- Opowiadanie: chroscisko - Szósty kręg szyjny

Szósty kręg szyjny

Opowiadanie napisane dawno temu z myślą o publikacji na zewnątrz. Mój pozaportalowy debiut.

Zostało wydane w dziewiątym numerze Białego Kruka → https://magazyn.bialykruk.org/magazyn/

 

Tekst z pozoru lekki, z wartką akcją, gdzieniegdzie rubaszny, gdzieniegdzie sprośny, jak to u krasnoludów. Za barwną opowieścią kryje się jednak raczej dramatyczna historia. A przynajmniej taki był mój zamiar.

To pierwsze opowiadanie z tego uniwersum. Później dopisałem jeszcze dwa prequele/spin-offy, które były publikowane na portalu: high fantasy Sztolnie Klattensteigu oraz satyrę polityczną Wieśgmin.

 

Za betę sprzed roku dziękuję czwórce superbohaterów:

Bellatrix, której nawet rodzenie dzieci nie powstrzyma przed czytaniem,

Wisielcowi, pierwszej osobie poznanej na tym forum,

Wiktorii, równie bystrej co utalentowanej

i Minuskule, odważnej tropicielce wtórnych kadrów.

 

Dziękuję również Karolowi Ligockiemu za korektę dokonaną już z ramienia Białego Kruka.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Szósty kręg szyjny

Niski brodacz uchylił ciężkie drzwi. Zastał ciszę i półmrok rozjaśniany przez ostatni tlący się ogarek. Rajmund Towrin, wszedłszy do środka, zamknął mosiężną zasuwę delikatnie, jakby nie chciał budzić istot bytujących w zatęchłej martwocie.

Klepisko, dębowe ławy, stoły, a nawet brudne, porzucone garnce pokrywała kołderka kurzu. Smugi zakrzepłej krwi, pozostałość po wywleczonych awanturnikach, dawno już sczerniały. Budziły melancholię, przywodząc na myśl niegdysiejszą glorię tego miejsca, które obecnie przypominało jedno z onych wymarłych miasteczek, porzuconych przez Waalów, gdy w pobliskich górach skończył się kruszec.

Mordownia nie była jednak całkiem pusta. Z odległego kąta izby pobrzmiewały na przemian gwizd i chrapanie człeka oraz bzyk grubej, natrętnej muchy. Opój, który najwyraźniej pełnił tu rolę karczmarza, leżał na wznak, a opasły brzuch z rzadka unosił się i opadał. Po twarzy śpiącego łaziła mucha, przywiedziona odorem przetrawionego piwa, wydobywającym się z jego ust.

Przybysz rozważał przez chwilę, żeby bydlenicę rozgnieść, lecz poniechał zamiaru. Oberżysta jęknął, zaskrzypiał, przeciągnął się, po czym z szybkością jaszczurki mlasnął jęzorem. Mucha zniknęła.

– Czego? – zapytał z wrodzonym taktem, gdy otworzył oczy.

– Bądźcie zdrowi, karczmarzu! – odrzekł gość. – Piwa bym się napił.

– Jest tam, w kącie. – Oberżysta wskazał na kadź stojącą pod ścianą. – Nalejcie se!

Rajmund Towrin odnalazł stągiew z piwem, gliniane naczynie, a nawet drewnianą chochlę, którą zanurzył pod gruby beżowy kożuch upstrzony owadami i pleśnią. Nalał pełen garniec, a po skosztowaniu kwaśnego trunku zdecydował się nalać kolejny. Dosiadł się do samotnego ogarka i siorbiąc napitek, koił zmęczone wielodniowym marszem nogi.

Nagłe chrapnięcie karczmarza zmąciło spokój. Oberżysta zaklął paskudnie, podniósł się niezdarnie i zatoczył. Wielkie cielsko wylądowało za stołem gościa, grube paluchy oplotły pękaty garniec, a mięsiste usta wypełniły się mętnym płynem. Rajmund spoglądał na poruszającą się grdykę gospodarza z zaskoczeniem, mimo że już od dawna poprzysiągł sobie niczemu się nie dziwić.

– Ktoś ty i skądeś przybył? – zapytał grubas, ugasiwszy pożar w swych trzewiach.

– Od kiedy to żołnierz Pierwszej Dragensborskiej musi się opowiadać karczmarzom? – odrzekł krasnolud, a jego zdziwienie podeszło irytacją. – Dwa lata temu, gdym tu z kompanią popasał, zgoła inne zwyczaje u was panowały.

– Dwa lata. Stare dzieje – stwierdził oberżysta z nostalgią. – A więc z południa idziesz? – Nagle jakby otrzeźwiał. – Z wojny?

– Z wojny – potwierdził przybysz – i lepiej, gagatku, śpiewaj wartko, co tu się wyprawia, bo stylisko topora już od wejścia pcha mi się w łapy.

– Nie gorączkujcie się, żołnierzu. Od miesięcy żywej duszy trudno tu uświadczyć, to nie miejcie za złe, żem pijany. Jadło jakie może wpierw przyniosę?

Nastrój Towrina wcale się nie poprawił, gdy ujrzał wędzoną jagnięcą gicz, którą karczmarz postawił na stole.

– Baranina na zimno? Nie macie czego innego?

– Wybaczcie, mało ostatnio kucharzyłem.

Rajmund pokręcił tylko głową i wykroił sobie porcję.

– Od miesięcy, powiadacie, nikogo nie było? Jak to? – zapytał po chwili. – Przecie hejtman gońców do Drakensborga słał nie raz, a kiedy wojska rozpuścił, to wiara miała przykazane wracać do domu. Jakim cudem nikt tu nie dotarł?

– Skąd mnie to wiedzieć? Żadnegom nie widział. Pastuchy jeno czasem przylezo albo gwardia co na strażnicy stoi, ale co ja się od nich dowiem. Jedni gówno wiedzą, a drudzy tylko pytać potrafią. Od kupca bym się najwięcej zwiedział, ale odkąd człeki na Południu wojują, to handel zamarł na trakcie.

I nieprędko to się zmieni – pomyślał Towrin – skoro Klattensteig padł. Na głos tego jednak nie wypowiedział.

 

 

Miasteczko Dragensborg pachniało topioną cyną. Rajmund Towrin z upodobaniem wdychał białą mgiełkę unoszącą się znad konwisarskich warsztatów. Znajoma woń, huk młotów, rdzawe błoto na ulicach, wszystko jak trzeba, jeszcze tylko szczypta gderliwego głosu Matyldy i będzie w domu.

Matyldo Towrin, gotuj się, małżonek wraca z wojaczki – odgrażał się w myślach, a przed oczami wyrastały mu bujne kształty wybranki, większe wraz z każdym dniem rozłąki. Śnieżnobiała skóra z odcieniem różu, pokryta cętkami rudawych piegów, grube warkocze zaplecione naprędce oraz perkaty nosek i przesadnie rumiane policzki, jak u każdej krasnoludzkiej baby. Do tego para nabrzmiałych piersi, zdolnych wykarmić kompanię osesków. Matylda Towrin bardzo różniła się od elfickich markietanek, smukłych i płaskich, oddających swe przeraźliwie chude ciała za pół kromki chleba. Rajmund niejeden raz dumał, jak one to robią, że w spojrzeniach mają tyle pogardy. Nawet doszczętnie zbrukane, świadcząc swe usługi w haniebnych pozycjach, wciąż patrzyły wyniośle.

– Rajmundzie Towrin, komendant na posłuchanie wzywa. – Głos miejskiego gwardzisty przerwał rozpustne myśli wojaka.

– Jak to? Ledwie com bramy miasta przekroczył, żony jeszczem nie powitał, a już mam się stawiać na komendę? Nie godzi się tak weteranów nękać.

– Czyście weteran, czy dezerter to już komendant ustali. Z wojaczki samopas wracacie, na strażnicy żeście się nie meldowali, a dowódcy ani oficera przy was nie widzę. Lepiej tedy byście jaki glejt od hejtmana mieli, bo w Dragensborgu nadal prawo surowe.

 

 

– Matko święta krasnoludzka, Rajmund, cóżeś ty znów nabroił? – Matylda załamała ręce, po czym podbiegła do krat. Wieść o jej mężu dotarła do niej równie szybko, jak on sam za te kraty.

– Ehh, nic to. Nie kłopotaj się. Komendant służbista, w dupie mu się poprzewracało, ot co. Lepiej szykuj jadło już teraz, bo jak mnie wypuszczą, to nie będziesz miała głowy, by kuchcić.

– Mów tu zaraz czemu cię zamknęli, zamiast drwić.

– Przeciem niewinny. Co się złościsz? To wszystko żarty jakieś – odrzekł z nonszalancją Towrin.

Wzrok Matyldy miał w sobie potępienie. Zwykle tak nań patrzyła, gdy wracał w nocy pijany.

– Utknęliśmy w Kattenstaigu – zdecydował się zacząć od początku. – Rok twierdza w oblężeniu, aleśmy wytrzymali. Górę całą elfowie okolili tak szczelnie, że mysz by się nie prześlizgła. Stary Hartwig, jak już wiedział, że król posiłków nie przyśle, zamknął się w cytadeli z oficerami trzema, żeby obronę pozorować, a wojsku kazał się rozproszyć i do domu umykać. Sztolniami, każden samopas. Takeśmy zrobili, a ten stary chuj, komendant znaczy się, o niczym nie wie i bierze mnie za dezertera. Mówi, że regulamin Dragensborskiej Kompanii zabrania dowódcę na pastwę wroga ostawiać, a jeśli rozkaz o rozproszeniu wojsk padł, to winien być na piśmie.

– O święta babo chytra, Rajmund, zetną cię przecież!

– Pieprzy, pies mu mordę lizał, o rozkazie na piśmie. Na jakim piśmie, jak cały pergamin żeśmy zeżarli?

– Na cynowe zęby Dragensborskiej Pani!

– Kurwi syn przyobiecał jeden miesiąc poczekać, po starej znajomości, ale jak nikt zeznań nie potwierdzi, to szlus – powiedział krasnolud i przyłożył otwartą dłoń do szyi.

– Mów, jak cię ratować.

– Starego Goldenmaiera odnajdź! Ten na pewno wyżył, bom go na trakcie widział. Konia miał, więc już dawno powinien wrócić. Odnajdź parszywca, niech do komendanta leci i zeznania złoży, a nie zwleka.

Wybranka Rajmunda zerwała się w kierunku drzwi, jakby nie miesiąc, a kilka chwil miała. Krasnolud przytrzymał ją jednak i przyciągnął z powrotem do zimnych krat. Szorstka ręka, z wierzchu włochata, chwyciła pośladek Matyldy i ścisnęła mocno.

– Śpiesz się, maleńka, bo taka chuć we mnie goreje, że ledwie wytrzymać mogę – wyszeptał jej do ucha.

Towrinowa przez krótką chwilę zapomniała o kłopotach i spojrzała na męża drapieżnie.

– Lepiej główkuj, jak się stąd wydostać, bo z kajdaniarzami nie sypiam. – Źrenice jej ciemnych oczu rozbłysły w wyzwaniu.

 

 

W północnej części miasta, tam, gdzie brukowane uliczki zwracały swe grzbiety ku stokom gór, znajdował się plac niemal tak wielki jak rynek. To na nim handlowano solą, kruszcem, wyrobami z cyny, brązu, spiżu i wszelkim żelastwem, jakie zdołały z siebie wypluć kopalnie i huty Dragensborga. Tam też udała się Matylda. W tłumie przekupek dojrzała wysoką – jak na krasnoludzką miarę, rzecz jasna – korpulentną blondynkę. Kobieta miała przed sobą brązową misę, na której połyskiwały żółtozłote samorodki.

– Dzień dobry, Brunhildo – rzekła Matylda przyjaźnie, siląc się na szczery uśmiech.

– Dobry, Towrinowo – odpowiedziała przekupka z dystansem. – Prawdę baby plotą, że mąż twój wrócił? Przyniósł może wieści jakie?

