- Opowiadanie: DanielKurowski1 - Błogosławieni

Błogosławieni

Jest to moje pierwsze opowiadanie (nie licząc fragmentów) które tu publikuję. Temat przeze  mnie dotknięty być może nie jest bardzo odkrywczy, jednak chciałem poćwiczyć. Moim celem jest zdobycie jednego punktu do biblioteki (idę małymi krokami)

Bardzo dziękuję wszystkim betującym (Tarninie, Wisielcowi i Wiktorowi Orłowskiemu)

Mały opis: Młody ksiądz przybywa na planetę-kolonię, by nawracać rdzennych mieszkańców, jednak pobyt zmienia jego postrzeganie wiary i Kościoła.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, wisielec

Oceny

Błogosławieni

– Ojcze Eliaszu, proszę otworzyć oczy, właśnie wkroczyliśmy w atmosferę. – Słodki głos stewardessy wybudził mnie ze snu. A niech to! Nie mogłem spać przez całą drogę z Ziemi do Nowego Edenu. Podróże międzygalaktyczne źle na mnie działają, zwłaszcza tak długie dystanse jak ten, a kiedy w końcu usnąłem, ktoś musiał mnie zbudzić. Do tego jeszcze piekielny ból głowy…

– Bardzo dziękuję, siostro Astix – odparłem, przecierając skronie. – Można prosić o szklankę wody?

– Oczywiście, już przynoszę. – Stewardessa uśmiechnęła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę małego barku obsługiwanego przez droida. 

Statek był małą, choć nowoczesną maszyną, z jasnym wystrojem i eleganckimi, wygodnymi siedzeniami. Mógł pomieścić ponad trzysta osób, lecz nie odczuwało się tłoku, każdy miał wolną przestrzeń dla siebie. Generatory grawitacyjne dodatkowo ułatwiały przelot, przez co czułem się jakbym leciał zwyczajnym samolotem.

Sekcja pasażerska nie miała okien, więc nie mogłem obserwować kosmosu ani zbliżającej się planety. I dobrze. Bałem się latać, a widok na nieskończoną pustkę, którą może cię wessać i pochłonąć, nie należał do przyjemnych.

Popatrzyłem w stronę stewardessy, która czekała, aż droid przefiltruje i ochłodzi wodę. Była młodą i ładną kobietą, co wprawiło mnie w lekkie zakłopotanie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałem z przedstawicielką płci przeciwnej. Ciągle tylko ci księża, biskupi i Rycerze Zakonu Niepokalanego Serca Maryi… Kilku z nich siedziało w tym statku, niedaleko mnie. Wysocy, barczyści i ponurzy, odziani w białe mundury z czerwonymi krzyżami, wyglądem przypominali żyjących ponad dwa tysiące lat temu templariuszy. Byli gotowi oddać życie na tej dziewiczej planecie, spotkać się z Panem i dostąpić zbawienia oraz życia wiecznego u Jego boku. Przynajmniej tak obiecywał papież, Klemens XX, który wysłał nas tu z misją chrystianizacji miejscowej ludności.

– Powiadają, że planeta wygląda jak sam Raj, Eliaszu! Istne cudo! – Siedzący za mną ojciec Aeryn również się obudził, co zabiło resztki mojego dobrego humoru. Był grubym, łysawym i bardzo irytującym człowiekiem o dość radykalnych poglądach. Nigdy za nim nie przepadałem. – Wyobraźnia Boża nie ma żadnych granic, nieprawdaż?

– Co racja, to racja, ojcze – odpowiedziałem i przyjąłem szklankę od siostry Astix. Wyciągnąłem z kieszeni jaskrawoniebieską tabletkę i połknąłem ją, popijając chłodną wodą. Otaczający mnie świat na chwile zabarwił się na niebiesko, zatkało mi się w uszach, a uporczywy ból głowy zniknął. Poczułem, jak statek zwalnia i dotyka ziemi.

– Kto wie, jakie cuda na nas czekają? – kontynuował ojciec Aeryn. – A ci obcy… Podobno niektórzy szybko pojmują język i słowo Boże. Niebywałe! Kto by się tego spodziewał?

Chyba nie tak szybko, skoro misja trwa od niemal piętnastu lat, a arcybiskup Egert potrzebuje coraz więcej posiłków. Trzystu Rycerzy i dwunastu księży. Zupełnie tyle, ilu było uczniów Pana naszego, Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Szczęśliwa liczba, choć nie powinienem przywiązywać takiej uwagi do zabobonów.

Gdy statek wylądował, a drzwi wyjściowe otworzyły się, zabrałem ze sobą małą walizkę z ubraniami. Schowałem do kieszeni leżący na moich kolanach, wyglądający jak kawałek szkła holofon z zapisanym transkryptem nowego kanonu Biblii oraz bardzo starą książką ‘Quo Vadis’, kupioną dawno temu przez mojego ojca. Owa książka była jednym z wielu czynników, które zadecydowały o moim wstąpieniu do Kościoła. Dzięki niej czułem się nieraz jak święty Piotr, który głosił Jego słowa pierwszym chrześcijanom. Papież mówił, że wszyscy misjonarze są Piotrem. Wszyscy jesteśmy głosicielami Bożych nauk.

Z sercem podchodzącym do gardła skierowałem się do drzwi, a gdy ujrzałem światło, nogi się pode mną ugięły. Zamarłem, otumaniony widokiem. Aeryn miał świętą rację, planeta wygląda jak Raj. Prawdziwy Nowy Eden. Błękitne morze, białe piaski plaż, wysokie drzewa z różowymi liśćmi oraz samotne, wyglądające jak igły góry sięgające chmur. Wszystko to w jednym miejscu. Do tego widoczna na niebie powierzchnia podobnego do Saturna, gazowego giganta z pierścieniem.

Gdzieniegdzie przelatywały ogromne ptaszyska podobne do prehistorycznych pterodaktyli, wydając przy tym głośne dźwięki. Gdyby moja żona żyła, byłaby zachwycona tym widokiem. Zawsze marzyła o podróży na obcą planetę.

Przeżegnałem się i ucałowałem zawieszony na szyi krzyż.

– Dobry Boże… – usłyszałem za sobą drżący głos ojca Aeryna. – To jest takie… Takie piękne.

Planeta była doprawdy piękna, zupełnie jak niegdyś nasza Ziemia, którą zabito i odarto z natury, zastępując wszystko sztucznością i fałszem. Poprzedni papieże zrzucili winę na niewiernych, a Kościół Katolicki uznał odbudowę dzieła Bożego za swą nową misję. Spojrzałem w dal i ujrzałem wielkie maszyny kopiące w rejonach gór. 

