- Opowiadanie: tomaszg - LOT

LOT

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

LOT

– Nazywano go statkiem marzeń, porównywano do Titanica, opiewano w filmach, wierszach i piosenkach. Dla wielu stał się przepustką do nowego lepszego świata, wspaniałą smukłą maszyną, która przeniesie ich z nudnego życia wprost do amerykańskiego snu. – Staruszek uśmiecha się na samą myśl i upija trochę wody z wysokiej szklanki, a ja słucham go jak urzeczony doceniając przede wszystkim jego wyobraźnię.

Nie do końca wiem co najbardziej skłoniło mnie do tego, żeby postawić mu solidne śniadanie w jednej z restauracji w centrum miasta.

Widzę, że jest całkiem modnie ubrany, skromnie co prawda, ale ze swoistym gustem i smakiem. Dostrzegam jego niezwykłą wyobraźnię, a nie przeszkadza mi lekko obleśny uśmiech. Chociaż ucieka ze wzrokiem, to wyraźnie ma w nim to coś, czyli ogromną charyzmę, po której można poznać urodzonego przywódcę.

Dziwne to wszystko.

Jest sobota i wszystko zaczęło się kilka minut temu, kiedy wszedłem do „Cafe Paris”. Chciałem wypić kawę. Nie znałem tego miejsca, ale postanowiłem dać mu szansę, gdyż z zewnątrz zauważyłem klimatyczny wystrój wnętrza.

Brązowe stoliki i krzesła z prawdziwego drewna, żółte lniane serwety, boazeria i lustra na ścianach i wreszcie stylowe kryształowe żyrandole.

Urzekło mnie to, bo przywiodło na myśl małe knajpki ze stolicy Monteskiusza i Balzaka, Woltera i Moneta i tysięcy innych wielkich ludzi kultury i sztuki.

Siedziałem sobie w środku tego przybytku i pisałem na komórce fragment kolejnej książki, kiedy nagle podchwyciłem wzrok starszego pana.

Nie był to wzrok starego grzyba, który ślini się do małolatek i pręży sflaczałe mięśnie myśląc o tym co kiedyś mógł zrobić.

Nie wyglądało to również na spojrzenie zagubionego człowieka, który nie wie, gdzie się znajduje.

Poczułem w nim coś niesamowitego. Byłem pewien, że tak samo patrzyli niezłomni bojownicy o wolność albo dumni, silni kapitanowie wielkich drewnianych okrętów, które toczyły zaciekłe boje na morzach i oceanach całego świata.

Dokładnie takie spojrzenie przechwyciłem, on wtedy podniósł porcelanową filiżankę i delikatnie opuścił ją w dół w jednoznacznym geście sympatycznego pozdrowienia.

Bezwiednie powtórzyłem jego ruchy, na co zaprosił mnie ruchem dłoni do swojego stolika, zaś ja młody i nieopierzony szczyl z tego zaproszenia nieopatrznie skorzystałem.

– Widzę młody człowieku, że szukasz towarzystwa. Jeśli chcesz to dołącz do mnie. Muszę cię jednak ostrzec, że mam swoje lata. To co mowie uważane jest za mało interesujące albo traktowane jak element teorii spiskowych. Tak w ogóle… – Tu uśmiechnął się od ucha do ucha – …tak w ogóle, to mówią o mnie, że chodzę w czapeczce z folii, że zakładam ją nie tylko na górze, ale również na dole, że mam dziesięć zamków w domu i robię różne inne niestworzone rzeczy. I dlatego zaproponuję rzut monetą. Orzeł, to posiedzimy w ciszy. Reszka, to opowiem ci historię i postawisz mi później śniadanie. Deal?

Nic nie powiedziałem na to jego przemówienie, tylko kiwnąłem w milczeniu głową, wtedy on wyjął portfel Witchenna, z portfela monetę, podrzucił ją, złapał i podstawił mi pod nos mówiąc „reszka”.

Spojrzałem bez zainteresowania na monetę, która okazała się bliżej nieznaną mi złotówką. Z zawodu byłem numizmatykiem i tak mną to wstrząsnęło, że wbrew sobie powiedziałem to co oczywiste:

– Nie znam tej waluty, ale mam wrażenie, że jest pan kapitanem jakiegoś statku. Egzotyczne kraje. Piękne dziewczyny. Niesamowite przygody.

– To nie tak jak myślisz młody człowieku, co ciekawe masz rację i równocześnie bardzo się mylisz. Owszem, byłem kapitanem, ale nie statku morskiego, tylko najprawdziwszego statku powietrznego.

