- Opowiadanie: Tregard - Kurs

Kurs

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Kurs

Był środek nocy, gdy na chodniku przy pustym parkingu pojawił się mężczyzna. Stanął przy jezdni, rozejrzał się zdezorientowany. Miał na sobie brudną, pogniecioną marynarkę i dżinsy, które odruchowo wygładził. Zmierzwione szpakowate włosy i rozbiegany wzrok dopełniały wizerunku.

Chodnik wokół niego był opustoszały tak samo, jak parking, z którego wyszedł. Ani jednego człowieka, żadnego samochodu. Jedynie uliczne latarnie rzucały kręgi żółtego światła na asfalt.

Mężczyzna spoglądał to w lewo, to w prawo, jakby rozważał, w którą stronę się udać. W końcu wypatrzył wynurzające się z mroku dwa kręgi światła, które powoli się powiększały. Kiedy nad nimi pojawiło się jeszcze jedno światło, prostokątne, stało się jasne, że nadjeżdżała taksówka.

Mężczyzna stanął na krawężniku i zaczął gorączkowo machać ręką, jakby się bał, że samochód minie go, nawet nie zwalniając.

Tak się jednak nie stało. Zamigotał kierunkowskaz, taksówka zaczęła zwalniać aż jej tylne drzwi zatrzymały się tuż obok mężczyzny. Ten sięgnął i szarpnął za klamkę.

– Pan wolny? – Zapytał, wsuwając głowę do wnętrza samochodu. Jakby błyszczący prostokąt z napisem „Taxi” i fakt, że pojazd w ogóle się zatrzymał nie były wystarczającymi dowodami.

– Tak – odparł kierowca.

Mężczyzna wpakował się do środka i zatrzasnął drzwi.

– Proszę na najbliższy posterunek policji – rzucił z ulgą, odchylając głowę do tyłu.

Taksówka ruszyła.

– Obrabowali mnie – powiedział pasażer, wciąż patrząc w sufit. – Zabrali wszystko.

Kierowca nic nie powiedział, ale gdy mężczyzna w końcu się wyprostował, napotkał jego spojrzenie we wstecznym lusterku.

– Portfel, telefon – kontynuowała ofiara przestępstwa. – Zegarek, który dostałem od żony na dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Że o samochodzie już nie wspomnę. Nawet obrączkę zabrali, skurwiele!

Kierowca nie skomentował. Patrzył na drogę. Przez taksówkę co chwilę przepływały światła mijanych latarni.

– A potem jeszcze pobili – ciągnął pasażer. – Wciąż mnie boli, najbardziej o, tu, z boku.

Mężczyzna przytrzymał dłonią bolące miejsce dla podkreślenia słów.

Nie doczekawszy się reakcji taksówkarza, zamilkł i zapatrzył się w okno.

– Czy to aby na pewno dobra droga? – zapytał po pewnym czasie.

– Jedyna, jaką znam – odezwał się kierowca.

Miał dziwny głos. Niepokojący, jakby lekko skrzypiący. Mężczyzna odwrócił się od okna i spojrzał w stronę taksówkarza. Nie mógł dostrzec zbyt wiele. Twarz skryta była w mroku, ale w lusterku napotkał spojrzenie oczu okolonych siatką zmarszczek. Długie, siwe włosy spływały kaskadą na plecy.

– Długo pan jeździ taryfą? – zaciekawił się mężczyzna.

Odpowiedział mu suchy, pozbawiony wesołości śmiech.

– Dłużej, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić.

Mężczyzna skrzywił się lekko, słysząc jak bezceremonialnie taksówkarz przeszedł z nim na „ty”. Widocznie dorabiający, prawdopodobnie również zgorzkniały emeryt nie przejmował się konwenansami. Pasażer puścił to mimo uszu, bo nagle naszła go niepokojąca myśl.

– Nie mam panu jak zapłacić – powiedział. – Ukradli mi wszystkie pieniądze. Chociaż…

Zaczął gorączkowo przetrząsać kieszenie i w końcu w jednej z nich jedną dwuzłotową monetę.

– No tak – westchnął, wpatrując się smętnie w błyszczące w świetle latarni dwa złote. – To nawet na start nie wystarczy.

Wychylił się do przodu chcąc spojrzeć na taksomierz, ale ten zamiast zwykłych liczb wyświetlał jakieś dziwne symbole.

– Zepsuł się? – zapytał.

– Nie – odparł krótko kierowca. – I nie przejmuj się zapłatą.

– Najwyżej później, w domu… – bąknął mężczyzna, osuwając się z powrotem na siedzenie.

Przytknął znów dłoń do boku.

– Boli jak cholera – powiedział. – Połamali mi żebra, czy co?

Taksówkarz nie skomentował.

– Jest pan pewien, że dobrze jedzie? – zapytał po chwili pasażer. – Nie znam tej drogi.

– Ja znam doskonale. Jedziemy tam, gdzie powinniśmy jechać.

– To dobrze.

Mężczyzna odchylił głowę na oparcie siedzenia i zamknął oczy. Oddychał głęboko. Zdawało się, że zasnął. Po kilku minutach wyprostował się znów. Przytknął rękę do boku i skrzywił się. Potem spojrzał na dłoń.

