- Opowiadanie: erp.karon - Lepsza wersja

Lepsza wersja

Umiejscowione w rozwijanym właśnie przeze mnie świecie fantasy, w którym ludzie nie istnieją, a używanie magii oparte jest jedynie na odpowiednio skonstruowanych zwojach. Inspirowane modą na coaching, kulturą korpo oraz działalnością Microsoftu i Google’a.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Lepsza wersja

 

– …i dlatego właśnie każdy z was – Laurent rozejrzał się po sali i wystudiowanym ruchem uniósł ręce ku zgromadzonej publice. – Musi wspiąć się na wyżyny swoich możliwości. – Nie, nie MUSI. – poprawił się zaraz, dla niewprawnego obserwatora zapewne jakby zupełnie naturalnie korygując pomyłkę. – Powinien CHCIEĆ to zrobić. Zapragnąć stać się… – obowiązkowa pauza, niezbyt długa, by nie przesadzić z dramatyzmem, dała mu chwilę na oddech. – LEPSZĄ WERSJĄ SAMEGO SIEBIE.

Po sali przetoczyła się może nie nawałnica oklasków, ale z całą pewnością burza o natężeniu solidnie średnim – na tyle, by wykroczyć poza zdawkową, zwyczajową reakcję połączoną z ulgą po zakończeniu nudnego wykładu. „Spokojnie”, pomyślał Laurent, odruchowo gładząc się po krótkiej, choć i tak nietypowo długiej jak na lathianina brodzie. „Nawałnica jeszcze nadejdzie.”

– Bardzo panu dziękujemy za to jakże błyskotliwe wystąpienie. – rzekł do magicznego wzmacniacza głosu niewysoki jak na elfa jegomość w dobrze skrojonym fraku. – To niezwykle obiecujący początek naszego tygodniowego kursu „Lepszy ja, lepsze jutro”, podczas którego, jestem absolutnie przekonany, nasz gość zmotywuje nas wszystkich do osiągnięcia nowych poziomów samorozwoju. Zapraszamy jutro z samego rana. Obecność, przypominam – Jegomość spojrzał znacząco na widownię –…obowiązkowa. – Gromada podwładnych, pomimo przynależności do różnych ras wyglądających niepokojąco podobnie za sprawą niemal identycznych czarnych garniturów, jak na komendę pokiwała głowami, po czym zaczęła się zbierać.

W kilka minut sala opustoszała.

– Jeszcze raz dziękuję i gratuluję. – elf we fraku wyszczerzył śnieżnobiałe zęby w uśmiechu i wyciągnął rękę do Laurenta. Uścisk jego dłoni sprawiał takie wrażenie, jak on sam – idealnie wyważony, nie przesadnie mocny, ale i nie tak słaby, jak mieli to w zwyczaju przedstawiciele jego rasy. – I cieszę się, że zgodził się pan do nas przyjechać. Dobry trener rozwoju osobistego to w dzisiejszych czasach istny skarb.

– Cała przyjemność po mojej stronie, panie prezesie. – skłonił się lekko Laurent. – To zaszczyt, móc z państwem współpracować. – „Nie, żebym miał jakikolwiek wybór”, dodał w myślach. Oferta przeprowadzenia tygodniowego szkolenia w Korporacji Karas była pierwszą, którą otrzymał od dwóch miesięcy. Entuzjazm, który u niego wywołała, skutecznie zagłuszył wrodzoną nieufność, podsuwającą mu pytanie, dlaczego światowy monopolista w wytwarzaniu i dystrybucji magicznych zwojów wybrał niespecjalnie znanego i tylko nieco doświadczonego trenera. Potrzebował tego zlecenia. Potrzebował pieniędzy.

– Ależ, ależ. – Firmowy uśmiech nie schodził z twarzy wiceprezesa. –Cóż, nie będę dłużej zajmował panu czasu. Rozumiem, że oprowadzono już pana po pańskiej kwaterze i pozostałych częściach budynku mieszkalnego? Czy jest jeszcze coś, czego panu potrzeba?

– Bynajmniej. – odwzajemnił uśmiech trener. – I tak nie jestem pewien, czy zdążę skorzystać ze wszystkich udogodnień, jakie zechcieli państwo dla mnie przygotować. Pierwszeństwo z całą pewnością będzie miał barek z wyborem win.