– Samolotu?

– Dokładnie, i to nie byle jakiego, tylko wielkiego ptaka, który był tak wielki, że potrzebował składanych skrzydeł. Nazywano go statkiem marzeń, porównywano do Titanica, opiewano w wierszach, filmach i piosenkach. Dla wielu był symbolem, przepustką do nowego lepszego świata, wspaniałą amerykańską maszyną, która sama z siebie zapewni im karierę od pucybuta do milionera.

I tak właśnie doszło do tego, że teraz siedzę uboższy o kilkanaście baksów gapiąc się na nieznanego faceta, który referuje pełnym zaangażowania tonem:

– Dokładnie taki był Dreamliner. Przepiękny i ekonomiczny, ogromny hit, który na zawsze odmienił cały cywilizowany świat.

Na pewno nigdy nie słyszałem o tym, jak mu tam dreamlinerze, ale przez grzeczność nie przerywam, podczas gdy dziadek się nakręca:

– Na początku mieliśmy z nim wiele problemów. Trzeba było się nauczyć innego pilotażu, zawodziły akumulatory i silniki, często widać było fikcyjne komunikaty o usterkach. Żyliśmy z tym, bo wiedzieliśmy, że do niego należy przyszłość i czuliśmy, jak trzy siódemki się starzały, a klienci oczekiwali czegoś o wiele lepszego.

Tutaj staruszek się krztusi i upija łyk wody, po czym kontynuuje:

– Sierra Papa Lima Romeo Alfa jak go nazywaliśmy był sześćdziesiątym pierwszym samolotem tego typu. Dostarczono go dokładnie czternastego listopada. Pamiętam jak dziś, jacy byliśmy wzruszeni, gdy przejeżdżaliśmy nim pod strumieniami wody.

Mężczyzna wyraźnie przestaje się garbić, a jego oczy nabierają dodatkowego blasku.

„Ma wyobraźnię i nawet jeśli nie był pilotem, to nieźle wczuł się w swoją rolę”. – To co myślę, muszę mieć wypisane na twarzy, bo przerywa, patrzy się badawczo, chwilę waha i w końcu wykrztusza z ogromnym rozczarowaniem i wyrzutem:

– Widzę, że mi nie wierzysz. I wiesz co? Nie dziwię się. Po tylu latach nawet dla mnie to wygląda jak sen. Nie musisz mi od razu wierzyć, ale proszę cię, przeczytaj to chociaż. Tylko tyle i aż tyle. Potrzebuję twojego maila i nic więcej.

Nie daje mi czasu na zastanowienie, tylko wyciąga jeden ze starszych modeli Nokii i patrzy się błagalnym wzrokiem Shreka.

„Duża bateria, dobry ekran i średni aparat, do pisania może być” – myślę machinalnie o telefonie i znowu oceniam jego właściciela. – „A z dziadka to jednak niezły numer jest, że tak swobodnie manipuluje ludźmi”.

W sumie nie mam nic do stracenia, więc przez grzeczność kiwam głową i daję mu ten nieszczęsny adres, wtedy on wstukuje co należy, chowa urządzenie i zadowolony zmienia temat:

– Jak smakuje ci kawa?

– Bardzo dobra, chociaż szczerze mówiąc kawa po wiedeńsku powinna być ze słodką śmietaną.

– Do czego ten świat zmierza? – Staruszek się obrusza. – Zapamiętaj sobie synu, że prawdziwa śmietana nie jest słodka. Swoją drogą dziękuję za śniadanie, tobie zaś radzę spróbować dania głównego, steki są obłędne i warte swojej ceny, a frytki można tu jeść bez ograniczeń.

Jest tak szczery, że decyduję się jednak nie kasować pliku, tylko postanawiam go przeczytać w pierwszej wolnej chwili…

***

Wieczorem rzeczywiście chcę wrócić do całej historii.

Jest sobota, ale ponieważ nie zaplanowałem żadnego wyjścia i nie chce mi się iść na żadną gównianą dyskotekę, to wyciągam z sześciopaku półtoralitrową Pepsi, stawiam ją ze Zweifelami obok ulubionego bujanego fotela, zapadam się w nim z naładowaną komórką i pogrążam w lekturze…

***

Nazywano go samolotem marzeń, porównywano do Titanica, przedstawiano i opiewano w wierszach, filmach i piosenkach.

Dla wielu stał się przepustką do nowego lepszego świata.

Dreamliner.

Przepiękny i ekonomiczny szybko okazał się hitem, który na zawsze odmienił cały cywilizowany świat. Wszedł do służby w dwa tysiące jedenastym roku, w barwach Polskich Linii Lotniczych pojawił się w dwa tysiące dwunastym.