Historia jednak kołem się toczy. Znów robią to samo. Ciekawe, kiedy zabiją i tę planetę? Wyssą wszystko, przeżują i wyplują, pozostawiając jedynie martwą skałę. Nie trzeba będzie długo czekać, Nowe Eden jest o połowę mniejszy od Ziemi.

Poświęcą setki planet, by uratować jedną, zniszczoną przez nich samych. Ludzka chciwość nie znała granic. Człowiek błędnie zrozumiał, że wszystko to, co stworzył Pan, należy się tylko i wyłącznie jemu. Nic dziwnego, że Bóg wyrzucił Adama i Ewę ze swego rajskiego Ogrodu i zawstydził ich. Ci jednak byli bezwstydni.

Uspokoiłem się nieco i ruszyłem schodami w dół. Powietrze było identyczne jak na Ziemi, nie musieliśmy nosić skafandrów. Było jednak bardzo ciepło i zacząłem żałować, że włożyłem zbyt gruby garnitur z białą koloratką. Czułem jak koszula robi się mokra, a z czoła spływają mi strużki potu. Nigdy nie potrafiłem dobrać stroju do pogody, mówiły mi to już moja matka i żona. 

Port lotniczy znajdował się tuż przy brzegu morza, obok którego wzniesiono ogromny, biały i przeszklony kościół, oraz wysoką siedzibę Gubernatorów, zarządców planety-kolonii. Gdy znalazłem się już na ziemi, ukląkłem i ucałowałem płytę lotniska, dziękując Bogu za szczęśliwe lądowanie. Obserwujący mnie ojciec Aeryn, stewardessy, księża i Rycerze Zakonu przeżegnali się i uczynili to samo. Następnie ujrzeliśmy zbliżające się bezzałogowe pojazdy, które sunęły bezdźwięcznie w naszą stronę i miały nas zabrać do arcybiskupa Egerta. Były długie i srebrne, a ich szyby odbijały promienie słoneczne. Wyglądem przypominały dawne samochody, jednak nie posiadały kół i potrafiły pomieścić więcej osób.

Wsiadłem do jednego z pojazdów, a tuż obok mnie usiadł ojciec Aeryn i kilku Rycerzy. Westchnąłem, niezadowolony z towarzystwa, i oparłem się o skórzane siedzenie. Były o wiele wygodniejsze niż te na statku. Pojazd ruszył, a ja włączyłem holofon, by poczytać książkę, jednak ojciec Aeryn znów zaczął mnie zagadywać, nie dając mi nawet chwili spokoju.

– Arcybiskup Egert mówił coś o drobnych problemach z tubylcami. Wiesz coś więcej na ten temat, Eliaszu? 

– Podobno niektórzy opierają się Słowu – odparłem beznamiętnie. – Odmawiają chrztu i modlitwy, nie wpuszczają księży do osad. Kilku z nich nawet zginęło.

– Potworność! – prychnął Aeryn, a jego świńska twarzyczka nabrała rumieńców. – Potworność i plugastwo. Ojciec dał swym dzieciom władzę nad wszelakim bydłem, więc nie rozumiem, po co się tak nad nim litować. Niewierzący nie zasługują na życie wieczne! Niech piekło pochłonie tych, którzy się opierają Jego słowu!

– To nie bydło – odparłem kryjąc irytację. – Są humanoidalni. To wciąż dzieło naszego Ojca. Stworzył ich tak jak nas wszystkich, na swe podobieństwo. A poza tym to tylko mniejszość, większość z nich przyjmuje religię.

Właśnie. Przyjmuje religię. Ciekawe dlaczego? Jesteśmy dla nich obcy, przybywamy na ich świat, zajmujemy tereny, plądrujemy lasy i góry, a oni czczą naszego Boga, o którym nigdy wcześniej nie słyszeli. Coraz więcej pytań. Dlaczego o nim nie słyszeli? Skoro ich stworzył, to czemu się nie objawił, tak jak Abrahamowi czy Mojżeszowi? Być może to część boskiego planu? Dlaczego Biblia nie mówiła o innych światach i ludach? 

Mój ojciec – który nie był religijnym człowiekiem – powtarzał, że Pismo powstało wiele lat temu, kiedy ludzie mało wiedzieli i pisali tylko o tym, co sami znali. Jednak Księga nawet dla niego była arcydziełem. Mimo wszystko uniwersalna. Powiadał, że każda religia jest jak wiecznie wilgotna glina. Ciągle można ją formować i układać tak, by pasowała do danych czasów, a wszelkie dziury można zakleić Planem Bożym i głupotą człowieka. Samą Księgę zmieniało wielu rzymskich cesarzy, a potem papieży, a przecież Słowo Boże jest idealne i nie podlega zmianie.

– Jak nazywała się twoja żona, Eliaszu? – spytał ojciec Aeryn, wyrywając mnie z zadumy. – Słyszałem, że byłeś wcześniej żonaty, aczkolwiek nie dane było mi poznać jej imienia.

– Aleksandra – odparłem i odchrząknąłem. – Aleksandra Anderson.

– Jak zginęła? 

Poczułem ukłucie w sercu. Widocznie fakt, że zawarłem związek małżeński , a potem stałem się wdowcem rozpowszechnił się. Zacisnąłem pięści, lecz puściłem je, kiedy poczułem, jak paznokcie wbijają mi się w skórę. Zacząłem nienawidzić Aeryna jeszcze bardziej, za to, że zadaje takie pytania, ale wolałem na nie odpowiedzieć dla świętego spokoju.

– W wypadku statku transportowego, który wracał z Księżyca. Była tam pielęgniarką. Statek eksplodował już po wylądowaniu na Ziemi. Mówili, że to był zamach jakichś sekt, ale nigdy niczego nie udowodniono. Później sprawa ucichła.

– Niech Bóg ma ją w swojej opiece. – Powiedział i przeżegnał się. Chyba zauważył moją irytację, bo resztę drogi siedział cicho. Dzięki Bogu.

Pojazdy zatrzymały się przed budynkiem Gubernatorów, gdzie czekał na nas komitet powitalny składający się z kilku księży, sióstr zakonnych i służących. Widać było, że cieszą się z naszej wizyty.

– Arcybiskup już na was czeka w swym apartamencie, ojcze – powiedział młody chłopak, który przyjął ode mnie walizkę. 

