- Opowiadanie: Niebieski_kosmita - Czego sobie życzysz?

Czego sobie życzysz?

Hejka!

Oto kolejna porcja moich wypocin – tym razem nie mająca nic wspólnego z moim “uniwersum”. Została wysłana na konkurs “Pomieścia”, ale nie przyjęła się zbyt dobrze – opowiadanie uznano za “zbyt chaotyczne” i nie dostało się do II etapu. Jest w tym trochę racji, nie przeczę... Pracowałem nad nim tak długo, że nie mam siły już go poprawiać, ale jeśli komuś uda się przebić przez chaos i odnaleźć w tym tekście jakieś pozytywne walory, to będzie mi bardzo miło.

PS

Jako że rzecz miała realistycznie oddawać rzeczywistość polskiego miasta, w opowiadaniu jest w ch... jest dużo wulgaryzmów.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Czego sobie życzysz?

Preludium

 

Potężna eksplozja sprawiła, że Marek się skrzywił. Był to już szósty wybuch od początku zmiany, a do wieczora pozostało jeszcze kilka. Od ciągłych uderzeń fal ciśnienia mężczyznę bolały płuca, czuł się zmęczony i chciał tylko, by ten dzień wreszcie dobiegł końca.

Gigantyczny komin zwalił się na ziemię, przecięty detonacją w dwóch miejscach, wywołując tsunami pyłu. Ekipa Marka specjalnie wybrała wietrzny dzień na przeprowadzenie tego etapu wyburzania, ale – jak na złość – właśnie teraz wiatr ucichł niemal zupełnie. Mężczyzna poczuł, że ogarnia go wściekłość.

– Co jest z tą pogodą?! – zawołał. Inżynierowie, którzy razem z nim obserwowali operację z betonowego bunkra, pokręcili głowami.

– Chmura nie będzie tam wisieć całą wieczność, panie kierowniku… – powiedział bez przekonania jeden z nich.

– Bez jaj! Nieważne, ile to potrwa, i tak wystarczy, żeby zwiększyć opóźnienie! Ja pierdolę, nie wyrobimy się dzisiaj…

Zrezygnowany, usiadł na krześle i wbił wzrok w to miejsce, w którym przed chwilą znajdowała się podstawa komina, jakby próbował siłą umysłu przegonić tuman pyłu.

*

– Panie Marku, jest pan pilnie proszony do gruzów głównego komina – odezwał się głos w słuchawce.

Jęknął. Czasami miał wrażenie, że jego ekipa nie potrafiłaby sama nawet wbić gwoździa.

– Ludzie, zostawiłem was na pięć minut! Chciałem tylko zapalić na osobności! Co jest? Kosmici zaatakowali?!

– Proszę się nie denerwować… znaleźliśmy coś, co prawdopodobnie było zakopane w podstawie komina, i chcielibyśmy, żeby pan to obejrzał…

Marek prychnął i rozłączył się. Wykopali pewnie martwego kota, albo coś w tym guście, i nie mają pomysłu, co z nim zrobić… Zaciągnął się po raz ostatni, rzucił peta na ziemię i poszedł z powrotem, nie przydeptując.

Jego przypuszczenia okazały się mylne – z fundamentów budowli wydobyto drewnianą, ręcznie rzeźbioną skrzynkę, zachowaną w dobrym stanie. Humor Marka od razu się poprawił.

– No, co tu mamy? Jakaś pozostałość po dawnych plemionach? Może damy radę opchnąć to za parę stów, jak sądzisz, Kozłowski?

Zagadnięty pracownik zmieszał się.

– Nie wygląda na bardzo starą, kierowniku. Chyba nie jest wiele warta. Poza tym, według prawa na pewno należy do miasta…

– Nie będzie należeć do miasta, dopóki miasto się o niej nie dowie – odparł Marek. – A co jest w środku?

– Jeszcze nie sprawdzaliśmy, czekaliśmy na pana, kierowniku.

– No, to działać. Raz-dwa.

– Tylko że… no, nie znaleźliśmy nigdzie klucza. Możemy spróbować ją rozwalić, ale nie wyjdzie z tego w nienaruszonym stanie.

Marek pokręcił głową. Podszedł do skrzynki i przyjrzał się jej dokładnie – była ozdobiona wizerunkami drzew i różnych narzędzi. Na wieku wyryto kilka słów w cyrylicy.

– A tego nie zauważyliście? – spytał, wskazując na napis.

– Zauważyliśmy, ale nicht verstehen… rozumie pan, nas uczyli w szkole angielskiego i niemieckiego…

Mężczyzna ze zdumieniem uświadomił sobie, że to prawda. Był najstarszy – zapewne tylko on potrafił czytać po rosyjsku.

– Już od bardzo dawna nie musiałem tego robić, pewnie wszystko sknocę… Zaraz… Otkrojte mienia i szkazicie, szto wy chadzicie… to będzie… co, do kurwy nędzy?!

Spod wieka skrzynki nagle wystrzeliło zielonkawe światło; zamek sam zaczął się otwierać. Zdezorientowany Marek zrobił kilka kroków w tył.

– Jakieś radioaktywne, czy co? – przestraszył się Kozłowski.

Wieko uchyliło się i ze skrzynki wypłynął obłok zielonego dymu. Po chwili przybrał kształt podobny do człowieka – chociaż nienaturalnie wysokiego i chudego.

Witajcie, mieszkańcy Dąbrowy Górniczej! – odezwał się głos, dobiegający z miejsca, w którym powinny być usta istoty. – Jestem dobrym duchem tego miasta! Tkwiłem w zamknięciu przez długi czas, jak widzę… jaki mamy rok?

– Eee… dwa tysiące dwudziesty – odparł Marek. Nikt z pozostałych nie śmiał się odezwać.

A więc minęło już czterdzieści osiem lat! Zaprawdę, zbyt wiele wody upłynęło w Białej Przemszy. Zawsze jestem tam, gdzie miastu dzieje się największa krzywda, i czekam, aż ktoś ją naprawi. Ten komin zatruwał lasy i rzeki dłużej, niż przypuszczałem, ale teraz nareszcie leży w gruzach! Musi to być oznaka przechodzenia Dąbrowy na ekologiczne źródła energii! Czy cała huta zostanie zburzona?

Transparent z napisem „GENERALNA PRZEBUDOWA I ROZBUDOWA HUTY KATOWICE – ETAP PIERWSZY” był stąd niewidoczny. Marek dziękował za to losowi.

– Chyba tak – powiedział ostrożnie.

Wspaniale! W nagrodę za to, że mnie uwolniłeś, spełnię jedno twoje życzenie.

Marek uniósł brwi, ale milczał.

Są jednak pewne zasady. Po pierwsze: życzenie musi zawrzeć się w obrębie naszego miasta. Moja moc nie sięga dalej.

– Czyli… jesteś ograniczany przez podział administracyjny? Przez samorządy i tak dalej?

Istota sprawiała wrażenie zakłopotanej.

No cóż, to skomplikowane… w każdym razie, po drugie: nie możesz w żaden sposób zaszkodzić mnie samemu.

– Sprytne! Ktoś już próbował?

Tak skończył duch Sosnowca – odparł ponuro obłok dymu. – Potem dodaliśmy tę regułę. No i po trzecie, oczywiście, nie możesz życzyć sobie mieć więcej życzeń.

Marek odczekał chwilę.

– I tyle?

Tak – odrzekł duch. – Zastanów się dobrze.

– Przyjmijmy chwilowo, że ci wierzę. Nie mogę chcieć więcej życzeń dla siebie? Ale dla innych już tak?

Gdyby istota miała twarz, prawdopodobnie widniałby teraz na niej wyraz skrajnego przerażenia.

To znaczy… w teorii…

– W takim razie życzę sobie, żeby każdy człowiek, który jest w twoim zasięgu, otrzymał jedno własne życzenie. Mnie się nie chce wymyślać niczego kreatywnego. No i powiadom ich o tym, że je dostali, ma się rozumieć.

Duch przez dłuższy moment się nie odzywał.

Przykro mi – powiedział wreszcie – ale to były dwa życzenia. Liczy się pierwsze. Na waszym miejscu uciekałbym stąd jak najszybciej…

A potem, na potwierdzenie własnych słów, rozpłynął się.

– O, ja… – wymamrotał Kozłowski. – Zadziałało?

– Zażycz sobie czegoś – nakazał mu Marek.

– Ale czego…? – Umilkł; widać było, że wytęża umysł. – Nic mi nie przychodzi do głowy, niech mnie chuj strzeli… – Urwał i wytrzeszczył oczy. Jego spodnie pękły, rozległ się odgłos wystrzału, po czym Kozłowski zwalił się na ziemię.

