- Opowiadanie: katia72 - Ja chcę jeszcze spać!

Ja chcę jeszcze spać!

Rysunek mojego autorstwa.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ja chcę jeszcze spać!

BIP! BIP! BIP!

 

Bez otwie­ra­nia oczu uderzyłam dłonią wrzesz­czą­cy łebek Pac-ma­na. Bu­dzik na­tych­miast za­milkł, a ja scho­wa­łam głowę pod koł­drę, pod­ku­li­łam nogi i po­now­nie za­pa­dłam w uko­cha­ne ra­mio­na Mor­fe­usza. Obu­dzi­łam się o dzie­wią­tej, jak opa­rzo­na wy­sko­czy­łam z łóżka i po­bie­głam do ła­zien­ki. Spoj­rza­łam w lu­stro. Opuch­nię­te oczy, jakaś taka szara cera, ślad od­ci­śnię­tej po­dusz­ki na pra­wym po­licz­ku.

– Cho­le­ra – po­wie­dzia­łam do od­bi­cia, my­śląc, że i tak po­śpiech nie ma więk­sze­go sensu, bo za­ję­cia z mi­kro­eko­no­mii za­czę­ły się o ósmej trzy­dzie­ści, a zanim dotrę na uczel­nię, bę­dzie w naj­lep­szym razie za pięt­na­ście dzie­sią­ta…

Czar­na kawa, chłod­ny prysz­nic, dżin­sy, bluz­ka w ko­lo­rze in­dy­go, de­li­kat­ny ma­ki­jaż i sie­dzia­łam tramwaju, śmier­dzą­cym mie­szan­ką potu z tanią wodą ko­loń­ską. Bolał mnie brzuch i chcia­ło… Chcia­ło mi się spać! Nic dziw­ne­go – ko­lej­na za­rwa­na noc, a prze­cież czte­ry, pięć go­dzin snu to sta­now­czo za mało. Wes­tchnę­łam, po­pa­trzy­łam przez brud­ne okno na jesz­cze bar­dziej brud­ne bu­dyn­ki, sa­mo­cho­dy i chod­ni­ki, a potem na ludzi, też na swój spo­sób brud­nych, do tego tępo wpa­trzo­nych w czuby wła­snych butów. Wszyst­ko było ja­kieś takie smut­ne, de­pre­syj­ne i ucie­ka­ją­ce…

Dzię­ki dwóm ko­lej­nym kawom, ener­ge­ty­kowi o smaku po­ma­rań­czy i paru cu­kier­kom z ko­fe­iną udało mi się prze­trwać dzień na uczel­ni. Za to wie­czo­rem już po po­wro­cie do domu po­czu­łam się jak nowo na­ro­dzo­na, świat od­zy­skał ko­lo­ry, a ja mia­łam ocho­tę tań­czyć i śpie­wać. No, może nie aż tak, ale po­nu­ry na­strój minął i z uśmie­chem na twa­rzy wer­to­wa­łam pod­ręcz­nik hi­sto­rii go­spo­dar­czej. A kiedy przy­szła pora spa­nia… To zna­czy, spoj­rza­łam na ze­ga­rek, dwu­na­sta trzy­dzie­ści, za­miast iść do łóżka, usia­dłam przed mo­ni­to­rem i do dru­giej dwa­dzie­ścia ser­fo­wa­łam po In­ter­ne­cie. Za­snę­łam grubo po czwar­tej.

 

BIP! BIP! BIP!

 

Nie­na­wi­dzi­łam Pac-ma­na. Nie­na­wi­dzi­łam jego roz­war­tej, wy­dzie­ra­ją­cej się wnie­bo­gło­sy pasz­czy i głup­ko­wa­tych oczek! Jak co rano przy­wa­li­łam w ka­nar­ko­wą ły­si­nę i po­wo­li zwle­kłam się z łóżka. Kawa wbrew pokładanej w niej na­dziei, nie po­sta­wi­ła mnie na nogi, lecz spo­wo­do­wa­ła nie­przy­jem­ne mdło­ści. Poza tym bolał mnie kark, pra­wy oboj­czy­k, gał­ki oczne i nad­garst­ki. Jadąc za­tło­czo­nym tram­wa­jem, my­śla­łam je­dy­nie o tym, żeby ten dzień jak naj­szyb­ciej do­biegł końca, żeby już była noc i żebym mogła za­grze­bać się pod koł­drą.

Uczel­nię opu­ści­łam w odro­bi­nę lep­szym na­stro­ju, nie­ste­ty, cią­gle nę­ka­na nie­dy­spo­zy­cją żo­łąd­ka i bra­kiem ży­cio­wej ener­gii. Wła­śnie roz­po­czął się week­end i dziew­czy­ny na­ma­wia­ły mnie naj­pierw na wspól­ne za­ku­py w nowo otwar­tym su­per­mar­ke­cie, a potem na dys­ko­te­kę. Od­mó­wi­łam. Wol­nym kro­kiem zmie­rza­łam do domu, smęt­nym wzro­kiem prze­bie­ga­jąc po skle­po­wych wi­try­nach, wa­bią­cych prze­chod­niów mod­ny­mi ubra­nia­mi, kosz­tu­ją­cym for­tu­nę sprzę­tem elek­tro­nicz­nym i ni­ko­mu nie­po­trzeb­ny­mi, prze­sad­nie wy­po­le­ro­wa­ny­mi an­ty­ka­mi. Mię­dzy księ­gar­nią a obuw­ni­czym za­uwa­ży­łam uma­lo­wa­ne na brud­ny ró­ż drzwi z za­rdze­wia­łym szyl­dem: „Zna­chor­ka Ma­tyl­da”.

„Zna­chor­ka Ma­tyl­da” – po­wtó­rzy­łam w my­ślach. Ma­tyl­da, chyba ta, o któ­rej wspo­mi­na­ła mi Anka… Cza­ro­dziej­ka, a może ra­czej cza­row­ni­ca, która po­dob­no na swo­ich zbu­twia­łych re­ga­łach po­tra­fi­ła wy­szu­kać le­kar­stwo na każde zmar­twie­nie. Wtedy opo­wie­ści Ani o nie­sa­mo­wi­tych mo­cach Ma­tyl­dy trak­to­wa­łam jako cał­ko­wi­te bzdu­ry, ale teraz, sama nie wie­dzia­łam dla­cze­go, po­czu­łam, że serce za­czę­ło mi moc­niej bić i… po­ło­ży­łam dłoń na klam­ce. Chwi­lę się za­wa­ha­łam, po czym na­ci­snę­łam i drzwi, wy­da­jąc z sie­bie nie­przy­jem­ny, skrzy­pią­cy dźwięk, sta­nę­ły przede mną otwo­rem. Moim oczom uka­zał się to­ną­cy w pół­mro­ku ko­ry­ta­rzyk i scho­dy do piw­ni­cy.