– Oczywiście, tylko zaprowadźcie nas do pokoi, byśmy mogli się przebrać i obmyć.

– Arcybiskup oczekuje was teraz, ojcze.

Westchnąłem i pokiwałem głową. Decyzji arcybiskupa Egerta nie należy lekceważyć, ani się jej przeciwstawiać.

 

***

 

Ku mojemu zaskoczeniu powitano nas ciepłym obiadem. Arcybiskup Egert nigdy nie słynął z gościnności, a tu proszę: stół z tutejszego ciemnego drewna uginał się pod ciężarem jedzenia. Gotowane ziemniaki hodowane na tej ziemi, makarony, sosy, zbożowe placki i różnego rodzaju mięsa. Ciasta, rogale i różnorakie trunki. Wszystko prawdziwe i sprowadzone z Ziemi, nie licząc mięsa dostarczanego przez tubylców. Nigdy w życiu nie kosztowałem podobnych smaków. Służba na Ziemi ograniczała się do ubogich, niekiedy sztucznych posiłków, jednak arcybiskup mógł pozwolić sobie na więcej.

Sam apartament arcybiskupa był dość niezwykły. Staroświecki i ciemny, ciasny, choć przytulny, pozbawiony nowoczesnej technologii i zbędnych urozmaiceń. Osobiście również lubiłem taki styl, jednak brak sprzętów technicznych mógł być uciążliwy. Na podłodze leżały dywany, a ściany pokrywały drewniane panele oraz obrazy świętych i papieży.

Arcybiskup Egert siedział na końcu stołu i wszystko obserwował. Był wysokim, szczupłym, około stuletnim mężczyzną, jednak pozostał zdrowy i żwawy. Miał surowy wyraz twarzy oraz długie białe włosy. Stronił od alkoholu i miał umiar w jedzeniu i piciu, czego niestety nie można było powiedzieć o nas.

Gdy skończyliśmy, a służący zabrali wszystkie naczynia, arcybiskup poprosił mnie na słowo. Ruszyliśmy w stronę oddzielnej części, gdzie znajdował się gabinet z bogato wyposażoną biblioteczką i starym, mahoniowym biurkiem. Wyraz twarzy arcybiskupa pozostał zimny. Wyschło mi w gardle, a serce zaczęło bić mocniej. W głowie kręciło mi się od wina, które wypiłem. Zawsze miałem słabą głowę, nie powinienem był pić.

– Chciałem porozmawiać z tobą na osobności, Eliaszu – zaczął i wskazał na krzesło przy swoim biurku. – Proszę, usiądź.

Usiadłem i spojrzałem biskupowi w oczy. Próbowałem coś z nich odczytać, lecz na marne.

– Z wszystkich dwunastu księży przybyłych na planetę, ty masz najkrótszy staż. Jesteś młody, masz dopiero trzydzieści pięć lat, a księdzem jesteś dopiero sześć. Miałeś nawet żonę. Masz przed sobą jeszcze dziesiątki lat życia, mogłeś zostać na Ziemi. – Biskup oparł się o biurko, a jego złoty krzyż zamigotał w świetle świec. – Chciałem zapytać o twój powód przyjęcia święceń, oraz do wyruszenia na tę misję.

– Powód jest zapisany w mojej karcie, wystarczy jedynie…

– Czytałem ją, ale chcę to usłyszeć od ciebie. Twój prawdziwy powód, oczywiście.

Zastanowiłem się. Powodów było wiele. W karcie osobistej zapisałem, iż wybrałem ścieżkę kapłańską po stracie żony, by odnaleźć radość i sens życia, jednak to nie była prawda. Lubiłem ją, ale nie kochałem jej. Ożeniłem się z nią bardziej z wdzięczności niż z miłości. Zawsze była dla mnie dobra i pomogła mi w trudnych chwilach, jednak nie byłą moją miłością. Byłem zagubiony. Nie chciałem jej krzywdzić, ale i tak to robiłem. Pragnę, by zaznała wiecznego spokoju i mi wybaczyła.

– Poszukuję odkupienia i przebaczenia – odpowiedziałem, nie do końca wierząc w prawdziwość swych słów. – Za wszystkie grzechy, których się dopuściłem. Chcę przysłużyć się Bogu, a nawet zginąć dla Jego sprawy. Chcę zrobić coś dobrego.

– A czy wierzysz w Boga? 

 Zaskoczyło mnie to. W XXVII wieku, gdzie papież żelazną ręką sprawował władzę absolutną nad światem, wszyscy wierzyli w Boga. Wszystkich nawracano na Jedyną Słuszną Wiarę, bez wyjątku. Jednak nie wiedziałem co odpowiedzieć. Czy wierzyłem? W życiu widziałem wiele rzeczy i mało z nich było dobrych. Katastrofy i wojny. Głód i ludobójstwa. Czy za tym wszystkim stał Bóg? Czy pozwalał na to wszystko? Na egzekucje niewiernych, ateistów, wrogich nam ras, homoseksualistów, czy kobiet, które poddawały się aborcji. Ludzi uznanych przez Kościół za niepotrzebnych i plugawych. Być może Jego plan wykracza poza nasze rozumowanie? A może to tylko kolejne usprawiedliwienie, które tworzą ludzie.

Mój brat, Anzelm, miłował mężczyzn, a ja nie potrafiłem mu pomóc. Wyczuwałem jego skłonności, jednak je ignorowałem. Był samotny w tym świecie, nikt go nie rozumiał, przez co bał się komukolwiek coś powiedzieć. Moje przypuszczenia potwierdziły się dopiero po jego samobójczej śmierci. Nienawidziłem się wtedy i żałowałem, że niczego nie zrobiłem. Widocznie byłem złym bratem, skoro nie chciał mi zaufać. Nienawiść zamieniła się później we wstyd. Nie wiedziałem jednak, jakiego rodzaju był to wstyd. Wstydziłem się tego, że był homoseksualistą, czy tego, że nie potrafiłem mu pomóc? Sam już nie wiem. Wiem tylko, że był to kolejny powód mojej misji. Poszukiwałem odkupienia dla mnie, a przede wszystkim dla niego.

Moi rodzice natomiast nie wierzyli w Boga, jednak ukrywali to przed innymi. Byli naukowcami. Wszystkie te naukowe teorie, sztuczna inteligencja, podróże międzygalaktyczne, nowe planety, rasy. Ludzie potrafili nawet zamknąć umysł człowieka w serwerze, jednak Kościół tego zakazał, nazywając to pogańskimi, sprzecznymi z naturą i nauką Boga praktykami. Bano się, że niektórzy z nich będą w stanie dosięgnąć samego Stwórcę, złapać go za szaty i ściągnąć na Ziemię. 

