- Opowiadanie: mruss - Ogień Badou

Ogień Badou

Mój debiut, więc proszę o jak najwięcej komentarzy i wskazówek! Dobrego czytania :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, NoWhereMan

Oceny

Ogień Badou

Mam dwanaście lat i czekam na śmierć. Dym ogniska drażni moje nozdrza, więc odwracam głowę od oślepiającego światła. Czuję drobinki piasku unoszone przez wiatr, które sprawiają, że trudno oddychać. Poprawiam końcówkę turbanu tak, aby zakrył całą twarz, pozostawiając tylko maleńką szparę dla oczu. Szepty Głosów Badou nasilają się. Chciałbym, żeby ten cały świat poszedł do diabła razem ze mną: szepty duchów, ognisko, oaza i paskudny piasek. Bądźcie przeklęte bezgraniczne wydmy, oceanie pyłu i nicości!

Wszystko jest nie tak, jak być powinno. Posłuszeństwo i szacunek, wpajane mi siłą od młodości, miały być bramą do normalnego życia, a tymczasem zostałem wygnany spośród własnego Goum.

Nigdy nie poznałem matki – zmarła w połogu. Kel Tamasheq uznali, że jestem wybrakowany, przeklęty. Bez kobiety do opieki byłem jak mysz, która zjada zapasy przeznaczone dla innych. Ojciec zajmował się kozami albo razem z innymi mężczyznami udawał się na Ghazw. Wtedy my, mali chłopcy, patrzyliśmy na nich z dumą, wyobrażając sobie, że kiedyś dosiądziemy ich koni i będziemy nosić ich broń. We śnie często widziałem, jak jadę na wysokim i smukłym koniu, tropiąc odległą karawanę, wiozącą kadzidła, cynamon i sól. Kiedy mężczyźni wyjeżdżali, każdy z nas zostawał ze swoją matką, a dla mnie był to początek upokorzeń. Wciąż tylko krzyki, bicie i jedzenie podawane na końcu. Dzieci wiedziały, że można mi bezkarnie dokuczać.

Pewnego razu, kiedy spędzaliśmy kilka dni w pobliżu oazy, byłem pod opieką ciotki. Mimo wielkiego brzucha krzątała się energicznie wokół paleniska i wciąż coś szykowała. Raz na jakiś czas krzyknęła na jednego ze swoich synów, którzy spędzali większość dnia na śledzeniu ruchu chmur i wykradaniu jedzenia z zapasów. Trzymałem się na uboczu, bo w moim przypadku interwencja ciotki skończyłaby się niechybnie kopniakiem. Nawet gdyby jakieś inne dziecko narozrabiało, a ja akurat stałbym w pobliżu, to bym oberwał. Jednak nie sposób się skutecznie ukryć w Goum, które liczy niespełna tuzin namiotów.

– Kemal, woda! – usłyszałem, po czy dostałem pustym bukłakiem prosto w głowę. Po chwili doleciał kolejny. I następny.

Zazwyczaj wysyła się wszystkich chłopców, bo woda dużo waży. Synowie ciotki tym razem byli zajęci – pilnowali kozy. Nie była to byle jaka koza: najbardziej leniwa i nieskora do ucieczki w całym Goum. Spędzała całe dnie śpiąc albo gapiąc się w ziemię. Najwyraźniej potrzebowała opieki aż dwóch chłopaków. Bez słowa udałem się nad wodę i napełniłem bukłaki. Mignął mi przed oczami dżin, który nawiedzał to miejsce. Odruchowo napiąłem wszystkie mięśnie i czekałem w skupieniu, ale nic się nie stało. Ulżyło mi, bo te duszki potrafią być niemiłe, szczególnie dla dzieci. Zamieniają wodę w piasek, sypią nim w oczy, wpychają do jeziorka. Pamiętając, że nie wolno mi ciągnąć pakunków po ziemi, włożyłem je na plecy, uginając się pod ciężarem. Kiedy wróciłem do ciotki, bez słowa wzięła jeden bukłak i pociągnęła haust. Na swój sposób było to pełne aprobaty podziękowanie – normalnie spodziewałbym się kopniaka. Odwróciłem się, żeby znowu usiąść gdzieś w oddali, kiedy usłyszałem przeraźliwy kaszel. Ciotka krztusiła się i pluła piaskiem na wszystkie strony. Zamiast słów z jej krtani wydobywały się jakieś niesprecyzowane jęki.

