatni krok. Akt przymierza, który pozwoli uwolnić Pana Blue z okowów tego świata. Jeden gest. Jedna łyżka. Jedno oko.

Za życie wszystkich. Jego mamy, Ani, Krzyśka, Rudzkiego, niech go cholera, całego Krztyńca. Całego świata. Nie była to wielka cena, zważywszy, że mógł zachować sobie drugie. Drugiego świata, na zapas, nie ma. Przynajmniej z tego, co wiedział.

– Czas! – krzyknął Pan Blue. Odkąd utracił wzrok, stał się bardziej nerwowy. Musiał odczuć brak tego zmysłu o wiele bardziej niż Mateusz stratę widzenia w wielu wymiarach.

– Dobrze, dobrze – westchnął nauczyciel. Zacisnął mocno powieki, jakby chciał się pożegnać ze świadomością posiadania dwojga oczu i przyłożył łyżeczkę do kości policzkowej. Na złość Panu Nightowi. Dla mamy, dla Ani. Dla wszystkich.

Kiedyś opowiem wnukom, że widziałem ratowanie świata na własne oczy. Oko?

Poczuł ostry chłód na gałce ocznej. Ciałem wstrząsnął dreszcz, ale Mateusz zmusił się, by wsunąć płaski metal dalej. Zadygotał, ale nie ustąpił. Nabrał głęboko powietrza, by zrobić to jak najszybciej, gdy nad jego głową rozległo się niczym grom:

NIE!

– Za późno – szepnął Pan Blue.

 

*

 

Mateusz zastygł w bezruchu z łyżeczką wciśniętą między oko, a powiekę. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że umrze w takiej pozycji. Wszystko wokół nich się uspokoiło. Morze ucichło, wiatr przestał próbować zrzucić ich z góry, tylko pioruny jakby skupiły się w jednym wspólnym uderzeniu i w ostatnim samobójczym ataku uderzyły pomiędzy Mateusza i Pana Blue.

Grom obalił ich. Odrzucił i przygniótł do ziemi, dodatkowo wzbijając tumany kurzu. Dzwoniło im w uszach.

Pan Night we własnej osobie był dokładną kopią Pana Blue z tą różnicą, że posiadał oboje lodowato błękitnych oczu, z których zdawały się sypać iskry.

– W ostatniej chwili – burknął Pan Night, rozglądając się wokół. Na widok Pana Blue uśmiechnął się czule. – Och, mogłem się domyślić. Skopiowałeś moje wcielenie, najwyższa forma uznania, jak mawiają tutejsi.

 

*

 

– Z-zjesz nasze Słońce? – wybąkał Mateusz, dębiejąc zupełnie przez strach i zaskoczenie.

– Co? – zdziwił się nowoprzybyły brat bliźniak. – A po co mi wasze Słońce?

– Żeby je zjeść? – powtórzył bez przekonania nauczyciel.

Pan Night obrzucił go marsowym spojrzeniem spod krzaczastych brwi. Po chwili wybuchnął serdecznym śmiechem.

– To to mu naopowiadałeś? – zwrócił się do Pana Blue, który uśmiechnął się krzywo. – Oj, bracie, coraz lepiej, naprawdę. Miałbym być Wielkim Wężem Końca? Sprytnie, przyznaję, ale nie dało się prościej?

– Wiesz, że lubię opowiadać – odparł oślepiony brat.

– Głównie kłamstwa – mruknął Pan Night i zwrócił jasne oblicze w stronę Mateusza. – Wybacz, śmiertelniku. Zabieram złodzieja Tęczowych Oczu i Uszu Drzewa dokądś, gdzie nie będzie nikomu zagrażał.

Mateusz był skołowany jak jeszcze nigdy w życiu. Nogi uginały się pod nim i zupełnie nie mógł zrozumieć, co się wokół niego dzieje.

– Jakiego złodzieja?

– Poznaj swojego towarzysza – zaczął basem Pan Night. – Wieczny Łgarz, Pierwszy Kłamca, nazywaj go jak chcesz. Albo raczej wspominaj. Jego czas upłynął.

– Och, nie sądzę – wycedził Pan Blue, wykrzywiając twarz w upiorną maskę.

– Co się… – Pan Night stęknął cicho, patrząc na dłonie, które z każdą chwilą błyskały coraz mocniej. Pioruny uderzały wokół niego, ale błyski i grzmoty jakby zapadały się wewnątrz jego zwalistej postaci. Liczby szalały.

Mateusz widział. Z przerażeniem obserwował, jak otoczony piorunami olbrzym traci czwarty wymiar. Triumfalny śmiech Pana Blue mroził krew w żyłach.

Pan Night wyciągnął dłoń o szponiasto wygiętych palcach.

– Oko! – wystękał. – Potrzebuję oka!

Nauczyciel cofnął się o krok. Z oczodołu wciąż boleśnie przypominała o sobie łyżeczka, jakby dając znać, że to już. Pora się zdecydować, mały. Albo szarpnij, albo wyjmij, bo robi się niezręcznie.

– Gdy mnie zamknie – wyszeptał Pan Blue, jaśniejąc z każdą sekundą, jakby miał implodować – nie będzie dla was ratunku!

Mateusz w panice spojrzał to na jednego, to na drugiego. Bolesny grymas Pana Nighta, kuriozalny, nienaturalny uśmiech Pana Blue. Co tu się, do cholery, dzieje?

Skłonność do hazardu nie była częścią nauczycielskiego charakteru. Jednak Mateusz szybko podjął decyzję. I niech Bóg ma nas w opiece, bo wie, że zgaduję, pomyślał. Uniósł dłoń do twarzy.

Potężny piorun uderzył we wzgórze. Oślepił Mateusza, a gdy ten odzyskał wzrok, przed nim stało dwóch Panów Night. Już wcześniej byli identyczni, ale teraz obaj wwiercali w niego pełne bólu lodowe tęczówki.

– Szybko! – zawył ten po lewej, wyciągając rękę. – Zaraz będzie za późno!

– Nie wierz mu! To iluzja! – wrzasnął drugi. – Daj je mnie!

Wydawali się rozpadać i zapadać w sobie jednocześnie. Świetliste promienie uderzały w niebo, dochodząc jakby z ich wnętrz. W swym bólu i rozkładzie byli identyczni. Tacy sami. Ale nie byli tym samym.

A Mateusz widział. Liczby nie kłamią.

Wrzasnął ochryple, gdy jednym krótkim ruchem wyrwał sobie oko. Ciepła krew spłynęła mu po policzku. Łyżeczka zabrzęczała o skaliste podłoże. Zacisnął palce na oślizgłej gałce, która wciąż pokryta była plamami czerwieni, i zerwał ją krótkim szarpnięciem. Ból spazmami rozszedł się po ciele, ale Mateusz zdołał ustać. Spojrzał na ciemną tęczówkę własnego oka. Wydawało się patrzeć z dezaprobatą. Choć Mateusz dostrzegał cień zrozumienia.

– Zaufam ci, Panie Night – wyszeptał, podając szczególny dar postaci po swojej lewej. – I obym się nie mylił.

 

*

 

Fale obmywały jego bose nogi. Czuł ich zimno przeszywające do kości. Tuż przy uchu dziko zaskrzeczała mewa. Dziabnęła go kilkukrotnie w palce, aż zacisnął pięść. Gdy z ciężkim westchnięciem uniósł się na rękach, ptak odskoczył. Przekrzywił ciekawsko łebek.

Mateusz przycisnął dłoń do czoła. Głowa pulsowała tępym bólem, a piach zgrzytał między zębami. Ciałem wstrząsał dreszcz. Delikatnie przyłożył opuszki palców do powieki, ale nie napotkał znajomego oporu. Jedynie luźna skóra ustąpiła z łatwością, niczym skórka zgniłego owocu.

Z trudem wstał, wciąż podszczypywany przez białą mewę. Odgonił ją machnięciem ręki.

Nie było już sztormu, ani góry Synaj. Z nieba nie biły pioruny, a na nocnym niebie nie brakowało gwiazd. Pan Blue i Pan Night zniknęli.

Mateusz był oszołomiony.

Przez jedną krótką chwilę widział wszystko. Wszystko.

W nieskończonej feerii światów i możliwości dojrzał rzeczy straszne i mrożące krew w żyłach. Ale widział też te dobre. Wśród milionów bram i okien do innych rzeczywistości dojrzał siebie z Anią. Tak naprawdę. Nie tylko w szkole, mijających się na korytarzu. Czy to znaczy, że to jest możliwe? Bardzo chciał w to wierzyć.