Ojciec mówił mi, że ludzie zwykli wierzyć w Boga, gdyż liczą na lepszy los. Zawsze wtedy podawał mi przykład z ‘Quo Vadis’, gdzie ukazani byli pierwsi chrześcijanie. Byli biedni, osamotnieni, bez jakiejkolwiek przyszłości, uciskani przez cesarza, a wizja sprawiedliwości Bożej i szczęśliwego życia w raju była wtedy niezwykle kusząca. Mieli jedno życie, które było zmarnowane.

Czy w to wszystko wierzę? Na pewno chcę wierzyć. 

– Wierzę, wasza ekscelencjo. Nigdy nie wątpiłem w Jego istnienie.

– Komu tak naprawdę służysz, Eliaszu?

– Tylko Bogu.

– Dobrze – odparł biskup, a ja odetchnąłem z ulgą. – Potrzeba nam tu takich ludzi, zwłaszcza w obecnej sytuacji.

– To znaczy?

Arcybiskup oparł się o fotel i spojrzał mi w oczy.

– Istoty obce opierają się coraz bardziej. Być może słyszałeś o wspaniałej integracji i chrystianizacji, ale to nieprawda. Prawie nikt z nich nie przyjmuje nauki Boga. Ich populacja sięga kilku milionów, a mimo że są prymitywni, to zamieszkują teren całej planety i potrafią się komunikować na dalekie odległości, choć wciąż nie wiemy jak to robią. My mamy wpływy jedynie na jednym z pięciu kontynentów. Z tygodnia na tydzień sytuacja ulega pogorszeniu. Gdy utracimy planetę, świat i Kościół straci miliardy kredytów. – Biskup westchnął. – Jednak na razie wolimy korzystać z pokojowych rozwiązań, nie chcemy ich przecież wszystkich wyrżnąć. – Uśmiechnął się. – Dlatego właśnie wezwaliśmy kolejnych księży i Rycerzy, by opanować sytuację i nawrócić wszystkich niewiernych. 

Dobroduszne, jednak dość naiwne, pomyślałem. Gdy wszyscy tubylcy przyjmą wiarę, planeta będzie pod władzą Kościoła, aczkolwiek to obcy, jako rodowici mieszkańcy, będą władać nowym lennem i będą mieć znaczący głos w sprawie wydobycia surowców z ich gór. Arcybiskup straciłby na tym wiele pieniędzy. 

– Kościół ma bardzo silne wpływy w trzech Galaktykach – powiedziałem. – Potężne cywilizacje obcych uginały kolana przed Panem. Jest ponad dziewięćset miliardów wierzących. Dlaczego ci nie chcą? Co stoi im na drodze?

– Tego nie wiemy. Jak zapewne słyszałeś, dwa tygodnie temu doszło do zamieszek w jednej z wiosek. Zginęło kilku księży i trzech Rycerzy. Obcy zabrali większość naszego sprzętu i broni, w tym bomby jonowe i grawitacyjne, a potem rozpłynęli się w powietrzu. Obserwowali naszych Rycerzy i szybko pojmowali jak ci używają broni. Takie sytuacje są coraz częstsze, a rebelianci coraz śmielsi. To ja zbudowałem kolonię i odkryłem potęgę tej planety. Dzięki jej zasobom możemy wyżywić całą Ziemię. Nie pozwolę na jej utratę.

– Rozumiem. Od czego mamy zacząć? 

– Jeszcze dziś udacie się z misją do jednej z pierwszych poznanych wiosek, gdzie sytuacja ma się najlepiej. Potem stopniowo będziemy zdobywać osady. Wkrótce się poddadzą. Wierzę w to. A jak nie, to trudno. Trzeba będzie sięgnąć po radykalniejsze środki.

Arcybiskup wstał, a ja uczyniłem to samo.

– Powodzenia Eliaszu. Niech Bóg zawsze będzie z tobą.

– Dziękuję – odparłem i pocałowałem jego sygnet. – Niech Jego miłosierdzie trwa na wieki.

 

***

 

Do wioski wyruszyliśmy po południu. Ja, ojciec Aeryn, dwóch innych księży i dwa tuziny Rycerzy uzbrojonych w karabiny z ostrą amunicją. Jadąc pojazdem przez dżunglę, obserwowałem obcą przyrodę. Niektóre rośliny łudząco przypominały te, które widziałem na starodawnych zdjęciach, zapisanych w moim holofonie. Jednak tutejsze miały różowy, a czasem fioletowy lub czerwony kolor.

– Widzisz to drzewo? – Aeryn wskazał palcem na coś, co wyglądem przypominało dużą palmę. – Jego owoce podobno smakują jak mięso. Jednak trzeba uważać, bo w większych ilościach mogą być trujące.

Ojciec Aeryn komentował każdą roślinę oraz każde napotkane zwierze. Jego oczy wręcz błyszczały, a pojazd poruszał się na tyle wolno, że miał czas na różnorakie przemyślenia.

– Być może Bóg chciał stworzyć inne światy, by dać upust swej kreatywności. Chciał sprawdzić, czy może stworzyć coś lepszego. Spójrz tylko na te zwierzęta! Tam, u góry. Czyż nie przypominają naszych szympansów?

– Tak – odparłem, choć go nie słuchałem. Bardziej interesowałem się obcymi. Adeni. Tak nazwał ich papież. Nie mogłem się doczekać pierwszego spotkania z nimi. Jak wyglądają? Arcybiskup Egert nie miał żadnych fotografii, a wszystko starał się trzymać w sekrecie. Z planety nierzadko wychodziły sprzeczne informacje, a zwykli ludzie nie byli na nią wpuszczani.

 

***

 

W oddali ujrzeliśmy dym, choć swąd spalenizny czuć było już od dłuższego czasu. Gdy zbliżyliśmy się do wioski, okazało się, że stacjonujący tam Rycerze Zakonu Niepokalanego Serca Maryi palą osadę. Domy były proste w swej budowie, drewniane, a ich dachy stanowiły jedynie duże liście. Wszystko to było bardzo kruche i łatwopalne.

– Co się tu dzieje? – spytałem siedzącego obok mnie Rycerza, lecz ten milczał. Nawet Aeryn wydawał się poruszony całą sytuacją.

