- Opowiadanie: Żongler - Antracyt

Antracyt

Jakby ktoś chciał przerwy od Ufów i Skowronków (od Sów nie, bo pisała to Sowa).

Cytat z Biblii Tysiąclecia, przypowieść to Legenda o Trzech Żywych i Trzech Martwych, czyli “Le Dit des trois Morts et des trois Vifs” w języku żaboludzi.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy, thargone

Oceny

Antracyt

 

Pstryknął włącznik, ale choć jarzeniówki wydały z siebie zwiastujący powodzenie, przeciągły jęk, gdzieś rozległ się syk i niemrawa łuna słabego światła zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.

– Jak zwykle – oświadczył obojętny głos, widocznie przyzwyczajony do takiego obrotu wydarzeń. Rozległo się głębokie westchnięcie, a potem strumień latarki przeciął piwniczny mrok. Kulejący dozorca podjął przerwaną wędrówkę, wzbijając wokół siebie wirujące pasemka kurzu. – Wiem, o co pan zapyta – podjął. – Nie ma co liczyć na elektrownię. Dzwonię tam dwadzieścia lat, żeby w końcu kogoś przysłali, ale oni wybierają się tutaj jak ta cholerna kukułka.

– Sójka – poprawił go Gallagher. Szedł ostrożnie za powłóczącym nogą mężczyzną, zaglądając do mijanych piwnic. Były strzeżone przez zbite w imitacjach drzwi krzywe deski, niektóre w całości pokryte graffiti. – To była sójka.

Powolnie idący mężczyzna wzruszył ramionami.

– Może i sójka. To w końcu pan jest artystą, nie ja. Lubi pan ptaki, tak?

– Wolę ludzi – odpowiedział wymijająco Gallagher. Podłoga chyliła się w dół, a jemu dzwoniło w uszach. Odchrząknął, chcąc usłyszeć wybiegające echo. – Daleko jeszcze?

– A co, ciąży panu ten wypchany kolega?

Gallagher podrzucił dźwiganego na ramieniu manekina. Zaszurał stopami o beton, żeby lepiej zapisać ten moment w pamięci dozorcy. Sapnął też dwa razy, starając się brzmieć jak ktoś poirytowany taszczeniem czegoś tak ciężkiego. Woźny obejrzał się krótko, z troską na twarzy podrapał się po nieogolonym podbródku.

– Nie trzeba – uprzedził jego pytanie Gallagher. – I ja wiem, o co pan zapyta. To nie tylko drewno i gąbka. Ma w środku ołowiany szkielet, żebym mógł ustawić go w dowolnej pozycji. Wie pan, unosić ramiona albo nogi, jakby biegł.

– Aha – rzekł niepewnie dozorca. Gryzł dolną wargę. – Znaczy, że maluje pan ludzi?

– Mniej więcej. Antropomorficzne figury.

Mężczyzna myślał przez chwilę nad znaczeniem tego słowa. Widocznie nie doszedł do żadnego sensownego wniosku, bo w milczeniu ruszył dalej, wyraźnie przyspieszając kroku. Po chwili skierował promień latarki na odległe drzwi strzegące koniec długiego korytarza.

– Tutaj. Trzysta dwadzieścia siedem. – Woźny złapał właściwy klucz i otworzył ciężką, mosiężną kłódkę. Drzwi wyglądały na porządne, zrobione ze zbrojonej blachy albo czegoś podobnego, grube, zimne i odstraszające. – Na samym dole, piętnaście minut drogi. – Dozorca popatrzył z uniesionymi brwiami na Gallaghera, po raz kolejny wątpiąc w jego zdrowe zmysły. – Jest pan absolutnie pewien, że tego właśnie pan szuka? Klitki w podziemiach, bez światła, powietrza i towarzystwa? Bo wie pan, tutaj nikt nie chodzi. Można tu zamordować człowieka i pewnie nikt by tego nie usłyszał.

– Niech pan zostawi klucz – odpowiedział Gallagher, przenosząc manekina przez próg.

 

***

 

Wieczorem rozmawiał z manekinem o swoim życiu.

Opowiedział mu o dziecięcym pokoju wyklejonym kolorowymi rysunkami, kipiącymi od wyobraźni. Te kształty wyrywały się nocami z papierowych ram, a potem fruwały pod sufitem niczym piękne motyle. O tym, jak z czasem zastąpił je portretami, tymi rzeczywistymi, o świecie, który znali wszyscy, i tymi ze świata należącego tylko do niego. Niektóre miały zastygłe, uwiecznione na ciemnym płótnie spojrzenia kogoś, kto naprawdę żył i prędzej czy później przestał. Inne nie lękały się śmierci. Nie były prawdziwe, więc nie znały strachu. Miały zwierzęce głowy, ciała sklecone z grzechoczących czaszek, były migoczącymi szkiełkami, rozciągniętą pajęczyną albo stworzonymi z dymu i deszczu stworzeniami o tysiącach oczu. Byli tacy, co brzydzili się tych istot, bali się ich lub gardzili czymś tak szkaradnym. Nawet postacie ze spokojnych portretów wykrzywiały usta, spoglądając w ich stronę.

Podziwiała je tylko ona.

Mogłaby malować, gdyby chciała, ale pozwalała, żeby robił to on, stając się jego muzą, modelką i ukochaną. Zyskała setki twarzy, a każda była inna od poprzedniej i przestawiała coś zupełnie nowego. Tutaj radość, tam smutek. Rozpacz, zazdrość, nienawiść, wszystkie równie prawdziwe. Mogłoby się zdawać, że emocje przelewały się ze zdobionych ram prosto w stulone palce patrzącego. Gęstniały niczym coś, co można wypić, by smakować czystą esencję każdego obrazu.

Pijany całym jej smakiem, Gallagher malował śmierć. Teraz miał tylko manekina.

– Wyprostuj się – powiedział mu, pochylony nad płótnem. Gdy podniósł wzrok, manekin stał w swojej nieruchomej pozycji. – Zapominam – westchnął. Z pędzla skapnęła kropla czarnej farby. – Nie potrafisz – oskarżył go. – Ja również nie potrafię.

Wyciągnął z portfela zdjęcie i zawiesił jej w lewym górnym rogu obrazu, ale nawet z pomocą ciepłych, współczujących oczu Diany nie mógł nakłonić manekina, żeby zaczął mówić. Okładał płótno pędzlem, póki nie ścierpły mu ręce, ale jego tworem było rozczarowanie. Czarno-biała twarz młodego mężczyzny o niesfornych lokach, pełnych ustach i spojrzeniu, które wyrażało przygnębienie, było czymś zatroskane, o oczach, w których tkwiło coś obcego. Przystojny młodzieniec wpatrywał się z uwagą w Gallaghera, naigrywając się z tajemnic, których malarz nigdy nie miał poznać.

Gallagher wyszarpnął go ze stelaża, rozerwał w dłoniach i cisnął strzępki w kąt pomieszczenia, gdzie piętrzył się stos pozostałych, identycznych czarno-białych młodzieńców.

Powlókł się do laptopa i przez chwilę przeglądał w milczeniu te same pliki. Znał je na pamięć. Mapa trasy, którą tamtego dnia przeszła Diana i miejsca, w którym ją znaleziono. Badanie głębokości jeziora. Portret psychologiczny mordercy. Zdjęcia, okropne, zielono-fioletowe fotografie w różnym powiększeniu. A na koniec wywiad z tym, który doprowadził do odszukania ciała. Czterogodzinna rozmowa z niesłychanym medium, któremu Diana powiedziała, gdzie dokładnie jej szukać.

Gallagher przesłuchiwał wywiad raz jeszcze, wpatrując się w młodzieńca o czarnych lokach i zatroskanej twarzy, który ze spokojem opowiadał reporterce o wizji, jakiej doświadczył.