Co prawda widział też takie cuda jak latające świnie, czy prawdomównych polityków, ale nie chciał, by miało to wpływ na ocenę prawdopodobieństwa, więc wyparł to z pamięci. Zamknął je, wśród innych rupieci wspomnień, w graciarni umysłu, a na zaryglowanych drzwiczkach umieścił napis: “Nie otwierać! Nie dotykać! Wystarczająco długie ignorowanie na pewno sprawi, że zawartość zniknie!”.

Dzięki oku Pana Blue dostrzegł też coś zupełnie niespodziewanego. Oto Piotrek Rudzki w pierwszym terminie zalicza test z monotoniczności funkcji na trzy z plusem. Pierwszy termin! Trzy! I to z plusem! Mateusz był pewien, że jeżeli istnieje świat, w którym coś takiego mogło się wydarzyć, to wszystko jest możliwe. Bardzo w to wierzył i miał ku temu powody.

Tylko jak wytłumaczyć mamie brak oka?

Koniec

Komentarze

Dziękuję, Tarnino! ;)

Komentarz obwieszczający publikację.

Moja łapanka z części pierwszej. Wrócę później z resztą uwag i komentarzem merytorycznym.

 

Tak, jak i ty na naukę

“Tak jak” to trochę co innego, niż “tak …, jak …”, nie stawia się tam przecinka

 

Niestety(+,) jeżeli chcesz opuścić któregoś dnia tę szanowną placówkę, musicie ten czas znaleźć.

“Niestety” jest częścią jednego zdania składowego z “musicie ten czas znaleźć.”

 

na waszym miejscu martwiłbym się o przejście do następnej klasy niż o maturę.

Zabrakło “raczej”. Ewentualnie zamień “niż” na “a nie”.

 

Klasa zareagowała na nowy rozdział, jak każda klasa na świecie

Niepotrzebny przecinek.

 

Klasa zareagowała na nowy rozdział, jak każda klasa na świecie. Pierwsze ławki otworzyły zeszyty i w skupieniu skrobały temat. Środek klasy wypełniały osoby umiarkowanie zainteresowane zarówno matematyką, jak i swoją przyszłością. Natomiast pod ścianą siedziała sama śmietanka. Szepty, śmiechy lub ostentacyjna ignorancja były wszystkim, co nauczyciel mógł tam znaleźć.

Najpierw wspominasz o tym co się dzieje na przodzie klasy, potem na jej środku, a potem na boku? Dziwna kolejność. Chyba,że przez “pod ścianą” miałeś na myśli tył, ale jeśli w klasie są okna, powinny się znajdować po lewej stronie uczniów. Są chyba na to nawet odpowiednie rozporządzenia.

 

Rudzki i jego pół mózgu kiedyś tę szkołę opuszczą, w ten czy inny sposób.

Frazeologia. Wyrażenie brzmi “taki czy inny”.

 

A taki choćby wzór na ciąg geometryczny będzie trwał niezmienny i będzie tak samo niezawodny jak zawsze.

Nie ma czegoś takiego, jak “wzór na ciąg geometryczny”. Zwłaszcza nie powinno to paść z ust matematyka. Pewnie miałeś na myśli wzór na n-ty element ciągu geometrycznego albo wzór na sumę pierwszych n elementów ciągu geometrycznego. Choć teraz jak już to napisałem, widzę, że twoja wersja wygląda lepiej, więc jeśli to był celowy skrót myślowy, a nie pomyłka, to zostaw :)

 

z których część na pewno miała szanse wyrwać się z tej dziury. No i nie mieli żadnego Rudzkiego.

Krztyniec Podlaski nie był może dziurą zabitą dechami

 

No chyba, żeby jego życiowym celem było zostać sprzedawcą w spożywczaku

Tutaj po pierwsze żeby nie jest dobrym spójnikiem, po drugie w konstrukcjach “chyba że”, “chyba żeby” nie ma przecinka.

 

A w Krztyńcu to rozrywki. I szpital jest, w końcu Mateusz musiał się gdzieś urodzić. Urząd pracy jest, dwa zespoły szkół, z czego jeden ma nawet liceum ogólnokształcące, które przyjęło w swoje progi młodego, pełnego zapału belfra, jakim w owym czasie był. Opuszczony kompleks zakładów chemicznych też w Krztyńcu jest, który każdy szanujący się młody obywatel tej cudnej mieściny musiał choć raz zwiedzić. A jak naprawdę chciało się być kimś,

Rozumiem konwencję, która tłumaczy obecność wszystkich “jest” oraz “są”, natomiast te “był” i “być” zaraz obok nie wyglądają dobrze.

 

Ale kiedy Mateusz poszedł na studia, łąkę kupił deweloper i postawił blok mieszkalny i tyle cyrk widzieli.

Zamiast pierwszego “i” dałbym przecinek.

 

Ale kiedy Mateusz poszedł na studia, łąkę kupił deweloper i postawił blok mieszkalny i tyle cyrk widzieli. Znaczy widzieli, ale w telewizji i urzędzie miasta, ale to już nie to samo.

Ten akapit bardzo mi się podoba, żeby nie było, że same uwagi :)

 

Czasem jedno i drugie, zdolne dzieci(+,) wielozadaniowe.

 

Do czasu, aż ktoś powie ich rodzicom, wtedy chodzą jak w zegarku z bazaru. Przynajmniej parę dni. Czyli zupełnie jak w zegarku z bazaru.

Frazeologia, wyrażenie brzmi “chodzić jak szwajcarski zegarek”, więc powinno być odpowiednio przerobione na “chodzą jak zegarek z bazaru”.

 

Wychodząc na parking, zmrużył oczy pod promieniami pierwszych wiosennych promieni słońca.

:)

 

wagę pomijamy, bo nie wypada, ale warto wspomnieć, że jest w sam raz.

Niekosekwentny czas, waga była w sam raz w tym samym czasie, co reszta wydarzeń opisywanych przez narratora, więc “była”.

 

Choć w tym przypadku razem znaczy tyle, co w tym samym czasie.

Niekonsekwencja. Jeśli zaznaczyłeś jakoś “razem” (kursywą bądź cudzysłowem), powinieneś taksamo odznaczyć “w tym samym czasie”.

 

Bo choć chodzili do jednej szkoły, a jeśli zsumować podstawówkę, gimnazjum i liceum(+,) wychodzi, było nie było, dwanaście lat.

 

A i to tylko, kiedy nie patrzyła.

“Tylko kiedy” to kolejne połączenie, w środku którego nie powinno być przecinka. To zdanie w ogóle poradzi sobie bez przecinka. Ewentualnie dodaj “wtedy”, wtedy przecinek będzie niezbędny.

 

a może nawet się zakochać i związać się,

Drugie “się” można wywalić.

 

może już nawet wózek? Albo dwa?

Hm. Wyobrażasz sobie jakąś praktyczną korzyść z posiadania dwóch wózków? Jeśli miałeś na myśli: kupić pierwszy wózek, sprzedać i kupić drugi, gdy pojawi się drugie dziecko – to zamiast “albo dwa” powinno być “albo drugi”, ale nawet do tego się przyczepię, bo ktoś, kto planuje dwójkę dzieci, raczej nie sprzedawałby wózka po pierwszym dziecku, tylko zachował dla drugiego.

 

Usta, w które mógłby się wpatrywać noc i dzień(+,) poruszały się,

 

Pierścionek, przyjaźń, wesołe iskierki i małe kartofelki o pulchnych buziach i włoskach barwy dojrzałego kasztana odjechały w dziecięcych wózeczkach.

Zamieniłbym któreś “i” na “oraz”.

 

mała knajpka przy dworcu , ale tam były tylko hot-dogi

Wkradła ci się spacja przed przecinkiem, a hot dogi zapisuje się właśnie tak, jak ja napisałem.

 

Nie wiedział dokąd, bo w Krztyńcu nie było kawiarni, co najwyżej budka z lodami i mała knajpka przy dworcu , ale tam były tylko hot-dogi i cola w puszce.

Trzaśnięcie drzwiami wyrwało go ze snucia planów. A w tym naprawdę był dobry. Same plany były, co najwyżej przeciętne, ale tworzył je doskonale.

 

Westchnął, jak to miał w zwyczaju po każdym spotkaniu z Anią(+,) i wsunął się do samochodu.

 

Zwalisty mężczyzna sięgając głową podsufitki, w całości składał się z drobnych płaszczyzn

Lepiej brzmiałoby “sięgający”, nie jestem pewien, czy to nie literówka. Oprócz tego niekonsekwencja, tam gdzie przecinki są opcjonalne albo oddzielasz z obu stron, albo z żadnej.