Wysiedliśmy z pojazdów i od razu pospieszyliśmy do osady. Właśnie wtedy ich ujrzałem. Odziani w proste szaty, wysocy i niezwykle szczupli, o jasnofioletowej skórze. Mieli ogony, czarne oczy czarne jak noc, pozbawione tęczówek, a do tego nie mieli w ogóle owłosienia. Byli jednak piękni. Nie potrafiłem odróżnić samca od samicy, choć powinienem bardziej powiedzieć mężczyzny od kobiety. Trzeba przyznać, że ani trochę nie przypominali Adama i Ewy.

Ten widok tak mnie wzruszył, że zapomniałem o Rycerzach, którzy biegali po wiosce i podkładali ogień. 

– Na Boga, co się tutaj dzieje?! – krzyknąłem i wreszcie jeden z Rycerzy do mnie podszedł.

– Herezja, ojcze – odparł jeden z nich. – Któreś z nich stało za zamachem sprzed dwóch tygodni. Do tego wyrzekli się Pana i splugawili święte relikwie. Arcybiskup przed chwilą wydał decyzję.

– Co za bydło! – gorączkował Aeryn z nienaturalnym uniesieniem, lecz znów go zignorowałem. – Jak śmieli!

– Skąd o tym wiecie? – kontynuowałem. Chciałem się dowiedzieć jak najwięcej o tej sprawie, gdyż Rycerze słynęli ze swej samowoli.

– Znaleźliśmy broń naszych braci w kilku chatach. Wypierają się tego, mówią, że czczą Boga, lecz nie chcą wskazać sprawców. Musimy wykonać masową egzekucję.

Odpowiedzialność zbiorowa.

– Słucham?! 

– Eliaszu, to dobra decyzja – powiedział nagle ojciec Aeryn. – W ten sposób stłamsimy rebelię. Wyślemy im jasny sygnał. Przestaną plugawić relikwie i może przestaną stawiać opór podczas chrztu. Ilu ich tu jest. Dwudziestu? – Aeryn niedbałym ruchem pokazał na obcych, którzy byli przestraszeni i nie wiedzieli co dzieje. – Niewielka cena. Poza tym, Eliaszu, Bóg rozpozna swoich.

– Nie zgadzam się! – krzyknąłem w twarz Rycerza. – Macie natychmiast przestać…

– Przykro mi, ojcze, ale nie masz tu żadnej władzy. Taka jest decyzja arcybiskupa.

– Papież o tym wszystkim wie? – próbowałem załagodzić sytuację, choć nie miałem wielkich nadziei. – Jakie jest jego zdanie na ten temat?

– Oczywiście, że wie – odparł Rycerz.

Usłyszałem głos w obcym języku. Miękki i delikatny, podobny do śpiewu. I strzały karabinów. Adeni ustawieni przy murze zostali rozstrzelani. Wszyscy, nawet ci niżsi, którzy mogli być dziećmi. Ale czego mogłem się w ogóle spodziewać? Historia zatacza coraz większe koło. Jaki jest sens tych misji, skoro się ich po prostu w bestialski sposób zabija, bez jakiegokolwiek sądu? Choć Rycerze i arcybiskup zapewne wierzą, że to Bóg ich osądzi.

Nie chciałem patrzeć na zwłoki, choć kątem oka ujrzałem ich niebieską krew. Boski kolor. Przypominali mi wieszanych na ulicach miast Ziemi odszczepieńców, którzy mieli odstraszać niewiernych i ludzi, którzy różnili się choć trochę od kanonu ustanowionego przez papieża. Zrobiło mi się niedobrze i zacząłem żałować, że przybyłem tu z misją. W taki sposób niczego nie załatwimy. Wszystko to było kłamstwem. Głowa rozbolała mnie na nowo.

– Proszę udać się do chat i ujrzeć dowody bezczeszczenia…

Poszedłem, choć nie chciałem słuchać żadnego z Rycerzy. Robiło mi się niedobrze na ich widok, a jedzenie arcybiskupa dawało o sobie znać. Zastanawiałem się nad głosem jednego z Adeni. Co powiedział? Pojmowali nasz język, jednak my nie mogliśmy nauczyć się ich języka.

Gdy wszedłem do chaty, której Rycerze nie spalili, ujrzałem proste łoża i wydrążone skały przypominające kamienne meble, nawet podobne do tych ludzkich. Na czymś, co przypominało kredens, leżały dwa krzyże, z oderwanymi figurkami Jezusa Chrystusa. Podniosłem jednego z nich i ujrzałem liście przyklejone do dłoni i nóg Zbawiciela. Nie sądzę, by to było równoznaczne z bezczeszczeniem.

Prócz tego znalazłem zwykłe, proste przybory kuchenne, które łudząco przypominały te, używane przez średniowiecznych ludzi. Noże, drewniane łyżki i coś, co wyglądem przypominało nożyczki. Na ich łóżkach spostrzegłem leżące kolorowe płótna i kawałki ciemnego drewna. Być może ci, którzy tu mieszkali byli krawcami lub rzeźbiarzami? W każdym razie ich zmysł twórczy był podobny do ludzkiego. Wcale się od nas tak nie różnili.

Wyszedłem z chaty i ujrzałem Rycerzy, którzy palili zwłoki Adeni. Nawet nie dali im godnego pochówku, mimo iż papież kazał chować nawet wrogów Kościoła. Po chwili do głowy przyszedł mi pewien cytat z Biblii: ‘Pan, Bóg twój, odda je tobie, a ty je wytępisz, obłożysz je klątwą, nie zawrzesz z nimi przymierza i nie okażesz im litości.’ *Powstrzymałem się od splunięcia. Wzdrygnąłem się, a moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Ktoś złapał mnie za ramię. Był to ojciec Aeryn.

– Nie martw się, Eliaszu. Złożę raport arcybiskupowi. Teraz pojedziemy do kolejnej wioski, tam na pewno będzie nam lżej. Nie ma się co martwić. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze.

Czyżby? Pomyślałem i bez słowa ruszyłem w stronę pojazdu.

 

***

 

Kolejna wioska okazała się być daleko, więc w głębi dżungli założyliśmy obóz, kiedy tylko zaszło słońce. Siedziałem w pojeździe i czytałem ‘Quo Vadis’, zastanawiając się dokąd sam zmierzam. Czasem obok mnie przelatywały dziwaczne istoty, przypominające motyle czy wróżki, których skrzydła świeciły wręcz neonowym blaskiem. 

Ojciec Aeryn natomiast siedział wraz z innymi Rycerzami i gorliwie odmawiał modlitwy. Przynajmniej przestał się od mnie odzywać. Co za paskudny człowiek.

