- Opowiadanie: katia72 - Oczy zalane atramentem

Oczy zalane atramentem

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Oczy zalane atramentem

I. Córka i matka

 

Czy kiedyś nas nie było? Czy kiedyś nas nie będzie? Nas jako ludzi? Czy ja miałam szansę, kiedykolwiek się tego dowiedzieć? Czy fakt, że nie pamiętałam czasu sprzed swoich urodzin, świadczył, że po śmierci przestanę cokolwiek odnotowywać? Czy raczej, że nigdy się nie urodziłam i że nigdy nie umrę? Miałam pomarszczone dłonie i strasznie bałam się nieistnienia.

Czerwone słońce powoli zachodziło za horyzont, zmieniając chmury w ociekające krwią krowie czaszki. Wiatr tańczył z torebką foliową o dziwnym, metalicznym kolorze, przywodzącym mi na myśl czajnik, w którym matka gotowała wodę na herbatę o smaku cytrynowej melisy. Ciągnęłam wózek z puszkami, co parę kroków zatrzymując się, by głęboko odetchnąć. Wciągałam w płuca zadymione powietrze i kaszlałam, tak jakbym chciała wypluć z siebie wnętrzności.

Wielkie Krematorium. Przyspieszyłam. Spadzisty, czarny dach, dwa kominy w kształcie zwężonych prostopadłościanów i malutkie okna. Ponury obiekt kreował w mojej głowie czarno-białe obrazy z czasów Drugiej Wojny. Setki porozrzucanych, rozkładających się butów, paski od spodni, potłuczone talerze i wychudzone twarze o ogromnych oczach. Obozy koncentracyjne znałam tylko z filmów i książek, przyszłam na świat przecież prawie sześćdziesiąt lat po kapitulacji Japonii. Wtedy, oglądając migawki z wojennego koszmaru, traktowałam je trochę jako fantastykę, a dzisiaj… Zardzewiałe kółka wydały z siebie nieprzyjemny, skrzypiący dźwięk. Westchnęłam, po czym naciągnęłam czapkę na uszy, zacisnęłam wargi i ruszyłam do przodu, starając się nie patrzeć na szary budynek i dymiące kominy.

Klatka schodowa śmierdziała środkami chemicznymi i trutką na zmutowane szczury. Ostrożnie otworzyłam drzwi do mieszkania i zajrzałam do pokoju. Eliza spała, zwinięta w kłębek niczym kocię szaro-białego sfinksa. Na palcach podreptałam do kuchni i zaczęłam wkładać puszki do metalowej szafy. Brązowe układałam w równych rzędach na dolnych półkach, a niebieskie na górnych. Zapas żarcia na kolejny tydzień. Żarcia, nie jedzenia, bo wyglądało i z pewnością smakowało gorzej niż karma dla psów z okresu, kiedy jeszcze żyły psy.

Czułam się słaba i zmęczona, usiadłam przy stole, wsparłam głowę na ręce. Obraz zafalował… Miałam siedemnaście lat i stałam przy oknie w kuchni, której ściany pomalowane były na orzechowo. Podbiegł do mnie brat, pociągnął za rękaw i krzyknął:

– Gośka, wojna!

– Wojna? – zapytałam, patrząc na przechodniów spokojnie przemierzających skąpane w słonecznych promieniach ulice, po czym przeniosłam wzrok na Wojtka i poważnym tonem dodałam: – Nie rób sobie głupich żartów.

Tylko, niestety, mój brat nie żartował. Czterdzieści trzy lata temu wybuchła Wielka Wojna i to nie międzypaństwowa, nie światowa, lecz międzyplanetarna. Ziemia została zaatakowana przez Inkmenów z Farres. Obie nazwy zostały wymyślone przez ludzi. Inkmeni, bo najeźdźcy mieli oczy niczym zalane czarnym atramentem, a Farres, bo pochodzili z bardzo daleka, z planety znajdującej się poza Układem Słonecznym. To, jak oni na siebie samych wołali, było dla człowieka nie do powtórzenia.

Wojna trwała niecałe dwa tygodnie i od samego jej początku wiedzieliśmy, że nie mamy żadnych szans na wygraną. Wypuszczane przez nasze wojsko rakiety i pociski odbijały się od niewidocznej osłony roztaczanej przez latające spodki niczym od trampoliny, po czym z impetem uderzały w Ziemię. Tak to przynajmniej wyglądało na ekranie plazmowego telewizora w salonie rodziców, przed którym ostatni raz w życiu staliśmy całą rodziną. Matka, mimo iż od paru lat zadeklarowana ateistka, trzymała w ręce różaniec – swoją drogą nie miałam pojęcia, skąd go wzięła – i odmawiała zdrowaśki, ojciec pił ze szklanki wyborową, Wojtek płakał, a ja obgryzałam paznokcie.

– Cholera, te świry od UFO miały rację! – wrzasnął wtedy ojciec, po czym ponownie napełnił szklankę.

Popatrzyłam przez okno na unoszący się nad dzielnicą statek. UFO, nie, to już nie było UFO, bo zostało zidentyfikowane, albo raczej samo się zidentyfikowało. Wiszący w powietrzu talerz w kolorze stali, ale wykonany z materiału bardziej przypominającego plastik niż metal, rozświetlał niebo dziesiątkami fioletowych kontrolek. Takich statków dryfowało nad samą Polską ponad tysiąc. W jednym z nich…

– Mhm. Mhmrr. Mrr.

– Eliza. – Powoli się podniosłam, podeszłam do stojącej w progu córki i położyłam dłoń na kościstym ramieniu. Wskazałam na szafę. – Jesteś głodna?

Przytaknęła. Przełożyłam zawartość niebieskiej puszki do aluminiowej miski, po czym przykryłam miskę pokrywką wyposażoną w coś przypominającego gąsienicową słomkę. Eliza usiadła na taborecie i zaczęła powoli wciągać papkę, wyglądającą niemal identycznie jak białko kurzego jaja. Gdy skończyła, spojrzała na mnie wielkimi, czarnymi oczyma i lekko stuknęła zakrzywionym paznokciem o blat.

– Jeszcze jedną?

– Mhm.

Jadła, a może bardziej pasowałoby tu określenie piła, a ja gapiłam się na jej szpiczaste uszy, a potem na długą szyję, na wystający kręgosłup i na pomarszczoną, szaro-białą skórę. Moja córka. Tylko ile w niej było ze mnie? A ile z tych… tych ufoków? Wzdrygnęłam się, zacisnęłam pięści. Czemu ciągle musiałam do tego wracać, czy nie mogłabym po prostu zapomnieć? Ale, ale jak to zapomnieć? Jak wyprzeć z umysłu coś, co w pewnym sensie było początkiem nowego świata? Eliza powstała z mojej komórki jajowej i czegoś, co chyba można by nazwać sztucznym plemnikiem z materiałem genetycznym Inkmanów.

Zostałam zapłodniona w jednym z laboratoriów mieszczących się na pokładzie latających spodków. Z samego zabiegu niewiele pamiętałam… Po tym, kiedy Ziemia skapitulowała, przyszli po nas żołnierze, nie obcy, tylko ludzie tacy jak ja. Jedyną różnicą był metaliczny pobłysk ich tęczówek. Wsadzili mnie w kaftan bezpieczeństwa, wstrzyknęli w ramię zielonkawy płyn i wpakowali do furgonetki. Widziałam wszystko jak przez mgłę. Wciągana w górę kapsuła, ostre światło, wydłużony pysk obcego, bardzo szybko poruszające się nozdrza i te straszne, atramentowe oczy. Myślałam, że mnie zabiją, ale nie. Nastała ciemność. Obudziłam się na leżance, takiej ukradzionej ze szpitala, unieruchomiona pasami wśród innych skrępowanych kobiet. Wszystkie byłyśmy młode, przerażone i nagie…

Nie wiedziałam dlaczego, ale najbardziej przeszkadzała mi ta nagość. Czułam się obnażona z człowieczeństwa, jakby Inkmeni pozbawili mnie nie tylko ubrania, ale też honoru, poczucia własnej wartości, godności osobistej, nadziei. Powinnam, jak ci, którzy nie mogli znieść myśli bycia podporządkowanym ufoludkom, popełnić samobójstwo, ale byłam za słaba i za wszelką cenę niczym osaczone przez myśliwego zwierzę chciałam żyć. ŻYĆ. ŻYĆ. ŻYĆ.

– Mrr. – Eliza wyjęła słomkę z jasnoróżowych ust. Gluciasta papka spływała po jej brodzie i kapała na podłogę. Wstałam, ręcznikiem papierowym najpierw przetarłam twarz córki, a potem popękane płytki. Umyłam dokładnie miskę, po czym włożyłam ją do kontenera dezynfekującego, bardzo podobnego do sterylizatora, przeznaczonego do odkażania butelek dla niemowląt. Moja córka, podobnie jak inne hybrydy człowieka z obcym, była wyjątkowo wrażliwa na bakterie przenoszone drogą pokarmową. Gdy miała trzy lata, złapała ludzką grypę żołądkową. Dostała strasznych torsji, wymiotowała czymś różowym, pienistym i obrzydliwie cuchnącym, a ja nie potrafiłam jej pomóc, ryczałam tylko jak bóbr. Cudem, a tak naprawdę przy pomocy kosmicznych technologii, obroniła się przed śmiercią.

Westchnęłam. Eliza skierowała wzrok w moją stronę, ale przez to, że nie miała źrenic, nie wiedziałam, czy patrzy na mnie, czy na wiszące na ścianie za mną opakowania ze słomkami. Ba, ja nawet nie byłam pewna, czy zdawała sobie sprawę z tego, że miała matkę. Zaprowadziłam ją do łazienki. Ostrożnie weszła do wyposażonego w zestaw różnego rodzaju rurek i węży basenu. Pociągnęłam dźwigienkę i brodzik napełnił się do połowy wodą. Eliza uchyliła usta, po czym ułożyła je w półuśmiechu. Bardzo lubiła kąpiele, czasami odnosiłam nawet wrażenie, że gdyby to od niej zależało, spędzałaby całe dnie, a może i noce w tych jak dla mnie pachnących zbyt intensywnie olejkach, szamponopodobnych płynach i mydłach o strukturze zwarzonego mleka.