 

które bez przerwy mieniły się różnymi kolorami i teksturami, czasem znikały całkiem.

To mieniły się bez przerwy, czy czasem znikały, jak to jest? Jeśli czasem znikały, zatem przestawały się mienić, zatemnie mieniły się bez przerwy.

 

Jedne były większe, inne mniejsze, ale wspólnie tworzyły graniastą postać.

Wcześniej już napisałeś, że były drobne, cała zaznaczona część nie wnosi żadnej informacji, tylko wydłuża opis.

 

Serce waliło mu tak, że obawiał się o własne żebra. Czy w ogóle to możliwe, by szalejąca krew mogła złamać żebra od środka?

“Szalejący mięsień”, jak już.

 

Postąpił kilka kroków do tyłu

Postępuje się zasadniczo do przodu. 

 

Mężczyzna wciąż tam siedział i minę miał jakby zakłopotaną.

– Mati! – usłyszał za sobą znajomy głos.

Zaznacz zmianę podmiotu.

 

Zdarzało mu się odwiedzać z Grześkiem jedyny miejscowy bar,

Wymyśliłeś sobie miasteczko, które ma dwie szkoły, technika i zawodówki, z przynajmniej trzema klasami w roczniku, czyli – szacuję od dołu – przynajmniej dwieście, dwieście pięćdziesiąt osób w roczniku, razy siedemdziesiąt daje siedemnaście tysięcy ludzi – i tylko jeden bar?

Nie znam się na realiach małych miast, szczerze mówiąc, ale wydaje mi się, że trochę przesadziłeś. U mnie na osiedlu mieszka mniej ludzi, a jest dużo więcej barów.

 

Wuefista zaświecił złotym zegarkiem w geście pożegnanie

Literówka.

 

Poza tym, z tego,

Brzydkie to :)

 

Poczuł, jak kolana zamieniają mu się w żelki.

Frazeologia. Kolana miękną, podczas gdy nogi zamieniają się w galaretę lub plastelinę.

 

jego usta rozjechały się gwałtownie, a młody nauczyciel omal nie dostał zawału. Ostatni raz widział coś podobnego, gdy rozjechała się animacja w Simsach.

 

Oto przed nim pojawia się postać, niczym kiepsko wyrenderowana, żywcem wycięta z przeciętnej gry wideo, góra Plyastation 2.

Literówka, a poza tym pierwszy przecinek niepotrzebny.

 

Z głośników za sprawą radia popłynęła Mr Blue Sky zespołu Electric Light Orchestra.

Popłynął Mr Blue Sky albo popłynęła piosenka “Mr Blue Sky”. Poza tym, po “Mr” stawia się kropkę, znajduje się ona w tytule piosenki. I jeszcze poza tym, końcówkę “zespołu Electric Light Orchestra” bym wywalił – albo ktoś zna piosenkę i wie, czyja ona jest, albo jej nie zna, i podanie nazwy zespołu nic mi nie da. Wątpię, żeby ktoś znał ELO, a nie znał “Mr. Blue Sky”, a to jest jedyny przypadek, w którym ta informacja okaże się użyteczna.

 

w myślach nazwał go Panem Blue.

Potrafisz wyjaśnić, czemu piszesz “pan” wielką literą? Jakby co to widzę, że robisz to konsekwentnie, ale nie będę już na to zwracał uwagi.

 

małym sklepom nie pozostało nic poza nieuczciwą walką, niczym Dawid z Goliatem. Tyle, że ten Dawid oszukiwał na mięsie,

Napisałeś to tak, jakby w oryginale Dawid oszukiwał. Walka Goliata z Dawidem nie była nieuczciwa – była nierówna.

 

Tyle, że ten Dawid oszukiwał na mięsie, a Goliat miał w tym tygodniu promocję na ulubioną kawę Mateusza

 

a Goliat miał w tym tygodniu promocję na ulubioną kawę Mateusza, więc w wojnie spożywczej otwarcie kibicował Biedronce,

Goliat kibicował Biedronce?

 

 autobus PKS

“Autobus PKS-u”.

 

– Niedaleko. Godzina – zabrzęczał towarzysz i spojrzał na prędkościomierz. – Może dwie.

Piszesz z punktu widzenia Mateusza, a skąd on miałby wiedzieć, na co się spojrzał pan Blue, skoro prowadził samochód?

 

zapiszczał Mateusz i zdając sobie z tego sprawę, odchrząknął. – Bo jesteś człowiekiem?

Z czego?

 

Pan Blue nie skrzeczał już tak, jak wcześniej(+,) i jego kanciasta postać widocznie się wygładziła.

 

że mniej więcej, zmierzają w stronę Międzyrzeca.

Niepotrzebny przecinek.

 

Ale po co nie wiedział.

Tu dla odmiany przecinek by się przydał.

 

Co jest ciekawego w Międzyrzecu, dla postaci wyjętych z gier wideo?

A tu znowu niepotrzebny.

 

kaczkowatym, krokiem wszedł w wodę.

J.w.

ironiczny podpis

Kurcze, Issander, wypychasz mnie z niszy :) ale muszę machnąć mieczem (tylko raz, bo śpię)

Frazeologia, wyrażenie brzmi “chodzić jak szwajcarski zegarek”,

Jest też wyrażenie "chodzić jak w zegarku".

 

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Część pierwsza kończy się:

– Nie! – krzyknął Mateusz, poprawiając okulary na nosie. – Masz mi wytłumaczyć, co tu się dzieje, albo ja i moje liczby jedziemy na pierogi!

Część druga zaczyna się:

Pan Blue spędził około godziny na zanurzaniu dłoni w wodzie i obserwacji fal, a potem pojechali do pobliskiego zajazdu.

Mam rozumieć, że ta sama osoba najpierw nakrzyczała na pana Blue, że ma mu natychmiast wszystko wytłumaczyć, a potem cierpliwie czekała godzinę, aż wyjaśnienia się zaczną?

 

Zajazd „U Tadzika” był marną knajpą, koło stacji benzynowej.

Niepotrzebny przecinek.

 

Zajazd „U Tadzika” był marną knajpą, koło stacji benzynowej. Czekając na wyjątkowo zdesperowanych podróżnych, kusiła zdjęciami golonek i białego barszczu.

Skoro zajazd, to kusił.

 

pierogi z kapustą, po sto dwadzieścia gram każdy, które niespiesznie uciekały po tłustym talerzu.

 

Ale jak już muszę, to jak każdy szanujący się gatunek, za pomocą światła.

 

Żarłoczna, nieposkromiona(+,) agresywna ćma, żywiąca się światłem.

 

z braku gwiazd, zaczyna umierać.

Niepotrzebny przecinek.

 

Wszystko, co usłyszał(+,) było szalenie niedorzeczne.

 

Wartości, które otaczały brodacza, było szalone, tak samo jak ta opowieść.

Literówka.

 

Ten… Byt jest na tyle świadomy, by robić coś takiego?

“Byt” małą literą.

 

W sumie nie jesteś… a nieważne.

Tutaj “a” wielką.

 

Skąd wiesz(+,) ile czasu nam zostało?

 

Wiedział, że czeka go kolejna historyjkach o mrówkach

Literówka.

 

– Wszystko.

Mateusz zagotował się w środku, ale nie dopytywał. Wiedział, że czeka go kolejna historyjkach o mrówkach i problemach komunikacyjnych między gatunkami. Długo bił się z myślami, w końcu jednak nie wytrzymał.

– Jak to wszystko? Tylko bez mrówek, proszę – dodał szybko.

Najpierw piszesz,że Mateusz nie dopytywał, a potem jego pierwsza kwestia to właśnie dopytywanie się. Oprócz tego nie widzę tu uzasadnienia dla kropki, bowiem jest to ta sama scena.

 

wrzasnął młody nauczyciel, głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Niepotrzebny przecinek.

 

głosem nieznoszącym sprzeciwu. Głos decydujący i ostateczny, słowem głos zirytowanego nauczyciela z dziennikiem w ręku.

Konsekwentnie powinieneś użyć narzędnika.

 

– Sam widzisz liczby wszystkiego, a nie umiałeś utrzymać hm… chłodnicy w tym, no… żeby było dobrze!

To też fajne.

 

Znam wszystkie te słowa, ale ich poznanie ich znaczenia

Podwojenie.

 

ale tym razem każda wyglądała jak wejście do innego świata.

Mateusz spojrzał w tym samym kierunku, co jego towarzysz.

Za jakieś trzy kilometry jest cośc(+,) co nazywa się Naprawa Aut PolRadex.