– Za­pra­szam, We­ro­ni­ko, za­pra­szam. – Usły­sza­łam za­chryp­nię­ty głos. Ostroż­nie, trzy­ma­jąc się po­rę­czy, podreptałam w dół. Pot spły­wał mi po czole i ple­cach, nogi mia­łam jak z waty, a ręce po­kry­wa­ła gęsia skór­ka.

Zna­chor­ka sie­dzia­ła przy okrą­głym sto­li­ku wpa­trzo­na w pusty ta­lerz. Wokół niej znaj­do­wa­ły się re­ga­ły, wbrew krą­żą­cym opo­wie­ściom, wy­glą­da­ją­ce na świeżo odnowione. Na pół­kach po­usta­wia­nych było setki, a może nawet ty­sią­ce róż­ne­go ro­dza­ju przed­mio­tów. Por­ce­la­no­we fi­gur­ki, gli­nia­ne miski, ka­dzi­deł­ka, świecz­ni­ki, słoje, po­zy­tyw­ki, drew­nia­ne skrzy­necz­ki i wi­kli­no­we kosze.

– Dobry… Dobry wie… Dobry wie­czór – wy­ją­ka­łam.

– Dobry wie­czór.

Na mo­ment za­mil­kłam, po czym wy­pa­li­łam:

– Skąd zna pani moje imię?

Ma­tyl­da uśmiech­nę­ła się, uka­zu­jąc po­żół­kłe zęby, po czym po­wie­dzia­ła:

– Tak więc masz pro­ble­my ze spa­niem, a kon­kret­nie z po­ran­ny­mi po­bud­ka­mi?

Przy­tak­nę­łam, czu­jąc się coraz bar­dziej nie­pew­nie i nie­swo­jo, ża­łu­jąc, że tu przy­szłam. Zna­chor­ka chrząk­nę­ła i wspie­ra­jąc się na lasce po­de­szła do jed­ne­go z re­ga­łów. Zza wy­stro­jo­nej w błę­kit­ną su­kien­kę ba­let­ni­cy i dzba­nusz­ka w bia­ło-gra­na­to­we paski wy­grze­ba­ła bu­dzik. Po­ło­ży­ła go przede mną na sto­li­ku, po czym za­py­ta­ła:

– Po­do­ba ci się?

Ze­ga­rek był wy­ko­na­ny z drew­na, kre­mo­wą tar­czę ota­cza­ły fi­gur­ki dwóch pta­ków – jeden to z pew­no­ścią sowa, a drugi? Chyba skow­ro­nek, cho­ciaż or­ni­to­lo­gia nie na­le­ża­ła do moich naj­sil­niej­szych stron. Oba wy­rzeź­bio­ne z naj­drob­niej­szy­mi de­ta­la­mi, po­la­kie­ro­wa­ne, o czar­nych, świe­cą­cych, wy­glą­da­ją­cych prawie jak żywe oczach.

– Tak, pięk­ny.

– Jest ma­gicz­ny.

– Ma­gicz­ny, to zna­czy? – Spoj­rza­łam na Ma­tyl­dę py­ta­ją­co, a zna­chor­ka po­dra­pa­ła się po czole, ob­li­za­ła dolną wargę i od­po­wie­dzia­ła:

– Idziesz spać odro­bi­nę za późno, przy­pu­ści­my o czwar­tej, na uczel­nię masz być na wpół do dzie­wią­tej, więc żeby spo­koj­nie się ze wszyst­kim wy­ro­bić, usta­wiasz bu­dzik na siód­mą trzy­dzie­ści i on dzwoni o siód­mej trzy­dzie­ści.

– I? Co w tym ma­gicz­ne­go? Mój Pac-man też tak dzia­ła. – Zmarsz­czy­łam czoło.

– Sowa i skow­ro­nek spra­wią, że za każ­dym razem obu­dzisz się ni­czym nowo na­ro­dzo­na, jak­byś prze­spa­ła przy­naj­mniej osiem go­dzin, nie­za­leż­nie, czy w rze­czy­wi­sto­ści było to za­le­d­wie trzy, czy czte­ry…

– Na­praw­dę? Jak to moż­li­we?

Ma­tyl­da zmru­ży­ła po­wie­ki i po­da­ła mi ze­ga­r. Ostroż­nie wzię­łam do ręki bu­dzik, prze­je­cha­łam opusz­ką palca wska­zu­ją­ce­go po za­krzy­wio­nym dzio­bie sowy i ster­czą­cym ogon­ku skow­ron­ka, po czym drżą­cym gło­sem, nie pa­trząc w oczy zna­chor­ce, tylko wbi­ja­jąc wzrok w klips z ametystem zdo­bią­cy jej lewe ucho, wy­mam­ro­ta­łam:

– Prze­pra­szam… Tak, oczy­wi­ście, bar­dzo dzię­ku­ję i… Tylko… Bo, wszy­scy mówią, że pani ma­gicz­ne przed­mio­ty… że za wszyst­ko trze­ba za­pła­cić… i to nie pie­niędz­mi…

– A czym, ko­cha­nie? – Głos zna­chor­ki za­brzmiał wy­jąt­ko­wo przy­jaź­nie i nie­win­nie, jakby nie wie­dzia­ła, o co mi cho­dzi.

Spoj­rza­łam na po­marsz­czo­ną twarz, a ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się, tak jakoś do­bro­tli­wie, bez otwie­ra­nia ust i po­wie­dzia­ła:

– Sło­necz­ko, sko­rzy­stasz z bu­dzi­ka i zo­ba­czysz, czy dzie­je się coś złego. Jeśli nie bę­dziesz za­do­wo­lo­na, po pro­stu wy­rzu­cisz go na śmie­ci albo po­sta­wisz na półce jako de­ko­ra­cyj­ny ga­dżet, bo to na­praw­dę ślicz­ne cacko, praw­da?