– O, kurwa… – szepnął, widząc na niej plamy krwi. Popatrzył w dół i oczy rozszerzyły mu się ze strachu na widok ciemnej plamy na koszuli. – Do szpitala. Szybko!

Taksówkarz nie zareagował. Nie przyspieszył, nie skręcił, nie dał żadnego znaku, że dotarły do niego słowa pasażera.

– Słyszał pan?!

– Słyszałem – odpowiedział kierowca swoim skrzypiącym głosem.

– Ja się tu wykrwawiam!

Taksówkarz spojrzał w lusterko. Mężczyznę zdjął blady strach widząc w tym spojrzeniu iskierki wesołości.

– Pozwoli mi pan tu umrzeć – szepnął. – Będzie pan jeździł tak długo, aż umrę tu, na tylnym siedzeniu. A potem… potem… Proszę się zatrzymać! Zatrzymaj się! Natychmiast!

Mężczyzna pociągnął za klamkę. Gdy drzwi pozostały zamknięte, ogarnęła go panika.

– Proszę otworzyć drzwi! – zawołał, szarpiąc klamkę jak oszalały.

Nagle dobiegł go dźwięk dawno nie oliwionych zawiasów. Taksówkarz się śmiał.

– Stąd nie da się wyjść! – krzyknął.

Mężczyzna nagle opadł z sił. Oklapł i zgarbił się na tylnym siedzeniu taksówki, która miała zostać jego grobowcem.

– Dlaczego? – zapytał. – Dlaczego to robisz? Dlaczego nie zawieziesz mnie chociaż pod szpital? Bo nie mam pieniędzy? Zapłacę ci. W domu mam pieniądze. Nie jestem biedny.

– Wiem.

– Aha. Czyli to dlatego? Bo wiesz, że jestem bogaty? Za to mnie nienawidzisz?

Odparł mu jedynie skrzeczący śmiech.

– Mogę ci zapłacić. Dużo – kusił pasażer. – Już nie będziesz musiał jeździć taryfą. Mógłbyś się po prostu cieszyć emeryturą.

Taksówkarz śmiał się tak, jakby siedzący na tylnym siedzeniu mężczyzna opowiedział przedni kawał. Albo jakby bawiła go rozpacz, która pojawiła się w głosie pasażera.

– Czy to jakaś twoja chora fantazja? – indagował dalej mężczyzna. Już nie krzyczał, jakby pogodził się z myślą, że to nie ma sensu. – Zastanawiasz się, jak to jest zabić kogoś, ale nie masz w sobie odwagi, więc po prostu będziesz patrzył, jak zabiera mnie śmierć? Potem może nawet pojedziesz do szpitala. Powiesz, że chciałeś mi pomóc, ale wykrwawiłem się, nim dojechałeś na miejsce. Nikt ci niczego nie udowodni. Taksomierz jest zepsuty, nie da się udowodnić, jak długo trwał kurs. Świadków też nie było.

Kierowca wciąż się śmiał i śmiał.

– Z czego się, kurwa, śmiejesz?! – krzyknął pasażer.

– Śmieję się, bo nic nie rozumiesz – odparł taksówkarz, przestając się śmiać. – Niczego nie rozumiesz, Roman, tak samo, jak niemal każdy przed tobą.

– Nie nazywam się Roman… – zaprotestował pasażer.

– Nazywasz, nazywasz. Tak ci matka dała na imię tuż po urodzeniu, a że potem je zmieniłeś, nie ma żadnego znaczenia. Wiem o tobie wszystko.

– Skąd… skąd to wiesz?

– Wiem od momentu, w którym otworzyłeś drzwi mojej taksówki.

Pasażer spojrzał na przód swojej koszuli. Cała była przesiąknięta krwią. Tuż nad prawym biodrem plama była najciemniejsza i lepka. Stamtąd rozszerzała się na wszystkie strony. Któryś z rabusiów musiał go dźgnąć nożem, ale Roman zupełnie tego nie pamiętał.

– To jakiś obłęd. Zawieź mnie do szpitala… Proszę. Jeszcze nie jest za późno – w głosie mężczyzny dało się słyszeć rezygnację.

Odpowiedź kierowcy brzmiała dla Romana jak zatrzaskujące się wieko trumny.

– Ależ właśnie jest za późno. Żaden szpital już ci nie pomoże.

A więc tak się to miało skończyć, pomyślał Roman. Obrabowany na parkingu, w drodze do domu, mam umrzeć w pieprzonej taksówce, przez chore fantazje złotówy.

– Już jesteś martwy – powiedział taksówkarz, a do Romana dotarło, że powiedział wszystko na głos.

– Jeszcze nie. Jeszcze jest szansa…

– Nie. Jesteś już martwy.

Napotkał w lusterku zimne spojrzenie kierowcy i ostatnia, ledwie się tląca iskra nadziei zgasła.

– Wciąż nie rozumiesz, prawda? – Zapytał taksówkarz. – Jesteś martwy. Dosłownie. Umarłeś na tamtym parkingu. Ci, którzy cię obrabowali, nie zamierzali zostawić świadka. Jeden z nich pchnął cię nożem. Wykrwawiłeś się. Niedługo ktoś znajdzie twoje ciało.