– Słyszałem głos, zniekształcony, jakby dobiegał spośród fal. To była kobieta. Wołała mnie, wiedziała, że jestem gdzieś w pobliżu, że mogę jej pomóc. Gdy ją zobaczyłem, stała w wodzie, usta miała rozwarte w krzyku.

– Co takiego krzyczała? – spytała dziennikarka. – Zrozumiał pan, co powiedziała?

Jej rozmówca uśmiechnął się wyrozumiale.

– Próbowała krzyknąć, ale z jej ust wylał się strumień wody. Krztusiła się i usiłowała nabrać powietrza, ale dusiła się i nikt nie mógł jej pomóc. Musiałem patrzeć, jak umiera.

Mówił o tym niedbale, jakby nic to dla niego nie znaczyło. Gallagher wbijał paznokcie we wnętrze dłoni.

– To podpowiedziało panu, że Diana Gallagher została uduszona?

Młodzieniec westchnął, ubolewając nad brakiem zrozumienia.

– Nie dostaję podpowiedzi, jedynie fakty. Diana pokazała mi, jak umarła, a potem zaprowadziła w miejsce, gdzie porzucono jej ciało.

– Czy zdradziła, kto jej to zrobił?

– Nie. Powiedziała jedynie, że osoba, która ją zabiła, zapłaci za to najwyższą cenę.

Dziennikarka skinęła poważnie głową, jakby obietnica zapłaty za popełnioną zbrodnię była czymś znacznie ważniejszym od ujęcia sprawcy. Zwróciła się twarzą do kamery.

– To już wszystko na dziś. Wystąpił dla państwa spirytualista Volant. Już po przerwie eksperci wypowiedzą się na temat dualizmu żałoby Isaka Gallaghera. Czy śmierć żony będzie nowym natchnieniem dla kontrowersyjnego malarza?

Gallagher nie potrafił sobie wytłumaczyć, dlaczego ponownie to ogląda. Wiedział wszystko… wszystko, prócz jednego, czego nie dało się odczytać ze zdjęć ani usłyszeć między słowami wywiadów. Nie trudząc się, żeby zamknąć piwnicę, wrócił na górę, gdzie świat trwał, nie dostrzegając braku tak ogromnego kawałka całości. Gallagher nie pojmował, jak czas może płynąć dalej, choć zginęła Muza. Dziewięć z nich. Diana była wszystkimi i każdą z osobna.

Wybrał w telefonie kontakt zapisany jako „Morderca” i przyłożył zimną komórkę do ucha, wpatrując się beznamiętnie w szary deszcz okładający chodnik.

– Wiedziałem, że zadzwonisz – rozległ się spokojny głos. – Czego chcesz tym razem?

– Przecież wiesz – odpowiedział beznamiętnie Gallagher. – Jesteś tym cholernym jasnowidzem czy nie?

– Będę za piętnaście minut. Jesteś głodny? – Głos milczał przez chwilę, czekając na odpowiedź. Kiedy odchrząknął, dało się usłyszeć rozbawienie. – Kiedy ostatnio jadłeś, Isaku?

Gallagher dawno zapomniał, że istnieje coś takiego jak jedzenie.

– Mam w domu mnóstwo żarcia w plastikowych opakowaniach, resztki kondolencji. Chociaż ty daruj sobie troskę. Możesz sobie odgrzać, na co tylko masz ochotę.

– A ty, na co masz ochotę? – zapytał młody, dźwięczny głos. Nie dało się odgadnąć tkwiącej w nim tajemniczej nuty.

Wkrótce się dowiesz, pomyślał Gallagher, rozłączając się.

 

***

 

Volant przyszedł przed czasem, nienagannie uprzejmy. Starannie wytarł buty o wycieraczkę, a płaszcz umieścił na wieszaku i schował do szafy. Przyniósł ze sobą dwie drożdżówki i dwie kawy na wynos. Postawił je na jedynej wolnej części długiego stołu, niby mimochodem zerkając na wnętrze mieszkania. Oceniał krótko, lecz dokładnie. Nie skomentował jego stanu, choć było tutaj wiele do powiedzenia.

– Widzę, że ostatnio sporo malowałeś.

Patrzył na dzieło pokrywające powierzchnię całej ściany salonu – na wpół leżącego, nagiego mężczyznę, który jedną ręką przyciskał do siebie wylewające się z rozprutego brzucha spuchnięte wnętrzności. Drugą wznosił słabo ku patrzącemu, błagając o pomoc czy też skrócenie cierpienia. Obraz był namalowany różnymi odcieniami fioletu, od czerwieni aż po błękit, a ściana zdawała się krwawić.

Gallagher czuł jej zapach.

– Wierz lub nie, ale to stare dzieło. – Stał, nie poruszając się, jakby to on przybył w gości. – Diana do tego pozowała. Ona zawsze potrafiła wyobrazić sobie wszystko.

– Nawet powolną śmierć w okrutnych męczarniach – dokończył Volant, wypowiadając słowa, które wisiały w powietrzu.

Oczy mu rozbłysły, gdy zorientował się, o co chodziło Gallagherowi. Kawa i drożdżówki leżały nietknięte pośród zmiętych ubrań, poranionych książek, kubków z zastygniętymi fusami i szczątków roztrzaskanego wazonu na kwiaty.

– Czy ty ją zabiłeś? – zapytał krótko Gallagher.

– Nie.

– Chcę prawdy.

– Znasz ją. Nie zabiłem twojej żony.

– W takim razie skąd wiedziałeś, gdzie jej szukać?

– Powiedziała mi. Ile razy muszę to jeszcze powtórzyć? Nie wiem, dlaczego Diana zwróciła się akurat do mnie, ale zrobiła to i tylko dlatego wiesz teraz w którym miejscu zapalić jej świecę.

– Potrafisz opowiedzieć historię tak, żeby wszyscy ją kupili. Ludzie wierzą w to, co chcą usłyszeć, a chcieli smutnej opowieści o duchu, który odnalazł spokój. Ja w to nie wierzę.

– Więc w co wierzysz? – spytał spokojnie Volant.

– W nic.

– A w zaświaty? W niebo i piekło? W to, że rozłączeni bliscy ujrzą się znowu? A może będą szukać siebie, błądząc i nawołując, aż po kres dziejów? Czy wierzysz w karę, Isaku?

– Chcesz, żebym się zabił? To pewnie byłoby ci na rękę, ty…

– Mnie? – Młodzieniec uśmiechnął się smutno. – Przecież to do mnie przyszedłbyś po śmierci. To ja musiałbym wysłuchiwać twoich słów. Kto wie, może próbowałbym przekazać je komuś z twoich bliskich. Matce, na przykład.

Gallagher stał na tle ogromnego malowidła umierającego człowieka, a jego własna twarz zakrywała wykrzywione w niemym bólu oblicze konającego.

– Moja matka nie żyje – oświadczył powoli Volantowi. – Rodzice zginęli podczas katastrofy samolotu, trzydzieści dwa lata temu. Wiem, dlaczego samolot spadł i wiem, gdzie są pochowani. Teraz chcę wiedzieć, dlaczego Diana zginęła. Kto jej to zrobił?

Młodzieniec miał wzrok utkwiony w obrazie.

– To nie ona pozowała – powiedział nagle. Przeniósł spojrzenie na Gallaghera. – Ona malowała. Na obrazie jesteś ty.

– Diana nigdy nie malowała.

Chłopak wstał. W jego oczach pojawił się niepokój, jednak było to coś w rodzaju współczucia, nie strach przed gniewem żałobnika. Volant podszedł ostrożnie do ściany i wskazał coś w lewym rogu, tuż pod siną łydką konającego.

– „DG” – przeczytał. – Diana Gallagher. To jej podpis. Robiła dwa małe kółeczka z ogonka „g”.

– Skąd to wiesz? – Gallagher poczuł drżenie całego ciała, wszechogarniający ból, który kolejno zaciskał szczęki na jego kończynach. Gardło miał tak suche, że ledwo zrozumiał własne słowa. – Skąd wiesz tyle o mojej żonie? Chcesz powiedzieć, że rozmawialiście sobie, kiedy już umarła, czy może szeptała to wszystko do siebie, gdy powoli odbierałeś jej życie?