Wiele z tych maszyn cierpiało na zwykłe i normalne choroby wieku dziecięcego. Konkurencja Boeinga wyolbrzymiała je do gigantycznych rozmiarów, ale równocześnie kibicowała projektowi i tak naprawdę niecierpliwie czekała aż wszystkie zostaną wyeliminowane. Te się zawsze zdarzały w tak skomplikowanych i nowatorskich konstrukcjach, podejrzewano również, że inni bali się wielkości sukcesu Boeinga i dlatego na przykład rozsiewali plotki o zakładach w Północnej Karolinie, które podobno nie utrzymywały właściwego poziomu jakości.

SP-LRA był sześćdziesiątym pierwszym samolotem tego typu. Wyprodukowany w Everett miał numer seryjny trzy pięć dziewięć trzy osiem i początkowy numer rejestracyjny N1026G, dostarczono go czternastego listopada dwa tysiące dwunastego i odtąd latał regularnie między Warszawą i Nowym Yorkiem.

Samolot wystartował o czasie i bez problemów wzniósł się na wysokość przelotową.

Za oknami było coraz ciemniej. Stewardesy roznosiły wieczorny posiłek, część ludzi zaczęła zasypiać, a piloci zakończyli rozmowy z wieżą w Nowym Jorku i ziewali patrząc się na czarne niebo.

Nie mieli nic specjalnie do roboty, samolot znajdował się nad Atlantykiem, w pobliżu nie było żadnych innych maszyn, zagrożenia nie wskazywał również radar burzowy.

Jeden z nich dostał posiłek mięsny, drugi wegetariański. Jak zawsze losowali, a podczas jedzenia wymieniali się nowinkami:

– Widziałeś? Mamy nową. – Kapitan pokazał, gdzie kobieta ma dwa atrybuty swojej kobiecości. – Taaaka szprycha. Podobno pierwszego dnia wydarła się na grubą Baśkę, że nie sprząta kuchni.

– No co ty? Na niezatapialną?

– No właśnie.

– No to albo ma dziewczyna charakter albo plecy albo jest tak głupia, że szkoda gadać.

– Im większe – Kapitan znów pokazał o co mu chodzi – tym mniejszy rozumek.

– Obstawiamy?

– Dobra, dwa lunche w bistro na Okęciu.

– Jeżeli w gospodzie pod kogutem, to stoi.

Zastępca kapitana kiwnął głową, z uśmiechem nacisnął guzik i powiedział:

– Pani Zosiu, prosimy do kokpitu.

– Już idę panie kapitanie.

Po chwili piloci usłyszeli nieśmiałe "puk puk", na co pierwszy nacisnął odpowiedni guzik, po spojrzeniu w monitor otworzył i powiedział opanowanym profesjonalnym tonem:

– Pani Zosiu, kolega ma alergię na pomidory, proszę mu przynieść posiłek mięsny.

– Tak jest panie kapitanie.

Kobieta wyszła, a piloci spojrzeli do siebie porozumiewawczo. Po chwili na nasłuchu interkomu dało się słyszeć odgłosy kłótni, a po kolejnych dziesięciu minutach kobieta wróciła i wyraźnie zdenerwowana powiedziała:

– Panie kapitanie, nie mogę przynieść drugiego posiłku, przepisy.

– Proszę się nie przejmować, dziękujemy.

Młoda stewardesa wyszła, a po chwili do kabiny wparowała gruba Baśka:

– Szaleju żeście się najedli? Przecież nie możecie jeść tego samego.

Piloci parsknęli śmiechem, na co ona tylko się spojrzała i po chwili również zaczęła się śmiać:

– Rozumiem. A to dobre. Kłóciła się ze mną do upadłego. Żartownisie. Oj Zdzisiu Zdzisiu uspokoiłbyś sie wreszcie.

– Nie bądź dla niej zbyt surowa. Młoda jest. Jeszcze się wyrobi. Sami kiedyś tacy byliśmy.

– No ja jestem dalej młoda.

– No jesteś, jesteś. Wszystko tam z tyłu w porządku?

– Tylko dwóch nowobogackich, reszta w porządku. Dać wam coś jeszcze?

***

Pasażer na miejscu 37b siedział dokładnie siedemnaście i pół metra od kabiny z głową wspartą na lewej ręce.

Starszy pan miał włączony film i słuchawki na uszach. Nie chciał spać i próbował się skoncentrować, równocześnie był tak zmęczony, że tracił co chwilę przytomność, a głowa sama opadała mu do tyłu.