 

Pociąg

 

Maszynista czuł, że zaraz umrze z nudów.

Na trasie często zdarzały się urozmaicenia, które zawsze przeklinał – a to nieczynny tor, kłótliwi pasażerowie, sprzeczne rozkazy od dyżurnych ruchu, czy nawet burze z piorunami… Odczuwał irracjonalny strach przed błyskawicami, odkąd jeździł elektryczną lokomotywą, ale dzisiaj błogosławiłby nawet takie przełamanie rutyny.

Dwa kursy z Warszawy do Gliwic. Żadnych niespodzianek. Żadnych przeszkód.

Żadnych rozrywek.

I przeraźliwie wolna jazda, wskutek licznych ograniczeń prędkości, przez którą był już porządnie spóźniony.

Ruszył ze stacji Dąbrowa Górnicza, rozpędził się, po czym puścił na chwilę drążek. Zamknął oczy, odchylił głowę i wyobraził sobie, że słyszy szum wiatru, czuje chłodny piasek pod stopami. Pogoria.

Chciałbym tam być – mruknął do siebie.

W tej samej chwili zniknął z kabiny.

*

Białe BMW pędziło po mieście z zawrotną prędkością. Jego kierowca nie robił sobie wiele z zatorów ulicznych, które z łatwością wymijał, ani z sygnalizacji – przejeżdżał przez skrzyżowanie nawet kilka sekund po zapaleniu się czerwonego światła. Nie słyszał też trąbienia innych aut, bo zagłuszał je wokalista Sabatonu, wrzeszczący z pełną mocą samochodowych głośników.

Przerażenie kierowcy wzbudził dopiero przejazd kolejowy. Już z daleka widział, że szlaban się zamyka – nie miał żadnych szans, by przejechać na czas. Wściekły, zaczął gwałtownie hamować, jednocześnie krzycząc:

– No bez jaj! Otwórz się, głupia szmato!

Ku jego zaskoczeniu szlaban rzeczywiście zatrzymał się, a potem ruszył w górę. Zadowolony, ponownie przyspieszył.

*

Dróżniczka nie wierzyła własnym oczom – rogatki odmawiały posłuszeństwa. Podnosiły się, chociaż przełącznik był zablokowany w pozycji „zamknięte”.

– Co to ma znaczyć?! Zamknij, masz się zamknąć!!! – zawołała.

I wtedy zobaczyła dwie rzeczy: po pierwsze – że szlaban znowu zmienił kierunek ruchu, i teraz, zgodnie z prawami logiki, opadał; po drugie – że do przejazdu zbliża się BMW, które na pewno nie zdąży się zatrzymać.

Kierowca zaczął hamować, ale odniósł najgorszy skutek z możliwych: samochód stanął idealnie pomiędzy rogatkami.

O nie, o nie, o nie…

Dróżniczka znalazła się na skraju paniki. Odblokowała przełącznik i próbowała podnieść szlaban, ale ten znowu przestał działać. Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć – czy widziała dzisiaj jakiegoś czarnego kota?

Zaraz… maszynista na pewno go widzi, pociąg na pewno jest jeszcze daleko, może wyhamuje…

Pokrzepiona tą myślą, wyszła z budki i zbliżyła się do auta. Hałas przycichł, kiedy nachyliła się nad karoserią.

– Co pan zrobił? Zaraz będzie tędy przejeżdżał ekspres!

– No to otwieraj pani ten zasrany szlaban, i to szybko!!!

Kobieta poczuła, że ogarnia ją oburzenie.

– Jak pan śmie mówić do mnie takim tonem?!

– Nie pierdol pani, tylko podnoś szlaban!

– Ha! Cóż za brak wychowania! Będzie go z daleka słychać, zacznie trąbić, kiedy tylko zobaczy samochód. Niech pan wysiądzie, bo… – przerwała, zerknąwszy przelotnie w stronę toru. Natychmiast skamieniała ze strachu.

Pociąg, nie wydając praktycznie żadnego dźwięku, był już tak blisko, że wyraźnie widziała kabinę maszynisty. Pustą kabinę maszynisty.

– Co? O co cho…

Dróżniczka uskoczyła z szyn w ostatniej chwili. Nie zdążyła jednak nawet pomyśleć: „Przeżyłam!”, kiedy trafiło ją BMW, odepchnięte na bok z ogromną siłą przez wielki, kilkusettonowy młot.

*

Przód pociągu:

– O mój Boże, potrąciliśmy kogoś!

– Maszynista nawet nie zwolnił!

– Hamulec bezpieczeństwa! Szybko!!!

Tył pociągu:

– Znowu zwalniamy?! Ten pieprzony pociąg nigdy nie dojedzie na miejsce!

– Mamusiu, ja chcę do domu…

– Co ja mogę poradzić, syn… synku? Gdzie się schowałeś?

Środek pociągu:

– Słyszałaś? Uderzyliśmy w coś… a teraz stajemy…

– To pewnie nic takiego, śpij już.

Tył pociągu:

– Spóźnię się, kurwa! Po prostu nie ma szans, żebym zdążył! Ja pierdolę, dlaczego mnie to spotyka?!

Marian, proszę, nie przeklinaj…

– Ale czemu stoimy? Kurka wodna, mamy już dwadzieścia minut w plecy! Jedź, cholewa, jedź, kupo złomu! No, rusza… świetnie, teraz piszczy… Ja nie mogę…

Przód pociągu:

– Znowu jedzie? Przecież hamulec jest załączony! Nawet słychać, jak szoruje o koła!

– O mój Boże, ale głośno!!!

– Może maszynista miał zawał, albo coś w tym stylu! Niech ktoś pójdzie sprawdzić!

– Ja to zrobię.

– Dobra… hej, co ty…? Oszalałeś?! Nie przez okno!!!

– Przecież muszę się jakoś dostać na Pogorię, prawda?

*

Przez następny kwadrans pociąg naprzemiennie zwalniał i przyspieszał, zależnie od tego, jakie ktoś wyraził życzenie. Kiedy jedno z kół pękło, poddane nienormalnym obciążeniom, byli już poza granicą Dąbrowy Górniczej.

Wtedy krzyki: „ja chcę do mamy!” oraz „niech się tylko nie wykolei!” przestały mieć już jakiekolwiek znaczenie.

 

Huragan

 

Słońce niemiłosiernie przypiekało Plac Wolności. Większość przechodniów przyjmowała ten fakt z ponurą obojętnością – ot, lipcowe popołudnie.

Pierwszym, który zgłosił światu swoje pretensje, był facet w garniturze, żywiołowo rozmawiający przez telefon.

– …mam już serdecznie dość tej impertynencji! Czy ona myśli, że może mną pomiatać? Nie, to nieprawda. Nie, nic takiego nie powiedziałem. Jest gorąco, idę na spotkanie i dosłownie gotuję się w tej marynarce… Serio! Błagam, chociaż kilka sekund cienia, czy proszę o zbyt wiele? O, jak na zawołanie… głowę bym dał, że przed chwilą nie było tam chmury. W każdym razie, musi z tym skończyć. Może powinienem jej powiedzieć, że…

Chwilę później przechodziły tamtędy trzy nastolatki.

– Ale to słońce napierdala!

– No! Już trzeci, czwarty dzień!

– A co, chciałabyś burzę z piorunami?

Pewnie! Moich włosów nic nie ruszy, są na takim lakierze, że… ej, co się dzieje?

Zerwał się silny wiatr, a na horyzoncie pojawiła się czarna wstęga chmur, która rosła z każdą chwilą.

– O, patrzcie! Jak fajnie! Chciałam i mam!

– A co to, koncert życzeń? Ja chcę, żeby przyleciało tutaj całe One Direction!

Nic się nie stało.

– Eee, jakiś kit!

– Bo ty masz za mało many! – Śmiech. – A ja chcę, żeby Kamil zaprosił mnie na imprezę w piątek, da się…

Zadzwonił telefon.

– Halo? Kamil? Naprawdę?!

– A, pierdolcie się… hej, to była przenośnia, co robicie?!

*

Na plaży, która znajdowała się dwa kilometry dalej, panowały odmienne nastroje: słońce było tutaj bardzo mile widziane. Dlatego ludzie zaczęli narzekać dopiero wtedy, gdy spostrzegli ciemną chmurę.

Zenek, patrz! Idzie burza!

– Chyba trzeba będzie się zwijać.

Mogłoby nie padać jeszcze przez pięć minut, bardzo proszę…

Większość plażowiczów wyrażała się w podobnym tonie. Był jednak jeden wyjątek – opalająca się, jasnowłosa kobieta, która mruknęła:

– A, niech sobie leje. Ja zostaję.

Szybko zmieniła zdanie, kiedy poczuła uderzenia ciężkich kropel deszczu. Wstała z krzykiem, chwyciła ręcznik, przebiegła kilka metrów… i znalazła się na suchym piasku. Strumienie nadal lały się z czystego nieba na to samo miejsce, gdzie przed chwilą leżała.

Gdyby ktoś nie miał jeszcze dość udziwnień, minutę później przez plażę przebiegł mężczyzna w mundurze maszynisty, przeklinając i wrzeszcząc – można było rozpoznać tylko kilka słów, a wśród nich: „mój pociąg!” i „niemożliwe!”.

*

W całej Dąbrowie rozbrzmiewały dziesiątki innych życzeń w kwestii pogody.

Chociaż dwa stopnie chłodniej, błagam, bo się usmażę w tej kuchni!

– Wolałem zimę! Chcę zimę, mamusiu, zrób zimę!

– Te chmury mnie załamują… przylećcie tutaj, do cholery, na pustyni i tak nikogo nie ma! Tam deszcz jest niepotrzebny!

Wszystko to sprawiało, że pogoda w mieście wymykała się wszelkiej logice. Gigantyczne różnice temperatur pomiędzy bliskimi obszarami, zmieniający się kierunek wiatru, opady deszczu, śniegu i burze – zależnie od upodobania. Wyrażono też setki razy prośbę: „A niech go/to piorun strzeli!”, co wznieciło liczne pożary, które szybko się rozprzestrzeniały.

Nad centralną częścią Dąbrowy Górniczej tworzyła się strefa czystego meteorologicznego chaosu, przypominająca miniaturowy cyklon.

 

Piekło

 

Urzędniczka oddała mężczyźnie opasłą teczkę i zrobiła przepraszającą minę.

– Bardzo mi przykro, ale nie mogę przyjąć tego zgłoszenia. Zapomniał pan o zaświadczeniach z dwóch firm, w których pan pracował… – Spojrzała na kartkę, którą miała przed sobą – …zostały wymienione na pozycjach czwartej i siódmej. Nie ma też świadectwa ukończenia szkoły podstawowej, świadectwa szczepienia pańskiego psa, a także załącznika o niekaralności stryjecznego brata. Na tym potwierdzeniu brakuje dwóch pieczątek, a na tamtym innej, po którą powinien się pan zgłosić do pokoju czterdzieści siedem, wypełniwszy wcześniej stosowny wniosek.

Mężczyzna przysłuchiwał się tej litanii w milczeniu.

– Czy już żeś pani skończyła? – zapytał po chwili.

– Tak. Na tej kartce ma pan wszystkie potrzebne informacje, powinniśmy się spieszyć, petenci czekają…

– Pół roku żem zbierał te wszystkie papiery, a teraz słyszę ino tyle, że brakuje jeszcze stu następnych?!

Błędem urzędniczki było to, że nie powiedziała: „Proszę się nie denerwować”, tylko:

– Taka jest biurokracja.

Mężczyzna patrzył na nią jeszcze chwilę, a potem wyrzucił:

– Jesteście wrzodem na dupie Polski! Niechby cały ten wasz urząd miejski się pod ziemię zapadł!!!

Coś nagle wstrząsnęło budynkiem, a po krótkiej chwili Urząd rozsypał się w gruzy i osunął w nowo powstałą przepaść, która otworzyła się w samym środku miasta. Nikt zawołał nawet: „Ja chcę żyć!” – petenci i urzędnicy wydawali z siebie tylko nieartykułowane wrzaski, gdy spadali.

Kilka minut później ostatnie okruchy szkła i betonu zniknęły z powierzchni ziemi, a szczelina ponownie zamknęła się, zacierając wszelki ślad po dąbrowskim Urzędzie Miejskim.

*

Nastoletni chłopak siedział przed komputerem. Był bardzo skupiony, bo przechodził właśnie wyjątkowo trudną misję w grze. Nawet nie zauważył, kiedy do pokoju wpadła jego matka.

– Michał!!! – krzyknęła. – Michał, zdejmij te cholerne słuchawki! Chyba zaczął się koniec świata!

Chłopak oderwał się na chwilę od komputera i spojrzał na nią.

– Akurat teraz musisz mnie denerwować? Właśnie staram się ubić Cyberdemona…

– Urząd zniknął! Została po nim tylko wielka dziura! Od strony torów wszędzie są pożary, a na niebie rozpętała się jakaś straszna burza, Michał, co to będzie?!

Nastolatek obrzucił matkę krytycznym spojrzeniem.

– Piłaś?

– Boże, mój syn ma słabą wiarę, ale to naprawdę dobry chłopak! Zawsze wynosił śmieci, kiedy prosiłam…

Michał odwrócił się z powrotem do monitora, kręcąc głową.

Uspokój się, mamo, i prześpij chwilę, będzie ci lepiej. – Jako że nie słyszał głosów protestu, ponownie skupił się na grze. Boss miał już tylko połowę punktów życia.

Okres spokoju nie trwał jednak długo – tym razem to wrzaskliwy głos siostry przebił się przez słuchawki.

– Brat, co tam robisz?! Znowu Doom?! No wiesz?! Myślałam, że już nie grasz w to gówno!!! Jest chyba starsze niż Korwin!!!

– Zamknij ryj – mruknął Michał – bo jak nie, to Cyberdemon wyjdzie z monitora i cię zeżre.

– Phi!!! Nie boję się go!!! Niech wychodzi!!!

*

Lot gołębia:

Ptak próbuje znaleźć jakieś bezpieczne miejsce do lądowania, widzi jednak, że jest o to coraz trudniej. Większa część terenów zielonych stoi w ogniu; w oddali biją pioruny, rozpalając nowe zarzewia ognia. Ulewny deszcz gasi niektóre z nich, ale to kropla w morzu potrzeb.

Wstrząsy sejsmiczne otwierają kolejne bramy do wnętrza ziemi. Znikają w nich szkoły, szpitale, placówka ZUS-u i urząd skarbowy, a także kilka bloków mieszkalnych – przez zwykłe kłótnie rodzinne i sąsiedzkie. Drgania podłoża sprawiają też, że ściany wielu innych budynków zaczynają pękać.

Wiatr miota gołębiem na wszystkie strony. Ptak robi wszystko, by utrzymać stały kierunek lotu – z daleka widzi, że nad taflą Pogorii III panuje względny spokój, i usiłuje się tam przedrzeć. Mógłby przycupnąć na jednej z żaglówek, które nadal unoszą się na wodach jeziora.

Błyskawicznie zmienia plan działania, gdy dostrzega ogromną, dwunożną bestię, przechadzającą się ulicami miasta. Gołąb nic nie wie o grach komputerowych, cyborgach i innych wymiarach, ale instynkt w zupełności wystarcza, by ocenić zagrożenie.

Na skali od jednego do dziesięciu Cyberdemon otrzymuje przynajmniej tysiąc punktów.

Ptak zapomina o pierwotnym celu swojej podróży i gwałtownie zawraca. W jego prostym, małym mózgu kołacze się teraz tylko jedna myśl:

UCIEKAĆ!!!

*

– Stary, chyba mamy koniec świata – mruknął Stach.

– Pierdolisz, musimy iść dalej… – ponaglił go Cinek.

– Ale po co? Gdzie ty chcesz dojść? Wszystko się pali, asfalt pęka, niebo już całkiem pojebało…

– Gdzie można przetrwać koniec świata, no gdzie… o, chyba coś mamy! Kurwa, wygraliśmy! Spój… mógłbyś spojrzeć tam?

Stach nie wierzył już w nic, ale popatrzył we wskazanym kierunku.

Na trawniku – jakieś sto metrów dalej – stał czołg.

– Świetnie! Przyjechało wojsko! I tak gówno mnie to obchodzi!

– Nadal nic nie rozumiesz, debilu… – Cinek pokręcił głową. – Dobra, jak chcesz. Ja idę.

– Dokąd?

Jego przyjaciel przyspieszył kroku, ale nie odpowiedział. Kiedy dotarł do pojazdu, zaczął się wspinać po jego pancerzu. Stach obserwował to z rosnącym przerażeniem.

– Co ty odwalasz?!

Cinek dotarł na dach czołgu, znalazł uchwyt klapy wejściowej i pociągnął.

– Nie chce się otworzyć! – stęknął. – Chyba już pora…

– Zaraz cię zastrzelą, kretynie!

– Tu nikogo nie ma, daję ci słowo! Wejdziesz na górę?

Stach rozejrzał się nerwowo, ale nie pojawili się żadni żołnierze, komandosi, antyterroryści ani nikt inny. Bez przekonania wdrapał się na wieżyczkę, gotowy w każdej chwili zeskoczyć. W tym czasie Cinek wyciągnął telefon i coś na nim napisał.