Volant uśmiechnął się raz jeszcze. Podszedł do Gallaghera i wykonał taki ruch, jakby chciał położyć mu dłoń na ramieniu, nie zrobił tego jednak. Być może w tej chwili po raz pierwszy naprawdę udało mu się zajrzeć w przyszłość. Kiedy spojrzeli sobie w oczy, Gallagher zrozumiał swój błąd. Do tej pory malował je zwężone, nie wiedząc, co kryją jego powieki i pozwalając światłu igrać ze wzrokiem tego, co oglądał śmierć.

Teraz zobaczył te oczy szeroko rozwarte, a w środku ciemność.

Rzucił się na chudego chłopaka, przydusił kolanem plecy, a potem mocno pociągnął za ramiona. Kręgosłup gruchnął, a ciało zwiotczało. Gallagher powiódł palcami po jego szyi, żeby odszukać puls.

– Kto diabła złapał, niech go trzyma… – wydyszał, tłumiąc chichot. Otarł czoło i rozpłakał się.

Potem zaniósł swojego gościa do piwnicy. Kiedy przekroczył próg podziemnej pracowni, siedzący w kącie manekin podniósł pozbawioną twarzy, zdeformowaną od nacięć głowę. Żyły miał rozprute aż do łokci, z pustych przedramion wystawała szara gąbka i sypały się trociny. Wiedział, co się szykowało.

– Zastąpisz mnie – powiedział. W jego głosie pobrzmiewał smutek. Objął materiałowymi ramionami podkurczone kolana i zaczął szlochać.

 

***

 

Pokrywał białe płótno kolejnymi pociągnięciami czarnego węgla, kreśląc grube, surowe kreski, przyciskając rysik tak mocno, że poganiany kawałek skały drżał i pękał, niekiedy rozsypywał się w jego palcach. Kat miał czarne dłonie, twarz pokrytą szarymi plamami. Pot kuł w nich strużki niczym rylec rzeźbiarza, lecz ani rzeźbiarz, ani malarz nie byli zadowoleni ze swoich dzieł.

Podłoga szeleściła od wyściełających ją kartek papieru. Gallagher pokutował na kolanach, błądził w nich w poszukiwaniu właściwych kluczy niczym ślepiec podążający za zbawiennym dźwiękiem. Nie potrafił powiedzieć, ile czasu spędził na wędrowaniu przez zamazane stronice. To mógł być dzień, ale równie dobrze rok.

W końcu, na betonowej piwnicznej ścianie, powiesił sześć obrazów. Po lewej stronie znieruchomiały szkice trzech przystojnych, bladolicych młodzieńców. Po prawej znalazły się trupie oblicza, każde kolejne w gorszym stanie rozkładu. Tak zmieniała się twarz betonowej ściany – od spokojnego mężczyzny, który miał gładkie rysy i zamknięte łagodne oczy, po powoli rozwierającego powieki, budzącego się w strachu umierającego, aż do nagiej czaszki o szerokich, lśniących czernią oczodołach, która zdawała się drgać w objęciach mroku, otaczającego ją niczym całun.

– Jest taka stara francuska przypowieść – zaczął Gallagher, patrząc w skupieniu na twarze swych sześciorga węglowych dzieci – o trzech bogatych panach, którzy zbłądzili na polowaniu i dotarli na cmentarz. Powitały ich tam trzy trupy, a każdy z nich był inaczej odziany. Jeden w rozchodzące się po ciele rany, drugi w gnijące mięso i pulchne czerwie, trzeci w klekot swoich nagich kości. Młodzieńcy patrzyli na nich ze wstrętem. Nigdy nie wierzyli, że przyjdzie im kiedyś umrzeć. Byli zbyt bogaci, potężni i piękni, żeby dzielić jeden los ze zwykłymi ludźmi. Śmiali się i szydzili, dopóki trzej zmarli nie powiedzieli, że sami byli ongiś wielkimi panami. Pierwszy królem, drugi papieżem, a trzeci nieznaną z imienia, potężną istotą. Zdradzili młodzieńcom, że wszystko musi umrzeć. Ale nie mieli racji.

– Trzej żywi dołączyli do trzech martwych – podsumował manekin, który również słuchał opowieści. – Stali się sześcioma martwymi.

– Pięcioma. – Gallagher wodził spojrzeniem po nieruchomych obliczach, by nie przegapić żadnego ruchu. – Trzecim zmarłym z opowieści była sama Śmierć. Stała na równi z władcą ludzi i wysłannikiem boga, zwykły szkielet ze starych kości. – Dłonie mu drżały, czarne od węgla. – Dlaczego to zrobiła?

– Żeby zadrwić z ludzi – odparł manekin. I on cały się trząsł. – Inaczej nie uwierzyliby, że istnieje. Dała zmarłym głos, by zwiedli żywych.

– Głos – powtórzył warknięciem Gallagher. Roześmiał się. W małej piwnicy echo stłoczyło się, napierając na ściany i szeleszcząc zawieszonymi obrazami. – Który z was jest właściwy? – krzyknął. – Który z was jest śmiercią?!

Dwóch na środku – żywy i martwy z równie szeroko rozwartymi oczami – spojrzało po sobie, zezując na boki.

– Zabiłeś mnie – oskarżył Gallaghera ten, który nie żył. – Dlaczego każesz mi patrzeć na tego, którym byłem wcześniej? Jak możesz skazywać mnie na takie męki?

– Mnie każesz patrzeć na tego, którym wkrótce się stanę – odparł żywy, z odrazą spoglądając na siebie po śmierci. – Jak możesz pokazywać mi coś, na co nie chcę czekać?

– Jeżeli ty będziesz martwy, ja jestem żywy – powiedział trup.

– Jeżeli ty byłeś żywy, ja jestem martwy – dodał młodzieniec.

– To bez sensu – wtrącił znudzony manekin.

– Jeden z was jest śmiercią – powtórzył Gallagher. – Powiedzcie mi, który, a złożę was z powrotem w jedną całość. Chcę tylko porozmawiać z moją żoną. Dowiedzieć się, kto ją zabił. Muszę usłyszeć prawdę.

– My nie jesteśmy śmiercią – odpowiedziały chórem wszystkie obrazy.

Gallagher dyszał ciężko.

– Więc kto nią jest?

– Złóż nas.

– Co się stanie, jeśli to zrobię?

– Zobaczysz.

Manekin wstał, jakby niewidzialne sznurki pociągnęły go w górę. Powoli zdjął ze ściany wszystkie obrazy. Ich papier był lekki, tak kruchy i przezroczysty, że nakreślone na nich linie zdawały się być żyłami na ciele człowieka, zarysami pracujących w rytm oddechu mięśni poruszających twarzą. Manekin złożył kartki w stos na blacie okrągłego stołu. Powoli i metodycznie kładł kolejne warstwy, nasuwając twarz na twarz, dopasowując kontur do konturu.

Gdy skończył, z kompletnego obrazu patrzyła na Gallaghera jego własna twarz. Strudzona, zapadnięta, z plamami po węglu na policzkach, o matowych, zupełnie suchych oczach kogoś, kto zużył je na nieprzynoszącym ulgi łkaniu.

– Chciałeś ze mną rozmawiać – zadudnił głos, zmęczony i ciężki. Namalowane oblicze rozejrzało się ze znużeniem po wnętrzu piwnicy. – Ach, rozumiem. Już niedługo będziemy dość często do siebie mówić. Taka szczera rozmowa sama ze sobą jest niezwykle wartościowa.

Gallagher potrząsnął głową.

– Chciałem rozmawiać ze śmiercią, nie z samym sobą.

Węglowa twarz prychnęła pogardliwie.

