- Opowiadanie: ohouapss - W świat, na pięciu nogach

W świat, na pięciu nogach

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

W świat, na pięciu nogach

 

Znajda

 

Na imię mam Gianfar. Więcej nie padnie ono w tej opowieści.

Nigdy nie byłem silnym człowiekiem, a minione miesiące spędzone tu, w górach, dodatkowo nadwątliły moje zdrowie. Gruby, podszyty futrem płaszcz ciężko leżał na moich ramionach, zmęczony kark dźwigał ośnieżoną czapę a obolałe nogi z trudem niosły mnie przez białe zaspy. Słońce przebijało się przez pierzaste chmury, nie niosąc ciepła. Z każdym wdechem czułem, jakby tysiące kryształków lodu rodziło się w moich płucach. Dłonie i stopy miałem za to dobrze ogrzane swoimi, ryzykownymi w obecnej sytuacji, metodami. Dotarłem w końcu do zamczystej kopy, której nieregularny kształt zdradzał dobrze znane mi miejsce. Jeszcze miesiąc temu mijałem głaz, ukryty teraz pod narzutą śniegu, by zejść niedostępną w tej chwili półką skalną do górnych pięter rzadkiego lasu, gdzie rozwieszałem pętle sideł. Ten kamień był bardzo ważny, podobnie jak cztery inne, rozłożone mniej więcej koliście wokół mojej chaty. Teraz, zimą, szybki piechur mógł dojść stąd do niej w godzinę, nie szybciej. To daje mi aż nadto czasu, by zniknąć lub, jeśli to nieuniknione, naostrzyć zęby. Oczywiście w cieplejsze miesiące muszę wybierać dalsze kamienie.

Rzuciłem na ziemię płócienny wór, który przyciągnąłem tu ze sobą, kucnąłem obok niego i niezgrabnymi w łapawicach dłońmi rozplątałem sznurowanie. Ze środka wyciągnąłem małą szuflę i zaostrzony, łokciowej długości żelazny pręt. Z niezadowoleniem zauważyłem rozluźniony szew worka. Odgarnąłem dłońmi śnieg, mniej więcej w połowie wysokości głazu. Krok po kroku przesuwałem się w prawo, szukając znajomego wgłębienia. W końcu znalazłem je i ostrożnie wbiłem pręt w białą kopę, na wysokości oczu. Gdy napotkał zdecydowany opór kamienia, wysunąłem go i spróbowałem raz jeszcze, obok. Trafiłem za czwartym razem. Pręt powędrował z powrotem do worka a ja zabrałem się szuflą za torowanie tunelu w śniegu. Potrwało to trochę dłużej niż planowałem i niejedna strużka potu spłynęła pomiędzy moimi łopatkami. Jak mówiłem – nie należę do siłaczy, a uboga dieta dodatkowo pogarsza sprawę.

Grze­ba­łem w wy­drą­żo­nym tu­ne­lu za­nu­rzo­ną po ło­kieć ręką. Łapawica leżała na śniegu, a do moich palców zaczynał powoli dobierać się mróz. Wyciągnąłem garść zmrożonych pakuł, stanąłem na palcach i sięgnąłem jeszcze głębiej. W końcu ją wyczułem – zimną, mokrą i zdecydowanie zbyt gładką. Nie powinna być tak gładka. Obluzowała się dość łatwo i wpadła do wnętrza dłoni. Ostrożnie wyciągnąłem rękę z tunelu i obejrzałem w świetle dziennym moje znalezisko. Główka sójki, ucięta tuż pod dziobem. Już prawie bez upierzenia, całkiem wyleniała. Dwa odpryski górskich kryształów zamiast oczu. Sięgnąłem za pazuchę, do trzymanego na nagiej piersi woreczka, i wyciągnąłem z niego świeżo wypreparowany zamiennik. Sójki są czujne, płochliwe i głośne. Schwytaną należy pozbawić życia szybko, by nie zadawać jej niepotrzebnych cierpień. Zwierzęta znają śmierć bardzo dobrze, więc nie żywią zbyt długo urazy, ale małego ptasiego duszka należy przeprosić, zanim zwiąże się go umową. Ten uwięziony w nowo przygotowanej główce był jeszcze dziarski i nieco podekscytowany swoim zadaniem. Całą drogę słuchał bicia mojego serca i gotów był chronić mój spokój aż do wiosny. Delikatnie umieściłem nowego strażnika w głębi wydrążonego otworu, w miejsce poprzednika. Zsunąłem trochę śniegu, by zasłonić wlot, ale nie przejmowałem się za bardzo zacieraniem śladów. Do rana nie będzie najmniejszego znaku po moich działaniach. Ostrożnie podważyłem dziobek zmarzniętej na kość poprzedniej główki i odłożyłem ją na bok. Jeśli zmęczony i zniecierpliwiony lokator jeszcze się w niej kołacze, to pożegna się z nią, gdy tylko zapadnie zmierzch.

Na dziś mam dość, stwierdziłem, czas wracać do domu. Mam tu oczywiście na myśli moją górską kryjówkę, ciepłą i wygodną – prawdziwy luksus w porównaniu z tym, co jest na zewnątrz.

Powrotna droga wiodła pod górę a ja starałem się iść po własnych śladach, czerniejącą w śniegu ścieżką utorowaną wcześniej pośród niezwyciężonej kosodrzewiny. Jeszcze wiosną wbiłem w kilku miejscach podejścia wysokie żerdzie. Przy odrobinie pecha mogą pokierować w moją stronę kogoś z kim nie chciałbym się spotkać, ale uznałem, że bardziej obawiam się dotkliwego mrozu i zagubienia po zmierzchu. Moja droga przestała w końcu bezlitośnie piąć się ku górze i dotarłem do niewielkiej polanki, na której zwykle odpoczywam. Otarłem śnieg z jednego z rozrzuconych tu kamieni i usiadłem na chwilę.

Gdy podniosłem się, by ruszyć dalej, zauważyłem nieregularny, ciemny kształt. Na samym skraju polany, na granicy jej kamienistej niecki, leżało wychudzone i przyprószone śniegiem futrzaste ciało. Rozejrzałem się dokoła i podszedłem bliżej. Wilk? Nie… raczej duży pies. Zapadnięte boki, posklejane i wyleniałe futro, sterczące trójkątne uszy, zamknięte oczy. Ostrożnie pochyliłem się nad zwierzęciem. Drgnąłem, gdy jego ślepia rozchyliły się nieco i obróciły w moją stronę. Mały obłok pary opuścił psi pysk. Wyprostowałem się, niepewny, co robić. Zwierzak umiera i nie ma szans na przeżycie. Każdy oddech może być jego ostatnim. To groźne, dzikie zwierzę a śmierć z wychłodzenia jest lekka. Pozwolę mu usnąć.

 

Pacjent

 

Prawie nic nie ważył – sama skóra i kości. Nie miał nawet siły warknąć, gdy zarzuciłem go na ramię. Wracałem długo, robiąc częste postoje, podczas których ostrożnie kładłem zwierzę na ziemi. Pobieżnie obejrzałem jego łapy i doszedłem do wniosku, że jednej z nich, przedniej, być może nie uda się uratować. Sącząca się z pęcherzy surowica zabarwiona była krwią i ropą.

Gdy w końcu dotarłem do domu, słońce zatoczyło drugą część drogi wzdłuż nieboskłonu. Byłem bardzo zmęczony, odpoczynek musiał jednak poczekać, skoro postanowiłem zająć się psim znajdą. Powinienem tutaj powiedzieć słowo o mojej górskiej kryjówce. To w zasadzie solidny szałas myśliwski, zbudowany z grubych, smołowanych bali. Pod ścianą złożyłem sąg drewna. Przy jednym z węgłów stoi beczka, którą napełniam w cieplejsze miesiące wodą z pobliskiego potoku. Jest jedno okno, wyposażone w dwudzielną, krzywo dmuchaną szybę. Znałem kiedyś wszystkich, którzy wiedzieli o tym miejscu, ale nie sądzę by ktokolwiek z nich, poza mną, pozostał dziś przy życiu. Brutalnie rzecz ujmując – tym lepiej dla mnie, jestem bezpieczniejszy. Wyczułem skupienie i emanującą nieufnością wiązkę zaklęcia, które omiotło mnie, gdy stanąłem przed drzwiami. Powoli i jakby niechętnie otworzyły się przede mną. Zdecydowanie wymagają naoliwienia. Otupałem buty ze śniegu i wszedłem do środka, niosąc przed sobą zwierzę.

Ułożyłem je na własnoręcznie garbowanej skórze podciągniętej do paleniska. Rozpaliłem nieduży ogień pod kociołkiem, do którego wrzuciłem kilka garści śniegu i odrobinę zmrożonego na kamień mięsa. W moździerzu roztarłem szczyptę ziół, a na rozgrzanej blasze położyłem kęs zimnego sadła. Pies oddychał płytko, półprzymknięte oczy patrzyły na mnie z zapadłego pyska spojrzeniem pozbawionym strachu, ale i rozumu.

Oczyszczenie i opatrzenie ran zajęło mi dwie godziny. Próbowałem rugać siebie samego za nierozsądne zużycie lekarstw i sił, ale robiłem to bez przekonania. Wcisnąłem jeszcze w rozwarte drewnianą kopyścią psie szczęki dwa rozgotowane kawałki mięsa i odsunąłem się, zmęczony, od zwierzęcia. Mam dobry łańcuch i skórzany pas, z których jutro zrobię smycz i obrożę. Łańcuch przybiję do jednej ze ścian. Muszę też rozłożyć w lesie więcej pułapek, żeby nakarmić dodatkowy żołądek. Usiadłem przy stole, z miską rzadkiego gulaszu. Jadłem i patrzyłem na śpiące ciężkim snem zwierzę. Za oknem powoli zapadał zmierzch.

Minął dzień, po nim kolejny i następne. Na psa przyszła gorączka, febra, która targała jego chudym ciałem, próbując wytrząść z niego ostatnie iskierki życia. Nie miałem żadnego wyboru, musiałem zakasać rękawy, uśpić zwierzę spokojnym zaklęciem i odkazić oraz naostrzyć nóż myśliwski. Nie miałem żadnego doświadczenia w odejmowaniu kończyn, ale opatrzyłem w życiu niejedną ranę. Z braku siły i właściwych narzędzi postanowiłem ponownie zaryzykować odrobinę fajerwerków. Moja ręka zadrżała, nóż zapłonął, zakrwawiona psia łapa upadła na podłogę a w powietrzu uniósł się zapach przypalonej sierści i mięsa. Podwiązanie naczyń nie stanowiło żadnego problemu. Powieki zwierzęcia drgnęły, pogłębiłem więc jego sen, zanim zabrałem się do dalszego oczyszczania i odkażania rany po amputacji. Gdy w końcu uznałem dzieło za gotowe a kikut został opatrzony jak należy, ubrałem się szybko i ruszyłem w dół góry, w kierunku zamarzniętego potoku.

Nawiasem mówiąc, nie byłem wcale pewien, czy zaprzyjaźnimy się z psem, nawet jeśli wyliże się z ran. Nie wiem, jak trafił tutaj, tak wysoko, ale na pewno spędził wiele lat w niezbyt dobrych rękach. Blizny wokół szyi wskazywały, że jego właściciel potrafił mocno zaciągnąć kolczatkę. Bystrym okiem dało się dojrzeć ich więcej, niezbyt głębokich, na bokach i zadzie. Być może również zadane były ręką ludzką. Nigdy nie dowiem się, czy hodowano go do walk z podobnymi nieszczęśnikami, szczuto nim niewolników, czy może pan po prostu lubił przynieść zwierzęciu odrobinę cierpienia. W każdym razie, na myśliwca mi nie wyglądał.