Pod wpływem wody jej skóra nabierała lekko błękitnego odcienia i czyniła ją bardziej podobną do niebieskiego kota rosyjskiego niż do sfinksa. Zamknęła oczy, głęboko odetchnęła, wsparła głowę o zaokrąglony brzeg basenu. Chyba zapadła w drzemkę. Kochałam ją i tak bardzo żałowałam, że nie potrafiła mówić. Jej twarz, mimo iż inna od ludzkiej, kryła w sobie mnóstwo emocji, uczuć, patrząc na nią w pewien sposób, widziałam siebie. Usiadłam w kącie, objęłam rękoma nogi, wsparłam podbródek o kolana i zaczęłam rozmawiać sama ze sobą, zadawać sobie pytania, na które nie byłam w stanie odpowiedzieć.

Czy ja przetrwam w niej, ja jako człowiek, ja jako zestaw genów? Przecież zgodnie z teorią Darwina ludzie nie zawsze byli ludźmi. No tak, ale Inkmeni nie wyewoluowali z człowieka, oni nas przejęli… Będziemy jedynie cegiełką w ich rozwoju. Ale z drugiej strony, może gdyby oni nas nie zaatakowali, sami przekształcilibyśmy się w ufoludki o atramentowych oczach? W pewnym sensie postępowaliśmy tak jak oni. Inkmanie postawili na rozwój technologiczny, ich mózgopodobne organy zwiększały się z pokolenia na pokolenie, zarówno u płci męskiej, jak i żeńskiej. Aż w końcu zdobyli umiejętność podróżowania w kosmosie, budowania statków latających z prędkością nadświetlną… Ba, oni nawet posiedli zdolność telepatii. Dźwięki wydawali jedynie do wymiany prostych poleceń. I… cóż, nie ma nic za darmo.

Ten niesamowity rozwój przypłacili zanikiem zróżnicowania płciowego, a raczej upodobnieniem się samic do samców, a co za tym poszło, utracili możliwość rozmnażania, ale czy my, ludzie, nie podążaliśmy w identycznym kierunku? Ja sama jeszcze przed Wielką Wojną nie planowałam posiadać potomstwa, chciałam przede wszystkim rozwijać swój mózg, bo… czy ta ciągłość gatunkowa była rzeczywiście w życiu najważniejsza? Stawianie na jednostkę, czy na przetrwanie rasy? Czy… Czy… Czy… Ukryłam twarz w dłoniach. Tu i teraz, w tej wyrwanej z filmu sci-fi łazience, nie znałam odpowiedzi na żadne z tych pytań.

Eliza chrząknęła, przeciągnęła się, bardzo powoli otworzyła oczy, po czym wcisnęła opcję spuszczania wody. Wstałam, podałam córce puszysty, wyjątkowo miły w dotyku ręcznik i pomogłam się wytrzeć. Jej skóra z sekundy na sekundę wracała do swojej „normalnej”, kocio-sfinksowej barwy.

Podreptałyśmy do pokoju, przyniosłam kubek ze słomką wypełniony seldeo. Podałam go Elizie i… coś huknęło, potem usłyszałyśmy tupot ciężkich butów na korytarzu, a chwilę później rozległ się przeraźliwy krzyk. Na moment zapanowała cisza, po czym do moich uszu dobiegł rozhisteryzowany, kobiecy głos:

– Zostawcie mnie! Potwory! Au! Nie!

Znowu cisza i znowu dudnienie wojskowych buciorów. I krzyk. I cisza.

Eliza przymknęła powieki, położyła dłoń na mojej ręce. Czułam, jak się trzęsła i jak mocno biło jej serce. Upuściła kubek, z którego wylał się seledynowy płyn.

– Nie! Nie! – Głos rozpaczy, tym razem zza okna.

Pocałowałam córkę w czoło, pogłaskałam po pomarszczonej głowie. Uśmiechnęła się smętnie, usiadła na łóżku, a ja wyjrzałam na zewnątrz. Dwóch żołnierzy z karabinami i dwóch Inkmeni w szarych kombinezonach, z maskami na twarzach, a między nimi obezwładniona niewiasta owinięta błyszczącą folią. Jeden z ufoludków wepchał jej w usta kulkę. Zamilkła. Żołnierze popchnęli ją lufami, po czym zapakowali do furgonetki. Inkman, który wsiadał do auta jako ostatni, na chwilę odwrócił się w moim kierunku, jakby wiedział, że ich obserwowałam. Spojrzał na mnie tymi swoimi atramentowymi ślepiami niby podobnymi do oczu Elizy, ale ziejącymi przeraźliwym zimnem i pustką. Poczułam nieprzyjemne kłucie w podbrzuszu, przełknęłam ślinę. Na szczęście po chwili furgonetka ruszyła. Pojechała na północ, w stronę Wielkiej Umieralni.

Sprzątnęłam podłogę, umyłam kubek i ponownie nalałam seldeo. Spoczęłam obok Elizy. Zaczęła pić, a mnie nagle dopadł silny głód. W sumie nie miałam się czemu dziwić, od rana nic nie jadłam.

– Przepraszam – wyszeptałam i poszłam po brązową puszkę.

Zanim zdążyłam ją otworzyć, rozległo się pukanie do drzwi. Wyjrzałam przez wizjer. Karina, sąsiadka mieszkająca piętro nad nami. Miała wypieki na policzkach, krople potu na czole i ciężko dyszała. Otworzyłam.

– Wejdź, proszę – powiedziałam, po czym poszłam zamknąć pokój, w którym Eliza właśnie kończyła pić swoje seldeo. Córka nie lubiła, gdy ktoś mnie odwiedzał. Niezależnie czy były to inne mieszkanki naszego bloku, konserwatorzy, Inkmeni czy żołnierze. Najbardziej nie cierpiała tych ostatnich. Z Inkmenami… Czasem odnosiłam wrażenie, nie, byłam pewna, że nawiązuje z nimi kontakt telepatyczny.

Karina przetarła twarz chusteczką. Zaprowadziłam ją do kuchni i zapytałam:

– Chcesz wody?

– Będę wdzięczna. – Odetchnęła głęboko. – Wiesz, co się stało?

Podałam jej kubek i nakładając papkę z puszki na plastikowy talerz, odpowiedziałam:

– Nie, widziałam tylko skrępowaną dziewczynę z żołnierzami i dwóch Inkmenów.

– Wczoraj ją przywieźli z położniczego razem z dzieckiem. Nawet nie zdążyłam się dowiedzieć, jak miała na imię. – Karina wypiła łyk wody. – Bo… ona zabiła niemowlę i potem próbowała się powiesić, ale jej nie wyszło. Kiedy tylko usłyszałam krzyk, uchyliłam drzwi i podglądałam wszystko przez szparę.

– Ufoki chyba ciągle nas monitorują. A ta dziewczyna, ona i tak przecież długo nie pożyje. – Westchnęłam ciężko. – Cóż, nie ona pierwsza i nie ostatnia.

– W pewnym sensie wcale się jej nie dziwię. – Karina rzuciła mi pełne złości spojrzenie, jakbym to ja w jakiś sposób była odpowiedzialna za dramat, który rozgrywał się na Ziemi.

Przez chwilę milczałyśmy, nie wiedziałam, co powiedzieć. Ja też się nie dziwiłam, ale… nie potrafiłabym zabić własnego dziecka, jakiekolwiek by ono nie było, chore, nienormalne, skrzyżowane z ufoludkiem… Patrzyłam na stół, ale widziałam podłużną twarz Elizy. Gdyby nie te oczy, szpiczaste uszy, kolor skóry i brak włosów, niewiele różniłaby się od buzi ludzkiej dziewczyny, takiej może odrobinę nietypowej, ale kryjącej w sobie nieziemskie piękno. „Nieziemskie” – powtórzyłam w myślach.

– Powinniśmy ich posłuchać. – Karina odstawiła kubek i przejechała opuszką po aluminiowej krawędzi.

– Kogo? – zapytałam, czując narastającą we mnie niechęć do dalszej rozmowy.

– Porwanych przez UFO. Oni ostrzegali nas już ponad dwieście lat temu. Dwa wieki! Może bylibyśmy się w stanie przygotować, odeprzeć atak, wysłać na latające statki bomby atomowe! – Na policzkach sąsiadki znowu pojawiły się bordowe wypieki.

Wzruszyłam ramionami i wymamrotałam:

– Prędzej wysadzilibyśmy w powietrze Ziemię, niż wygrali z Inkmanami.

– No i może tak byłoby lepiej. Człowiek został stworzony na podobieństwo Boga, a teraz… Teraz hodujemy tu zastępy Szatana!

Usłyszałam skrzypienie drzwi i w kuchni pojawiała się Eliza.

– Mhm. Mhm. Mrrmm.

Popatrzyłam ze złością na Karinę, po czym wstałam i przytuliłam córkę. Sąsiadka chrząknęła, cicho wybełkotała:

– Przepraszam.

I wyszła.

 

II. Ostatni spacer po puszki

 

Minęły dwa tygodnie, skończył się zapas puszek, a Eliza dzisiaj rano świętowała swoje czterdzieste urodziny. Przez te ostatnie dni prawie nigdzie nie wychodziłam, starając się jak najwięcej chwil spędzić z córką, bo… bo wiedziałam, że mój czas z nią dobiegał końca.