– Masz jakiś demoniczny plan? – spytał konspiracyjnym szeptem Stach.

W odpowiedzi przyjaciel pokazał mu notatkę na ekranie telefonu: Powiedz „Niech ten właz się otworzy” i nie zadawaj głupich pytań.

– Jaja sobie robisz?

– To właśnie było głupie pytanie…

– No, dobra… Niechaj niniejszy właz rozewrze swe podwoje! A piękne kobiety niechaj mi robią…

Pokrywa otworzyła się z hukiem, zagłuszając dalsze słowa chłopaka.

– Udramatyzowałeś trochę, ale wyszło ci nieźle. Mnóstwo ludzi zmarnowało swoje życzenia w tak głupi sposób, że szkoda gadać – stwierdził Cinek, po czym wszedł do środka maszyny, zostawiając osłupiałego Stacha na górze.

– A teraz moja kolej! – zawołał. – Chcę wiedzieć, jak sterować… nie, to nie wystarczy. Chcę wiedzieć wszystko o tym czołgu! Kurwa, ale schizowe uczucie… Wiedza tak napływa do głowy…

– Że niby to działa? – Stach już schodził po drabinie.

– I to jak! Zamykaj klapę, przejedziemy się!

Kilka minut później, kiedy Cinek i Stach właśnie ruszali, z sąsiedniego domu wypadł ośmiolatek, krzycząc: „Jest mój! Ja go sobie zażyczyłem! Zostawcie mój czołg!!!”. Tamci nawet nie zauważyli dzieciaka – poczuli tylko lekki podskok, kiedy gąsienica po czymś przejechała, ale nie zastanawiali się, co to mogło być.

 

Trojaczki

 

Państwo Marchwińscy postanowili, że będą mieli tylko jedno dziecko. Ciasne mieszkanie, nisko płatna praca pana Marchwińskiego – wnioski nasuwały się same: większa ilość potomstwa mogłaby łatwo wpędzić ich w kłopoty finansowe.

Jak jednak wiadomo, biednemu zawsze wiatr w oczy i tak dalej…

Przysparzając swojej mamie sporo cierpienia, na świat przyszło troje dzieci: Zuzia, Marcin i Krzyś. Państwo Marchwińscy byli zmuszeni szybko znaleźć lepsze źródło zarobków. Wkrótce ojciec przekwalifikował się na kierowcę ciężarówki, a matka zatrudniła w fabryce kosmetyków, co rzeczywiście znacząco podniosło ich dochody, ale sprawiło też, że dzieci często zostawały w domu tylko pod opieką rodziców pana Marchwińskiego.

Babcia zachorowała pod koniec roku 2019, krótko po dziewiątych urodzinach trojaczków, a dziadek odtąd spędzał większość dnia przy jej szpitalnym łóżku. W odwiedziny do Zuzi, Marcina i Krzysia przychodziła jeszcze czasami ciotka, zwykle jednak bawili się sami w niewielkim pokoju, który pierwotnie był przeznaczony dla jednego malca. Państwo Marchwińscy uznali, że dzieci jakoś sobie poradzą przez wakacje – były już duże i nie potrzebowały niańki.

W końcu nadszedł pewien lipcowy dzień…

*

– Mój zamek jest ładniejszy – stwierdziła z przekąsem Zuzia, patrząc na budowlę Marcina.

– Wcale że nie – odparował chłopiec – ty w ogóle źle zrobiłaś dach. Zamek nie ma takiego dachu.

– Zabrakło mi czerwonych, to nie fair! Krzysiek wziął wszystkie czerwone!

Oprócz fioletowych dachówek, zamek Zuzi posiadał kolorystyczne niedociągnięcia w wielu innych miejscach: szare ściany były załatane żółtymi i zielonymi klockami, a fosa wyglądała tak, jakby wypełniono ją ropą.

– Ja robię bazę na Marsie, muszę mieć dużo czerwonego – mruknął cicho Krzyś, nie przerywając swojej pracy.

Ale ja chcę czerwone!

Nagle na dywanie zmaterializowała się ogromna bryła plastiku, złożona z czerwonych klocków w najróżniejszych odmianach.

Kiedy w całej Dąbrowie takie rzeczy zdarzały się dorosłym, ci z reguły wypychali je ze świadomości – wmawiali sobie, że „to się nie stało”. Dziewięcioletnie dzieci nie miały podobnego problemu.

– Ty to zrobiłaś? – zapytał Krzyś, ale w jego głosie brzmiała raczej zazdrość, a nie zdziwienie.

– Chyba tak… Teraz chcę niebieskie!

Druga bryła nie pojawiła się.

– Może mogłaś tylko raz? – zasugerował Marcin.

– Sam spróbuj.

Chcę… – chłopiec umilkł na chwilę, rozważając możliwości – …chcę najlepszy, najfajniejszy i najbardziej kozacki smartfon na świecie!

I zaraz w jego dłoni pojawił się srebrny telefon, który rzeczywiście wyglądał bardzo kozacko.

– No nie! Nowy samsung universe! To działa!!!

– Teraz ja, teraz ja! – dołączył Krzyś. – Chcę… czego by tu chcieć…

– Zaczekaj! – zawołała Zuzia. – Musimy się dobrze zastanowić, to nasze ostatnie…

– Jak to: nasze? – zaperzył się chłopiec. W oddali zagrzmiało. – Wyście już swoje zużyli!

– To były tylko próby, a poza tym mama mówi, że wszystko mamy wspólne.

– Chcę jeszcze, żeby mój zamek z klocków był taki duży, żebym mógł mieszkać w środku! – przerwał im Marcin.

Zuzia i Krzyś spojrzeli na brata z niezadowoleniem.

– No co, tylko sprawdzałem – chłopiec wzruszył ramionami. Po raz drugi rozległ się grzmot, tym razem znacznie bliżej.

– Za to tata mówi, że musimy się dzielić! Jak oddasz mi połowę swoich czerwonych klocków, to ja może dam ci trochę tego, co dostanę…

– Teraz ty zaczynasz!

Sprzeczali się dalej, a Marcin podszedł do okna, żeby popatrzeć na zbliżającą się burzę. Chmura wyglądała tak, jakby ktoś zamieszał niebo gigantyczną chochlą; chłopiec przyglądał się jej z rosnącym zainteresowaniem.

W pewnej chwili poczuł, że podłoga delikatnie drży, ale początkowo uznał, że ktoś w bloku po prostu robi remont.

– …następnego dnia pomyślisz, że lepiej by było, gdybyś poprosił o coś innego…

– Nieprawda!

– Zawsze tak robisz z prezentami na święta!

– Nieprawda, nieprawda! A zresztą ty też w poprzednim roku narzekałaś na swoją lalkę, pamiętam!

– W każdym razie uważam, że powinniśmy zadzwonić do mamy.

To był nieuczciwy, ale ostateczny argument. Krzyś ustąpił, chociaż niechętnie, a Zuzia sięgnęła po telefon. Aż do dzisiaj mieli jeden na trójkę – oszczędność pieniędzy, mniejsze ryzyko uzależnienia, kreowanie naturalnej potrzeby współpracy… Rodzice zawsze potrafili znaleźć setki różnych usprawiedliwień dla swoich decyzji, z których trojaczki zwykle rozumiały tylko niektóre.

– Halo? Mamo, my… – dziewczynka umilkła, a po chwili spojrzała na braci. – Nie ma nawet sygnału.

Burza, która stawała się coraz głośniejsza i coraz potężniejsza, poważnie zakłócała przesył fal radiowych, ale pani Marchwińska i tak nie mogłaby odebrać telefonu. Właśnie trwała gorączkowa ewakuacja – w fabrycznym magazynie perfum rozprzestrzeniał się ogień, od kiedy jeden z pracowników powiedział: „Zaraz przerwa, chcę wreszcie zajarać”.

– Może tata…? – spytał bez przekonania Krzyś. Pan Marchwiński tyle czasu spędzał w trasie, że prawie nigdy nie można było go złapać – w każdych okolicznościach przestrzegał zasady, by nie rozmawiać przez telefon w trakcie jazdy.

Zuzia pokręciła głową.

– Coś jest nie w porządku. Musimy wiedzieć więcej…

– Coś jest bardzo, bardzo nie w porządku – potwierdził Marcin, ciągle wpatrując się w okno. Zuzia i Krzyś też zwrócili tam swój wzrok.

Chwilę później cała trójka wyszła na balkon, przecierając oczy ze zdumienia.