– Ja właśnie w tej sprawie. – Rudowłosa rozejrzała się dyskretnie i dokończyła szeptem. – Rajmundowi pomocy trzeba. Twój Kasper musi zeznać u komendanta, jak to z onym oblężeniem było, inaczej zetną mi chłopa.

– Przecie mój Kasper jeszcze z wojny nie wrócił – obruszyła się Brunhilda Goldenmaier. – Co mi tu Towrinowa głupoty wmawia. Jakby wrócił, to już dawno by się zameldował gdzie trzeba.

– Goldenmaierowo, miejcież serce. Widzę, ile złota ostatnio sprzedajecie. Trzykroć tyle co zawsze. Sama przecie byś tyle wypłukać nie zdołała.

– Wypraszam sobie! To, że ci stary z wojny uciekł, to nie moja wina. Mnie w to nie mieszaj – przekupka mówiła coraz głośniej. – Złota mam dużo, bo na nową żyłę trafiłam, ot co!

– Żyłę? Łgać nawet nie potrafisz. – Rozczarowany głos uwolnił się z pełnych, malinowych ust. – Trzy pokolenia górników w rodzinie, a ta nie wie, że u nas złoto z rzecznych żwirów, a nie z żył się bierze.

 

 

Brunhilda Goldenmaier zdjęła onuce, zakasała suknię, zatknęła ją za pas i weszła do bystrego strumienia. Kasper już tam czekał. Przysadzisty krasnolud odziany jedynie w portki stał po kolana w wodzie. Pochylił się, wybrał z dna łopatę żwiru i sypnął na druciane sito. Potrząsnął nim kilkakrotnie, odrzucił co większe kamienie, a pozostały szlich wsypał do drewnianego cebra. Brunhilda nabrała z niego dwie przygarście, wsypała do misy i zanurzywszy w potoku, poczęła nią kręcić. Różnokolorowe drobinki wirowały, lekkie ziarenka mlecznobiałego kwarcu uciekały jako pierwsze, później w ich ślady szły nieco cięższe, beżowe lub czarne okruszki, aż w końcu na dnie misy zostawały pojedyncze kawałki kruszcu. Goldenmaierowa przyglądała się im uważnie i skrupulatnie wybierała żółtawe płatki. Kiedy zaś przytrafił się większy samorodek, biegła uradowana do męża, a ten wpatrywał się okiem znawcy w złocinkę i potakiwał.

– Matylda od Towrina znów dziś na targ przylazła – rzekła Brunhilda. – Błagała, byś wstawił się za Rajmundem.

– Towrin zawsze był dureń.

– Nie szkoda ci go? Wojowaliście razem.

– Własnej głowy mi szkoda, by katu ją dawać. Poczekam, aż kto starszy szarżą się zjawi i wszystko odkręci albo aż Towrina wypuszczą. Wcześniej z lasu nie wyjdę.

Kolejna porcja szlichu wypełniła misy. Tym razem płukali złoto we dwójkę. Pochyleni nad bystrą wodą widzieli tylko piaszczyste drobinki wirujące w hipnotycznym rytmie. Szarość, brąz, czerń, biel, szarość, znowu brąz. Barwy zmieniały się przed oczami, ignorowane solidarnie, póki wśród pstrokacizny nie zamigotała żółć.

Złota gorączka pochłonęła ich bez reszty. Nie usłyszeli nadchodzących krasnoludów. Nie dostrzegli ich przyciasnych, białych hełmów.

– Sztygar Gallus Cahera, Dragensborski Urząd Górniczy! – rozbrzmiał srogi głos. – Kasprze Goldenmaier, jesteście aresztowani pod zarzutem wydobywania kruszcu bez ważnej koncesji! Poniechajcie oporu!

– Olaboga, Kasprze, ubiją cię za to – rozległ się lament Brunhildy. W jednej chwili serce spłynęło jej niemal do żołądka.

– Zachowajcie spokój, a nikomu nie stanie się krzywda! – Głos sztygara sam w sobie brzmiał dosadnie, a sześciu stojących za jego plecami kuszników dodawało mu jeszcze mocy.

Dwójka krasnoludów weszła do wody i spętała Goldenmaiera. Brunhilda szlochała, wrzeszczała, próbowała zasłonić męża swoim ciałem, lecz wszystko to na nic.

– Babę też mamy wiązać? – zapytał jeden z krasnoludów.

– Babę ostawcie. Jak mąż jest na wojnie, to żonie wolno płukać złoto bez koncesji. – Gallus Cahera wyrecytował fragment manifestu górniczego.

– Ale jak na wojnie? Przecie jej mąż jest tutaj.

– Kasper Goldenmaier ze służby zwolniony nie został, więc oficjalnie wciąż jest na wojnie. Tedy w świetle prawa babie kruszec płukać wolno.

 

 

Brunhilda gnała przez brukowane uliczki, płosząc stada wron ucztujących w rynsztokach. Przemknęła przez Kutną Bramę i zapuściła się pomiędzy bogate kamienice należące do miejskich rajców, bachmistrzów, bądź właścicieli cynowych hut. Tupot jej drobnych kroków rozbrzmiewał obco na granitowych kostkach. Dopadła do ciężkich drzwi przyozdobionych wielką złotą kołatką.

Zastukała tak mocno, że aż odskoczyła, gdy drogocenny metal rąbnął o dębowe drewno.

Minęła dłuższa chwila, nim dosłyszała dostojne kroki. Rebeka Zinnsteiger w falbaniastej sukni upstrzonej mnóstwem drobnych granatów stanęła w progu.

– Pryncypałowo droga! – Brunhilda padła na kolana, nie zważając na żółtoszary pył pokrywający ulicę. – Ratujcież, dobrodziejko. Tylko w was nadzieja.

– Cóż się takiego stało, Brunhildo Goldenmaier?

– Pojmali mego męża. Z wojny właśnie wracał i spotkał mnie przy rzece, jakem płukała złoto. Przyszedł do mnie stęskniony, przycupnął nieopodal, może nawet pomógł ociupinkę, bo to dobry chłopina, nie lza mu bezczynnie siedzieć, jak baba przy nim zarobiona, a wtedy ten cap Cahera przylazł i go aresztował. Pomóżcież, pryncypałowo! Tylem się wytęskniła za nim, a teraz, jak już wrócił, to katu chcą do oddać.

– Dlaczego do mnie z tym Brunhilda przychodzi? Ja przecież nie sędzina.

– Uproścież męża swego, dobrodziejko! On przecie jest pryncypał w urzędzie. On wszystko może. Słówko niechby szepnął, a zaraz Kaspra wypuszczą. Poratujcież! Ja się odwdzięczę. Rok cały służyć wam będę bez zapłaty, a jak trzeba to i dwa roki. Pryncypałowo złota!

– Brunhilda się uspokoi, bo nie godzi się krasnoludzkiej babie łzy ronić niczym gnomiej młódce. Prawo w Dragensborgu rzecz święta, a wyroki sprawiedliwe. Sędzia rozstrzygnie. Mojego męża w to nie mieszajcie, bo nic mu do tego. Było koncesję opłacić.

 

 

Rebeka Zinnsteiger nie spała dobrze tej nocy. Ciężkie granatowe chmury przemykały po niebie już od wieczora, przynosząc zaduch i ból głowy. Samuel Zinnsteiger, pryncypał Urzędu Górniczego oraz jej małżonek wiercił się, kasłał i pochrapywał. Kiedy w połowie nocy w końcu zasnęła, przyśnił jej się Kasper Goldenmaier wołający o litość z szafotu, podczas gdy kat z ciężkim toporem w ręce zbliżał się do niego. Nie wyśniła historii do końca. Kiedy mistrz małodobry był już blisko, Samuel, po raz kolejny tej nocy, wierzgnął, a pompon jego szlafmycy uderzył Rebekę w twarz. Obudziła się i znów dopadła ją bezsenność. Dopiero nad ranem udało jej się przysnąć, a wówczas paskudny koszmar powrócił. Kat stukał ciężkimi buciorami po deskach szafotu. Metalowe sprzączki dzwoniły, deski skrzypiały, a echo niosło te odgłosy po całym dragensborskim rynku. Zgromadzona ciżba milczała. Rebeka czuła narastający niepokój. Nie chodziło o los Goldenmaiera, szui, której szafot się należał, lecz o kata. Mistrz małodobry szedł samojeden, pryncypałowa zaś słyszała wiele par tupiących buciorów. Coraz głośniej, coraz groźniej, coraz goręcej.

Tym razem to ona wierzgnęła, zrywając z siebie puchową pierzynę.

Skrzypienie drewnianych desek zlało się z odgłosem pękającej framugi. Do sypialni Zinnsteigerów wtargnął oddział gwardii miejskiej pod przywództwem samego komendanta. Pół kroku za nim podążała znajoma postać sztygara Cahery w przyciasnym, białym hełmie.

– Samuelu Zinnsteiger, decyzją Dragensborskiego Jurysty zostajesz zatrzymany do wyjaśnienia pod zarzutem następujących przewin: primo, bezprawna konfiskata dwustu centnarów cyny i odsprzedanie jej anonimowemu przedsiębiorcy z Kunvaldu; secundo, przyjmowanie korzyści majątkowych przy rozstrzyganiu przetargów na koncesje wydobywcze; tertio, wystawianie licencji na pozyskiwanie surowców naturalnych ze wsteczną datą; quatro, wstrzymywanie prac górniczych w podległych sobie kopalniach celem pozyskania okazów kasyterytu do prywatnej kolekcji.

– Ty mendo! – wrzasnął pryncypał do Cahery. – Ty pizdo niedomyta! Ty kurwi pomiocie!

Samuel, odziany w białą nocną koszulę, stanął na swym wielkim dębowym łożu i lżył podwładnego, podskakując w złości.

– Zniszczę cię! Będziesz na przodku na trzy zmiany tyrał dzień i noc! Pylica ci płuca wyżre! Oślepniesz! Cynę będziesz żarł i srał cyną będziesz…

Sztygar, mając za nic groźby pryncypała, skłonił się ku komendantowi i szepnął mu do ucha kilka słów.

– Na wniosek obecnego tu Gallusa Cahery – przełożony gwardii wznowił swą przemowę – lista zarzutów zostaje poszerzona o: quinto, niedopełnienie obowiązków przy kontroli bezpieczeństwa i higieny pracy w kopalniach; oraz sexto, notoryczne przyzwalanie na pracę górników w szkodliwych warunkach.

 

 

Rebeka Zinnsteiger rzadko wychodziła z domu, a jeśli już, to zwykle pozostawała w sobie znanej i bezpiecznej dzielnicy bogaczy. Tym razem życie zmusiło ją jednak, by wyjść aż za Solną Bramę. Brnęła teraz pomiędzy nędznie skleconymi chatami piecowych, kopaczy, trybiarzy oraz wszelkiej maści rzemieślników, których nazw nawet nie znała.

Szparkim krokiem przemierzyła Dolne Miasto. Trzewiki z delikatnej skóry zdążyły już zamoknąć i pokryły się ciemnoszarym szlamem. Nieopodal Najtolowych Jam, wóz z urobkiem wjechał w głęboką koleinę i rozchlapał błotnistą breję. Falbaniasta suknia Rebeki podzieliła los trzewików.

Wszędobylski dym unosił się z kominów hut i ludwisarni, dusił, gryzł w oczy. Wkrótce Rebeka dotarła do niewielkiej chaty, stojącej na uboczu, poza murami miasta.

– Witajcie, pryncypałowo! – Kobieta, która otworzyła drzwi, rzekła z przekąsem. – Cóż was sprowadza w nasze plugawe progi?

– Z prośbą przybywam do was. Mąż mój popadł w kłopoty, zawistne indywidua uknuły spisek przeciw niemu i chcą go wysłać na szafot. On zaś jest niewinny. W was jedyna nadzieja, Anezko!