– Ykh… co ty… niewdzięczny psie…!

Podeszła do mnie i zdzieliła prosto w policzek. Zatoczyłem się i upadłem na piasek. Splunęła na mnie, wzięła głęboki wdech i jeszcze potężniejszy zamach. Biła mnie bardzo długo, nazywając niewdzięcznikiem i synem szakala. Nic nie dały próby wytłumaczenia, że to sprawka figlarnego dżina. Aż do powrotu ojca musiałem spać poza namiotem, cały pokryty siniakami.

Nie ma księżyca na niebie, więc noc jest bardzo ciemna. Niezliczone gwiazdy są jak odbicie bezgranicznego piasku Badou. Tu, na ziemi, tworzy fantazyjne wydmy, a tam, na sklepieniu, układa się w historię ludu Kel Tamasheq. Podobno tę samą historię opowiadają Głosy Badou, ale ich obecność mnie tylko denerwuje. Demony pustyni żerują w nocy i przyjdą po mnie, jak tylko wypali się ognisko, więc muszę o nie dbać aż do świtu. To moja jedyna nadzieja. Głosy, które dawniej fascynowały, teraz mówią o śmierci. Nigdy nie miałem okazji naprawdę żyć, dorosnąć. Przeklęte istnienie! Byłoby lepiej, gdybym umarł wraz z moją matką! Chwytam patyk, żeby cisnąć nim w kierunku okrutnych Głosów, ale szybko go puszczam z bólu. Wbiłem sobie odłamek drewna w rękę. Wyję z gniewu wyciągając drzazgę zębami. Pluję z całych sił w ogień. Przeklęty dżin, przeklęta ciotka, matka i wszystkie Głosy Badou!

Padam na ziemie bezsilny i łzy same płyną mi z oczu. Nie mogę powstrzymać szlochu. Płaczę w głos i widzę mojego ukochanego tatę. Widzę go tak samo, jak kilka dni temu, kiedy klęczałem przy jego zwłokach. Czuję zapach kóz i potu oraz dotyk, jak wtedy, kiedy mnie przytulał. W uszach słyszę ciepły i niski głos. On jeden mnie rozumiał i naprawdę kochał. Chyba nie do końca wiedział, jak trzeba się zajmować małym dzieckiem. On – wielki wojownik dumnego ludu Kel Tamasheq, miał nagle być delikatny i czuły jak kobieta? Ale wiem, że nikt inny nie okazywał mi tyle zrozumienia i cierpliwości. Tylko to pozwalało mi przeżyć okres Ghazw.

Początkowo, kiedy zachorował, myślałem, że wydobrzeje.

– Nie martw się Kemal, choroby przychodzą na ludzi, ale Pani Badou jest dobra. Nie pozwoli mi zostawić ciebie. To nic wielkiego – mówił.

Trzymałem się tych słów jak relikwii, kiedy coraz bardziej podupadał na zdrowiu. Po kilku dniach już wcale nie wstawał. Czuwałem przy nim każdej nocy, zmieniałem okłady i poiłem go. Świeca rzucała delikatne światło na jego spoconą twarz. Co jakiś czas stękał cicho i wykrzywiał się w grymasie. Zdziwiło mnie bardzo, kiedy przyszła noc inna niż poprzednie. Noc spokoju i pojednania. Nie pocił się, nie jęczał. Otworzył swoje oczy i wyszeptał:

– Czuję się lepiej Kemal. Dziękuję, że jesteś przy mnie – po czym zasnął.