– Ja chciałbym, żebyś się ogolił, żebyś wziął prysznic i porządnie się wyspał. Ale to nigdy się nie stanie. Nie ma znaczenia, czego chcemy, głupcze. Trzech żywych z francuskiej przypowieści chciało tylko iść na polowanie.

– Skoro jesteś mną, nie możesz wiedzieć, kto zabił Dianę. Wiesz tylko tyle, co ja. Ja tego nie wiem.

– Czyżby? – zapytała czarna twarz. Kiedy się wykrzywiła, wyglądała jak spopielone, odrażające oblicze kogoś, kto zginął w płomieniach. – Ten kamień węgielny nie jest do rysowania. To nie kredka, Gallagher, ty durniu, ty skończony kretynie. Nie pozbędziesz się go tak łatwo.

– Skąd… możesz o tym wiedzieć?

– Spójrz, kto mnie podpisał.

Pod uchem, niczym kolczyk, wił się smukły podpis wykonany kobiecą ręką. „DG”. „G” z dwoma małymi kółeczkami zamiast ogonka. Gallagher przetarł oczy, przyozdabiając obie twarze w kolejne węglowe znamię.

– Diana…

– Jest też tytuł – poradziła głowa. Jej głos był smutny.

Spojrzała w dół, gdzie znajdowały się litery. Gallagher nie miał odwagi na nie spojrzeć. Twarz to wiedziała, była przecież jego.

– „Morderca” – przeczytała.

Wzniosła pełne ciężaru winy oczy na Gallaghera. Gdy ten zaczął szlochać, rozmyła się i zniknęła, rozpuszczona przez wodę. Łzy wsiąkały w kartki tak długo, póki z papieru nie została poszarzała breja czegoś, co było kiedyś Isakiem Gallagherem.

 

***

 

– Wciąż nie rozumiem, po co musimy tam schodzić – mruczał kulejący dozorca, idąc przez ciemny korytarz za snopem syczącej latarki. – Tam nic nie ma, tylko ten, no, stelaż.

– Na obrazy? – zainteresował się jeden z dwóch policjantów.

– Nie, na mokre skarpetki. – Niesprawna noga woźnego wsparta była metalową klamrą, która zawodziła i jęczała z każdym jego krokiem. – Przecież gość jest malarzem, tak?

– Malarze też muszą suszyć gdzieś skarpetki – obronił się młody mężczyzna, drapiąc się zawzięcie w nieogolony policzek. – Każdy musi. Ja na przykład…

– Stawiał na nim obrazy? – dopytywał się drugi policjant. – Jak wysoki był ten stelaż?

Dozorca chrząknął, poirytowany.

– Nie sądzę, żeby się na nim powiesił, jeśli o to pan pyta. Ani na nim, ani nigdzie. Raczej bym zauważył, gdybym miał tu wisielca.

– Przecież mówił pan, że nie schodzi tutaj często.

– Ale Gallagher oddał klucz, nim odszedł. Albo jak tam sobie panowie mówicie, zanim „zaginął”. Gdyby taki wisielec przyszedł oddać mi klucz, myślę, że chyba bym to zapamiętał. Zadzwoniłbym nawet, cholera. Jak tylko jakiegoś zobaczę, to macie jak w banku, że zadzwonię.

– Wcześniej zeznał pan, że nie widział pan Gallaghera, odkąd zeszliście razem do piwnicy, to jest – młodszy policjant zajrzał w notes – miesiąc temu.

Dozorca westchnął.

– W sumie to widziałem go jeszcze raz, jak wynosił manekina, ale…

– Jakiego manekina?

– No… Takiego wielkiego, wysokiego jak człowiek, z ruchomymi rękami i nogami, głową pewnie też. W środku miał ołowiany szkielet, żeby można było go ustawić. Pan Gallagher natrudził się z tym manekinem, oj natrudził. Zgrzany był i zmęczony, no i co rusz przystawał, żeby odsapnąć. Wszędzie zostawiał kawałki gąbki, co to wysypały się z tego manekina, takie czerwone.

– Kiedy to było? – Starszy pstryknął długopisem, wyraźnie zaintrygowany.

– Ze dwa tygodnie temu? Nie pamiętam.

– I nie pomyślał pan, żeby kogoś zawiadomić? Patrząc na to, w jakim stanie był ten człowiek…

– Ależ on był w znakomitej formie! Zdrowszy mi się wydał, nawet i odrobinę młodszy. Blady może, ale to pewnie dlatego, że siedział w tej piwniczce z dala od słońca. Chociaż artyści podobno tak mają. Po mojemu to całe malowanie wyszło panu Gallagherowi na dobre. Namalował, co mu na duszy ciążyło, i poszedł dalej. O, to już tutaj, trzysta dwadzieścia siedem. Pan potrzyma latarkę.

Zamek zazgrzytał, kiedy dozorca wepchnął do środka klucz. Otworzył masywne, zawodzące potępieńczo drzwi i plecami przygwoździł je do ściany.

Dwóch policjantów popatrzyło po sobie. Weszli ostrożnie, trzymając dłonie na kaburach pistoletów. Przez chwilę było słychać ich kroki na szeleszczącym papierze wyściełającym podłogę. Rozległ się odgłos czegoś ciężkiego, coś zaszurało, a potem zadudnił dźwięk drewna opieranego o betonową ścianę.

– I co? – burknął dozorca, zaglądając ukradkiem do piwnicy. – Trup?

– Tak jakby.

Woźny wszedł do środka, powłócząc nogą. Omiótł spojrzeniem pokryte szkicami ściany i niski sufit, z którego rulonami papieru zwisały przemoknięte rysunki. W kącie leżały jakieś zatęchłe szmaty, pognieciona zatłuszczona torebka i pomięte kubki po kawie na wynos. Naprzeciwko wejścia, na drewnianym stelażu, widniał duży płócienny obraz. Przedstawiał piękną kobietę z zamkniętymi oczami. Włosy opadały jej łagodnie na ramiona, usta miała lekko rozchylone, jakby rozmyślała o czymś przyjemnym.

Była jednak szara i smutna, martwa.

– „I ona była szósta” – przeczytał policjant, pochylając się nad obrazem. Obejrzał się niepewnie. – Co to ma niby znaczyć?

– Kto to wie? – odparł drugi. – Malarze są szaleni.

– Co to jest? – spytał młodszy, trącając czubkiem buta coś rozsypanego na podłodze.

– Gąbka – wyjaśnił z dumą dozorca. – Kuleczki gąbki. Z manekina, mówiłem panom.

– Mówił pan, że były czerwone.

– Bo były.

Starszy policjant wzruszył ramionami, kończąc w ten sposób sprawę koloru gąbki.

– Idziemy stąd. Niedobrze mi się robi od tych wszystkich twarzy. W tym świetle wyglądają, jakby mrugały.

– To ta sama kobieta. – Młodszy z policjantów przyglądał się ścianom. – Każdy rysunek jest identyczny. O Boże. Myślisz, że to jego żona?

– Pewnie tak. Jezu, Fowler, jak tak bardzo ci się podoba, weź sobie jeden. – Starszy poprawił mundur. – Nie ma tutaj zwłok Gallaghera, a tylko on nas obchodził. Niech pan zamyka tę norę.

– To tyle? – zdumiał się dozorca. – A miejsce zbrodni? Te wszystkie szkice, co z nimi?

– Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Gallagher może sobie malować tysiące takich samych obrazów, za to jeszcze nie aresztują. Jeśli o mnie chodzi, niech dłubie w tym węglu aż do usranej śmierci.

Powiedziawszy to, pstryknął teatralnie długopisem i wyszedł. Młodszy policjant pospiesznie podążył za nim.

Woźny ruszył za nimi, ale zatrzymał się, by oderwać kawałek papieru, który przykleił mu się do podeszwy. Na pomiętej kartce napisano schludnym pismem:

 

Ezechiel, 32:7, "Gdy gasnąć będziesz, zasłonię niebiosa i zaciemnię ich gwiazdy. Słońce zakryję chmurami, a księżyc nie da swego blasku".