– Niewinny, dobre sobie. – Anezka Lavoisierowa, jak większość krasnoludzkich bab, kpiącą szczerość z mlekiem matki wypiła i rozrzutnie raczyła nią wszystkich. – Każdy wie, że pryncypał to kanciarz i oszust. Doigrał się i dobrze. Sprawiedliwość w Dragensborgu rzecz święta.

– Anezko, to wszystko czcze plotki. Gallus Cahera na posadę mego Samuela dybie. Jego to sprawka. Pomóżcie! Jurysta też przeciw nam stoi, a sędzia to wszak jego znajomek, sprawiedliwości tam ni krzty nie będzie.

– A cóż ja mogę, pryncypałowo? Widzicież, że tu na odludziu mieszkamy, a nikt się z nami nie liczy.

– Nie udawajcie głupiej, Anezko. W prawie stoi wyraźnie, że kat na każdych stu szubrawców, których zetnie, jednego może puścić wolno. Takie prawo kata w Dragensborgu. Mąż wasz zaś nigdy z niego nie skorzystał, a przecież setkę już dawno ubił. Pomóżcie.

– Kat to nie sędzia, nie jemu decydować o winie.

– Mieszkacie tu na odludziu, wszyscy wilkiem na was patrzą. Co to za życie? Mąż mój kamienicę ma w Kunvaldzie. Piękną, nad jeziorem. Tam nikt was nie zna. Nikt wam nie będzie ubliżać ani głowy ze strachu przed wami odwracać. Nowy żywot zaczniecie. Okażcie miłosierdzie, a kamienica będzie wasza.

 

 

Matylda Towrin oblana łzami przypadła do krat.

– Rajmund, wszystko przepadło. Ścięli Goldenmaiera!

– Za dezercję?

– Nie, za prawo górnicze.

Krasnolud zdębiał.

– Płukał złoto na lewo – dopowiedziała Matylda.

– Aha, ale przesłuchali go? Co zeznał?

– No właśnie nic. Uparł się, że o oblężeniu Kattensteigu słowa nie piśnie, póki go nie ułaskawią. Wszyscy nowin są strasznie ciekawi, to myślał, że mu się uda. Sędzia zaś wściekł się i posłał krętacza na szafot.

– Co teraz ze mną będzie?

– Komendant wysłał zwiad na Trakt Południowy, ale nikogo nie znaleźli.

– Nikogo? Z całej kompanii wróciło tylko dwóch? – Rajmund zadumał się przez chwilę. – Musieli w sztolniach pobłądzić albo… Pieprzone sowiołaki, bodajby im pióra obesrało.

– Nie ma komu za tobą poświadczyć. Sądzić cię jeszcze nie będą, bo górniczego pryncypała pojmali i pierwej nim się zajmą, ale potem twoja kolej.

 

 

Anton Lavoisier, dragensborski kat, stał oparty o ciężki topór i słuchał przemowy herolda. Ten zaś donośnym głosem obwieszczał ludowi listę przewin Samuela Zinnsteigera oraz wyrok sądu skazujący tegoż na dekapitację.

Pryncypał Urzędu Górniczego nie zwracał uwagi na herolda, a błagalnym wzrokiem spoglądał na zakapturzoną postać. Anton mógłby przysiąc, że w oczach skazanego ujrzał piękną kamienicę ze zdobnymi gzymsami i pastelowych barwach.

Miłosierdzie kata – pomyślał.

Tę legendę znało każde krasnoludzkie dziecko. Ba, wpisywała się ona złotymi zgłoskami w historię śródgórskiego kraju. Była jej filarem niemal, sięgając do mrocznych czasów, kiedy Dragensborgiem władał jeszcze Mikuláš, górniczy monopolista, a później jednowładca, tyran i despota. Ów Mikuláš wsławił się był tym, że wszelką opozycją gardził, a politycznych wrogów katu oddawał bez sądu. Stało się tedy razu jednego, że despota nakazał ściąć Jana Rohacza, hejtmana Pierwszej Dragensborskiej Kompanii. Miejscowy mistrz małodobry odmówił wykonania wyroku. Wściekły Mikuláš kazał gwardii krnąbrnego kata uśmiercić, co ci uczynili posłusznie. Akt ów jednakowoż przelał przysłowiową czarę goryczy. Zgromadzona ciżba ruszyła szturmem na szafot, dzięki czemu ubóstwiany przez wojaków hejtman zachował życie, a krasnoludzkiego tyrana tłum gołymi rękami rozszarpał.

Hejtman Rohacz niedługo po tych wydarzeniach sam objął władzę w Dragensborgu, lecz zamiast pożreć swoje dzieci, jak to u rewolucjonistów bywa, rządził sprawiedliwie i mądrze. Po dziś dzień z tamtych czasów pozostały prawa, które w tradycję Dragensborga wrosły już na stałe, a do późniejszego rozkwitu miasta przyczyniły się walnie. Pierwsze z nich to prawo górnicze. Surowe, acz sprawiedliwe, daje dostęp do kopalin każdemu, byle tylko opłacił koncesje. Drugie, prawo wojenne, zabrania hejtmana na polu bitwy porzucić, a nakazuje chronić go za wszelką cenę, choćby i głową przyszło za to płacić. Trzecie zaś to prawo kata, który jeśli skazańca znajdzie niewinnym, kaźni może odmówić i zwrócić nieszczęśnikowi wolność.

Anton Lavoisier nigdy z tego prawa nie skorzystał. Maestria, z której słynął, nakazywała mu się skupić na swej pracy, a w kompetencje sędziów nie wchodzić.

Samuel Zinnsteiger złożył głowę na pieńku. Na dragensborskim rynku, wypełnionym ciżbą do ostatniego miejsca, zapadła cisza. Tłum wstrzymał oddech. Kat utkwił wzrok w szóstym kręgu skazańca. Dla swego dobra pryncypał pozwolił sobie wygolić włosy na karku, co zwiększało jego szanse na śmierć od jednego, czystego cięcia. Ścinanie krasnoludów nie było wszak zajęciem łatwym. Krótkie karki, grube trzony kręgów, wiązadła mięśni gnykowych umiejscowione tuż przy samej szyi, do tego kość potyliczna twarda jak głaz, na której niejedno żelazo pękło – żadna z tych rzeczy nie ułatwiała pracy mistrzom małodobrym. Anton jednakowoż nie bez przyczyny miał reputację fachowca. Nie tylko stała za nim wieloletnia praktyka, ale i lata eksperymentów. Ów szósty kręg, pierwszy z dostrzegalnych kręgów na szyi krasnoludów, podobnie jak siódmy kręg u ludzi, miał wyrostek kolczysty usadowiony skośnie i nadawał się idealnie na prowadnicę dla stalowego ostrza. To właśnie o dwa ziarna powyżej wyrostka należało uderzyć, by cięcie było czyste, a śmierć bezbolesna.

Kat wzniósł ciężki topór nad głowę.

– Litości! – Ciszę miejskiego rynku zmącił lament Rebeki Zinnsteiger.

Ostrze topora opadło idealnie między piąty a szósty kręg. Głowa pryncypała wpadła do drewnianego cebra i obróciła się licem ku górze. Powieki skazańca mrugnęły jeszcze dwukrotnie.

 

 

Nocną porą uliczki Dolnego Miasta wydawały się równie brudne, co w dzień. Matylda dotarła w okolice Solnej Bramy i weszła do środka kamiennego budynku. Strażnik łapczywie przyjął pękaty mieszek oraz przykryty lnianą chustką koszyk, z którego unosił się zapach wędzonki.

– Macie czas do świtu! – burknął pod nosem. – I nikomu ani słowa!

Matylda weszła do ciemnej celi. Brzęknęła krata. Zachrzęścił obracający się klucz.

– I żadnych hałasów! – Strażnik dodał na odchodnym.

Rajmund zerwał się z pryczy i doskoczył do żony.

– Przyszłaś!

– A coś ty sobie myślał? Przecież też mam serce.

Dłonie krasnoluda natychmiast objęły w pasie krępe, pulchne ciało, po czym zjechały niżej.

– Ej, powiedziałam, że z kajdaniarzami nie sypiam! – Matylda pacnęła owłosione dłonie obłapiające jej pośladki.

– Obejdziem się bez snu, jeśli wola.

Rudowłosa krasnoludka w odpowiedzi wymusiła z siebie jałowy śmiech.

– Dlaczego? – wyszeptała z żalem. – Tyle czekałam, a ty mi na szafot uciekasz.

– Przepraszam – wydukał krasnolud, a jego dłonie znów powędrowały ku fałdom giezła, sukni i dwóch fartuchów, jakie Matylda miała na sobie.

Tym razem nie dostał po łapach.

Zachęcony słabnącym oporem, przycisnął ją do krat i żarłocznie dopadł jej dekoltu. Błądząc rękoma wśród zakamarków żoninej garderoby, usiłował rozwiązać kokardki skrzętnie ukrytych tasiemek. W desperacji szarpnął mocniej za suknię.

– Hola, hola, kawalerze! – Matylda złapała Rajmunda za szyję i bezpardonowo odsunęła od siebie. – Czy tak ma wyglądać nasza ostatnia noc? Mgnienie oka, na kratach, jak z przygodną dziewką?

Krasnolud, zagubiony wśród pochopnie rozbudzonych żądz, spojrzał zaskoczony. Oprzytomniał.

– Usiądź na pryczy, ochłoń, a potem pomyślimy, co dalej. – Głos Matyldy nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.

Siedzieli przez chwilę obok siebie w milczeniu, niczym dwoje podrostków na pierwszej schadzce. Rajmund nabrał powietrza, jakby chciał coś rzec, po czym wypuścił je ukradkiem bez słowa.

– Ale jak? – W końcu zebrał się na odwagę. – Mam powiedzieć, co my mielibyśmy, ten tego, na głos? Przecież tak się nie godzi.

– A godzi się małżonkę wdową zostawiać? Ja wiem, że krasnoludy o sprośnościach jeno w karczmach plotą, jak się ożłopią piwska, a przy cnotliwiej żonie to im się nie godzi. Zważ jednak, że to noc nasza ostatnia. Chcę ją zachować w pamięci na zawsze. Łaknę poznać sekrety twego serca, nawet jeśli są plugawe. Czy może wolisz płacz i lament? Na to będę miała cały żywot, ale jeśli tego ci trza, to zacznę już teraz.

Rajmund Towrin czerwienił się jak niewiasta, a pomruk jego słów szumiał nad uchem żony. Niewielki kaganek płonął po drugiej stronie krat, a cień dwóch niskich postaci, pochylonych ku sobie, tańczył na ścianie.

– Co? – uniosła się Matylda, a wojak wnet pożałował szczerości. – Ja, cnotliwa krasnoludzka niewiasta, miałabym się nago przed chłopem wdzięczyć niczym elfia lafirynda? Czy dobrze usłyszałam?

Rajmund ubolewał nad każdym słowem, które przed chwilą wyszeptał. Nawet w nikłym świetle kaganka, rumienił się jak burak.

– Dobrze – zgodziła się Matylda. – Chcesz mieć skarlałą elficką dziwkę z dużymi cyckami, to ją będziesz miał. Wiedz, że szłam za ciebie z miłości, a nie dla kuźni twego ojca. Nie myśl jednak sobie, że ujdzie ci to płazem, rozpustniku! Ja też czegoś chcę od ciebie!

Tym razem szeptała Matylda, czerwieniąc się równie mocno. Rajmund zaś otwierał oczy coraz szerzej i szerzej. Przytłumiony płomyk skrzył się na jego wilgotnym od potu czole.

– Wąsy? Moje wąsy? – wykrzyknął przerażony.

– I brodę też – dodała Matylda niczym wytrawny kupiec negocjujący kontrakt życia. – To jak będzie?