– Praw­da – przy­tak­nę­łam, po czym po­wo­li się pod­nio­słam. Scho­wa­łam po­da­ru­nek do torby i po­drep­ta­łam w kie­run­ku drzwi. – Do wi­dze­nia.

– Do wi­dze­nia! Wszyst­kie­go do­bre­go! – od­krzyk­nę­ła Ma­tyl­da.

 

BIP! BIP! BIP!

 

Mój nowy na­by­tek wy­dzie­rał się bar­dzo po­dob­nie do Pac-ma­na, któ­re­go po­da­ro­wa­łam czte­ro­let­niej ku­zyn­ce Basi, ale tak jak po­wie­dzia­ła Ma­tyl­da, kiedy tylko wci­ska­łam gu­zi­czek umiej­sco­wio­ny mię­dzy łeb­ka­mi sowy i skow­ron­ka, czu­łam na­pły­wa­ją­cą do mo­je­go wnę­trza ener­gię. Wsta­wa­łam w po­god­nym na­stro­ju, pa­trzy­łam w lu­stro i wi­dzia­łam try­ska­ją­cą ży­ciem dziew­czy­nę, bez siń­ców pod ocza­mi, bez wy­mię­tych po­licz­ków, bez tej po­nu­rej sza­ro­ści ata­ku­ją­cej skórę, kości, a potem serce. Tram­waj, mimo iż wciąż za­tło­czo­ny i niezbyt przy­jem­nie pach­ną­cy mknął przez ulice przy­cią­ga­ją­ce wzrok błysz­czą­cy­mi szyl­da­mi, czer­wo­ny­mi przy­stan­ka­mi i ko­lo­ro­wy­mi ubra­nia­mi prze­chod­niów, któ­rzy jakby za­ra­że­ni moją ra­do­ścią nie stu­dio­wa­li dłu­żej kształ­tu swo­ich butów, lecz pewni sie­bie kro­czy­li do przo­du, by zdo­by­wać świat.

Kawę piłam już bar­dziej dla smaku, niż dla po­bu­dza­ją­ce­go dzia­ła­nia ko­fe­iny, zu­peł­nie zre­zy­gno­wa­łam z ener­ge­ty­ków i cu­kier­ków ko­pi­ko. Prze­stał boleć mnie brzuch, nie przy­sy­pia­łam na za­ję­ciach i w ogóle na wszyst­ko spo­glą­da­łam dużo bar­dziej optymistycznie.

Tak czy ina­czej, z bu­dzi­ka Ma­tyl­dy ko­rzy­sta­łam głów­nie od po­nie­dział­ku do piąt­ku, w week­en­dy spa­łam, do któ­rej mia­łam ocho­tę, nawet do dwu­na­stej albo pierw­szej, bo to, że w dni pra­cu­ją­ce, hmm… “stu­diu­ją­ce” bra­ko­wa­ło mi czasu na długi sen, nie zna­czy­ło, że nie lu­bi­łam spać.

– Widzę, że od­sy­piasz po­ran­ne wsta­wa­nie – za­ga­dy­wa­ła matka, gdy z opuch­nię­ty­mi ocza­mi le­ni­wym kro­kiem wcho­dzi­łam do kuch­ni, a oj­ciec do­da­wał:

– Ma to po mnie, w nie­dzie­lę warto się po­by­czyć.

A mama wzru­sza­ła ra­mio­na­mi, jakby nic z tego nie ro­zu­mia­ła. Ona za­wsze wska­ki­wa­ła do łóżka przed dzie­sią­tą, a szó­stej już była na no­gach, taki ranny pta­szek.

Tak było w ciągu roku aka­de­mic­kie­go, bo w wa­ka­cje da­wa­łam sobie zu­peł­nie na luz i po trzech mie­sią­cach na drew­nia­nych pta­sich pió­rach ze­bra­ła się gruba war­stwa kurzu.

 

BIP! BIP! BIP!

 

Skoń­czy­łam stu­dia, do­sta­łam pracę w banku, od po­nie­dział­ku do piąt­ku spa­łam po pięć, góra sześć go­dzin, ale dzię­ki bu­dzi­ko­wi za­rów­no szefa, jak i klien­tów wi­ta­łam z uśmie­chem na twa­rzy.

– Jak ty to ro­bisz? Za­wsze taka wy­spa­na, try­ska­ją­ca ener­gią? – Woj­tek dra­pał się w głowę, po czym wypijał łyk kawy, chrzą­kał i mówił: – Świat nie jest do­sto­so­wa­ny do noc­nych mar­ków. Po­win­ni­śmy za­czy­nać pracę i nie tylko pracę, co naj­mniej po je­de­na­stej… A tu dzie­ci do szko­ły na ósmą, jesz­cze wcze­śniej trze­ba z psem wy­sko­czyć na spa­cer, ogo­lić się, wziąć prysz­nic. Po pro­stu nie da się po­rząd­nie wy­spać.

Pa­trzy­łam na niego ze zro­zu­mie­niem, przy­ta­ki­wa­łam i dzię­ko­wa­łam w my­ślach Ma­tyl­dzie za sowę i skow­ron­ka. Pew­ne­go sło­necz­ne­go po­po­łu­dnia wpa­dłam nawet na po­mysł, że po­win­nam od­wie­dzić zna­chor­kę i oso­bi­ście podziękować za tak nie­sa­mo­wi­ty po­da­ru­nek. Ku­pi­łam cze­ko­lad­ki z na­dzie­niem wi­śnio­wym i za­pa­cho­wą her­ba­tę o smaku wa­ni­lii z tru­skaw­ka­mi i ru­szy­łam w po­szu­ki­wa­niu brud­noró­żo­wych drzwi. Ponad dwa lata nie szłam tamtą ulicą i teraz nie mo­głam zna­leźć ani księ­gar­ni, ani obuw­ni­cze­go. Już po raz czwar­ty prze­mie­rza­łam ten od­ci­nek, gdzie po­win­no się znaj­do­wać wej­ście z za­rdze­wia­łym szyl­dem i nic. Stwier­dzi­łam, że pew­nie zli­kwi­do­wa­no albo prze­nie­sio­no w inne miej­sce za­rów­no skle­py, jak i ta­jem­ni­czą piw­nicz­kę zna­chor­ki. Od­wró­ci­łam się na pię­cie z za­mia­rem po­drep­ta­nia na przy­sta­nek i wtedy ku wła­sne­mu za­sko­cze­niu mię­dzy ga­bi­ne­tem od­no­wy bio­lo­gicz­nej a ka­fej­ką in­ter­ne­to­wą do­strze­głam zna­jo­my róż. Po­de­szłam bli­żej i prze­czy­ta­łam: „Zna­chor­ka Ma­tyl­da. Nie­czyn­ne do od­wo­ła­nia”.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, de­cy­du­jąc, że zaj­rzę tu po­now­nie za mie­siąc albo dwa. Do domu wró­ci­łam tram­wa­jem, po dro­dze po­chła­nia­jąc pra­wie po­ło­wę cze­ko­la­dek, a kiedy tylko zdję­łam buty, roz­legł się dźwięk te­le­fo­nu. Grze­siek. Ko­le­ga z dzia­łu. Za­pro­sił mnie do kina. Po kinie po­szli­śmy na pizzę, a po pizzy na spa­cer. Potem jesz­cze wzię­łam go­rą­cą ką­piel, po­prze­glą­dam au­kcje na Al­le­gro, prze­czy­ta­łam newsy ze świa­ta po­li­ty­ki, po­oglą­da­łam pro­po­zy­cje su­kie­nek na naj­bliż­szy sezon letni i… spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Było pięt­na­ście po czwar­tej. Na szczę­ście mia­łam mój ma­gicz­ny bu­dzik i rano w pracy ocho­czo za­ję­łam się umo­wa­mi kre­dy­to­wy­mi, a na prze­rwach ra­do­śnie flir­to­wa­łam z Grze­go­rzem.