– Nie… To niemożliwe…

Taksówkarz znów się zaniósł swym skrzeczącym śmiechem.

– Słowo daję – zawołał. – To są jedyne zabawne chwile w tej robocie. Patrzenie na was, gdy próbujecie walczyć z nieodwracalnym. Nie żyjesz! Jesteś martwy! Pogódź się z tym.

– Ale przecież siedzę tu! Rozmawiam z tobą! – Krzyczał Roman. – Nie mogę być martwy, skoro z tobą rozmawiam! A ta rana boli jak jasna cholera!

– Ból fantomowy – taksówkarz wzruszył ramionami. – Przez jakiś czas jeszcze będzie boleć. Potem przestanie. Wszystko przestanie cię boleć. Ale też bardzo szybko może zacząć boleć na nowo i o wiele mocniej.

– Nie wierzę ci – powiedział Roman z naciskiem. – To po prostu nie może być prawda.

– Jak sobie wyobrażałeś odejście z tego świata? Spodziewałeś się, że otoczą cię oślepiające blaskiem chóry anielskie? A może wierzyłeś, że śmierć to ostateczny koniec wszystkiego? Pstryk, światło zgaszone, nikogo nie ma w domu? Tak czy inaczej musisz być rozczarowany. Wyjrzyj przez okno.

Mężczyzna posłusznie przysunął twarz do szyby. Początkowo widział jedynie rozmazany asfalt i latarnie stojące na skraju jezdni. Nieco dalej wznosił się niewielki murek, oddzielający drogę od ciemności zalegającej dalej. Potem dostrzegł słabe błyski gdzieś dalej. Przez chwilę zmagał się ze sobą, próbując zrozumieć, na co właściwie patrzy. Nagle dotarło do niego, że to rzeka. Spojrzał wyżej i zobaczył księżyc w pełni, dziwnie wielki, wiszący na niebie niczym nadmuchany balon. To jego światło odbijało się na szczytach łagodnych fal rzeki sunącej w dole.

– Jesteśmy na moście – stwierdził Roman.

– To nie jest zwykły most – powiedział taksówkarz. – A pod nim nie przepływa zwykła rzeka. To Styks.

– Styks? – zapytał pasażer, odwracając się od okna.

– Tak. Wiesz, co to za rzeka?

– Mam mgliste pojęcie…

– To granica – odparł taksówkarz, nie czekając na dalsze słowa Romana. – Granica między światem żywych a Podziemiem. Kto raz ją przekroczy, nie może już wrócić. A te dwa złote, które znalazłeś w kieszeni, to zapłata dla mnie.

– Czyli musiałbyś być…

Roman wychylił się w przód i spojrzał na zatkniętą za taksometr laminowaną plakietkę. Zdjęcie na identyfikatorze przedstawiało wyjątkowo szpetnego starca, o ponurym spojrzeniu i długich, siwych włosach. Podpis głosił, że zwie się Charon.

– A więc to prawda… – Roman bezwładnie opadł na siedzenie. Mimowolnie zauważył, że taksomierz pokazuje symbol Ω. – Koniec.

– Niezupełnie – odparł Charon ze śmiechem. – Czeka cię jeszcze… wieczność.

– Co masz na myśli?

– Gdy już przeprawimy się przez Styks, czeka cię sąd. Twoja dusza zostanie osądzona, twoje uczynki zostaną rozważone, a wyrok określi, gdzie spędzisz wieczność. Raczej nie będzie na ciebie czekać Elizjum. W najlepszym przypadku Ereb, choć osobiście obstawiałbym Tartar.

– Boję się – szepnął Roman, co Charon skwitował donośnym rechotem.

– Nie dziwię się! – zawołał. – Sam byłbym przerażony. Nie byłeś zbyt grzeczny, prawda? Weźmy na przykład twoją dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Co robiłeś, gdy żona czekała na ciebie w domu, żeby wręczyć ci zegarek? Jak uczciłeś ten wieczór?

Roman nic nie odpowiedział, ale Charon, nie zrażony, kontynuował.

– Zabawiałeś się z dziewczynkami, prawda? Z dwiema laleczkami, tak je chyba nazywałeś? Dwie laleczki, o połowę młodsze od ciebie, do zabawy. Skusiłeś je pieniędzmi, nafaszerowałeś narkotykami, a potem, gdy prawie zupełnie odpłynęły…

– Przestań! – wrzasnął Roman. – Zamknij się, staruchu!

– Ależ, Romanie – powiedział Charon z udawanym oburzeniem. – Nie chcesz ich pamiętać? Chcesz wymazać wspomnienie gładkich, jędrnych ciał, pełnych biustów i zamglonego wzroku, gdy wykorzystywałeś je dla zaspokojenia własnych przyjemności? Wiesz, że zmarły, prawda? Jedna z przedawkowania narkotyków, druga powiesiła się na lampie kilka dni później. Wiozłem je obie, biedne duszyczki. Ten uczynek zostanie ci policzony, możesz mi wierzyć. Nawiasem mówiąc, to były chłopak tej drugiej wraził ci kosę pod żebro. Przedziwny zbieg okoliczności… A teraz się boisz.