 

Stanęła na środku celi. Parzyła mu prosto w oczy, hardo, tak hardo, jak tylko krasnoludzka baba spoglądać potrafi. Odwaga tych niewiast jednakże zwykła się kończyć w progu ich alkowy. Tam zmieniała się w skromność i cnotliwość wpajaną od wieków przez pokolenia matron.

Matylda sięgnęła karku i rozwiązała tasiemkę podtrzymującą fartuch. Druga tasiemka, przewiązana w pasie, również puściła, a lniana tkanina osunęła się podłogę. Rajmunda wzrok opadł wraz z fartuszkiem. Krasnolud wpatrywał się zauroczony w kawałek płótna leżący na przegniłych deskach.

Kobieta delikatnie chrząknęła, a wzrok małżonka powrócił ku niej. Zakołysała biodrami. W nowej roli czuła się bardzo nieswojo, wszak niełatwo jest przezwyciężyć pielęgnowany od tylu lat wstyd. Nie poprzestała jednak. Skoro sama tę grę zaczęła, to i sama ją skończy.

Kolejny fartuch podzielił los poprzedniego. Dalej sfrunęła falbaniasta suknia z licznymi kieszeniami, w których krasnoludzkie baby trzymały połowę dobytku, oraz spodnia tunika z wyszytym srebrną nicią kowadłem, ślubny dar od teściowej. Rajmund przypatrywał się żonie i dumał, jak wiele warstw odzienia mieści się na jednej niewieście.

Kaganek w rogu celi kopcił, a pełgający płomień rzucał osobliwy cień. Na ścianie, za widmowymi kratami tańczyła półnaga niewiasta. Nieznane arkana optyki sprawiały, że cień przysadzistej karlicy wysmuklił się i wydłużył, a chybotliwy płomień dodawał jej ruchom finezji, polotu i wdzięku. Rajmund spoglądał to na żonę, to na egzotyczną figurę, nie mogąc się zdecydować, który obraz pociąga go bardziej.

Naga krasnoludzka baba, żona nawet, widokiem była równie rzadkim co śnieg w środku lata. Wszak one wszystkie pokładały się do snu w zgrzebnych szatach, nie rozdziewając się z nich nawet wtedy, gdy nastawał czas, by potomstwo płodzić. Z drugiej strony, widmowa ścienna postać, wysoka i ponętna, do tego z wielkim biustem i kędzierzawą czupryną, mogłaby uchodzić wśród wojaków za ideał piękna.

Wraz z ostatnią sztuką odzienia, co opadła na deski – lnianą przepaską, której istnienia Rajmund nawet nie podejrzewał – Matylda podeszła do niego, a estetyczny dylemat stracił rację bytu.

 

 

Przez niewielki świetlik wpadały do celi pierwsze jutrzenne promienie. Płomień kaganka już dawno zgasł. Rajmund leżał na pryczy wtulony w ciepłe plecy Matyldy i wpatrywał się w cętki piegów na jej bladoróżowej skórze.

Świtało, a strażnik jeszcze nie przyszedł. Widać odnalazł dwie flaszki jarzębiaka ukryte w pętach kiełbasy i osłodził sobie nocne czuwanie.

Naga kobita w więziennej celi. Nie gwałtem rozdziać się zmuszona, a własnowolnie – rozmyślał, gładząc pulchne ramię małżonki.

Mieszki włosowe na brodzie piekły go niemiłosiernie. Skołtunione wąsy i ich ponadrywane cebulki drażniły skórę pełną ledwie zakrzepłych krwawych kropek.

Przypomniał sobie chwilę, gdy Matylda, owinąwszy warkocze jego wąsów wokół swoich kłykci, dosiadła go niczym wałacha. No, może nie wałacha, wszak niczego mu nie brakowało.

Dotknął palcami skóry pod nosem i syknął.

– Kruca fuks!

Najświętsze rzeczy dla krasnoluda, wąsy i broda, on zaś pozwolił babie ich dotykać. Żeby tylko dotykać – czochrać i szargać niby lejce. Doprawdy, niebywałe.

Nie żałował.

Słońce wznosiło się coraz wyżej. Gdzieś tam w rynku jasne promienie padały już na miejski szafot, a Rajmund, choć z losem pogodzony, pojął, że wcale nie chce umierać.

Matylda spała w najlepsze, jakby to było ich małżeńskie łoże, a nie zbutwiała prycza pełna pluskiew. Dziesięć lat małżeństwa, dziesięć lat mijania się, życia obok siebie, on zwykle na wojnie, ona gdzieś między targowiskiem, a gromadką dzieci, którym trzeba wycierać zasmarkane nosy. Tyle zmarnowanego czasu. Tyle niewypowiedzianych słów. Tyle sekretów i pragnień, skrywanych dotąd przed sobą. Jaka szkoda. Jaki żal.

Zamek zachrobotał w drzwiach. Matylda zerwała się nagle i zaczęła gorączkowo wkładać na siebie porzucony w bezładzie przyodziewek. Rajmund patrzył na swą małżonkę urzeczony, podziwiał rudawy meszek włosków na jej ciele oraz obfite piersi, kołyszące się swobodnie, podczas gdy ręce walczyły z krnąbrnym giezłem. Krasnoludzka baba, przed nim, goła w świetle dnia. Zaiste niebywałe.

 

 

Rajmund Towrin porzucił wszelką nadzieję. Jako wojak niejeden raz zaglądał śmierci w oczy i niejeden raz umykał jej spod klingi, zdążył więc przywyknąć do myśli, by nie trzymać się życia zbyt kurczowo. Co innego jednak w boju zginąć, od wrażej strzały albo od topora, a co innego na szafocie, do tego we własnym mieście, za które tyle lat walczył.

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Tyle lat wiernej służby w śniegu, skwarze i słocie. Na co mi to wszystko? Było z hejtmanem zostać i z nim sczeznąć z głodu.

Rajmund spojrzał katowi w oczy.

– Nie bądź głupcem – usłyszał od mistrza małodobrego. – Balwierz czeka.

– Nie! – odparł zajadle. – Nie będę wygolonym karkiem na szafocie świecił.

Wysoki kat pokręcił głową w potępieniu, jakby nie lubił buńczucznych skazańców, co obnosili się z niewinnością do samego końca.

Towrin złożył głowę na pieńku. Topór z ciemnoszarej stali powędrował ku górze, po czym opadł na owłosiony kark. Głowa jednak nie spadła do ceberka. Ostrze wbiło się w środek szóstego kręgu i utkwiło w nim. Wyrostek kolczysty Rajmunda okazał się wyjątkowo masywny. Zdziwiony kat wyrwał czym prędzej swe narzędzie i zamachnął się znowu, by naprawić błąd. Zbyt szybko, zbyt gwałtownie, zbyt pochopnie. Tym razem końcówka topora ześliznęła się po żylastym mięśniu czworobocznym i utkwiła w trzonie siódmego kręgu. Anton Lavoisier, otarłszy pot z czoła, uderzył raz jeszcze.

Skutecznie.

Matylda Towrin została wdową, a odgłos głuchego rąbnięcia jeszcze długo pobrzmiewał na dragensborskim rynku.

 

 

Anazka Lavoisierowa stała u progu niepozornej chaty, a serce dudniło jej jak kopyta pędzących koziorożców. Wdowa po Towrinie odtworzyła drzwi.

– Czego? – zapytała.

– Wybaczenia prosić przyszłam – wydukała. – Mąż nie wie, jak to się mogło stać.

Matylda nie odezwała się słowem. Przekrwione oczy pełne złości patrzyły świdrująco.

– Proszę, nie wnoście skargi. On jest jeszcze za młody, by iść na spoczynek. Mamy trójkę dzieci.

– Ja też mam trójkę dzieci. Trójkę sierot.

– Błagam, okaż litość. Bądźże krasnoludzka!

– Wszyscyście wiedzieli, że Rajmund był niewinny. Ten twój partacz także. Dragensborg to nie miejsce dla partaczy.

Anezka poczerwieniała na twarzy, a jej oczy zalśniły od wilgoci.

– On jeden mógł go uratować – szepnęła Matylda. W jej głosie było już więcej żalu niż złości. – Dlaczego się nie zawahał? Dlaczego?

 

 

Dragensborg słynął z kunsztu rzemieślników i surowego prawa, czego symbol stanowił dobrze utrzymany szafot na miejskim rynku. Mistrz małodobry zmierzał właśnie w kierunku podwyższenia, na którym tego dnia wyjątkowo ustawiono gilotynę zamiast katowskiego pieńka. Wśród rozwrzeszczanej ciżby dojrzał jeszcze milczącą, starą Towrinową.

Musiała go tak tuczyć? ‒ pomyślał kat. Aż trzy cięcia, co za wstyd.

Antona od zawsze fascynowała śmierć. Pamiętał dobrze, a działo się to jeszcze w Kunvaldzie, jak ojciec po raz pierwszy go zabrał, by obejrzeć kaźń. Upiorny kaptur, wzniesiony miecz, oblepione posoką deski szafotu oraz turlająca się głowa skazańca. Już wówczas, będąc jeszcze chłopcem, zastanawiał się, czy głowa odcięta od ciała czuje cokolwiek.

Później, gdy sam został katem, nadal tego dociekał. Setki dekapitacji, do których się przyczynił, nie dały odpowiedzi. Uczeni twierdzili, że głowa rozdzielona od ciała nie czuje już nic. Bezbolesna śmierć. Mózg bez krwi umiera. A jednak przecież nieraz widywał paskudne grymasy na ściętych obliczach, mruganie oczu, czy usta drżące w niemym krzyku. Jak więc było naprawdę?

‒ Nasz mistrz z dniem dzisiejszym odchodzi na spoczynek ‒ wybudził go z zamyślenia głos herolda. ‒ Mistrzu, czas na ostatnią posługę. Czyń swoją powinność!

Kat umościł głowę na belce gilotyny i zdecydowanym ruchem pociągnął za sznur. Tym razem cięcie było czyste.

Koniec

Komentarze

Ooo, bardzo lubię ten tekst! Super, że znalazł się na łamach “Białego kruka”. Sprawny językowo, jak wszystkie Twoje opowiadania, ciekawy setting, bohaterowie. Najbardziej podobała mi się scena ostatniego seksu, o czym już pisałam przy okazji bety. Rubaszności nie wykryto, raczej dojrzewanie w emocjach i wspomnianą w przedmowie dramatyczną historię.

Nie wiem, czy mogę kliknąć, ale kliknę!

Dziękuję :) Tym większa przyjemność, że po roku wciąż je pamiętasz.

Tekst z pozoru lekki, z wartką akcją, gdzieniegdzie rubaszny, gdzieniegdzie sprośny, jak to u krasnoludów. Za barwną opowieścią kryje się jednak raczej dramatyczna historia.

Właściwie to sam sobie wszystko podsumowałeś. Jest tak, jak to u krasnoludów. Piszesz o znanych i lubianych stereotypach, wykorzystując znany i lubiany język, używając znanych i lubianych konwencji. Mamy sprośne i gburowate, klnące wymyślnie krasnoludy oraz wyniosłe, wiecznie dumne elfy, mamy schemat świata zbudowanego na kruszcu i dramacie wydobywających go (nie) ludzi, którzy zmagają się jednocześnie z dolą życia, jak to zwykle bywa: niesprawiedliwą i krzywdzącą wojną.

 

Przeczytałam bez przykrości, ale również bez większego zainteresowania, choć sam pomysł jest pięknie ponury, czyli jak najbardziej dla mnie. Najciekawszy jest zdecydowanie schemat “przyszła baba do… baby”, oraz podawanie sobie kolejnych elementów historii – taka “posłańcowa” narracja zgrabnie wszystko rozwija, zręcznie przeplatasz społeczne warstwy i towarzyszące im problemy. Najciekawszą postacią był kat – ale cóż, kaci zwykle są szalenie ciekawi, mrok i niedola profesji jest wręcz idealnym materiałem literackim. Moim zdaniem przydałoby się nieco mniej tego, kto, gdzie i z kim żył, a więcej oryginalnego, wolniejszego, emocjonalnego podejścia. Jakby nie patrzeć, opowiedziałeś historię około dziesięciu postaci w 34k, dwadzieścia minut czytania; rozumiem, że taki był zamysł tekstu? Jeśli tak, gawędowy styl historii dobrze wpasowuje się do kronikarskiego zamysłu opowiadania (w końcu chodzi o ostatni dzień życia Rajmunda Towrina, plus skorumpowane, paskudne społeczeństwo w tle).