– Doskonale, doskonale. – prezes wystudiowanym ruchem zatarł dłonie, po czym gestem wskazał wyjście. – Do jutra zatem! Dobrej nocy!

 

***

– Na przykład, kiedy życzymy komuś dobrej nocy. – kontynuował wykład Laurent. – Co tak naprawdę mamy na myśli? Czy faktycznie chcemy, żeby noc tej osoby była dobra? Czy może to sobie chcemy w ten sposób poprawić samopoczucie, poczuć się lepsi niż gdybyśmy tego nie zrobili? – kontrolnie zerknął na twarze słuchaczy w pierwszym rzędzie, jednak poza mniej lub bardziej widocznymi oznakami zaspania nie zobaczył w nich nic godnego uwagi. – Odpowiedź brzmi: tak. Chcemy czuć się lepiej. Chcemy BYĆ lepsi. To nasz naturalny instynkt, wystarczy tylko zdać sobie sprawę z jego istnienia, by móc aktywnie go wykorzystać w osiąganiu zaplanowanych celów. Każdy z nas, powtarzam, każdy – finał wywodu jak zwykle poprzedziła pauza. – Może ZAPROGRAMOWAĆ SIĘ na sukces.

Publiczność wyraźnie się ożywiła, najpewniej na dźwięk znajomego terminu. Wspomnienie o programowaniu w korporacji, która zajmowała się tworzeniem zwojów magicznych, w tym planowaniem ich algorytmów, było jak najbardziej obliczone na efekt. Na sali rozległy się oklaski, brzmiące – choć może mu się zdawało? – dość entuzjastycznie, zważywszy na fakt, iż wykład trwał od ósmej rano.

– Dziękuję serdecznie, to wszystko w tej sesji. Widzimy się po przerwie obiadowej. – zaanonsował Laurent, po czym szybkim ruchem dłoni zdezaktywował przyczepiony do jego marynarki minizwój wzmacniający, złożył notatki na kupkę i ruszył do wyjścia.

Do otwartej przestrzeni, w której podawano kawę, prowadził dość długi korytarz, jasny i przestronny, jak wszystkie wnętrza w siedzibie Karasu. Na ścianach pomiędzy oknami wisiały kolorowe plakaty, w obrazowy sposób przedstawiające historię i proces tworzenia magicznych zwojów. „Tajemnica ludzkiej magii”, głosił nagłówek pierwszego z nich, opisującego mistyczne magiczne receptury, które rasa ludzka przekazywała sobie od pokoleń, zanim wyginęła przed kilkoma wiekami. Ton wyjaśnień trącił nieco tanią sensacją, skupiając się na wielkim sekrecie tworzenia zwojów, który udało się rozszyfrować dopiero specom z Karasu, co pozwoliło na rozpoczęcie masowej produkcji zwojów. W ten sposób, choć pierwotnie ludzie byli jedyną rasą, która potrafiła posługiwać się magią, dziś mogła ona zagościć w każdym domostwie. Dzięki zwojom produkowanym przez Karas, oczywiście.

Nieco znużony propagandowo-sensacyjnym tonem pierwszego plakatu, Laurent przejrzał kolejne jedynie pobieżnie. Ten zatytułowany „Przelewając magię na zwój” opisywał proces kreślenia magicznych algorytmów na specjalnie przygotowanych pergaminach. „By żyło się lepiej” – brzmiał tytuł następnego, przedstawiającego przydatność magii w życiu codziennym. Plakat krzyczący nagłówkiem „Tworząc jutro” z kolei opisywał działalność sekcji rozwoju technologii, jak twierdził anonimowy autor, dzień i noc pracującej nad nowymi zaklęciami. Wszystko, rzecz jasna, ku chwale Karasu.

Laurent ziewnął i przyspieszył kroku. Zdecydowanie potrzebował kawy.

 

***

– Weźmy na przykład taką kawę. – podniósł kubek z ciepłym jeszcze napojem. – Budzi nas. Sprawia, że myślimy szybciej, trzeźwiej i sprawniej. Czy ktoś z tu obecnych – zgodnie z arkanami sztuki trenerskiej zwrócił się bezpośrednio do publiczności. –wyobraża sobie dzień bez kawy?

Po sali przebiegł szmer śmiechu. Kilka osób uniosło nieśmiało ręce, jednak większość pokiwała głowami.