Jeszcze zanim wyruszyłam z wózkiem po puszki, na korytarzu usłyszałam kroki, a potem pukanie do drzwi. Inkman, sam, bez żołnierzy. Drżącą ręką nacisnęłam klamkę. Obcy zmarszczył czoło w taki sposób, że przecięły je trzy pionowe linie, po czym wyjął z kieszeni skafandra urządzenie w kształcie stożka z okrągłym wyświetlaczem, na którym pojawiły się słowa:

„Piątek, piętnasty listopada, godzina dziewiąta zero zero. Bądźcie gotowe do odbioru”.

Przeczytałam i przytaknęłam, a on podszedł do Elizy, po czym ustawił się naprzeciwko niej tak, że ich twarze dzieliło mniej niż pół metra. Obydwoje zesztywnieli. Wydawało mi się, iż widziałam prądy powietrza przelatujące między oczami córki a obcego, ale nie byłam pewna, czy to złudzenie, czy rzeczywistość. Wiedziałam za to, że ze sobą rozmawiali i… czułam zazdrość, że ten Inkman mógł, a ja… ja, matka… Poczułam cieknące po policzkach łzy.

Obcy podszedł do okna, w niewiadomym celu wyjrzał na zewnątrz, po czym skinął głową najpierw w stronę Elizy, a potem w moją i opuścił pokój. Gdy już zobaczyłam go odjeżdżającego swoim śmiesznym, pięciokątnym samochodem, a raczej pojazdem sunącym, bo ten kosmiczny sprzęt nie posiadał kół, tylko dziwne, błoniaste falbanki, które zostawiały po sobie na ulicy mokre ślady, włożyłam jesionkę, naciągnęłam na nogi mocno zniszczone gumiaki i wypchnęłam wózek na korytarz.

– Gosia… – usłyszałam cichutki głos, obróciłam się i ujrzałam opartą o poręcz Karinę.

– Tak?

Przywołała mnie palcem wskazującym. Zmarszczyłam brwi i niechętnie zbliżyłam się do sąsiadki.

– Gośka, uciekaj – zaczęła szeptać mi na ucho. – Uciekaj, to twoja ostatnia szansa, jutro i tak zabiorą ci Elizę, a ciebie umieszczą w Umieralni.

– O czym ty bredzisz? Gdzie niby mam uciekać?

Karina złapała mnie za rękę.

– W góry. Ukryj się w kontenerze ze śmieciami, a kiedy zapadnie zmrok, przedostań się na obrzeża, do lasu. Słyszałam, że powstańcy już tam dotarli. Oni cię uratują.

– Kto ci naopowiadał takich głupot? – Popatrzyłam na swoje zmarszczone dłonie. Westchnęłam. – Ja… przecież i tak jestem stara.

– Nie chcesz umrzeć jako wolna jednostka? Wśród swoich, mieć pogrzeb, należyty pochówek… – Karina kaszlnęła, przyłożyła chusteczkę do ust, z jej nosa poleciała strużka krwi. – Muszę iść. A ty, uciekaj.

Ze zwieszoną głową poczłapała na górę, a ja umieściłam wózek na szynach i ściągnęłam go na dół. Wychodząc z klatki, minęłam ogromnego, zdechłego szczura leżącego w kałuży szafirowej krwi. W powietrzu czuć było woń rozkładającego się mięsa i środka do czyszczenia toalet.

Karina… Ona już zupełnie postradała zmysły. Uciekać?! Powstańcy? Nie rozumiałam tych, którzy wciąż się łudzili, tych, którzy wierzyli, że gdzieś w górach, gdzieś w podziemnych bunkrach ukrywają się wolni ludzie. Partyzanci, którzy pokonają Inkmanów, wybiją wszystkie hybrydy i świat będzie wyglądał tak, jak przed Wielką Wojną. Na rękę spadła mi kropla deszczu. Spojrzałam na niebo. Szare, nie, nie szare, tylko stalowe, jakby zanieczyszczone kolorem latających spodków.

Weszłam do aluminiowego baraku, w którym wydawali jedzenie, ustawiłam się w kolejce. Przede mną stały trzy kobiety, wszystkie wpatrzone w swoje wózki. Smutne, nie, raczej zobojętniałe, z pewnością znieczulone tabletkami… Ja też tak kiedyś wyglądałam. Odstawiłam leki uspokajające zaledwie trzy lata temu i ciągle od czasu do czasu łykałam pigułki nasenne. Zakapturzony mężczyzna z kilkudniowym zarostem zbliżył czytnik do umieszczonego w moim nadgarstku chipa i wymamrotał:

– Zaopatrzenie na trzy dni. Zgadza się?

– Tak – odpowiedziałam. Spojrzał mi w oczy, zacisnął wargi, po czym bez słowa zaczął podawać puszki, najpierw niebieskie, a potem brązowe. Włożyłam je do wózka i dokładnie przykryłam folią przeciwdeszczową.

– Dziękuję – wyszeptałam. On nie miał tego metalicznego pobłysku w tęczówkach. On był zwykłym więźniem. Nie przeszedł na stronę Inkmanów, nie pozwolił wkraść się im do swojego mózgu i pewnie teraz myślał, że ja… Że ja przyczyniam się do upadku ludzkości. Pewnie mnie nienawidził. – Do widzenia.

– Do widzenia. – Jego głos zabrzmiał sucho i obojętnie.

Kiedy z powrotem wyszłam na ulicę, lało. Założyłam kaptur, zapięłam płaszcz pod samą szyję i ruszyłam w stronę blokowiska. Pierwszy raz, od kiedy zamieszkałam na osiedlu dla matek, mój wózek nie był wypełniony nawet do połowy. Ilość puszek, ilość czasu, ilość uczuć. Miałam mokre skarpetki, w dziurawych gumiakach chlupotała zimna woda. Zakręciło mi się w nosie, kichnęłam. Do mieszkania wróciłam, cała się trzęsąc.

Eliza spała. Zwykle, gdy zostawiałam ją samą, uciekała do krainy marzeń i koszmarów. Nierzadko zazdrościłam jej tej umiejętności zasypiania na życzenie, niezależnie od pory dnia, niezależnie od tego, że kwadrans wcześniej przebudziła się po dziesięciu godzinach nieprzerwanego snu. Poszłam pod prysznic. Musiałam się rozgrzać. Namydliłam pomarszczone łydki, uda, brzuch, piersi i ręce. Miałam sześćdziesiąt jeden lat, wyglądałam przynajmniej na siedemdziesiąt, a czułam się na sto. Byłam stara i… Nie, ja nie chciałam umierać. Ja cholernie bałam się śmierci.

– Mrr. Mhm. Mrr.

– Już idę, sekundka. – Pospiesznie się wytarłam, owinęłam ręcznikiem i wpuściłam Elizę do łazienki. W wyrazie jej twarzy, przymrużonych oczach, zaciśniętych wargach i lekko podniesionych brwiach dostrzegałam smutek, ale też ekscytację i swego rodzaju radość.

Poszłyśmy do kuchni, nałożyłam do miski półprzezroczystą papkę, nalałam do kubka seldeo, usiadłam naprzeciwko córki i po prostu się na nią gapiłam. Chciałam, żeby użyła swoich nadludzkich mocy, przeniknęła przez moją czaszkę i zaczęła ze mną rozmawiać tak jak Inkmanie, telepatycznie… Przecież ufoludki potrafiły wnikać w mózgi niektórych ludzi. Ci z metalicznymi tęczówkami to byli… No, właśnie, oni byli ich poddanymi, wykonywali jedynie posłusznie rozkazy kosmitów. Może obcy z nimi nie rozmawiali, tylko kontrolowali niczym umysłowych niewolników? Odwróciłam wzrok w stronę okna. Ciągle padał deszcz.

 

III. Zastygnięta w bezruchu dryfuję ku gwiazdom

 

Piątek, piętnasty listopada. Na odbiór byłyśmy już gotowe o ósmej. Siedziałyśmy obok siebie na łóżku. Eliza naga, bo ubrania drażniły jej delikatną skórę, a ja w beżowej sukience z płaszczem w ręce. Z kuchennej szafki zniknęły wszystkie puszki, zarówno te dla kosmitów, jak i te dla ludzi. Nasz czas się skończył, to znaczy… Spojrzałam na wbudowany w ścianę zegar o jaskrawożółtym wyświetlaczu i krwistoczerwonych cyfrach – zostały nam pięćdziesiąt dwie minuty i trzy sekundy. Położyłam dłoń na ręce córki.

– Będę za tobą tęsknić. Mam nadzieję, że wszystko się uda i że odnajdziesz swoje szczęście. Życzę ci… – Nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem.

– Mrrhr. Mrrrhhh. – Eliza położyła głowę na moim ramieniu.

Nabrałam głęboko powietrza i zadałam sobie pytanie, czy ona była świadoma tego, że ja niedługo umrę i że już nigdy mnie nie zobaczy. Jeszcze kiedy była dzieckiem, takim, jak na żyjących po pięćset, sześćset lat Inkmanów, naprawdę małym, próbowałam uczyć ją wymyślonego przeze mnie języka migowego, ale z nieznanego mi powodu prawie nic z tej nauki nie wyszło. Prawie, bo Eliza, gdy chciała zwrócić na siebie uwagę, stukała palcem w stół, przytakiwała, gdy się z czymś zgadzała, kładła głowę na ramieniu, gdy chciała wyrazić empatię…

O zaznajamianiu córki z pisaniem i czytaniem po polsku musiałam zapomnieć, bo nie miałam dostępu ani do książek, ani do długopisów, ani do papieru, jedyne, co mi pozostawało to bazgranie opuszką po mokrej szybie. Wstałam, podeszłam do okna i narysowałam serce. Eliza powoli się podniosła i… kreski na wyświetlaczu ułożyły się w godzinę dziewiątą zero zero. Dokładnie w tym momencie przyszli nigdy się niespóźniający i nigdy niebędący przed wyznaczonym czasem Inkmanie.