Oprócz przecinka masz literówkę. No i dochodzi niekonsekwencja. Wcześniej nazwę zajazdu dałeś w cudzysłowie, czemu nazwę serwisu traktujesz inaczej?

 

że mimo warunków, wciąż było mu ciepło.

Niepotrzebny przecinek.

 

Obaj widzimy silnik tego auta, w pełnej krasie

Niepotrzebny przecinek.

 

Obaj widzimy silnik tego auta, w pełnej krasie, a i tak pchamy to cholerstwo do mechanika.

 

A to tylko mała planeta(+,) pełna gatunków o biochemii opartej na węglu,

 

Mateusz wypuścił powietrze, które wstrzymywał od dobrej chwili(+,) i w myślach przyznał mu rację.

 

kazał im zaczekać do rana do rana.

Powtórka.

 

Tłumacząc Panu Blue, że nie ma innej możliwości, by się stąd ruszyć, Mateusz oznajmił, że czeka ich noc w samochodzie.

Raczej “wytłumaczywszy oznajmił”, niż “tłumacząc oznajmił”.

 

a i tak byli zdani na łaskę wąsatego mechanika, który nie był na tyle pazerny,

 

ale postanowił blefować..

Wcięło ci kropkę.

 

Nauczyciel sam udał, że zasnął(+,) i pozwolił porwać się myślom,

 

Kosmos, pożeracz, słońce, kosmici.

W tym wypadku “Słońce” wielką literą.

 

Mateuszowi przyszło do głowy, że w tym momencie, gdy deszcz stuka o szyby, a noc jest ciemniejsza niż kiedykolwiek, w miejscu pośrodku niczego, mógłby wysadzić Pana Blue i zwiać do domu.

Nagle czas teraźniejszy.

 

Do tego(+,) co zna.

 

Jako, że Pan Blue ze swoim jednookim spojrzenia, które przenikało cały wszechświat(+,) był biedny jak mysz kościelna,

Literówka. Pierwszy przecinek niepotrzebny.

 

był biedny jak mysz kościelna, a idea pieniądza była dla niego zbyt abstrakcyjna, koszty pokryła nauczycielska pensja.

 

mruknął Pan Blue, gdy Mateusz streścił mu(+,) czym jest pieniądz,

 

– Niedorzeczne, ale fascynujące – powtórzył. – I odpowiada wam to?

– Wiesz, chyba moje przemyślenia nie mają na to wielkiego wpływu – odpowiedział zmęczony, gdy wrócili na trasę.

Zaznacz zmianę podmiotu.

 

Też widocznie odczuwał zmęczenie, co musiało też być dla niego pewnego rodzaju nowością.

 

że zostanie tak, jak najdłużej.

Niepotrzebny przecinek.

 

Mówiłem ci, że ten świat jest pełen rzeczy, których nie rozumiesz – powiedział, przyglądając się uważnie swoim palcom.

 

Głos spikera przerwał jedną z wielu radiowych(+,) przyjaznych piosenek

 

– Nie kończyłem fizyki, ale skoro mówiłeś, że ten pożeracz zjada gwiazdy i jest bardzo daleko – Mateuszowi usta wyschły na wiór, a przed oczami w dzikim pląsie zatańczyły cienie. – To czy braku tych gwiazd nie powinniśmy zobaczyć za miliony lat?

Poplątały ci się struktury w zapisie dialogów, ale wystarczy, że postawisz wielokropek po “daleko” i wszystko będzie w porządku.

 

Gwiazdy nie znikają, ot tak.

Niepotrzebny przecinek. 

 

Ale to tylko jedna z wielu hipotez bez potwierdzenia.

Pleonazm – hipoteza to z definicji zdanie, które jeszcze nie zostało potwierdzone ani obalone.

 

wskazówki Pana Blue, który instruował, w którą stronę ma jechać.

Brzydko :)

 

Nie chciałbym nakładać na ciebie presji,

Frazeologia. Nakłada się obowiązki, presję się wywiera.

 

– Moja mama powtarza – odparł zaspanym głosem. – Że lepiej wolniej, ale dojechać bezpiecznie do celu. Poza tym nie jestem Excelem.

Znowu pomieszane formy zapisu dialogów. Tutaj po “głosem” nie powinna znaleźć się kropka, a “że” powinno być małą literą.

 

Poza tym, mam coś dla ciebie.

Niepotrzebny przecinek.

 

Zupełnie mu się to nie uśmiechało. I to rozbawienie w oku przybysza.

 

gdzie niebo łączyło się szalejącym Bałtykiem.

Zabrakło ci “z”.

 

– Nie – Pan Blue pokonał jeszcze kilka kroków i stanął po kolana w wodzie. – Musimy jeszcze kawałek się przejść.

Skulił głowę i obserwował łysego mężczyznę stojącego w morzu.

Zasygnalizuj jakoś zmianę podmiotu.

 

– Wtedy, stojąc w rzece – zaczął Pan Blue, odwracając się. – Nie tylko spojrzałem w przeszłość.

Ponownie pomieszane struktury, powinieneś zmienić tak samo, jak w ostatniej uwadze.

 

W twarz uderzył go szalony podmuch, a uszy zalała kakofonia dźwięków z hukiem fal na czele. Po niebie potoczył się grom, a grzmot uginał im kolana. Nauczyciel otworzył oczy i głośno wciągnął powietrze.

Jestem pod wrażeniem, że Mateuszowi udało się, w całej tej “kakofonii dźwięków”, tak zaczerpnąć powietrza, by było to głośne, a w ogóle słyszalne. Oprócz tego “kakofonia dźwięków” to pleonazm.

 

Daleko na horyzoncie Mateusz dostrzegł wysoką górę, sterczącą z piany.

“Daleko na horyzoncie” to pleonazm. “Wysoka góra” to również pleonazm, chyba, że porównujesz jedną górę do drugiej. 

 

Ciągle stali na bałtyckiej plaży, ale teraz morze toczyło zaciekłą bitwę samo ze sobą. Daleko na horyzoncie Mateusz dostrzegł wysoką górę, sterczącą z piany. Morze tłukło w nią wściekle, jakby próbowało ją przepędzić.

To w końcu morze walczyło ze sobą, czy z górą?

 

To niemożliwe! – Mateusz pokręcił głową, widząc szalejące fale. Nawet nie brał pod uwagę, że możliwe jest wstąpienie w tę gotującą toń.

 

Wskazał Mateuszowi znajdujące nieopodal kolejne świetlne drzwi.

– Co to jest?! – zapytał i wskazał górę, jakby chciał odwlec ten moment w nieskończoność.

Znowu niezaznaczona zmiana podmiotu, tym gorsza, że w obu zdaniach masz podmiot domyślny, a nie tylko w jednym jak wcześniej.

 

Czy twoim zdaniem przechodzenie przez magiczne portale, to dla mnie codzienność?

Niepotrzebny przecinek.

 

każesz mi wleźć w czarodziejskie drzwi wiszące metr nad ziemią, a potem w kolejne(+,) i pioruny(+,) i sztorm…

 

Jak większość ze swoich płomiennych monologów, ten również Mateusz wygłosił tylko we własnej głowie.

Nie można wygłosić czyichś monologów.

 

Wiele setek metrów pod nimi, nauczyciel wiedział, że jest to dokładnie dwa tysiące osiemdziesiąt pięć metrów, wrzało morze.

Sugeruję myślniki zamiast zewnętrznych przecinków, ułatwiłyby zrozumienie zdania.

 

– Weź je. To dar – powiedział pan Blue, a sztorm szalał za jego plecami. – Tylko tutaj mogło się to dokonać.

– Nie dotknę tego!

 

Pan Night musiał mnie skonwertować, czyli doprowadzić do poziomu trójwymiaru(+,) i zamknął mnie w tej formie.

 

– Co mam z tym zrobić? – Mateusz był przerażony, ale uznał, że to zaszło już za daleko. Postawmy ostatni krok i zakończmy to.

 

. Co składało się, składa i będzie(+,) i mogłoby się składać na jego rzeczywistość.

Albo zastąp pierwsze i przecinkiem.

 

Ostatni krzyk, który rozległ się w jego głowie, nadal rezonował w czaszce. Nie potrafił nazwać tego słowami, ale odczytał ton rozkazu.

Krzyk nie potrafił nazwać rozkazu słowami, ale odczytał jego ton?

 

Sama myśl, że ma włożyć je pod powiekę(+,) wywoływało mdłości, a co dopiero wyłupienie sobie oka!

Oprócz tego literówka.

 

– Nie możesz, nie wiem… – zająknął się. – Znieczulić mnie, albo nawet ogłuszyć i sam go sobie wydłubać? Ja chyba nie dam rady.