 

BIP! BIP! BIP!

 

Mi­nę­ły dwa bar­dzo in­ten­syw­ne, pełne im­prez, ro­man­tycz­nej mi­ło­ści, achów i ochów lata i Grze­siek po­pro­sił mnie o rękę. W nocy przed ślu­bem z ner­wów nie zmru­ży­łam oka, ale sowa ze skow­ron­kiem i tym razem nie za­wie­dli, mimo iż w mię­dzy­cza­sie za­po­mnia­łam o pla­no­wa­nych od­wie­dzi­nach u zna­chor­ki. Na we­se­lu śmia­łam się, tań­czy­łam, piłam, świę­to­wa­łam do sa­me­go rana.

Je­dy­ne, co odro­bi­nę ze­psu­ło mi humor to uwaga jed­ne­go z gości ze stro­ny Grześ­ka, który stwier­dził, że je­stem parę lat star­sza od męża, a tak na­praw­dę byłam osiem mie­się­cy młod­sza. Mał­żo­nek po­cie­szał, że to pew­nie przez ma­ki­jaż i po­waż­ne ucze­sa­nie, ale ja z prze­ra­że­niem pa­trzy­łam na wła­sne od­bi­cie w lu­strze i ma­lut­kie zmarszcz­ki wokół oczu, któ­rych nie do­strze­ga­łam u Grze­go­rza.

W nie­dzie­lę od­sy­pia­li­śmy nocne ba­lan­gi, a w po­nie­dzia­łek po­bie­głam do skle­pu ko­sme­tycz­ne­go po krem li­ftin­gu­ją­cy. De­li­kat­nie na­ło­ży­łam białe ku­lecz­ki na zwiot­cza­łą skórę i cięż­ko wes­tchnę­łam, po czym za­czę­łam pa­ko­wać wa­liz­ki, bo jesz­cze tego sa­me­go dnia wie­czo­rem mie­li­śmy za­pla­no­wa­ny lot do Gre­cji. Przez chwi­lę za­wa­ha­łam się, czy do bocz­nej kie­sze­ni nie wci­snąć cza­ro­dziej­skie­go ze­gar­ka, ale osta­tecz­nie bu­dzik zo­stał na noc­nej szaf­ce. Do­szłam do wnio­sku, że za­rów­no jemu, jak i mi na­le­ży się praw­dzi­wy urlop.

Mie­siąc mio­do­wy trwał za­le­d­wie dwa ty­go­dnie, ale i tak był cu­dow­ny. Góry, morze, piach, woda i słoń­ce. Mo­usa­ka, wy­peł­nio­na fetą meze, sos tzat­zi­ki, horta, tsi­po­uro i wina pe­lo­po­ne­skie. Wy­le­gi­wa­li­śmy się na plaży, je­dli­śmy, pi­li­śmy i spę­dza­li­śmy mnó­stwo czasu w łóżku, a po po­wro­cie… oka­za­ło się, że je­stem w ciąży!

Przez ko­lej­ne dzie­więć mie­się­cy uni­ka­łam bu­dzi­ka, pró­bo­wa­łam dla dobra dziec­ka jak naj­wię­cej wy­po­czy­wać i muszę przy­znać, że nie mia­łam pro­ble­mów z za­sy­pia­niem o dwu­dzie­stej dru­giej. No i przy­szła na świat He­len­ka. Uro­cza, ko­cha­na i słod­ka, ale wrzesz­czą­ca gło­śniej od Pac-ma­na i so­wo-skow­ron­ka razem wzię­tych. Roz­po­czę­ły się czasy przy­mu­so­wej bez­sen­no­ści i tak szcze­rze, nie mia­łam po­ję­cia, jak da­ła­bym sobie radę z ob­słu­gą có­recz­ki, sprzą­ta­niem, go­to­wa­niem i za­ku­pa­mi bez ma­gicz­ne­go ze­gar­ka. Do tego wszyst­kie­go znaj­do­wa­łam w sobie wciąż ocho­tę na to, by na­ło­żyć na twarz puder, uma­lo­wać rzęsy, uszmin­ko­wać usta, do­pa­so­wać buty do su­kien­ki…

– Moja żona to anioł. – Grze­siek po­pa­trzył na mnie z za­chwy­tem w oczach. – Na­praw­dę, nie wiem, skąd ty masz w sobie tyle ener­gii.

Po­ło­żył rękę na moim ra­mie­niu, sze­ro­ko się uśmiech­nął, po­ła­sko­tał He­len­kę w gołą stóp­kę, po czym z ra­do­ścią w oczach za­czął pa­ła­szo­wać ko­tle­ta scha­bo­we­go z ocie­ka­ją­cy­mi ma­słem ziem­nia­ka­mi i sa­łat­ką z czer­wo­nej ka­pu­sty.

 

BIP! BIP! BIP!