Nie widzę tutaj odblaskowego, wyróżniającego się stylu (nie to co w “Kumari”), nie lubię powtarzających się elfów i krasnoludów (szczególnie kopiowanych i wklejanych; nowa jest jedynie rozebrana krasnoludzka baba), a rubaszność mnie specjalnie nie bawi. Jako tekst pisany mniej lub bardziej dla zabawy jest zupełnie okej, jako coś zostającego na dłużej w mojej głowie – niestety zawodzi.

 

Mimo tego doceniam, że się napracowałeś – to solidny kawał tekstu; dobrze, że powędrował w świat, gratuluję i klikam za “mistrza małodobrego” ;)

Dziękuję, Żonglerko, za bardzo rozbudowany komentarz.

Tęsknisz za stylem Kumari, a ja obawiam się, że jego już chyba nie ma. Zginął gdzieś po drodze, podczas mej ewolucji. Grzecznie ustąpił miejsca prostszej, bardziej skondensowanej formie bez wodotrysków. Czy potrafiłbym wrócić do dawnej plastyczności opisów okraszonych wymyślnymi słowy? Nie wiem. Dawno nie próbowałem.

No więc tak: pisana po Tolkienie fantasy o elfach i krasnoludach to nie do końca jest moja bajka (sprawdzić, czy nie Pratchett, jednakowoż :D ). Piszę o tym celowo – nie, żeby Cię krytykować za temat, tylko żeby tym bardziej wyszło, że doceniam.

A doceniam, zdecydowanie, bo to jest bardzo dobry technicznie tekst. Językowo bezbłędny, z udaną stylizacją, nie miałam ani chwili zawahania czy zawieszenia się na językowej usterce. Konstrukcyjnie, z tymi kolejnymi kręgami skazańców, też spójny i pomysłowy. Bardzo ładnie, efektownie opisujesz – świat jest żywy, społeczność wiarygodna, w scenie nocy małżonków w więzieniu świetnie, IMHO, wyważasz proporcje między krasnoludzką rubasznością a nienachalną emocjonalnością; opis tego, że oni się szczerze kochają, wychodzi ci znakomicie. Generalnie, pokazowy IMHO przykład, jak nie łamiąc konwencji i tradycji, nie rewolucjonizując jej, twórczo ją wykorzystać. Klik ode mnie. 

Dziękuję, ninedin, za miłe słowa. 

Są w tym świecie fantasy jeszcze pewne nawiązania, o których dotychczas nikt nie wspomniał. Tak więc albo są bardzo oczywiste, albo bardzo dyskretne.

 

Tolkienowskie elfo-krasnoludy to tylko zasłona dymna. W rzeczywistości równie mocno czerpałem z naszej ludzkiej historii. 

Zaproponuję więc zabawę.

Jakim miastem i jakimi czasami się inspirowałem, opisując Dragensborg? Kto był pierwowzorem kata i dlaczego właśnie on?

Klikam, bo później nie zdążę. Bardzo mi się podobało. i jeszcze dzisiaj postaram się rozwinąć swój komentarz :)

Katko :). Ja dzisiaj też mam ciekawą lekturę w planie. Ale czekam do późnej nocy, bo wtedy będzie najprzyjemniej.

Dziękuję wszystkim klikaczom… nawet nie zdążyłem zobaczyć kto :)

Zacznę od tego, że nie przepadam za klasyczną fantastyką, krasnoludami i elfami, ale… ale właśnie u Ciebie te krasnoludy i elfy, zwłaszcza krasnoludy nie wydają mi się do końca klasyczne. To jedynie przykrywa dla opisania relacji, uczuć i emocji jak najbardziej ludzkich. Poza tym ujął mnie sposób, jaki swą historię zaprezentowałeś – niesamowity warsztat, język i styl – nie czytałam, tylko płynęłam po słownych falach. Gratuluję publikacji :)

Bardzo dziękuję. :)

Przeczytałam przedmowę i przystąpiłam do lektury z przeświadczeniem, że pewnie niczego nowego o krasnoludach się nie dowiem, zwłaszcza że początek w karczmie nie zapowiadał żadnych rewolucji. Jednak w miarę zagłębiania się w tekst było coraz ciekawiej i dostrzegałam, że choć opowiadasz o sprawach wiadomych, robisz to odmiennie, nietypowo, jakoś tak spokojnie, rozważnie, a i kolejne wydarzenia odbiegają od normy – więcej tu dramatyzmu niż wesołkowatości i nastroju właściwego dla historii krasnoludzkich, które dotychczas było mi dane poznać.

No i wzruszyłam się losem małżonków Tow­rin i smutno mi się zrobiło, że Matylda została sama.

 

przy­wie­dzio­na odo­rem zjeł­cza­łe­go piwa… ―> Od kiedy to piwo jełczeje?

Proponuję: …przy­wie­dzio­na odo­rem przetrawionego piwa

Za SJP PWN: jełczeć «o tłuszczach i olejach: rozkładać się pod wpływem działania tlenu lub drobnoustrojów i nabierać nieprzyjemnego smaku oraz zapachu»

 

Obe­rży­sta wska­zał na pę­ka­ty ceber. ―> Ceber jest naczyniem o prostych ścianach, więc chyba nie może być pękaty.

 

Raj­mund Tow­rin od­na­lazł kadź z piwem… ―> Piwo miało być w cebrze, a kadźceber, o ile mi wiadomo, to chyba nie to samo.

Może wystarczy: Raj­mund Tow­rin od­na­lazł naczynie z piwem

 

– Prze­ciem nie­win­ny. Co się zło­ścisz? To wszyst­ko żarty ja­kieś. – od­rzekł z non­sza­lan­cją Tow­rin. ―> Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

– Żyłę? Łżeć nawet nie po­tra­fisz. ―> – Żyłę? Łgać nawet nie po­tra­fisz.

 

w fal­ba­nia­stej sukni upstrzo­nej mnó­stwem drob­nych gra­na­tów… ―> Co to znaczy, że suknia była upstrzona granatami?

 

W pół kroku za nim po­dą­ża­ła zna­jo­ma po­stać… ―> Pół kroku za nim po­dą­ża­ła zna­jo­ma po­stać

 

Wart­kim kro­kiem prze­mie­rzy­ła Dolne Mia­sto. ―> Obawiam się, że o krokach raczej nie mówi się, że są wartkie.

Proponuję: Szparkim kro­kiem prze­mie­rzy­ła Dolne Mia­sto.  

Za SJP PWN: wartki 1. «szybko płynący» 2. «szybko się toczący»

 

– Wi­taj­cie, pryn­cy­pa­ło­wo! – ko­bie­ta, która otwo­rzy­ła drzwi… ―> – Wi­taj­cie, pryn­cy­pa­ło­wo! – Ko­bie­ta, która otwo­rzy­ła drzwi

 

Mąż mój ka­mie­ni­ce ma w Ku­nval­dzie. Pięk­ną, nad je­zio­rem. ―> Literówka.

 

ka­mie­ni­cę ze zdob­ny­mi gzym­sa­mi, po­ma­lo­wa­ną w pa­ste­lo­we barwy. ―> Kamienicę można pomalować farbami o pastelowych barwach, ale nie wydaje mi się, aby można pomalować ją w barwy, choćby i pastelowe.

 

„Mi­ło­sier­dzie kata” – po­my­ślał. ―> Skoro kursywa, to cudzysłów jest zbędny.

 

Ba, wpi­sy­wa­ła się ona wiel­ki­mi zgło­ska­mi w hi­sto­rię śród­gór­skie­go kraju. ―> Pewnie miało być: Ba, wpi­sy­wa­ła się ona złotymi zgło­ska­mi w hi­sto­rię śród­gór­skie­go kraju.

Zapisać się złotymi zgłoskami to frazeologizm, czyli form ustabilizowana, utrwalona zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

za­bra­nia hejt­ma­na na polu bitwy po­rzu­cić, a na­ka­zu­ję chro­nić go za wszel­ką cenę… ―> Literówka.

 

W de­spe­ra­cji szarp­nął tka­ni­ną sukni. ―> A może wystarczy: W de­spe­ra­cji szarp­nął suknię/ spódnicę.

 

Kra­sno­lud wpa­try­wał się za­uro­czo­ny w ka­wa­łek sukna le­żą­cy na prze­gni­łych de­skach. ―> Matylda zdjęła lniany fartuch, więc Rajmund nie mógł widzieć sukna, albowiem sukno jest tkaniną wełnianą.

 

po­kła­da­ły się do snu w zgrzeb­nych sza­tach, nie roz­dzie­wa­jąc ich nawet wtedy… ―> Tak jak nie można szat odziać, tak nie można ich także rozdziać.

Pewnie miało być: …po­kła­da­ły się do snu w zgrzeb­nych sza­tach, nie roz­dzie­wa­jąc się z nich nawet wtedy

 

A jed­nak prze­cież nie raz wi­dy­wał… ―> A jed­nak prze­cież nieraz wi­dy­wał

 

‒ Mi­strzu, czas na ostat­nią po­słu­gę. Czyń swoją po­win­ność! ―> O ile mi wiadomo, ostatnią posługą jest pogrzeb, nie wykonanie wyroku śmierci.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, bardzo dziękuję za cenne uwagi. Wciąż nie chce mi się wierzyć, że nie byłaś nauczycielką. ;)

Poprawki już naniosłem.

Co to znaczy, że suknia była upstrzona granatami?

Upstrzona jest tutaj użyte w znaczeniu potocznym → wpleść do czegoś zbyt dużo niepotrzebnych elementów.

„Miłosierdzie kata” – pomyślał. ―> Skoro kursywa, to cudzysłów jest zbędny.

 W tym przypadku kursywa odnosi się do zapisu myśli, a cudzysłów oznacza tytuł legendy. Mimo wszystko zmieniłem, zgodnie z Twoją sugestią, ze względów estetycznych.

‒ Mistrzu, czas na ostatnią posługę. Czyń swoją powinność! ―> O ile mi wiadomo, ostatnią posługą jest pogrzeb, nie wykonanie wyroku śmierci.

Masz rację. Jednak tego zwrotu użyłem celowo, bo oferował wiele możliwości interpretacyjnych. Chodziło mi o jego trójznaczność, bo “ostatnią posługę” można traktować jak zwrot w znaczeniu takim, jakie przytoczyłaś, ale też można traktować jako dwa osobne wyrazy, gdzie posługa jest użyta w znaczeniu “misterium” lub zgodnie ze słownikiem →  https://sjp.pwn.pl/sjp/posluga;2505740.html.

 

Dziękuję za wszystkie uwagi. Bardzo je sobie cenię.

Bardzo proszę, Chościsko. ;)

Wielcem rada, że uznałeś uwagi za przydatne. Dziękuję też za wyjaśnienia. ;)

No to lepiej uwierz, bo powiedziałam prawdę, ale mogę powtórzyć raz jeszcze – NIGDY NIE BYŁAM NAUCZYCIELKĄ!. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wierzę, wierzę, ale burzy mi to wyobrażenie Ciebie jako takiej nauczycielki “starej daty” (w znaczeniu jakości, a nie wieku), uczącej z wielką pasją nawet na emeryturze. :)

Chrościsko, przykro mi, że zburzyłam Twoje wyobrażenia, ale na pocieszenie dodam, że czasem, choć się staram, nie nadążam za współczesnością, więc chyba jestem trochę starej daty. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst czyta się z zainteresowaniem, fabuła mnie naprawdę porwała. Świetnie zawiązana spirala oskarżonych i straconych, a jednocześnie przebija się ogromny smutek, tym większy, że przed samą śmiercią zdążyli spełnić najskrytsze, intymne marzenia. Bardzo mnie to ujęło.