Czterej. Tym razem pojawili się bez masek, za to z wężykami w dziurkach nosowych, prowadzącymi do średniej wielkości baniaczków umocowanych na ich piersiach. Jak dla mnie trzej byli prawie identyczni, a jeden wyglądał na odrobinę starszego. Miał bardziej od pozostałych pomarszczoną głowę. To on podał Elizie kombinezon, tylko jaki?! Brudnoróżowy! Byłam zaszokowana. Nigdy nie widziałam obcego w innym kolorze niż szary. Wydało mi się to takie do nich niepasujące, takie ludzkie.

– Mrr. Mhm. – Tym razem jeden z przybyszy poparzył na mnie. Dopiero gdy podszedł bliżej, zauważyłam maleńką bliznę nad jego lewym okiem. Czyżby oni też ze sobą walczyli? A może to pamiątka po potyczce z człowiekiem? Wskazał mi ręką drzwi.

Wstałam. Pomogłam córce naciągnąć jej nowy strój, włożyłam jesionkę. Czułam spływający mi po czole i plecach pot, zacisnęłam pięści, jakbym planowała bić się o Elizę z jej… jej zbiorowym ojcem. Wyszliśmy gęsiego na korytarz, kątem oka zauważyłam spoglądającą na nas z piętra wyżej Karinę. W jej spojrzeniu krył się strach wymieszany z szaleństwem. Bałam się, że zaraz skoczy na Inkmanów albo zacznie krzyczeć, ale nie, ona tylko patrzyła.

Na zewnątrz stały dwa pojazdy – furgonetka ustawiona przodem w stronę Wielkiej Umieralni i pięciokątny „falbaniak” wychylający swój ostro zakończony nochal w kierunku Centrum Medycznego, czyli kompleksu unoszących się nad ziemią olbrzymich, stalowych, połączonych między sobą transparentnymi rurami talerzy. Zatrzymaliśmy się między jednym a drugim środkiem lokomocji, po czym Eliza… ona… Nie mogłam w to uwierzyć. Ona podeszła do mnie i pocałowała w czoło. Pocałowała! Pierwszy raz w życiu. Załapałam ją w ramiona i znowu się rozpłakałam.

– Mhmmrrrr. Mrr. – Najstarszy Inkman wydał z siebie lekko zniecierpliwiony odgłos.

Eliza zacisnęła wargi i odeszła z dwójką obcych. Odjechała… By zostać matką. Tak jak ja czterdzieści trzy lata temu i podobnie do mnie miała zostać sztucznie zapłodniona. To był tajny plan Inkmanów – krzyżować hybrydy z ufoludkami i z pokolenia na pokolenie eliminować z ich krwi czynnik ludzki. Zapewnić przetrwanie gatunku kosztem człowieka…

– Mhgrt. Mghss. – Obcy szturchnął mnie swoim elektronicznym stożkiem.

Spojrzałam na niego z wyrzutem, po czym wsiadłam do samochodu. Auto w środku prezentowało się dużo bardziej kosmicznie niż na zewnątrz. Nie posiadało kierownicy, skrzyni biegów ani pedałów, a zamiast deski rozdzielczej zobaczyłam dotykowy, mieniący się żółcią i błękitem ekran. Tylko siedzenia niewiele się różniły od tych z hondy mojego ojca. Samochód bardziej płynął po jezdni, niż jechał, od czasu do czasu wpadając w stan dziwnych wibracji, podczas których robiło mi się niedobrze. Na szczęście po niecałych dziesięciu minutach byliśmy na miejscu.

Wielka Umieralnia. Przed wojną znajdował się tu szpital psychiatryczny, budynek z czerwonej cegły, o ozdobnym gzymsie i zakratowanych oknach. O tym, że tu trafię, wiedziałam od momentu, kiedy zaszłam w ciążę. Obcy za współpracę z mojej strony obiecali mi tak zwane lukrowane umieranie. Niektóre mieszkanki blokowiska dla matek nazywały ten proces również słodką śmiercią. Słodką śmiercią… Poczułam przeszywający mnie od stóp do głów zimny dreszcz. Kichnęłam.

Dostaliśmy się windą na ostatnie, szóste piętro. Hmm, rzeczywiście wszystko wyglądało tu wyjątkowo cukierkowo, ciepło i przyjemnie. Za wystrój na pewno nie odpowiadał Inkman, tylko człowiek. Sztuczne paprotki, wzorzysty dywan, na ścianach abstrakcyjne obrazy w żywych, w moim odczuciu chyba odrobinę za jaskrawych barwach i obite lekko różowym materiałem drzwi do… Jedne z nich prowadziły do sali, w której zostałam umieszczona.

Prysznic, piżama w kwiatuszki, całkiem szerokie łóżko i papka z brązowej puszki… Nawet tu nie było już innego jedzenia. Nie wiedziałam, dlaczego Inkmanie wstrzymali chów jakichkolwiek zwierząt i żywili nas tym syntetycznym syfem, produkowanym w futurystycznych fabrykach, zlokalizowanych głównie nad zbiornikami wody, ale pewnie mieli w tym swój cel. Zdaniem Kariny przemycali w brązowej brei jakieś trucizny, które osłabiały nasze zdolności umysłowe i czyniły nas bardziej uległymi, ale może najzwyczajniej na świecie chodziło im o kwestie organizacyjne. Tak czy inaczej, nie miałam apetytu, mimo iż był to mój ostatni przyjmowany doustnie posiłek. Bolało mnie gardło i coraz częściej kichałam.

W sali znajdowało się jeszcze pięć innych kobiet, matek, które podobnie jak ja oddały obcym swoje córki i wpatrzone w sufit czekały na śmierć. Zamieniłam z nimi parę słów i ułożyłam się do snu. Przytuliłam twarz do poduszki, zamknęłam oczy i najpierw zobaczyłam uśmiechającą się Elizę, a potem mojego brata udającego potwora. Lubił wkładać między zęby skórkę od cytryny i skakać mi na plecy, krzycząc:

– Obcy atakują!

Kiedy… Obraz zamigotał. Tata nie chciał puścić Wojtka. Żołnierz uderzył ojca w głowę. Matka została zakuta w kajdanki. Ja… Założyli mi kaftan bezpieczeństwa, zrobili zastrzyk i wyprowadzili. Krzyczałam, szamotałam się, kopnęłam nawet jednego z oprawców w brzuch. I nastała ciemność.

Otworzyłam oczy. W sali panował przyjemny półmrok, mimo którego ja sama wcale nie czułam się przyjemnie. Mama, tata, brat. Nie miałam pojęcia, co się z nimi stało. Ojca mogli Inkmanie próbować przemienić w swojego poddanego, ale jakoś w to wątpiłam. Bardziej prawdopodobne, że trafił do fabryki i teraz już pewnie nie żył. Matka albo została od razu odesłana do Umieralni, albo do produkcji puszek, a Wojtek… Obcy uśmiercili wszystkie nasze dzieci, to znaczy wszystkich chłopców. Dziewczynek potrzebowali przecież do swojego rozrodczego planu. Z tego, co wiedziałam, starali się to robić w jak najbardziej humanitarny sposób, ale… Wbiłam zęby w lewy nadgarstek tak silnie, że poczułam w ustach krew.

„Mamusiu! Czemu ja się nie zabiłam?! Czemu pomogłam tym potworom?!” – krzyczałam do siebie w myślach. I znowu zobaczyłam Elizę. Zasnęłam.

Obudziłam się z katarem i silnym bólem gardła. Obok łóżka stało dwóch lekarzy z metalicznym pobłyskiem w tęczówkach i jeden Inkman. Młodszy z mężczyzn powiedział:

– Pobierzemy ci próbki krwi i moczu, wykonamy tomografię komputerową mózgu. Zrelaksuj się, proszę. To nie będzie boleć. – Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że byłam pasami przypięta do materaca, tak, że nie mogłam się ruszać.

Spojrzałam na nich złowrogo, a oni otworzyli swoje walizeczki, wyjęli sprzęt i najpierw wbili w moją żyłę dużą igłę, następnie wepchali rurkę do cewki moczowej, a na koniec włożyli głowę do metalowego pudełka. Odleciałam. Pofrunęłam niczym ptak w czarną pustkę. Gdy odzyskałam świadomość, mogłam ponownie poruszać kończynami, lekarze zniknęli, a na krzesełku obok siedział starszy pan w obcisłym garniturze. Podał mi kubek z pomarańczowym płynem.

– Wypij to, proszę.

– Co to? Czy…

– Nie, złapałaś grypę i zanim rozpoczniemy proces wyciszania, musimy cię wyleczyć. Po tym lekarstwie zapadniesz w głęboki sen, a jutro rano będziesz się czuć jak nowo narodzona.

Wypiłam i tak jak obiecał nieznajomy, zasnęłam, a kolejnego dnia nie miałam już ani kataru, ani bólu gardła, ani… W ogóle nic mnie nie bolało, nie czułam nawet tego towarzyszącego mi od paru lat nieprzyjemnego napięcia i mrowienia w okolicach nadgarstków, łokci i kolan. Poza tym widziałam dużo ostrzej i chyba mój słuch też uległ poprawie. Leniwie zaczęłam rozglądać się po sali. Pozostałe pacjentki wciąż spały, dwie z nich podłączone już do inkmeńskich maszyn śmierci, trzy podobnie jak ja ciągle czekające na werdykt. Okienne kraty rzucały cień na idealnie wypolerowaną podłogę, a umieszczone w suficie wiatraczki obracały się wolniej niż wskazówka sekundowa w popsutym zegarze mojej babci.

– Mhmrrrmm.

Gwałtownie obróciłam się w kierunku drzwi. Do sali wszedł ufoludek w czymś będącym krzyżówką hełmu z kaskiem motocyklisty na głowie i człowiek w zielonym fartuchu ciągnący za sobą urządzenie wyposażone w cztery ekrany, co najmniej ze dwadzieścia rurek, trochę podobnych do tych z brodzika Elizy i mnóstwo różnego rodzaju, połączonych ze sobą przezroczystymi wężykami baniaczków, puszek, butelek…

– Jesteś gotowa? – zapytał mężczyzna.