Mała litera i bez kropki.

 

i sam go sobie wydłubać?

“Je”, a nie “go”, i czemu “sobie”, skoro pan Blue już wydłubał sobie wszystkie oczy?

 

Mógł sobie wyobrazić życie z jednym okiem. W sumie nawet nie wydawało mu się takie straszne, w końca ma dwoje, ale pozbawienie się jednego samodzielnie chyba go przerastało.

Drugie wystąpienie sugeruję zamienić na “któregoś”.

 

To jedyne miejsce(+,) gdzie możemy zawrzeć przymierze i aby mogło się to dokonać, musisz mi podarować oko.

 

To, to mu naopowiadałeś?

Niepotrzebny przecinek.

 

– Poznaj swojego towarzysza – zaczął basem Pan Night.

Czemu “zaczął”, skoro to już któraś kolejna wypowiedź, ani nie jest to pierwsza z kilku wypowiedzi na ten sam temat?

 

– Gdy mnie zamknie – wyszeptał Pan Blue, jaśniejąc z każdą sekundą, jakby miał implodować. – Nie będzie dla was ratunku!

Ponownie powinno być bez kropki i od małej litery.

 

– Nie wierz mu! To iluzja! – wrzasnął drugi. – Daj ją mnie!

Skoro chodzi o oko, to “je”.

 

Zacisnął palce na oślizgłej gałce, która wciąż pokryta była plamami czerwieni(+,) i zerwał ją krótkim szarpnięciem.

 

Czuł ich zimno przeszywającą do kości.

Literówka.

 

I wśród milionów bram i okien do innych rzeczywistości dojrzał siebie i Anię.

Trzy i w jednym, krótkim zdaniu.

 

Bardzo w to wierzył, i miał ku temu powody.

Niepotrzebny przecinek.

 

 

Okej, pora na komentarz merytoryczny (wreszcie!) :)

Tekst czyta się bez większych problemów, ale będę miał uwagi co do jego struktury. Pierwsza część jest zdecydowanie zbyt długa w stosunku do reszty. Pojawienie się pana Blue jest haczykiem, który ma czytelnika zainteresować i sprawić, że zapragnie poznać jego tajemnicę, jednak ta tajemnica jest przeciągana. Przez całą pierwszą część nie dowiadujemy się nic, i to jest moim zdaniem zbyt długo. Do tego w pierwszej części budujesz (swoją drogą, w bardzo udany sposób! To jedna z najlepszych rzeczy w tym opowiadaniu) obraz małego miasteczka i prostego życia nauczyciela, który potem nie zostaje w ogóle wykorzystany, wręcz zostaje zapomniany i nie ma większego wpływu na faktyczną akcję opowiadania.

Co do akcji, uważam, że w tym opowiadaniu trochę za mało się dzieje jak na jego długość, niestety pojawiają się dłużyzny.

Nie jestem też fanem umieszczania piosenek w opowiadaniach. Jeśli czytelnik piosenkę zna, a nawet lubi, to spoko. Ale na pewno będą tacy, którzy piosenki nie kojarzą, a wtedy mają dwie możliwości – czytać cytaty, które nic im nie mówią, albo pójść i włączyć sobie dodatkowo piosenkę, żeby je zrozumieć. A tekst powinien sam się bronić i sam w sobie być w pełni zrozumiały.

Co do stylu, zwróciłem uwagę na następujące rzeczy:

– Masz problem z zapisem dialogu, gdy zdanie opisujące jest wewnątrz kwestii dialogowej. Powinno to wyglądać jak któreś z poniższych:

– No – powiedziała Ania – teraz to masz przechlapane!

– No! – powiedziała Ania. – Teraz to masz przechlapane!

Ale! Jeśli (tak jak było u ciebie) kwestii dialogowej nie da się rozdzielić kropką, masz tylko jedną możliwość:

– Albo oddasz mi pieniądze – powiedziała Ania – albo dostaniesz w ryj!

– Tekst trapi byłoza. Nie jakaś okropna, ale jednak. Na najgorsze przykłady zwróciłem ci uwagę, ale sugeruję jeszcze raz przejrzeć tekst pod kątem słów “jest”, “są”, “był”, “będzie”.

– Bardzo często, zwłaszcza w dialogach, skaczesz po podmiotach. Często używasz podmiotu domyślnego różnego od ostatniego podmiotu, jaki się pojawił.

 

Podsumowując, opowiadanie jest w porządku, ale nie udało mu się utrzymać mnie w napięciu (nie licząc samej końcówki) i podtrzymać zainteresowania.

 

 

Tarnino, masz rację, wcześniej nie znalazłem nic na szybko.

ironiczny podpis

Co do akcji, uważam, że w tym opowiadaniu trochę za mało się dzieje jak na jego długość, niestety pojawiają się dłużyzny.

Mógłbyś wskazać, w którym momencie zauważyłeś dłużyzny?

Nie jestem też fanem umieszczania piosenek w opowiadaniach.

Gusta i guściki. Wiedziałem, że w tym przypadku wszystkim nie dogodzę. ;)

A tekst powinien sam się bronić i sam w sobie być w pełni zrozumiały.

Wydaje mi się, że tekst fabularnie broni się sam. Piosenka jest tutaj tylko i wyłącznie dodatkiem, coś jak tytuły kolejnych fragmentów.

Masz problem z zapisem dialogu

O, dzięki. Przyda mi się ten przykład.

Podsumowując, opowiadanie jest w porządku, ale nie udało mu się utrzymać mnie w napięciu (nie licząc samej końcówki) i podtrzymać zainteresowania.

No cóż, szkoda. Może następnym razem.

Issander, dzięki za przeczytanie i komentarz. Już się biorę za poprawki. Zdaję sobie sprawę, że chyba za mocno postawiłem na małomiasteczkowy klimat i fabuła wydaje się pewnie doklecona na ślinę, ale traktuję, to raczej jako humorystyczną historyjkę, która niespodziewanie dla samego autora rozrosła się do takiej kobyły. :p

Dzięki!

 

EDIT:

Klasa zareagowała na nowy rozdział, jak każda klasa na świecie. Pierwsze ławki otworzyły zeszyty i w skupieniu skrobały temat. Środek klasy wypełniały osoby umiarkowanie zainteresowane zarówno matematyką, jak i swoją przyszłością. Natomiast pod ścianą siedziała sama śmietanka. Szepty, śmiechy lub ostentacyjna ignorancja były wszystkim, co nauczyciel mógł tam znaleźć.

Najpierw wspominasz o tym co się dzieje na przodzie klasy, potem na jej środku, a potem na boku? Dziwna kolejność. Chyba,że przez “pod ścianą” miałeś na myśli tył, ale jeśli w klasie są okna, powinny się znajdować po lewej stronie uczniów. Są chyba na to nawet odpowiednie rozporządzenia.

Nie widzę tu sprzeczności.

może już nawet wózek? Albo dwa?

Hm. Wyobrażasz sobie jakąś praktyczną korzyść z posiadania dwóch wózków? Jeśli miałeś na myśli: kupić pierwszy wózek, sprzedać i kupić drugi, gdy pojawi się drugie dziecko – to zamiast “albo dwa” powinno być “albo drugi”, ale nawet do tego się przyczepię, bo ktoś, kto planuje dwójkę dzieci, raczej nie sprzedawałby wózka po pierwszym dziecku, tylko zachował dla drugiego.

Kurczę, może się nie znam, ale czy nie występują przypadki, gdy rodzice posiadają dwójkę dzieci w wieku wózkowym? Choćby bliźnięta? Widzę wtedy praktyczną korzyść, że nie trzeba z nimi wychodzić na spacer na zmianę. :p Tak, wiem są podwójne wózki, ale to chyba nie jest konieczność i przykaz z góry?

 

Zdarzało mu się odwiedzać z Grześkiem jedyny miejscowy bar,

Wymyśliłeś sobie miasteczko, które ma dwie szkoły, technika i zawodówki, z przynajmniej trzema klasami w roczniku, czyli – szacuję od dołu – przynajmniej dwieście, dwieście pięćdziesiąt osób w roczniku, razy siedemdziesiąt daje siedemnaście tysięcy ludzi – i tylko jeden bar?