– Otóż to. W naszej drodze do samorozwoju potrzebujemy czegoś, co będzie naszą kawą. Potrzebujemy… – zawiesił głos. – Potrzebujemy PRZEBUDZENIA.

Oklaski. Wszystko szło zgodnie z planem. Laurent widział, że publika zaczyna czuć z nim tę specyficzną więź, która świadczyła o tym, że szkolenie szło w dobrym kierunku.

– Jak się przebudzić? Co zrobić, by zrobić pierwszy krok na drodze ku lepszej wersji siebie? Tego dowiemy się już za chwilę. Potrzebuję… – rozejrzał się po sali. – …powiedzmy, trzech ochotników. Kto chętny do mentalnego przebudzenia?

Rękę uniósł zasiadający w drugim rzędzie krasnolud z przedstawiającym orchideę plemiennym tatuażem na prawym policzku. Chwilę później nieśmiało zgłosiły się dwie kolejne osoby – szczupła lathianka o długich, jasnych jak len włosach oraz elf w średnim, na oko, wieku.

– Świetnie! Zapraszam tu do mnie! – ochotnicy niepewnym krokiem podeszli do Laurenta i stanęli obok niego na scenie. – Powiedzcie mi, co robicie w czasie wolnym? Jak się relaksujecie? Gdzie wychodzicie?

– N-nigdzie… – odparła z pewnym zawahaniem lathianka. – Nie wolno nam wychodzić poza teren fabryki…

– Ale mamy tu wszystko, czego nam trzeba. – wtrącił szybko krasnolud, nerwowo zerkając w kierunku publiki. Zasiadający w pierwszym rzędzie prezes pokiwał głową. – W czasie wolnym możemy, na przykład, uprawiać sporty w naszym centrum kultury fizycznej, udać się do biblioteki, oddać działalności artystycznej… Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

– Dobry i skuteczny wypoczynek to podstawa owocnej pracy. – dodał z przekonaniem elf. – Wszyscy świetnie zdajemy sobie z tego sprawę.

– Em… No dobrze. – Laurent niekoniecznie spodziewał się akurat takich odpowiedzi. – Czy w takim razie traktujecie relaks tylko jako środek prowadzący do celu? Czy to, robicie w czasie wolnym, ma po prostu pomóc wam w lepszej pracy?

– Tak. – odparli niemal jednocześnie wszyscy ochotnicy.

– Hm. W takim razie… – trener niemal stracił wątek, nieco wytrącony z rytmu lakonicznością i definitywnością reakcji. – …w takim razie jutro dowiemy się, jak sprawić, by wasze hobby dawało wam coś więcej. By mogło być waszą kawą, przebudzeniem w drodze do samorozwoju! – zakończył z wystudiowanym uśmiechem.

Gdy sala pustoszała, zauważył, że na zewnątrz już się ściemniało. Poczuł ogarniające go zmęczenie, które, choć zmieszane z satysfakcją po owocnym, mimo średnio udanego finału, dniu pracy, sprawiało, iż nabierał coraz większej ochoty, by jak najszybciej udać się na spoczynek. Westchnął, gdy przypomniał sobie, że tego wieczoru zaproszono go jeszcze na uroczystą prezentację najnowszych dokonań sekcji rozwoju technologii. Najchętniej po prostu poszedłby spać, nie wypadało jednak odrzucić zaproszenia, poza tym podczas jutrzejszego wykładu nie zaszkodziłoby nawiązać do tego, co dziś zostanie zaprezentowane. Wyglądało więc na to, że nie miał wyboru.

Zebrał notatki, by schować je do torby, gdy spostrzegł, że jej klapa jest otwarta. Lekko zaniepokojony zajrzał do środka i wyjął złożoną na czworo kartkę wyrwaną z notesu z logo Karasu. Ktoś naprędce nabazgrał na niej jedno zdanie. Gdy je przeczytał, momentalnie zrobiło mu się zimno.

Odruchowo rozejrzał się po sali. Była pusta.