Przytaknęłam i zamknęłam oczy. Zrobił mi zastrzyk, odczekał około minuty i moje ciało zdrętwiało. Wiedziałam, że wbijają igły w moje mięśnie, kości, narządy wewnętrzne… ale ja… ja to bardziej, hmm, rejestrowałam, niż czułam, tak jakby dokonywali tego wszystkiego nie na mnie, tylko na jakimś sztucznym obiekcie, transmitującym wybiórcze bodźce do mojego mózgu. To miało w sobie coś… bardzo… kosmicznego… bardzo… Bum. Czerń. Biel. Wybuch.

Podłoga zaczęła falować niczym wzburzone morze, kraty zamieniły się w pełzające węże, a wiatraczki w splątane włosy wlatujące wraz z wirującą wodą do odpływu w wannie. No i pacjentki… Ich twarze przekształcały się w krzyczące oblicza Inkmanów.

– Spokojnie, to zaraz minie. Zrelaksuj się, wszystko będzie dobrze.

„Wszystko będzie dobrze” – słowa mamy, po tym jak przewróciłam się na chodniku i zdarłam sobie skórę z kolana, słowa ojca, gdy dowiedział się o ataku obcych.

Oprzytomniałam. To znaczy, tak nie do końca, bo świat, życie, myśli… One uciekały, taki był przecież plan cukierkowej śmierci – zalać rzeczywistość kleistym lukrem. Nie wiedziałam, jak długo będzie trwać moje umieranie. Powiedzieli, że to zależy od indywidualnych cech organizmu, ale zwykle ze dwa, trzy dni. Inkmeni swój niesamowity wynalazek testowali już w latach trzydziestych ubiegłego stulecia na Syberii. Podobno miała to stanowić z ich strony pomoc dla tych, którzy i tak skazani byli na agonię. inkmeńskie eksperymenty na ludziach… Poczułam lekkie swędzenie nad lewą brwią. Próbowałam się podrapać, ale… moja ręka nie działała. Oni traktowali nas jak myszy doświadczalne! Oni dokonali gwałtu na całej ludzkości!

Tylko… Tylko dlaczego zdecydowali się wybrać kobietę jako matkę swoich dzieci? Czy to w pewnym sensie nie był wyraz szacunku dla rasy ludzkiej? A może nie mieli innego wyjścia? Może nie znaleźli w całym będącym w zasięgu ich latających talerzy kosmosie innych istot żywych?

Swędzenie ustało, ale zachciało mi strasznie pić. Pomyślałam o soku z czerwonego grejpfruta, który uwielbiałam sączyć w upalne dni spędzane z rodzicami na Mazurach, kiedy jeszcze nawet nie chodziłam do szkoły, i niemalże w tym samym momencie moje usta wypełniły się gorzkawo-słodkim płynem. Piłam… Nie, nie piłam. Jedynie te substancje płynące z buteleczek do mojego serca i mózgu kreowały sztuczny smak i zapach, gasząc pragnienie, które też mogło być jedynie narkotyczną ułudą. Iluzja… Wiedziałam, że to była tylko iluzja, ale ja coraz bardziej w nią wierzyłam.

Bo przecież… Przecież Inkmeni nie byli tacy źli. Nie zabrali mi Elizy zaraz po urodzeniu. Pozwoli spędzić z nią, ba, czterdzieści lat. No, ale… No, właśnie dlaczego? Wielokrotnie się nad tym zastanawiałam i nie byłam w stanie wymyślić lepszego wytłumaczenia ponad to, że oni chcieli nauczyć swoje córki, jak kochać dzieci, chcieli na nowo wszczepić w swój gatunek potrzebę macierzyństwa. Czy to nie było na swój sposób piękne? Rodzić, kochać, trwać…

Poczułam cieknące po policzkach łzy. Czyżbym się rozczuliła? Eliza miała wielkie oczy, zaraz po urodzeniu stanowiące niemal połowę jej twarzy, ale ona nigdy nie płakała.

Problem w tym, że ja byłam tylko człowiekiem i tłumaczyłam zachowania Inkmenów na mój ludzki sposób, nie potrafiłam wyjść poza logikę mózgu, a może… Tak naprawdę, o co innego w tym wszystkim chodziło? Bo przecież krzyżowanie się z człowiekiem to dla obcych…, to tak jakby mężczyźni zaczęli spółkować z szympansicami… Topiłam się w rzece pytań, które niczym pragnąca wiecznie płynąć woda, chciały być na zawsze nieodpowiedziane.

Zobaczyłam swoje pomarszczone dłonie i znowu zaczęłam się bać. Słyszałam głośnie bicie własnego serca. Nieistnienie, nieistnienie… Czy jest coś gorszego od nieistnienia?

– Nie bój się, należmy do oceanu, do Słońca, do gwiazd. I w nich będziemy trwać na wieki.

„Co to za głos? Kto? Gdzie…”

Otworzyłam oczy, odwróciłam głowę i ujrzałam stojącego obok mnie Inkmana.

– Farras to Ziemia w świecie równoległym. Ufoludek to człowiek z przyszłości. – Obcy mówił bez otwierania ust, czułam jedynie docierające do mojego czoła silne wibracje. – Spójrz na siebie, a potem na mnie. Czyż nie więcej jest między nami podobieństw niż różnic? Mamy głowę, cztery kończyny, poruszamy się w pozycji pionowej, musimy jeść, pić i spać. Małgorzato, ty nigdy nie umrzesz, bo czas to największa iluzja. Ty jedynie zmieniasz formę.

Usiadłam na łóżku, a ufoludek położył mi dłoń na ramieniu i szeroko się uśmiechnął. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nie miał maski ani żadnych wężyków w nosie.

– Patrz, kto przyszedł cię odwiedzić.

Skierowałam wzrok w stronę drzwi.

– Mamo…

Eliza! Eliza! Eliza!

– Kocham cię. Nie bój się, proszę. Ty przetrwasz we mnie, a ja w tobie.

Wstałam, mocno ją uściskałam i podeszłam do okna. Daleko, daleko w oddali dostrzegłam dymiące kominy Wielkiego Krematorium.

Obróciłam się… Córka i Inkman zniknęli. Zobaczyłam za to siebie, leżącą nieruchomo na łóżku. Byłam taka… Taka półprzezroczysta, powoli zanikająca, podobnie jak wszystko inne w sali, jak ściany, jak podłoga, jak wiatraczki, i jak ta maszyna, do której podłączyli mnie obcy…

Koniec

Komentarze

Uff, gęsto od uczuć.

Atmosfera i nastrój – mocne strony tego opowiadania. Choć w sumie pesymistyczne i dołujące, miałem wrażenie “płynięcia” przez tekst. Czyli – jak dla mnie bardzo dobre!

Jedyne, co mi nie pasuje – skąd Gośka tyle wie o Inkmanach? Dla samic rozrodowych nie tworzy się przecież programów edukacyjnych?

Jest parę babolków:

– “ja obryzgałam paznokcie” – obgryzałam;

– “dryfowało w samej Polsce ponad tysiąc” – raczej “nad Polską”;

– “bardzo szybko się poruszające dziurki nosowe” – wolałbym “nozdrza” a nie “dziurki nosowe”;

– “prądy powietrze” – albo “prądy powietrza” albo “prądy powietrzne”;

– “wypchałam wózek” – wypchnęłam;

– “z dwóją obcych” – dwójką;

– “skrzyni biegów ani sprzęgieł” – hm, w samochodzie też sprzęgła nie widać – widać pedały;

– “ostanie, szóste piętro” – ostatnie;

– “zależy od indywidualnego organizmu” – organizm chyba z definicji jest indywidualnością? może – “indywidualnych cech organizmu”.

 

Fajne :)! (copyright by Anet)

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Staruch, bardzo dziękuję za szybkie przeczytanie, komentarz i wyłapanie babolków. Zaraz poprawiam :) A odnośnie wiedzy Gośki… Hm, sama się nad tym zastanawiałam i doszłam do wniosku, że może przez czterdzieści lat, jakoś się jej udało ją zdobyć, ale będę nad tym jeszcze myśleć :)

Pozdrawiam serdecznie.

Ze swoim emocjonalnym podejściem do bohaterów przybywasz na bliższe mi poletko :)

Duży plus za podjęty temat. Motyw inwazji i przymuszania do rozrodu nie należy do najnowszych, ale Twoje podejście do postaci nadaje mu realistyczny wyraz. Bohaterka szeroko otwiera drzwi i jest to spojrzenie niezwykle ciekawe, pełne bólu jak i pewnego trudnego czasem do zrozumienia oporu. Tym niemniej podchodzisz do tematu z delikatnością. Mi to dało sporo do zastanowienia.

Żeby nie było tak różowo – ów punkt widzenia okazuje się niezwykle jednostajny. Bohaterka bowiem nie przeżywa jakiegoś konfliktu, nie łamie się nad niczym. Na krótko pojawia się motyw ruchu oporu, ale znika w tej samej chwili. Ten brak konfliktu sprawia, że motyw oddania córce zaczyna nużyć. Tekst mógłby być bardziej interesujący, gdyby doszedł motyw pozbycia się dziecka, ucieczki, aborcji czy czegokolwiek innego – czegoś, co wymagałoby od bohaterki decyzji, a z nią szły by konsekwencje. Obecnie tekst idzie jak po sznurku, wątpliwości pojawiają się na moment i zaraz nikną.

Sam przedstawiony świat pokazujesz zaraz na drugim planie. Niestety spory minus za wciskanie w narratora pierwszoplanowego wytłumaczeń. Skąd bowiem bohaterka to wie? – pytam się zaraz po każdym z nich. Tutaj za bardzo chciałaś pokazać, co tez wymyśliłaś.