Nie znam się na realiach małych miast, szczerze mówiąc, ale wydaje mi się, że trochę przesadziłeś. U mnie na osiedlu mieszka mniej ludzi, a jest dużo więcej barów

Po pierwsze, to nie wiem jaką matematyką się posiłkowałeś, że wyszła Ci tak astronomiczna liczba, ale szkoły średnie często działają bez szkół “poniżej”. Poza tym w małych miastach dużą część uczniów stanowi młodzież z okolicznych wsi, więc samo miasteczko nadal ma dość niską liczbę mieszkańców. Poza tym potraktowałem jeden bar jako skrót myślowy. Zazwyczaj są jeszcze ze dwie speluny, obok których strach iść, po prostu ich nie wymieniałem. :)

w myślach nazwał go Panem Blue.

Potrafisz wyjaśnić, czemu piszesz “pan” wielką literą? Jakby co to widzę, że robisz to konsekwentnie, ale nie będę już na to zwracał uwagi.

Stanowi dla mnie integralną część jego imienia. Wahałem się w tym przypadku, ale tak po prostu lepiej mi wygląda.

małym sklepom nie pozostało nic poza nieuczciwą walką, niczym Dawid z Goliatem. Tyle, że ten Dawid oszukiwał na mięsie,

Napisałeś to tak, jakby w oryginale Dawid oszukiwał. Walka Goliata z Dawidem nie była nieuczciwa – była nierówna.

Zupełnie za daleko idący wniosek. Nie to miałem na myśli i wydaje mi się, że można to odczytać jako tyle, że ten konkretny coś oszukuje. Zobaczymy, czy ktoś inny zwróci na to uwagę.

zapiszczał Mateusz i zdając sobie z tego sprawę, odchrząknął. – Bo jesteś człowiekiem?

Z czego?

Że załamał mu się głos? Nie wiem, czy masz na myśli, że to nieczytelne, czy bez sensu.

Mam rozumieć, że ta sama osoba najpierw nakrzyczała na pana Blue, że ma mu natychmiast wszystko wytłumaczyć, a potem cierpliwie czekała godzinę, aż wyjaśnienia się zaczną?

Cóż, Mateusz nie jest zbyt stanowczą osobą, choć na pewno za taką chciałby uchodzić.

 

Uff.. Poprawiłem znaczącą większość. Na resztę albo nie miałem pomysłu, ale uznałem, że dobrze jest jak jest. Dzięki, doceniam!

Ac, nie sądzę, że zbyt mocno postawiłeś na małomiasteczkowy klimat, nie o to mi chodziło. Gdyby akcja opowiadania była kontynuowana w miasteczku, mogłoby wyjść super, bo ten klimat ci wyszedł. Natomiast wprowadzasz ten klimat tylko po to, by bohaterów zaraz wyprowadzić z miasteczka i już w ogóle tam nie wrócić. Stąd wrażenie oderwania od reszty tekstu i nawet pewnej bezcelowości. Natomiast całe opowiadanie w takim małomiasteczkowym klimacie przeczytałbym bardzo chętnie.

 

Mógłbyś wskazać, w którym momencie zauważyłeś dłużyzny?

Głównie chodziło mi o podróż samochodem. Jest ona dominującym elementem, zajmuje większość tekstu: drugą połowę części pierwszej, całą część drugą oraz początek części trzeciej. W jej czasie dzieje się niewiele – pan Blue kąpie się w rzece, jedzą pierogi, wysiada chłodnica… to w zasadzie tyle. Oprócz tego jest to miejsce na ekspozycję informacji, wyjaśnienia, ale wcale nie dajesz ich czytelnikowi znowu tak dużo, by istniała potrzeba takiego rozciągnięcia.

Jako punkt odniesienia stosuję tutaj podróż przez Amerykę Cienia i Wednesdaya z “Amerykańskich Bogów”. Widzę wiele podobieństw pomiędzy tymi dwoma sytuacjami, ale tam dzieje się dużo więcej, a jest mniej rozmów w trakcie jazdy. 

ironiczny podpis

Ac, nie sądzę, że zbyt mocno postawiłeś na małomiasteczkowy klimat, nie o to mi chodziło.

Miałem na myśli wysiłek i ekspozycja małomiasteczkowego klimatu jest niewspółmierna do wysiłku i ekspozycji innych elementów tekstu. ;)

 

Rozumiem i chyba się zgadzam. Dzięki. ;) Rzuć okiem na poprzedni post, bo odpowiedziałem w nim na kilka zaległych pytań. :)

Nie widzę tu sprzeczności.

Nie chodziło mi o sprzeczność, to zresztą nawet nie był błąd, po prostu jak czytam zdanie złożone w ten sposób: “na przodzie klasy blabla, w środku klasy, blabla, a na x klasy blablabla” to spodziewam się, że ten x to będzie jednak tył :)

 

Kurczę, może się nie znam, ale czy nie występują przypadki, gdy rodzice posiadają dwójkę dzieci w wieku wózkowym? Choćby bliźnięta? Widzę wtedy praktyczną korzyść, że nie trzeba z nimi wychodzić na spacer na zmianę. :p Tak, wiem są podwójne wózki, ale to chyba nie jest konieczność i przykaz z góry?

Trzeba by jakąś ankietę przeprowadzić :) W przypadku bliźniąt wózek podwójny jest o wiele bardziej praktyczny, bo jedna osoba przecież z dwoma wózkami na spacer nie pójdzie. A w przypadku dzieci w różnym wieku starsze już przeważnie trochę chodzi. Kupowanie drugiego wózka tylko i wyłącznie na sytuacje, gdzie na spacer idzie oboje rodziców (co raczej nie stanowi większości spacerów w ogóle) to dla mnie niepotrzebny wydatek zwłaszcza, gdy jedno z dzieci już trochę chodzi i jak się zmęczy, to ojciec może je po prostu wziąć na ręce. No ale to trzeba by faktycznie poczekać na werdykt tych, co już pociechy mają.

 

 Nie wiem, czy masz na myśli, że to nieczytelne, czy bez sensu.

To, że nie wiadomo, do czego odnosi się zaimek.

ironiczny podpis

Cóż i klasę i wózki już zostawię w spokoju. ;) Jak inni będą marudzić, to pomyślę. Zarówno i piszczenia, chyba można się domyśleć. :)

Ujrzawszy tag matematyka, zjeżyłam się okrutnie, bo to dla mnie wiedza tajemna. No i co tu dużo mówić – obawiam się, że nie wszystko zrozumiałam. Bo jakkolwiek przyjmuję do wiadomości, że Mateusz posiadał jakąś osobliwą zdolność widzenia liczb, a Pan Blue chciał to wykorzystać, to nie za bardzo pojmuję, co się w opowiadaniu wydarzyło, a to co się wydarzyło, nie bardzo chce mi się złożyć do kupy.

Jeśli dobrze zrozumiałam, istotą opowiadania jest nagłe pojawienie się Pana Blue w aucie Mateusza i związane z tym następstwa. Dlatego nie do końca wiem, co miała na celu początkowa część poświęcona szkole, rozmyślaniom o Ani i aspektom życia w Krztyńcu, skoro w dalszym ciągu tej historii nie miała żadnego znaczenia. Potem mamy długą część, którą można nazwać opowieścią drogi, ale i w niej nie mają miejsca jakieś szczególne wydarzenia – ot, jadą panowie od rzeki do zajazdu i rozmawiają, potem od zajazdu do nie wiadomo dokąd i nadal rozmawiają. Po drodze mają awarię i tracą dużo czasu, ale w końcu, ciągle rozmawiając,  docierają do celu i stają się uczestnikami wydarzeń, dla mnie, niestety, mało zrozumiałych.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

– Ko­lej­na? – za­py­tał tylko znad oku­la­rów Ma­te­usz. –> Na czym polega pytanie/ mówienie znad okularów? Czy może należy mieć okulary założone poniżej ust?

 

Gdy dzwo­nek wybił pięt­na­ście po dru­giej… –> Czy dzwonek na pewno wybija godziny, w dodatku kwadranse?

A może miało być: Gdy dzwo­nek zadźwięczał pięt­na­ście po dru­giej

 

Opusz­czo­ny kom­pleks za­kła­dów che­micz­nych też w Krztyń­cu jest, który każdy sza­nu­ją­cy się młody oby­wa­tel tej cud­nej mie­ści­ny mu­siał choć raz zwie­dzić. –> Raczej: Jest też w Krztyńcu opusz­czo­ny kom­pleks za­kła­dów che­micz­nych, który każdy sza­nu­ją­cy się młody oby­wa­tel tej cud­nej mie­ści­ny mu­siał choć raz zwie­dzić.

 

ska­cząc z dachu na be­to­no­we po­sadz­ki sta­rych za­kła­do­wych bu­dyn­ków. –> Na ile posadzek można skoczyć z jednego dachu?