 

Przyjaciel

 

Postanowiłem nazwać go Trebe. Towarzyszył mi, kiedy tylko mógł, od pierwszych godzin poranka po zmrok. Jego ciemne, mądre oczy patrzyły na mnie badawczo, ale z ufnością, której nie uświadczysz pomiędzy ludźmi. Jego futro zgęstniało i pociemniało; zdecydowanie nabrał ciała w ciągu minionego miesiąca.

Siedziałem wraz z psem przed domem, paliłem fajkę i spokojnie patrzyłem na orła kołującego nad drzewami. Mamy tu pewien konflikt interesów. Otóż, obaj – ja i orzeł – musimy polować, by przeżyć. On to prawdopodobnie lubi, ja mniej; mamy też inne metody, ale chwilowo ten sam cel. Chodzi o głuszce. Raz na jakiś czas schodzę do górnych partii lasu, pomiędzy gęste jodły. Pokryte śniegiem przypominają zwarte białe stożki, ale wystarczy wczołgać się pod ośnieżone gałęzie i znajdziemy się w innym świecie. W nozdrza uderza eteryczny zapach wiecznie świeżego igliwia. Głuszce nie wyglądają może zbyt mądrze, ale radzą tu sobie świetnie, bo w odróżnieniu ode mnie, Trebe i orła, chętnie żywią się igliwiem. Niekiedy zajmuję więc przypisane mi miejsce w łańcuchu pokarmowym i zakładam pomiędzy jodłami wnyki, by złowić dwa-trzy przypominające dorodne kury ptaki. Orła spotykam tu po raz drugi. Poprzednio nie starczyło mu odwagi, by zanurkować pomiędzy drzewa i ukraść część mojej zdobyczy. Ostatnie tygodnie były jednak mroźne, więc może być bardziej zdesperowany, a skoro krąży tak uporczywie nad łowiskiem, to warto zajrzeć do pułapek. Oczyściłem fajkę, wstałem i gwizdnąłem na Trebe. Łagodną ścieżką ruszyliśmy w stronę lasu. Szedłem powoli, a pies kuśtykał na trzech łapach, radząc sobie całkiem nieźle. Mogłem zostawić go przy domu, ale wiedziałem, że ma ochotę na wspólną wyprawę.

Szliśmy dość długo, choć droga nie była daleka. Moje łowiska znajdują się w niebezpiecznej części świata – poza terenem nieustannie monitorowanym przez zestaw metod ochronnych. Co więcej, nie czuję się niepewnie, gdy wejdę w głąb lasu. Zatrzymałem się przy złamanej jodle i zrzuciłem trochę śniegu z ubrania. Trebe legł ciężko, zionął kłębem pary i machnął ogonem.

– Dobrze, odpoczniemy chwilę – powiedziałem i rzuciłem mu wyciągnięty zza pazuchy pasek solonego mięsa.

Trebe żuł, a ja obserwowałem orła i kiełkował mi w głowie pewien pomysł.

Dotarliśmy w końcu do gęstego zagajnika, gdzie rozstawiłem wnyki. Chłód zaczął się dobierać do moich palców, wymruczałem więc, co trzeba. Pomogło, ale przez chwilę czułem ciepło i zimno równocześnie. Nieprzyjemne uczucie, muszę trochę dopracować to zaklęcie. Wcisnęliśmy się pomiędzy drzewa i po kilku minutach znaleźliśmy pierwszą z pułapek. Była pusta, ale w kolejnych dwóch odkryłem przyprószone delikatnie śniegiem ciała dorodnych ptaków. Świetnie! Zerknąłem na orła. Bez wątpienia znajdowałem się w centrum zataczanych przez niego kręgów.

– Wrócimy trochę inną drogą – powiedziałem do Trebe, który pewnie nic nie zrozumiał, i podniosłem wysoko jedną ze zdobyczy.

Dotarliśmy do pierwszych kamieni ochronnego kręgu. Odgarnąłem śnieg z jednego z nich i położyłem na nim ciemne ciało głuszca. Trebe czekał pomiędzy drzewami, poinstruowany, żeby nie podchodzić. Ja również oddaliłem się od kamienia. Zrzuciłem kaptur i podniosłem głowę, obracając twarz w stronę orła. Skupiłem się dobrze i przywołałem drapieżnego ptaka w języku, który powinien zrozumieć. Przełamałem jego początkowy opór i skierowałem go prosto na nas. Po zatoczeniu kilku coraz ciaśniejszych okręgów, orzeł wylądował nieopodal głuszca. Imponujący, powoli opuścił rozpostarte skrzydła i skierował na mnie paciorkowate oczy.

– To moja góra i moja zdobycz – zakomunikowałem. – Jestem tu najsilniejszy i mam dość mięsa, by nim się podzielić. Jest twoje, a jeśli chcesz ze mną żyć dobrze, użycz mi swoich skrzydeł i oczu.

Teraz miał nadejść delikatny moment: musiałem uwolnić ptaka spod magicznego wpływu. Ostrożnie zdjąłem więżące go zaklęcie a orzeł drgnął, otrząsając się lekko. Nie zerwał się do ucieczki, dobra nasza. Odwróciłem się więc plecami i ruszyłem do domu, bez oglądania się.

 

Lot

 

Minęło kilka dni. Rano zszedłem do schowka, by przejrzeć zapasy. Musiałem sięgać coraz głębiej do beczki, by zaczerpnąć grubej mąki. Aby utrzymać się we względnym zdrowiu, pięć razy w tygodniu zjadałem po garści suszonych owoców. Te ostatnie mogłem częściowo uzupełnić płodami lasu i wysokich łąk, ale brak mąki odczułbym boleśnie. Doszedłem do wniosku, że wczesną wiosną będę musiał zejść do dolin. Odwiedzę którąś z wsi, uzupełnię braki i wrócę tu po cichu. Moja kasta żyje z natury dość długo – o ile ktoś nam nie pomoże opuścić tego świata przed czasem. Mogłem czekać latami, aż sprawy ucichną.

Usiadłem przy stole w izbie i popatrzyłem z zadowoleniem na gruby podpłomyk na moim talerzu. Owszem, był zbyt wypieczony i może sypnąłem do niego za wiele rodzynków i fig, ale smakował przepysznie. Postanowiłem zrezygnować z oszczędzania i jeść obfite posiłki. Racjonując to, co mam, mógłbym przebiedować tu dość długo, skoro jednak podjąłem decyzję o wiosennej wyprawie, muszę nabrać sił. Dotarłem do połowy, pomiędzy kęsami marząc o kubku mleka, gdy usłyszałem za oknem krótki furkot i chrobot pazurów wbijających się w drewno. Trebe zerwał się na nogi i zawarczał, ale uciszyłem go. Spokojnie dokończyłem posiłek i sięgnąłem do kuferka po potrzebne mi utensylia. Wyszedłem na podwórze, zamykając psa w domu i podszedłem do orła, czekającego na mnie na wypalonym pniu. Wstrząsnął skrzydłami i zacisnął mocniej potężne pazury, aż sypnęły się resztki kory. Stanąłem przed nim.

– Witaj – powiedziałem i postarałem się możliwie prosto wytłumaczyć mu, jaki układ proponuję.

Gdy oderwaliśmy się od ziemi i mignęły pod nami ciemne wierzchołki drzew, straciłem na chwilę oddech. Wiedziałem, że moje ciało spoczywa w głębokim transie w domu, a Trebe leży przy łóżku. Zdawałem sobie też sprawę z tego, że pośrednikiem wszystkich wrażeń, które odczuwam, jest misterna plecionka, którą orzeł pozwolił sobie nałożyć na szyję. Wydawało mi się jednak, że czuję więcej, niż to możliwe. Mroźne powietrze opływało mnie – orła, moje – nasze szerokie skrzydła drgały nieznacznie, nie walcząc niepotrzebnie z podmuchami wiatru. Poprosiłem go, by leciał dość nisko, szukając nowych dróg ku dolinom. Rozbawiło go to i poderwał się wysoko, aż drzewa zmalały do rozmiaru drzazg w białym kobiercu. Równocześnie patrzyłem na świat orlim okiem i widziałem więcej, lepiej niż potrafię to opisać. Moja góra była piękna, groźna i wielka.

Lecieliśmy dość długo. Urwiste zbocza złagodniały, lasy zgęstniały i rozlały się po dolinach. Poznawałem te okolice z map, skręciliśmy więc na południe, wypatrując wijącej się lodowej wstęgi zamarzniętej rzeczki. Z początku ledwie widoczny między bielejącymi kępami potok rozrastał się coraz bardziej w miarę dołączania do niego kolejnych dopływów. W końcu stał się pełnoprawną rzeką, zdolną oprzeć się mrozowi, lżejszemu zresztą niż miesiąc temu. Jej środkiem płynął wartki nurt. Na horyzoncie pojawiły się pierwsze zabudowania i minęliśmy najodleglejsze pola. Gęsty dym podnosił się w niebo z kominów kilkunastu chat stłoczonych na zachodnim brzegu. Trzy rachityczne pomosty ciągnęły się wzdłuż rzeki a kilka łodzi leżało na piachu, obróconych do góry dnem. Głębiej widać było większe, zapewne podmurowane budynki bogatszej części osady. Jeśli mnie pamięć nie myliła, nie dalej niż dzień drogi stąd były sztolnie, w których można znaleźć rudę żelaza, kryształy górskie, i cenne minerały, w tym czarny morion, którego w moim zawodzie nigdy za wiele. Przypomniałem sobie z map nazwę tej osady – Czerwona Faktoria. Nie pamiętałem już dlaczego czerwona, nie miało to zresztą żadnego znaczenia, ważne zaś było to, że dostrzegłem zarys czegoś, co mogło być młynem. Nagle orzeł uniósł się wyżej i zatoczył powolne koło. Słońce czerwieniało zachodząc. Udzielił mi się lęk ptaka, który zupełnie nie miał ochoty zbliżać się bardziej do zabudowań.

– Spokojnie – tłumaczyłem mu – Zobacz, jest za zimno dla ludzi, nie widać nikogo, nikt nas nie zobaczy – i w końcu dał się przekonać.

Okrążyliśmy faktorię, trzymając się wschodniej strony rzeki. Rzeczywiście, od jej głównego nurtu odchodził spiętrzający wodę kanał, przedzielony kilkoma śluzami, na końcu którego znajdował się duży kamienny budynek młyna wodnego o dwóch, teraz nieruchomych, kołach. Dobrze – postanowiłem – znam drogę i zapamiętam. Przyjdę tu wczesną wiosną, sam. Może kupię osła i dobrze objuczę go zapasami. Wracamy.

Czułem się zmęczony, niemalże fizycznie. Widok ludzkich zabudowań obudził we mnie tęsknotę. Nie wiem, kim jestem, nie wiem, czego chcę, a wszystkie moje kłopoty wynikają z tego, że postanowiłem dołączyć do wielkiego spisku. Chodziło o zbudowanie nowego, lepszego porządku – bez królów, bez możnowładców, bez kapłanów. Nie miałem dość rozumu, by zorientować się odpowiednio wcześnie, że to nie zabawa. Akademickie dyskusje w gronie wtajemniczonych nabrały złowieszczego, praktycznego wymiaru. Krok po kroku zaczął rysować się plan zmiany świata. Plan, w który nie wierzyłem, nierealna utopia, która kosztowałaby życie tysięcy ludzi. Zacząłem się wycofywać, jednak koła uruchomionej siłą wielu osób maszyny obracały się własnym rozpędem. Gdy konspiracja runęła, a szafoty ugięły się pod ciężarem wisielców, wielu wskazało mnie jako jednego z ideowych przywódców. W którymś momencie uświadomiłem sobie, rzecz jasna, swoją naiwność i zacząłem nawoływać do rozsądku. Wtedy jednak przestali mnie słuchać.