Zakończenie przywiodło mi na myśl “Wioskę potępionych” (zarówno oryginał z 1960, jak i późniejszy remake). Jest ładne, emocjonalne, ale znów za dużo wychodzi na jaw. Aura tajemniczości nie jest wcale taka zła.

Podsumowując: dobry pomysł, świetny temat i ukazanie postaci. Niestety w koncercie fajerwerków trochę za bardzo błyszczą trudne do wytłumaczenia infodumpy oraz brak jakiegoś punktu konfliktu. Jednak jako lektura, tekst jest definitywnie na plus.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tak, faktycznie dużo emocji. To znaczy, że część tekstu nie wydaje się adresowana do mnie. Ale to wcale nie znaczy, że jest źle.

Na końcu dzieje się ciekawie, zaczyna się sporo wyjaśniać, ale jednocześnie trochę uciekasz w mistykę i znowu tracę wątek. Ale ogólnie na plus.

Interesujący pomysł na przedłużanie gatunku.

Babska logika rządzi!

NoWhereMan – cóż, definitywnie poległam w tym tekście na infodumpach i nieumiejętnym zastosowaniu narracji pierwszoosobowej, a bohaterka chyba za dużo ukradła ze mnie i wyszła za bardzo depresyjno-bierna :( Tak czy inaczej dziękuję bardzo za komentarz i klika i cieszę się, że tematyka przypadła Ci do gustu.

 

Finkla – miło mi, że mimo przeładowania emocjonalnego ogólnie opowiadanie wypadło na plus.

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Przeczytałam bez przykrości, ale i bez szczególnego entuzjazmu.

Rozumiem, że Małgorzata opiekuje się córką, a ta, mimo czterdziestu lat, nadal jest dzieckiem. Zastanawiam się jednak, co – poza karmieniem i kąpaniem dziewczynki oraz wyprawianiem się  po jedzenie – robi bohaterka. Mam wrażenie, że więcej opowiedziałaś o Inkmanach niż o ludziach, żyjących w nowej rzeczywistości.

 

sta­łam przy oknie w kuch­ni, któ­rej ścia­ny też uma­lo­wa­ne były na orze­cho­wo. –> …sta­łam przy oknie w kuch­ni, któ­rej ścia­ny też poma­lo­wa­ne były na orze­cho­wo.

Za SJP PWN: umalować «pokryć twarz pudrem, usta szminką, oczy tuszem itp.» pomalować  «powlec, pokryć coś farbą, lakierem itp., malując, nadać czemuś kolor»

 

Gdy skoń­czy­ła, spoj­rza­ła na mnie swo­imi wiel­ki­mi, czar­ny­mi oczy­ma… –> Zbędny zaimek. Czy mogła spojrzeć cudzymi oczyma?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

jakby In­k­ma­nie po­zba­wi­li mnie nie tylko ubrań… –> …jakby In­k­ma­nie po­zba­wi­li mnie nie tylko ubrania

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie, to ubranie.

 

z jej dziur­ki no­so­wej po­le­cia­ła struż­ka krwi. –> Raczej: …z jej no­sa po­le­cia­ła struż­ka krwi.

 

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach roz­kła­da­ją­ce­go mięsa… –> Zdanie sugeruje, że rzeczone mięso powodowało rozkład czegoś.

Proponuję: W po­wie­trzu czuć było za­pach/ woń roz­kła­da­ją­ce­go się mięsa

 

zo­sta­ło nam pięć­dzie­siąt dwie mi­nu­ty i trzy se­kun­dy. –> …zo­sta­ły nam pięć­dzie­siąt dwie mi­nu­ty i trzy se­kun­dy.

 

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech i za­da­łam sobie py­ta­nie… –> Raczej: Nabrałam głęboko powietrza i za­da­łam sobie py­ta­nie

 

Naj­star­szy In­k­man za­brzmiał na lekko znie­cier­pli­wio­ne­go. –> Nie wydaje mi się, aby można zabrzmieć na kogoś/ coś.

Może: Naj­star­szy In­k­man wydał lekko znie­cier­pli­wio­ny głos/ dźwięk/ odgłos.

 

Oj­ciec nie chciał pu­ścić Wojt­ka. Żoł­nierz ude­rzył go w głowę. –> Kogo uderzył – ojca czy Wojtka?

 

Tylko dla­cze­go zde­cy­do­wa­li się wy­brać ko­bie­tę jako matkę ich dzie­ci? –> Tylko dla­cze­go zde­cy­do­wa­li się wy­brać ko­bie­tę jako matkę swoich dzie­ci?

 

usta wy­peł­ni­ły się gorz­ka­wo­słod­kim pły­nem. –> …usta wy­peł­ni­ły się gorz­ka­wo­-słod­kim pły­nem.

 

nie byłam w sta­nie wy­my­ślić lep­sze­go wy­tłu­ma­cze­nia po­nad­to, że oni chcie­li… –> …nie byłam w sta­nie wy­my­ślić lep­sze­go wy­tłu­ma­cze­nia po­nad­ to, że oni chcie­li

 

„Co to za głos? Kto? Gdzie…”. –> „Co to za głos? Kto? Gdzie…” Lub: „Co to za głos? Kto? Gdzie…?

Po wielokropku nie stawiamy kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – :(, cóż chyba UFO to nie do końca moja tematyka :) Tak czy inaczej, bardzo dziękuję za poświęcony czas i łapankę. Pozdrawiam serdecznie.

Córka w wieku 40 lat jest dzieckiem, bo obcy żyja kilkaset lat, wiec by się zgadzało :) Mnie się dobrze czytało, ta bierność jest właśnie taka… ludzka.

Dzięki Bella za przeczytanie, klika i komentarz :)

…cóż chyba UFO to nie do końca moja tematyka

Może dlatego podczas lektury miałam wrażenie, że brakło tu swoistej pasji tworzenia i może dlatego wystąpił u mnie wspomniany brak entuzjazmu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

UFO może nie, za to cała otoczka “uczuciowa” – jak najbardziej tak. I będę tego tekstu bronił, bo mnie się po prostu nrawitsa.

A, i nie wspomniałem o zakończeniu – podoba mi się, że można je różnorako interpretować :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Reg, Staruch – ja chyba po prostu powinnam zacząć pisać romanse :):):)

Myślę, Katio, że powinnaś tworzyć takie opowiadania, których pisanie będzie Ci sprawiać mnóstwo radości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pewnie, że tak :) Na szczęście pisanie to nie obowiązek, tylko hobby :)

Nie mogę się z Tobą nie zgodzić. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się. Przejmująca opowieść. Dla mnie o instynkcie życia, miłości matki do dziecka i pytaniach, pytaniach, pytaniach pozostających bez odpowiedzi. Nie przesłodzona. Przekonałaś mnie również do zwyczajnych dekoracji (wanna, rurki, pojemniki na piersiach, papki, dziurawe gumiaki itp). Chyba nawet, właśnie to, zwiększało grozę i beznadziejność sytuacji. 

Na moment przywędrowały do mnie skojarzenia z “Archiwum X”.

Miałam jeden moment zatrzymania, kiedy bohaterka wspomniała – “sześćdziesiąt lat po kapitulacji Japonii” i zaczęłam obliczać, który to możemy mieć teraz rok, jednak już za chwilę stało się to nieważne.

Asylum, dziekuję bardzo za odwiedziny i cieszę się, że tekst Ci się spodobał. Z komentarza wnioskuję, że odebrałaś go w sposób, w jaki właśnie chciałam, żeby był odebrany :)

Pozdrawiam serdecznie.

Też pozdrawiam i dziękuję za piękny tekst:). A dlaczego zniknęły obrazy?

Ciekawe opowiadanie. Muszę przyznać, że klimat świata po inwazji obcych jest dość sugestywny, mimo dość oszczędnych opisów. Tekst ma swój klimat i wciąga, choć na początku trochę się gubiłem. Fajny pomysł na zakończenie.

Asylum – dziękuję, a obrazki usunęłam, bo wydały mi się odorbinę zbyt przytłaczające…

 

StraferB25 – dziękuję bradzo za miłe słowa.

Jestem w trakcie czytanie twojego opowiadania, ale muszę na razie wyłączyć komputer. Masz tu samą łapankę z części pierwszej, bez uwag merytorycznych. Później doczytam resztę i dokończę komentarz.

 

Wtedy(+,) oglądając migawki z wojennego koszmaru, traktowałam je trochę jako fantastykę,

której ściany też pomalowane były na orzechowo.

Nie widzę wcześniej w tekście niczego o czymś innym pomalowanym na orzechowo.

 

z planety, znajdującej się poza Układem Słonecznym.

Niepotrzebny przecinek.

 

To(+,) jak oni na siebie samych wołali, było dla człowieka nie do powtórzenia.

UFO, nie(+,) to już nie było UFO,

Jadła, a może raczej bardziej pasowałoby tu określenie piła,

Oba słowa mają dokładnie to samo znaczenie, jedno z nich należałoby wykreślić.

 

A ile z tych… tych „ufoków”?

Nie błąd. Natomiast źle mi wygląda cudzysłów w narracji pierwszoosobowej. Reszta wypowiedzi sugeruje, że “ufok” w ustach narratorki to przekleństwo, a cudzysłów po pierwsze odbiera mu siły, a po drugie sugeruje, że narratorka tylko zapożycza od kogoś to słowo, nie mając własnego określenia na obcych.

 

bardzo szybko się poruszające nozdrza => bardzo szybko poruszające się nozdrza

jakby Inkmanie pozbawili mnie nie tylko ubrania

To pojawia się wiele razy. Myślę, że zasugerowałaś się dobrze zakorzenionymi w języku polskim słowami typu “Germanie”, “Słowianie” itd. Natomiast myślę, że nie ma to zastosowania, ponieważ “Inkman” w opisanym świecie przeniknęłoby do języka polskiego z języka angielskiego w czasie zbliżonym do naszego i powinno być odmieniane podobnie do innych słów kończących się na “-man”, czyli liczba mnoga fonetycznie powinna kończyć sie na “-meni” albo “-menowie”.