 

ale widok zło­tej tar­czy po­mię­dzy ob­ło­ka­mi chmur ogrze­wał serce. –> Masło maślane. Obłoki to chmury.

 

Ma­te­usz z uśmie­chem pod­szedł do wy­słu­żo­ne­go Audi a3… –> Ma­te­usz z uśmie­chem pod­szedł do wy­słu­żo­ne­go audi A3

Nazwy pojazdów zapisujemy małymi literami. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

– Hej! Ma­te­usz! – usły­szał za sobą, gdy wsu­wał klu­czyk w zamek. –> – Hej! Ma­te­usz! – Usły­szał za sobą, gdy wsu­wał klu­czyk w zamek.

Rzadko, ale zdarza Ci się źle zapisać dialog. Słyszenie nie jest paszczowe.

Może przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

– Mati! – usły­szał za sobą zna­jo­my głos. –> – Mati! – Usły­szał za sobą zna­jo­my głos.

 

Wu­efi­sta za­świe­cił zło­tym ze­gar­kiem w ge­ście po­że­gna­nie… –> Ponieważ gest wykonuje się rękami, nie zegarkiem, domyślam się, że wuefista wykonał gest ręką, a zegarek błysnął przy okazji.

Proponuję: Wuefista wykonał gest pożegnania, błyskając przy tym złotym zegarkiem.

 

czę­ści trzy­ma­ły w kupie tylko taśma izo­la­cyj­na i dużo do­brej woli. Poza tym, z tego, co Ma­te­usz wi­dział, padła mu chłod­ni­ca i sil­nik nie trzy­mał ob­ro­tów. –> Powtórzenie.

 

usta roz­je­cha­ły się gwał­tow­nie, a młody na­uczy­ciel omal nie do­stał za­wa­łu. Ostat­ni raz wi­dział coś po­dob­ne­go, gdy roz­je­cha­ła się… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Na sie­dze­niu obok sie­dział już gość… –> Nie brzmi to najlepiej. Ponieważ fotel jest już w poprzednim zdaniu, proponuję: Na miejscu obok sie­dział już gość

 

Mama nie była za­do­wo­lo­na, o czym dała znać licz­ny­mi fuk­nię­cia­mi i prych­nię­cia­mi. –> Raczej: Mama nie była za­do­wo­lo­na, czemu dała wyraz licz­ny­mi fuk­nię­cia­mi i prych­nię­cia­mi.

 

– Licz­by, co wi­dzisz w licz­bach – moc­nym gło­sem prze­rwał mu tę wy­li­czan­kę męż­czy­zna. –> Raczej: – Licz­by, co wi­dzisz w licz­bach?Mężczyzna moc­nym gło­sem prze­rwał mu tę wy­li­czan­kę.

 

– Pró­bo­wa­li cię z tego wy­le­czyć – mruk­nął łysy… –> Brak pytajnika po wypowiedzi.

 

dzio­bał wi­del­cem pie­ro­gi z ka­pu­stą, po sto dwa­dzie­ścia gram każdy… –> …dzio­bał wi­del­cem pie­ro­gi z ka­pu­stą, po sto dwa­dzie­ścia gramów każdy

 

– Wi­dzisz licz­by, praw­da? War­to­ści licz­bo­we wszyst­kie­go, co cię ota­cza – wi­dząc, że Ma­te­usz kiw­nął głową, kon­ty­nu­ował. –> – Wi­dzisz licz­by, praw­da? War­to­ści licz­bo­we wszyst­kie­go, co cię ota­cza?Wi­dząc, że Ma­te­usz kiw­nął głową, kon­ty­nu­ował.

 

– Nie, nic – otrzą­snął się. –> – Nie, nic.Otrzą­snął się.

 

Deszcz mo­czył ich od­sło­nię­te karki, a zimny wiatr sma­gał po ner­kach. –> Przed chwilą napisałeś: Wiatr roz­go­nił chmu­ry i gwiaz­dy świe­ci­ły jasno. –> Skoro wiatr rozgonił chmury, to skąd deszcz?

 

– Nie koń­czy­łem fi­zy­ki, ale skoro mó­wi­łeś, że ten po­że­racz zjada gwiaz­dy i jest bar­dzo da­le­ko – Ma­te­uszo­wi usta wy­schły na wiór… –> Brak kropki po wypowiedzi.

 

Wska­zał Ma­te­uszo­wi znaj­du­ją­ce nie­opo­dal ko­lej­ne świetl­ne drzwi.

– Co to jest?! – za­py­tał i wska­zał górę… –> Wska­zał Ma­te­uszo­wi znaj­du­ją­ce się nie­opo­dal ko­lej­ne świetl­ne drzwi.

– Co to jest?! – za­py­tał, pokazując górę

 

wiatr szar­pał za każdy skra­wek ma­te­ria­łu. –> …wiatr szar­pał każdy skra­wek ma­te­ria­łu/ ubrania.

 

Się­gnął za połę płasz­cza i z we­wnętrz­nej kie­sze­ni wy­cią­gnął małą ły­żecz­kę do her­ba­ty… –> Się­gnął za pazuchę płasz­cza i z we­wnętrz­nej kie­sze­ni wy­cią­gnął małą ły­żecz­kę do her­ba­ty… Lub: Się­gnął w zanadrze płasz­cza i z we­wnętrz­nej kie­sze­ni wy­cią­gnął małą ły­żecz­kę do her­ba­ty

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu» pazucha/ zanadrze daw. «miejsce pod wierzchnim ubraniem na piersi»

 

Wziął głę­bo­ki od­dech… –> Raczej: Nabrał głęboko powietrza

Oddech to wdech i wydech. Można głęboko oddychać, ale chyba nie można wziąć głębokiego oddechu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Zgadzam się z częścią powyższych zarzutów.

Klimat małomiasteczkowy fajny, ale niczemu nie służy. Do chęci ratowania świata wystarczyłaby jedna Ania. Rozwodzisz się nad zwyczajnymi, mało ciekawymi rzeczami – co robili z wuefistą w knajpie (no, a co się tam robi), smak pierogów – a ledwie wspominasz o tych fajnych – co liczby mówią Mateuszowi, co wyrabiają Panowie Blue i Night, który jest który…

Jak na wspaniały i wielowiedzący byt, Blue dość głupio się zachowuje, wlokąc się nad morze gruchotem. Szybciej byłoby pociągiem, że o samolocie nie wspomnę. Przez to wydawał mi się irytujący i mało wiarygodny.

Ech, jak to nigdy nie należy ufać komuś, kto mówi: “Później ci wyjaśnię, teraz rób, co mówię”.

Ale pomysł na dylemat bohatera i opowieść interesujący.

No i ostatnia ławka pod oknem. Esencja złej woli i lenistwa. Niedbalstwo, tępota i działanie na własną szkodę.

Ej! W liceum na matmie siedziałam w ostatniej ławce pod oknem!

Babska logika rządzi!

Dlatego nie do końca wiem, co miała na celu początkowa część poświęcona szkole, rozmyślaniom o Ani i aspektom życia w Krztyńcu, skoro w dalszym ciągu tej historii nie miała żadnego znaczenia.

No właśnie poza tym, że dobrze bawiłem się pisząc tę część, chyba zapomniałem o tym, że powinno być to o wiele bardziej zakorzenione w tekście. Cóż, mam nadzieję, że następnym razem lepiej przemyślę konstrukcję.

Dziękuję za komentarz i łapankę, Reg. Poprawię te błędy dzisiaj wieczorem lub jutro, bo chwilowo nie mogę.

Ale pomysł na dylemat bohatera i opowieść interesujący.

Yay. :D Dobre słowo. No tak jak napisałem wyżej, konstrukcja jest po prostu nieprzemyślana. Tym bardziej cieszę się, że wrzuciłem tu ten tekst, bo następnym razem o tym nie zapomnę. :p

Dzięki!

No i ostatnia ławka pod oknem. Esencja złej woli i lenistwa. Niedbalstwo, tępota i działanie na własną szkodę.

Ej! W liceum na matmie siedziałam w ostatniej ławce pod oknem!

Sugerujesz, że coś pominąłem? ;)

 

 

Bardzo proszę, Ac. Cieszę się, że mogłam pomóc. No i czekam na kolejne opowiadanie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sugerujesz, że coś pominąłem? ;)

Tak, zapomniałeś wspomnieć, że ludzie z tej ławki nie mieli żadnych kłopotów z matematyką. ;-)

Babska logika rządzi!