 

To były trze­cie uro­dzi­ny na­szej córki. Na stole w sa­lo­nie stał tort w kształ­cie Świn­ki Peppy, pa­te­ra z cia­stecz­ka­mi, sok po­ma­rań­czo­wy dla dzie­ci i szam­pan dla do­ro­słych. Po­szłam do kuch­ni po owoce i po chwi­li usły­sza­łam cichy gło­sik:

– Cio­ciu, ile ty masz lat?

Ob­ró­ci­łam się i uj­rza­łam Pa­weł­ka, syna brata Grześ­ka.

– A jak my­ślisz? – za­py­ta­łam, obie­ra­jąc pomarańczę ze skóry.

– Czter­dzie­ści?

– Nie, trzy­dzie­ści jeden.

Zmarszcz­ki na czole, wokół oczu i wokół ust, fałd­ki tłusz­czu na brzu­chu, cel­lu­lit na udach, zwiot­cza­ła skóra na szyi i de­kol­cie… Ja na­praw­dę wy­glą­da­łam na dużo star­szą niż w rze­czy­wi­sto­ści, mimo sto­so­wa­nia tych wszyst­kich ma­ją­cych czy­nić cuda kre­mów, li­ftin­gów, mimo co­ty­go­dnio­wych wizyt u ko­sme­tycz­ki. Dla­cze­go??? Prze­cież dba­łam o zdro­we od­ży­wia­nie, cho­dzi­łam na ae­ro­bik i basen, nie nad­uży­wa­łam al­ko­ho­lu ani kawy, nie pa­li­łam, no i przede wszyst­kim do­sko­na­le się wy­sy­pia­łam. Do­sko­na­le się wy­sy­pia­łam… Po­czu­łam ostre kłu­cie w klat­ce pier­sio­wej, odło­ży­łam w po­ło­wie ob­ra­ną po­ma­rań­czę i ze zwie­szo­ną głową po­czła­pa­łam do sy­pial­ni.

Spoj­rza­łam na bu­dzik. On też nie pre­zen­to­wał się naj­le­piej. Obu pta­kom po­wy­cie­ra­ła się farba na pió­rach, sowa miała wy­szczer­bio­ny dziób, a skow­ro­nek mocno po­ry­so­wa­ny ogon. Za­ci­snę­łam dłoń na prze­klę­tym ze­gar­ku z za­mia­rem roz­bi­cia go o pod­ło­gę, ale w ostat­niej chwi­li się po­wstrzy­ma­łam.

– Muszę, muszę iść do Ma­tyl­dy – wy­mam­ro­ta­łam sama do sie­bie.

Przez resz­tę przy­ję­cia sie­dzia­łam, pra­wie się nie od­zy­wa­jąc, nic nie zja­dłam, wy­pi­łam je­dy­nie kie­li­szek szam­pa­na. Na py­ta­nie Grześ­ka, czy wszyst­ko ze mną w po­rząd­ku, od­po­wie­dzia­łam, że strasz­nie boli mnie głowa.

Na­za­jutrz jak tylko od­pro­wa­dzi­łam He­len­kę do przed­szko­la, wy­bra­łam się do zna­chor­ki. Całą drogę, którą po­ko­na­łam za­tło­czo­nym, śmier­dzą­cym tram­wa­jem, w gło­wie ko­ła­ta­ła mi się myśl: „Za wszyst­ko trze­ba za­pła­cić”.

Tym razem bez trudu od­na­la­złam ga­bi­net, ka­fej­kę i brud­no ró­żo­we drzwi, tylko za­miast szyl­du „Zna­chor­ka Ma­tyl­da” uj­rza­łam czer­wo­ną ta­blicz­kę z na­pi­sem „Hur­to­wa­nia odzie­ży uży­wa­nej. Otwie­ra­my już za ty­dzień”. Ostroż­nie na­ci­snę­łam klam­kę. Te same wą­skie scho­dy pro­wa­dzą­ce do piw­ni­cy, je­dy­nie za­pach był inny. Ostat­nio, gdy tędy szłam, w po­wie­trzu uno­sił się aro­mat ka­dzi­deł­ka, a teraz czu­łam tu in­ten­syw­ną woń słod­kich per­fum.

– Kto tam? – Re­ga­ły znik­nę­ły, a na środ­ku pra­wie pu­ste­go po­miesz­cze­nia stała młoda, bar­dzo szczu­pła ko­bie­ta.

– Prze… pra­szam… – wy­ją­ka­łam. – Ja… ja przy­szłam do zna… zna­chor­ki.

– Do kogo?

– Zna­chor­ki Ma­tyl­dy. Parę lat temu miała tutaj swój… swój skle­pik.

– Wy­na­ję­łam ten lokal od firmy nie­ru­cho­mo­ścio­wej, ale z tego, co sły­sza­łam, po­przed­nia wła­ści­ciel­ka zmar­ła.

Wy­szłam bez po­że­gna­nia na to­ną­cą w desz­czu ulicę i za­sty­głam w bez­ru­chu. Zimne stru­gi wody łą­czy­ły się z go­rą­cy­mi stru­my­ka­mi gorz­kich łez ciek­ną­cych z moich oczu. Nie miałam pojęcia, jak długo stałam wpatrzona w rozmazane budynki i uciekających przed deszczem ludzi, aż zacisnęłam wargi, wyjęłam z torby budzik i z całej siły uderzyłam nim o krawężnik. Kremowa tarcza rozpadła się na trzy części, uwalniając sprężynki, zębate kółka, wahadełka i obciążniki, a sowa i skowronek… Ptaki ożyły! Rozpostarły skrzydła, wzniosły się w powietrze i odleciały, jeden na zachód, a drugi w stronę pobliskiego parku.

Już miałam skierować się na przystanek, kiedy kątem oka zauważyłam niewiastę w średnim wieku, sięgającą po jedną z turlających się po chodniku śrubek. Wyglądała znajomo – włosy upięte w kok, pociągła twarz. Kobieta wystrojona była w fioletowy płaszcz, doskonale pasujący do zdobiących jej uszy dużych klipsów z ametystem. 

Koniec

Komentarze

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Uuu, ostro ;)!

Zaraz idę spać. 

A tak poza tym – jak zwykle porządnie napisane, pełne szczególików opowiadanie. Parę razy coś tam zaskrzypiało, ale przyjdzie Reg i wszystko wypunktuje. Ja dałem się unieść opowieści. Jedynie zakończenie mi niespecjalnie podeszło. Jakieś takie… zwyczajne?