Fishandchips, cieszę się bardzo. Fajnie, że zajrzałaś. :)

Bardzo smutna, ale ciekawa historia. Krasnoludy, kojarzące się przede wszystkim z walką, przedstawiasz w nowej odsłonie i pokazujesz problemy, które znacznie wykraczają poza wykreowany świat. Ładnie napisane, wyważone w formie i treści.

Jedna rzecz nie dawała mi spokoju w czasie czytania – skąd pomysł na taki tytuł? Czy rzeczywiście kat celował w szósty kręg?

pokryta cętkami rudawych piegów

Ponieważ cętki i piegi to pojęcia o zbliżonym znaczeniu, cętki piegów oznaczają tyle samo, co cętki cętek, a nawet piegi piegów.

 

Rajmund patrzył na swą małżonkę urzeczony, podziwiał rudawy meszek włosków na jej ciele oraz obfite piersi, kołyszące się swobodnie, podczas gdy ręce walczą z krnąbrnym giezłem.

Czas teraźniejszy?

 

Jest ok. Od strony estetyki (własnej, nie literackiej) wnosisz wiele. ;)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Ando,

Czy rzeczywiście kat celował w szósty kręg?

Wszak był profesjonalistą, mistrzem, jakże by mógł inaczej? Żeby tylko ten uparty Towrin pozwolił sobie wygolić kark.

 

Kam,

Ponieważ cętki i piegi to pojęcia o zbliżonym znaczeniu, cętki piegów oznaczają tyle samo, co cętki cętek, a nawet piegi piegów.

Ale piegi mogą być różne. Mogą być drobne w postaci kropeczek lub większe niczym cętki. Stąd też sprecyzowałem, jakie konkretnie miałem na myśli.

Czas teraźniejszy poprawiam.

Od strony estetyki (własnej, nie literackiej) wnosisz wiele.

Cudna jesteś. ;)

Kam cięta riposta jest niemal tak atrakcyjna, jak Kam rzucająca mięchem.

No no, dawno nie czytałem tak fajnego opowiadania, które tak mocno wstrzeliło się w moje gusta :)

Tekst o elfach i krasnoludach rozpoczynający się w karczmie. Wydawać by się mogło, że coś, co zaczyna się tak oklepanie, dobre być nie może. A jednak! Złamałeś wszelkie stereotypy. Nie sądziłem, że kiedykolwiek, czytając o rubasznych i zatwardziałych krasnoludach, będę w stanie się wzruszyć. A wzruszyłem się i przejąłem losami bohaterów, na świętą babę chytrą, i to konkretnie!

Tak się chyba wydarzyło, że to pierwsze Twoje opowiadanie, jakie przeczytałem. I jestem zachwycony. Stylem, w pełni obrazowymi opisami, acz nie przesadzonymi, mięsistymi i wiarygodnymi dialogami, użytym językiem, który idealnie wpasowuje się w konwencję.

Wciąż myślałem, a może bardziej miałem nadzieję, że koniec będzie inny. Pozytywniejszy. Że Rajmund jakimś sposobem zachowa życie. Jednak scena w celi i spełnienie ukrytych marzeń, wzmianka o straconych w życiu szansach, to wszystko cud miód. Choć przykre, zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące rozwiązania.

Mieszanka swojskiego, krasnoludzkiego klimatu z poważną, jakby nie było, historią okazała się dla mnie silnym powiewem świeżości i strzałem w szóstkę. Tfu, znaczy w dziesiątkę, jeszcze tę kręgi mam przed oczami :D

No i cóż tu więcej rzec. Piękne to było niczym falujące biodra krasnoludzkiej dziewki!

Pozdrawiam :)

Chrościsko, ale cętki nie są jednostką miary piegów. Tak samo mógłbyś mówić warkocze włosów. Chociaż byłoby miło, gdyby ktoś jeszcze się do tego odniósł i wyprowadził mnie z błędu, jeśli się mylę.

 

Reszty twojej odpowiedzi nie skomentuję, bo jesteś po prostu bezczelny. Dziesięć minut (a może nawet jedenaście) myślałam nad tym, jak ci dopiec, a ty mnie jeszcze tak obrażasz. Bezczelność, drodzy państwo, bezczelność.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Chociaż byłoby miło, gdyby ktoś jeszcze się do tego odniósł i wyprowadził mnie z błędu, jeśli się mylę.

Nie wiem, Kam, czy wyprowadzę Cię z błędu, ale tu znalazłam taki przykład: Usiłował przyozdobić uśmiechem pocętkowaną piegami twarz… Mort. Dni I, 34

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reszty twojej odpowiedzi nie skomentuję, bo jesteś po prostu bezczelny. Dziesięć minut (a może nawet jedenaście) myślałam nad tym, jak ci dopiec, a ty mnie jeszcze tak obrażasz. Bezczelność, drodzy państwo, bezczelność.

Dzięki za nominację, Kam :)

 

Realuc,

No no, dawno nie czytałem tak fajnego opowiadania

Cóż mogę rzec? Dawno nie czytałem tak miłego komentarza. :)

(No dobra, komentarz Kam był równie miły, choć w nieco innych rejestrach.)

Phi! Mój komentarz wcale nie był miły. Łatwo cię zadowolić, Chrościsko.

 

Nie wiem, Kam, czy wyprowadzę Cię z błędu, ale tu znalazłam taki przykład: Usiłował przyozdobić uśmiechem pocętkowaną piegami twarz… Mort. Dni I, 34

 

Nie do końca jestem zadowolona z tego przykładu, bo pochodzi sprzed trzystu lat i w dodatku to nie do końca to samo, co w tym nieszczęsnym zdaniu Chrościska, ale jeśli ty, regulatorzy, powiesz, że “cętki piegów” są wyrażeniem poprawnym – uwierzę i grzecznie zakopię topór.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kam, ja także, z racji że słownik W. Doroszewskiego to dość wiekowe już dzieło, z pewnym dystansem podchodzę do cytatów w nim zawartych, ale skoro prosiłaś o jakiś odzew, podałam przykład. Rzeczone zdanie nie razi mnie i nie zarzuciłabym Chrościsko pleonazmu.

Poza tym, jak zawsze w podobnych przypadkach, mogę tylko dodać, że to opowiadanie Chrościsko i wyłącznie od niego zależy, jakimi słowami będzie napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Łatwo cię zadowolić, Chrościsko.

Wiem, Kam, żona powtarza mi to bardzo często. ;)

 

Co do piegów.

Chrościsko, ale cętki nie są jednostką miary piegów.

Cętki nie odnosiły się do miary ilości piegów, a ich wyglądu. Możemy mieć piegi drobniutkie, wtedy napisałbym “kropeczek piegów”, albo większe, klasyczne tak jak tutaj, w formie cętek. Możemy mieć też piegi bardzo intensywne, które nie wyglądają już nawet jak cętki, a pokrywają nieregularnie całą powierzchnię twarzy.

słownik W. Doroszewskiego to dość wiekowe już dzieło

Owszem, i dlatego jest idealnym źródłem do tekstów stylizowanych na dawne wieki.

Bardzo fajny tekst. Przemyślana fabuła, humor, bohaterowi. Może kreacja świata nie powala na kolana, ale tutaj bardziej chodzi i mięsistą fabułę no i świetnie skrojone dialogi. Chyba pisałem ci już to przy poprzednim tekście z tego uniwersum, że odrobinę kojarzy mi się to z krasnoludami z z Hamdirholm pióra świętej pamięci Wojciech Świdziniewskiego.

Ogólnie dobre opowiadanie, które przeczytałem z przyjemnością. Gratuluję publikacji w Białym Kruku i czekam na kolejny tekst z tego uniwersum :)

czekam na kolejny tekst z tego uniwersum :)

Zobaczymy. Nie planowałem w najbliższej przyszłości tego uniwersum eksploatować, bo jak sam zauważyłeś:

kreacja świata nie powala na kolana

Choć nie ukrywam, że jeden pomysł chodzi mi po głowie. Kto wie?

 

Dziękuję za nominację.

Skoro chodzi po głowie to trzeba go z niej wypuścić. Akurat ja jestem targetem takich lekkich, rubasznych historii spod znaku fantasy. Sam lubię takie pisać, dlatego też lubię takie czytać :)

Skoro chodzi po głowie to trzeba go z niej wypuścić.

Może niezbyt jasno się wyraziłem. Raczej bardzo powoli dojrzewa. :)

Sam lubię takie pisać, dlatego też lubię takie czytać :)

Chętnie się zapoznam. Pyteasz już czeka w kolejce na wieczorny seans.

Niech więc dojrzewa, to ważna rzecz :)

Akurat przygody Pyteasza napisane są w innym klimacie (dość eksperymentalny – za co dostałem po głowie w komentarzach). Ale na portalu wiszą dwa opowiadania (Starotirajskie prawo odwetu oraz Diament i cyrkonia), które wpisują się w stylistykę lekkiej fantasy.

Opowiadanie zapowiadało się klasycznie. Końcówka jednak mnie zupełnie zaskoczyła. Korupcja wydobycie minerałów, historia, w której powstaje łańcuch zależności, to wszystko napisane sprawnie i w konwencji. Na końcu zaś kat musi ściać sam siebie, to zaskoczył mnie.  Tylko albo czytałem nieuważnie albo … No właśnie za co ścięli kata? Nigdzie nie było przesłanki ani wyjaśnienienia.

 

Ostatnio może nie jestem w najlepszej formie intelektualnej, ale z tego co czytałem to katów czasem tłum linczował gdy zawalili sprawę i musieli uderzać wielokrotnie, ale normalnie za błąd prawo kata nie karało. 

 

 

 

No właśnie za co ścięli kata? Nigdzie nie było przesłanki ani wyjaśnienienia.

Za partactwo przy egzekucji Towrina.

ale z tego co czytałem to katów czasem tłum linczował gdy zawalili sprawę i musieli uderzać wielokrotnie

Sam sobie odpowiedziałeś. ;)

 

Przesłanek jest wiele:

 

  1. Opis egzekucji
  1. Odmowa skorzystania przez skazańca z usług balwierza, przez co kat nie widział dokładnie, w które miejsce uderzyć.
  1. Prośba żony kata o wycofanie skargi.

– Proszę, nie wnoście skargi. On jest jeszcze za młody, by iść na spoczynek. Mamy trójkę dzieci.

– Ja też mam trójkę dzieci. Trójkę sierot.

– Błagam, okaż litość. Bądźże krasnoludzka!

– Wszyscyście wiedzieli, że Rajmund był niewinny. Ten twój partacz także. Dragensborg to nie miejsce dla partaczy.

  1. Przemyślenia kata idącego na szafot:

Musiała go tak tuczyć? ‒ pomyślał kat. Aż trzy cięcia, co za wstyd.

Oj, podobało się i to bardzo. I to od początku, a zacząłeś karczmą, kolejne, n-te już w tym miesiącu opko, które zaczyna się od sceny w karczmie. Twoje jednak od początku dobrze się czytało, może to za sprawą tej pustki w lokalu, albo raczej tej muchy. ;) Krasnolud, też nie nowina, ale ja tam nic do krasnoludów nie mam, nawet lubię. Podobał mi się łańcuszek wpadających do lochów mieszkańców Dragensborga, och te wkurzone krasnoludzkie baby…

A potem ta ostatnia noc. I rubaszny krasnolud okazuje się głęboko… chciałam napisać ludzki, ale po namyśle doszłam do wniosku, że lepszym określeniem będzie humanistyczny. Ojczyzna go zdradziła, ale on potrafi się wznieść ponad to, nie siedzi, nie wyrzeka, nie przeklina, ale daje sobie i żonie najlepsze, co może dać. To było naprawdę piękne, kiedy tak siedzieli obok siebie i czerwoni ze wstydu łamali uświęcone tabu, rozmawiali o rzeczach, o których zwykle się milczy.