Spał spokojnie i oddychał równo. Po raz pierwszy mogłem odpocząć. Czułem wielką ulgę i byłem wdzięczny Pani Badou.

Następnego dnia w południe zajmowałem się kozami. Ojciec zawsze z nimi rozmawiał, więc ja też relacjonowałem, co się dzieje z ich opiekunem. Kończyłem właśnie doić ostatnie zwierzę, kiedy zobaczyłem, że z mojego namiotu wyszła ciotka i usiadła na piasku. Podszedł do niej stryj i objął ją czule. Zamienili kilka zdań, po czym wszedł do namiotu. Chwilę później poszedł po kilku innych. Zdążyłem w tym czasie zabrać całe mleko i zamknąć kozy w zagrodzie. Pomyślałem sobie, że pewnie Ojciec obudził się i rozmawiał z ludźmi, więc chciałem czym prędzej przynieść mu trochę jedzenia. Kiedy byłem kilkanaście kroków od namiotu, zobaczyłem, jak wynoszą z namiotu długi przedmiot przykryty kocem. Ciotka spostrzegła mnie i ruszyła w moją stronę. Twarz miała mokrą do łez.

– Och Kemal, dziecko… – przytuliła mnie pierwszy raz w życiu, a ja stałem oniemiały. Nic nie rozumiałem.

Nic też nie czułem. Chciałem podbiec do mężczyzn i podnieść prześcieradło, ale straciłem przytomność i osunąłem się na piasek. Następne dni były koszmarem. Na zmianę płakałem i krzyczałem, a kiedy opadłem z sił, to potrafiłem długie godziny siedzieć bezczynnie i patrzeć na Badou. Kiedy Goum spakowali cały dobytek, aby ruszyć dalej, podszedł do mnie stryj i powiedział:

– Kemal, od dziś nie jesteś już Kel Tamasheq. Nie masz opiekuna, nie masz rodziny. Nie możesz z nami podróżować, bo jesteś obciążeniem w tym trudnym czasie. Dlatego zostaniesz tutaj jako wygnaniec. Pamiętaj o paleniu ognia, żeby odstraszyć demony Badou. Żegnaj.

To był wyrok śmierci. Wszyscy po prostu odjechali, a ja nie miałem nawet siły, aby się podnieść i zaprotestować. Siedziałem bez życia.

Zaledwie kilka godzin później dokładam kolejne polano do ognia. Głosy Badou są coraz bardziej dokuczliwe. Czuję chłód na plecach. Noc gęstnieje wokół mnie ale zaczynam się bać, że to nie tylko ciemność, ale duchy. Pustynia jest pełna stworzeń nie z tego świata. Z pozoru bezczynna i niezmienna, nieustanie trwa w swoim powolnym tańcu. Przysuwam się bliżej ognia i nagle coś łapie mnie za rękę. Otrząsam się przerażony i spoglądam za siebie, choć nikogo tam nie ma. Tylko Głosy są coraz głośniejsze. Coś porusza się na skraju pola widzenia. Może to tylko ogień? Boję się, boję coraz bardziej. Ściska mi serce z żalu i tęsknoty.

– Po prostu mnie zabijcie! – krzyczę w ciemność i wybucham płaczem.

Chowam twarz w dłonie i głośno rozpaczam. Słyszę jakieś dziwne szmery i syczenie, więc podnoszę wzrok. Ogień przede mną bucha i potężnieje przedziwnie. Jest stanowczo zbyt pokaźny, jak na możliwości kilku marnych drewienek, które trawi. Patrzę oniemiały, zapominając o płaczu. Kiedy płomienie są już wyższe ode mnie, dostrzegam w nich dziwną regularność. Na samym szczycie tworzy się kula, której nie zniekształca żaden podmuch wiatru. Boki wybrzuszają się w coś, co wygląda jak…. biodra? Nie potrafię powiedzieć, skąd w górnej kuli pojawiły się dwa węgielki, ani tym bardziej usta, które przemówiły do mnie.