Widział to mały chłopak siedzący z boku i w końcu zaczął się śmiać ze starszego pana, który udawał, że go to nic a nic nie obchodzi.

Mężczyzna nagle bardziej poczuł niż zobaczył, że coś się zmienia.

– Co… – próbował zrozumieć co się dzieje, ale było za późno.

Znikały kolejne rzędy foteli i kolejne centymetry podłogi, schowków i sufitu. Wszystko trwało kilka sekund, po których ludzie otaczały wyłącznie chmury i ciemność nocy.

Mały chłopiec z przerażeniem złapał staruszka za rękę, ten chociaż był weteranem wojennym i niejedno przeżył, to nie mógł dopasować tego co widział do tego co czuł i zaczął się bać bardziej niż wtedy, gdy bronił się w pobliżu niemieckich obozów koncentracyjnych.

Nie spadał w dół, wyraźnie czuł i fotel, i podłogę i widział wszystkich wokół. I tak po prawej miał kobietę, która dalej spała w najlepsze nie zważając zupełnie na nic. Był też mężczyzna dwa rzędy dalej, który wyraźnie obejmował pasażera obok. I facet z przedniej toalety, który siedział z otwartymi ustami i odkrył, że ma opuszczone gacie.

Najlepsza była jednak pani w słusznym wieku, która wracała na swoje miejsce i zorientowała się, że stoi szpilkami nie wiadomo na czym. Kobieta zaczęła piszczeć, śmiesznie podskakiwać i łapać się ludzi po lewej i po prawej, po chwili w panice dołączyły do niej kolejne panie i dzieci…

***

„To nie ma sensu. Jeśli wyparowała materia nieorganiczna, to co się stało z jedzeniem i piciem? Dlaczego ludzie mieli ubrania i buty? Jak oddychali na tej wysokości? I co ich mogło otaczać? Czy mieli tam pole siłowe czy samolot przesunął się w fazie?” – myślę i niespodziewanie wraca mi sympatia do starszego pana. – „To jednak jakiś początkujący pisarz, który ma za dużo wolnego czasu i coś tam próbuje tworzyć”.

W sumie robię się ciekawy, czy mnie czymkolwiek zaskoczy, więc nie czekam, ostro pociągam Pepsi z butelki i zaintrygowany wracam do czytania.

***

Stewardesa z tylu klasy ekonomicznej właśnie spędzała upojne chwile ze stewardem, gdy znaleźli się na widoku.

Kobieta odtrąciła swojego kochanka i zaczęła gorączkowo zapinać guziki munduru, a potem odruchowo poprawiła włosy i próbowała wyjść z toalety.

To było niemożliwe, trafiła na niewidzialną ścianę i w panice nie potrafiła zrozumieć, że powinna szukać zamka…

***

Kobiety w kabinie dla załogi leżały i dalej spały w najlepsze prezentując uroczą bieliznę i wszelkie doskonałości i niedoskonałości sylwetki.

***

Bogacze z business klasy zareagowali powściągliwie i co najwyżej siedzieli z wyrazem bezgranicznego zdumienia na twarzy, jeden z nich nie poruszył się nawet na centymetr i cały czas trzymał rękę jakby nadal trzymał kieliszek drogiego szampana.

***

Piloci również nie wiedzieli co powiedzieć. Pomimo tysięcy godzin szkolenia zdecydowanie nie byli przygotowani na to, że przed chwilą obaj ściskali wolanty w przyjaznym znanym środowisku ultranowoczesnej kabiny, a teraz znajdowali się nie wiadomo gdzie.

– Czy… – zaczął niepewnie kapitan.

– Tak. – Ze strachem powtórzył pierwszy, który zaczął się powoli obracać za siebie zupełnie jakby spodziewał się, że zobaczy tam ducha.

Nie było nic.

Zniknęły ściany kabiny, zniknęły bezpieczne drzwi do kokpitu, nie było skrzydeł, silników ani niczego innego oprócz ludzi w ubraniach, który krzyczeli w panice.

– Co… – Próbował powiedzieć kapitan, ale z wrażenia aż zaschło mu w gardle.

– Nie wiem co, ale zaczynam się naprawdę bać. A tak w ogóle tam nic nie ma tylko sami pasażerowie.

– Czujesz wolant?

– Tak.

– Podnieś ręce, zobaczymy czy zaczniemy spadać.

– A może wolanty znikną?

– Dobrze, spróbuj pchnąć je w dół. Lekko. Na trzy. Trzy. Dwa. Jeden. Teraz.