Przez kilka chwil jechali w milczeniu. Na taksometrze czerwienią płonęła omega, mijane za oknem latarnie co chwilę rzucały upiorny blask do wnętrza taksówki. Roman siedział na tylnym siedzeniu z twarzą ukrytą w dłoniach.

– Nie mogę tam trafić – mamrotał. – Nie mogę trafić do piekła…

– To już niestety nie zależy od ciebie. Miałeś na to wpływ, dopóki żyłeś. Ale zdaje się, że dość szybko przypieczętowałeś swój los? Ile miałeś lat?

– Kiedy? – zapytał Roman, unosząc niczego nie rozumiejące spojrzenie.

– No, jak to. Gdy postanowiłeś zabić ojca.

Roman ponownie zakrył twarz.

– Dlaczego mnie dręczysz? – jęknął.

– Mówiłem ci, mam tu niewiele rozrywek. Całą wieczność jeżdżę przez Styks, w tę i z powrotem. Najpierw łodzią, potem, gdy zbudowano most, różnymi powozami, dorożkami, teraz samochodami. Żeby to chociaż był jakiś nowy model, a nie zdezelowana taksówka rodem z zeszłego stulecia… Jestem przeraźliwie znudzony. Znudzony i zmęczony.

– Wolałbyś się zamienić? – zapytał rozgoryczony pasażer. – Przede mną wieczność Bóg wie jakich tortur.

– Bogowie – poprawił Charon. – Bogowie, nie Bóg. I właściwie… Właściwie mógłbym to rozważyć.

– Co rozważyć? – nie zrozumiał Roman.

– Zamianę z tobą. – odparł Charon. – Nikt mi jeszcze tego nie zaproponował. Ludzie próbowali różnych rzeczy, żeby się wykpić przed sądem. Niektórzy próbowali przekupstwa. Obiecywali dosłownie złote góry! Inni, zwłaszcza kobiety, ale nie tylko, proponowali seks. Albo różne gry. Szachy, karty… Ale nikt nigdy nie proponował zamiany.

– Chcesz… Chcesz to zrobić?

– Wiesz, na co się piszesz?

– Nie – odparł szczerze Roman. – Ale nie może być gorsze od wieczności w Tartarze.

Charon zaśmiał się swoim skrzekliwym, skrzypiącym niczym nie naoliwione zawiasy śmiechem.

– Nie – powiedział. – Chyba rzeczywiście nie może. A repertuar tortur czekających na skazańców jest naprawdę spory. Kamienie, które należy wtaczać na szczyt, czy napełnianie dziurawych beczek to naprawdę najłagodniejsze z nich. Możesz na przykład zostać przykuty do wiecznie płonącego koła. Wyobrażasz sobie, jak to jest płonąć przez całą wieczność? Czuć smród własnego spalonego ciała, wrzeszczeć z bólu, którego jednocześnie nie można wytrzymać i nie można się od niego uwolnić? Zapewne nie. Ale jest spora szansa, że się dowiesz. Albo możesz zostać przykutym do skały, pozostawionym na pastwę dzikich zwierząt, które rozszarpują cię na strzępy, by następnego dnia zacząć od nowa. Tak… Tam wiedzą, jak się bawić. Erynie na pewno wymyślą coś ciekawego. Ale najpierw sąd. Może nie będzie tak źle.

Charon spojrzał w lusterko. Roman siedział na tylnym siedzeniu, skulony, a jego ciałem wstrząsały drgawki. Płakał.

– No, dojeżdżamy! – zawołał Charon.

Roman spojrzał przez przednią szybę. W oddali, na końcu prostej drogi oświetlonej latarniami, wznosił się gmach. Surowy blok z czerwonej cegły, z wąskimi, ale wysokimi, łukowato zakończonymi oknami. W niektórych paliło się światło. Od frontu budynek obwarowany był kolumnami, a przed wejściem stały dwa posągi ogromnych psów. Nagle jeden z tych posągów potrząsnął łbem i Roman aż się cofnął ze strachu.

– Co to jest?

– Cerbery – Charon wzruszył ramionami, jakby objaśniał oczywistość.

Taksówka zatrzymała się na niewielkim parkingu przed kolumnadą.

– Należą się dwa złote – powiedział kierowca, a potem się roześmiał.

– Nie wyjdę tam – stwierdził Roman, patrząc na dwa ogromne psy, siedzące przed drzwiami.

– Nie ma się czego bać, to tak naprawdę łagodne psiaki – rzucił Charon. – No, chyba że ktoś próbuje uciec. Wtedy się złoszczą.

– Nie wyjdę!

– Wyjdziesz, wyjdziesz. Wszyscy wychodzą. A potem pójdziesz grzecznie do środka i dowiesz się, jak los cię czeka.

– Zamieńmy się! – rzucił Roman. Mówił szybko, gorączkowo, zdjęty grozą. – Zamieńmy. Sam mówiłeś, że jesteś zmęczony i znudzony. Przed chwilą sam to proponowałeś!

– Niczego ci nie proponowałem – syknął Charon, odwracając się nagle. Roman odsunął się, przerażony. Charon wyciągnął kościsty palec i dźgnął powietrze przed twarzą swojego pasażera. – Niczego. To ty zapytałeś, czy chcę się z tobą zamienić. A ja odpowiedziałem, że mógłbym to rozważyć.