 

– Trzysta dwadzieścia siedem – mruknął dozorca, spoglądając na numer klucza, który ściskał w dłoni. Chrząknął. Przezwał się w myślach starym, bogobojnym dziwakiem, a potem, kręcąc głową, dźwignął wielkie drzwi.

Nim je zamknął, zdawało mu się – przez krótką chwilę – że oczy kobiety na płóciennym obrazie są szeroko otwarte, wpatrzone w niego przeszywającym spojrzeniem… ale potem piwniczne drzwi zatrzasnęły się ciężko i pogrzebały za sobą czarno-białe węglowe rysunki.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie wiem, co tu się summa summarum wydarzyło. Ktoś kogoś zabił? Malarz? Jasnowidz? Jego żona? Obrazy? Kto malował te dzieła? Nikt nic nie wie, a jak wie, to kłamie. I ja gubię się w tym mętliku sprzecznych zeznań. Wolałabym więcej wyjaśnień. A tu najwyraźniej wszyscy zainteresowani zaginęli.

Oczekiwałam lepszego wykonania. Pal licho literówki, nie ma ich dużo. Ale ortograf?

Gallagher wyszarpnął go ze stelażu, rozerwał w dłoniach i cisnął strzępki w kąt pomieszczenia,

I tak płótno w rękach podarł?

To ja musiałbym wysłuchiwać swoich słów.

Na pewno “swoich”?

Pot kuł w nich stróżki niczym rylec rzeźbiarza,

Ojjj. Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Faktycznie tego mi było trzeba, odpocząć od UFO i skowronków ;)

Bardzo interesujące opowiadanie tylko przy niektórych zdaniach trzeba pogłówkować. To co tak z grubsza wyłapałem:

Opowiedział mu o swoim dziecięcym pokoju wyklejonym kolorowymi rysunkami, kipiącymi od wyobraźni, która jak kadzie pełne zmieszanych farb wyrywała się nocami ze swoich papierowych ram, a potem fruwała pod sufitem niczym wielkie, piękne motyle.

Zbyt wydumane to zdanie, wyobraźnia jak kadzie?

Niektóre miały zastygnięte,

Lepiej by brzmiało zastygłe.

Mogłoby się zdawać, że emocje przelewały się ze zdobionych ram prosto w stulone palce patrzącego.

Domyślam się o co Ci chodziło, ale raczej chodziło Ci o rysującego który trzyma węgielek w dłoni i przelewa emocje na papier. Coś z tym zrób ;)

Gallagher wyszarpnął go ze stelażu

Wydaje mi się że ze stelaża.

Wybrał w telefonie kontakt zapisany jako „Morderca” i przyłożył zimną komórkę do ucha, wlepiając się szary deszcz okładający chodnik.

Tu czegoś brakuje, wlepiając się w szary deszcz.

poranionych książek

Mocne słowo, ale w sumie też cierpię jak widzę cierpiące książki ;)

– Przecież to do mnie przyszedłbyś po śmierci. To ja musiałbym wysłuchiwać swoich słów

Chyba wysłuchiwać twoich słów.

Objął materiałowymi ramionami podkurczone kolana i zaczął szlochać.

To też źle brzmi, ramionami ciężko coś objąć, może po prostu rękoma z materiału.

Stało się sześciu martwych.

Stali się sześcioma martwymi.

Jak możesz pokazywać mi coś, czego nie chcę wyglądać?

Raczej oglądać, no chyba że chodzi Ci o wyglądanie, oczekiwanie śmierci, a wtedy trzeba to zdanie przerobić.

T nie kredka, Gallagher, ty durniu, ty skończony kretynie.

Tu zabrakło “o” .

Wszędzie zostawiał kawałki gąbki, co to wysypały z tego manekina, takie czerwone.

Wysypały się.

 

Pomysł niebanalny, wykonanie całkiem, całkiem. Jestem usatysfakcjonowany lekturą. Przemyśl tylko niektóre zdania i popraw to co Ci wyłapią inni i będzie z tego kawał dobrej historii ;)

 

 

 

 

 

 

 

 

Biję się w pierś za ten ortograf, no ale mówię, że Sowa, ciemno było.

 

Dzięki za przeczytanie i oszlifowanie, przysiądę do edycji jak będzie nieco jaśniej (w sensie światła oczywiście)!

 

Dodam, że nie bez powodu jest tam cytat o karze z Ezechiela i imię Volant (no i hmm, tytuł).

A próbowałaś pisać przy włączonym monitorze? Wiem, że w ciemnym pomieszczeniu razi w oczy, ale może do tego okulary słoneczne? ;-)

A tytuł jest tak wieloznaczny (Volant w sumie też – zakładam, że nie chodzi Ci o drążek sterowniczy ;-) ), że niewiele rozjaśnia. Skała, kolor. Fakt, węgiel się w tekście przewija.

Babska logika rządzi!

W sumie też jestem ciekaw, może rozwiń to:

Dodam, że nie bez powodu jest tam cytat o karze z Ezechiela i imię Volant (no i hmm, tytuł).

To ja musiałbym wysłuchiwać swoich słów.

A nie twoich?

Teraz zobaczył te oczy szeroko rozwarte, a w środku ciemność.

Rzucił się na chudego chłopaka, przydusił kolanem plecy, a potem mocno pociągnął za ramiona. Kręgosłup gruchnął, a ciało zwiotczało.

Patrzył mu w oczy, rzucił się na niego i przydusił plecy kolanem? Ciągnąc za ramiona połamał mu kręgosłup? Co się tutaj wydarzyło?

T nie kredka, Gallagher,

Literówka.

 

Niestety też nie zrozumiałem co tu się wydarzyło. Tajemnica mi się podobała, malarstwo, dialogi, rozkładanie osobowości, składanie w jedną portretów, morderstwo, jasnowidz, intryga. Kurczę, no super to wyszło. Ale jak było tajemnicą, tak nią pozostało. :(

No właśnie – fajne te wątki, ale wszystko razem jakieś bardzo zagmatwane wychodzi.

Babska logika rządzi!

Zaczęło się obiecująco, jednak podzielam zagubienie przedpiśćców. Nie rozumiem, co tu się wydarzyło :(

Pochwały należą się za fajny, mroczny klimat i tę sztuczkę z nakładaniem obrazów, i za wykorzystanie przypowieści. Nie znałam jej, ale przywiodła mi na myśl “Śmiercie” Leśmiana, a że go wielbię, to się uśmiechnęłam ;) W ogóle jakoś mi ten wiersz gra z Twoim opowiadaniem – też jest motyw śmierci, która okazuje się śmiercią kogoś innego (bo chyba tak zrozumiałam Twój tekst, ale nie mam pewności, czy to słuszna interpretacja).

Pamiętam “Pieśń mgieł” i “Łzy skarabeusza” i odnoszę wrażenie, że w porównaniu do tamtych tekstów, ten wypada gorzej pod względem warsztatu – jakbyś pospieszyła się z publikacją i nie miała czasu go oszlifować. Początek przytłacza nagromadzeniem przymiotników, sporo jest tez długaśnych i nieco karkołomnych konstrukcji.

Kilka konkretów, które mi zgrzytały: 

 

– Jak zwykle – oświadczył obojętny głos, widocznie przyzwyczajony do takiego obrotu wydarzeń. Rozległo się głębokie, ubolewające westchnięcie, a potem piwniczny mrok przeciął strumień latarki. Kulejący dozorca podjął przerwaną wędrówkę, wzbijając wokół siebie wirujące pasemka kurzu.

 

Dużo przymiotników. Obojętny głos i ubolewające westchnięcie trochę się ze sobą kłócą – w końcu ubolewa nad tym brakiem światła czy mu to wisi? No i czy to na pewno głos był przyzwyczajony do takiego obrotu? I czy nie lepiej by brzmiało “obrotu spraw?”. 