– Widzisz jakaś zmianę?

– Nie. Puść wolant i chwyć to znowu.

– Czuję go.

– Teraz ja. Trzy. Dwa. Jeden. Teraz. Czuję wolant. Dobrze, puszczamy razem. Znowu na trzy. Trzy. Dwa. Jeden.

– Nie czuję zmiany.

– Ja też, ale nie wstawajmy… ani nie próbujmy nic regulować.

***

Większość pasażerów krzyczała, w końcu jednak nastała cisza.

Surrealistyczna.

Upiorna.

Nie słychać było szumu silników, nie słychać było nic.

Ludzie płynęli, zaczęli się ściskać, a nawet dowcipkować.

Nikt nie wiedział, ile to trwało, ale wszyscy zaczęli rozkoszować się widokiem, który pomimo nocy był jednak niesamowity…

***

To była chwila, gdy samolot zmaterializował się tak samo nagle jak nagle zniknął. Za oknami był dzień, a maszyna znajdowała nad lądem.

Weteran wojenny chwycił się za serce. To zatrzymało się, a twarz starszego pana zastygła w pozie zdziwienia.

Inni zaczęli patrzeć się po sobie z niedowierzaniem, ściskać się, śmiać i klaskać.

Kapitan zamrugał oczami jakby się obawiał, że maszyna zaraz znowu zniknie, a potem jeszcze mocniej chwycił za wolant.

– Radar zbliżeniowy?

– Nic.

– Diagnostyka systemu, szybka checklista A w powietrzu

– Stan ogólny?

– A jak myślisz? – Kapitan wycedził przez zęby.

– Temperatura, ciśnienie, obroty w normie, kadłub hermetyczny, brak pożaru, podwozie schowane.

„Co się tutaj, do kurwy nędzy, wyprawia?” – pomyślał kapitan kwitując. – Potwierdzam. Włączę “Zapiąć pasy”, cichy alarm i uspokoję pasażerów, jeszcze nam utraty stateczności brakuje.

Mężczyzna po krótkim zastanowieniu wziął gruszke i zaczął mówić spokojnym, profesjonalnym tonem. – Panie i panowie. Mówi kapitan. Włączyliśmy sygnał zapięcia pasów. Z maszyną wszystko w porządku, prosimy jednak o powrót na miejsca, kontaktujemy się z ziemią w celu ustalenia co się z nami stało.

– Kierunek? – kontynuował po odłożeniu gruszki.

– Dwieście siedemdziesiąt.

– Wysokość?

– Dziesięć tysięcy.

– Prędkość?

– Osiemset dwadzieścia, klapy schowane.

– Pozycja?

Tu nastąpiła cisza, a pierwszy oficer naciskał coraz bardziej nerwowo kolejne przyciski.

– Pozycja? – powtórzył kapitan z lekkim zniecierpliwieniem.

– Kapitanie, GPS pokazuje, że jesteśmy nad Polską. Przyrządy dają spójne odczyty.

– Paliwo?

– Pięć ton.

– A teraz wywołajmy wieżę – dodał w ciszy, która zapadła w kokpicie. – Za nami jest dużo przerażonych ludzi, ja sam mam ochotę zesrać się w gacie.

***

– Panie pułkowniku, niezidentyfikowany obiekt na radarze. – Zameldował kapitan do stojącego nad nim pułkownika pełniącego obowiązki szefa zmiany i dodał pokazując wskaźnikiem na ekran. – O tu.

– Ptaki?

– A chuj to wie. Obiekt pojawił się sekundę temu.

– Żołnierzu, nie obchodzi mnie czy chuj czy pizda. Ptaki czy nie?

– Rozkaz panie pułkowniku. – Żołnierz odruchowo zasalutował. – Nie wiem, ale jeśli mam zgadywać, to raczej samolot. Jest za szybki na ptaki.

– Transponder?

– Brak.

– Kurs, wysokość i prędkość?

– Obiekt leci w kierunku Modlina, dziesięć tysięcy, około dziewięćset węzłów.

– Coś jeszcze?

– Ciężko powiedzieć.

– Ruski złom. – Dowódca lekko kopnął obudowę urządzenia, przed którym siedział żołnierz. – Dobra wystartujcie myśliwce, niech to sprawdzą.

– Rozkaz.

***

– Warsaw tower this is Sierra Papa Lima Romeo Alfa. – Wezwanie było skierowane na awaryjnej częstotliwości wieży warszawskiej.

– Proszę zejść z tej częstotliwości. To częstotliwość dla statków powietrznych. – Odpowiedź nadeszła po polsku.