– Kemal. Dziecko bez rodziców, na pastwę Badou wydane.

Kobiecy głos, który słyszę, jest ciepły i łagodny, choć jednocześnie stanowczy. Nie ma w nim za grosz surowej wrogości moich współplemieńców, którą karmiono mnie od dziecka. Przywodzi na myśl cierpliwe i ciepłe słowa ojca.

Trwam w ciszy, kompletnie oniemiały. Brak dźwięku jest tak przytłaczający, jak pustka kosmosu. Nagle zdaję sobie sprawę, że nigdy nie słyszałem, aby szepty pustyni umilkły, ale większym zaskoczeniem jest to, że po chwili odzywają się głośno, wyraźnie i wszystkie na raz.

– Nie powiesz nic Pani Badou? Złóż pokłon!

Nagle czuję, jakby ktoś mnie popchnął w stronę ogniska. Upadam na kolana i wspieram się rękami.

– Pani – szepczę.

– Kemal, czyś nie widział dziś w słońca górowaniu myszy i skorpiona?

Spoglądam na ogień. Teraz płomienie wyraźnie tworzą postać długowłosej kobiety. Wygląda poważnie i tajemniczo. Czuję strach, jakbym widział coś, czego nie powinienem nigdy zobaczyć. Zapewne umrę niedługo. Staram się obronić przed tym strasznym faktem, ale nic już nie mogę poradzić. Koniec walki. Jestem kompletnie bezsilny.

– Pani? – mówię przez łzy.

– Nie płacz Kemal. Badou nie jest twoją śmiercią i nie jest złem. Jest domem i lekiem. Ja sama jestem żywym ogniem, który oświetla drogę. Spójrz odważnie i powiedz: czyś nie widział dzisiaj w południe myszy i skorpiona?

– Widziałem – mówię.

– Co się wtedy stało?

Przypominam sobie całą sytuację. Mysz piła wodę i nie widziała skorpiona, który się zbliżał. Chciała po chwili wrócić do swojej nory, ale za nią był już drapieżnik. Stali nieruchomo, a potem…

– Skorpion pozostawił mysz w spokoju – mówię.

– Ta mysz to ty. Ten skorpion to obiecana przez Kel Tamasheq śmierć. Jam jest matką i opiekunką, dobrą dla swoich nierozumnych dzieci. Mój ogień ogrzewa, lecz nie parzy. Karmi, ale nie trawi. Wśród bezgranicznych piasków zguba i obłęd tym, którzy zostają sami. Wydmy są im grobem. W płomieniach moich dobro i odpoczynek. Powstań Kemal i odrzuć swój strach!

Nie panuję nad swoim ciałem, ale czuję w moim sercu dziwne ciepło. Boję się postaci, która stoi przede mną, ale przepełnia mnie też dziwna fascynacja względem niej. Czuję, że jakaś siła podnosi mnie z kolan i po chwili stoję o własnych siłach.

– Kemal, wejdź w moje płomienie i żyj.

 

Słońce południa atakowało niemiłosiernie swoimi płomieniami. Błękitny jeździec pojawił się na szczycie wydmy. Żar palił w nozdrza i koń był bardzo niespokojny. Z grzbietu swojego wierzchowca, Tuareg zobaczył w dole wytęsknioną oazę, której szukał od kilku godzin. Cmoknął kilkakrotnie na zwierzę, które zastrzygło uszami i ożywiło się na widok wody i palm, obiecujących orzeźwienie oraz wypoczynek. Przybysz zatrzymał konia i wytężył wzrok. Około sto kroków przed palmami dostrzegł resztki ogniska i pojedynczą postać, leżącą na piasku. Błękitny jeździec obnażył miecz i powoli podjechał do nieruchomego chłopca. Nieszczęśnik leżał twarzą w piasku. Tuareg zeskoczył z konia i podszedł do ciała. Kiedy je obrócił, zaklął w głos. Jeszcze kilka godzin temu chłopak żył. Wyglądał, jakby spał. Błękitny jeździec wiedział, czego szuka, odchylając powieki dziecka. Zobaczył tylko białe gałki, bez tęczówek i źrenic.