 

 

Zaszurał stopami o beton, żeby lepiej zachować ten moment w pamięci dozorcy.

 

Hm, nie wiem, czy na pewno można coś zachować w czyjejś pamięci? Może lepiej zapisać, utrwalić?

 

 

Widocznie nie doszedł do żadnego sensownego wniosku, bo ruszył dalej, wyraźnie przyspieszając kroku.

 

Zgrzytnęło, nie kupuję tej implikacji, równie dobrze mógłby iść dalej i przyspieszyć, gdyby do jakiegoś wniosku doszedł.

 

 

Wieczorem rozmawiał z manekinem o swoim życiu.

Opowiedział mu o swoim dziecięcym pokoju wyklejonym kolorowymi rysunkami, kipiącymi od wyobraźni, która jak kadzie pełne zmieszanych farb wyrywała się nocami ze swoich papierowych ram, a potem fruwała pod sufitem niczym wielkie, piękne motyle. O tym, jak z czasem zastąpił je portretami, tymi rzeczywistymi, dotyczącymi świata, który znali wszyscy, i tymi ze świata należącego tylko do niego.

 

Za swojsko ;) Te kadzie mi też nie grają. Czy kadzie wyrywają się z jakichś ram? Portrety dotyczące świata – to jak na mój gust nieco niezgrabne. Przedstawiające postaci ze świata?

 

 

Taka szczera rozmowa sama z sobą jest niezwykle wartościowa.

 

Z samym sobą chyba?

 

 

Wtrącę, żem myślała, że serio nie będziecie mieć problemu z interpretacją, może nie jakąś super głęboką (bo nic tu ekstra głębokiego nie ma), ale chociaż taką powierzchowną. Z drugiej strony nie wiem, ile mam napisać, żeby nie zniechęcić potencjalnych czytających.

 

!UWAGA SPOILERY (takie ogólnikowe, ale zawsze, kto lubi puzzle, niech nie czyta)!

 

Antracyt = węgiel = kamień węgielny; kto niezaznajomiony z terminem, niech kopie (podpowiem, że w Westworld było coś bardzo podobnego, kto zna polską grę Layers of Fear też może dopatrzyć się podobieństwa);

 

Volant – bezpośredniego linku nie wkleję, bo nie ma, ale polecam wpisać obok siebie “Volant” i “diabeł” i zobaczyć co się stanie :)

Ezechiel 32 mówi o karze przygotowanej dla człowieka (w kontekście biblijnym mowa akurat o Egipcie), kara jest też podkreślana w delikatnym foreshadowing np tutaj:

 

”– Czy zdradziła, kto jej to zrobił?

– Nie. Powiedziała jedynie, że osoba, która ją zabiła, zapłaci za to najwyższą cenę.”

 

”Jeśli o mnie chodzi, niech dłubie w tym węglu aż do usranej śmierci.”

 

Tag na szczycie strony też powinien podszepnąć swoje (chyba).

 

Werweno, dzięki za lekturę i wskazanie błędów, zaraz zabieram się za ich eliminację. Tekst nie jest w żadnym razie świeży, ma z dobre pół roku (zgrozo). Leśmiana lubię, nie przyprawiałam nim tego opowiadania, ale fakt, widzę podobieństwo. Twoja interpretacja idzie w dobrym kierunku :)

 

Co do martwych w opowiadaniu: jedna osoba jest definitywnie martwa od początku, natomiast druga umiera w jego trakcie. No, nie mówcie mi teraz, że nie daję wam wszystkich potrzebnych kluczy!

 

EDYT: Naoliwiłam, co zgrzytało. Następnym razem skorzystam z rady Finkli i będę pisać przy jasnym monitorze :)

Myślałem że coś jeszcze ukrywasz, ale nie, wszystko się pokrywa. Część poprawiłaś, przy części się upierasz, ok, to Ty tu jesteś autorką. Przyjdą inni Ci to wytknąć ;) Ale spojrzyj jeszcze na to:

Gallagher przesłuchiwał wywiad raz jeszcze, wpatrując się w twarz młodzieńca o czarnych lokach i zatroskanej twarzy, który ze spokojem tłumaczył reporterce o wizji, jakiej doświadczył.

W twarz o zatroskanej twarzy – niepotrzebne powtórzenie (usuń pierwszą twarz).

– Pięciu.

Myślałem że jak poprawisz tych sześciu martwych to skojarzysz że tych pięciu też trzeba poprawić na pięcioma ;)))

 

Taka szczera rozmowa sama z sobą jest niezwykle wartościowa.

Samego z sobą, albo sam ze sobą – nie pytaj, popraw ;)))

 

 

 

Nie upieram się, po prostu monitor mnie oślepł i nie zauważyłam połowy :)

Finkla jeszcze o okularach słonecznych wspominała. Nie za wiele dobroci i światła na raz… ;-)

Babska logika rządzi!

Zawsze mogę zainwestować w noktowizor!

 

Mam nadzieję, że odrobina tego dobrego światła trochę rozjaśniła mroki opowiadania…

Ok, będę tu zaglądał bo jestem ciekaw jak inni skomentują Twoje opowiadanie. Jak dla mnie jeden z lepszych pomysłów na jaki ostatnio tu trafiłem. Powodzenia ;)

Wczoraj, kładąc się spać, myślałem o tym opowiadaniu i stwierdziłem, że byłoby świetnie, gdyby towarzyszyła mu prawdziwa zbrodnia, a interpretacją tekstu zajęliby się ludziska i policja przez następne lata, by odkryć prawdę. No i oczywiście tekst stałby się miejską legendą.

Może świetnie, to nie do końca akuratne słowo. No i Ciebie, Żonglerko, do żadnych zbrodni nie zachęcam. ;) Ale…

Samo w sobie to pomysł na opowiadanie.

 

Co do samej interpretacji: to, co nam tu rozpisałaś wydaje się w miarę jasne, nie wiem tylko w jaki sposób to funkcjonuje i czemu manekin mówił? To taka część kary, czy to jakiś znak, inkarnacja?

Ac, miło mi, że rozmyślasz o tym tekście przed snem… albo i nie? Opowiadanie przyszło do mnie pod postacią snu i przez całą noc gadałam sobie z powyższym manekinem. Miał gość sporo do powiedzenia, ale po przebudzeniu byłam porządnie zestrachana. Morał z tego taki, nie gadajcie z manekinami.

 

Hmm. Do popełnienia tej konkretnej zbrodni trzeba by namówić jakiegoś malarza, bo ja zdecydowanie wolę malować słowami… ale na portalu są ludzie uzdolnieni wszelako, więc gdzieś na pewno jakiś się znajdzie. Tyle że nie życzę nikomu, by skończył tak jak malarz w opowiadaniu :) Jedna z gorszych opcji kary, jaką mogę sobie wyobrazić.

 

Manekin to raczej element horrorowy tekstu, manekiny są przerażające, a jeszcze jak mówią i podcinają sobie żyły. Posłużył do zbrodni, którą popełnił malarz, plus był jego towarzyszem niedoli. Symbolika on, ten kto podzieli się porządną interpretacją (niekoniecznie trafną) dostanie ode mnie wirtualne ciasteczko.

Różne myśli przychodziły mi do głowy w trakcie lektury, ale kiedy w końcu doczytałam do ostatniej kropki, moje myślenie na niczym się skończyło i z przykrością wyznaję, że nie wiem, o co tu chodzi. :(

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

– Jak zwy­kle – oświad­czył obo­jęt­ny głos, wi­docz­nie przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kie­go zwro­tu wy­da­rzeń. –> – Jak zwy­kle – oświad­czył obo­jęt­ny głos, wi­docz­nie przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kie­go obrotu wy­da­rzeń.

 

a potem piw­nicz­ny mrok prze­ciął stru­mień la­tar­ki. –> Czy dobrze rozumiem, że strumień latarki został przecięty piwnicznym mrokiem?