W każdym razie – cieszę się, że “Katia is back”! Tak trzymać!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

przywaliłam we wrzeszczący łebek

Hmm. Coś mi tu nie brzmi, ale – zabij – nie potrafię wykoncypować, co.

 Obudziłam się o dziewiątej

Hmm. Trochę to pospiesznie napisane – całe dwa pierwsze paragrafy. Prawie, jakby to pisała sama bohaterka. Niewiele pokazujesz.

 że i tak mój pośpiech nie ma większego sensu

Może lepiej: że pośpiech i tak nie ma większego sensu.

 siedziałam w śmierdzącym mieszanką potu z tanią wodą kolońską tramwaju

Primo – nagły przeskok z domu do tramwaju ciut dezorientuje. Secundo – postawienie tramwaju na końcu zdania ma w tym dezorientowaniu duży udział.

depresyjne i uciekające

Uciekające w jakim sensie?

 podręcznik do historii gospodarczej

Podręcznik historii.

 zamiast do łóżka, usiadłam

Nie usiadłaś do łóżka – "zamiast iść do łóżka, usiadłam".

 Kawa wbrew żywionych w niej nadziei

Niedoredagowane: Kawa, wbrew pokładanym w niej nadziejom; albo: zawodząc pokładane w niej nadzieje.

czułam ból w karku

Naturalniej byłoby po prostu: bolał mnie kark.

 umalowane na brudno różowo drzwi

Drzwi miały szminkę i tusz na rzęsach? Ja napisałabym: pomalowane na brudny róż drzwi.

 Matylda, chyba ta, o której wspominała mi Anka…

Eej, tajemnicza wiedźma z tajemniczego sklepiku reklamuje się pocztą pantoflową? :)

 w swoich zbutwiałych regałach

Na – w regałach są tylko kołatki.

 drzwi, wydając z siebie nieprzyjemny, skrzypiący dźwięk

Hmm.

zaczęłam dreptać w dół

Rozwlekłe ("zaczęłam dreptać" zamiast np. "podreptałam") i powtarza się dźwięk.

 regały, wbrew krążącym opowieściom, niewyglądające na zbutwiałe

Niezgrabne to. Może opisz, jak one wyglądały? Że były nowe i błyszczące, na przykład?

 ignorując pytanie

Wycięłabym – to jasne z kontekstu.

 powoli żałując

Czy można żałować szybko? Opisz trochę, jak bohaterka się czuje, zamiast wymieniać jej uczucia.

 niemalże jak żywe

Powtórzony dźwięk ("ż").

 dzwoni on o siódmej trzydzieści

Naturalniej: i on dzwoni o siódmej trzydzieści.

 podała mi zegarek

Zegarek zwykle jest na rękę – zegar.

 ametystowy klips

Może lepiej klips z ametystem? Nie jestem pewna, ale na moje ucho lepiej brzmi.

 ze zwieszoną głową

Dlaczego?

 nie za przyjemnie pachnący

Może: niezbyt przyjemnie. Trochę w tym tekście dużo imiesłowów.

bardziej dla smaku niż

Bardziej dla smaku, niż.

 spoglądałam dużo bardziej pozytywnie

Nie można spoglądać pozytywnie – optymistycznie, tak.

 Tak było w ciągu roku

Mogłabyś wyraźniej oddzielić opis mamy od tej uwagi, bo to trochę myli.

 zanurzał usta w kawie

Trochę.. fuj.

 osobiście wyrazić jej moją wdzięczność

Jakieś to nienaturalne. Może po prostu podziękować?

 brudno różowych

Łącznie.

stwierdził, że jestem parę lat starsza od męża

Aha! Wiedziałam, że będzie musiała zapłacić, ale nie pomyślałam, że tak. Dobry, spójny pomysł. Duży plus.

 obierając ze skóry pomarańczę

Jeśli to przestawisz: obierając pomarańczę ze skóry – wychodzi naturalniejszy obraz.

 Czarne oczy nie kryły w sobie życia, lecz śmierć.

Ojej, dlaczego? Nie psuj takiego fajnego pomysłu.

 zastygnęłam w bezruchu.

Zastygłam.

 Zimne strugi deszczu łączyły się z gorącymi strumykami gorzkich łez cieknących z moich oczu.

Hej, przecież może go nie używać?

Dobry pomysł, choć opowiadanie mogłoby być dłuższe, bardziej wycyzelowane – urywa się jakby w momencie "lustra" (kiedy bohaterka zdaje sobie sprawę, co się dzieje). Ale – ładnie jest.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Drakaina, Bellatrix, dziękuję za odwiedziny :)

 

Staruchu, dziękuję za ogólne wsparcie w pisaniu, które ostatnio coś nie za bardzo mi wychodzi ;) Nad zakończeniem jeszcze pomyślę…

 

Tarnina – dziękuję bardzo za szczegółową łapankę, błędy językowe poprawiłam, a zbyt szybkie podprowadzanie akcji będę mieć na uwadze, pisząc kolejne teksty. Cieszę się, że pomysł uważasz za fajny :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie :):):)

 

Edit: Zmieniłam zakończenie, ale nie wiem, czy teraz jest lepiej…

 

 

 

 

uderzyłam go o krawężnik

Uderzyłam nim – nie, ja nigdy nie jestem zadowolona :)

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Tarnina, dzięki… W sumie ja też nie :)

No cóż, można się domyślić, że zegar nie został podarowany bohaterce zupełnie bezinteresownie i nawet spodziewałam się, że lata o które posunęła się Weronika, przedłużały życie Matyldy, może nawet ją odmładzały. Tak czy inaczej opowiadanie przeczytałam z przyjemnością, a choć nie wiem, jakie było pierwotne zakończenie, to muszę powiedzieć, że obecne bardzo mi się podoba. ;)

 

Dzię­ki dwóm ko­lej­nym kawom, ener­ge­ty­ku o smaku po­ma­rań­czy i paru cu­kier­kom z ko­fe­iną… –> Dzię­ki dwóm ko­lej­nym kawom, ener­ge­ty­kowi o smaku po­ma­rań­czy i paru cu­kier­kom z ko­fe­iną

 

Kawa wbrew po­kła­da­nych w niej na­dziei, nie po­sta­wi­ła mnie na nogi… –> Kawa, wbrew po­kła­da­nej w niej na­dziei, nie po­sta­wi­ła mnie na nogi

 

– Idziesz spać odro­bi­nę za późno, przy­pu­ści­my o czwar­tej, na uczel­nię masz na wpół do dzie­wią­tej… –> Raczej: …a na uczel­ni masz być o wpół do dzie­wią­tej

 

zre­zy­gno­wa­łam z ener­ge­ty­ków i cu­kier­ków Ko­pi­ko. –> …zre­zy­gno­wa­łam z ener­ge­ty­ków i cu­kier­ków ko­pi­ko.