Niebo przypominało już bardziej psychodeliczne dzieło sztuki – strzępy białych, szarych i czarnych chmur pływały we wszystkich kierunkach. Ulica Kosmonautów była zablokowana przez porzucone samochody, a kilka pojazdów utknęło w takich miejscach, w jakich absolutnie nie miało prawa się znaleźć – na przykład na dachach domów i w koronach drzew. Ściany wielu budynków były rozświetlone łunami pożarów, miejscami tak wielkich, że płomienie sięgały ponad dachy. Wszędzie uderzały pioruny, a ogromny kościół Najświętszej Marii Panny Anielskiej wyraźnie przechylał się na lewą stronę.

Z wysokości dziewiątego piętra trojaczki miały wspaniały widok na apokalipsę.

*

– A może: „chcę, żeby się uspokoiło”?

– To pewnie będzie tylko na chwilę. Raczej: „chcę, żeby się uspokoiło na… na zawsze”.

– Na zawsze? Ale nie wiadomo, co by się stało… nie wiadomo nawet, czy to w ogóle zadziała…

Zuzia i Marcin dyskutowali o najlepszym możliwym trzecim życzeniu. Krzyś siedział z nieszczęśliwą miną i milczał. Próbowali włączyć telewizor w pokoju rodziców – na próżno; wyglądało na to, że nastąpiła też awaria sieci energetycznej.

– Albo: „chcę, żeby przestało być tak źle”.

– Przecież wychodzi na to samo.

– Nieprawda!

– A jeśli przestanie być „tak źle” i zacznie być „jeszcze gorzej”?

– Już sama nie wiem… Co tu się w ogóle dzieje?! Patrzcie!!!

Sąsiedni wieżowiec unosił się powoli w powietrze, całkowicie ignorując istnienie grawitacji. Wzleciał na kilkadziesiąt metrów, a następnie przefrunął nad drzewami i poleciał na południe.

– To też musiało być… życzenie – stwierdził Marcin.

– Jak w „Aladynie”! No jasne! Jeśli więcej osób je dostało, to… o, kurde…

– Nie przeklinaj!

– To nie było przekleństwo!

– Mam pomysł – odezwał się Krzyś. Wziął kartkę i długopis, naskrobał kilka słów, po czym pokazał je rodzeństwu.

„Chciałbyn, że by nikt nie miał jusz życzeń” – głosił napis. Zuzia pokiwała głową z uznaniem.

– Nie umiesz pisać, ale poza tym…

Spadaj!

Podłoga nagle rozstąpiła się pod dziewczynką. Chłopcy rzucili się, by ją złapać, ale nie byli dość szybcy – Zuzia pisnęła i zleciała do mieszkania piętro niżej.

– Zabiłeś ją…! – Marcin spojrzał na brata.

– Nie, nie o to mi chodziło! – krzyknął przerażony Krzyś. – To była metamor… metaro… metafora!

– Hej, nic się nie stało… au… – dotarł do nich głos Zuzi. Obaj nachylili się nad otworem w podłodze.

Dziewczynka wylądowała na kanapie, dzięki czemu przeżyła; trzymała się jednak za stopę, wykręconą pod nienaturalnym kątem.

– No i nie mamy już trzeciego życzenia, a do tego Zuzka skręciła sobie kostkę! Po prostu super! – zawołał ze złością Marcin.

I wtedy w głowach trojaczków pojawiła się ta sama myśl: rozpaczliwie potrzebowali kogoś dorosłego. Kogoś, kto dałby im jakąś radę, wskazówkę…

– A co ty tutaj niby robisz, dziecko?

 

Co się zaczęło, musi się skończyć

 

Potwór czuł się rozdarty – to znaczy, bardziej rozdarty niż zwykle. Cybernetyczne komponenty aż drżały z podniecenia, bo w pobliżu było mnóstwo celów do zniszczenia, ale demoniczna jaźń z każdą chwilą utwierdzała się w przekonaniu, że coś jest nie w porządku.

CEL NR 245 WYELIMINOWANY

NAMIERZANIE CELU NR 246 W TOKU

Świat jest niewłaściwy… wszystko wyglądało inaczej… gdzie ja jestem?

CEL NR 246 NAMIERZONY

RAKIETA WYSTRZELONA

CEL NR 246 WYELIMINOWANY

I laboratorium zniknęło…? Wypuścili mnie? Dlaczego?

NAMIERZANIE CELU NR 247 W TOKU

CEL NR 247 NAMIERZONY

CEL NR 247 JEST UZBROJONY I NIE MOŻNA GO SKLASYFIKOWAĆ

ATAKOWAĆ? T/N

A cóż to takiego?

Cyberdemon nie znał słowa „czołg”, nie wiedział więc, czym jest metalowa puszka, która pojawiła się na końcu ulicy. Nie znał również słowa „strach”, dlatego nawet nie drgnął, kiedy ogromna lufa wycelowała w jego tors – uniósł tylko własną wyrzutnię rakiet.

*

Natomiast Cinek, posiadający znacznie szerszy zasób słownictwa, miał problem innego rodzaju. Przeczytał w swoim życiu tak wiele książek, obejrzał tak wiele filmów, przeszedł tak wiele gier – że prawie zupełnie przestał odróżniać świat rzeczywisty od wymyślonego. Dzięki temu jako jeden z pierwszych zrozumiał, co się dzieje, ale zapomniał też, że w prawdziwym życiu nie można nacisnąć przycisku „respawn”…

– O! A kogo ja widzę! Zdechłeś raz, zdechniesz i drugi! – mruknął, kiedy zauważył Cyberdemona.

– Mówiłeś do mnie? O, w dupę…!

Zanim Stach uświadomił sobie, co się dzieje, nastąpił już wystrzał. Wielki pocisk uderzył bestię w pierś i eksplodował, wywołując chmurę dymu, która zakryła potwora. Cinek uśmiechnął się.

– Ładuj następny – polecił Stachowi.

– Popierdoliło cię do reszty?! Co…

I wtedy czołg wyleciał w powietrze.

*

Plaża opustoszała – las wokół niej stał w ogniu, a deszcz parował, zanim dotarł do płomieni. Po jeziorze Pogoria III pływała ostatnia żaglówka.

Większość żagli została zdjęta, ale kilka mniejszych nadal łopotało na wietrze, wiejącym jakby ze wszystkich stron naraz. Wokół masztu uwijały się trzy osoby, które już dawno zużyły swoje życzenia, krzycząc do siebie nawzajem:

Poluzuj! Nie tu, tam!

Ściągnij szot foka!

Podaj mi pikfał, szybko!

Żeglarze cudem utrzymywali łódź w pobliżu środka jeziora, byle jak najdalej od ognia. Sytuacji nie ułatwiał fakt, że prawie każdy centymetr wolnego miejsca na pokładzie był zajęty przez ptactwo, szukające schronienia przed pożarem.

– Kliwer! Niech ktoś ogarnie ten pierdolony kliwer! Stefan, co z tobą?!

– Stary, ja ledwo stoję! Padam z nóg…

Nagły podmuch sprawił, że pozioma belka głównego żagla – bom – wyrwała się z rąk jednemu z mężczyzn, trafiła Stefana w brzuch i zrzuciła go do wody.

– Nie! – krzyknął drugi żeglarz. Przestał walczyć z ożaglowaniem i rzucił się na pomoc tonącemu. – Lina! Łap linę!!!

– Ja nie dam rady sam robić wszystkiego! – wrzasnął pierwszy, który usiłował z powrotem złapać bom. Łódka chwiała się coraz bardziej, a szalejące fale zaczynały zalewać jej pokład.

*

Śmierć gołębia:

Ptak dociera wreszcie nad taflę wody. Jest poparzony i ma złamane dwie kości w lewej nodze, ale jeszcze leci. Widzi swój upragniony cel – żaglówkę, ostoję bezpieczeństwa pośród bezmiaru chaosu. Kiedy jednak jest już o kilkaset metrów od łodzi, ta przewraca się, a chmara innych ptaków ucieka z jej pokładu.

Gołąb jest już tak zmęczony, że mimo wszystko ląduje na tonącym kadłubie żaglówki, który odwrócił się do góry dnem. Rozgląda się wokoło i widzi tylko ogień, otaczający go z każdej strony. Ptak nie jest w stanie wymyślić żadnego sposobu na ratunek.

Podskakuje, kiedy ostatni fragment łódki zanurza się w jeziorze, ale nie ma już siły, by odlecieć. Wpada do wody i wkrótce tonie.

*

Cyberdemon jest powszechnie znany w środowisku graczy z tego, że trudno go zabić.

Pocisk czołgowy zadaje jednak całkiem sporo obrażeń, nawet takim istotom. W dodatku ten konkretny okaz jeszcze w grze dostał porządne cięgi – podziękujmy za to świętej pamięci Michałowi, który był dobrym graczem, chociaż nie miał dużych szans w rzeczywistej walce.