Zastanawiałem się też nad ostatnimi słowami tubylca. Nie dawało mi to spokoju, choć i tak za pewne tego nie rozszyfruję. Gdy na Ziemię docierały pierwsze wiadomości z Nowego Edenu, wszystkie były pozytywne. Mówiono, że wszyscy przyjmują wiarę, uczą się języka i czczą Jedynego Boga. Czy to wszystko było jednym wielkim kłamstwem?

Wyłączyłem holofon i położyłem się spać. Miałem za sobą trudny dzień i chciałem choć trochę odpocząć.

Obudził mnie hałas, który dobiegał z głębi lasu. Rycerze Zakonu Niepokalanego Serca Maryi również się poruszyli i przygotowali karabiny.

– Co się dzieje? – zapytał ojciec Aeryn, lecz nikt mu nie odpowiedział. Sam byłem ciekaw, co to było. Dzikie zwierzę? Tutejsze były o wiele groźniejsze, niż te ziemskie.

Nagle zobaczyłem światło, które rozbłysło w centrum naszego obozu. Jasnoniebieskie i oślepiające. Bezgłośna bomba grawitacyjna. Ta sama, którą straciliśmy na rzecz rebeliantów.

Uniosłem się gwałtownie i nie mogłem ani się ruszyć, ani nawet krzyknąć. Kątem oka widziałem Rycerzy, którzy próbowali wyrwać się z niewoli, lecz bezskutecznie. Trwaliśmy tak jakąś chwilę, a ja próbowałem dostrzec wroga. Wkrótce potem bomba z niezwykłą siła przygwoździła mnie do ziemi, łamiąc obie nogi. Nie mogłem złapać tchu.

Ujrzałem, jak spośród drzew wybiegają odziani w kamizelki kuloodporne Adeni, którzy śpiewali coś w swym melodyjnym języku i strzelali ze skradzionych karabinów. Rycerze byli bezradni jak małe dzieci, było ich mniej, połowa zawróciła do arcybiskupa. Żołnierze nie wiedzieli w którą stronę strzelać, a wkrótce zaczęli padać jak muchy. Adeni radzili sobie z bronią bardzo dobrze.

Ich atak był dobrze przemyślany, a nasze obozowanie głupie i lekkomyślne. Do tego odwrót Rycerzy… Sami w dżungli, na obcej ziemi. Wyglądało to tak, jakby ktoś z wewnątrz to zaplanował. 

Spróbowałem się przeczołgać, ale nie miałem na to siły. Spostrzegłem ojca Aeryna, który leżał nieruchomo na ziemi. Pewnie złamał kręgosłup. Nie było mi go szkoda, choć to nie jest chrześcijańska postawa.

I wtedy usłyszałem ten dźwięk. Ten sam, który wydał mieszkaniec wioski. Dźwięk piękny i melodyjny, przypominający głos istot boskich, który nasilał się z każdym powtórzeniem. Wszedł w mój umysł i nie chciał wyjść.

Adeni wydawali ten dźwięk, kiedy strzelali do leżących na ziemi księży i Rycerzy. W końcu zbliżyli się do ojca Aeryna.

– BYDŁO! – krzyczał resztami sił ksiądz. – Pierdolone bydło! Bóg was osądzi, zwierzęta. Będziecie płonąć w ogniu piekielnym!

– Nie – odparł obcy w naszym języku i nachylił się nad Aerynem. Po raz kolejny wydał swój dźwięk. 

– Czego chcesz, bydlaku? – spytał Aeryn. – Piekło na was czeka!

– Nie – powtórzył. – Błogosławieni cierpiący prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy Królestwo Niebieskie. Sami nas tego uczyliście – przetłumaczył obcy i strzelił Aerynowi w głowę, a ja zwymiotowałem. Po chwili jednak mnie olśniło. Quo Vadis… Mój ojciec… Oni jednak pojęli… W pewnym sensie. Nie jesteśmy żadnym Piotrem, tylko Neronem, który pali wszystko dookoła. Arcybiskup wszystko zaplanował…

Inny z obcych nachylił się nade mną. Wytrzeszczyłem oczy, nigdy w moim życiu nie byłem tak przerażony. Adeni pociągnął spust pistoletu. Nie zdążyłem nawet krzyknąć, a potem stanąłem przed obliczem Pana.

 

* Cytaty z Pisma Świętego: Biblia Tysiąclecia. wyd. III popr., Poznań-Warszawa 1980

 

 

Koniec

Komentarze

Zacząłem patrzeć w stronę stewardessy

Nie brzmi to dobrze. Może popatrzyłem?

Trzystu Rycerzy

Czemu z wielkiej?

Papież mówił, że wszyscy misjonarze są Piotrem.

Niezgrabne. Każdy misjonarz jest św Piotrem?

Z sercem podchodzącym do gardła podszedłem do drzwi

jednak nie posiadały kół i potrafił pomieścić

Literówka.

Wsiadłem do jednego z pojazdów, a tuż obok mnie usiadł ojciec Aeryn i kilku Rycerzy.

I wszyscy tuż obok Ciebie? Ciasno Wam musiało być. ;)

każda religia jest jak wiecznie wilgotna glina. Ciągle można ją formować i układać tak, by pasowała do danych czasów, a wszelkie dziury można zakleić Planem Bożym i głupotą człowieka.

To jest fajne.

– W wypadku statku transportowego, który wracał z księżyca

Masz na myśli ziemski Księżyc? To chyba z wielkiej, bo tak masz jakiś tam księżyc dowolnej planety.

po wylądowaniu na ziemi.

To samo co wyżej.

Gdy skończyliśmy, a służący zabrali wszystkie naczynia, arcybiskup poprosił mnie na słowo. Zaprowadził mnie

Moje przypuszczenia potwierdził się

Literówka.

Byli jednak piękni. Nie potrafiłem jednak odróżnić samca od samicy

a jedzenie arcybiskupa dawało o sobie znać

Trzeba było go nie jeść.

Pojmowali nasz język, jednak my nie mogliśmy nauczyć się ich języka.

Tutejsze był o wiele groźniejsze

Literówka.

Trwaliśmy tak jakąś chwilą,

Chwilę.

 

To tylko pospieszna łapanka, starałem się nie zwracać uwagi.

Pozwolę sobie podzielić komentarz.