 

po trzech mie­sią­cach na drew­nia­nych pta­sich pió­rach zbie­ra­ła się gruba war­stwa kurzu. –> …po trzech mie­sią­cach na drew­nia­nych pta­sich pió­rach zebra­ła się gruba war­stwa kurzu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajny pomysł, dobrze pasuje do konkursu. Ale faktycznie – trochę można przewidzieć cenę. To dość popularny koncept. Może, gdybyś jednak doplotła do tego jeszcze jedną rozmowę ze znachorką (a co ona miała z tego? Może to do niej trafiały stracone godzinki?)…

No, ale ogólnie na plus i podobało mi się.

Babska logika rządzi!

Reg – dziękuję bardzo za wyłapanie błędów. Wszystkie oczywiście poprawiłam i cieszę się, że mimo przewidywalności przeczytałaś opowiadanie z przyjemnością.

 

Finkla – dziękuję bardzo za komentarz i klika :)

 

Zgodnie z Waszymi sugestiami zmieniłam odrobinę treść, to znaczy w tej chwili tylko zakończenie. I chciałam się zapytać, czy warto odmładzanie Matyldy zasugerować już w tekście wcześniej?

 

Pozdrawiam serdecznie.

Jak dobrze Katiu, że jak zawsze dumnie reprezentujesz warstwę obyczajową w fantastyce.

Bardzo lubię czytać tego typu teksty, które dodają magii codzienności. Wybrałaś ograny motyw, ale jak zwykle ujęłaś mnie swoją drobiazgowością i w sumie dobrze skonstruowaną historią. Czasem dobrze poczytać coś znajomego, ale za to ładnie napisanego. 

Deirdriu, jak chyba nie potrafię pisać fantastyki bez warstwy obyczajowej… :) Dziękuję za komentarz i cieszę się, że mimo ogranego motywu, opowiadanie się w miarę podobało :) Pozdrawiam serdecznie.

Zgodnie z Waszymi sugestiami zmieniłam odrobinę treść, to znaczy w tej chwili tylko zakończenie. I chciałam się zapytać, czy warto odmładzanie Matyldy zasugerować już w tekście wcześniej?

Po przeczytaniu opowiadania i komentarzy mogę powiedzieć, że warto zaznaczyć profity Matyldy z tytuły podarunku. Może niekoniecznie wcześniej. Nawet pod koniec, gdzie się znachorka pojawia, można podkreślić, że jest wyraźnie młodsza. To doda nieco dreszczyku. ;)

Poza tym jest ładnie, niespiesznie i oczywiście dobrze napisane. Koncept nie jest specjalnie odkrywczy, ale czyta się przyjemnie. :)

Ac – dziękuję bardzo za przeczytanie i cenne uwagi. Postaram się coś jeszcze pokombinować ze znachorką :)

Katio, ukazanie się kobiety w fioletowym płaszczu jest bardzo dobrym pomysłem. Nie mówi niczego wprost, a jednak mnóstwo wyjaśnia. Mnie te trzy zdania wystarczą, dłuższe wywody byłyby już niepotrzebnym wyłożeniem kawy na ławę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – cieszę się i dzięki za pomysł :)

No. Ten kolczyk naprowadza. Jeśli ktoś go zapamiętał. ;-)

Babska logika rządzi!

Katio, służę uprzejmie i polecam się na przyszłość. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finkla – cóż z zapamiętywaniem pewnie różnie bywa ;), ale już chyba nic nie ruszam…

 

Reg – jeszcze raz dziękuje :)

Strasznie się cieszę, że wróciłaś, Katiu, zwłaszcza, że to powrót w dobrym stylu. :)

Opowiadanie bardzo mi się podobało. Trochę z powodu bohaterki – bo taka ludzka i zwyczajna, że aż miło o niej czytać. Pomysł na budzik również przypadł mi do gustu, ładnie wpasował się w konkursowy temat. 

No i zakończenie, które przemieniło przyjemną obyczajówkę, w równie przyjemną makabreskę. Swoją drogą, utrata prawie dziesięciu lat życia jest naprawdę przerażająca.

 

Dziękuję Rossa za przeczytanie, miły komentarz i klika :) Po zastanowieniu, tak sobie myślę, że opowiadanie wyszło chyba znowu odrobinę za obyczajowe, ale cóż tak już chyba ze mną jest :)

Pozdrawiam serdecznie.

Trochę przypomina mi się film Skeleton Key (pol. Klucz do Koszmaru). Nawet niezły, miał swój klimat ;)).

 

Zgadzam się z Rossą, że bohaterka jest bardzo ludzka i mnie, jako czytelnikowi, bardzo łatwo wniknąć w jej przeżycia i motywacje. Szukając minusów, zgadzam się również z Tarniną, że tekst nieco się “urywa”, choć w moim odczuciu to raczej kwestia proporcji a nie samej długości. Z bohaterką dzieje się coś przerażającego, a ja tego nie odczuwam, bo atmosfera tekstu cały czas nastraja pozytywnie, a elementy nadnaturalne nie są wystarczająco mocno wyeksponowane. Być może rozwiązaniem byłoby dodanie sceny zawierającej coś mocniejszego niż nietaktowne pytanie małego Pawełka, choć wyobrażam sobie, że niektórym i taki Pawcio mógłby złamać serce.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz – dziękuję bardzo za przeczytanie, komentarz, klika i cenne uwagi. Pomyślę nad udramatyzowaniem sceny, w której bohaterka dowiaduje się o przyspieszonym procesie starzenia…

Pozdrawiam serdecznie.

Bardzo ładnie napisane i równie przyjemne w czytaniu. Historia wciągnęła mnie i czerpałem z niej prawdziwą przyjemność. Dodatkowo fajny pomysł z dzieleniem części za pomocą Bip! Bip! Bip!

Ale zawsze jest jakieś ale. ;) Koncepcja trochę mało oryginalna i zakończenie raczej przewidywalne. W zakończeniu zabrakło mi też czegoś więcej, co wyróżniłoby Twoje opowiadanie spośród innych opartych na podobnym pomyśle.