 

Powinnam, jak ci(+,) którzy nie mogli znieść myśli bycia podporządkowanym ufoludkom, popełnić samobójstwo

„Gluciasta” papka spływała po jej brodzie i kapała na podłogę.

Znowu cudzysłów. Myślę, że w narracji pierwszoosobowej to normalne, że narrator używa potocyzmów. Wyszczególnianie ich cudzysłowami sprawia wrażenie, że narratorka nie jest do końca przekonana do swoich własnych słów.

 

 Moja córka podobnie jak inne hybrydy człowieka z obcym była wyjątkowo wrażliwa na bakterie przenoszone drogą pokarmową.

Wyrażenie “podobnie jak inne hybrydy człowieka z obcym” można, ale nie trzeba oddzielić przecinkami od reszty zdania. Tym niemniej sugeruję to zrobić, bo jest długa i znacznie oddala orzeczenie od podmiotu, dodanie przecinków zwiększy czytelność zdania.

 

Moja córka podobnie jak inne hybrydy człowieka z obcym była wyjątkowo wrażliwa na bakterie przenoszone drogą pokarmową. Gdy miała trzy lata, złapała ludzką grypę żołądkową. Dostała strasznych torsji, wymiotowała czymś różowym, pienistym i obrzydliwie cuchnącym, a ja nie potrafiłam jej pomóc, ryczałam tylko jak bóbr. Cudem, a tak naprawdę przy pomocy kosmicznych technologii, obroniła się przed śmiercią. Westchnęłam.

Eliza skierowała wzrok w moją stronę, ale przez to, że nie miała źrenic,

To pojedyncze słowo bardziej na miejscu byłoby na początku następnego akapitu, ponieważ nie jest powiązane czasem narracji z poprzednimi kilkoma linijkami, natomiast jest z następnymi.

 

Jej twarz, mimo iż inna od ludzkiej(+,) kryła w sobie mnóstwo emocji

Przecież zgodnie z teorią Darwina ludzie nie zawsze byli ludźmi. Orangutan, szympans, neandertalczyk, człowiek rozumny, proces antropogenezy.

Są to słowa narratorki, więc być może była to zamierzona ignorancja, ale to, co napisałaś, sugeruje, że przodkowie ludzi przeszli od orangutanów, do szympansów, przez neandertalczyków w ludzi rozumnych, co jest bardzo nieprawdą.

 

budowania statków o prędkości nadświetlnej…

To wyrażenie nie ma sensu. Analogicznie pomyśl o “budowaniu samochodów o prędkości stu kilometrów na godzinę”. Co to dokładnie znaczy? Prędkość zasadniczo nie jest stałą cechą obiektów, więc nie może się znaleźć w takiej konstrukcji.

 

I… Cóż, nie ma nic za darmo.

“Cóż” powinno być małą literą.

 

Ba, oni nawet posiedli zdolność komunikacji na zasadzie telepatii.

A czemu tak komplikujesz? Nie lepiej po prostu “posiedli zdolność telepatii”?

 

Jej skóra z sekundy na sekundę wracała do swojej „normalnej”, kocio-sfinksowej barwy.

Do tego cudzysłowu się nie przyczepię :)

 

Zostawcie mnie! Potwory! Auł! Nie!

auł «osada górali kaukaskich oraz niektórych dawnych plemion koczowniczych w Azji Środkowej»

Natomiast podobne wykrzykniki, ale występujące w języku polskim, to: “au”, “aua” oraz “auć”.

 

– „Ufoki” chyba ciągle nas monitorują.

Ale do tego cudzysłowu już tak :) Tym bardziej, że wieloktornie pada słowo “ufoludek”. Nie rozumiem, czemu piszesz “ufoludek” bez cudzysłowu, ale “ufok” już z.

 

Może bylibyśmy się w stanie przygotować => może bylibyśmy w stanie się przygotować

ironiczny podpis

Bardzo klimatyczna i chwytająca ze serce historia. Przekonująco i realistycznie pokazałaś uczucia matki do dziecka, a jednocześnie – dylematy bohaterki. Wzruszył mnie ten fragment.

Podobał mi się też wstęp nawiązujący do obozów z czasów II wojny. Wątek z zapłodnieniem przez Inkmanów skojarzył mi się z tamtymi czasami.

Hm…

Nie powiem, żeby opowiadanie mnie zachwyciło. Jednak niekoniecznie oznacza to, że jest złe.

Twój tekst jest jednym ciągłym opisem wrażeń, odczuć i emocji, a ja tego raz, że nie lubię, a dwa, że mam tendencję do czytania opowiadań na forum zdanie po zdaniu (czego efektem jest ilość wyłapanych błędów). Nie będę więc mówić o tym, co mi się nie spodobało w treści, bo szczerze uważam, że dla kogoś, kto akurat gustuje w takich rzeczach, opowiadanie może być super.

Stylistycznie zwróciłem uwagę na to, że powtarzasz zdania o tej samej strukturze. Nie w jakimś znacznym stopniu, ale jednak. Najbardziej rzuciły mi się w oczy zdania o konstrukcji: “Zrobiłam A, zrobiłam B i zrobiłam C. Przykłady:

 

Wstałam, mocno ją uściskałam i podeszłam do okna.

naciągnęłam czapkę na uszy, zacisnęłam wargi i ruszyłam do przodu,

Wsadzili mnie w kaftan bezpieczeństwa, wstrzyknęli w ramię zielonkawy płyn i wpakowali do furgonetki.

Sprzątnęłam podłogę, umyłam kubek i ponownie nalałam seldeo.

 

I jeszcze kontynuowana łapanka: 

 

Inkman, sam(+,) bez żołnierzy.

Ja… Przecież i tak jestem stara.

“Przecież” powinno być napisane małą literą.

 

świat będzie wyglądał tak(+,) jak przed Wielką Wojną.

Na rękę spadała mi kropla deszczu.

Pojedyncza kropla nie może spadać na coś wielokrotnie/w sposób ciągły.

 

Jeszcze, kiedy była dzieckiem

Niepotrzebny przecinek.

 

takim(+,) jak na żyjących po pięćset, sześćset lat Inkmanów, naprawdę małym

bez masek, za to z wężykami w dziurkach nosowych(+,) prowadzącymi do średniej wielkości baniaczków umocowanych na ich piersiach.

Wydało mi się to takie do nich nie pasujące, takie ludzkie.

“Niepasujące”.

 

Na zewnątrz stały dwa pojazdy – furgonetka przodem ustawiona w stronę Wielkiej Umieralni

Jakieś uzasadnienie dla pisania tak, jak mówi mistrz Yoda? :)

 

pięciokątny „falbaniak”

Zatrzymaliśmy się między jednym a drugim środkiem lokomocji, po czym Eliza… Ona…

“Ona” małą literą.

 

w moim odczuciu, chyba odrobinę za jaskrawych barwach

Niepotrzebny przecinek.

 

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że byłam pasami przypięta do materaca, tak, że nie mogłam się ruszać.

Musisz pozbyć się jednego przecinka. Tutaj pasują obie wersje, więc możesz wybrać, którego. (“tak, że” == “w taki sposób, że” zaś “, tak że” == “, tak więc”). Oprócz tego masz dwa razy “że” w jednym zdaniu.

 

mogłam ponownie swobodnie poruszać kończynami

“Ponownie swobodnie” to brzydka zbitka podobnie brzmiących słów.

 

Inkmanckich maszyn

“Inkmańskich”, a po drugie małą literą.

 

To było bardzo dziwne.

Nie błąd, ale zdanie rodem z wypracowania szkolnego :)

 

słowa mamy, po tym, jak przewróciłam się na chodniku

Niepotrzebny przecinek przed “po tym”.

 

Podobno miała to być z ich strony pomoc dla tych, którzy i tak skazani byli na agonię.

Inkmanckie eksperymenty na ludziach…

“Inkmańskie”.

 

Może nie znaleźli w całym, będącym w zasięgu ich latających talerzy kosmosie innych istot żywych?

Niepotrzebny przecinek.

 

Poczułam cieknące mi po policzkach łzy.

zaraz po urodzeniu stanowiły one niemal połowę jej twarzy, ale ona nigdy nie płakała.

Tak naprawdę, o co innego w tym wszystkim chodziło?

Niepotrzebny przecinek.

 

Bo przecież krzyżowanie się z człowiekiem to dla obcych krok w tył w rozwoju, to tak jakby mężczyźni zaczęli spółkować z szympansicami…

Ewolucyjnie nie ma czegoś takiego, jak krok w tył w rozwoju, a nawet gdyby było, to małpy nie są “niżej” od nas. Ponownie, ponieważ jest to narracja pierwszoosobowa, nie mogę być pewny, czy jest to brak wiedzy narratorki, czy twój. Jeśli narratorki, to brakuje mi jakiegoś zaznaczenia celowości tego błędu. Jeśli twój (w szczególności #3): https://www.youtube.com/watch?v=IPjiFG43ZZg 

 

Topiłam się w rzece pytań, które niczym pragnąca wiecznie płynąć woda, chciały być na zawsze „nieodpowiedziane”.

Kolejny cudzysłów, którego zasadności nie potrafię dostrzec.

ironiczny podpis

Ando – dziękuję za komentarz i miło mi, że tekst Ci się spodobał :)

 

Issander – na prośbę niektórych użytkowników opublikowałam tekst ponownie, wycofałam go jedynie z konkursu. Jeszcze raz dziękuję za wszystkie uwagi i w najbliższym czasie mam zamiar wszystko poprawić :)

No, wróciło :D!