– Racja – zgodził się Roman. – Powiedziałeś, że rozważysz. I co powiesz?

Charon odwrócił się, spoglądając na budynek sądu. Przez chwilę w samochodzie panowała cisza, a potem odezwał się taksówkarz.

– Na pewno tego chcesz? – zapytał. – Jeździć przez Styks przez całą wieczność, przewozić dusze zmarłych na drugi brzeg? Nie będziesz mógł nigdy wysiąść z samochodu. Tylko, aby przejść przez tamte drzwi.

– Tak! – zawołał Roman. – Tak, chcę!

– No to siadaj – odparł nagle Charon, otworzył drzwi i wysiadł.

Roman, zaskoczony, początkowo zastygł w bezruchu, ale potem błyskawicznie wgramolił się na siedzenie kierowcy. Charon nachylił się do swojego zmiennika i wyciągnął dłoń.

– Twoja zapłata – powiedział, wręczając Romanowi starą, z grubsza okrągłą monetę. – Dwa obole. Teraz już takich nie robią – dodał, zaśmiał się i zatrzasnął drzwi.

Odszedł kilka kroków, odwrócił się i machnął na Romana. Ten zrozumiał, że pora jechać. Przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik ożył z cichym pomrukiem. Spojrzał na taksomierz. Ten znów wyświetlał niezrozumiałe symbole, ale legitymacja nad nim się zmieniła. Było teraz na niej jego, Romana zdjęcie opatrzone imieniem i nazwiskiem. Prawdziwym, nie tym, które sobie sam nadał, gdy zamordował ojca i uciekał przed policją, lata temu.

Westchnął, wrzucił wsteczny bieg i wykręcił. Spojrzał jeszcze raz na budynek sądu, strzegące go Cerbery i stojącego na krawężniku pod latarnią Charona. Wzdrygnął się i ruszył.

– No to w drogę – powiedział do siebie. – Ku wieczności…

Charon przez chwilę spoglądał za odjeżdżającą taksówką, w której spędził tak wiele czasu. Potem powoli pokiwał głową, odwrócił się i ruszył w stronę budynku. Jeden z Cerberów pochylił łeb i obwąchał go, trącił nosem i mruknął przyjaźnie.

– Dobry piesek – powiedział Charon, klepiąc bestię po ogromnej głowie. – Ale nic dla ciebie nie mam.

Cerber prychnął i wyprostował się, znów spoglądając na pustą drogę.

Charon pchnął skrzydło ogromnych drzwi. Otworzyły się zadziwiająco lekko, bez zgrzytów i skrzypienia. Taksówkarz przestąpił próg i stanął w przestronnym, jasno oświetlonym holu. Każdy krok odbijał się echem po, zdawałoby się pustym, budynku.

Piekielny przewoźnik wspiął się po schodach na piętro i skręcił w boczny korytarz. Mijał kolejne drzwi, oznaczone jedynie numerami i literami, aż, mniej więcej w połowie długości korytarza, zatrzymał się przed tymi, na których widniało 14B. Wszedł bez pukania.

Mężczyzna siedzący za biurkiem spojrzała na gościa, odkładając przeglądany dokument.

– Charon, co za niespodzianka! – powiedział w języku, którego nikt nie pamiętał, a niewielu potrafiło zrozumieć.

– Minosie – były taksówkarz skłonił się lekko.

– Wejdź, siadaj! – zawołał gospodarz, wstając.

Zakrzątnął się i po chwili trzymał w dłoniach dwie niskie szklanki i butelkę Macallana. Nalał szczodrze i podał drinka Charonowi.

– Nie spodziewałem się ciebie – rzucił niegdysiejszy król Krety.

Charon zaśmiał się.

– Nikt się mnie nigdy nie spodziewa. No, może z kilkoma wyjątkami.

Minos przez chwilę przypatrywał się gościowi.

– Grałeś czysto? – zapytał w końcu.

– Oczywiście. Jak zawsze – Charon wzruszył ramionami. – Ani słowem nie wspomniałem o możliwościach.

– I sam zaproponował zamianę? Bez żadnych nacisków z twojej strony?

– Jedyne, co zrobiłem, to opisałem mu czekające go możliwe atrakcje.

Minos uśmiechnął się i pociągnął łyk whisky.

– I skąd wiesz, że to był on – zaciekawił się Charon.

– Do tej pory była tylko jedna kobieta, prawda?

– Fakt.

– Ile mu dajesz? – zapytał Minos.

Charon zamyślił się na chwilę.

– Wydawał się dość zdeterminowany – mruknął w końcu. – Sto pięćdziesiąt, dwieście lat.

– Ja obstawiam, że nie wytrzyma setki.

– Setka za kółkiem to nic – prychnął Charon. – Jakie warunki?

– Jeśli wygram, zajmiesz miejsce Iksjona na tyle lat, ile Roman spędził za kierownicą twojej taksówki.

– Płonące koło? To ci się chyba nigdy nie znudzi. Zgoda. A jeśli ja wygram, ty spędzisz za kierownicą mojej taksówki tyle lat, ile Roman.