Orzeł wzniósł się wyżej, rozchylił dziób a moje rozszerzone zmysły zalała fala wrażeń. Było już ciemno i najwyraźniej sam wzrok nie wystarczał ptakowi do znalezienia drogi powrotnej. Wbrew temu, co wydawało mi się wcześniej, węch jest dla ptaków ważnym zmysłem. Poczułem – poczuliśmy ulotną nutę zapachu jodeł z lasów na zboczach mojej – naszej góry.

 

Impuls

 

Spokojnie minęły kolejne tygodnie. Siedziałem przy oknie, nie myśląc o niczym. Zachodzące słońce oświetliło gruby sopel zwisający pod okapem dachu. Niespiesznie, jedna po drugiej, krople wody opadały z lodowego stalaktytu. Idzie wiosna – na razie małymi, ostrożnymi krokami, ale nieubłaganie zbliża się moment, gdy nabierze rozpędu i zaleje zielenią najpierw doliny, a później i moje włości. Rozmyślania przerwał rumor dochodzący z legowiska Trebe.

– Co ty wyrabiasz? – zapytałem, nie oglądając się.

Doskoczyłem do psa, gdy usłyszałem stłumiony skowyt. Trebe leżał na boku, drapiąc pazurami wszystkich trzech łap drewnianą ścianę. Krótkie jęknięcia przerywały ciężkie dyszenie. Nie miałem pojęcia, co się z nim dzieje. Nie był silny i nigdy już nie będzie, ale nie wykryłem u niego poważnych chorób. Uspokajałem go, gładząc po drżącym boku i łbie, szukając równocześnie w głowie pomysłu, co robić dalej. Nagle pies uspokoił się. Oczy miał za­mknię­te, pół­otwar­ty pysk od­sła­nia­ł rząd ostrych jak piła zębów po­zna­czo­nych krwią. Najwyraźniej przygryzł sobie jęzor. Po chwili przewrócił się na brzuch. Pobiegłem szybko po odrobinę wody, ale zignorował podsuniętą mu pod pysk miskę. Łeb miał opuszczony. Gdy go podniósł i spojrzał mi w oczy, jego spojrzenie było bezrozumne, pełne bólu i szału. Cofnąłem rękę, zaniepokojony, ale w oczach Trebe błysnęła iskra świadomości. Westchnął i ułożył łeb na posłaniu. Patrzył przed siebie szklanym wzrokiem jeszcze przez moment, po czym zamknął ślepia i usnął. Siedziałem przy nim do zmierzchu, a później położyłem się spać. O świcie obudziło mnie zimno. Drzwi wyjściowe były półotwarte, psa nie było w domu, a na dworze opadały spóźnione płatki śniegu.

 

Poszukiwania

 

Wolałbym przebijać się przez śnieżne zaspy, niż przez to, co z nich zrobiło przedwiosenne słońce. Połyskliwa lodowa skorupa pokrywająca łagodne pagórki pękała pod moimi stopami, odsłaniając ostre krawędzie. Poszedłem po rozum do głowy i cofnąłem się do chaty po solidny posoch, którym utorowałem sobie drogę aż do krawędzi lasu. Tu pro­wa­dzi­ły bar­dziej i mniej wi­docz­ne ślady Trebe. Wszedłem pomiędzy jodły i ruszyłem dalej. Pies najwyraźniej schodził do potoku. Nie byłem zaskoczony tym, że potrafił otworzyć drzwi wyjściowe. Od wewnątrz wystarczy je pchnąć, chyba, że zamknąłem je na skobel. Dom miał mnie chronić przed tym co jest na zewnątrz, nie więzić w środku. Zbiegłem ścieżką do koryta potoku, kilkakrotnie odzyskując równowagę po poślizgnięciu na oblodzonych korzeniach.

Domyślałem się, co się dzieje. Chciwy łowca nagród, który znał dobrze moje słabości, wysłał psa na prawie pewną śmierć w górach. Być może zresztą Trebe nie był jedyny, pewnie wiele psich trucheł kostniało na zboczach tej góry. Gdy zbliżyła się wiosna, uaktywniło się zaklęcie, którego nie wykryłem. Teraz Trebe pędzi na trzech łapach w dół góry, by zdać relację cierpliwie czekającemu mordercy. Trzeba było myśleć szybciej, założyć psu obrożę i łańcuch, które z ulgą zdjąłem dziesięć dni po tym, gdy znalazł się u mnie.

Dobiegłem do potoku i znalazłem miejsce, gdzie pies przeskoczył na drugą stronę. Ku mojemu zdumieniu, jego dalsze ślady nie prowadziły w dół. Trebe kluczył, wędrując w stronę północnej grani. Mogło to oznaczać, że mój wróg jest bliżej, niż mi się wydawało. Może najrozsądniej byłoby się cofnąć, wrócić do domu i przygotować na najgorsze? Nie potrafiłem jednak przerwać pościgu. Nawet na trzech łapach, w łagodniejszym terenie pies był szybszy. Wydawał się wybierać stare ścieżki i osypiska, próbując czasem zgubić pościg nagłą zmianą kierunku. Ja jednak widziałem tropy, których oko nie dostrzeże. Minęła godzina, dwie i musiałem przegnać zmęczenie. Przyjdzie czas za to zapłacić, teraz jednak ważne było to, że ślady stawały się coraz świeższe. Trebe wędrował w głąb pasma górskiego.

Nieopodal granitowych bloków znalazłem świadectwo niedawnego odpoczynku. Pies był zmęczony a jedna z jego łap zaczęła krwawić. Przez chwilę patrzyłem na czerwone ślady, po czym ruszyłem w dalszą pogoń. Nie miała już trwać długo. Dotarłem do wschodniego gołoborza i ujrzałem w oddali Trebe, kuśtykającego trawersem. Dopędziłem go po pół godzinie – szedł zmęczony, z pochylonym łbem, ignorując mnie całkowicie. Zabiegłem mu drogę.

– Stój! – wrzasnąłem i huknąłem kijem w skałę, tuż przed psem.

Zatrzymał się. Jego futro było pozlepiane, mokre i przyprószone topniejącym śniegiem. W okolicy kikuta rozeszło się, odsłaniając grubą bliznę. Nadal na mnie nie patrzył.

– Podnieś łeb – powiedziałem głośno i wyraźnie.

Nie zareagował, więc wyciągnąłem do niego rękę, nieco bezmyślnie, oczekując nie wiadomo czego. Wtedy podniósł głowę a jego oczy spotkały się z moimi. To był ten sam spokojny, ciemnooki Trebe, którego znałem. Odsłonił jednak kły, a w jego gardle zagrał niski warkot. Cofnąłem szybko dłoń i cisnąłem szybkim, spokojnym zaklęciem. Psie nogi zadrżały a on sam opadł powoli na kamień.

– Powinienem to skończyć, tu i teraz. – powiedziałem na głos – Powinienem pozwolić ci zasnąć na zawsze. Jesteś dla mnie zagrożeniem, wspólnikiem mordercy i wrogiem.

Leżał na boku, z zamkniętymi ślepiami, oddychając spokojnie. Sięgnąłem do pasa po rzemień i dobrze zawiązałem psi pysk. Z trudem zarzuciłem Trebe na ramię i powoli ruszyłem z powrotem do domu.

 

Światło

 

Wbiłem hak w bal ściany najgłębiej, jak tylko potrafiłem i szarpnąłem łańcuch. Ledwo trzymałem się na nogach. Pogłębiłem sen zwierzęcia, zapiąłem na jego karku skórzaną obrożę i powlokłem się do łóżka. Obudziłem się w środku nocy, zdrewniały i spragniony. Wstałem i zajrzałem do Trebe. Spał, jak go zostawiłem. Nad wygasłym paleniskiem czekał na mnie kociołek kaszy z omastą. Zabrałem się za nią łapczywie. Po nasyceniu głodu odłożyłem trochę do psiej miski i przykucnąłem przy posłaniu. Przepędziłem z głowy zwierzęcia resztki senności i podsunąłem mu pod nos jedzenie i wodę. Podniósł się chwiejnie, nie do końca rozumiejąc chyba, gdzie jest i co się dzieje. Otrzepał się niezgrabnie, podzwaniając łańcuchem i zajął się posiłkiem.

– Co jest z tobą nie tak, Trebe? – zapytałem – Dlaczego uciekłeś? Dokąd szedłeś?

Pies, oczywiście, nic nie odpowiedział. Skończył jeść i położył się na posłaniu, zerkając na mnie czasem. Wydawał się zrezygnowany i apatyczny. Przyszło mi do głowy, że może pomyliłem się, uznając psie szaleństwo za złożoną pułapkę.

– Nie ma innej rady. – powiedziałem – Muszę ci zajrzeć do głowy.

Wędrówka przez umysł zwierzęcia przypomina nocny spacer lasem. Przedzierałem się przez kaleczące, nie do końca uformowane lęki, pełne latarniookich upiorów. Omijałem zagajniki doświadczeń, których jako człowiek nie mogłem zrozumieć i zanurzałem się w ścieżki wspólnych żądz i instynktów. Nad moją głową świeciły dwa księżyce – groźny, czerwony i życzliwy, srebrny. Zatrzymałem się i wpatrzyłem w ten drugi, by po chwili poczuć zapach i ciepło domu, dłoń zanurzającą się w futrze i targającą włochate uszy. Zobaczyłem szare oczy człowieka – moje oczy, czarodzieja z wysokiej, zimnej góry. Przeniosłem wzrok na drugi księżyc. Serce podeszło mi do gardła, gdy ujrzałem beznamiętne, czarne spojrzenie. Wspomnienia bólu przemieszały się ze wspomnieniami strachu. Czerwony księżyc pulsował coraz jaśniej i jaśniej, rytmem zgodnym z szybkimi uderzeniami psiego serca, a jego krwawy blask przypominał złowrogą latarnię morską. Im bardziej przyćmiewał wszystko dookoła, tym lepiej rozumiałem, z czym mam do czynienia. W rzeczy samej, była to latarnia – tętniący złowieszczo drogowskaz, wskazujący mordercy drogę do mojego domu. Zgasiłem czerwony księżyc, zacierając najmniejsze ślady zdradzieckiego zaklęcia i przerwałem trans.

– Wiem, dlaczego uciekłeś. – szepnąłem do Trebe – Wiem, dlaczego szedłeś w głąb pasma górskiego, na niechybną śmierć.

Ujrzałem w jego ślepiach obawę przed tym, co nadchodzi i wiem, że on widział w moich oczach to samo.

 

Wróg

 

Szarpnąłem rzemień, by upewnić się, że przywiązałem go do drzewa wystarczająco mocno. Luźną jego część rozłożyłem pomiędzy kamieniami. Gdy rzemień drgnął i ożył, zakopując się w śniegu, pobiegłem na drugą stronę chaty, by rozłożyć bliźniaczą pułapkę. Wszystkie ścieżki prowadzące do mojego schronienia obsypałem ostrymi odłamkami kryształów, gotowymi na mój rozkaz wyprysnąć w górę, do oczu. Wszystkie te magiczne wnyki były na tyle sprytne, by zignorować mijające je zwierzęta, dla mnie były jednak od uaktywnienia śmiertelnym zagrożeniem. Upewniłem się ponownie, że wszystkie znaki ochronne działają poprawnie i wsłuchałem w spokojny puls sygnałów dochodzących z dalszych kręgów. Na razie nic nie zapowiadało zbliżającego się zabójcy, wróciłem więc do domu, by ogrzać się chwilę przy ogniu. Ukrywanie dymu z komina nie miało już sensu. Na haku obok drzwi zawiesiłem naciągniętą kuszę.

– Jeśli cię odwiążę – powiedziałem do psa – to albo od razu dasz nogę, albo zrobisz coś głupiego później. Jeśli tego nie zrobię, to zostaniesz przykuty do ściany, gdy będzie już po wszystkim. Nie wiem, czy większe są szanse, że uda ci się samotnie przetrwać w górach, czy że uda mi się uporać z tym, co nadchodzi.

Trebe siedział pod ścianą, przy nietkniętej misce.

– Lepiej sam wybierz – mruknąłem i rozpiąłem obrożę na jego szyi.

Nie czekałem, co zrobi i poszedłem pracować dalej nad niespodziankami dla niechcianego gościa. Gdy skończyłem, wróciłem do chaty i usiadłem za stołem przy kubku gorącej herbaty z resztką miodu, garścią igliwia i kroplą rumu. Trebe przywlókł się do mnie i położył przy nodze.

– Może nie zauważył – szepnąłem i potargałem go za uchem. – Może nikt tu nie przyjdzie.

 

*

 

Wibrujący świergot postawił mnie na nogi. Idzie! Idzie! Chroń się! – jazgot wiernego strażnika z najdalszego kopca nie pozostawiał wątpliwości. Niesłyszalny ludzkim uchem, pobrzmiewał panicznym strachem. Szepnąłem słowo i uwolniłem go, zgodnie z umową. Życzę ci powodzenia, gdziekolwiek będziesz – pomyślałem – pewnie niedługo pójdę twoim śladem. Bałem się, naprawdę się bałem. Rozbolał mnie brzuch, pot spłynął po moich plecach i poczułem nieracjonalną chęć ucieczki gdziekolwiek – prosto przed siebie. Przez chwilę rozważałem również schowanie się do beczki w piwnicy. Trebe siedział pod stołem i trząsł się jak osika. Z jakiegoś powodu dodało mi to odwagi i postanowiłem wziąć się w garść. Zamierzam obronić swojego psa, swój dom i swoje życie. Wrzuciłem do paleniska kilka szczap i zapatrzyłem się w płomienie, słuchając spokojnego tętna pozostałych sygnałów. Najdalszy z nich uderzył mocniej i ucichł. Przysunąłem sobie zydelek i usiadłem, ogrzewając dłonie przy ogniu. Płomienie pełgały po trzaskających szczapach a ja rozmyślałem, jak przyjemnie byłoby sięgnąć po węgielek i przypalić nim długą fajeczkę i rozkoszować się wonnym dymem. Moglibyśmy zejść sobie z psem do potoku i popatrzyć na wodę płynącą pod cieniejącym lodem. A zresztą, może i dobrze mi to zrobi? Zdjąłem z półki fajkę i drżącymi jednak dłońmi sięgnąłem do kapciucha po tytoń. Nie zamierzałem go sobie teraz żałować i ubiłem dobrze w opalonej główce. Tętno kolejnego sygnału ucichło, miałem zatem nie więcej niż dwadzieścia minut spokoju. Poczułem złość – wcale nie na siebie i na swoje wcześniejsze wybory, na które nie mogłem już nic poradzić. Tyle mnie obchodził ten najemny morderca, wspinający się do mojej ustroni, ile żelazo i ogień w jego dłoni. Tyle ja obchodziłem jego, ile waży sakiewka, którą dostanie za moją głowę. I jeszcze tyle, ile szemranej sławy mu to przyniesie. Popatrzyłem srogo na fajkę, a ta pociemniała i zapłonęła pod moim spojrzeniem. Posiedziałem przez chwilę w cieple, po czym wyszedłem przed chatę. Wiedziałem, że wróg minął już wszystkich strażników i za chwilę pojawi się w zasięgu wzroku. I rzeczywiście, chwilę później ujrzałem ciemną sylwetkę, kroczącą pewnie, choć ostrożnie, ścieżką prowadzącą do mojego domu. Odłożyłem fajkę na parapet i rozluźniłem ręce.

Zachowywał się inaczej, niż oczekiwałem, był również znacznie drobniejszy. Ciepły płaszcz opadał mu do ziemi, głowę ocieniał kaptur, a twarz osłaniał nieco pretensjonalny szal. Dłonie miał wolne. Większość jego kolegów po fachu ruszyłby prosto na mnie, a kolejne fale moich ataków rozbijałyby się o ich tarcze, dopóki nie rozpoczęliby własnej ofensywy. Nadchodzący człowiek poruszał się jednak ostrożnie, obserwując śnieg przed sobą. Z tej odległości nie widzieliśmy się dokładnie, ale wiem, że widział mnie, stojącego przed domem i zdejmującego kuszę z haka. Przyłożyłem ją do ramienia, gdy śnieg przed przybyszem poruszył się nagle i wyprysnął spod niego namokły zwój magicznej liny. Reakcja zabójcy była nienaturalnie szybka, gdy uchylił się przed nadciągającą pętlą i skoczył w stronę skał. Sznur obrócił się za nim, pełznąc po śniegu, ale on biegł już w stronę chaty – prosto w jedną z pułapek. Wyszeptałem zaklęcie i grot bełtu rozjarzył się od gorąca. Strzeliłem, gdy przed biegnącym podniósł się z hukiem gejzer szkła i kamieni. Jednak przybysz uniknął i strzały, i pułapki, uskakując przed nimi w ostatniej, zdawałoby się, chwili. Magiczna lina prężyła się z wściekłością, bezskutecznie próbując sięgnąć celu, śnieg topniał wokół ciemnego krateru, a mój wróg stał i patrzył prosto na mnie. Był nie dalej niż czterysta stóp od mojej chaty i nie potrafiłem zrozumieć, jak mógł przebyć tę odległość tak błyskawicznie, nie budząc nawet połowy pułapek. Odrzuciłem kuszę, uznałem bowiem, że nie zdążę naciągnąć jej ponownie i podniosłem ręce, szykując się do bezpośredniej konfrontacji. Wtedy nieproszony gość odkrył twarz i zsunął kaptur. Ciemnowłosa, ciemnooka kobieta patrzyła w moje oczy.

– Bracie – usłyszałem – poniechaj walki, bo jestem ci towarzyszką. Nasza wspólna sprawa jest żywa, a wewnętrzny krąg prosi o twą radę.

 

Sen

 

Siedzieliśmy przy stole, a za oknem zapadał już zmierzch. Trebe zniknął, prawdopodobnie gdy rozpoczęła się potyczka. Bianca trzymała w szczupłych dłoniach kubek parującej mieszanki ziół leśnych, herbaty i rumu. Ja również.

– Niewielu nas zostało i wiem o losie tylko niektórych. Złożyłam ślubowania krótko przed zdradą Mesarthim.

– Mesarthim? Dlaczego to zrobiła? – zapytałem.

– Tego dnia, gdy zapukali do drzwi wszystkich z wewnętrznego kręgu, Mesarthim zniknęła i nikt nigdy jej więcej nie widział. Znałeś ją dobrze?

– A czy można dobrze poznać drugiego człowieka?

– Jak widać, nie – obróciła głowę, wpatrując się w ogień. – Nie zapytasz, kto przeżył?

Wstałem od stołu i podszedłem do kominka, by dorzucić kilka szczap. Zastanawiałem się, gdzie podziewa się mój pies.

– Wszystko to nie miało najmniejszego sensu – pokręciłem głową, a Bianca zamilkła na dłuższą chwilę.

– Nie wierzę własnym uszom – powiedziała w końcu z mocą. – Ty to mówisz? Twoje pisma rozpaliły setki serc, ludzie oddali życie za lepszą przyszłość.

– I z tej krwi nigdy moich dłoni nie oczyszczę. Ale potrzeba było więcej, niż jednego kamyka, by poruszyć lawinę.

– Czytałam raport z kopalni Norhack – pochyliła się w moją stronę. – Czy to nie był pierwszy kamień? Ludzie, żyjący jak zwierzęta, stłoczeni w czworakach, walczący o miskę strawy. Dwudziestopięcioletni mężczyzna jest starcem, o ile miał szczęście i nie użyźnił krwią urobku, a kobieta… Sam wiesz, bo napisałeś każde z tych słów.

– Czego ode mnie oczekujesz? Powrotu na niziny, gdzie nie przetrwam nawet miesiąca? Gdybym potrafił obronić się przed siepaczami możnowładców, byłaby teraz z ciebie mokra plama.

– Więc oddałbyś życie za sprawę, jak wielu.

– Zrozum – powiedziałem. – Dołączyłem do czegoś dobrze rozpędzonego, i do tego nie wiem przez kogo i w jakim celu. Naiwnie myślałem, że rewolucja trwać będzie dziesiątki lat i zacznie się od budowy szpitali dla ubogich. Mówiłem i o tym, ale wtedy nikt mnie już nie słuchał. Chcieliście krwi i ognia.

– Nie ma innej drogi i wiedziałeś o tym od początku.

– Nie. Nie wiedziałem. Uwierz mi, przejawiam czasem braki w zdrowym rozsądku. Bywałem naprawdę naiwny.

Usiadłem ponownie przy stole.

– Dołączyłaś niedawno, pamiętasz więc pewnie pisma i manifesty, w których kreśliliśmy mroczną przyszłość czekającą nas, jeśli świat nie przejdzie radykalnej zmiany. W to wszystko nadal wierzę. Można to zresztą dobrze policzyć i pewien astrolog nakreślił skomplikowane wykresy, z których wynika prosty wniosek. Otóż majątki możnych rosną coraz szybciej. Bogacze nie chcą się jednak za bardzo rozmnażać ani zapraszać nikogo do swojego grona, mnoży się za to na potęgę biedota. Czerń żyje zaś coraz gorzej, coraz mniejsze spłachetki ziemi mają wykarmić coraz większe rodziny. Nie będzie niczym nowym bunt, jakich było już wiele. Nie będzie to pierwsza rzeka krwi, która przepłynie przez wsie i miasta. Za nią przyjdzie jednak kolejna, i to szybko, a po niej następna. Można bowiem policzyć, ile marnych istnień ludzkich musi zginąć, by władcy tej ziemi mogli spokojnie przechadzać się po swoich złotych ogrodach. Wynika z tego niezbicie, że fale buntu i mordów są tym częstsze, im więcej potężni zagarnęli dla siebie. Za dwieście-trzysta lat czeka nas hekatomba.

– Dwieście-trzysta lat?

– Tak, ale pierwsze oznaki widać już teraz. Nikt nie wierzy już w przyrodzone prawo władzy rodu królewskiego. Tron zawsze był przedmiotem walki i handlu, ale jego wartość spadła już prawie do symbolicznej. To, co się teraz liczy, to kropla szlachetnej krwi w żyłach, majątek i koligacje rodzinne.

– Krew szlachcica i chłopa wygląda tak samo.

– To prawda, więc z czasem i to przestanie mieć znaczenie. Pozostanie majątek i koligacje. I to można również dokładnie policzyć – jak wiele czasu musi upłynąć, nim ten moment nastąpi.

– Nie za naszego życia – powiedziała Bianca.

– Owszem, za naszego życia – odparłem. – Świat zmieni się, nawet jeśli nie przyłożymy do tego ręki.

– Widziałam te wykresy i nie wierzę w nie. Ten astrolog uważał, że jesteśmy niewolnikami liczb, korkiem na falach historii. Nie dostrzegł jednak, że jego głowa zawiśnie nad bramą Północnej Świątyni.

– Lirtus nie żyje? – zapytałem. – Nie należał do wewnętrznego kręgu, niemalże nikt nie wiedział o jego przepowiedniach.

– Skończył, jak mówiłam. I dlatego chcę znaleźć Mesarthim.

Osadziłem w stojącym na stole świeczniku nową świecę. Paznokciem kciuka wyrzeźbiłem w niej głęboką rysę. Zapaliłem knot od węgielka wyciągniętego szczypcami z paleniska.

– Spędziliśmy długie godziny perorując na temat kształtu przyszłego świata. Idioci… Wydawało nam się, że problemem jest wszelka hierarchia. Wymyśliliśmy więc, że nie będzie niczego, co pozwoliłoby ludziom porównywać się i wywyższać. W każdej misce to samo, na każdych plecach ta sama koszula. Każdemu praca podług przyrodzonych zdolności. I rotacje – po czterech latach na roli cztery lata przy budowie akweduktów, a potem jeszcze dwa na kształcenie się i wzmocnienie cnót wrodzonych i nabytych. Dużo mieliśmy głupich pomysłów. Chcesz jeden? Otóż świat jest zbudowany tak, że syn księcia to książe, syn pisarza będzie zaś pewno co najmniej pisarzem, wojaka na pewno wojakiem, biedaka zaś biedakiem. Tych ostatnich jest najwięcej, ale umierają też najgęściej. Cóż zrobić? Ano – odebrać matkom dzieci i wychowywać je wspólnie. Wymyślili, kretyni, wielkie dziecińce, wychowujące chrobrych mężów i cnotliwe panny. A wiesz, jak wielu było wśród nas takich, co wyszli z tej czerni, z tej biedy przeklętej?

– Żadnego.

– Żadnego. Każdy z nas miał biały chleb na stole. No więc ja, uważaj, postanowiłem zaczerpnąć z tej soli ziemi klejnotów i znaleźć kogoś, kto pomoże nam znaleźć właściwą ścieżkę. I wyobraź sobie, zakrzyczano mnie i odsunięto. Nie wiem dziś, czy pozostali przewyższali mnie naiwnością, ale nie sądzę. Myślę, że dążyli do tego samego, co prawie każdy, od zawsze, choćby nieświadomie.

– Do czego?

– Do władzy, rzecz jasna. Chcieli przyspieszyć nieuniknioną rzeź, by fala krwi wyniosła ich jak najwyżej. I tak to będzie wyglądać, dopóki ludzie będą ludźmi.

Bianca dopiła herbatę, wpatrując się swoimi smolistymi oczami prosto w moje. Nie wytrzymałem jej wzroku i opuściłem spojrzenie na poznaczony plamami i nacięciami blat. Przesunąłem palcem po ciemnej, głębokiej rysie. To tutaj płonący nóż zagłębił się w drewnie, gdy operowałem Trebe.

– Co więc teraz zamierzasz?

– Nie wiem. Zostanę tutaj, może na zawsze. Będę podglądał lisy nad potokiem, zbierał jagody, łowił ptactwo. To wszystko, czego chcę, przynajmniej przez kilkanaście lat. Ludzie zapomną o mnie. Ja o nich dawno już zapomniałem.

Bianca pochyliła się. Niemalże czułem na sobie jej badawcze spojrzenie. Nie mówiła nic przez dłuższą chwilę, a ja siedziałem ze spuszczonymi oczami, jak uczniak czekający na karę. W ciszy słychać było tylko ogień trzaskający w palenisku. Kobieta odsunęła na bok opróżniony kubek. Miała drobne dłonie o delikatnych palcach. Potrafiłem sobie wyobrazić, jak dotyka nimi strun harfy.

– To jest żałosna prośba o życie, prawda? – zapytała w końcu.

– Tak – pokiwałem głową.

– Gdzie jest Mesarthim?

– Jeśli zdradziła, to powinniście wiedzieć lepiej ode mnie.

– Nie bądź głupcem – powiedziała spokojnie i podniosła się od stołu.

Obrócona do mnie plecami lustrowała wzrokiem izbę. Przykucnęła przy wbitym w ścianę łańcuchu i rozgrzebanym legowisku. Obróciła miskę i odłożyła ją na bok. Wiedziałem dobrze, że jej pozorna nieostrożność jest okrutną złośliwością.

– Gdzie pies? – zapytała.

– Uciekł na samym początku.

Pokiwała głową beznamiętnie. Jej dłoń musnęła pieszczotliwie rękojeść sztyletu u pasa.

– Kosztował mnie dużo pracy i złota. Było ich więcej. Myślałam, że wczoraj go zabiłeś.

– Zdjąłem zaklęcie. Teraz mieszka ze mną.

– Może i rzeczywiście jesteś takim głupcem, za jakiego cię mają – parsknęła. – Ale i ja mogłam być ostrożniejsza. Chodzi o raport z Norhack, prawda? To mnie zdradziło. O tym, kto jest jego autorem dowiedziałam się w trakcie bardzo ciekawej rozmowy. Zaczęła się podobnie jak nasza, od deklaracji całkowitej niewiedzy na temat, który bardzo mnie interesował. Z czasem przerodziła się w wiele szczerych wyznań – Bianca uśmiechnęła się ponownie, ale jej oczy pozostały martwe. – A później pozwoliliśmy sobie na odrobinę fantazji, ale to już wyłącznie dla przyjemności.

– Nie – odparłem. – Chodzi o astrologa. Nie wiem, kim był i jak go zwali. Stajenny w jednej z gospód, w której nocowałem, nazywał się Lirtus. Zawsze myślałem, że to zbyt nobliwe imię jak na kogoś, kto połowę życia spędzi w łajnie.

Stojąca na stole świeca kopciła. Drżącymi palcami obłamałem odrobinę wosku. Bianca patrzyła na mnie zimno.

– Nie wiem, gdzie jest Mesarthim – powiedziałem.

– Jak można być takim głupcem? – zapytała spokojnie Bianca. – Powinieneś znać swoje miejsce w szeregu. Może składać końskie kości, a może siedzieć w chlewie i leczyć świńskie kolki… Na czym ty się w ogóle znasz?

Płomień stopił świecę prawie do głębokiego nacięcia. Nagle rozległo się drapnięcie do drzwi. Trebe wrócił, być może na swoją zgubę. Bianca wyjrzała za okno i pokręciła głową.

– Twój kundel ma trzy nogi – oznajmiła i potarła oczy zmęczonym ruchem dłoni. – Siedzi pod drzwiami, z podkulonym ogonem.

Wstałem a ona obróciła się w moją stronę. Powoli i nieco niepewnie sięgnęła do pasa, ale jej dłoń nie zdołała pochwycić broni. Patrzyła na mnie z sennym niedowierzaniem.

– Lepiej usiądź – powiedziałem, ale nie posłuchała. – Zioła. Na tym właśnie znam się trochę.

Nacięcie na świecy zniknęło wraz ze spływającym woskiem. Ciało zabójczyni zwiotczało i opadło ze stukotem na drewnianą podłogę.

 

Pożegnanie

 

Wzmocniłem wór podróżny kilkoma łatami i napełniłem wszystkim, co wydawało mi się potrzebne w dalszej podróży. Postanowiłem pożegnać się z chatą, górą i krajem, zaokrętować się na galeon, ruszyć za morze. Są na południu porty, gdzie nie zadają zbyt wielu pytań. Korzenie, które miały mnie trzymać w tej krainie, skruszały i pękały niczym nitki perzu. Przyszło mi wydorośleć i poszukać sensu życia gdzie indziej. Zwój ujarzmionej i uśpionej magicznej liny rzuciłem obok wora i sakw napełnionych żelaznymi zapasami.

– Nie rusz – powiedziałem do psa, który starał się trzymać blisko tych ostatnich.

Bianca, ubrana w płócienną koszulę, obserwowała mnie z łóżka. Większość fantów, które miała przy sobie, powędrowała do mojego worka. Resztę spaliłem, wraz z jej ubraniami, bez szczególnego zaskoczenia odkrywając w popiołach cienkie jak włos nici garot. Przysunąłem sobie stołek, usiadłem na nim ciężko i uważnie obejrzałem podeszwy butów.

– No, dobrze – zwróciłem się do kobiety. – Zacznijmy więc od butów. Twoje pociąłem i wykorzystałem na zelówki. Na razie zresztą nie będą ci potrzebne. Przez dwa-trzy dni nie będziesz w stanie ruszyć się z łóżka. Potem prawdopodobnie uda ci się doczołgać do miski z wodą przy posłaniu Trebe. Mniej więcej za tydzień będziesz miała dość siły, żeby wyjść na podwórzec. Usiądź na pniu w południe i czekaj. Prędzej, czy później pojawi się orzeł, który przyniesie ci coś do jedzenia. Radzę, schowaj się pod wiatą, gdy go zobaczysz. Możecie nie przypaść sobie do gustu. Powinnaś być już w stanie rozpalić palenisko, więc nie będziesz musiała jeść surowego mięsa. Dostaniesz jeszcze jeden taki prezent, tydzień później. Wtedy możesz spróbować otworzyć klapę do spiżarni. Nie spodziewaj się znaleźć tam za wiele.

Oczy Bianki śledziły mnie uważnie, nic nie wyrażając. Nie miała nawet tyle siły, by obrócić głowę w moją stronę. Wstałem ze stołka.

– Nie spiesz się ze schodzeniem w doliny, naciesz się górskim powietrzem. Za trzy, może cztery tygodnie pogoda poprawi się na tyle, że będziesz w stanie ruszyć z powrotem, skąd przyszłaś.

Zarzuciłem wór na ramię i sięgnąłem po laskę podróżną. Nie miałem już nic do powiedzenia. Wiedziałem, że zabójczyni nie jest zaskoczona tym, że obudziła się bez sztyletu w piersi.

– Idziemy – powiedziałem do Trebe. – Nie marnujmy poranka. I ruszyliśmy w świat, na pięciu nogach.

Koniec

Komentarze

Ładna opowieść. Rozgrywa się niespiesznie, ale jednak ciągle coś się dzieje. Są jakieś zwroty akcji.

Może nie powala oryginalnością, ale nie jest źle. Bardzo szlachetny ten protagonista, ale nie zamierzam na to narzekać.

Wykonanie też całkiem przyzwoite, chociaż niekiedy brakuje przecinków.

Babska logika rządzi!

Początek mnie zaciekawił, bo ładnie budujesz nastrój, dbasz o szczegóły. Językowo też jest dobrze. 

To, co jednak było zaletą na początku, z czasem mnie zmęczyło. Przeczytałem gdzieś 1/2 tekstu i mam już dość. Zbyt monotonna ta akcja. Owszem jest nastrojowo, piękne są te śnieżne góry, ale przy tak długim opowiadaniu, ta akcja musi gdzieniegdzie przyspieszać. 

 

Poniżej kilka fragmentów, na których się potknąłem. Nic poważnego, ot kilka sugestii.

 

Znam siebie od dawna i wiem czego po sobie się spodziewać. Wcisnąłem jeszcze w rozwarte drewnianą kopyścią psie szczęki dwa rozgotowane kawałki mięsa i odsunąłem się, zmęczony, od zwierzęcia. Teraz warto się zastanowić, co dalej.

Ten fragment prosi się o nieco pieszczot. Początek taki siebie-sobie, środek tasiemcowaty, a koniec niepotrzebny.

Z braku siły ani właściwych narzędzi postanowiłem ponownie zaryzykować odrobinę fajerwerków.

Ani → i

Po raz drugi moim staraniom towarzyszy orzeł.

Zdanie troszkę kuleje.

 

Ostatnie tygodnie były jednak mroźne i może być bardziej zdesperowany, a skoro krąży tak uporczywie nad łowiskiem, to warto zajrzeć do pułapek.

Powtórzenie i bytoza

Szedłem powoli a pies kuśtykał na trzech łapach, radząc sobie całkiem nieźle.

Przecinki przed “a” –> w kilku miejscach to widziałem.

Przed spójnikiem a łączącym zdania współrzędne zawsze stawiamy przecinek. 

patrz →  https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Przecinek-przed-a;18461.html

 

Wszystkie moje łowiska znajdują się poza nieustannie monitorowanym przez zestaw metod ochronnych terenem.

Niedobre zdanie. Dopieścić.

To zresztą ciekawe, gdy chwilę o tym pomyśleć – gdy nie jestem w domu, który ma być dla mnie bezpiecznym schronieniem, nie mam potrzeby zastanawiania się nad potencjalnym atakiem wrogów z dawnych czasów.

Powtórzenie “gdy”, a całe zdanie też przekombinowane.

– Wrócimy trochę inną drogą – powiedziałem do Trebe, który pewnie nic nie zrozumiał (+,) i podniosłem wysoko jedną ze zdobyczy.

przecinek

Przełamałem jego początkowy strach i opór i skierowałem go prosto na nas.

dwa “i” obok siebie

 

Teraz przyjdzie delikatny moment: muszę uwolnić ptaka spod magicznego wpływu.

Zapomniałeś o czasie przeszłym.

 

Nie odleciał, rzucając się do ucieczki, dobra nasza.

Odleciał i ucieczka się dublują.

 

 

 

Wracam z komentarzem, już po przeczytaniu całości.

 

Domyślałem się, co się dzieje. Pies był pułapką. Chciwy łowca nagród, który znał dobrze moje słabości, wysłał go na prawie pewną śmierć w górach.

Czytelnik wolałby sam się tego faktu domyśleć, niż abyś podał mu to na tacy. Tym bardziej że kontekst pozostałych zdań już wiele sugeruje.

 

Odsłonił jednak kły, a w jego gardle zagrał niski warkot.

Ładne zdanie

 

 – Powinienem pozwolić ci zasnąć na zawsze. Jesteś dla mnie zagrożeniem, wspólnikiem mordercy i wrogiem.

Znowu zbyt wiele objaśniasz czytelnikowi, nieco ubliżając jego zdolności wyciągania samodzielnych wniosków. Czuję się jak na amerykańskim filmie.

 

Wbiłem hak w bal ściany najgłębiej, jak tylko potrafiłem i szarpnąłem łańcuch. Wcześniej niemalże nieużywany, miał mi się teraz bardzo przydać.

Czy ta końcówka jest niezbędna? Myślę, że jakbyś się pozbył tych niepotrzebnych dopowiedzeń/zdań w opowiadaniu, to stałoby się bardzo dobrym tekstem. Przyspieszyłbyś nieco akcję, skompresował objętość, a historia nie straciłaby niczego istotnego.

 

Luźną część zwoju rozwinąłem,

Niefortunne zestawienie słów.

 

Gdy drgnął i ożył, zakopując się w śniegu, pobiegłem na drugą stronę chaty, by rozłożyć bliźniaczą pułapkę.

Kto jest podmiotem? Rzemień? Zwój?

 

dla mnie samego były jednak od uaktywnienia śmiertelnym zagrożeniem.

Zdanie kuleje.

 

Upewniłem się ponownie (+,) że wszystkie znaki ochronne działają poprawnie i wsłuchałem w spokojny puls sygnałów dochodzących z dalszych kręgów.

Przecinek

 

Gdy skończyłem, wróciłem do chaty i usiadłem przy stole (-,) przy kubku gorącej herbaty z resztką miodu, garścią igliwia i wkładem rumu.

Ten przecinek za to chyba zbędny. 2x przy (sugeruję zmienić na “za stołem”)

 

*

Wszędzie przerwy między rozdziałami opatrujesz podtytułem, tu zaś nagle gwiazdka. Dałbym podtytuł, by zachować spójność.

 

Płomienie pełgały po trzaskających szczapach a ja rozmyślałem, jak przyjemnie byłoby sięgnąć po węgielek i przypalić nim długą fajeczkę i rozkoszować się wonnym dymem. Moglibyśmy zejść sobie z psem do potoku i popatrzyć na wodę płynącą pod cieniejącym lodem.

Zmierzasz do punktu kulminacyjnego, do starcia z wrogiem (w końcu!), napięcie rośnie, akcja przyspiesza, a Ty nagle zabijasz wszystko poprzez kilka niepotrzebnych zdań. Chcesz by bohater zachował zimną krew i zapalił fajeczkę, proszę bardzo, niech to zrobi, ale po co te wszystkie objaśnienia i ozdobniki? 

 

Tyle mnie obchodził ten najemny morderca (+,) wspinający się do mojego ustronia (+,) ile żelazo i ogień w jego dłoni.

I jeszcze tyle (+,) ile szemranej sławy mu to przyniesie.

Większość jego kolegów po fachu ruszyłoby prosto na mnie (+,) a kolejne fale moich ataków rozbijałyby się o ich tarcze, dopóki nie rozpoczęliby własnej ofensywy.

Przecinki,

Większość ruszyłaby.

 

Strzeliłem równocześnie z tym, gdy przed biegnącym podniósł się z hukiem gejzer szkła i kamieni.

Zdanie niedopieszczone.

 

Jednak przybysz uniknął i strzały i pułapki, uskakując przed nimi w ostatniej, zdawałoby się, chwili.

Gdy wyraz i jest powtarzany, stawiamy przecinek przed drugim (oraz każdym kolejnym) i.

 

– Bracie – usłyszałem – poniechaj walki, bo jestem ci towarzyszką. Nasza wspólna sprawa jest żywa, a wewnętrzny krąg prosi o twoją radę.

Skoro stylizujesz, to “twą” lepiej zabrzmi niż “twoją”.

 

Przyszłość, o której marzyłem (+,) nie miała zjawić się nagle.

– Dołączyłaś niedawno, pamiętasz więc pewnie pisma i manifesty (+,) w których chcieliśmy nakreślić mroczną przyszłość czekającą nas, jeśli świat nie przejdzie radykalnej zmiany.

Przecinek, szyk

 

Można to zresztą dobrze policzyć i pewien astrolog nakreślił wykresy (+,) z których wynika prosty wniosek, że majątki możnych rosną coraz szybciej, zaś liczba tych ostatnich prawie nie zmienia się w porównaniu do czerni.

Kulawy tasiemiec bez przecinka. Nie zaczynamy zdania od “zaś”.

 

– Lirtus nie żyje? – zapytałem (+.) – Nie należał do wewnętrznego kręgo, niemalże nikt nie wiedział o jego predykcjach.

kciuka wyrzeźbiłem w jej połowie głęboką rysę.

niej

 

– Może i rzeczywiście jesteś takim głupcem, za jakiego cię mają – parsknęła (+.) – Ale i ja mogłam być ostrożniejsza. Chodzi o raport z Norhack, prawda?

Z czasem przerodziła się w wiele szczerych wyznań – Bianca uśmiechnęła się ponownie, ale jej oczy pozostały martwe (+.) – A później pozwoliliśmy sobie na odrobinę fantazji, ale to już wyłącznie dla przyjemności.

– Nie – odparłem. – Chodzi o astrologa. Nie wiem, kim był i jak go zwali. Stajenny w jednej z gospód (+,) w której nocowałem nazywał się Lirtus.

– Jak można być takim głupcem? – zapytała spokojnie Bianca (+.) – Powinieneś znać swoje miejsce w szeregu.

Albo kropka, albo mała litera.

 

 

Podsumowanie

 

Pozytywy:

Poprawny język, dbałość o szczegóły, umiejętne budowanie nastroju, stopniowe przekazywanie informacji o bohaterze i świecie, ładne opisy, bohater wewnętrznie spójny i wzbudza sympatię.

 

Negatywy:

Dłużyzny, monotonia, interpunkcja, zbyt wiele objaśnień zachowań bohatera, które i tak wynikają z kontekstu. 

Narracja pierwszoosobowa w czasie przeszłym trochę mierziła.

Zachowanie zabójczyni wydało mi się naiwne i nieprzekonywujące. 

Najpierw jest bezwzględna, kaleczy psy dla własnych celów, a później próbuje odgrywać wrażliwą osobę, rozczulając się nad skutkami rewolucji i krzywdach ludzkich. Do tego daje się podejść jak dziecko. Cała ich dysputa filozoficzna zapodawała infodumpem. Bardziej podobało mi się, gdy było mnóstwo niedopowiedzeń.

 

Ocena: 4/6.

Myślę, że gdybyś poprawił interpunkcję, wywalił niepotrzebne zdania i skompresował nieco tekst, byłbym skłonny dać 5.

Tekst mimo swoich wad wart jest biblioteki.

Sposób w jaki opisujesz wydarzenia i otoczenie jest moim zdaniem super (to właśnie zachęciło mnie do przeczytania całości). Wolny rozwój fabuły nie nudził, choć trochę rozczarowała mnie końcówka.

Nie spodobała mi się postać zabójczyni. Nie wyobrażam sobie, że tak po prostu rozmawiała przy herbatce z osobą którą miała zabić i która przed chwilą strzelała do niej z kuszy.

Ogólnie jest świetnie i z chęcią przeczytam inne twoje opowiadania :)

Dziękuję bardzo za opinie i uwagi. W szczególności chroscisko – przejdę przez tekst i naniosę poprawki, dzięki! Nauczyłem się dzięki Wam paru rzeczy.

Opowiadanie powstało jako powrót do pisania po 10 latach. Miałem w głowie zarys pomysłu, ale jak to pewnie czasem bywa, główny bohater miał własne plany. Zastanawiam się czasem, co z nim dalej będzie, ale myślę, że sam sobie poradzi, a ja poczekam aż przyjdzie mi do głowy nowa opowieść :-) Bardzo się cieszę, jeśli ktoś spędził przyjemnie trochę czasu przy czytaniu. Postaram się też pisać nieco krócej, w przyszłości.

Więcej nie padnie ono w tej opowieści.

Składnia – "ono" jest niepotrzebne, bo dubluje informację. W sumie nie musisz nawet bohatera przedstawiać imieniem, jeśli ono nie jest ważne.

płaszcz ciężko opierał się na moich ramionach

Może raczej "leżał"?

kark dźwigał ośnieżoną czapę

Czapki na karku się nie nosi. Nie przekonuje mnie takie antropomorfizowanie części wyposażenia (i ciała).

Słońce przebijało się przez pierzaste chmury, nie niosąc ciepła.

Słońce nosi ciepło?

czułem, jak gdyby

Kolokwializm.

Dłonie i stopy miałem za to dobrze ogrzane swoimi, ryzykownymi w obecnej sytuacji, metodami.

Nieprawdopodobne (wierz mi na słowo, te małe, ukrwione peryferia marzną pierwsze). I metody nie grzeją.

do zamczystej kopy

Czyli?

kształt zdradzał dobrze znany mi punkt

Z prostą. Kształt wskazywał, tak. Ale nie bardzo widzę, jak wskazywał punkt – może miejsce?

rozluźniony szew na worku

Szew worka.

niejedna strużka potu spłynęła pomiędzy moimi łopatkami

Krok w dobrą stronę, ale niezgrabny. Przeczytaj to głośno.

Grzebałem zanurzoną po łokieć ręką w wydrążonym tunelu

Składnia: Grzebałem w wydrążonym tunelu zanurzoną po łokieć ręką; albo: Zanurzyłem rękę w tunelu po łokieć.

stanąłem na palcach stóp

Na palcach rąk byłoby trudno.

nieco podekscytowany

Nie wiem, czy to się łączy.

chronić mojego spokoju

Bronić spokoju, albo chronić spokój.

pożegna się z nią gdy

pożegna się z nią, gdy

dla przyszłej orientacji

Anglicyzm – żeby móc się potem zorientować.

przestała w końcu bezlitośnie piąć się

Od kiedy drogi się litują?

futrzate ciało

Futrzaste.

ślepia delikatnie rozchyliły się

"Delikatnie" nie znaczy "trochę".

skonsternowany

Zgrzyta. "Zakłopotany" to nie jest pierwsze znaczenie, jakie przychodzi na myśl.

postoje, na których

Kolokwializm – podczas których.

przerzedzoną piramidę

Niespójna metafora. Piramida może się skurczyć, ale nie przerzedzić.

okno, wyposażone w dwudzielną, krzywo dmuchaną szybę

Dwuskrzydłowe okno. Szyb okiennych od dawna się nie dmucha – jaki tu jest poziom techniki? Ponadto – szałas z oknami? To już chatka.

skórze podciągniętej do paleniska

No, nie wiem.

wrzuciłem kilka garści śniegu

Śnieg to samo powietrze, bardzo mało wody.

spojrzeniem pozbawionym strachu ale i rozumu

A wcześniej je miało? Po strachu – przecinek.

w swoim życiu opatrzyłem niejedną ranę

Składnia: opatrzyłem w życiu niejedną ranę.

Z braku siły ani właściwych narzędzi

Braku siły i narzędzi. Arbitrariness of the sign.

zamarzniętego, białego potoku

"Biała" (spieniona) woda nie zamarza.

lubił przynieść zwierzęciu odrobinę cierpienia, w swój lepszy lub gorszy dzień

Trochę to niezgrabne.

Towarzyszył mi przy czym tylko mógł,

Towarzyszył mi, kiedy tylko mógł.

Otóż, obaj

Bez przecinka.

radzą sobie tu

Składnia: radzą tu sobie.

chętnie żywią się

To nie kwestia chęci, tylko biologii.

moim staraniom towarzyszy orzeł

Różne poziomy abstrakcji. Orzeł nie towarzyszy staraniom, tylko narratorowi.

łowiska znajdują się poza nieustannie monitorowanym przez zestaw metod ochronnych terenem

Jakieś to sztuczne.

gdy nie jestem w domu

Raczej: gdy nie ma mnie w domu, albo (lepiej) gdy jestem poza domem.

 zastanawiania się nad potencjalnym atakiem wrogów z dawnych czasów

Nienaturalne (anglicyzm): zastanawiania się, czy dawni wrogowie mogą mnie tu wytropić.

 zionął kłębem pary

Tak jednorazowo? Powtarzasz "ciężko".

 pasek solonego mięsa

Nie wiem, czy to nie zaszkodzi psu.

 zaczął dobierać się

Składnia: się dobierać.

 Ciepło, które nadeszło, poprzedzone było nieprzyjemnym kontrastem temperatur

Kontrast jest wtedy, kiedy dwie rzeczy się różnią – widzę, o co Ci chodzi, ale opisałabym to trochę bardziej "przy skórze", np. tak: przez chwilę czułem ciepło i zimno jednocześnie. Nieprzyjemne uczucie.

 by uniknąć tego efektu

Nienaturalne, jak z reklamy.

 Bez wątpienia, znajdowałem się w centrum zataczanych przez niego kręgów.

Jak wyżej. Przecinek zbędny.

 który pewnie nic nie zrozumiał

Pewnie, bo był psem.

 podniosłem wysoko jedną ze zdobyczy.

Niby poprawnie, ale zwykle "zdobycz" to wszystko, co się zdobyło. Kolektywnie.

 Przełamałem jego początkowy strach i opór

I to byłoby dobrze opisać.

 Imponujący

Komu?

 drgnął, otrzepując się lekko

Hę?

 nie odleciał, rzucając się do ucieczki

To się parsuje tak, jakby zwiał na piechotę.

 Aby utrzymać się we względnym zdrowiu, pięć razy w tygodniu spożywałem garść suszonych owoców.

Byłem bowiem zbyt wykształcony, żeby je po prostu jeść. Nie przesadzaj. Następne zdanie też jest wydumane. Kasztany zwykłe to same saponiny (wysiedziałby się po nich w wygódce), a jadalne w takim klimacie chyba nie rosną, choć mogę się mylić. Już buczyna lepsza.

 Moja kasta żyje z natury

"Kasta" to nie kategoria biologiczna, tylko kulturowa.

nieco łykowaty

Podpłomyk jest z mąki, nie zawiera łyka ani ścięgien.

 krótki furgot i chrobot pazurów

"Furgot"? Chrobot to raczej przy drapaniu – kiedy szpony wbijają się w drewno, brzmi to inaczej. Stuk?

 po potrzebne mi utensylia

Coś by się stało, gdyby sięgnął po niezbędne narzędzia?

 zacisnął mocniej potężne pazury, aż sypnęły się resztki kory

No, nie wiem.

 pośrednikiem wszystkich wrażeń, które odczuwam, jest misterna plecionka

Hmm. I – kaptur wkłada się na głowę (orłu też).

drżały delikatnie

"Delikatnie" to nie do końca to samo, co "nieznacznie".

 dróg w dół góry. Rozbawiło go to

Mnie też.

 drzewa zmalały do ciemnych drzazg

Zmalały do rozmiaru drzazg.

 Równocześnie jednak patrzyłem na świat orlim okiem

Dlaczego "jednak"? Co się tu wyklucza?

 oprzeć się, lżejszemu zresztą niż miesiąc temu, mrozowi

Niewygodne takie wtrącenie w samym środku. Przeniosłabym je za "mróz".

 kominów stłoczonych na zachodnim brzegu chat

Kominy były na brzegu chat? Może opisz kominy, a chałup się domyślimy?

 Trzy rachityczne pomosty sięgały w głąb rzeki

Coś tu jest nie tak. W głąb można zanurkować, ale pomosty tam nie sięgają.

 kryształy górskie, w tym czarny morion

Kryształ górski to przezroczysty kwarc, morion – czarny. Jeśli to osada górnicza, czemu leży o dzień drogi od kopalni?

Krok po kroku, zaczął rysować się plan

Przecinek zbędny.

 kosztowałaby życie setek ludzi

To skromnie.

 konspiracja runęła a szafoty ugięły się

Przecinek przed "a". "Konspiracja" trochę tu nie brzmi. Ale magowie – komuniści? Co oni mieliby robić w ustroju jedynie słusznym?

 wskazało mnie, jako jednego z ideowych przywódców

Zbędny przecinek.

 bo siła moich słów była duża z racji mieszanki podziwu, strachu i niechęci do ludzi takich jak ja

Bardzo nienaturalne i wydumane.

 uświadomiłem sobie, rzecz jasna, swoją naiwność

… seriously?

moje rozszerzone zmysły zalała fala wrażeń

Nagły przeskok – dezorientuje.

 najwyraźniej sam wzrok nie wystarczał ptakowi do znalezienia drogi powrotnej

Nie bardzo mi się chce wierzyć, ze orzeł fruwa tak późno w noc, nawet przymuszony. Uważa się, że ptaki mają słaby węch, choć bywają inne opinie.

 Zachodzące słońce oświetliło gruby sopel, zwisający

Dwa imiesłowy obok siebie, a żadnych kolorów. Smutno.

 rumor dochodzący z legowiska Trebe

Hm? Wywrócił się?

 Nie miałem pojęcia co się z nim dzieje

Nie miałem pojęcia, co się z nim dzieje

 nie wykryłem, by miało dolegać mu coś poważnego

Nie wykryłem u niego poważnych chorób; albo nie zauważyłem, żeby coś mu poważnie dolegało.

 spojrzenie było zwierzęce

… to pies.

 na dworze opadały spóźnione płatki śniegu.

Hmm?

 skorupa, pokrywająca łagodne pagórki, pękała

W zasadzie to nie jest wtrącenie.

 chyba, że z jakiegoś powodu zamknąłem je na skobel.

Musisz zaznaczać ten powód? Wystarczyłoby: o ile nie są zamknięte na skobel.

 kilkakrotnie odzyskując równowagę po poślizgnięciu na zmrożonych korzeniach.

Zmrożonych – czy oblodzonych? I nie wiem, czy to dobry pomysł, zacząć od odzyskania równowagi, a potem tłumaczyć, jak się ją straciło.

 Nie miała trwać już długo.

Składnia: Nie miała już trwać długo.

 cisnąłem szybkim, spokojnym zaklęciem

Dziwny obraz.

 zawiązałem dobrze psi pysk

Składnia: dobrze zawiązałem psi pysk.

paranoicznie uznając psie szaleństwo za złożoną pułapkę.

Znowu – dziwnie to brzmi.

 pełne latarniookich upiorów

Strasznie abstrakcyjne, jak na psa.

 zaślepiał wszystko dookoła

Zaślepiać to odbierać jasność spojrzenia. Komuś. Nie przysłaniać świat.

 by upewnić się, że mocno przywiązałem go do drzewa.

Składnia: by się upewnić, że przywiązałem go do drzewa wystarczająco mocno.

 drgnął i ożył

Przeskakujesz z "części" na cały zwój – to dezorientuje.

 osypałem

Obsypałem. Osypują się kamienie po zboczu.

 wnyki były na tyle mądre

Mądrość i wiedza – to nie to samo.

 Upewniłem się ponownie że

Upewniłem się ponownie, że.

 wkładem rumu

Wkładem?

 Niesłyszalny ludzkim uchem, pobrzmiewał panicznym strachem

Powtórzony dźwięk – przeszkadza.

 spokojnego tętna

Nie gra z otoczeniem. To scena pełna napięcia, tak, czy nie?

 ustronia ile żelazo

Przecinek przed "ile". Do mojej ustroni.

 jeszcze tyle ile szemranej sławy

Jeszcze tyle, ile szemranej sławy.

 Strzeliłem równocześnie z tym, gdy przed biegnącym podniósł się

Dobrze by było skrócić i zdynamizować, np.: Strzeliłem, gdy przed biegnącym wystrzelił.

 Magiczna lina prężyła się z wściekłością

No, nie wiem.

 Trebe zniknął, prawdopodobnie gdy rozpoczęła się potyczka.

I to nie martwi narratora? Przed chwilą martwiło.

 W ten dzień, gdy zapukali

Kolokwializm. Nawet, jeśli poprzednia wypowiedź Bianki była ceremonialnym przywitaniem, to zgrzyta. Ja napisałabym: tego dnia, gdy zapukali.

 kilka drewien

Drew, albo szczap.

 głową, a ona zamilkła

Głowa?

 I tej krwi nigdy z moich dłoni nie oczyszczę

Chyba nie oczyści dłoni z krwi? Dialog kontrastuje z narracją, jest bardziej ą-ę – to zamierzone?

 użyźnił krwią urobku

Urobku z kopalni? Hmm?

 Przyszłość, o której marzyłem nie

Wtrącenie: Przyszłość, o której marzyłem, nie. Tere fere. Znalazł się, fabianin.

 manifesty w których chcieliśmy nakreślić mroczną przyszłość

Manifesty, w których. I nie udało im się to nakreślenie, czyli opisanie?

 zaś liczba tych ostatnich prawie nie zmienia się w porównaniu do czerni

Primo – "ci ostatni" ma zastosowanie, kiedy mówisz o kilku grupach, a w tym zdaniu jest mowa o jednej. Secundo – skoro liczba możnych jest stała w porównaniu do ubogich, to znaczy, że ogólna populacja się nie zmienia. Chyba nie o to Ci chodzi. Reszta akapitu purpurowa, ale może narrator popada w retorykę, do jakiej przywykł jako ideolog magicznej komuny, więc niech będzie.

tym częstsze im więcej

Tym częstsze, im więcej.

 Nikt nie wierzy już w przyrodzone prawo władzy rodu królewskiego.

I to jest oznaka nadchodzącego komunizmu? To nie moja dziedzina, ale – nie.

 kręgo, niemalże nikt nie wiedział o jego predykcjach.

Kręgu. Na pewno nie możesz napisać: prawie nikt nie znał jego przewidywań?

 poznaczony blat

Poznaczony musi być czymś.

 uczniak, czekający

Tu nie dawaj przecinka, bo "czekający" jest określeniem uczniaka.

 Wiedziałem dobrze, że jej pozorna nieostrożność jest okrutną złośliwością, starałem się więc nie poruszać.

Hę?

 od stwierdzenia absolutnego braku wiedzy w temacie

Nie po polsku: od deklaracji całkowitej niewiedzy na temat.

 Zawsze myślałem, że to zbyt nobliwe imię jak na kogoś, kto połowę życia spędzi w łajnie

I tak rozumuje mag-komunista.

 Powinieneś znać swoje miejsce w szeregu.

Hmm? Po czyjej ona jest stronie?

 na swoją być może zgubę

Składnia: być może na swoją zgubę; albo: na swoją zgubę, być może.

 potarła zmęczonym ruchem oczy

Raczej ręką.

 skruszały i pękały niczym nitki perzu

Niespójne. Perz jest całkiem mocny, swoja drogą.

 uświadomić sobie, że naiwnie utrzymuję w sobie wiarę w to, że kiedyś przyłożę rękę do budowy lepszego świata  

Mało naturalne.

 obserwowała mnie z pozycji łóżka

Znaczy, uprawiała jogę? Obserwowała mnie z łóżka.

 No dobrze

No, dobrze.

 Moja rada jest taka, żebyś schowała się

Może lepiej: Radzę, schowaj się.

 

Przyjemne, z atmosferą. Miałam na myśli coś trochę w ten deseń, ale myślę, że nie muszę tego odkładać, bo jest dostatecznie różne. W każdym razie – Twój tekst wydaje się początkiem większej całości. Przedstawieniem bohatera, spokojnym i nastrojowym.

Styl bywa drewniany: zdania z jednego wzoru, nadmiar imiesłowów i "się". Zdarzają się powtórzenia. Przed "a" powinien być przecinek.

 Zachowanie zabójczyni wydało mi się naiwne i nieprzekonywujące.

Mm, głupia młódka :) To też składa się na wrażenie pierwszego rozdziału – jakby panna służyła tylko do pokazania charakteru głównego bohatera.

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Dzięki , w weekend przysiądę przy tekście i Twoich sugestiach. Trochę zgłupiałem przy tereferefabianinie :-)

Secundo – skoro liczba możnych jest stała w porównaniu do ubogich, to znaczy, że ogólna populacja się nie zmienia.

Wcale nie. Jeśli bogaci stanowią 10% populacji, a biedni resztę, to jeszcze nie wiadomo, czy mamy miliony ludzi, czy raptem stuosobową wioskę.

Babska logika rządzi!

Co do liczby możnych, to miałem na myśli dokładnie to, a nie proporcję bogaci/ubodzy:

…licz­ba tych ostat­nich pra­wie nie zmie­nia się w po­rów­na­niu do czer­ni…

Może mętnie wyszło. Mogłem też napisać, że w/w proporcja robi się coraz mniejsza, ale niezbyt pasuje mi to do dialogu :-) Bardziej zastanawia mnie, co zrobić z primo.

 Trochę zgłupiałem przy tereferefabianinie :-)

:D

 Wcale nie. Jeśli bogaci stanowią 10% populacji, a biedni resztę, to jeszcze nie wiadomo, czy mamy miliony ludzi, czy raptem stuosobową wioskę.

Wcale tak :P bo nie było tu nic o procentach, więc domyśliłam się liczb bezwzględnych. A poza tym – gdyby chodziło o procenty, to to właśnie byłaby proporcja (10% bogaczy = z każdych dziesięciu ludzi jeden jest bogaty, a dziewięciu biednych, nieważne, ile jest tych dziesiątek).

Mogłem też napisać, że w/w proporcja robi się coraz mniejsza, ale niezbyt pasuje mi to do dialogu :-)

A dlaczego nie pasuje? W końcu rozmawiają socjologowie.

 Bardziej zastanawia mnie, co zrobić z primo.

Jak to, co? Poprawić. :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Hmm. Ja to zinterpretowałam jako stałą proporcję. Ale coś ze zdaniem jest (było?) nie halo. Jeśli to liczba jest stała, to po co mieszać do tego jakiekolwiek porównanie?

Babska logika rządzi!

Spróbuję doprecyzować. Chyba za dużo mam wspólnego z socjologami i coś do mnie dotarło przez osmozę.

Początkowo zdawało mi się, że opowieść o magu samotnie żyjącym na odludziu, w dodatku podczas srogiej zimy, kiedy dzieje się niewiele, nie może być zbyt zajmująca, a okazało się, Ohouapssie, że czytałam tę historię z dużym zainteresowaniem, ciekawa jak potoczą się losy bohatera i Trebe. Końcowa cześć, kiedy pojawiła się dziewczyna, podobała mi się chyba najmniej, ale i tak nie zepsuła dobrego wrażenia, które zostało po lekturze Twojego opowiadania.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałbym móc kliknąć Bibliotekę. ;)

 

ścież­ką uto­ro­wa­ną wcze­śniej po­śród nie­zwy­cię­żo­nej ko­so­drze­wi­ny. –> Czy ktoś walczył z kosodrzewiną i przegrał?

 

zrzu­ci­łem tro­chę śnie­gu z ubra­nia. Trebe legł cięż­ko na śnie­gu, zio­nął kłę­bem pary i mach­nął cięż­ko ogo­nem. –> Powtórzenia.

 

po kilku mi­nu­tach zna­leź­li­śmy pierw­szą z pu­ła­pek. Była pusta, ale w ko­lej­nych dwóch zna­la­złem przy­pró­szo­ne… –> Powtórzenie.

 

po­wo­li opu­ścił roz­po­star­te skrzy­dła i wpił wzrok we mnie. –> Można wpić się w coś zębami, pazurami, palcami; można ustami wpić się w czyjeś usta, ale chyba nie można w nic i w nikogo wpić wzroku.

 

– To moja góra i moja zdo­bycz. – za­ko­mu­ni­ko­wa­łem – Je­stem tu naj­sil­niej­szy… –> – To moja góra i moja zdo­bycz – za­ko­mu­ni­ko­wa­łem. – Je­stem tu naj­sil­niej­szy

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

ru­szy­łem do domu, bez oglą­da­nia się za sie­bie. –> Masło maślane. Czy można obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: …ru­szy­łem do domu, nie patrząc za sie­bie. Lub: …ru­szy­łem do domu, bez oglą­da­nia się.

 

wstę­gi za­mar­z­nię­tej rzecz­ki. Z po­cząt­ku le­d­wie wi­docz­ny mię­dzy bie­le­ją­cy­mi kę­pa­mi, za­mar­z­nię­ty potok… –> Powtórzenie.

 

a póź­niej i moje wło­ści. Moje roz­my­śla­nia… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Oczy miał za­mknię­te, pysk pół­otwar­ty, od­sła­nia­jąc ostry jak piła rząd zębów po­zna­czo­nych krwią. –> Raczej: Oczy miał za­mknię­te, pół­otwar­ty pysk od­sła­nia­ł rząd ostrych jak piła zębów po­zna­czo­nych krwią.

 

Tu pro­wa­dzi­ły wi­docz­ne i mniej wi­docz­ne ślady Trebe. –> Raczej: Tu pro­wa­dzi­ły bardziej i mniej wi­docz­ne ślady Trebe.

 

pew­nie wiele psich tru­cheł kost­nia­lo na zbo­czach… –> Literówka.

 

gdzie pies prze­sko­czył na drugą stro­nę. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

że ślady sta­wa­ły się coraz śwież­sze. Trebe wę­dro­wał w głąb pasma gór­skie­go. Nie­opo­dal gra­ni­to­wych blo­ków zna­la­złem ślady nie­daw­ne­go od­po­czyn­ku. Pies był zmę­czo­ny a jedna z jego łap za­czę­ła krwa­wić. Przez chwi­lę pa­trzy­łem na czer­wo­ne ślady… –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Za­bra­łem się za niego łap­czy­wie. –> Za­bra­łem się do niej łap­czy­wie.

Rozumiem, że istotna była kasza, nie kociołek.

 

Nie na­le­żał do we­wnętrz­ne­go kręgo… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

, dziękuję za poprawki. Przejdę przez tekst i zrobię korektę, jak tylko wykopię się spod zaspy. Pisałem to opowiadanie po godzinach, przez pół roku. Postaram się poprawić je w tydzień (w ten weekend nie wyszło).

OK, Ohouapssie, widzimy się za tydzień. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesujące opowiadanie. Potrzebuje trochę czasu na rozkręcenie, ale ostatecznie pokazujesz ciekawe oblicze maga-samotnika. To zresztą dla mnie najmocniejszy kawałek – bohater okazał się znacznie bardziej interesujący niż przypuszczałem z początku.

Tempo akcji okej. Wykonanie przyzwoite, czytało mi się ten koncert fajerwerków przyjemnie. Chwytaj też przydatne linki, by późniejsze były jeszcze lepsze:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Uff, przeszedłem przez tekst i wprowadziłem większość zasugerowanych poprawek. Nie wszystkie, bo jak się okazuje lubię antropomorfizować i nie potrafiłem np. rozstać się z niezwyciężoną kosodrzewiną ani bezlitosną drogą. Aha – robiłem risercz w trakcie pisania, sprawdzając co to szałas (pasterski, myśliwski potrafią być solidne), urobek, i nawet przeczytałem jakiś artykuł o węchu ptaków (rzeczywiście zdania są podzielone, choć raczej w kierunku tego, że jest kiepski). Przeczytałem nawet kawał Utopii Morusa, kurczę.

 

Niezależnie od dalszych losów opowiadania – nie spodziewałem się tylu uwag. Piszę to jak najbardziej pozytywnie, bo to jednak spora Wasza robota. Najchętniej przeszedłbym jeszcze przez tekst i zdrowo go odchudził, ale potrwałoby to nie wiadomo ile. 

Ohouapssie, zgodnie z umową sprzed tygodnia, klikam.

Mam też nadzieję, że Twoje pierwsze opowiadanie, nie będzie ostatnim na tej stronie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem nawet kawał Utopii Morusa, kurczę.

Jesteś lepszym człowiekiem ode mnie. Chylę czoła :)

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Stajenny w jednej z gospód[+,] w której nocowałem[+,] nazywał się Lirtus.

Całkiem przyjemne opowiadanie. Niespieszne, dobrze napisane. Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki! :-)

Nowa Fantastyka