 

Szedł ostroż­nie za woź­nym… –> Wcześniej napisałaś: Ku­le­ją­cy do­zor­ca pod­jął prze­rwa­ną wę­drów­kę… –> Czy chodzi o tego samego człowieka? Woźnydozorca to chyba nie to samo.

 

Po chwi­li skie­ro­wał pro­mień la­tar­ki na od­le­głe drzwi wień­czą­ce ko­niec dłu­gie­go ko­ry­ta­rza. –> Obawiam się, że drzwi nie wieńczą korytarza.

 

i spoj­rze­niu, które zda­wa­ło się być przy­gnę­bio­ne, czymś za­tro­ska­ne… –> Spojrzenie może wyrażać czyjeś przygnębienie i zatroskanie, ale nie wydaje mi się, aby spojrzenie mogło być przygnębione i zatroskane.

 

ze spo­ko­jem tłu­ma­czył re­por­ter­ce o wizji, ja­kiej do­świad­czył. –> Można tłumaczyć komuś coś, ale nie można tłumaczyć o czymś.

Proponuję: …ze spo­ko­jem mówił/ opowiadał re­por­ter­ce o wizji, ja­kiej do­świad­czył.

 

i przy­ło­żył zimną ko­mór­kę do ucha, wle­pia­jąc się w szary deszcz okła­da­ją­cy chod­nik. –> W jaki sposób, przykładając komórkę do ucha, można wlepić się w deszcz?

 

Mam w domu mnó­stwo żar­cia w pla­sti­ko­wych opa­ko­wa­niach, reszt­ki kon­do­len­cji. –> Co to znaczy, że resztki kondolencji ma w plastikowych opakowaniach?

A może miało być: Mam w domu mnó­stwo żar­cia w pla­sti­ko­wych opa­ko­wa­niach, reszt­ki konsolacji.

 

a płaszcz od­wie­sił na wie­szak i scho­wał do szafy. –> Brzmi to nie najlepiej.

Może: …a płaszcz umieścił na wie­szaku i scho­wał do szafy.

 

Widzę, że ostat­nio sporo ma­lo­wa­łeś.

Pa­trzył na ma­lo­wi­dło po­kry­wa­ją­ce… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

le­ża­ły nie­tknię­te po­śród zmię­tych ubrań, po­ra­nio­nych ksią­żek, kub­ków z za­sty­gnię­ty­mi fu­sa­mi i szcząt­kach roz­trza­ska­ne­go wa­zo­nu na kwia­ty. –> …szcząt­ków roz­trza­ska­ne­go wa­zo­nu na kwia­ty.

 

po­zwa­la­jąc świa­tłu igrać wzro­kiem tego… –> …po­zwa­la­jąc świa­tłu igrać ze wzro­kiem tego

 

Po pra­wej zna­la­zły się tru­pie ob­li­cza, każdy ko­lej­ny w gor­szym sta­nie roz­kła­du. –> Piszesz o obliczach, a te są rodzaju nijakiego, więc: Po pra­wej zna­la­zły się tru­pie ob­li­cza, każde ko­lej­ne w gor­szym sta­nie roz­kła­du.

 

pa­trząc w sku­pie­niu na twa­rze swych sze­ściu wę­glo­wych dzie­ci… –> …pa­trząc w sku­pie­niu na twa­rze swych sześciorga wę­glo­wych dzie­ci

 

– Dla­cze­go ka­żesz mi pa­trzeć na tego, kim byłem wcze­śniej? –> – Dla­cze­go ka­żesz mi pa­trzeć na tego, którym byłem wcze­śniej? Lub: – Dla­cze­go ka­żesz mi pa­trzeć na kogoś, kim byłem wcze­śniej?

 

– Mnie ka­żesz pa­trzeć na tego, kim wkrót­ce się stanę… –> – Mnie ka­żesz pa­trzeć na tego, którym wkrót­ce się stanę… Lub: Mnie ka­żesz pa­trzeć na kogoś, kim wkrót­ce się stanę

 

kto zużył je na nie przy­no­szą­cym ulgi łka­niu. –> …kto zużył je na nieprzy­no­szą­cym ulgi łka­niu.

 

na drew­nia­nym ste­la­żu wid­niał duży płó­cien­ny obraz. –> Obraz może być np. olejny, stary, piękny, cenny, ale chyba nie płócienny.

 

Na po­mię­tej karce na­pi­sa­no… –> Literówka.

 

Słoń­ce za­kry­ję chmu­ra­mi, a księ­życ nie da swego bla­sku." –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

portretami, tymi rzeczywistymi, dotyczącymi świata

Czy portrety mogą czegoś dotyczyć?

wielkie, piękne motyle

Czepialstwo z wysokiego poziomu: podwójny przymiotnik bardzo rzadko znajduje uzasadnienie. Lepiej zostawić jeden przymiotnik, ten potrzebny.

Często też okazuje się, że żaden przymiotnik nie jest potrzebny.

uwiecznione na ponurym płótnie

Co to znaczy, że płótno jest ponure?

Pijany całym jej smakiem, Gallagher malował śmierć. Teraz, bez niej, miał tylko manekina.

Zwróć uwagę na takie “śmieciowe” wtręty. Skoro miał tylko manekina, to wiadomo, że bez niej. Chyba można wykreśliić.

spirytualista Volant.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Spirytualizm

Isaka Gallaghera

On ma na imię Isak, czy Izaak?

szokującego malarza

Czy to osoba malarza jest szokująca, czy jego prace? Może lepiej, żeby sam malarz był kontrowersyjny.

resztki kondolencji.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kondolencje

Może lepiej resztki ze stypy. Nie daje się ludziom jedzenia w ramach kondolencji. Chociaż to i bohater może powiedzieć cokolwiek, sformułowanie brzmi dziwnie.

Rzucił się na chudego chłopaka, przydusił kolanem plecy, a potem mocno pociągnął za ramiona. Kręgosłup gruchnął, a ciało zwiotczało. Gallagher powiódł palcami po jego szyi, żeby odszukać puls.

 Żeby zabić człowieka w ten sposób, trzeba iście Herkulesowej krzepy.

Pokrywał białe płótno kolejnymi pociągnięciami czarnego węgla,

Słowo-śmieć ;P

Dwóch na środku – żywy i martwy z równie szeroko rozwartymi oczami – spojrzało po sobie, zezując na boki.

– Zabiłeś mnie – oskarżył Gallaghera ten, który nie żył. – Dlaczego każesz mi patrzeć na tego, kim byłem wcześniej? Jak możesz skazywać mnie na takie męki?

– Mnie każesz patrzeć na tego, kim wkrótce się stanę – odparł żywy, z odrazą spoglądając na siebie po śmierci. – Jak możesz pokazywać mi coś, na co nie chcę czekać?

– Jeżeli ty będziesz martwy, ja jestem żywy – powiedział trup.

– Jeżeli ty byłeś żywy, ja jestem martwy – dodał młodzieniec.

– To bez sensu – wtrącił znudzony manekin.

– Jeden z was jest śmiercią – powtórzył Gallagher. – Powiedzcie mi, który, a złożę was z powrotem w jedną całość. Chcę tylko porozmawiać z moją żoną. Dowiedzieć się, kto ją zabił. Muszę usłyszeć prawdę.

Super dialog :D

Raczej bym zauważył, gdybym miał tu wisielca

No ja myślę.

Była jednak szara i nieruchoma, martwa.

Czy jest sens informować czytelnika, że postać na obrazie jest nieruchoma? Czy wyobrażone na płótnie sylwetki żyjących są ruchome?

Na pomiętej karce napisano ładnym, schludnym pismem:

Nadmiar przymiotników. Czy wyobrażasz sobie pismo brzydkie i schludne?

wyraźnym, przeszywającym spojrzeniem

Nadmiar przymiotników. Co to znaczy, że spojrzenie jest wyraźne? Że wyraźnie je widział? Skoro “zdawało mu się” to chyba jednak nie widział tego spojrzenia wyraźnie.