– Wiesz, jak nie cierpię prowadzić – skrzywił się Minos.

– Wiem – wyszczerzył się Charon.

Podali sobie ręce i wypili resztę trunku.

– Co będziesz teraz robił? – zapytał Minos.

– Myślę, że odwiedzę Eurydykę – zaśmiał się Charon i ze stukiem odstawił na blat pustą szklankę.

 

11.03.-02.04.2018

Koniec

Komentarze

Ale o co chodzi? Czy to opowiadanie ma jakąś pointe? Czy on mi umknęła? Że jesteśmy igraszką w rękach bogów? 

Całość raczej mało oryginalna.

pojawił się mężczyzna

Tak znikąd, puf?

 dżinsy, które odruchowo wygładził

Niby możliwe, ale czy odruchowo? Trzeba się pochylić…

 dopełniały wizerunku

Jakiego? Wizerunek musi być czegoś.

 opustoszały tak samo, jak parking, z którego wyszedł

Opustoszały, tak samo jak parking, z którego wyszedł.

 Jedynie uliczne latarnie rzucały kręgi żółtego światła na asfalt.

Chyba mógłbyś to opisać bardziej klimatycznie – nie po prostu podać fakt, ale odmalować go.

jakby rozważał, w którą stronę się udać.

Może właśnie to robił? I "udać się" jest wysokie w tonie – o to Ci chodzi?

 wypatrzył wynurzające się z mroku dwa kręgi światła

No, nie wiem, czy to tak wygląda.

 że nadjeżdżała taksówka

Nadjeżdża – następstwo czasów.

 zaczął gorączkowo machać ręką, jakby się bał, że samochód minie go, nawet nie zwalniając.

Czy to narrator tak spekuluje? Bo to bardzo spowalnia akcję i psuje zawieszenie niewiary.

 taksówka zaczęła zwalniać aż

Taksówka zaczęła zwalniać, aż. Może raczej: Taksówka zaczęła zwalniać. Wreszcie jej tylne drzwi… Rozumiem, że to nie jest pełen napięcia moment, ale spowalniasz go aż za bardzo tymi szczegółowymi opisami.

 Jakby błyszczący prostokąt z napisem „Taxi” i fakt, że pojazd w ogóle się zatrzymał nie były wystarczającymi dowodami.

I po co Ci to? Czy to narrator się czepia? Możesz mieć czepialskiego, nawet złośliwego narratora – ale po coś. I konsekwentnie.

 rzucił z ulgą

Hmm. Czy to jest widoczne? Masz tuż po sobie dwa zdania o tym samym schemacie (pasażer zrobił X, robiąc Y) – uważaj na to.

 Nawet obrączkę zabrali

Z palca?

 Przez taksówkę co chwilę przepływały światła mijanych latarni.

Sama nie wiem – niby ładne, ale jakieś abstrakcyjne.

 przytrzymał dłonią bolące miejsce dla podkreślenia słów.

Przytrzymuje się coś, co wypada. Dla podkreślenia swoich słów, albo wagi swoich słów.

 Niepokojący, jakby lekko skrzypiący.

I tu już jestem pewna tożsamości kierowcy.

 włosy spływały kaskadą na plecy

Nie wiem, czy to właściwy obraz. Spróbuj to zobaczyć.

 Dłużej, niż jesteś sobie w stanie wyobrazić.

Tak. Dobrze zgadłam, że to psychopomp. Zwłaszcza, że pasażer jakiś za spokojny i za mało roztrzęsiony.

 słysząc jak

Słysząc, jak.

 w jednej z nich jedną

Chochlik zjadł orzeczenie.

 No tak

No, tak.

 Wychylił się do przodu chcąc

Przecinek przed imiesłowem.

 taksomierz

Chyba jednak taksometr.

tam, gdzie

Tam, dokąd.

 wyprostował się znów

Nienaturalne takie "znów" na końcu.

 odpowiedział kierowca swoim skrzypiącym głosem

A czyim? Skróciłabym to: zaskrzeczał kierowca.

 Mężczyznę zdjął blady strach widząc

Strach niczego nie widział – imiesłów nie może być orzeczeniem zdania nadrzędnego: Mężczyznę zdjął blady strach, bo zobaczył. Ale ja bym to rozdzieliła na dwa zdania, albo zupełnie przeformułowała.

nie oliwionych

Łącznie.

taksówki, która miała zostać jego grobowcem.

Patetyczne. Łożem śmierci, tak, ale niekoniecznie grobowcem.

Bo wiesz, że jestem bogaty? Za to mnie nienawidzisz?

Facet chwyta się brzytwy.

 jakby pogodził się z myślą, że to nie ma sensu

Trochę za dużo tych "jakby". Bądź asertywny i pokaż literkom, kto tu rządzi.

indagował

Strasznie formalne, i dalsze wypowiedzi gościa też bardzo długie i okrągłe jak na kogoś, kto myśli, że umiera (nie ma znaczenia, że faktycznie już umarł, tylko co myśli).

 przestając się śmiać

No, wreszcie. :)

 Wiem od momentu

To nie jest odpowiedź na postawione pytanie – ale odpowiadający nie jest znany z udzielania takowych. Więc OK.

 w głosie mężczyzny dało się słyszeć rezygnację.