I ta erotyczna scena, te cienie na ścianie. Zrobiłeś to świetnie, subtelnie, a jednocześnie dosadnie. Cudeńko. Może tylko:

Przypomniał sobie chwilę, gdy Matylda, owinąwszy warkocze jego wąsów wokół swoich kłykci, dosiadła go niczym wałacha. No, może nie wałacha, wszak niczego mu nie brakowało.

Wywaliłabym, nie żeby mi specjalnie przeszkadzało, ale dorośli jesteśmy, odrobinę wyobraźni mamy i łopatologię uważam za zbędną. ;)

Poza tym jednak wściekle Ci tej ostaniej nocy zazdroszczę. ;)

I wreszcie przeczytałam zakończenie i… jak ja się wkurzyłam. Kurcze, jedyny sprawiedliwy, a tyś go nie tylko zabił. Zamordowałeś ze szczególnym okrucieństwem! No, jakże tak można, przecież uratować mogłeś.

Kiedy mi już trochę złość przeszła, doszłam do wniosku, że padłeś ofiarą własnej opowieści. Jeśli Torwina zabijesz, musisz się liczyć za takimi reakcjami,jak moja. Jeśli jednak go uratujesz, z krwistego befsztyku zrobi się sojowy mielony. Więc szacun za konsekwencję.

Poza tym, gdybyś go uratował, nie wybrzmiałoby to, co przynajmniej ja na końcu usłyszałam. Bo co się tam właściwie stało? Czterech ludzi zginęło, bo (pal sześć udział krasnoludzkich bab) banda włodarzy, którzy nigdy prochu nie wąchali, w bitwie udziału nie brali, śmierci w oczy nie patrzyli rościła sobie prawo do wyrokowania co jest, a co nie jest honorowe, czy tam patriotyczne.

Chętnie bym przeczytała opko, w którym będą zmuszeni skonfrontować swoje wzniosłe przekonania z brutalną rzeczywistością wojny.

 

I jeszcze: gdybyż tak kaci rzeczywiście sami pociągali za sznurek.

I… czy tylko ja mam wrażenie, że to nie jest opowieść o Dragensborgu, że tak naprawdę toczy się w innym świecie i innych czasach?

 

A tak w ogóle, tego… z zazdrości… ;)

Bardzo dobre opowiadanie. Jedno z tych, które bierze ograny temat (krasnoludy i ich cechy), a następnie buduje wokoło nich dramatyczną historię. W tym wypadku bez happy endu, za co należą się dodatkowe brawa.

Najmocniej chyba przemawia ukazanie typowych cech niskich brodaczy w ciemniejszym świetle. Obsesja prawa, niewybaczanie urazów, kombinatorstwo – to wszystko sprowadza tragedię na mniej lub bardziej winnych krasnoludów. Szczególnie przemawia pokazanie, jak dramat się nakręca. Tak więc ten ludzki element wychodzi najlepiej i najbardziej wpływa na imersję.

Było jednak po drodze kilka zgrzytów. Choćby “primo”, “secundo” oraz dwa pozostałe wzięte z łaciny wyliczenia mocno wybijają – pasują może do języka, ale nie do fantastycznego uniwersum, na którym bazujesz.

To jednak mniejsze drobnostki, bo całość koncertu fajerwerków jest definitywnie satysfakcjonująca :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Irko, Twój komentarz sprawił mi wiele przyjemności. +100 punktów do motywacji. +1000 do własnego ego. Szczególnie że miałem pewne obawy, jak tekst zostanie odebrany. Raz, bo takie klasyczne fantasy nie miewa tu najwyższych not, dwa, że płyta już dość zgrana, trzy, że jak słusznie zauważyłaś, bardziej banalnie zaczynać się nie może.

Jedna ta scena jest dla mnie szczególna. I myślę, że w podziękowaniu za te wszystkie miłe słowa, które napisałaś, odsłonię Ci kawałek mej duszy i zdradzę dlaczego.

 

Działo się to latem ubiegłego roku, kiedy trafiłem na portal. Kompletna świeżynka, która z wyjątkiem rozpraw naukowych, nic nigdy nie publikowała, która nawet na żadnym portalu literackim nie miała konta. Ot, przypałętał się taki znikąd i z niczym.

Po kilku tygodniach dyskretnego czytania, betowania oraz obserwowania tej osobliwej społeczności, zyskałem pewność, że tak, odnajdę się w tym miejscu. Przyszedł więc czas, by się przedstawić.

Nie, Irko, nie skorzystałem z wątku powitalnego jak każdy przyzwoity użyszkownik. Dopadła mnie ułańska fantazja, więc postanowiłem się pokazać w innym miejscu, mrocznym i pełnym złych ludzi, gdzie zamierzałem rzucić wyzwanie miejscowym starym wyjadaczom, a jedynie, na co mogłem liczyć, to solidny wpierdol. Tak, to nasza portalowa karczma → https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/18307

 

W takich właśnie okolicznościach powstała pierwsza scena tego opowiadania. Wątek był wówczas chwilowo porzucony, stąd też karczma jest pusta, w postać karczmarza wcielał się zwykle Bailout, stąd ta mucha, aby go rozsierdzić.

Napisałem więc tę scenę, która miała być moim portalowym „entré”, jednak na nic mi się ona zdała, bo los chciał inaczej. Kiedy wszedłem do karczmy, ta była już pełna awanturników gotowych do bitki i wystarczyła jedna nieco sprośna uwaga w kierunku dostojnej Finkli, by wszyscy chcieli mnie wygrzmocić.

 

Ehhh, stare dobre czasy. Ja zaś zostałem z tą karczemną sceną niczym Himilsbach z angielskim.

Dużo, dużo później, gdy pisałem już historię Rajmunda Towrina, przypomniałem sobie o niej i stwierdziłem, że będzie idealna na początek tego opowiadania. Nieco ją zmodyfikowałem, ale kilka szczegółów zostało. :)

 

Wracając do samego tekstu.

Przypomniał sobie chwilę, gdy Matylda, owinąwszy warkocze jego wąsów wokół swoich kłykci, dosiadła go niczym wałacha. No, może nie wałacha, wszak niczego mu nie brakowało.

Wywaliłabym, nie żeby mi specjalnie przeszkadzało, ale dorośli jesteśmy, odrobinę wyobraźni mamy i łopatologię uważam za zbędną. ;)

Rozumiem co masz na myśli, bo masz rację, że te zdania kontrastują z wcześniejszą subtelnością. Pozwól jednak, że pozostawię tak, jak jest.

Ta scena jest nieco zbyt delikatna, jak na krasnoludy, więc ta łopatologia ma nieco dodać grubiaństwa (Poza tym zdradzę Ci, że w pierwotnej wersji tego zdania nie było, i moją żonę wielce zaintrygowało, cóż takiego Matylda z tymi wąsami robiła. Małżonka domagała się szczegółów, ćóż mogłem zrobić?).

Dziękuję Ci, Irko, jeszcze raz za bardzo miłe słowa. I polecam, wstąp czasem do naszej portalowej karczmy, o której wszelki słuch zaginął. Dawno nie było tu żadnej jatki.

 

NoWhereMan, jakże piękne są fajerwerki Twe, jak miłe.

Co do łaciny, to spróbuje się wybronić. Czyż u Sapkowskiego w Krwi Elfów niejaki magister Linus Pitt nie używa łacińskich nazw, przy określaniu gatunków? Używa. W moim opowiadaniu zaś łacińskich nazw używa wysłannik miejskiego jurysty, stąd też uznałem, że w jego ustach łacina będzie jak najbardziej na miejscu.

Druga sprawa to, że moje uniwersum jednak bazuje na średniowiecznej Europie, a nawet bardzo konkretnym jej regionie, więc zarówno łacina, jak i pewne śląsko-niemieckie, lub staropolskie, wtrącenia są celowe.

Ładna pętla. Acz rysuje się na tyle wyraźnie, że przedwcześnie zaczęłam się zastanawiać, co musi się stać, żeby żona z najwyższej warstwy musiała błagać o pomoc tę najniższą. Plus dla Ciebie, że tego rozwiązania nie przewidziałam. :-)

Ciekawi mnie za to, czy w pozostałych przypadkach też baby w ramach zemsty leciały z donosem, gdzie trzeba. Bo jak na zbieg okoliczności, to podejrzanie wygląda…

Piękny opis gry cieni. Perełka.

I jeszcze fajne nazwiska. Nie wiem, jak miało być, ale ja tu dostrzegam nawiązania do rewolucji francuskiej.

Jeśli miałabym się czegoś czepiać, to przechyłu na stronę obyczajową. W tej historii mamy krasnoludy, bo Autor tak mówi. Ale gdyby zastąpić je ludźmi, opowieść by się wiele nie zmieniła. I ludzie są zdolni do wojen, zakładania osad górniczych i budowania gilotyn. W sumie, najbardziej by chyba ucierpiała ostatnia noc małżonków… ;-)

W głosowaniu będę na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Co do łaciny, to spróbuje się wybronić.

Generalnie Sapkowski bronił się często argumentem, że jeśli byśmy mieli wyrugować słowa obcego pochodzenia, to on w “Wiedźminie” musiałby wymyślić nowe nazewnictwo na “króla”. Wszyscy się zgadzamy, że to akurat przesada :) Jednak powiem szczerze, że akurat używanie tej łaciny w książce i mnie wybiło. Po prostu jest mocno charakterystyczna i jednoznacznie kojarząca się z naszym własnym światem.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Finlko, 

Ciekawi mnie za to, czy w pozostałych przypadkach też baby w ramach zemsty leciały z donosem, gdzie trzeba.

W pozostałych przypadkach nie bardzo było na kogo donosić, bo kat wykonał swe zadanie właściwie.

Co do donosów, to były w sumie dwa, jeden to Gallus Cahera na szefa, drugi to skarga Matyldy na partactwo kata, wynikająca już bardziej ze zgorzknienia niż woli zemsty.

Reszta wydarzeń działa się już samoistnie. Teoretycznie Matylda mogła donieść uprzednio na Goldenmaierów za płukanie złota, ale równie dobrze mogli wpaść przypadkiem. Ta kwestia pozostała niedopowiedziana, i myślę, że dobrze. Niech czytelnik sam sobie odpowie, jak wielka była desperacja Matyldy.

I jeszcze fajne nazwiska. Nie wiem, jak miało być, ale ja tu dostrzegam nawiązania do rewolucji francuskiej.

Jest jedno konkretne nawiązanie, ale z wyjaśnieniami poczekam na Drakainę. Myślę, że zrobi to lepiej ode mnie. ;)

Jeśli miałabym się czegoś czepiać, to przechyłu na stronę obyczajową. W tej historii mamy krasnoludy, bo Autor tak mówi. Ale gdyby zastąpić je ludźmi, opowieść by się wiele nie zmieniła. I ludzie są zdolni do wojen, zakładania osad górniczych i budowania gilotyn.

Masz rację. Ale też nigdy nie ukrywałem, że dla mnie fantasy to kolorowa obyczajówka, a pod postacią innych ras, kryją się ludzkie historie. Zresztą przy kreacji tego świata i miasta, miałem w głowie konkretne miejsce i konkretny czas. Jedynie ta gilotyna wyszła nieco przed szereg.

Ale też od tego jest fantasy, pozwala wyprzedzać realia epoki i mieszać ze sobą różne wydarzenia. W przypadku klasycznego świata byłby to zgrzyt.

W głosowaniu będę na TAK, czyli.

:), czyli

 

NoWhereMan,

Jednak powiem szczerze, że akurat używanie tej łaciny w książce i mnie wybiło.

Wróciłem wczoraj do tego fragmentu Krwi Elfów. Mnie ta łacina nie przeszkadzała w ogóle. Co więcej, w tej scenie jest ciekawy smaczek. Imię naukowca, Linusa Pitta, nawiązuje do Karola Linneusza, ojca współczesnej systematyki, więc ta łacina tym bardziej jest tam na miejscu.