Nawet ja, wisielec, student materii ezoterycznej, egzegeta funeralnych tropów, nie rozumiem, o co chodziło.

Malarz zabił żonę w celu… Uzyskania inspiracji do obrazu przedstawiającego różne etapy rozkładu? Potem zabił Volanta. Karą dla malarza było wieczne grzebanie się w węglu i obłęd.

Nic mądrzejszego nie wymyśliłem.

Ehh, to podpowiem co mi z tego wynikło ;) Żona była lepszym malarzem dlatego musiała zginąć. Jasnowidz był zbyt bliski prawdy o morderstwie – dlatego jak wyżej. I wszystko z premedytacją co widać po planowaniu z piwnicą i manekinem. Kolejna sprawa to prawdopodobna schizofrenia Gallaghera, albo raczej rozdwojenie jaźni, z których jedna jest zabójczo dokładna, a druga wypiera całe zło. I tu wkracza manekin jako sumienie malarza. To tak w skrócie bez otoczki i wątków pobocznych ;)

Ja doszłam do wniosku, że jasnowidz był diabłem i karał zabójcę żony. Ale kto z nich wynosił trupa udającego manekina, to już nie wiem…

Babska logika rządzi!

Poprawione, chylę czoła, jesteście niezawodni. Przysięgam, że tekst leżakował i był przeglądany. Faktycznie potrzebuję tego noktowizora. Zrzutka mile widziana.

 

Chyba żyję dla dnia w którym zostanę zrozumiana jako autorka, szczególnie przez Reg :) Wiedz, że się nie poddam!

 

Parę uwag:

– Volantowi gruchnął kręgosłup, ale Gallagher go tym gruchnięciem nie zabił. Potrzebował jedynie zaciągnąć go do swojej pracowni, żeby namalować parę wersji jego diabelnej buzi;

– spirytualista raczej może być medium, i odwrotnie;

– ‘resztki kondolencji’ to pogarda Gallaghera wobec wszystkich, którzy złożyli je w postaci jedzenia.

 

Wisielcu, masz słuszność jeśli chodzi o karę dla malarza, wieczne grzebanie w węglu (i tagu opowiadania na górze), plus uchylone zakończenie typu ‘wyszedł z tego czy jednak nie?’ zależne od… hmm, interpretacji czytelnika.

– spirytualista raczej może być medium, i odwrotnie;

Nadal uważam, że chodziło Ci o spirytystę :P Spirytyzm, spirytysta, seans spirytystyczny, nie spirytualistyczny.

Możliwe, że chodziło mi o spirytus :) Teraz sama nie wiem.

 

enderku, nasze interpretacje pokrywają się w przypadkach manekina, premedytacji oraz szaleństwa/schizofrenii (no, tak też można). Reszta bardzo poetycko koszmarna, lubię to. Dostajesz ciasteczko.

 

Finklo, gorąco! To pewnie przez ten spirytus Wisielca. A kto wyszedł z podziemia, to już nie powiem. Wydaje mi się, że tekst można interpretować optymistycznie, ale ja zdecydowanie wolę śmiertelnie pesymistyczne zakończenie (pun intended).

Wow, mam ciasteczko devil

Nie wiem, dlaczego Diana zwróciła się akurat do mnie, ale zrobiła to i tylko dlatego wiesz teraz[+,] w którym miejscu zapalić jej świecę.

Dobrze się czytało :)

Chyba żyję dla dnia w którym zostanę zrozumiana jako autorka, szczególnie przez Reg :) Wiedz, że się nie poddam!

Żonglerko, a ja żyję nadzieją, że kiedyś doznam iluminacji. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To nie tak, że nie jesteś rozumiana, Żonglerko. Wydaje mi się jednak, że większą siłę mają takie fabuły, gdzie ciąg zrozumiałych wydarzeń zmierza do nieoczekiwanej puenty lub po prostu dramatycznej kulminacji.

Nawiązania, aluzje, tajemnice i alegorie są raczej przyprawą niż zasadniczą treścią literackiego posiłku.

Osobiście wolę uchylone drzwi zakończeń, może nie zawsze, ale jednak fascynuje mnie to łączenie kropek. Dodam, że w tym konkretnym przypadku nie przyprawiałam mego kotła śladem szalonego naukowca, serio miałam wrażenie, że fabuła jest raczej do zgadnięcia/wyczytania. Tak czy siak cieszy mnie ta nuta mhroczności w byciu niezrozumiałym, może ewoluuję w jakiegoś emo pokemona :)

Interesujące opowiadanie. Sam koncept postaci, ich relacji oraz ogólny zarys definitywnie na plus. Jednak w samym tekście nie poczułem tego, co najważniejsze – napięcia. W pewnym momencie widziałem już tylko chorego psychicznie malarza i jego kolejne zbrodnie. Zabrakło mi czegoś mroczniejszego niż same mordy i schizofrenia. Jakiejś nuty głębszego szaleństwa niż tylko rozmawianie sam ze sobą. Końcówka ma tego elementy, ale wchodzą zbyt późno.

Tym niemniej tenże koncert oglądało się nawet-nawet.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cieszę się, że nawet-nawet ;)

Z jednej strony fajnie czyta się teksty jakiś czas po dodaniu, bo wszystko jest ładnie wypolerowane i nie dość, że czytanie jest przyjemniejsze, to nie trzeba zatrzymywać się i pochylać nad niezręcznościami. Z drugiej – po iluśtam komentarzach trudno dodać już coś konstruktywnego. 

Bardzo podobał mi się styl i osiągnięta dzięki niemu atmosfera. Ogólnie lubię malarskie teksty, taka umiejętność przetłumaczenia słów na obrazy, by potem z kolei za pomocą owych obrazów stworzyć odpowiedni nastrój – to nie byle co. Udało Ci się to znakomicie, do tego mnóstwo tam naprawdę znakomicie napisanych, świetnie i smakowicie przyrządzonych zdań. Lektura była autentyczną przyjemnością, jeśli można tak powiedzieć w przypadku tekstu o mroku, szaleństwie i zbrodni. 

Z fabuły jednak specjalnie zadowolony nie jestem – należę do czytelników, którzy lubią mieć na końcu pewność co do tego, co się tam tak naprawdę wydarzyło, a ewentualne odniesienia i interpretacje traktować jako smaczki raczej i ozdobniki, a nie trzon fabularny. W ogóle, gdy okazuje się, że jeśli chodzi o sens historii i znaczenie tekstu to "istnieje dowolność interpretacji, i każda interpretacja, niekoniecznie trafna, będzie słuszna", to szlag mnie trafia. Gdybym szukał czegoś takiego, to poczytałbym wyżej wymienionego Leśmiana. 

Zatem uważam, że choć tekst napisany jest bardzo dobrze, zwłaszcza, że wprowadzałaś poprawki, nadmiar przymiotników w ogóle nie był już widoczny (nie żeby jakoś ogólnie mi przeszkadzał), jest klimatycznie, sugestywnie i bardzo malarsko, to fabularnie jestem nieco zawiedziony. Wieloznaczność opowiadania, która mnie interesuje, nie polega na tym, że nie wiadomo co się właściwie stało. Twój tekst zaczynał się jako fascynująca, klimatyczna opowieść o tajemniczej zbrodni, i to było super, ale zakończył się mrocznym (co jest jeszcze fajne – mrocznie znaczy fajnie ;-)), onirycznym horrorem. A to już mniej fajne. 

Jednak mimo mojego niezadowolenia, biblioteka należy się opowiadaniu, jak (według pięknego sformułowania Bailouta) psu Budda. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Przyznam się, thargonie, że zrobiłeś mi dzień takim ładnym, merytorycznym komentarzem (no i klikiem). Doceniam tyle klikania i cieszę się, że koniec końców Ci się podobało :)

Nowa Fantastyka