Ale to nie znaczy, że na klika nie zasługuje. ;)

 

Edit: pojawiła się w komentarzach opinia, że akcja była zbyt szybka. W moim odczuciu absolutnie nie, była właśnie taka w sam raz. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

tekst nieco się “urywa”, choć w moim odczuciu to raczej kwestia proporcji a nie samej długości

Przecież to właśnie powiedziałam?

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

El Lobo Muymalo – dzieki wielkie za komentarz i kliczka :) I coz chyba pozostaje mi sie zgodzic, ze tekst wyszedl troche nudny… Jak cos wysmysle, to jeszcze sprobuje go utrakcyjnic :)

 

Tarnina – hmm, mysle, ze powinnam zmenic ostatni rozdzial… Zrobic z niego przynajmniej ze dwa i troche je wyostrzyc :) Pomysle nad tym :)

 

Jak wiesz, Katiu, trudno mi się ostatnio skupić na czytaniu. Jednak zaglądnęłam tutaj i wsiąkłam, chociaż akurat to było do przewidzenia, bo bardzo lubię Twoje opowiadania. Niby prosta historia, o tym, że w życiu wszystko ma swoją cenę, ale świetnie opisana, z mnóstwem szczegółów dodających całości smaku. Fajnie wpasowałaś się w hasło konkursowe. Podobało mi się. :D

tekst nieco się “urywa”, choć w moim odczuciu to raczej kwestia proporcji a nie samej długości

Przecież to właśnie powiedziałam?

Wychodzi na to, że nie zrozumiałem twojego komentarza we właściwy sposób : ).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Leć, sówko, do biblioteki!

Ładne to i katiowo-smutne, w sam raz na jeden rzut oka – miła lektura :)

AQQ, Kam – bardzo dziekuje za mile slowa i biblioteke :) Pozdrawiam serdecznie i zycze kolorowych snow :)

Bardzo ładnie napisane, czytanie to sama przyjemność. Fabuła bez wielkich napięć, czy oryginalnych rozwiązań, więc opowiadanie nie zachwyciło mną wyjątkowo. Ot, zgrabna miejska legenda. Plus za dobrze skonstruowanych bohaterów.

Światowider – cieszę się, że przyjemnie Ci się czytało mimo, z czym się całkowicie zgadzam, zbyt prostej fabuły :) Następny tekst postaram się stworzyć trochę bardziej oryginalny. Pozdrawiam serdecznie.

Ha, dobrze tak bohaterce! Nie można tak traktować Pac-mana i nie ponieść kary!

A teraz na serio :) Jak to u Ciebie – umiesz pisać o emocjach, więc i tutaj bohaterka wyszła jak żywa. Pomysł na budzik i jego nieprzewidziany efekt fajny. Też poczułem, że końcówka jest urwana, przez co na koniec czułem niedosyt. Zapewne dlatego, że spora część teksty to zaledwie wstęp – reszta wydarzeń leci więc znacznie szybszym tempem.

Podsumowując: przyjemny koncert fajerwerków, nawet jeśli tempo jest lekko nierówne, a końcówka trochę ścięta :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan – dziękuję bardzo za wizytę i komentarz i cieszę się, że mimo tych wad kompozycyjnych, w miarę się podobało :) 

Pozdrawiam serdecznie :)

Ciekawe opowiadanie! Podoba mi się, ale zakończenie trochę nijakie.

Pozdrawiam :)

Dziękuję, a na zakończenie, niestety, nie tylko narzekasz ;)

Katio,

Ładnie to napisałaś. Przez to, że w pierwszej osobie, miałem cały czas wrażenie, jakby to był kawałek z Twojego życia, a fantastyczne elementy wydawały się bardziej realne.

Masz dość specyficzny sposób pisania. Dużo długich zdań. Czy to dobrze? I tak i nie?

Tak, bo pomimo ich długości, czytało mi się je dobrze i płynnie. To dla mnie rzadkość, bo zwykle się na tasiemcach potykam.

Nie, bo im dłuższe zdanie, tym większa szansa, że coś się w nim zepsuje. I kilka takich zdań też tutaj było.

Na zakończenie nie będę narzekał. Byłem nim usatysfakcjonowany. Co prawda początkowo miałem kłopot zrozumieć, o co w nim chodzi, kim jest ta kobieta, i dlaczego ma ametystowe kolczyki.

Ale po kilkukrotnym przeczytaniu ostatniego akapitu zrozumiałem i spodobało mi się. Spodobało mi się też, że musiałem zatrzymać się i pomyśleć.

No i jeszcze jedno. Bardzo ładny rysunek.

Chroscisko – bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że jesteś usatysfakcjonowany zakończeniem i że podoba Ci się ilustracja.

Odnośnie tych długich zdań… To obecnie jestem na etapie nauki ich konstruowania. Jeszcze rok temu pisałam teksty prawie wyłącznie ze zdaniami pojedynczymi i podwójnie złożonymi, bo bałam się ryzykować :) A teraz, cóż z pewnością czasem mi się coś w nich zepsuje, ale będę nad tym problemem pracować :)

Pozdrawiam serdecznie.

Cześć, Katio!

Fajne to to :). Jak mam niewytłumaczalną awersję do narracji w pierwszej osobie, tak twoją pracę czytało mi się przyjemnie :). Motyw odrobinę już wyświechtany, ale co z tego :P. Dobrze jest!

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie! :)

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dzięki Sy :) Cieszę się, że fajne i również serdecznie pozdrawiam :)

Zaczynam powolną wędrówkę po konkursowych opkach. :) Jak to u Ciebie, dużo obyczajówki, ale jak wiesz, ja bardzo ją lubię. :) Twoje historie są wyraziste, łatwo zapadają w pamięci, ta pewnie też trochę ze mną zostanie. Fajny pomysł, myślałem, że będzie jakiś banał, że odda życie lub dziecko, a tu szybsze starzenie się. Niby podobnie do moich przypuszczeń, ale ciekawiej. :)

Dobrze napisane, nienachalnie, bez zbędnych ozdobników, tak powinna wyglądać opowieść z pogranicza realizmu magicznego.

Pozdrawiam.

 

Darcon, dziękuję bardzo za wizytę i cieszę się, że mimo swej przewidywalności, tekst się w miarę spodobał. Pozdrawiam serdecznie :)

Fajne :)

Dzięki Anet :)

Nowa Fantastyka