– This is Sierra Papa Lima Romeo Alfa – powtórzył kapitan i dodał powoli i wyraźnie. – Mayday, mayday, mayday.

– Ponownie proszę o zejście z tej częstotliwości, bo wezwiemy wojsko.

– Panowie, jeżeli chcecie to wezwijcie nawet papieża, musicie to wyślijcie myśliwce, mamy to w dupie, my musimy szybko lądować, bo nie mamy paliwa. – Kapitan w końcu stracił cierpliwości i powiedział krótko po żołniersku co myśli.

– Proszę czekać, wieża w Warszawie.

***

– Nie rozumiem tego co się tu dzieje – powiedział pilot do drugiego. – My im mayday, a oni każą czekać, przecież to się kupy nie trzyma.

– Ding dong – usłyszeli sygnał wewnętrznego interkomu.

– Kapitanie, pokład… – zaczęła mówić stewardesa z tylu.

– Przypnijcie się. Może być awaryjne… – przerwał kobiecie i szybko zamilkł patrząc na dwie kropki na niebie zamieniające się w smukłe maszyny, które rozdzieliły się tuż przed dziobem i zatrzęsły ich Boeingiem, gdy przelatywały obok.

– Co do kurwy? Zobacz Rysiu, myśliwce na nas wysłali. Widziałeś kiedyś takie? – Pierwszy bezceremonialnie powiedział co myśli.

– Nie mam czasu. – Kapitan zakończył rozmowę z kabiną i dodał. – Biało-czerwone, ale na pewno nie F16. Czy to nie MIG?

– Też tak myślę. MIG-23, ja pierdzielę, co się tu wyprawia?

– Dobrze, uspokoję ponownie pasażerów. – Kapitan zamknął oczy i po chwili zaczął przemawiać do ludzi na pokładzie. – Panie i panowie. Mówi kapitan. Część z państwa zauważyła zapewne myśliwce. To polskie maszyny i nie ma powodu do niepokoju.

***

– Baza, tu orzeł jeden, widzę cel, powtarzam widzę cel. To odrzutowiec, ale takiego nie widziałem. Ma barwy LOT, ale inne niż pozostałe maszyny. I to nie jest IŁ. Powtarzam, maszyna ma oznaczenia LOT i to nie jest IŁ. Cel jest duży z dwoma silnikami pod skrzydlami. Nie wiem co to jest, ale widzę ludzi.

– Czekaj i obserwuj.

– Zrozumiałem.

– Orzeł jeden, kierujcie go na Okęcie. I niech tam kołuje nad lotniskiem.

– Zrozumiałem

 ***

– Dzwoni jakiś pułkownik i mówi, że mają odrzutowiec, którego nie znają. Pilnują go.

– Przytrzymaj go na linii.

– Wieża Warszawa, do niezidentyfikowanego obiektu. Proszę podać model. – powiedział kontroler do mikrofonu słysząc kolegę, który tłumaczył coś przez telefon na stanowisku obok. – Tak, tak, jesteśmy z nimi w kontakcie. Częstotliwość? Trzy pięć sześć.

– Co oni jaja sobie robią? – To wyraźnie powiedział pilot samolotu i po chwili profesjonalnie dodał. – Sierra Papa Lima Romeo Alfa, Boeing siedem osiem siedem.

Kontrolerzy zdębieli:

– Powtórz proszę.

– Boeing siedemset osiemdziesiąt siedem, powtarzam siedem osiem siedem.

– On mówi, że to siedem osiem siedem.

– Ale nie ma takiego samolotu.

– Czyli mamy jakiś dziwny samolot, który wziął się nie wiadomo skąd i chce wylądować. Cudownie. Dobra, dwa jeden lewy i wyrzućcie cały ruch, do tego dajcie mi tu straż i tylu milicjantów, ile się da. Jak będą gotowi niech ląduje.

– Wieża Warszawa do Sierra Papa Lima Romeo Alfa, macie krążyć nad lotniskiem i czekać na instrukcje. – Kontroler wydał komendę pilotowi.

– Panowie, nie mamy paliwa. I tak znajdziemy się na dole, z wami czy bez was. – Głos pilota zaczął wyrażać zniecierpliwienie.

– Powiedz tym wojskowym, żeby ich nie strącali i chociaż spróbowali odczytać model z kadłuba. – Kontroler zignorował komunikat pilota i skierował swoje słowa do kolegi obok.

– Jesteś pewny Jasiu? – zapytał się ich szef zmiany.