Tak, zapomniałeś wspomnieć, że ludzie z tej ławki nie mieli żadnych kłopotów z matematyką. ;-)

Wybacz, Finkla. Wychodzą kolejne rzeczy, o których zapomniałem. Uznajmy, że to element fantastyczny. :)

A, jak fantastyczny, to spoko. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie rozumiem zarzutów co do małomiasteczkowego klimatu, który niczemu nie służy. Jak to nie? Służy klimatowi właśnie! :) Mnie się to podoba. Pokazuje, skąd się bohater wziął, jaki jest, jakie jest jego życie. Wyrwanie bohatera z próżni na pewno by tekstowi dobrze nie zrobiło. No i potem był przecież jeszcze małomiasteczkowy mechanik. Dla mnie ta otoczka to ogromny plus tego opowiadania.

Finkla zapewne ma rację, pisząc o pewnych logicznych dziurach. Ale zauważyłam to dopiero, gdy przeczytałam jej komentarz, bo czytając tekst trochę za dobrze się bawiłam. Masz odpowiadające mi poczucie humoru, ponad 50 tys. znaków minęło nadspodziewanie szybko.

Mam nadzieję, że ten tekst będzie miał więcej czytelników i szybko wyląduje w bibliotece, bo na pewno na to zasługuje.

ocha, dzięki za wizytę i komentarz! :) Uff… w końcu ktoś się dobrze bawił. Nie ma co ukrywać, że celowałem raczej w lekką konwencję i nastawienie na czytelników, którzy zmrużą trochę oko, ale forum mamy wymagające. Nie mogę sobie pozwolić na rozwój jednego elementu kosztem drugiego. ;)

Dzięki za miłe słowa!

E, dobre to. Zabawne ;)

 

Masz mi wytłumaczyć, co tu się dzieje, albo ja i moje liczby jedziemy na pierogi!

tak trzeba żyć.

 

Żarłoczna, nieposkromiona, agresywna ćma, żywiąca się światłem.

Co wy macie z ćmami? Ty ćmy, stn ćmy…

 

Małomiasteczkowy klimat bardzo fajny, ale zabrakło mi czegoś więcej o tych liczbach – szkoda, bo to ciekawe było, a zepchnąłeś to na margines.

 

Edit:

trochę też zgrzyta mi zakończenie – całość jest lekka i zabawna, a tu nagle zaczynają wyrywać sobie oczy i to tworzy pewny dysonans. 

O ile nie mam nic przeciwko przemocy tu bym chyba wolała coś mniej dosłownego.

I would prefer not to.

O, wybranietz! Dzięki za wizytę i komentarz.

Żarłoczna, nieposkromiona, agresywna ćma, żywiąca się światłem.

Co wy macie z ćmami? Ty ćmy, stn ćmy…

Tworzymy fanklub. :p

Małomiasteczkowy klimat bardzo fajny, ale zabrakło mi czegoś więcej o tych liczbach – szkoda, bo to ciekawe było, a zepchnąłeś to na margines.

No zawsze czegoś będzie brakowało, ale cieszę się, że przynajmniej było zabawnie. :) Dzięki!

 

To będzie najlepszy fanklub ever!

Ćmy są super <3

 

edytke zrobiłam, nie wiem czy zauważyłeś ;P 

I would prefer not to.

Ciekawe, zabawne, bardzo przyjemne w odbiorze opowiadanie z trochę mniej przyjemnym, aczkolwiek wciąż interesującym zakończeniem. Porządnie nakreślony bohater, liczby i małomiasteczkowy klimat również na plus. Klikam :)

wybranietz, musieliśmy się minąć z postami. W tym wypadku rzucenie okiem na inne wymiary faktycznie jest dość dosłowne. Niestety na tym zbudowany jest cały dylemat, ale rozumiem co masz na myśli. :) Zapamiętam.

Dzięki za wizytę i komentarz, katiu! Cieszę się, że Ci się podobało! Fajnie, że jednak zgodnie zauważacie klimat, na który położyłem największy (może troszkę za duży) nacisk. No i super, że uznałaś je za zabawne. W głównej mierze o ten klimat i żartobliwą narrację mi chodziło. :) Dzięki!

Zadupie wyszło eleganckie. Nawet widzę bar z gównianymi pierogami, gdzie oprócz tej wspaniałej kuchni, można jeszcze kupić prawie nowy akumulator i kuponik bukmacherski – przy okazji akurat na mecz jagielonii. No i wuefista w gównianym tico to klasa. Idę o zakład, że po zajęciach w szkole dorabia w wykończeniówce, a w bagażniku samochodu wozi klej do płytek.

Druga połowa mnie trochę zmęczyła – może przez gadanie o liczbach, bo na matmie zawsze siedziałem w ostatniej ławce :)

Ciekawy, choć nierówny tekst.

Początek niezwykle klimatyczny. Ta małomiasteczkowość, pierogi – dla mnie bomba.

Potem wkracza Pan Blue. Ciekawa postać – pasuje do takiej z lekka absurdalnej konwencji. Motyw z mrówką jest dla mnie najzabawniejszy. Samo widzenie liczb z lekka niezrozumiałe dla mnie, ale nie przeszkadzało to cieszyć się historią.

Potem dochodzi Pan Night i zaczyna się czkawka. Fajnie, że pokazujesz drugi punkt widzenia – gorzej, że z tego nic nie wynika. Nie ma walki, konfliktu, nie ma nic. Bohater po prostu decyduje się mu zaufać. Trochę to wygląda, jakbyś zorientował się, że zbliżasz się do limitu i czym prędzej musiałeś skończyć. Szkoda.

Dodatkowy punkt za tytuł – dla mnie arcyciekawy.

Podsumowując: z lekka nierówny koncert fajerwerków, zwłaszcza w końcówce. Jednak ma parę fajnych żartów oraz pomysłów, stąd wcześniej doklikałem w podróży.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

> – Hej! Mateusz! – usłyszał za sobą, gdy wsuwał kluczyk w zamek. –> – Hej! Mateusz! – Usłyszał za sobą, gdy wsuwał kluczyk w zamek.

 

– Mati! – usłyszał za sobą znajomy głos. –> – Mati! – Usłyszał za sobą znajomy głos.

 

 

Dobrze było.

Miniporadnik Nazgula (vide ostatnie komentarze):

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Poradnia PWN:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Narracja-po-dialogach;18625.html

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

wonszu, wydaje mi się, że wycisnąłeś samą esencję wiochy, którą opisywałem i niejednego wuefistę-majstra znasz. ;) Dzięki!

NWM, chyba odczytałeś ten tekst tak jak sam go widzę. Ale tym klimatem i humorem chciałem się z Wami podzielić, więc cieszę się, że to doceniasz!

jerohu, dzięki za poradnik. Rzucę na to okiem, bo faktycznie coś mi w tych zapisach zgrzyta.

 

Dzięki!

Czy w ogóle to możliwe, by szalejący mięsień mogła złamać żebra od środka?

Coś się posypało.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Po tylu korektach to nawet nie jestem zaskoczony. Takie błędy nigdy nie chcą się skończyć. ;)

Dziękuję, Anet!

Często gdy nie przeczytam w całości opowiadania, zastanawiam się, czy w ogóle powinienem pisać komentarz. Myślę jednak, że w przypadku długich utworów, gdy opinii jest trochę mniej, niż przy szortach, każde słowo może się przydać.

A więc tak: podoba mi się styl takiej obyczajówki, jest jak lubię, nieśpiesznie, z odpowiednim uwypukleniem spojrzenia oczyma głównego bohatera. W tym przypadku czuć nostalgię do miejsca, do Krztyńca, do ludzi z tym miejscem związanych. I fajnie to brzmi przedstawione od strony Mateusza. Powiedziałbym, jest na poziomie drukowanym.

Tyle tylko, że cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu. Błąkam się nadal wśród opowiadań publikowanych przeszło miesiąc temu, więc na razie przerwałem czytanie, może jeszcze wrócę. Ale pozytywnych słów nigdy za dużo, więc i moje niechaj Ci służy. :)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Myślę jednak, że w przypadku długich utworów, gdy opinii jest trochę mniej, niż przy szortach, każde słowo może się przydać.

Jasne, że tak! I tak jak piszesz, każde dobre słowo, to miód na serce. :) A z brakiem czasu, to cóż… łączę się w bólu. Mam nadzieję, że niedługo wygospodaruję go więcej na forum.

Super, że zajrzałeś (nawet jeśli tylko na część!) i bardzo się cieszę, że Ci się podobało. A poza tym, to dalsza część opowiadania jest słabsza niż początek, więc w sumie dobrze zrobiłeś. Nie czytaj dalej i nie psuj sobie wrażenia o tekście. :D

Dzięki!

Nowa Fantastyka