Pomysł – podoba mi się. Wizja chrystianizacji obcych planet jest naprawdę super. Reszta nieco kuleje. Głównym bohaterem jest wysłany w kosmos młody misjonarz, który przez całe opowiadanie na każdym kroku nie zgadza się i gardzi organizacją, do której należy. W dodatku dobrowolnie. Pokazujesz Kościół stereotypowo i płasko. Wszyscy źli. Jeden sprawiedliwy, który posiada kręgosłup moralny. No tak sobie. Reszta raczej standardowo – uciśniony lud tubylczy, przebrzydli koloniści i wyzysk, panie, wyzysk.

Ładnie wplecione cytaty z biblii. Za to plus.

Twist na końcu też całkiem, całkiem.

Zwrócę uwagę jeszcze na bohatera. Pojawia się na obcej planecie, by głosić ewangelię. Nic nie robi tylko narzeka i pogardza. Na koniec po tym nic nierobieniu umiera. Nie wykazał żadnej akcji. Jest jakaś szansa na jego przemianę, gdyby najpierw w ten Kościół wierzył, a dopiero jak zobaczył, co się wyprawia zmienił zdanie i stanął po stronie ciemiężonych. A tak, to wziął i umarł.

Warsztat – powiem wprost: jest niechlujnie. Większość błędów powinieneś wyłapać sam i oddawanie tekstu do bety w takim stanie świadczy o lenistwie. Zrzucę to na debiut, ale szanuj czas innych. Lwią część literówek mogłeś poprawić bez niczyjej pomocy.

Styl jest raczej charakterystyczny dla początkującego. Nie masz wypracowanego własnego sposobu narracji i jeszcze niezbyt czujesz co chcesz napisać. Opisy są chaotyczne i wplotłeś sporo moralizatorstwa. Napiszesz kilka opowiadań i będzie lepiej. Zwłaszcza, że było parę całkiem ładnych zdań, czy przemyśleń.

 

 

Głównym bohaterem jest wysłany w kosmos młody misjonarz, który przez całe opowiadanie na każdym kroku nie zgadza się i gardzi organizacją, do której należy. W dodatku dobrowolnie. Pokazujesz Kościół stereotypowo i płasko. Wszyscy źli. Jeden sprawiedliwy, który posiada kręgosłup moralny.

Właśnie chodziło mi o to, by nie we wszystkim się zgadzał, by wątpił, pytał i rozmyślał, a nie tylko ślepo podążał za innymi. Ma wątpliwości co do praktyk Kościoła i do samej Bożej Woli. Chciałem pokazać, że warto najpierw podsumować wszystko to, co się zna, a potem zastanawiać się, czy to na pewno moja droga i czy na pewno tak chcę postępować, nawet jeśli inni mówią, że spotka mnie za to potępienie.

Jeśli chodzi o Kościół, to może faktycznie ukazałem zbyt mało postaci pozytywnych (głównie zależało mi na Eliaszu i Adeni, którzy wierzą, ale inny sposób, niż chcieliby to księża.

 

Reszta raczej standardowo – uciśniony lud tubylczy, przebrzydli koloniści i wyzysk, panie, wyzysk.

Tu akurat się zgadzam, temat oklepany z historii i filmów (chociażby Pocahontas), aczkolwiek na początek chciałem coś przerobić i dodać swojego, niż tworzyć jakieś nowości, które mogą być frustrujące dla czytelnika.

 

Pojawia się na obcej planecie, by głosić ewangelię. Nic nie robi tylko narzeka i pogardza. Na koniec po tym nic nierobieniu umiera. Nie wykazał żadnej akcji. Jest jakaś szansa na jego przemianę, gdyby najpierw w ten Kościół wierzył, a dopiero jak zobaczył, co się wyprawia zmienił zdanie i stanął po stronie ciemiężonych

Pierwszą wizją było dołączenie do rebelii, jednak byłoby to trochę nawinę. Obcy go nie znają (sami boją się ludzi i są do nich negatywnie nastawienie, więc czemu on miałby być wyjątkiem?) Mógłbym to jednak jakoś wcisnąć i stworzyć alternatywne zakończenie (postarać się, by nie było naciągane), jednak najpierw chciałbym poznać opinie ludzi na ten temat – wtedy to rozważę.

 

Napiszesz kilka opowiadań i będzie lepiej.

Też mam taką nadzieję, sam zauważyłem mały postęp w porównaniu do fragmentów fantasy, które pisałem wcześniej (nie mówiąc o XIX-wiecznym łowcy wampirów, przy którym stawiałem pierwsze kroki w pisaniu)

 

Bardzo dziękuję za komentarz i wszelkie rady. Na pewno wezmę je do serca i następne opowiadanie będzie lepsze i schludniejsze.

 

 

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Chciałem pokazać, że warto najpierw podsumować wszystko to, co się zna, a potem zastanawiać się, czy to na pewno moja droga i czy na pewno tak chcę postępować, nawet jeśli inni mówią, że spotka mnie za to potępienie.

Problem polega na tym, że na kartach opowiadania nie prezentujesz dylematu etycznego, ponieważ stanowisko Kościoła wobec tubylców nie wykazuje żadnych znamion moralnej refleksji. Arcybiskup postępuje w sposób jednoznacznie zbrodniczy i nie przedstawiłeś żadnych wyższych racji, które mogłyby usprawiedliwiać popełniane przez niego ludobójstwo (oprócz motywacji czysto pragmatycznej).

chciałem coś przerobić i dodać swojego, niż tworzyć jakieś nowości, które mogą być frustrujące dla czytelnika.

Tu masz rację, że czasem lepiej trzymać się prostej myśli i podążyć za nią, niż uwikłać się w strumień świadomości, który jest zupełnie nieinteligibilny. Niestety wiele portalowych tekstów cierpi na tę przypadłość.

Pierwszą wizją było dołączenie do rebelii, jednak byłoby to trochę nawinę. Obcy go nie znają (sami boją się ludzi i są do nich negatywnie nastawienie, więc czemu on miałby być wyjątkiem?) Mógłbym to jednak jakoś wcisnąć i stworzyć alternatywne zakończenie (postarać się, by nie było naciągane), jednak najpierw chciałbym poznać opinie ludzi na ten temat – wtedy to rozważę.

Moim zdaniem zadecydowałeś słusznie.

Bierzesz stare wątki i je łączysz. Trochę mało dodajesz od siebie, ale niech Ci będzie.

Początek bardzo przypominał mi “Księgę dziwnych nowych rzeczy” Fabera, a koniec – któreś opowiadanie Lema.

Wszystko tu jest mocno czarno-białe. Nie ma żadnego dylematu, od początku pełna jasność. Jak dla dzieci.