– Panie pułkowniku, słyszał pan, prosimy o lądowanie i identyfikację. – Kolega przekazywał wieści dalej. – Tak. Tak. Nam podali, że to Boeing siedem osiem siedem, którego jeszcze nie wyprodukowano. Ostatni Boeing z dwoma silnikami to siedem sześć siedem, podobno szykują się do produkcji siedem siedem siedem. Tak, tak, tak, rozumiem, jest potwierdzenie, dobrze, dziękuje.

– Tak, coś mi mówi, że ten pilot nie ma złych zamiarów. – Kontroler potwierdził wątpliwości szefa i wydał komendę pilotowi – Wieża Warszawa do Sierra Papa Lima Romeo Alfa, lądujcie pas dwa jeden lewy. Wiatr jeden trzy. Macie wolny krąg nadlotniskowy.

– Zrozumiałem. – Pilot zameldował i dodał. – Dziękuję.

***

Z daleka byli widać malutki punkt.

– Zobacz, tam jest. – Kierownik wieży wziął lornetkę, popatrzył i bez słowa oddał ją zastępcy równocześnie podejmując decyzję, która przeszła do historii. – Ściągnijcie mi tu tyle wojska, psów i Bóg wie kogo jeszcze. I dajcie mi tu kogoś decyzyjnego, musimy wiedzieć co zrobić z tym burdelem, przecież nie możemy tu tego trzymać na widoku.

– Ty, a może to jakieś ufoludki?

– Racja, dajcie też Sanepid i lekarzy.

– Karetki?

– Albo nie, od razu ogłoście alarm radiologiczny i bakteryjny, niech wojsko się tym zajmie. I wyrzućcie prasę jak daleko się da.

***

– Forty, thirty, twenty, ten, ground. – Komputer informował przyjemnym kobiecym głosem o zmniejszającej się wysokości.

– Następne szczęśliwe lądowanie. – Podsumował kapitan. – Rewers.

– Jest rewers. Te, zobacz, to chyba wojsko.

– Kwiatami to nas nie powitają, spójrz na ten orszak. – Kapitan wskazał na gaziki i archaicznego Fiata 125p w kolorze Bahama, na którym widać było wielki napis „Stop”.

– Ty, to przecież muzeum.

– A spójrz tam, o ile mnie wzrok nie myli, to tam stoją IŁ-62M.

– Dobrze, zatrzymujemy i wyłączamy silniki. Ja idę pierwszy, ty się zamknij w kokpicie.

– Myślisz, że to coś da? Wywalą szyby.

– Albo wywalą, albo nie wywalą. Kilka sekund zawsze zyskasz.

– Wieża Okęcie, wyłączamy silniki, drugi pilot czeka na instrukcje, a ja idę do wyjścia.

– Zrozumiałem, siedem osiem siedem.

***

Kapitan maszyny patrzył się spokojnie przez okienko jak do samolotu przysunięto schodki, po których wbiegli żołnierze z bronią ostrą.

– Otwierać, bo wyważymy – krzyknął ich dowódca. – Tylko powoli.

– Panowie otwieram, za mną nikogo nie ma. – Kapitan otworzył drzwi i od razu podniósł ręce do góry. – Panowie nie rozumiem co się tutaj dzieje.

***

– Co mamy?

– Melduję, że mamy dwieście pięćdziesiąt osób i każda mówi w miarę to samo. Zamknięci w hangarze. – Sierżant wyprostował się jak struna i zasalutował patrząc na orła w koronie na ścianie.

– Skończcie z tym regulaminem… spocznij, no spocznij żołnierzu. – General machnął dłonią i zapytał się pokazując na kilka pudełek na stole. – A to co?

– Mel… eeee, podobno telefony komórkowe.

– Jaja sobie robicie? Przecież ten, jak mu tam Centertel, jest ogromny.

– To nie Centertel, tylko coś innego, zresztą pytaliśmy się ich a oni coś tam kręcą, że takich standardów jak tu to jeszcze nie ma na rynku. I nagle stali się nerwowo jakbyśmy pytali się o Fort Knox.

– Dobra, a to? – Generał pokazał większe pudełka.

– Laptopy – powiedział sierżant i dodał. – Takie przenośne komputery, ale znacznie lepsze od tego co ma pan w sklepie.

– To musi kosztować majątek.

– Ciężko powiedzieć, ale przenośny komputer normalnie kosztuje dziesięć tysięcy dolarów.

– Jezu. – Generał wstał, zaczął się przechadzać po pokoju i spojrzał na kalendarz, który pokazywał datę dwudziestego pierwszego grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego. – A co z samolotem?

– Zabezpieczony. I… mogę mówić otwarcie?

– Tak, tak.

– Tam jest tyle cennego szmelcu, że zaczynam srać w gacie, czy ktoś nas zaraz nie najedzie.

– Prasa?

– Zamknęliśmy kilku opornych, pogroziliśmy ścieżką zdrowia, to się zamknęli.

– Tylko ich za mocno nie bijcie, jeszcze tego mi brakuje, żeby ktoś z góry kąty mi tu zglądał.

***

– Panie prezydencie, co z tym robimy?

– Panie Wiesławie a co by pan zrobił?

– Sprzedać, sprzedać, jeszcze raz sprzedać. Kraj słaby, a pieniądze potrzebne. Dla nas to nieprzydatne, a Amerykanie dużo dadzą.

– Tylko jak tu z nimi negocjować?

– Po kawałeczku im dawać. Nowy sejm będzie zajęty czym innym, a my możemy zyskać tak dużo dla naszego ukochanego kraju…

***

– Słyszałem, że macie coś naszego, coś co było oddane w leasing, ale do nas nie wróciło.

– Panie sekretarzu, nie wiem o czym pan mówi.

– Sojusznicy powinni się informować o wszystkim. Jestem zaniepokojony, że taką linię obrał wasz rząd. Nie wiem czy będziemy mogli znieść wam wizy. Proszę przekazać premierowi, że wasza obecność w traktacie może wymagać okazania dodatkowego dowodu waszej dojrzałości…

***

Minister spraw zagranicznych RP Bronisław Geremek przekazał na ręce sekretarza stanu USA akt przystąpienia Polski do Traktatu Północnoatlantyckiego. Historyczna chwila miała miejsce dwunastego marca dziewięćdziesiątego pierwszego w USA…

To był kolejny krok w transformacji kraju po próbach ograniczania ustaw Wilczka i po sprzedaży ELWRO niemieckiemu Siemensowi, który za bezcen przejął nowiusieńkie linie produkcyjne do produkcji pecetów…

Ważniejsze dla ludzi było chociażby otwarcie restauracji innej niż wszystkie w warszawskim Sezamie…

„Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi…”

***

I na tym kończy się tekst staruszka.

Nie wiem jeszcze, że nie spotkam go nigdy więcej.

Następnego dnia w miejscu „Cafe Paris” widzę nowoczesne bistro, w którym kelnerzy zarzekają się, że ich interes prowadzony jest tam od wielu lat…

Mail do autora wraca do mnie z adnotacją o nieznanym adresie…

Koniec

Komentarze

I tym razem nie powinnaś być zdziwiona, Tomaszug, że wrażenia z lektury Lotu zachowam dla siebie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach te podróże w czasie, historie alternatywne i przesłanie typu: nie zmienisz osła w rumaka ;)

Temat przenosin w czasie dość wyeksploatowany. Wyjątkowe jest chyba tylko to, że wehikuł znika na jakiś czas z widoku.

Tym razem znajomość procedur lotniczych lepiej wykorzystana, laik może zrozumieć, o czym bohaterowie rozmawiają. Przeważnie.

Interpunkcja mocno kuleje, trochę literówek.

Nazywano go statkiem marzeń, porównywano do Titanica,

Hmm. To chyba nie jest pochlebne porównanie?

cały czas trzymał rękę jakby nadal trzymał kieliszek drogiego szampana.

Słabo to wygląda.

Na trzy. Trzy. Dwa. Jeden. Teraz.

Bez sensu jest umawiać się na trzy i zaczynać liczyć od trzech.

 

Edytka: Dlaczego narrator pisał książkę na telefonie? To musi być mordęga.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za uwagi (przede wszystkim Tobie Finkla).

 

Jeżeli chodzi o pisanie na telefonie, jest kilka bardzo dobrych aplikacji, w których można wygodnie wstępnie pisać (oczywiście nie załatwią one wszystkiego i potrzebny jest też desktop/laptop).

 

Resztę ogarnę. Jeszcze raz dziękuję.

No, tu już jest lepiej, niż poprzednio. Są jakieś pomysły, jest jakaś próba wywołania emocji – a przynajmniej ja to tak odbieram. Nadal jednak słabo.

Poczytaj na tym portalu piórkowe opowiadania i pomyśl, czemu one potrafią wywoływać emocje. Jakiego słownictwo używa autor, co i jak zapodaje czytelnikowi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuje NoWhereMan – mam nadzieję, że stopniowo będę coraz lepszy i że czytanie moich tekstów będzie przyjemnością.

 

Jeszcze raz dziekuje za uwagi i cierpliwosc.

Nowa Fantastyka