Tuaregowie mówią w takich sytuacjach, że pustynia zabrała mu duszę. Dołączył do demonów i Głosów Badou.

Koniec

Komentarze

Jest jakiś pomysł na opowieść.

Wszystko dzieje się na pustyni, więc jest egzotyka.

Wprawdzie wolę, kiedy od bohatera coś zależy (a Twój tylko poddaje się wrednemu losowi), ale niech będzie.

Dlaczego chłopca znaleziono obok oazy? Skoro rodzina go porzuciła, a sama poszła, to chyba powinien leżeć przy palmach?

Napisane nieźle, chociaż zostały jeszcze jakieś drobiazgi.

Dym ogniska drażni moje nozdrza, więc odwracam głowę od oślepiającego światła.

Hmm, niby wiadomo, o co chodzi, ale narratora drażni dym, więc robi coś, żeby zasłonić się przed światłem. Przedobrzyłeś, IMO.

Babska logika rządzi!

Dodałeś tekst w dzień mojego dyżuru (przypadek? nie sądzę :) ), więc jednak przejrzałem go jeszcze raz. Prezentuje się teraz dużo lepiej. Fragment z mojego komentarza z bety:

 

Masz parę mocnych stron. Na przykład twój styl, choć wymaga dopracowania, stoi na całkiem porządnym poziomie. Zwróciłem uwagę na bardzo małą liczbę powtórzeń. Potrafisz stosować rozmaite struktury zdań, żeby nie nużyć czytelnika. Miejscami podoba mi się stylizacja, na przykład tu:

Jam jest matką i opiekunką dobrą dla swoich nierozumnych dzieci. Mój ogień ogrzewa, lecz nie parzy. Karmi, ale nie trawi. Wśród bezgranicznych piasków zguba i obłęd tym, którzy zostają sami.

Treść na średnim poziomie. Ma ręce i nogi. Ciekawie budujesz świat. Nie ma się do czego przyczepić, ale z drugiej strony, w sumie niewiele się tam wydarzyło, nic nowego nie powiedziałeś i niczym czytelnika nie zaskoczyłeś. Ale średni poziom to jak najbardziej wystarczająco jak na portalowy debiut. Powodzenia.

ironiczny podpis

Pomysł z arabskim klimatem nawet okej, w końcu można poczuć coś świeżego, choć imię Kemal, bardzo kojarzy się z Turcją.

Jednak tekst mnie nie zaciekawił i czytało mi się dosyć średnio. Czy treść naprawdę zasługuje na głos? Nie mnie to oceniać.

Pozdrawiam i życzę powodzenia.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Cóż, typowa opowieść o niedoli dziecka, tym razem ukazana w egzotycznym środowisku oazy.

Okazuje się, że los sierot bywa jednakowo paskudny, niezależnie od tego, gdzie przyjdzie im żyć. Podoba mi się wplecenie wizji chłopca i przeniesienie go grona tych, którzy budzą strach nomadów.

Nieźle jak na debiut, ale spodziewam się, że Twoje przyszłe opowiadania będą coraz lepsze.

 

Po­słu­szeń­stwo i sza­cu­nek, wpa­ja­ne mi siłą od mło­do­ści… –> Raczej: Po­słu­szeń­stwo i sza­cu­nek, wpa­ja­ne mi siłą od dzieciństwa

Narrator ma dwanaście lat, więc nie można mówić, że coś działo się w jego młodości.

 

Otwo­rzył swoje oczy i wy­szep­tał: –> Zbędny zaimek. Czu mógł otworzyć cudze oczy?