 

***

Laurent ziewnął dyskretnie. Zmęczenie całym dniem pracy potęgowało tylko znużenie spowodowane wysłuchiwaniem pustych, propagandowych haseł o lepszym jutrze, którymi naszpikowana była prezentacja sekcji rozwoju technologii, wygłaszana zresztą przez „znajomego” krasnoluda z tatuażem. Zamiast wysłuchiwać wywodów o tym, jak magiczne zwoje zmieniają świat na lepsze i peanów pochwalnych na cześć Karasu, oddał się rozmyślaniom o enigmatycznej wiadomości. Czy to czyjś głupi dowcip? W innych okolicznościach uznał by to za możliwe, jednak Korporacja Karas nie wydawała się miejscem, w którym komukolwiek byłyby w głowie takie żarty. W takim razie… czy ktoś naprawdę miał w tym jakiś cel?

Z rozmyślań wyrwały go dość oklaski. Ku jego rozczarowaniu, nie zwiastowały one końca wystąpienia. Na scenę wyszedł prezes, by, przejąwszy od mówcy wzmacniacz głosu, zacząć roztaczać przed słuchaczami wizje tego, o czym mówiło się od dawna – zwojów umożliwiających prowadzenie zdalnej komunikacji. Spośród kolejnych porcji bałwochwalczej papki Laurent wysupłał deklarację, jakoby już wkrótce miało dojść do testów poprzedzających wprowadzenie prototypy takowych zwojów na rynek. Kto wie, pomyślał, może i faktycznie coś z tego będzie?

Prezes na całe szczęście nie przemawiał tak długo jak jego poprzednik. Kolejna porcja oklasków tym razem dała sygnał do rozpoczęcia bankietu. Krążąc pomiędzy stolikami z napojami i przekąskami, Laurent sączył wino i zastanawiał się, kto mógł podrzucić mu tajemniczą wiadomość. I kiedy? Jeśli się zastanowić, torbę miał niemal cały czas przy sobie…

Nagle ktoś popchnął go w plecy, na tyle mocno, że całe wino wylało się Laurentowi na spodnie.

– Najmocniej przepraszam… – wymamrotał stropiony krasnolud z tatuażem. – Zagapiłem się…

– Nie szkodzi. – zmusił się do uśmiechu Laurent, odstawiając pusty kieliszek na pobliski stół. – To i tak dość stare spodnie. Najwyższy czas je zmienić na lepszą wersję. – zażartował, wywołując u winowajcy coś w rodzaju lekko rozbawionego chrząknięcia. – Jednak zanim to nastąpi, muszę je zmotywować do wyschnięcia. Pan wybaczy. – czując, jak resztki wina ciekną mu po nogach, udał się w kierunku toalety.

Na całe szczęście znalazł w niej spory zapas papierowych ręczników. Istniała szansa, że doczeka końca bankietu z nieco tylko wilgotnymi łydkami.

Nagle drzwi otworzyły się. Do toalety wszedł krasnolud z tatuażem.

– Przepraszam za całe to zamieszanie, ale nie miałem wyboru. –wyszeptał szybko i stanowczo. Po całym zmieszaniu sprzed chwili nie było ani śladu. – Tylko tak mogliśmy porozmawiać w cztery oczy. To ja podrzuciłem ci tamtą kartkę. Co ty tu jeszcze robisz!?

– „Jeśli chcesz przeżyć, natychmiast stąd uciekaj”? – zacytował Laurent. – A nie przyszło ci do głowy napisać, o co właściwie chodzi?

– Nie mamy czasu na zbyt długie wyjaśnienia. – przerwał mu nerwowo krasnolud. – Może jeszcze nie jest za późno. Nie! – podniósł głos, gdy Laurent znów chciał coś powiedzieć. – Po prostu mnie wysłuchaj.

Trener pokiwał głową.

– To, co ci teraz powiem, jest największą tajemnicą Korporacji Karas. Ja sam poznałem ją przypadkiem, kiedy jakiś czas temu przypadkiem zabłądziłęm nie do tego laboratorium, co trzeba i dowiedziałem się, w jaki sposób rozpracowano ludzką magię.

Laurent już nie próbował przerywać.

– Przez dziesięciolecia naukowcy głowili się, co takiego posiadali ludzie, czego nie mają inne rasy. – ciągnął krasnolud. – Aż wreszcie odkryli, że jest to substancja obecna tylko i wyłącznie w ludzkiej skórze. Bez niej nie ma mowy o używaniu magii. Można opracować magiczne formuły, algorytmy zaklęć – wszystko na nic, jeśli nie posiadasz skóry istoty, w której żyłach płynęła choć śladowa część ludzkiej krwi. Dlatego właśnie…

– Zwoje…! –Laurent jednak przerwał w nagłym przypływie zrozumienia. – Chodzi o zwoje!

– Zgadza się. – pokiwał głową rozmówca. – Gdy dokonano tego odkrycia, główny cel Karasu stał się prosty: odnaleźć jak najwięcej osób o choćby częściowo ludzkim pochodzeniu. Ze skóry jednego dorosłego osobnika, tak ich tu nazywają, można uzyskać nawet do kilkudziesięciu zwojów.

– No dobrze… – trener przetwarzał uzyskane właśnie informacje. –Ale co ja właściwie… – przerwał, dotykając zarostu. Nieco zbyt bujnego jak na jego lathiańskie pochodzenie.

– Wzmacniacz głośności, którego używasz, zawiera ukrytą formułę magiczną, badającą stopień twojego człowieczeństwa. – wyjaśnił krasnolud. – Dziś wieczorem, najpóźniej jutro rano, specjaliści odczytają z niego wyniki i ocenią, czy się nadajesz. Kto wie, być może już to zrobili.

– Więc… co powinienem… – wykrztusił Laurent, czując, jak ogarnia go przerażenie.

– Uciec. –rzucił krótko rozmówca. – Jak najszybciej. I jak najdalej stąd. Tak, jak stoisz, teraz, zaraz.

– A potem? Karas ma wpływy wszędzie! Znajdą mnie w każdym mieście…!

– Jeśli zechcą, owszem. Ale możliwe, że już nie będziesz im potrzebny. – odparł spokojnie krasnolud.

Laurent spojrzał na niego pytająco.

– Możliwość komunikacji na odległość to wcale nie najważniejsza z nowinek technologicznych w magii nowej generacji. Nasi specjaliści dokonali o wiele większego odkrycia. – wziął głęboki oddech. – Opracowali technologię tworzenia zwojów ze skóry istot innych niż ludzie. Obecnie jest w fazie końcowych testów. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, przed Karasem otworzą się zupełnie nowe możliwości…

Przerwał, gdy drzwi toalety otworzyły się i wszedł jeden z pracowników firmy. Laurent kojarzył go z wykładów.

Krasnolud pospiesznie wyszedł. Laurent chwilę po nim. Rozejrzał się, ale nigdzie nie spostrzegł rozmówcy.

 

***

Myśl, Laurent, powtarzał do siebie, krążąc po pokoju. Myśl.

Wszystkie znane mu wyjścia z kompleksu korporacji były strzeżone przez rosłych ochroniarzy, należących do rasy wężoludzi. Na jego próby wydostania się na zewnątrz wszyscy reagowali podobnie, delikatnie, acz stanowczo zagradzając mu drogę.

Po blisko godzinie daremnych prób, nie wiedząc, co dalej robić, poszedł spakować rzeczy i zastanowić się, co dalej.

Nagle rozległo się pukanie.

Za drzwiami stał prezes.

– Pan wybaczy, że niepokoję o tak późnej porze. – wyszczerzył się w swym typowym uśmiechu. – Chciałbym raz jeszcze podziękować panu za wspaniałe, motywujące wykłady i wyrazić przekonanie, że kolejne będą co najmniej tak samo porywające jak te dotychczas.

– Dziękuję. – odparł Laurent, nie bardzo wiedząc, co począć. – Bardzo się cieszę, że się panu podoba…

– Mało powiedziane, doprawdy. – elf pokiwał głową z uznaniem. –Mało powiedziane. Tak czy inaczej – Wyjął z podręcznej torby elegancko zapakowany zwój. – …w uznaniu dla pańskich umiejętności chciałbym wręczyć panu ten oto skromny upominek. To nasz eksperymentalny, acz w pełni działający zwój, zawierający formułę zaklęcia zdalnej komunikacji. Niebawem cały świat będzie takich używał. Proszę obejrzeć. – Wręczył Laurentowi pakunek.

Zaskoczony trener rozwiązał ozdobną wstęgę i rozwinął zwój. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni wytłoczono niezrozumiałe dlań magiczne formułki, na oko niewiele różniące się od tych, które umieszczano na innych, podobnych artefaktach. Jednak nie to przykuło jego uwagę.

Po prawej stronie zwoju dostrzegł jakieś wzory. Przyjrzał się im uważniej.

Układały się we wzór orchidei.

– Można powiedzieć – uśmiech prezesa stał się wręcz upiornie szeroki – że to taka lepsza wersja.

Koniec

Komentarze

OK, jest jakaś wizja świata. To, że ludzie powymierali, a elfy zostały, wydaje się ciekawe.

Jak dla mnie – zakończenie zbyt szeroko otwarte. Na zwoju był znaczek plemienny krasnoluda. To pewnie coś mi powinno powiedzieć, ale… Widzę zbyt wiele możliwości interpretacji. Dokonał się przełom w badaniach, o których mówił krasnolud? A może on był zdrajcą? Ale co by zyskał, ostrzegając ofiarę. To się słabo trzyma kupy. A może zwój sporządził jakiś pobratymiec krasnoluda? Za mało danych.

Wykonanie. Zapis dialogów leży i kwiczy. Poza tym całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Pomysł we wstępie wydał mi się interesujący, bo lubię, kiedy mamy do czynienia z obcymi rasami – bez znaczenia czy fantasy czy science fiction. Tylko, że te obce rasy są jakoś mało obce. To co robią jest kalką ludzkich zachowań i nie ma znaczenie ich pochodzenie, nawet dla samego tekstu. Zabrakło mi właśnie tej obcości. Zrozumiałam, że właśnie elfy czy inne krasnoludy były powodem eksterminacji ludzkości co jest bardzo nośne, ale brak tła robi swoje.

Więc niestety, nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona po lekturze – pomysł jest i tli się ledwo ledwo. Naprawdę musisz rozbudować kwestie ras i zdecydowanie podkreślić, że nie są ludźmi. Bo ich korpo zachowania są za bardzo znajome, a nie sądzę, żeby elfia korporacja dała się porównać do ludzkiej ;) Ale ciekawie się zapowiada, więc czekam na kolejne próbki.

Jak dla mnie wygląda to nie na opowiadanie z uniwersum, ale fragment większej całości, bo fabuły jest tu jak na lekarstwo. Świat korporacyjny jest mi bardziej obcy niż elfy i krasnoludy, więc przez sporą część tekstu z tymi wykładami i korpohistoryjkami nudziłam się jak mops i trochę przewijałam, dopiero jak pojawia się krasnolud ze swoją rewelacją, robi się ciekawiej, ale to właściwie infodump, a nie fabuła. Fajniej by było, gdyby zamiast kolejnych gadek było więcej o samej korporacji, która ma być, jak rozumiem, głównym czarnym charakterem historii. Historii, którą możesz napisać, ale na razie nie napisałeś.

 

W sumie niejasna jest dla mnie nawet motywacja krasnoluda – dlaczego nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, postanawia temu konkretnemu zagrożonemu elfowi wyjawić tajemnicę? Nie wiem też, jakie są w tym świecie relacje między elfami i krasnoludami. Nie mówiąc już o tym, że Deirdriu ma absolutną rację: nic, ale to nic poza narratorską deklaracją nie wskazuje na to, że są to nieludzie. Równie dobrze mógłbyś mieć trzy grupy ludzi (albo elfów, albo krasnoludów, albo orków), zróżnicowane np. kolorem włosów, oczu, skóry albo grupą krwi, żeby było trudniej. I tylko posiadacze jakiejś konkretnej cechy są nosicielami magii, a pozostali nie. Fabularnie nic by to nie zmieniło. Dla opisanego świata podział na te trzy nacje nie ma żadnego znaczenia. Aczkolwiek sam pomysł z eksterminacją dla pozyskania materiału na nośnik magii jest ciekawy. Pytanie tylko, co z tym zrobisz dalej, bo takie scenki, jak przedstawiona, nie tworzą literatury.

 

Technicznie – przede wszystkim popraw zapis dialogów. Jest tragiczny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wielkie dzięki za konstruktywne komentarze, bardzo się przydadzą.

Finkla – zakończenie w zamyśle miało być dość otwarte, ale możliwe, że faktycznie z tym przesadziłem. Pokombinuję z nim trochę.

Sposobu zapisu dialogów właśnie się uczę, wkrótce powinno być z tym lepiej.

Deirdriu – fakt, trochę ten tekst cierpi na tym, że jest właściwie kawałkiem większej wizji świata. Co do zamysłu – trochę ma być tak, że w świecie, w którym nie ma ludzi (nno, powiedzmy), to inne rasy niejako przejęły ich zachowania, przynajmniej częściowo, aczkolwiek nie da się ukryć, że z tego akurat tekstu to nie wynika, więc wątpliwość jak najbardziej zasadna. Mam nadzieję, że uda mi się to lepiej ukazać w kolejnych odsłonach. Docelowo planuję taki zbiorek opowiadań, które ułożą się w spójną (oby) wizję świata.

Póki co, mam jeszcze dwa inne teksty osadzone w tym samym świecie, tylko oba nagrodzone w konkursach, więc w sumie nie wiem, czy formalnie mogę je gdzieś tu wrzucić.

I generalnie wybaczcie nieogarnianie pewnych kwestii, jestem tu nowy, w supermarkecie pewnie nosiłbym plakietkę “uczę się”. Postaram się jak najpilniej. : )

Teksty konkursowe spokojnie są publikowane tutaj przez innych autorów (chyba, że konkursowe zasady zabraniają takich prezentacji online). Możesz też dodać adnotacje jakie nagrody zdobyły :)

Na początku wydawało mi się, że czytam satyrę na coaching, potem jednak nagle i niespodziewanie opowiadanie zamieniło się w thriller. Podobny przeskok widzimy na przykład w “Krainie Chichów”, która dość długo wygląda jak powieść obyczajowa, aby w pewnym momencie zamienić się w horror. Tylko że Jonathan Carroll wcześniej wprowadził czytelnika w odpowiedni nastrój, już od pierwszych stron przedstawiając twórczość i postać (fikcyjnego) autora Marshalla France’a.

 

To jednak nie jest krytyka, tylko takie ogólnikowe spostrzeżenie, które nasunęło mi się po pierwszym przeczytaniu.

 

A tak poza tym:

 

Zauważyłem w kilku miejscach brak spacji po wielokropku i myślniku.

Co to znaczy: “Z rozmyślań wyrwały go dość oklaski” (w przedostatnim rozdziale)?

 

W tej chwili to tyle.

Parę błędów mi się rzuciło w oczy, ale w nawiązaniu do aktualnej rozmowy na Shoutboxie nie chce mi się ich wyszukiwać. Mi było łatwiej z odbiorem tego opowiadania, bo najpierw przeczytałem Twoje dwa inne opowiadania z tego całkiem interesującego uniwersum. I jasnym jest dla mnie że nowy zwój jest wykonany ze skóry krasnoluda z wytatuowaną orchideą. Pomysły masz niezłe, trochę je dopracować, dopisać otoczkę historyczną, przybliżyć rasy i można długo rozwijać temat ;) 

Ach, ze skóry krasnoluda… Ale czy pergamin robi się tak szybko?

Babska logika rządzi!

Magia ;)))

Ale jest sens marnować zwoje na takie pierdoły jak przyspieszenie procesu produkcyjnego? To trochę jak za ostatnie pieniądze kupić portfel.

Babska logika rządzi!

No coś w tym jest. Przykro mi Erp.karonie ale właśnie wytknęliśmy Ci nieścisłość ;)

O, no i super, wielkie dzięki.

Dodam gdzieś info, że ta nowa technologia, nad którą pracują, pozwala też przyspieszyć proces tworzenia zwojów. Ma być masowo i przystępnie : ) Czyli, generalnie i docelowo, Karas wprowadza w tym świecie magiczny internet.

A co do Krainy Chichów – coś w tym jest, wiele lat temu fascynowałem się Carrollem, może i podświadomie coś mi z tego zostało.

Niestety, Lepsza wersja nie przypadła mi do gustu. Owszem, wspominasz, że rzecz dzieje się w świecie, w którym nie ma ludzi, jednak ciąg zdarzeń, szkolenia i zachowanie uczestniczących w nich istot chyba niczym nie różnią się od tych, które mają miejsce w naszych realiach.

Zakończenie jest dość niespodziewane, tak z racji rewelacji krasnoluda jak i nagłego urwania opowieści. Mam wrażenie, że przeczytałam nie opowiadanie, a zaledwie jego fragment.

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. Najgorzej wygląda zapis dialogów.

Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

„Na­wał­ni­ca jesz­cze na­dej­dzie.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Obec­ność, przy­po­mi­nam – Je­go­mość spoj­rzał zna­czą­co na wi­dow­nię –…obo­wiąz­ko­wa. –> Brak wielokropka po zawieszeniu wypowiedzi. Brak kropki po didaskaliach. Brak spacji po półpauzie – ten błąd pojawia się wielokrotnie.

 

ide­al­nie wy­wa­żo­ny, nie prze­sad­nie mocny… –> …ide­al­nie wy­wa­żo­ny, nieprze­sad­nie mocny

 

–Cóż, nie będę dłu­żej zaj­mo­wał panu czasu. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Czy to, ro­bi­cie w cza­sie wol­nym, ma po pro­stu pomóc wam w lep­szej pracy? –> Chyba miało być: Czy to, co ro­bi­cie w cza­sie wol­nym

 

…w takim razie jutro do­wie­my się, jak spra­wić, by wasze hobby da­wa­ło wam coś wię­cej. –> Raczej: …w takim razie jutro do­wie­cie się, jak spra­wić, by wasze hobby da­wa­ło wam coś wię­cej.

 

W in­nych oko­licz­no­ściach uznał by to za moż­li­we… –> W in­nych oko­licz­no­ściach uznałby to za moż­li­we

 

Z roz­my­ślań wy­rwa­ły go dość okla­ski. –> Czegoś tu zabrakło.

 

Ja sam po­zna­łem ją przy­pad­kiem, kiedy jakiś czas temu przy­pad­kiem za­błą­dzi­łęm… –> Powtórzenie. Literówka.

 

nie wie­dząc, co dalej robić, po­szedł spa­ko­wać rze­czy i za­sta­no­wić się, co dalej. –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W moim odbiorze wyszło, niestety, trochę mdło. Główny bohater jest bardzo mało wyrazisty – niewiele dajesz mu okazji, by przemówił jakkolwiek inaczej, niż pseudomotywacyjnymi frazesami, przez co właściwie trudno go poznać. Wobec tego nie wiem, czy to, że nużą go korporacyjne hasła i prezentacje, (wykorzystujące przecież dokładnie ten sam język i retorykę, co jego wykłady) jest oznaką jakiegoś jego wewnętrznego konfliktu, czy zwykłą niespójnością w konstrukcji postaci. Pierwsza opcja zawierałaby w sobie całkiem ciekawy potencjał, jednak brak ukazania tej postaci w szerszym ujęciu spowodował, że pomyślałam raczej o opcji drugiej.

Mam też wrażenie, że coś nie siadło do końca w kompozycji tekstu. Wprowadzenie jest niezłe, te fragmenty świata, które pokazujesz, wydają się być interesującymi motywami do rozwinięcia, ale to rozwinięcie się nie pojawia ;) Zamiast tego mamy posłańca-krasnoluda, który z jakichś przyczyn postanawia wyjawić Laurentowi tajemnicę korporacji i szybki finał, nie do końca zresztą jasny, mało czytelny i nie wywołujący większego wrażenia. Czegoś zabrakło.

Świat może i ma potencjał, ale dla mnie tekst w ogóle go nie wykorzystuje.

Zaczynając od samej fabuły – opowiadanie czytało się nawet przyjemnie, przejście w thriller mi przypadło do gustu. Choć niestety odbija się tutaj czkawką, że to fragment czegoś większego. Brakuje dla mnie lepszego rozwinięcia i zakończenia. Od momentu podkręcenia akcji wszystko leci jakoś tak szybko i po sznurku.

Co od zaś głównej koncepcji – świata bez ludzi – to nie widzę różnicy. “Ludzka magia” mogłaby być równie dobrze “smoczą magią” czy czymkolwiek innym. Późniejsze elementy także jakoś nie wybijają się na tyle mocno, by uzasadnić tę zmianę. Przydałoby się mocniej podkreślić, co dało zniknięcie ludzi, a czego nie dałoby np. usunięcie elfów.

Co do wykonania – błędy są. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za wszystkie komentarze, uwagi i linki. Będzie czytane i poprawiane.

Wiem już, co zmienić i co rozwinąć, za jakiś czas powinienem zaprezentować lepszą wersję “Lepszej wersji” : )

Nowa Fantastyka