Myślę, że to więc kwestia gustu i czepialstwa w kwestii detali ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ostatnio rzadko czytam opowiadania na stronie, ale tutaj się skusiłam, bo spodobał mi się tytuł, a przedmowa zaciekawiła. I nie zawiodłam się, bo “Szósty kręg szyjny” to porządne, rasowe fantasy, w dodatku o krasnoludach, do których, nie ukrywam, mam ogromną słabość. Udało ci się wyjść poza schematy – nie dość daleko, by można było mówić o rewolucji gatunkowej, co prawda, ale wystarczająco, by moje zainteresowanie fabułą nie słabło aż do końca – i stworzyć krwistą, dramatyczną historię. Szczególnie spodobał mi się sposób, w jaki kolejne wydarzenia same siebie nakręcają, wszystko jest powiązane, tworzy się taka trochę spirala nieszczęść, z których żadne nie jest przypadkowe.

Napisane bardzo porządnie, samo się czyta.

Postaci trochę toporne, mało wyraziste, na jedno kopyto. Nie do końca udało ci się odejść od stereotypu rubasznego, włochatego krasnoluda, ale rozumiem, że nie taka była twoja intencja. Niemniej, moim zdaniem, przydałoby się obdarzyć bohaterów jakimiś cechami, które wyróżniają ich z tłumu innych rubasznych, włochatych krasnoludów.

Koniec końców, lektura była jednak bardzo przyjemna.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Postaci trochę toporne, mało wyraziste, na jedno kopyto. Nie do końca udało ci się odejść od stereotypu rubasznego, włochatego krasnoluda, ale rozumiem, że nie taka była twoja intencja. Niemniej, moim zdaniem, przydałoby się obdarzyć bohaterów jakimiś cechami, które wyróżniają ich z tłumu innych rubasznych, włochatych krasnoludów.

Zapamiętam na przyszłość, bo uwaga jak najbardziej słuszna. :)

Dzięki za odwiedziny, Gravelko.

I polecam, wstąp czasem do naszej portalowej karczmy, o której wszelki słuch zaginął. Dawno nie było tu żadnej jatki.

Zajrzałam i też westchnęłam… z zazdrością. ;)

Ale też nigdy nie ukrywałem, że dla mnie fantasy to kolorowa obyczajówka, a pod postacią innych ras, kryją się ludzkie historie.

No tak, ale dla mnie obyczajówka jest nuuudna. Jeśli w fantasy magia (czy coś tam) nie odgrywa poważnej roli, to kręcę nosem. Ty się bronisz nietypową historią (bandy najemników/rycerzy ratujących świat chyba bym nie zdzierżyła).

Babska logika rządzi!

Dawno nie czytałam fantasy i powrót do niej to miła odmiana :) Zabawiłeś się tu konwencją, wplotłeś szczerą, życiową historię o niezbyt kolorowym wydźwięku i zadałeś ostateczny cios bohaterom. Wciągnęło mnie, zainteresowało, przedstawienie narracji w sposób wężyka bohaterów bardzo dobrze zagrało ze smutną prawdą, że w istocie każdy dba o własne interesy, własne bezpieczeństwo, uciekając od problemów innych, by czasem się nie “zarazić”.

Tytuł trafiony, dobrze brzmiący, intrygujący :)

Wykonanie – pierwsza klasa, świetnym władasz tu językiem.

Moim zdaniem nominacje jak najbardziej zasłużone.

No tak, ale dla mnie obyczajówka jest nuuudna.

Wiem, Finklo, pamiętam. Sorry za 100k Mumina ;)

 

Aryo, dzięki za komentarz i komplementa. Może niedługo we Wro, któż to wie?

Świetna historia. Niby zapowiada się happy and, że kat oszczędzi Torwina, i nic z tego. To twarde lądowanie jest znakomite. Uniwersum jest przekonujące, konwencja krasnoludzka zachowana, ale bez karykaturalnych przesad. Mam jedno pytanie: Kim jest “Święta Matka krasnoludzka”?

Może niedługo we Wro, któż to wie?

Zaiste, któż to wie :D Ale może jednak…?

Mam jedno pytanie: Kim jest “Święta Matka krasnoludzka”?

Krasnolud, jak większość rozumnych istot, też musi w coś wierzyć. :)

A w co? To już jest temat na całkiem nowe opowiadanie.

Dzięki za odwiedziny, Nikolzollernie.

Gratki, porządnie napisane opowiadanie, z rzadko pojawiającą się pełnokrwistą bohaterką kobiecą. Tym bardziej – taką bohaterką. Powiem tak – fantasy to nie moja bajka, właściwie Sapkowski, Ursula i długo długo nic. Dlaczego? Bo w fantasy najłatwiej wpaść pod brzytwę Lema. I u Ciebie, obawiam się, taki wlaśnie przypadek zaistniał. Jest coś, co nazwałbym roboczo i przewrotnie “Procesem” w świecie krasnoludów. Czyli studium bezradności człowieka (i nieważne, że die do końca człowieka) wobec Systemu. Jeszcze w powijakach, jeszcze nie do końca beznamiętnego, ale już niewątpliwie – Systemu. Ale… to by się mogło równie dobrze dziać w jakimś księstwie niemieckim w XVII wieku na przykład. Czy gdzieś. Cały sztafaż fantasy, choć mógł zagrać, u Ciebie świadomie chyba nie zagrał, bo nie dostrzegłem ani ani…

Trochę więc to Twoje nienajgorsze, lecz nie fantastyczne gatunkowo opko przypomina mi rysunkowe bajki (jesli wiesz, co mam na myśli) – dla dzieci, w których zamiast ludzi występują zwierzątka. Choć nie wiadomo po co (poza przyciągnięciem dzieci – lubiacych zwierzątka właśnie w wieku lat kilku – ponad miarę, owe zwierzątka są do końca zantropomorfizowane. w zasadzie mogliby zamiast nich wystepować zwykli ludzie , no ale wtedy wyszłoby, że dzieciaczki dostają nie bajkę, lecz zwyczajną, tylko stargetowaną pod nie soap operę;).) . U Ciebie właśnie coś takiego, po mojemu, zaistniało. Bez sztafażu fantasy, byłoby to opko o zwyczajnych ludziach, właściwie.

No chyba, że stanowiłoby fragment wiekszej całości, w której jednak jakaś fantastyka by była.

 

Że za mistrza Guillotine’a robi Lavoisier – no trudno, jakoś przebolałem ;).

Podsumowując – bardzo dobre opko antysystemowe i mówiące coś o ludziach.

Mało fantastyczne, niestety.

Pozdr.

1.0 Życie jest za krótkie na niechlujne researche 2.0 Wyobraziłem sobie Braci Karamazow edycja 2020, wersja 4.0.... I ryknąłem śmiechem!

Nie czytałam komentarzy, więc może się powtórzę. 

Tag “krasnoludy” odstrasza mnie skutecznie, jednak postanowiłam przeczytać i nie żałuję. Napisane naprawdę dobrze, mimo że język nie do końca współczesny. Bardzo podobała mi się kolejność wydarzeń. Świetnie wykreowałeś bohaterów, nie sposób ich nie lubić. Trochę mi Dragensborg kojarzy się z Lublinem, a konkretnie z rynkiem i okolicami. Taki klimat podobny wyczułam. 

Bardzo podobały mi się charakterki krasnoludów. Wpadanie w złość, rzucanie mięsem (pizdo niedomyta? xD). Pięknie. 

Miałam nadzieję na jakiś happy end, ale takie zakończenie jest zdecydowanie lepsze.

Bardzo dobre opowiadanie. Czytałam z przyjemnością.

Rrybaku, masz wiele racji, że te krasnoludy mogłyby być równie dobrze ludźmi, bo i ludzkie problemy są tu opisane. Czy mogłoby się to dziać w XVII-wiecznym niemieckim miasteczku? Teoretycznie tak, jednak byłby to duży ogranicznik, bo trzeba by wówczas dbać o realizm historyczny. Wszak nigdzie w historii znanego świata nie było miasta o takim systemie prawnym, ograniczałoby to również fabułę i łączenie elementów średniowiecznych z późniejszymi (choćby ów wspomniany Lavoisier).

Dlatego też, by nie wywoływać w czytelniku poczucia sprzeczności z prawdą historyczną, zdecydowałem się na krasnoludy. Tym bardziej że pozwoliło to na rozwinięcie kwestii emocjonalnej i ukazanie tej rasy w nieco innym świetle niż klasyczna. Przyznam również, że nie przypominam sobie scen subtelnych czy erotycznych z udziałem tych stworów, było więc to kolejnym wyzwaniem, czy uda się przedstawić piękno kobiety, która wedle współczesnych ludzkich standardów za piękną uchodzić by nie mogła.

Co do Lavoisiera, gdy przeczytałem historię jego śmierci, wiedziałem, że to właśnie on musi być moim katem. Uosobienie profesjonalizmu i pasji tak mocnej, że nawet swoją śmierć wykorzystał dla potrzeb nauki.

Wiem, Rrybaku, że lubisz teksty nawiązujące do współczesnych wydarzeń i zahaczające o politykę. Dlatego polecę Ci jeszcze jedno opowiadanie z tego uniwersum, może nie tak dobre jak to, ale za to w dużo większym stopniu nawiązujące do naszej współczesności, i tak, zdecydowanie prześmiewcze zarówno dla tych z prawa, jak i z lewa → Wieśgmin.

 

Saro, dziękuje za miłe słowa i półTAKa. Lublin? No nie do końca, choć znowu wcale nie tak daleko. Zresztą, średniowieczne europejskie miasteczka były zapewne do siebie podobne.

 

 

Przyznam również, że nie przypominam sobie scen subtelnych czy erotycznych z udziałem tych stworów,

Gdzieś (u Pratchetta?) było wspomniane, że krasnoludzice są brodate i jakiekolwiek zaloty zaczynają się od dyplomatycznego wybadania płci wybranka. ;-)

Babska logika rządzi!

Gdzieś (u Pratchetta?) było wspomniane, że krasnoludzice są brodate i jakiekolwiek zaloty zaczynają się od dyplomatycznego wybadania płci wybranka. ;-)

Rzeczywiście, erotyka subtelna jak cholera ;)

Moją opinię mniej więcej znasz.

Dobre political fantasy ze słabą fabułą. Wprawnie pokazałeś relacje między członkami społeczności krasnoludzkiej, zadbałeś o worldbuilding i stylizację. Bohaterowie, ich dialogi i działania wyszły naturalnie, momentami ironicznie. Jakbyś pokazywał ludzkość w krzywym zwierciadle.

Podoba mi się też, zresztą chyba najbardziej, konstrukcja opowiadania. Bohaterowie upadają jak kostki domina.

Pod względem fabuły, jak wspomniałem, nie dzieje się nic szczególnego. I to mnie najbardziej boli, bo uważam, że historia jest właśnie sercem prozy. Bez niej… po prostu brakuje mi czegoś ważnego. Tak jak tutaj: zabijał, zabijał, wreszcie sam się zabił w majestacie prawa. Kurtyna.

Dla mnie mało, choć czytało się bardzo dobrze.

 

Trzymaj się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki, Councie.

Tak, opinie Twoją znam.

I tak, ten tekst pokazuje ludzkość w krzywym zwierciadle.

 

Tak jak tutaj: zabijał, zabijał, wreszcie sam się zabił w majestacie prawa. Kurtyna.

Twoje podsumowanie jednak troszkę to opowiadanie spłyca. To nie kat był tutaj “clue”.

Sercem tej historii był dramat Towrina, który przez zbyt drobiazgowe przestrzeganie prawa, zbytni konserwatyzm społeczności oraz strach lub egoizm jednostek, musiał dać głowę, choć niczym nie zawinił. 

Nowa Fantastyka