 

Po­my­śla­łem sobie, że pew­nie Oj­ciec obu­dził się… –> Dlaczego wielka litera?

 

Chcia­łem pod­biec do męż­czyzn i pod­nieść prze­ście­ra­dło… –> Wcześniej napisałeś: …wy­no­szą z na­mio­tu długi przed­miot przy­kry­ty kocem. –> Kiedy koc zamieniono na prześcieradło?

 

Pa­mię­taj o pa­le­niu ognia, żeby od­stra­szyć de­mo­ny Badou. Że­gnaj. […] Za­le­d­wie kilka go­dzin póź­niej do­kła­dam ko­lej­ne po­la­no do ognia. –> Skąd na pustyni drewno do ciągłego palenia ognia?

 

Boję się, boję coraz bar­dziej. Ści­ska mi serce z żalu i tę­sk­no­ty. –> Co ściska serce?

Proponuje: Serce ściska mi się z żalu i tę­sk­no­ty. Lub: Strach ści­ska mi serce z żalu i tę­sk­no­ty.

 

którą kar­mio­no mnie od dziec­ka. –> Kemal jest dzieckiem, więc proponuję: …którą kar­mio­no mnie od zawsze.

 

Nie pa­nu­ję nad swoim cia­łem, ale czuję w moim sercu dziw­ne cie­pło. Boję się po­sta­ci, która stoi przede mną, ale prze­peł­nia mnie też dziw­na fa­scy­na­cja wzglę­dem niej. Czuję, że jakaś siła pod­no­si mnie z kolan i po chwi­li stoję o wła­snych si­łach. –> Przykład nadmiaru zaimków.

 

Około sto kro­ków przed pal­ma­mi… –> Około stu kro­ków przed pal­ma­mi

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Mruss.

Podoba mi się ostateczny rezultat.

Udało się zachować w opowiadaniu śpiewność podobną historiom opowiadanym przy ogniskach oraz naiwność chłopca. Drugie zdanie – cóż do poprawy jednak. :)

 

Wielkie dzięki za wszystkie komentarze! Z każdym głosem widzę lepiej nad czym muszę popracować. Najważniejsze chyba są zaimki i interpunkcja (którą poprawiłem po bezcennych komentarzach z bety :) )

 

Dwie odpowiedzi na wasze uwagi:

  1. pamiętam, że jako właśnie 12-14 latek uwielbiałem już wszystkim wspominać, że nie jestem dzieckiem. Często opowiadałem “kiedy byłem dzieckiem…” . Myślę, że bohater może mówić tak samo, ale faktycznie zwrot “kiedy byłem młody” jest już przesadą. Gdyby była to narracja trzecioosobowa to, w rzeczy samej, trzeba byłoby unikać obu tych określeń.
  2. Skoro chłopak był niedaleko oazy, kiedy go porzucono, to bez problemu mógł znaleźć drewno na opał. Oprócz palm jest tam sporo krzaków, niektóre wyschnięte.

pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego w nowym roku! :)

Jest pomysł, jest egzotyczna sceneria, jest nawet ciekawa fabuła. Tragiczna historia Kemala jest bardzo ładnie przekazana, oszczędnie i klimatycznie. Zwłaszcza to ostatnie mi się podobało – to odwołanie do arabskich realiów (choć specjalistą nie jestem, więc niech lepsi się wypowiedzą).

Tak więc bardzo ładny debiut. Technicznie też nie jest najgorzej, mi się dobrze czytało. Jest klik i zbiór ciekawych artykułów, które pomogą Tobie ulepszać kolejne teksty:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Poradnik Issandera, jak dostać się do Biblioteki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wow, NoWhereMan, to naprawdę bardzo pomocne!

Do niektórych z nich dotarłem sam, ale co najmniej połowa jest olśnieniem :)

Dzięki!

Nowa Fantastyka