No, ale ogólnie tematyka ciekawa. Zderzenie misjonarskich kościołów dwóch ras mogłoby wyjść interesująco…

Zostało Ci sporo literówek.

Nowe Eden jest o połowę mniejszy od ZIemi.

Nowy mniejszy albo Nowe mniejsze. Ziemi niepotrzebnie druga litera wyskoczyła duża.

Jadąc pojazdem przez dżunglę,

Słabo to wygląda.

Babska logika rządzi!

No cóż, przykro mi to pisać ale opowiadanie nie podoba mi się. Pomysł dość wtórny, w dodatku umownie fantastyczny, opisujący wydarzenie mało różniące się od tego, co działo się w czasach kolonializmu – ot, tutaj rzecz dzieje się na innej planecie, a nie np. w Afryce, a kolonizatorami nie są wielkie królestwa i cesarstwa, a Kościół.

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia, ale ponieważ zorientowałam się, że nie masz zwyczaju poprawiać palcem wskazanych błędów i usterek, tym razem powstrzymałam się od zrobienia łapanki, bo uznałam, że szkoda mojego czasu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Właśnie chodziło mi o to, by nie we wszystkim się zgadzał, by wątpił, pytał i rozmyślał, a nie tylko ślepo podążał za innymi.

I to jest w porządku, ba, to jest wskazane. Tylko, że wrzucasz czytelnika w umysł bohatera, który nie tyle co wątpi, co jest jasno negatywnie nastawiony, a w sumie nie wiadomo z czego takie nastawienie wynika.

Dwie porady:

1. Poczytaj piórkowe opowiadania i przyjrzyj się jak są napisane oraz jak skonstruowane mają fabuły, na co położono nacisk, etc.

2. Jeżeli ktoś poświęcił czas, by wypisać błędy, które znalazł, to też poświęć swój i je popraw. W innym przypadku, ktoś może nie znaleźć chęci, by czytać i komentować Twoje kolejne opowiadanie, skoro ignorujesz opinie i łapanki.

Finklo, rozumiem, że wątki mogą być oklepane, ale na ćwiczenie nie chciałem brać czegoś bardzo nowego czy oryginalnego, by się nie pogubić i utknąć fabularnie. Im więcej tu publikuje, tym więcej wiem, a beta Błogosławionych bardzo mi w tym pomogła.

Postaram się, by moje następne opowiadania były bardziej oryginalne i mniej czarno-białe, bo sam bardzo nie lubię takiego motywu. Będę czytać więcej i kiedyś na pewno będzie lepiej. Oczywiście dziękuję za przeczytanie i opinię. 

 

Ac, dziękuję za rady i postaram się do nich zastosować. Bety poprawiam, Darkest Minds specjalnie zostawiłem na później, kiedy będę mieć na to jakis pomysł, a początkowe prace uznane powszechnie za beznadziejne po prostu porzuciłem.

 

Dziękuję za komentarze.

 

EDIT:

Co do ‘Księgi dziwnych nowych rzeczy’ to nie miałem okazji przeczytać, więc nie wiem czy jest podobnie, ale postaram się to nadrobić i w miarę możliwości zmienić to i owo, by nie było podobnie.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Pomysł przedstawienia chrystianizacji innych światów zawsze mnie ciekawił. Może nie jest odkrywczy, jednak niesie za sobą spore możliwości przyjrzenia się spotkaniu religii z Ziemi i totalnej inności, kultury. Co otrzymałem w Twoim wydaniu? Mocny standard. Zgadzam się z jednym z poprzednich komentatorów, że wydarzenia równie dobrze mogłyby się zdarzyć nawet dzisiaj, w jakiejś zapomnianej części świata.

Mamy więc mocno czarno-biały obraz, bardzo zły Kościół, nie do końca złego misjonarza, raczej prostą fabułę. SF jest tu tylko atrybutem – obcy są zbyt nam podobni, by tutaj wynikła jakaś ciekawa sekwencja; planeta też się nie wybija. Wyobraź sobie ewangelizację istot z “Nowego Początku” – to dopiero byłaby jazda ;)

Jednak tekst ogólnie nie przeraża, widać po prostu, że nie miało to być niczym innym nad prostym opowiadaniem. Trochę szkoda.

Na koniec chwytaj przydatne linki, które pomogą Ci oszlifować następny tekst pod względem technicznym:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Co do ‘Księgi dziwnych nowych rzeczy’ to nie miałem okazji przeczytać, więc nie wiem czy jest podobnie, ale postaram się to nadrobić i w miarę możliwości zmienić to i owo, by nie było podobnie.

Hmmm. Nie musisz czytać, mnie się nie bardzo spodobało, a grube jest. “Księga” zaczyna się od tego, że ksiądz (a ściślej, pastor) leci na niedawno odkrytą planetę o nazwie “Oaza” prowadzić tam działalność misjonarską. Już w samolocie na Florydę zaczyna tęsknić do żony. Po locie FTL stanowiącym poważne obciążenie dla organizmu czuje się ledwo żywy, ale jak najszybciej chce spotkać się z tubylcami. Brzmi znajomo? ;-)

Ale potem się rozjeżdża – jego ufoki są skrajnie pacyfistyczne, bardzo chcą się nawracać. Wręcz zażądały od firmy, która ma monopol na loty FTL, przysłania księdza. Bo jak nie, to nie będą karmić kolonistów.

Babska logika rządzi!

NoWhereMan dziekuję za komentarz i linki, na pewno z nich skorzystam.

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

 Pomysł ciekawy i dobrze, że próbujesz się z nim mierzysz, ale przedstawienie czarno-białej rzeczywistości nie przemawia na korzyść. Nawet rozmowa Egerta z głównym bohaterem, mimo że uzasadniona, jakoś nie trzyma się całości. Mimowolnie przedstawiłeś głównego bohatera po którym spodziewałabym się czegoś więcej. Tak bardzo wątpi w instytucję, że czekałam na jakąś akcję z jego strony. Ale cieszy, że we wstępnej fazie pisania wiedziałeś o fabularnych pułapkach i starałeś się je ominąć. Ucierpiała na tym fabuła, ale jest czas na więcej opowiadań.

ps. poprawiaj literówki, bo niektóre są naprawdę banalne.

pss. jeśli w zdaniu złożonym stosujesz łącznik “oraz” nie dajesz przecinka.

Dziękuję za komentarz, będę zwracać większą uwagę na błędy, a następne opowiadanie na pewno będzie lepsze ;)

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Nowa Fantastyka