Nie musisz tego tłumaczyć jak chłop krowie. Domyślimy się.

 znów się zaniósł swym skrzeczącym śmiechem

Cudzym przecież nie mógł.

 Krzyczał Roman

Czynność paszczą – małą literą (wcześniej piszesz prawidłowo, więc to pewnie literówka).

 Ból fantomowy

Czy do tego nie potrzeba układu nerwowego?

taksówkarz wzruszył ramionami.

A tu powinna być duża litera.

 rozmazany asfalt

Czemu rozmazany? Gdyby jechali szybko, to i latarnie by się rozmazały. Opis rzeki trochę zbyt abstrakcyjny – spróbuj opisać to, co facet widzi, a dopiero potem to, co wnioskuje.

 To Styks.

Niebystry ten Roman – mógłby powiedzieć, że on nie z tej religii :)

głosił, że zwie się Charon

Ciut za wysokie w tonie na tle reszty.

 Mimowolnie zauważył

Zauważanie ogólnie jest mimowolne – możesz najwyżej zamknąć oczy.

 Raczej nie będzie na ciebie czekać Elizjum.

Wiesz, tylko u Greków Elizjum było nie za dobre uczynki, tylko za specjalne zasługi (choć jeśli o tym wiesz i Roman jest po prostu nieudacznikiem, udaj, że tej uwagi nie było). Sąd wymyślili Persowie (zoroastryzm).

 nie zrażony

Łącznie (p. wyż.).

 druga powiesiła się na lampie kilka dni później

Hę? Skoro im zapłacił, to były chyba profesjonalistkami? Nie, żeby to go usprawiedliwiało, tylko nie rozumiem tego samobójstwa.

 unosząc niczego nie rozumiejące spojrzenie

Podnosząc wzrok, i spojrzenie z definicji niczego nie rozumie. Może być tępe, szkliste albo coś w ten deseń.

 Bóg wie jakich

Bóg wie, jakich.

 Bogowie, nie Bóg.

Hmm. A co z zoroastrystami? Indianami Lakota? Animistami? Czemu właśnie greckie (choć schrystianizowane) zaświaty dla wszystkich?

 Nikt mi jeszcze tego nie zaproponował.

A to ciekawe, bo dałabym głowę, że coś takiego czytałam…

 Ale nie może być gorsze

Znowu chochlik zjadł słowo.

zaśmiał się swoim skrzekliwym, skrzypiącym niczym nie naoliwione zawiasy śmiechem.

Powtarzasz te dwa błędy – nie można się śmiać cudzym śmiechem, a przymiotniki (i imiesłowy przymiotnikowe) z "nie" piszemy razem, chyba, że zastrzegamy, że coś było nie zielone, a niebieskie.

 a jego ciałem wstrząsały drgawki. Płakał.

To dość jasne, że płakał.

 blok z czerwonej cegły, z wąskimi, ale wysokimi, łukowato zakończonymi oknami

Mało grecka architektura. Nawet nie renesansowa, a tego bym się spodziewała. Chyba, że to wygląda tak, jak Roman się spodziewa?

 obwarowany

Nie.

 dwa posągi ogromnych psów

Posąg ogromnego psa może być mały – a Tobie chodzi raczej o ogromne posągi.

 jeden z tych posągów

Innych tu nie ma. Możesz nie zaznaczać, że właśnie tych.

jakby objaśniał oczywistość.

Właśnie to robił…

 psy, siedzące

W zasadzie to jest imiesłów przymiotnikowy i liczy się jako przymiotnik, więc przecinek jest tu opcjonalny.

 Tylko, aby przejść przez tamte drzwi.

No, nie wiem. Ja napisałabym: Chyba, że zechcesz przejść przez te drzwi.

 No to siadaj

No, to siadaj.

 odparł nagle

Po co właściwie zaznaczasz, że nagle?

 z grubsza okrągłą

Jakieś to dziwne.

 Ten zrozumiał, że pora jechać.

To chyba oczywiste?

 zdjęcie opatrzone

Raczej podpisane.

 gdy zamordował ojca i uciekał przed policją

W dzisiejszych czasach trudno zmienić tożsamość. W końcu by go dorwali, zwłaszcza, jeśli był na tyle głupi, żeby się zabawiać z panienkami. I to w sposób mało legalny (do Gogli: statutory rape).

 Westchnął, wrzucił wsteczny bieg i wykręcił.

Aliteracja. W polszczyźnie źle brzmi.

 No to w drogę

No, to w drogę.

 spoglądał za odjeżdżającą taksówką

Patrzył. Arbitrariness of the sign.