Głos ludu został wysłuchany. Dziękujemy Ci, strażniczko uczuciowego słowa, Katju!

yesyesyes

 

(i niech Cię ręka boska broni przed dalszym katjowaniem tekstów! No!)

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

:):):) Ja bym chyba siebie nazwała “drama queen” ;) Am, jeszcze raz przepraszam za zamieszanie i życzę spokojnej nocy :)

I ja się cieszę, że tekst wrócił. :-)

Babska logika rządzi!

O, tekst odkatiowany :D I nawet mój klik się ostał ;)

@Katio, nie rozumiem tych zawirowań konkursowych, jestem tu nowa. Dawaj go i cześć. Można byłoby nad nim  pewnie popracować,  lecz z miłością. 

 

Ta miłość zdaje się mi się w tym momencie najważniejsza. To punkt widzenia żółtodzioba, wykluło się coś z jajka (może sowa , może skowronek, ale poczekajmy, zobaczymy kto zacz i na  jak długo zajrzał). Wejdzie, wyjdzie, przeleci i fru.

Twój tekst jest prawdziwy, da mnie, a swoją drogą to chciałabym dowiedzieć się, co dalej. :)))

Finkla, Bella – dzięki :)

 

Asylum – dalszy ciąg miał być taki, że tak czy inaczej Inkmenom nie uda się zrealizować planu i jak już będą mieli “swoje” samice, znowu przestaną się rozmnażać… 

 

Pozdrawiam serdecznie

 

 

No tak, tego się spodziewałam. Dobre!

Katio,

 

Nie rozumiem czemu chciałaś usunąć to opowiadanie. Jest rewelacyjne. Nie wiem na ile wpłynął na mój odbiór fakt, że czytałem je o czwartej w nocy, ale każde zdanie smakowałem z wielką przyjemnością.

Jest ciężkie, owszem, nawet bardzo. Jest też smutne, nostalgiczne i zmusza do przemyśleń, ale to wszystko to są jego mocne strony.

Myślę o fabule i nie bardzo wiem co napisać. Siedzi mi wszystko gdzieś w głowie, a myśli się kotłują. Jest wielką sztuką wywołać w czytelniku taki stan. Tobie się to udało. 

Nie ma odpowiedzi, a tylko coraz więcej pytań. Czy śmierć to w istocie śmierć? Czy równoległy świat Inkmanów i bajka, którą Gosia usłyszała na koniec, to właśnie ten lukrowany, humanitarny wynalazek?

Czy może jednak to prawda, inwazja to powrót do korzeni, by ratować gatunek? 

Takich pytań można by postawić mnóstwo.

 

Podsumowując, nie usuwaj go więcej, proszę.

Nawet jeśli wywoła w czytelnikach depresyjne myśli, to niech tak się stanie. To jest jego wartość. Lekkich, przyjemnych i banalnych tekstów jest mnóstwo. Czasem jednak potrzeba w życiu czegoś cięższego, co skłoni do refleksji. “Oczy zalane atramentem” waśnie takie są i nawet jak wywołują smutek, to jest to smutek dobry, wartościowy i potrzebny.

Rozważam nominację tekstu do piórka. 

I mogłam przeczytać do końca :)

Twoje opowiadanie jest historią pewnej bierności, która nie zawsze sprawdza się w tekstach. Na to uwagę zwrócił NWM. I muszę się z tym zgodzić, ale moim skromnym zdaniem wybroniłaś się. Konsekwentnie dążyłaś do opisania sytuacji matki z córką między którymi komunikacja nie wychodziła. Pokazałaś ból i rozpacz matki, która kocha swoje dziecko mimo przeciwności losu. I w tym punkcie myślę, że dobrze obrałaś kierunek tekstu – gdybyś postanowiła dać nieco “akcji”, obawiałabym się czy nie poszłoby w stronę sztampy. Bo jak na to nie popatrzeć, w życiu spotykamy więcej osób, które godzą się ze swoją sytuacją niż podejmują decyzje o zmianach. Taka trochę smutna prawda, którą Ty Katiu, pięknie opisałaś. 

Chroscisko – już wielokrotnie o tym wspominałam, ale ja chyba nie do końca, wpisuję się w ten portal. Mimo że go bardzo lubię :) Pisanie to dla mnie próba walki z własnymi lękami i nawet tworząc tekst o UFO, zamiast iść w stronę fantastyki, odbijam w kierunku ludzkich dramatów… I wychodzą z tego takie dołujące karykaturki, które wywołują, co mnie w sumie nie dziwi, mieszane uczucia u odbiorców, które z kolei powodują, że żałuję, iż dany tekst opublikowałam. Ach, takie błędne koło :(

Tak czy inaczej, bardzo dziękuję za komentarz i miłe słowa :)

 

Deirdriu – lepiej bronisz mojego tekstu niż ja sama byłabym to w stanie zrobić :) Co do bierności, wydaje mi się, niestety, jak zauważyła Bella, że to bardzo ludzka cecha. Tylko, jak napisałaś, tworzenie takiego tekstu opartego jedynie o bierność jest ryzykowne i… zapewne skierowane raczej do węższej niż szerszej grupy czytelników.

 

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za kliki :)

@Chrościsko – a nie mówiłem :)?

Katja ma właśnie taki dar. Dar budzenia swoimi tekstami uczuć. Różnorakich. To coś, co niezmiennie w jej tekstach podziwiam. Ja zacząłem chyba od “Zmiennej formy kolczastej”. WTF?! Tak się da pisać? A da, da, i czyta się to wyśmienicie. Polecam genialne “Uciekające barwy”, jeśli jeszcze nie czytałeś.

Osobiście żałuję jeszcze pierwszego tekstu na PJO, bo też był (moim zdaniem) bardzo dobry!

 

@Katja – a obrazków nie dałoby się przywrócić? Idealnie pasowały, a ich nie ma :(.

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Mówiłeś, Staruchu, a raczej pisałeś, a ja uwierzyłem Ci na słowo. Katio, uważam że wpisujesz się w ten portal wyśmienicie. Fantastyka też potrzebuje ludzkich dramatów. Dołujące karykaturki? Tak to nazywasz? Serio? Nie pisz, by walczyć z lękami… lepiej pisz o nich. Będzie piękne, wiarygodne i prawdziwe.

Staruchu – obrazki chyba będzie trudno przywrócić, ale jeszcze za parę dni sprawdzę, czy nie mam ich na komputerze w pracy :) I nie zacząłeś od “Zmiennej formy…”, tylko od “Po omacku cię znalazłem”, a potem pomogłeś mi z “Pułapką niechcianego życia” i podobała Ci się “Bajka o różowej śwince” – należysz do grona osób, dzięki którym wciąż piszę :):):)

 

Chroscisko – nie wiem, czy pisanie o lękach zaowocuje czymś pięknym, bo ja mam raczej tendencje do pokazywania “mentalnej” brzydoty, ale w sumie chyba to dobrze, że wszyscy piszemy trochę inaczej. Twoje “Kumari” jest uczuciowe, piękne i metafizyczne, a moje teksty są pełne emocji, ale jednocześnie podszyte czymś zgniłym… Cóż, chyba macie rację, że nie ma co zmieniać się na siłę i lepiej pisać tak jak się czuje :)  

Katju – mówisz? Kurcze, skleroza blush.

W każdym razie – wydaje mi się, że nie czytałem żadnego Twojego słabego tekstu. Jedno zdanie zapisałem sobie nawet do moich ulubionych cytatów (mam taki pliczek ;)). A obrazki tylko dodają smaczku Twoim tekstom!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Chyba wiem, które :)

 

Jeszcze raz dzięki i życzę miłego dnia :)

 

Smutno. Mimo wszystko. Łapanki dziś nie będzie, bo Issander już jedną zrobił.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Tarnina, dziękuję za przeczytanie, a że smutno, to już chyba u mnie smutna tradycja :)

Dobre a nawet więcej. Spójne logicznie, kipiące od tłumionych emocji. Ale cały czas nasuwają mi się przy lekturze Twoich Katiu opowiadań przemyślenia z okresu oglądania (”Więcej tego fioletowego!” – by Joanna Chmielewska) obrazów Beksińskiego. Skoro tak ma wg Ciebie (w rozmaitych odsłonach) wyglądać koniec świata (rozumianego bardzo często jako indywidualnego świata), to skądże tam, na Boga wziąłby się jakikolwiek postronny obserwator, by przekazać to innym?

Zakłócenie logiki jednym słowem. Albo światełko w ciemnościach, wskazujące na błąd podstawowy takiego odbioru/tworzenia rzeczywistości.

Faktycznie zaskakuje absolutna bierność bohaterów. Chemia w puszkach? Możnaby to wyjasnić. Bo normalny człowiek, ba – matka Polka – sama z siebie absolutnie by na takie poniewieranie sobą w realnym swiecie nie pozwoliła. Co rodzi niejakie wahanie co do wiarygodności tak powszechnie zarysowanych postaw. W końcu z naszą mentalnoscią, to my byśmy owych inkmenów albo zapili na smierć, albo zdeprawowali ze szczętem.

No i w końcu to o Polkach jest ten doskonały amerykański dowcip: czym się różni Polka od bullteriera? – Bullterier w końcu odpuści!

Ale to tak na marginesie . Opowiadanie na pewno w czołówce konkursu.

 

 

Rybaku, rzeczywiście mam swoją wizję śmierci, ale coś czuję, że to jedynie moja słodko– gorzka fantazja :) Tak czy inaczej lubię o niej pisać., chociaż ostatnio doszłam do wniosku, że próba przepchnięcia pewnych własnych filozofii życiowych, raczej opowiadaniom szkodzi niż pomaga :)

I oczywiście zdaję sobie sprawę z różnego rodzaju niedociągnięć logiczno-merytorycznych tego tekstu. Dzięki wielkie za przeczytanie, mimo cyrków z usuwaniem :)

Pozdrawiam serdecznie.

Nowa Fantastyka