Teraz więc Cyberdemon wlókł się przez miasto resztkami sił.

CEL NR 253 NAMI%5&o*ERROR&#T^7MIERZANIE CELU

chcę… wrócić… zresztą, gdziekolwiek… nie wiem…

CEL NR 252 ZNISZCZONY

NAMIERZ*$$$

KRYTYCZNY BŁĄD SYSTEMU

muszą… wszyscy zginąć…

RESETOWAĆ SYSTEM? T/N

nie… co ty próbujesz zrobić? To na nic…

W tej chwili piorun trafił w pobliskie drzewo – jedno z ostatnich ocalałych. Pień złamał się i przewrócił, a gruba gałąź trafiła potwora w prawe ramię, co odebrało mu ostatnie punkty życia. Cyberdemon padł na ziemię i już nie wstał.

 

Co się kończy, musiało się zacząć

 

Marek wszedł do domu pełny obaw. Pędził samochodem na złamanie karku, łamał wszelkie przepisy ruchu drogowego, byle dotrzeć tu jak najszybciej.

– Kochanie? – zawołał od progu. Poczuł, że z serca spada mu ogromny kamień, kiedy zobaczył wychodzącą z łazienki żonę.

– Wróciłeś wcześniej? Co się stało?

– Skarbie, spakuj się, musimy szybko wyjechać… Milena na górze?

– Wyjechać? O czym ty mówisz?!

Mężczyzna bez słowa włączył telewizor i poszedł po córkę. Wchodząc po schodach, słyszał głos spikera:

– …całkowicie niewyjaśnione zjawiska. Ogłoszono stan wyjątkowy, do Dąbrowy skierowano niemal całą straż pożarną w województwie, ale skala pożaru jest ogromna. Odnotowano także liczne wstrząsy sejsmiczne. Kilka osób, którym udało się uciec z miasta, opowiada tak nieprawdopodobne historie, że niewątpliwie muszą być halucynacjami, wywołanymi przez toksyczne gazy. Nasz przedstawiciel…

– Jezu Chryste – żona Marka wreszcie odzyskała głos. – O Boże, jak dobrze, że mieszkamy w Sosnowcu. O Boże, jak dobrze…

 

Ocalenie…?

 

– A co ty tutaj niby robisz, dziecko?

Trojaczki zamarły. Pani Słonina, która mieszkała na ósmym piętrze, nigdy nie przejawiała wobec nich wielkiej sympatii. Była ostatnim bastionem czasów minionych – nie miała, o ile dzieciom było wiadomo, nawet telewizora. Owdowiała całe stulecia temu, a jej jedynym towarzyszem życiowym był gruby, czarny kot.

– Pytałam: co tu robisz? Jak się tu… – Staruszka mimowolnie spojrzała w górę. – O, Chrystusie Przenajświętszy! Coście zrobiły, głupie smarkacze?!

– To niechcący… – wyjąkał Krzyś.

– Słucham?!

– Czy pani… życzyła sobie już czegoś? – odważył się zapytać Marcin. Pani Słonina popatrzyła na niego takim wzrokiem, że chłopak się cofnął. Po chwili jednak jej spojrzenie złagodniało.

– Dzieje się coś niedobrego, prawda? Słyszałam grzmoty i czułam wstrząsy, a mój Czerniak jest dzisiaj bardzo niespokojny.

Dać kotu na imię „Czerniak” – to wydawało się rozsądne tylko pani Słoninie.

– Wystarczy wyjrzeć za okno – powiedziała Zuzia.

– Razi mnie światło słoneczne, dziecko, dlatego przez większość czasu mam zaciągnięte żaluzje…

Krzyś błyskawicznie zrozumiał, co to znaczy, i rzucił się do drzwi, by dostać się do mieszkania staruszki konwencjonalną metodą – to znaczy po schodach. Marcin analizował sytuację nieco dłużej.

– Czyli pani nic nie wie?

– O, wypraszam sobie! Długo żyję, dużo widziałam i dużo wiem. Pamiętam jeszcze, jak Niemcy weszli do Polski w trzydziestym dziewiątym. Na starość zrobiłam się może trochę mniej rozrywkowa, ale to wcale nie oznacza, że jestem…

– Przecież nie ma prądu! Całe miasto się pali! Pani nic nie zauważyła?!

Staruszka zamyśliła się.

– Rano był prąd – powiedziała po chwili. – Pamiętam, bo słuchałam wiadomości w radiu.

Marcin złapał się za głowę, a potem pobiegł za bratem.

*

Trojaczki tłumaczyły wszystko pani Słoninie przez dobre dziesięć minut.

– I trzeba bardzo uważać na to, co się mówi – dodał Krzyś na koniec.

– Jeśli mówicie prawdę – zaczęła powoli kobieta – wystarczy, że wypowiem życzenie… i ono się po prostu spełni?

– Tak – odpowiedziały chórem dzieci.

Staruszka nadal nie wydawała się przekonana – widać było, że ma jakieś wątpliwości.

– Czy to wszystko objawił wam Bóg? – spytała w końcu.

Krzyś spojrzał na Zuzię, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dziewczynka jednak kiwnęła głową i stwierdziła:

– Bóg jest jedynym wytłumaczeniem, proszę pani.

– No… w takim razie… Ale tylko ten jeden raz. – Wzięła głęboki oddech. – Niech już nikt nie ma swoich życzeń!

Zaległa cisza.

– Udało się? – wyszeptał Marcin.

– Skąd mam wiedzieć? – odszepnęła Zuzia. – Szkoda, że żadne z nas nie może już tego sprawdzić…

*

Pół godziny wcześniej, ale w tym samym mieszkaniu…

– O, nieładnie tak! Rick nie powinien się zachowywać w podobny sposób. Kochany, masz pojęcie, co on jej zrobił?

Czerniak zamruczał. Siedział zwinięty w kłębek na kolanach swej pani, która czytała romansidło – coś o tytule w rodzaju „Wspomnienie z przeszłości”, lub „Pocałunek kelnera”, ewentualnie „Owoc namiętności”.

– Wiesz, chciałabym, żeby wszystko skończyło się jak w „Pikniku o zachodzie słońca”. To dopiero była wspaniała książka. Ech, marzenia…

Staruszka wróciła do książki, ale nie miała okazji przekonać się, że historia w podejrzany sposób upodabnia się do „Pikniku…”, bo lekturę przerwała jej pewna sześcioletnia dziewczynka, która wybiła dziurę w suficie.

 

…albo i nie

 

Na samych obrzeżach Dąbrowy Górniczej leży Błędów, niewielka wieś, licząca sobie niecałe dwa tysiące mieszkańców. Żyje się tu dość spokojnie… a przynajmniej żyło się, dopóki pewien przedsiębiorca budowlany nie wypowiedział pewnego życzenia.

Ale nawet wtedy początkowo niewiele się zmieniło. Nastolatka mruknęła do siebie: „Dajcie mi szybszego neta, przecież tak się nie da żyć” – i jej połączenie internetowe nieco przyspieszyło. Mężczyzna poprosił żonę: „Zrób dzisiaj zraziki, Marian przychodzi na mecz” – a kobieta zabrała się do pracy. Chwilę później powiedziała: „A ty skocz do sklepu po pół litra” – i mąż wkładał już buty.

Najbardziej spektakularny skutek odniosło życzenie małej dziewczynki, która miała tego dnia urodziny. Kiedy mama spytała córkę, czego chce najbardziej na świecie, ta odparła: „Żeby tatuś nie pił”. Ojciec dziewczynki, chlejący wódkę pod pobliskim sklepem – powszechnie znany alkoholik – natychmiast odstawił wtedy butelkę i już na nią nie spojrzał.

*

Kiedy pół godziny później przerwano nadawanie większości programów telewizyjnych, by przekazać komunikat specjalny o sytuacji w Dąbrowie, inny mieszkaniec Błędowa siedział na kanapie z piwem w dłoni.

– O, kurwa! – stęknął. – Pietrek! Chodź no tutaj!

Z sąsiedniego pokoju wynurzyła się istota o bladej skórze. Była ubrana na czarno, miała też długie, tłuste włosy i glany. Popatrzyła spode łba na ojca, kaszlnęła i spytała:

– Czego?

– Patrzaj, jakie wielgachne pożary w centrum!

„Pietrek” przyglądał się spikerowi przez kilkadziesiąt sekund, a potem mruknął:

– Nic mnie nie obchodzą jakieś pożary. Niech nawet całe to głupie miasto się rozjebie, wtedy wreszcie…

 

Każdy dostał, czego chciał

 

No i jak poszło tym razem? – zapytał duch Będzina.

Hm… „jak zwykle” chyba nie oddaje skali problemu…

 

Koniec

Komentarze

Chaotyczność rzeczywiście jest dobrym określeniem. Opowiadanie nie ma mocnej osi fabularnej, a gadająca skrzynka? Muszę przyznać, że opis wydawał mi się nieco absurdalny, ale mogło sygnalizować skręt do humorystycznego podejścia. Niestety, wszystko jest jednak “na poważnie”. Mnogość bohaterów powoduje, że nie za bardzo można się przywiązać do kogokolwiek i powoduje taki galimatias, bo w sumie po co aż tyle ludzi? Aby opisać pandemonium? Jest to nawet sensowne założenie, ale wykonanie je pogrzebało. I jak Filip z konopi, trojaczki ratują miasto.

Trudno się połapać w tym wszystkim. Gdybyś wybrał jakąś jedną czy dwie główne postacie i wraz z nimi przedstawiał wydarzenia koncept by się ratował. A tak został nam chaos.

Pogrubienia w tekście są Twoje? Zabieg celowy, żebyśmy wiedzieli, że pada jakieś życzenie?

Szalone to opowiadanie, ale spodobało mi się. Jeśli jest w nim chaos, to dostrzegam wyłącznie ten, spowodowany wypowiadanymi życzeniami. Cała historia natomiast, złożona z krótkich obrazków, choć jest wielce absurdalna i przypomina dokładanie kolejnych elementów puzzli, zdała mi się zwarta i logiczna, i mimo rozgrywającego się dramatu, nie pozbawiona humoru – dość prostego, ale w całkiem niezłym gatunku.

W przeciwieństwie do przedpiśczyni nie miałam wrażenia nadmiaru postaci – przeciwnie, każda kolejna osoba wypowiadająca życzenia, walnie przyczyniała się do wzmożenia chaosu i zagęszczenia atmosfery. Nie zauważyłam też, aby trojaczki przyczyniły się ratowania miasta – wszak ich ostatnia deska ratunku, pani Słonina, swoje życzenie wyraziła wcześniej. A miasto i tak przestało istnieć za sprawą ostatniego w opowiadaniu życzenia, wypowiedzianego przez istotę o bladej skórze i tłustych włosach.

 

Urzęd­nicz­ka od­da­ła męż­czyź­nie opa­słą tecz­kę z prze­pra­sza­ją­cą miną. –> Czy dobrze rozumiem, że opasła teczka miała przepraszającą minę?

Może: Urzęd­nicz­ka, uśmiechając się przepraszająco, od­da­ła męż­czyź­nie opa­słą tecz­kę.

 

– Bar­dzo mi przy­kro, ale nie mogę przy­jąć tego zgło­sze­nia. Za­po­mniał pan o za­świad­cze­niach z dwóch firm, w któ­rych pan pra­co­wał… – spoj­rza­ła na kart­kę, którą miała przed sobą – …zo­sta­ły wy­mie­nio­ne na po­zy­cjach czwar­tej i siód­mej. Nie ma też świa­dec­twa ukoń­cze­nia szko­ły pod­sta­wo­wej, świa­dec­twa szcze­pie­nia pań­skie­go psa, a także za­łącz­ni­ka 17-C o nie­ka­ral­no­ści stry­jecz­ne­go brata. Na tym po­twier­dze­niu bra­ku­je dwóch pie­czą­tek, a na tam­tym innej, po którą po­wi­nien się pan zgło­sić do po­ko­ju czter­dzie­ści sie­dem, wy­peł­niw­szy wcze­śniej wnio­sek 6-J. –> – Bar­dzo mi przy­kro, ale nie mogę przy­jąć tego zgło­sze­nia. Za­po­mniał pan o za­świad­cze­niach z dwóch firm, w któ­rych pan pra­co­wał… – Spoj­rza­ła na kart­kę, którą miała przed sobą. – …zo­sta­ły wy­mie­nio­ne na po­zy­cjach czwar­tej i siód­mej. Nie ma też świa­dec­twa ukoń­cze­nia szko­ły pod­sta­wo­wej, świa­dec­twa szcze­pie­nia pań­skie­go psa, a także za­łącz­ni­ka siedemnaście ce o nie­ka­ral­no­ści stry­jecz­ne­go brata. Na tym po­twier­dze­niu bra­ku­je dwóch pie­czą­tek, a na tam­tym innej, po którą po­wi­nien się pan zgło­sić do po­ko­ju czter­dzie­ści sie­dem, wy­peł­niw­szy wcze­śniej wnio­sek sześć jot.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Niech­by cały ten wasz Urząd Miej­ski się pod zie­mię za­padł!!! –> Niech­by cały ten wasz urząd miej­ski się pod zie­mię za­padł!!!

 

Nikt za­wo­łał nawet: „Ja chcę żyć!” –> Chyba miało być: Nikt nie za­wo­łał nawet: „Ja chcę żyć!

 

Zni­ka­ją w nich szko­ły, szpi­ta­le, pla­ców­ka ZUSuUrząd Skar­bo­wy… –> Zni­ka­ją w nich szko­ły, szpi­ta­le, pla­ców­ka ZUS-uurząd skar­bo­wy

Ogólne nazwy urzędów piszemy małymi literami.

 

że ścia­ny wielu in­nych bu­dyn­ków za­czy­na pękać. –> …że ścia­ny wielu in­nych bu­dyn­ków za­czy­nają pękać.

 

W jego pro­stym, małym mózgu ko­ła­cze się teraz tylko jedna myśl: !!!UCIE­KAĆ!!! –> Dlaczego wykrzykniki? Skoro myśl kołacze się w mózgu, to przecież jej nie słychać.

 

– No nie! Nowy Sam­sung Uni­ver­se! –> – No nie! Nowy sam­sung uni­ver­se!

Nazwy produktów przemysłowych piszemy małymi literami.

 

na da­chach bu­dyn­ków i w ko­ro­nach drzew. Ścia­ny wielu bu­dyn­ków… –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie też się zasadniczo podobało. Chaos jest w takiej sytuacji nieunikniony. I to Ci dobrze wyszło.

Podejrzewam, że faktycznie większość życzeń zostałaby zmarnowana na idiotyczne odzywki.

Ale niektórych rzeczy będę się czepiać. Kto zostawia sześcioletnie trojaczki same w domu? OK, dziadkowie nie mogą się opiekować, ale dlaczego nie są w przedszkolu? No i bardzo bystrze rozmawiają i kombinują jak na sześciolatki. I jeszcze mają własny telefon… W ich scenach kołek od zawieszania niewiary mocno skrzypiał.

Dlaczego na skrzynce był napis po rosyjsku? Co ma Dąbrowa Górnicza do cyrylicy?

I pogubiłam się w końcówce. Kto wypowiada dwa ostatnie zdania? Dlaczego są pogrubione? Że niby jakieś duchy miast rozmawiają, zamiast siedzieć w swoich skrzynkach?

Ogólnie, pomysł ciekawy.

Babska logika rządzi!

Witam czytających :)

@ Deirdriu

Wszystko jest na poważnie? Wydawało mi się, że nawrzucałem całkiem sporo postaci i kwestii humorystycznych (chociaż był to głównie czarny humor). Broń mnie Boże przed byciem poważnym!

I zdecydowanie – trojaczki nie ratują miasta. Wyboldowanie to mój własny zabieg, właśnie po to zastosowany, żeby było widać, kiedy ktoś zużywa swoje życzenie.

 

@reg

:)))))

Czytelniczka, która zrozumiała wszystko i wszystko jej się podobało. I jeszcze pomaga poprawiać błędy. Oby więcej takich ludzi na świecie :)

Postaram się to wszystko poprawić jak najszybciej, bo ostatnio jestem trochę zawalony robotą…

 

@Fifi

No, z tymi trojaczkami samymi w domu mogłem trochę przesadzić… Po prostu nie przyszło mi do głowy wysłanie ich do przedszkola. Jest lipiec, są wakacje… mój mózg nie przetworzył tej informacji, że przedszkole to nie szkoła.

Natomiast nie rozumiem – co Ci przeszkadza w tym, że mają własny telefon? Widuję jeszcze sporo młodsze dzieci z własnymi telefonami, taki jest dzisiejszy świat, a moje opko rozgrywa się jeszcze dwa lata w przyszłości.

Napis na skrzynce był w cyrylicy… bo pomyślałem, że duch zamknął się poprzednim razem w skrzynce jeszcze za PRLu (kiedy budowano Hutę Katowice – lata 70-te). Wiem, że to nie był zabór rosyjski… ale jednak wpływy radzieckie… Ale to głupie :(

Że owszem, inny duch zagadał dąbrowskiego. Nie wiem, gdzie oni są – w niebie? W wymiarze metafizycznym? Nie muszą cały czas siedzieć w skrzynkach, trzeba czasem odpocząć :P

 

Dziękuję wam trzem za przeczytanie i opinie :)

Precz z sygnaturkami.

OMG! Naprawdę jeszcze młodsze brzdące mają telefony? Po co im? Przecież i tak nikt chyba nie zostawia takich maluchów samych na dłużej. Toto jeszcze malutki rozumek ma, czytać i pisać nie potrafi, więc nawet numeru ze spisu nie wybierze, a o zabawki dba tak, że komórka będzie miała farta, jeśli przeżyje tydzień.

Babska logika rządzi!

Radam niezmiernie, Niebieski_kosmito, że sprawiłam na Tobie tak dobre wrażenie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo, naprawdę :P

 

W pociągu, w McDonaldzie… w zasadzie gdziekolwiek. Cztero-, pięcioletnie dzieci (oczywiście już w okularach) siedzą wpatrzone w ekran smartfona i grają. Tak jest rodzicom najprościej zająć dzieciaka.

Wychodzisz czasem z domu? :O

Precz z sygnaturkami.

Zdarza mi się wychodzić. Między innymi do dzieci brata (8 i 5 lat). I one nie mają własnego telefonu (zabawkowe pomijam), ale chętnie w coś zagrają na komórce taty, zwłaszcza bratanek. Wetknąć dzieciakowi do ręki aparat w zamian za pół godziny spokoju a kupić mu za parę stów zabawkę, która wytrzyma tydzień – jest różnica.

Babska logika rządzi!

Spodobał mi się konceptsmiley Również uważam, że liczba ludzi (a co za tym idzie życzeń) jest właściwa, by stworzyć odpowiedni chaos. Historia z pociągiem dla mnie najlepsza, choć gołąb też niczego sobie. Trojaczki chyba rzeczywiście chwilami zbyt mądrze mówią.

Witam kolejną czytelniczkę! Hm, ewidentnie opko nie przyciąga przedstawicieli płci męskiej…

 

Obie te kontrowersje – posiadanie własnego telefonu i “zbyt mądre” wypowiedzi – wynikają z tego, że przesadziłem z wiekiem… Gdyby miały, powiedzmy, po dziewięć lat – byłoby wiarygodniej?

Precz z sygnaturkami.

Boss miał już tylko połowę punktów życia.

Wydaje mi się, że ten boss to zbyt duży skrót myślowy.

a ogromny kościół NMP Anielskiej wyraźnie przechylał się na lewą stronę.

Czemu skrótem? Limit znaków?

 

Nie odniosłem wrażenia chaosu w sensie negatywnym. Dużo się dzieje i często zmieniasz bohaterów, ale w żadnym momencie nie miałem problemu, by rozumieć wydarzenia i być na bieżąco. Zgadzam się, że to dziwne, że trojaczki zostają same podczas, gdy rodzice pracują. Mogłeś opisać, że mama wyszła, bo apokalipsa za oknem, ale jest to sprawa tak drobna, że nie ma co udawać, że rzutuje na całość.

W mojej ocenie tekst zyskałby, gdyby go troszkę odwulgaryzować. Jestem pewien, że polskie miasteczka mają inne cechy charakterystyczne niż nadmierną populację szewców. ;)

Poza tym: podobało mi się, pomysł nie jest szczególnie nowy, ale podoba mi się sposób w jaki go podajesz. Akcji jest dużo, potrafisz zaskoczyć, przez ilość bohaterów nie miałeś okazji ich rozbudować, a to szkoda. Doceniam sposób piętrzenia się kolejnych wydarzeń.

Nie rozumiem jednak ostatnich dwóch linijek. :( Pogrubienie sugeruje życzenie, ale wracając do początku, zauważyłem, że duch Dąbrowy też wypowiadał się w ten sposób. Jak się domyślam, to podobne jemu istoty? Ta wymiana zdań, tak nie trafiła do mnie zbytnio.

W mojej ocenie (użyję trafnego określenia Reg) opowiadanie nie jest chaotyczne, a szalone. Taka przejażdżka rollercoasterem. Widziałem poluzowane śrubki w szynach, a parę razy wózek wychylił się niebezpiecznie, ale po wszystkim mogę powiedzieć, że to była przyjemna przejażdżka. :)

Tak, mniej więcej dziewięcioletnie trojaczki lepiej by pasowały. IMO.

Babska logika rządzi!

Bardzo zacny pomysł. Na cały motyw fabularny i jego efekty. Mnie się podobało, nawet jeśli opowiadanie nie ma bohatera, a raczej jest nim całościowy efekt jednego życzenia pewnego majstra z budowy ;)

Same wydarzenia idą dla mnie logiczną drogą. Chaosu tutaj nie poczułem. Co innego sceny z dialogami. Za mało w nich didaskaliów, a same określenia miejsca, gdzie dochodzi do wypowiedzi, to raptem za mało. Zwłaszcza, jeśli dodatkowo okrasisz do głosami z tłumu. W efekcie ja się gubiłem, kto i co powiedział.

Sam koncert fajerwerków jest wciągający, choć jeśli coś chrzęści, to właśnie dialogi. Za sam jednak pomysł i całkiem przyjemną realizację – klik.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Witam również i panów.

 

Poprawiłem prawie wszystkie rzeczy, które zauważyła reg – oprócz jednej:

W jego prostym, małym mózgu kołacze się teraz tylko jedna myśl: !!!UCIEKAĆ!!! –> Dlaczego wykrzykniki? Skoro myśl kołacze się w mózgu, to przecież jej nie słychać.

Nie słychać. To i tak tylko gołąb, więc nie mógłby tego wykrzyczeć. Ptak nie myśli, oczywiście, za pomocą ludzkich słów – to tylko uproszczenie. Wykrzykniki mają tu podkreślać intensywność tej myśli. Chyba można stosować wykrzykniki w zapisie myśli?

 

Podniosłem też wiek trojaczków, dodałem pewną informację w przedostatniej linijce i rozwinąłem skrót NMP. Natomiast nie wiem, jak naprawić to:

Boss miał już tylko połowę punktów życia.

Wydaje mi się, że ten boss to zbyt duży skrót myślowy.

 

Możliwe, że za mało didaskaliów w dialogach… możliwe, że odwulgaryzowanie by pomogło… Nie mam siły już tego robić. Na uczelni mam nieustanny nawał roboty i muszę większość mojej energii włożyć w studia, niestety.

Ale strasznie się cieszę, bo widzę, że ogólny odbiór jest pozytywny :) Dzięki wszystkim za miłe słowa.

Precz z sygnaturkami.

Wykrzykniki mają tu podkreślać intensywność tej myśli. Chyba można stosować wykrzykniki w zapisie myśli?

No cóż, Kosmito, dla podkreślenia napięcia, pewnie można. Tylko czy muszą one stać także przed wyrażeniem myśli? Czy nie wystarczą te na końcu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobrze :) Zostały tylko te na końcu.

Precz z sygnaturkami.

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Owszem, od razu wiadomo, co się wydarzy, gdy nagle będą się spełniać życzenia wszystkich ludzi, zwłaszcza, że o tym nie wiedzą, ale nie przeszkadzało mi to. W sumie jedyny “problem” polega na tym, że przy tylu scenkach jakoś nie bardzo mogłam się przejąć zagładą (bo przecież do niczego innego nie mogło to doprowadzić).

Czytało się bardzo dobrze.

Fajne :)

No tak, historia prowadzona z tylu punktów widzenia może być trochę odarta z warstwy emocjonalnej. Jak to podobno powiedział pewien Gruzin – śmierć jednego to tragedia, śmierć miliona to statystyka…

Ale miło, że się podobało :)

Precz z sygnaturkami.

Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane ;)

 

Bardzo fajny pomysł i narracja, która do tego pomysłu pasuje – taka jazda bez trzymanki ;)

Nie przeszkadza mi brak głównego bohatera – tekst w końcu opiera się o koncept, więc bardziej ciekawiło mnie, jakie będą kolejne życzenia i co namieszają.

 

To pudełko na początku było tylko trochę od czapy.

 

 

I would prefer not to.

Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane ;)

 

Tak nawet mógłbym nazwać to opowiadanie, ale to byłby trochę za długi tytuł :)

 

Fajnie, że się podobało. A że “pudełko” na początku nie jest najmocniejszą stroną opka, to wiem doskonale – po prostu potrzebowałem jakiegoś pretekstu, żeby całą tą jazdę bez trzymanki jakoś zacząć.

Precz z sygnaturkami.

widać ;P

 

ale plus za uwalenie ducha sosnowca ;D

I would prefer not to.

XD

Precz z sygnaturkami.

Nowa Fantastyka