 Potem powoli pokiwał

Aliteracja.

 pochylił łeb i obwąchał go, trącił nosem i mruknął przyjaźnie

Taka konstrukcja (xnął i ynął, znął i unął) jest w użyciu w anglielszczyźnie, ale po polsku źle brzmi.

 wyprostował się, znów spoglądając

Jednocześnie? Dziwnie to wygląda, kiedy zmieniasz punkt widzenia tak późno w tekście – ja albo pisałabym zza pleców Charonowi od samego początku, albo pojechała dalej z Romanem, do miejsca, w którym pożałuje swojej decyzji.

 zadziwiająco lekko, bez zgrzytów i skrzypienia

Czemu nie po prostu lekko i cicho?

po, zdawałoby się pustym, budynku

Niezręczne. Ja napisałabym: po salach wyłożonych marmurem (albo coś w ten deseń – show, don't tell).

 oznaczone jedynie numerami i literami,

A czym miałyby być oznaczone? I czemu literami z latynki, a nie greckimi? Skoro to greckie zaświaty?

 Mężczyzna siedzący za biurkiem spojrzała

Chochlik, a może chochlica :)

 powiedział w języku, którego nikt nie pamiętał, a niewielu potrafiło zrozumieć.

Skoro nikt go nie pamiętał, to nikt go nie rozumiał. I możesz znaleźć podręczniki greki w Internecie (wprawdzie koine, ale zawsze).

 niegdysiejszy król Krety

Wiesz, że niektórzy z nas chodzili do szkoły? :P

 

Rytm zdań senny, dynamiki żadnej, opowiadanie toczy się leniwie jak wody Styksu. Językowo w zasadzie poprawnie (błędy wyszczególniłam: "się" jest trochę za dużo, powtarzasz "nie" odklejone od przymiotnika i zbędny zaimek dzierżawczy) – ton trochę się chwieje.

Ale główny problem poruszył już Dalekopatrzący – niewiele z tego tekstu wynika. Pierwsza część obiecuje sporo: oniryczne przechodzenie na tamten świat, problemy typu "czy można się wykręcić od odpowiedzialności" – a w drugiej dostajemy dwóch starych rutyniarzy, pijących w biurze. Jakbyś miał dwa różne pomysły i zderzył je ze sobą mechanicznie, bez refleksji. Tytuł też nie mówi zupełnie nic.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Jakiś pomysł jest, ale cóż z niego wynika? Do końca nie wiem. Jakoś mnie też nie ujęło wykorzystanie starogreckiej mitologii. Kiedy takie motywy występują oczekuję nieco więcej. A tak historia Romana, któremu się umarło i no właśnie? Dlaczego napotyka właśnie greckie bóstwa? Nie widzę po prostu celu historii. 

ps. rozumiem umiłowanie do greckiej mitologii, ale kurczę, ciągle tak łopatologicznie (z paroma wyjątkami tutaj – warto poszukać Tregardzie jeżeli będziesz chciał rozwijać się w takim kierunku). 

A mnie się pomysł nawet spodobał. Myślałam, że taksówkarz jest Bogiem, a tu proszę, zaskoczenie. To było fajne.

Ale też nie rozumiem, dlaczego akurat Romanowi trafiły się greckie zaświaty.

Babska logika rządzi!

Że pasażer taksówki nie należy do żywych zorientowałam się dość szybko, ale do końca opowiadania nie udało mi się pojąć, Tregradzie, co miałeś nadzieję opowiedzieć. Zachodzę w głowę, dlaczego bohater nagle znalazł się starożytnej Grecji, a i rozmowa Charona z Minosem okazała się dla mnie mało zrozumiała.

Przeczytałam Kurs bez większej przykrości, ale ta podróż pamięci mi raczej nie obciąży.

 

– Pan wolny? – Za­py­tał, wsu­wa­jąc głowę do wnę­trza sa­mo­cho­du. –> – Pan wolny? – za­py­tał, wsu­wa­jąc głowę do wnę­trza sa­mo­cho­du.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Nieco dalej wzno­sił się nie­wiel­ki murek, od­dzie­la­ją­cy drogę od ciem­no­ści za­le­ga­ją­cej dalej. Potem do­strzegł słabe bły­ski gdzieś dalej. –> Powtórzenia.

 

dwie ni­skie szklan­ki i bu­tel­kę Ma­cal­la­na. –> …dwie ni­skie szklan­ki i bu­tel­kę ma­cal­la­na. Nazwy trunków zapisujemy małymi literami.

http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Bardzo przewidywalny tekst. Że facet jest martwy wiadomo prawie od początku, że taksówkarz to Charon – oczywiste… W związku z czym nie powinno być tej kwestii:

“– Nie – odparł krótko kierowca. – I nie przejmuj się zapłatą.”

Bo to akurat konieczność. Charon nie przewiezie, jeśli nieboszczyk nie ma obola. Fakt, Roman ma dwuzłotówkę, więc ma prawo przejazdu, ale to jednak trochę babol. Mógłby to inaczej sformułować.

 

 

Jakby błyszczący prostokąt z napisem „Taxi” i fakt, że pojazd w ogóle się zatrzymał[+,] nie były wystarczającymi dowodami.

 

Jedziemy tam, gdzie powinniśmy jechać. → dokąd

 

Proszę. Jeszcze nie jest za późno – w głosie mężczyzny dało się słyszeć rezygnację. → W głosie mężczyzny

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Nie napiszę nic nowego. Domyśliłem się od początku stanu bohatera. Końcówka dla mnie zagadkowa, choć parę teorii bym pewnie mógł wysnuć.

Całość koncertu fajerwerków nie zachwyciła. No cóż, bywa.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka