- Opowiadanie: maciekzolnowski - Muzeum instrumentów muzycznych

Muzeum instrumentów muzycznych

Tym razem silę się na styl i język Blackwooda (no już dobrze: na jakąś namiastkę stylu mistrza). Jak widać, nawet długość (mnie wyszło 15 stron formatu A4) jest odpowiednia. Życzę strasznej frajdy z wizyty w moim “Muzeum instrumentów”! 

 

Wersja audio:  https://www.youtube.com/watch?v=_U5qQ5-5Uk8&t=1335s

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Muzeum instrumentów muzycznych

Wierzę i jestem święcie o tym przekonany, że w pochodzie paru zaledwie prostych interwałów muzycznych albo dwudźwięków mieści się informacja o ludziach, którzy odeszli, kwintesencja dawnych czasów, magia dawnych światów, czyli tego, co bezpowrotnie utracone, a co kiedyś składało się na delikatną i pulsującą tkankę, zwaną życiem. Wielokrotnie miałem okazję się o tym przekonać, iż dusze niektórych osób po śmierci zostają niejako uwięzione w przedmiocie martwym: jakimś muzycznym instrumencie, pozytywce, kurancie lub innego rodzaju mechanizmie grającym, na przykład kartce z życzeniami z melodyjką – a wszystko po to, ażeby można było po śmierci zamanifestować nam swoją duchową obecność na drodze fizycznej i akustycznej.

Innym znanym wśród muzykologów przypadkiem są muzyczne kryptogramy. B-A-C-H na przykład, oznaczający osobę słynnego Jana Sebastiana, nie jest co prawda więzieniem dla duszy wielkiego, niemieckiego geniusza, ani też nie wiąże się z żadnym mechanizmem pozytywkowym czy konkretnym instrumentem grającym, ale po dziś dzień stanowi rodzaj czytelnego kodu, będącego próbą zatrzymania żywego bytu osobowego w zaledwie czterodźwiękowym motywie wężowym.

Dla mnie osobiście najbardziej reprezentatywnymi przykładami “zamrożenia” mentalno-astralnej aury czegoś, co odnosi się do rzeczywistości pozamuzycznej w swoistej stop-klatce są: takty czterdziesty pierwszy i czterdziesty drugi „Tańca węgierskiego numer piąty” Johannesa Brahmsa, jak również krótkie motywy podhalańskie i karpackie, które wyrażają… sam nie wiem, co wyrażają, ale czynią to w sposób niezwykle sugestywny i skutecznie pobudzający mą słowiańską duszę.

Zdaję sobie sprawę, że zatrzymanie w przedmiocie ze swej natury martwym cząstki samego siebie jest zgoła czymś innym, aniżeli… hmm – że tak powiem – „zabawy” w muzyczną kryptografię czy poszukiwanie rzekomej praosnowy – jakiegoś bliżej nieokreślonego Ursatz w ramach tak zwanej analizy schenkerowskiej, w której naukowość notabene ani trochę nie wierzę. Ale to wszystko nic w porównaniu do tego, co za chwilę postaram się tu opowiedzieć i przed czytelnikiem odkryć.

Wydaje mi się, że najbardziej spektakularnym ze wszystkich tu omawianych jest przypadek pewnego oddanego swej pracy ludwisarza, którego ostatnim dziełem był dzwon, obdarzony cudownym i niepowtarzalnym tonem. Dzwon ów posiadał serce, jak to dzwon, a powiadali ludzie, że miał także i duszę zupełnie podobną do tej, jaka stanowiła o ludzkim obliczu jego twórcy i przesądzała – koniec końców – o jego człowieczeństwie. Gdy więc słyszało się, jak dostojnie bije, ni stąd, ni zowąd przed oczami wszystkich stawał wyraźny obraz samego ludwisarza, przy czym nie było to tylko spontaniczne wspomnienie o tym człowieku, który od dawna już nie żył, lecz coś zgoła odmiennego i nadnaturalnego.

Zarówno wiedza na temat zarysowanego ogólnie fenomenu, jak i zwykła, ludzka ciekawość – doprowadzić miały wkrótce do niezapomnianego i w najwyższym stopniu intrygującego przeżycia, które opisuję poniżej.

Razu pewnego otrzymałem od mojego szacownego przyjaciela list wraz z dołączonym doń zaproszeniem do muzeum instrumentów muzycznych, którego był kustoszem. Muzeum, mieszczące się na jednym z rozleglejszych stoków mglistej Oltenii, na samym szczycie legendarnej Czarnej Skalicy, było miejscem ze wszech miar szczególnym – i to nie tylko z uwagi na swe urokliwe, ustronne położenie na uboczu zapadłej rumuńskiej prowincji, z dala od wszystkich i od wszystkiego, ale też i na fakt posiadania niezwykle rzadkich okazów chordofonów szarpanych o ludowej proweniencji. To tutaj za progami tej monumentalnej budowli, będącej w istocie średniowiecznym zamkiem, miał znajdować się legendarny protoplasta całej linii mazanek – pierwszych, niewielkich rozmiarów skrzypeczek, od których wywodzą się późniejsze stradivariusy, guarneriusy… no i oczywiście nasze – powiedzmy to sobie szczerze – nie aż tak znowu cenne współczesne violini.

Don Karpio – bo tak miał na imię autor listu, a mój długoletni przyjaciel, którego w dalszym toku opowieści będę nazywał doktorem – prosił mnie o zbadanie tajemniczego przypadku pewnego cygańskiego instrumentu, zrobionego z sosny limby, Pinus cembra. Jak powszechnie wiadomo, na potrzeby budowy skrzypiec wykorzystuje się dwa rodzaje drewna rezonansowego, przy czym wierzchnia warstwa pudła wykonana jest z reguły ze świerku, dolna zaś – nazywana niekiedy spodnią – z drewna jaworowego. Dziwność tego konkretnego przypadku polegać miała choćby na rodzaju wykorzystanego do jego budowy, nietypowego materiału. A nie koniec na tym, bo oto w instrumencie tym zawierała się niejako – wedle opinii wirtuozów, którzy mieli z nim styczność – zbiorowa dusza ludu wędrownego, zamieszkującego Karpaty. Warto również byłoby wspomnieć o tajemniczym budowniczym owego cudeńka, lutniku-samouku, także zapewne Cyganie.

Najbardziej jednak interesowało mojego druha wyjaśnienie sprawy starej pozytywki, na którą natknął się był w lesie podczas którejś z tych surowych, rumuńskich zim, pełnych śniegu, zawiei i zamieci śnieżnych. Jak mi donosił, zdarzało się potem nieraz, kiedy zostawał w budynku sam na sam z pozytywką, że podczas rutynowego, nocnego obchodu po ciemnych zaułkach muzealnych, dochodziły do jego uszu charakterystyczne i jakby nieco fałszywe pod względem intonacji następstwa czterech sekst równoległych, jak gdyby kaskadnych, o niezwykle słodkiej barwie. I co bezsporne – jak sam pisał – były to dźwięki-brzdęki owego samograja. Najgorsze, iż Karpio nie wiedział, co było ich incytatorem i jaką treść starało się mu przekazać. Prosił mnie więc usilnie, ażebym postarał się o jakieś sensowne wyjaśnienie tego paranormalnego fenomenu, oferując szczerą i serdeczną gościnę, a – co za tym idzie – także błogą ciszę, spokój i górskie powietrze. Jakże więc mógłbym odmówić?! Nie zastanawiałem się ani przez chwilę. Z miejsca się spakowałem i po dwóch dniach byłem gotów do drogi, a już po czterech, minąwszy Czechy, Słowację i spory kawałek Rumunii, mknąłem kolejką wciąż wyżej i wyżej po stokach kolejnych górskich parowów.

Kiedy kołyszący się delikatnie, dostojny pojazd, wydając rytmiczny stukot, toczył się z mozołem przez dziewicze, iglaste bory porastające te góry, spłynął na mnie dobroczynny sen, z początku jeszcze niewyraźny niczym świeża mgiełka, mgiełka-świeżynka, która wnika w kanciaste zakamarki krajobrazu, wygładzając quasi-artystycznie jego kontury. Wszedłem więc głębiej w twardawą strukturę fotela, ażeby mój oniryzm nabrał większej wyrazistości. I zdało mi się naraz, iż się zapadam w jakąś bezdenną i czarną otchłań koszmaru. Ponure wnętrze wagonu archaicznego typu znikło już prawie kompletnie, a wraz z nim także ustały zimne przeciągi, jeszcze przed chwilą torujące sobie drogę przez labiryntowe korytarze, załamujące się pod różnymi kątami, wydłużające się do niemożebnych rozmiarów niczym pęczniejący miech melodeonu.

Przyszedł sen. I ujrzałem w nim siebie, jak samotnie wędruję przez gęstwinę sosen i świerków, młodą szkółkę i prastarą knieję. Ale nie był to las tylko – las jako zwykły element biosfery, lecz coś zgoła odmiennego i odbiegającego od „normy” – że tak to ujmę. Oto bowiem na dorodniejszych drzewach pozawieszane zostały niezwykle cenne malowidła, które mogłem podziwiać teraz w pełnej krasie, a pośród których rzuciły mi się w oczy takie dzieła, jak „Dama z gronostajem”, „Ostatnia wieczerza”, „Kuszenie Chrystusa”, „Śniadanie na trawie” czy choćby „Trzech muzyków”. I nie były to, broń Boże, reprodukcje, ani tanie podróby. O, nie! Wprost przeciwnie! Wszystko zdało mi się, jak gdyby eksponaty, wykradzione z najlepszych galerii i muzeów świata. A im bardziej wnikałem w ostępy ciemnozielonej macierzy, w gęboczyznę krzewinek splątanych i piąłem się ku stromym, a łysawym jej kresom, tym częściej natykałem się na różne Monety, Manety i inne Renoiry. Byłem ciekaw, cholernie ciekaw, co znajdowało się na samym czubie, zagubionego wśród cumulusów i stratocumulusów orograficznych, nieznanego mi piku. Minąłem jeszcze ze dwa Tycjany, cztery rodzime Cybisy, pięć Michałów Aniołów i znowu tego Francuza Moneta – aż wreszcie, nie bez problemów, wdrapałem się na górę bez nazwy, a jednocześnie jakby na sam szczyt swojego śnienia. I dopiero tutaj ujrzałem coś, co do głębi mną wstrząsnęło i napędziło mi niemało strachu. Oto bowiem na groniu znajdowała się… ni mniej, ni więcej jak tylko tajemnicza pozytywka z muzeum doktora, do którego to muzeum miałem już niebawem przyjechać. Cisza kompletna, żadnego ptactwa, bażantów, kuropatw… ani najdelikatniejszego nawet podmuchu wieczornego wiatru – w ten sposób można by było scharakteryzować tutejszą, panującą na szczycie aurę. Nic, kompletnie nic. I nagle – bim, bim, bam! – rozlegają się przeraźliwie głośne dźwięki pozytywki i rozdzierają powietrze niczym grzmot, i przeszywają niebo oraz me serce posępnym gromem, i rozrywają sen mój na strzępków tysiące, miliony, miliardy, ale go nie przerywają, jeszcze nie teraz! Kierowany jakimś bliżej nieokreślonym impulsem, pochwyciłem pozytywkę, cap, i zacząłem z nią uciekać, zbiegać ku najbliższej dolince. I wtenczas zerwał się potężny wicher i rozległ przerażający psyk, przypominający syczenie jakiegoś węża-giganta (doprawdy dziwny i niespotykany odgłos). Ludzie uwiecznieni na malowidłach stopniowo i sukcesywnie ożywali. Wszyscy po kolei wychodzili z płócien, by mnie odnaleźć błędnym wzrokiem potępieńców. Ich wejrzenia były groźne i żądne krwi. Przedmioty martwe nabierały jakiejś niesamowitej witalności. Wyskakiwały z obrazów, mijały ozdobne obramowania, łapały wiatr w żagle oraz właściwy kierunek i zaczynały mnie gonić. Ja natomiast ratowałem się, uciekając gdzie pieprz rośnie przez dzikie ostępy, kolczaste zarośla, jakieś borówczyska, jakąś zielenistość. I nagle finito! Wszystko ucichło.

Właśnie wtedy obudziłem się w wagonie o standardzie niskim, może najniższym, w cedrowym i lepkim od starości, niewygodnym siedzisku i spostrzegłem, jak wąsaty konduktor w wyświechtanym uniformie przemawia do mnie melodyjnym tenorem i ryczy na całe gardło:

– Bună seară! Dojechaliśmy, panie. Wysiadka! Wysiadka!

– Dziękuję wam, dobry człowieku – odrzekłem prawie całkiem rozbudzony. – Słyszałem, że wasza piękna Oltenia słynie z wielkiej różnorodności roślin, zwierząt (i to niekiedy całkiem sporych zwierząt) i wielu innych fascynujących stworzeń.

– I wielu innych fascynujących stworzeń – powtórzył machinalnie i dziwnie flegmatycznie. – A tak, mamy tu wilki, rysie i przeogromne niedźwiedzie – cedził słowa. – Ale to nie niedźwiedzi powinieneś się bać, mój miły panie; nie niedźwiedzi!

– Hm! – zdziwiłem się. – Ja? Bać się? A czegóż to miałbym się u was bać, panie dzieju?

– Morza powinieneś się obawiać, drogi panie, morza. My, podobnie jak nasi bracia Słowacy, mamy tutaj ogromne, przeogromne morze, specjalnie groźne dla obcych, tentego, dla intruzów.

– No tak. Ale z tego, co wiem, Słowacja nie posiada dostępu do mórz i oceanów, czyżbym się mylił?

– Panie, co będę panu gadał. U nas jest morze Cyganów, panie, co jest zarówno dobre, jak i złe. Złe, bo to są Cyganie, dobre, bo oni stanowią swego rodzaju zaporę: chronią naszą kulturę przed obcymi wpływami. Ech, szkoda gadać, panie! Trza wysiadać. Szkoda gadać, panie.

I kiedy tylko pociąg z piskiem stanął, wskazał mi na odchodne docelowy kierunek, w którym znajdowało się muzeum instrumentów i w którym należało iść.

Dzierżąc niewielki bagażyk podróżny, ruszyłem niezwłocznie wąskim gościńcem w kolorze pięknie ceglastym. Po opuszczeniu stacyjki, szarej i obskurnej, nie wymagającej w swej abnegacji żadnego pocieszenia ze strony kolorów, długo stąpałem nieomal po omacku przez rajsko wilgotny las, w którym było ciemno prawie tak, jak w nocy, a wszystko pulsowało i żyło jakoś podskórnie i niezauważenie. I chyba pod wpływem tej aury jesiennej, z rzadka tylko słonecznej, zdało mi się, iż próbują mnie dopaść tajemnicze szpony-cienie na tellurycznym ekranie gruntu, po którym szedłem, a na którym trwał właśnie czarno-biały seans, taki sam, jak w kinie, gdzie fantomy światła tworzą szpony, kolce, kły, ogony, a niekiedy nawet rogi, coraz to większe i bardziej plugawe, zstępujące z rzutnika całymi chmarami, wielkimi plagami, potępieńczymi armiami, to z lewej, to z prawej strony. Towarzyszył temu widowisku dziwny syk… albo szum raczej, który nie mógł się wyszumieć i wyszeleścić pośród pożółkłych listków. 

A droga wiodła mnie przez bezkres lasów, ocean ugorów i morze pastwisk i pielgrzymowała po wierchach, i wyprawiała się na tęgie redyki (niczym mocno spóźniona owca – było już po sezonie), a falowała, a dokazywała przy tym jak niesforna niewalaszka, kiedy natomiast spozierało się w dal – zaczynała igrać z obserwatorem, bawić się z nim, każąc mu zgadywać, co też jest tam… het, het… dalej, dalej i dalej. I wstęgi, i warstwy sczerniałego i pasożytującego na tym sczernieniu lasu… im odleglejsze, tym mniej stawały się wyraziste, a bardziej niebieskawe i fiołkowate. I gdzieś tam, hen w tej smętniejącej z każdą chwilą toni, zażywała swych kąpieli, swego wielkiego błękitu, le grand bleu królowa wszystkich muzycznych muzeów.

W pewnym momencie zamigotał w oddali na wzgórzu potężny, wyróżniający się białością tysiąca kamieni, zamek, reklamujący się jako Instytut Muzyki i Folkloru.

– To dziwne – zauważyłem. – Na co to komu na takim upiornym wygwizdowie?

I w samej rzeczy: w pobliżu znajdowało się zaledwie kilka miejscowości, a na dodatek były to przeważnie sioła, całkiem maluśkie wioseczki. Szybko osiągnąłem majaczący na horyzoncie cel i wszedłem na drewniany mostek, minąłem okalającą tę posępną budowlę fosę i zakołatałem do drzwi. Rozległ się przeciągły dźwięk – coś, jakby zwielokrotnione echo.

Po minucie ukazał się Don Karpio we własnej osobie z serdecznym powitaniem i zaprosił mnie do środka.

– Witaj, stary druhu! – zawołał mocnym, grubym głosem.

– Nieźle się tu urządziłeś! Żyjesz jak sam hrabia Dracula, z tego, co widzę. Jako sám král! A to, co? – I to powiedziawszy, wskazałem na szwejkowaty brzuszek nienasyceńca. – Czyżby piweczko, piweczko?

– Słoninka, słoninka! – odpowiedział i wybuchnął śmiechem.

Potem przedstawił mnie służbie i zaczął oprowadzać po swoim królestwie jak z bajki. Zatrzymaliśmy się na dłużej w niewielkiej salce, w której znajdowała się dziwna, ozdobna pozytywka. Na jej widok wprost oniemiałem z zachwytu. Wyglądała dokładnie, jak ta ze snu, co mnie wprawiło w niemałe – nie powiem – osłupienie i zakłopotanie. Poczułem się dziwnie nieswojo, ale na szczęście mój arcymiły gospodarz nie pozwolił na to, bym czuł się u niego źle.

Potem była jeszcze kolacja, złożona z tradycyjnych przysmaków miejscowej kuchni, bucătărie, pod koniec której odbył się – i tu prawdziwa niespodzianka – niewielki minirecital z udziałem samego doktora i jednej z jego służek, sędziwej już niewiasty, biegłej w grze na cymbałach i skrzypcach Stroha. Miałem okazję po wszystkim z nią porozmawiać i pogratulować jej tych multiinstrumentalnych talentów. Pamiętam, że pomyliła się i nadała mi nowe imię, które nie było przecież moim:

– Powinieneś nigdy nie wracać, Iwanie. Twa matula na próżno starała się ciebie przed nim uchronić.

– Nim? Kim? Ja pragnąłbym tylko powinszować madame jej umiejętności! I, jeśli pani szanowana pozwoli, nie nazywam się tak. Wołają na mnie Adam.

Wszelako rozmowa z tą na poły muzykantką, na poły służką, choć przyjemna, odsłoniła pewną skazę natury psychologicznej, którą należałoby chyba nazwać amnezją połączoną z lekkim obłędem. Mimo wszystko odczułem pewien rodzaj więzi, która nas w przedziwny sposób ze sobą łączyła. Musiała istnieć kiedyś i nadal istniała utajona, nieznana mi póki co siła, która mnie z nią spaja i którą być może należałoby się bliżej zająć.

Ach! I oto już wkrótce mogłem się znaleźć w przyzamkowym apartamencie, by napawać się bezcenną samotnością i błogą ciszą. I naraz ogarnęła mnie fala ciepła i rozkoszy, gdy w końcu zdołałem zanurzyć swe umęczone członki wędrowniczka w gorącej, niemalże parzącej wodzie z pianą. Zostałem zakwaterowany w przestronnej komnacie na parterze, z kuchnią i łazienką – i wieczorna kąpiel w czystej, marmurowej wannie była w istocie tym, na co liczyłem i czego oczekiwałem po dniach męczącej podróży, była rytuałem, z którego nigdy, przenigdy nie chciałem rezygnować w obliczu trudów i znojów mieszkania w chłodnym, ponurym, wietrznym, a przy tym potwornie wilgotnym klimacie umiarkowanym-północnym.

Spokój zakradał się niepostrzeżenie i niejako mimochodem do mej jaźni przez uszy, gdy pojedyncze kropelki wody, w odstępach ciszy, skapywały z kranu, a pot lał mi się z czoła i spływał po nagrzanych policzkach. I tylko dobroczynna niczym sen piana wydawała delikatny i monotonny syk pękających pęcherzyków – całej tej bąbelkowej drobnicy. Czyżby sssssłodkie ssssseksty? Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w nieskończenie odległy i oddalający się coraz to bardziej sufit, przewiercając się przez kłęby soczystej pary jak przez rój fruwających na zmierzchowisku motyli. Strużki wody, spływające tu i ówdzie po ostentacyjnie wzorzystych i nadmiernie jaskrawych kafelkach, prezentowały się niczym górskie wycieki, wykapy, źródełka i całe, „gotowe” ruczaje. Byłem święcie przekonany, że nikt nie może mi tej chwili odebrać, że nic nie może jej zbezcześcić. W tym sennym miejscu można było nie robić nic, jak tylko spać.

– Tak! Chcę spać – szepnąłem i usnąłem.

Nazajutrz po śniadaniu, Don zaprosił mnie na przejażdżkę konną po okolicy. Uznał widocznie, że sprawy muzyczne i paranormalne mogą poczekać. Mieliśmy zwiedzać miejsce, w którym dawno temu składano krwawe ofiary z ludzi. Nie byłem, prawdę mówiąc, uszczęśliwiony z tego powodu, gdyż wolałem jak najszybciej brać się do roboty, która mnie na dodatek niezdrowo pociągała; jednakże uznałem po krótkim namyśle, że gospodarzowi odmówić nie wypada. Tak więc wyruszyliśmy, zaopatrzywszy się uprzednio w prowiant na dzień drogi, może dwa. Poczęliśmy zagłębiać się w las ścieżyną, która stawała się z każdą chwilą coraz to węższa i węższa… tak, że w końcu musieliśmy jechać gęsiego. Mimo tego, słyszałem doskonale, co do mnie mówi:

– Chciałeś, abym ci przytoczył jedną z tych miejscowych legend, którą babcie, siedzące przy piecu, opowiadają wnuczętom na dobranoc, nieprawdaż?

– Tę o Draculi już znam. Któż by nie znał? – roześmiałem się.

– Gwarantuję, że o tej nie słyszałeś. Posłuchaj! – I zaczął. – Na ziemiach monasteru olteńskiego, całkiem niedaleko stąd, od dłuższego czasu panowała susza. Rośliny nie chciały rosnąć, plonów nie było, a ludzi i zwierzęta rychło zaczął morzyć głód. A nieopodal monasteru i sąsiadującego z nim sioła żyła w owym czasie pewna baba. Ponieważ ludzie jej nie lubili, a sprawa znalezienia kozła ofiarnego, odpowiedzialnego za nieurodzaj, stawała się pilna, została wkrótce oskarżona o czary i spalona na stosie. Przed śmiercią rzuciła straszliwą klątwę na cały plugawy sat (wieś po rumuńsku). Ledwie zdążyła zamknąć powieki, by odejść na zawsze, a tu jak nie zaszumi, jak nie zahuczy, jak nie zachmurzy się złowrogo. Z nieba lunęło, ale nie był to taki sobie zwyczajny, normalny deszczyk. Ulewa trwała bez ustanku i trwa może po dziś dzień, oczywiście tylko lokalnie. Cała okolica została doszczętnie zalana, a nadzieja na ewentualne plony spłynęła wraz z ostatnią łzą człowieka, który zamieszkiwał przed wiekami ów monaster. Nikt stamtąd żywy jeszcze nie powrócił, ale powiada się, że „ludzie deszczu” z czasem przeistoczyli się w wodne monstra, złaknione krwi i mięsa. I żyją tam po dziś dzień. I biada, oj, biada temu, kto by się im nieopatrznie napatoczył. A z zalewisk i bagnisk okolicznych dają się słyszeć przedziwne jęki i chroboty. Bim! Bam! Koniec!

– Ciekawa klechda o wodnikach!

I wysłuchawszy z najwyższym zachwytem, szczerze go pochwaliłem. Podziwiałem przy tym zręczność, z jaką mój przewodnik wymijał konno wszelkie, widzialne i niewidzialne, przeszkody – a to powalone, prastare drzewo, pokryte bujnym mchem, a to znowu strome urwisko, które trzeba było objechać naokoło, a to z kolei zdradliwe trzęsawisko, kryjące błotnistą bezdeń, porosłą soczewicą wodną, kotewką orzechem wodnym oraz nadobnym nenufarem. Ta bezdeń, tak… ciekawa z nią sprawa. Faktem jest, że przejeżdżając obok, na przykład właśnie teraz, słyszało się niekiedy te osobliwe syki i chroboty niewiadomego pochodzenia, z którymi zdążyłem się już wcześniej zaznajomić podczas mojego snu o pozytywce.

Pozytywka, ha! Dlaczego pozytywka? Dlaczego akurat tutaj? I czemu znów o niej myślę? – zapytywałem. Do tych plugawych, błotnych otchłani, bardziej od sekst równoległych, pasowałby może odgłos gulgotania, dźwięk bulgoczących wirów, czyhających w uśpieniu na jakąś nieuważną ofiarę losu albo zbłąkanego niedzielnego turystę. Prawdę powiedziawszy, do tej leśnej scenerii wszystko pasowałoby zdecydowanie bardziej od pozytywkowych sekst, które mnie już od dłuższego czasu prześladowały.

No, a teraz do tego wszystkiego doszedł jeszcze inny, bardziej brutalny i złowieszczo nasilający się hałas. Mój towarzysz celowo przepuścił mnie przodem, biorąc na siebie ewentualny atak ze strony tego czegoś, co się na tyłach przyczaiło. Było źle, naprawdę źle. To coś zmniejszało dystans względem mnie i mojego kompana. Uświadomiłem sobie, że oto biegnie za nami potężny niedźwiedź, prawdziwy król tej nieprzeniknionej i dzikiej krainy. Poskromiliśmy spłoszone, głośno parskające wierzchowce, którym piana leciała z pysków, a sami staraliśmy się opanować, na ile to możliwe, nadszarpnięte nerwy. Bór zrobił się nagle mroczny i dziwnie obcy, i wszystko zdawało się sprzysięgać przeciwko nam – intruzom, którzy ośmielili się zapuścić na terytorium obce, nieprzeznaczone dla ludzi, i którzy odważyli się wtargnąć bezczelnie do tej prastarej krainy cudów i magii. Gałęzie raniły nasze głowy i ramiona, przeszkody piętrzyły się coraz to nowsze, a wiatr triumfował i ryczał na całego. A bestia była tuż-tuż. I nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, wszystko ustało i zrobiło się tak jakoś cicho. Cichuteńko, jak makiem zasiał.

Ocknąłem się na szczęście cały, wyłożony na wznak na miękkim igliwiu. Obok znajdował się mój rumak, spokojny i w niezłej kondycji. Wyglądał tak, jakby na mnie czekał, na moje wybudzenie się. Don natomiast leżał o kilka metrów dalej i z wolna się podnosił i też już odzyskiwał formę. Po niedźwiedziu nie było śladu, za to teraz pochylał się nade mną zgarbiony jakiś dziad leśny, z długaśną brodą i w byle jakim, podartym odzieniu. Człowiek ten uśmiechnął się zagadkowo i przemówił tymi oto słowami:

– Dobrze, że wróciłeś, Iwanie. Odebrano nam ciebie dawno, dawno temu. Może było to zwykłe tchórzostwo? Tego nie wiem. Nie mnie to oceniać. I oto znów jesteś wśród swoich, tym razem już jako mężczyzna.

– Iwan? Jaki Iwan?

Nie wiedziałem, o co mu chodzi z tym Wanią, ale mówił z takim przekonaniem i z takim błyskiem w oczach, iż udzielił mi się ten jego nieomylny ton i powaga mędrca. I poczułem się wyjątkowo nieswojo, przytłoczony bliżej nieokreślonym lękiem, który pojawił się, nie wiadomo skąd i dlaczego. Tymczasem nadszedł mój drogi towarzysz. I szepnął tamtemu coś na ucho, jak miejscowy miejscowemu, i wręczył mu parę monet, po czym przemówił już zupełnie na głos:

– Masz! Kup sobie za to, czarowniku, odrobinę palinki na wzmocnienie, a nie zapomnij wypić za nasze zdrowie.

– Dziękuję wam, dobrzy ludzie! Nie zapomnę. Palinką nie pogardzę; oj, nie pogardzę. Biedacy dudnią wszystko, co Bóg oraz dobrzy ludzie im dają.

I to powiedziawszy, oddalił się równie szybko, jak się pojawił. Chciałem odprowadzić go wzrokiem, lecz przez chwilę uspokajałem kasztanka, który na powrót stał się narowisty i niespokojny. Kiedy jednak odruchowo zerknąłem za czarownikiem, już go tam nie było, zauważyłem natomiast cofającego się z wolna niedźwiedzia… być może nawet tego samego, który nas przed momentem tak zaciekle ścigał. A doktor, widząc moje zmieszanie, pospieszył z komentarzem:

– Ha! Nigdy jeszcze nie widziałem Jezusa ani żadnej innej istoty, która by była zdolna stąpać po wodzie, nie tonąc przy tym. Spójrz, mój miły, na to!

I tu, w wielce wymowny sposób, skinął głową za oddalającym się zwierzęciem. Zamilkłem i puściłem te jego słowa mimo uszu. Albowiem są na tym świecie sprawy, o których się filozofom nie śniło, a których nie będę na kartach tej książki roztrząsał ani nie będę o nich myślał, a w każdym razie nie teraz!

Zgodnie z tym, co się wcześniej powiedziało, mieliśmy z Donem zwiedzać miejsce strasznego, owianego złą sławą kultu. Pora była ku temu odpowiednia i wciąż jeszcze świeciło słońce. Czasu mieliśmy więc pod dostatkiem, podobnie, jak i zapasów jedzenia, i w związku z tym wcale a wcale się nie spieszyliśmy. Teraz jednak stało się jasne, że w tym tempie nocleg nasz wypadnie pośród potężnych słupów, jakby świątynnych, w uroczysku ułożonych koliście głazów, które stanowiły owo miejsce składania ofiar z ludzi. Póki co nie przejmowałem się tym zbytnio, choć z każdą chwilą rósł mój lęk. I dopiero późnym popołudniem, gdy zdołaliśmy w końcu osiągnąć wytyczony cel, a nasze mustangi mogły wreszcie odsapnąć, obudziła się we mnie uśpiona dotąd trwoga, a co więcej, była ona podszyta prawdziwą i namacalną grozą. Być może to ta dziwna aura, emanująca z miejsca i unosząca się jakby w wilgotnym powietrzu, i chwytająca za serce, tak na mnie podziałała. To wrażenie drążyło mnie i świdrowało. I nie dawało spokoju. Było tu ruczajno, straszno, leśno, polankowo, barwno i cudno zarazem.

I chyba nie muszę mówić, że nie zwlekaliśmy z rozbiciem naszego cygańskiego namiotu ani ze zbiórką opału, gdyż noc w porze jesiennej, na dodatek w środku lasu, zapada zwykle bardzo wcześnie, zbyt wcześnie! Zawsze mnie to zaskakiwało, z jaką szczodrością i zwinnością zarzucała mi owa Pani Nocka Dobranocka na oczy swą woalkę w kolorze smoliście czarnym. Drewna musiało wystarczyć na nie dłużej, jak do rana, gdyż nie zamierzaliśmy zostawać w tym śródleśnym uroczysku kultowym ani chwili dłużej, a niespodzianek i przeżytych przygód i tak mieliśmy już dość. Rozpaliliśmy pod wieczór ognisko i przyrządziliśmy kolację, gdyż kiszki grały nam od jakiegoś czasu marsza siedmiogrodzkiego. Potem rozsiedliśmy się wygodnie, podziwiając niesamowitą łunę, bijącą od strony księżyca zgasiście, i tę ciszę, przerywaną sporadycznie pojedynczymi odgłosami nocy i boru, w którym nadal kwitło życie i tym życiem pałało. I rozpoczęliśmy snucie przeróżnych opowiastek o tematyce spirytystycznej i okultystycznej.

– Opowiedz mi, proszę, coś więcej o tej nieszczęsnej pozytywce – zwróciłem się w pewnej chwili. – Co spodziewasz się odkryć, mości doktorze?

– Cóż! Wolałbym raczej o tym nie mówić, no a w każdym razie – nie tutaj. Zresztą chciałbym, abyś to ty sam rozstrzygnął, zachowując przy tym w miarę możliwości obiektywizm, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Wiem, że ciekawość cię zżera, tak samo, jak i mnie, ale, na Jowisza!, musimy być cierpliwi. Cierpliwości!

Muszę przyznać, że rozmowa brzmiała wyjątkowo sztucznie i zakłócała moc tajemnicy tego miejsca – miejsca uroczego, ale jednak strasznego. Ta dojmująca samotność odludnego zakątka, znajdującego się jak gdyby na granicy świata ludzkiego ze światem istot z innego planu istnienia, wywodzących się z innej gałęzi ewolucyjnej, miała w sobie coś zastanawiającego, coś niemal niepokojącego. Czuliśmy się więc jak intruzi. A co by było – zastanawiałem się – gdyby las nagle ożył i ruszył przeciwko nam? Co by wtedy było!? Chryste! Taki stary las musi mieć przecież swoje bóstwa opiekuńcze, swoje demony, a my wdarliśmy się tu bez przepustek i zezwoleń i przez nikogo nieproszeni.

Pamiętam, że w nocy, kiedy kolacja była już dawno zjedzona, ognisko wygaszone, konie napojone, a my mieliśmy za sobą ładnych parę godzin snu, usłyszałem nagle w pobliżu namiotu dziwny hałas, który mnie w jednej chwili postawił na równe nogi i wygonił na zewnątrz. Nie było tam jednak nic godnego uwagi. Żadnego źródła dźwięku w pobliżu nie potrafiłem namierzyć. Niemniej, na poły rozbudzony, a na poły jeszcze senny, dokonałem wkrótce szokującego odkrycia, że mianowicie drzewa – te stare słupy i żywe filary, okalające uroczysko – tak sobie „zwyczajnie”, tak sobie „normalnie” przybliżyły się do naszego namiotu, co prawda niewiele, bo niewiele, tyci, tyci, ale jednak. Ech, mój Boże!

O szóstej rano, po śniadaniu, ruszyliśmy w drogę powrotną przez las, by późnym popołudniem dotrzeć do muzeum instrumentów. Wreszcie miałem okazję do przestudiowania sprawy tajemniczej pozytywki. Rozłożyłem się więc w jednej z tych obszernych, muzealnych komnat i poprosiłem, aby mi nie przeszkadzano. Ostrożnie wziąłem do ręki delikatny, miniaturowy przedmiot grający i nakręciłem mechanizm sprężynowy. Zacząłem wsłuchiwać się oraz wczuwać w moc muzyki z pozytywki. O analizie spektralnej widma póki co nie myślałem. Skupiłem się za to wyłącznie na materiale wysokościowym i interwałach, z których zbudowana była tkanka melosfery, pamiętając o słynnym powiedzeniu „mi contra fa diabolus in musica est” (to tak na wszelki wypadek na ewentualność obecności trytonu). Gdybym miał do dyspozycji fragment dzieła muzycznego większy od tego tu prostego motywu czterodźwiękowego w głosie najwyższym, można by było pokusić się o określenie centrum tonalnego, co doprowadziłoby w efekcie do ustalenia rodzaju modalności. Nieobecność dźwięków prowadzących, związana z brakiem kadencjonowania, również nie ułatwiała mi życia. Niemniej jednak intuicja podpowiadała mi, iż w tym przypadku mogę mieć do czynienia z którąś z pentatonik anhemitonicznych, czyli bezpółtonowych. I – na Jowisza! – już sam fakt, iż jest to pentatonika, a więc skala pięciostopniowa, w kontekście okultyzmu zasługuje na odnotowanie! Gdyby zatem potraktować ów materiał wysokościowy jako skalę, a nie jako zbiór zwykłych, hmm, fałszów, jak pierwotnie zakładałem, rychło okazałaby się, że jest to rzecz całkiem nowa, w literaturze muzycznej niespotykana. Wszelako dałbym sobie rękę obciąć, iż gdzieś już ją słyszałem, że gdzieś z tą pentatoniką się zapoznałem, i nie wiedziałem tylko, gdzie. Ot, i tajemnica!

I tak rozmyślałem… aż w końcu usnąłem, albo też zapadłem w jakiś rodzaj transu (sam nie wiem). I nawet nie zwróciłem uwagi na to, że pozytywka powtarza swój motyw w kółko wciąż od nowa, a przecież nikt jej mechanizmu nie regulował, nikt jej nie nakręcał.

Ocknąłem się, gdy na dworze było już całkiem ciemno, a za oknem niespokojnie huczał wiatr i chyba zanosiło się na tęgą burzę. Ja tymczasem znajdowałem się pośrodku narysowanego kręgu z dziwnymi, iście szatańskimi symbolami, dzierżąc w dłoni białą kredę, a wkoło mnie zgromadzone i milczące trwały bezrękie i pozbawione oczu postacie z obrazów z koszmaru, który przyśnił mi się ostatnio w kolejce.

Śpiew pozytywki narastał z każdą chwilą i był już naprawdę głośny, przeraźliwie głośny. I całe zamczysko grzmiało od tego okropnego ryku i trzęsło się w swych posadach. Ludzie, którzy mi towarzyszyli, w pewnej chwili zaintonowali posępną, baryfonicznie brzmiącą pieśń z burdonem w głosie basu i tenoru, mającą do spełnienia, jak się zdaje, jedno zasadnicze zadanie – przywołać oto samego Lucyfera, pana piekieł i podziemi.

Tę ornamentalną, melizmatyczną melodykę rozpoznałem od razu. Było to muzyczne rozwinięcie motywu pozytywki, która teraz jak gdyby ożyła i zaczęła akompaniować, tak sama z siebie, niczym orkiestrze barokowej basso continuo. Wsłuchując się w misterną, rytualną kompozycję, stwierdziłem z niejakim zadowoleniem, że oto jednak nie pomyliłem się, co do niej (a w kwestii domniemanej wcześniej modalności). Wszelako w sytuacji, w jakiej obecnie się znajdowałem, nie miało to większego znaczenia. I nagle uświadomiłem sobie pewien prosty fakt, o którym zdążyłem przez lata dorosłości zapomnieć, a mianowicie to, iż znałem i pamiętałem tę oto „fałszywą” pentatonikę z wczesnych lat dzieciństwa, gdy śpiewała mi ją matka do snu.

I gdy tak rozmyślałem, dokonując ekspresowej analizy dzieła muzycznego, podeszła do mnie nieoczekiwanie starsza pani, w której rozpoznałem znaną mi już służącą. Nieoczekiwanie też zostałem pojmany i skrępowano mi ręce.

– Teraz już wiesz, Iwanku lub, jak wolisz, Adamie – odezwała się kobieta – jaki jest prawdziwy powód sprowadzenia cię do Oltenii. Za chwilę pojawi się szatan we własnej osobie, nasz pan i władca, a ty dobrowolnie oddasz mu pokłon i podążysz za nim aż do samego piekła. Pamiętaj, to dla ciebie wielki zaszczyt!

– O czym pani mówi? – Byłem w szoku.

– Pani, powiadasz? Och, żadna ze mnie pani! Wiedz, że zawsze cię kochałam. Ale, jako twoja matka, popełniłam błąd wyjeżdżając z tobą malutkim z Rumunii i oddając cię pod opiekę przybranej rodzinie, którą błędnie bierzesz za swą własną. Myślałam, że w ten sposób uciekniesz przed kultem, choć byłeś mu przecież obiecany… i to jeszcze zanim się urodziłeś. O, jakże się pomyliłam! Jakże strasznie się pomyliłam! Przed nim nie można się skryć.

– Bredzisz, pani! Idź precz!

Poszła, a jej skrzypce, w których od razu rozpoznałem stary, cygański instrument, ten sam, o którym Don wspominał w swoim liście, dołączyły do wzbierającego wszechoceanu dźwięków i sonoryzmów. Ów koncert chóralny z towarzyszeniem pozytywki trwał w najlepsze i zdołał już całkowicie zagłuszyć transylwańską burzę z efektami świetlnymi i pirotechnicznymi w tle. Oczywiście tak znakomity zespół posiadał znamienitego dyrygenta, mistrza ceremonii, w którym, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, rozpoznałem doktora Karpio, kochanego mego gospodarza. A zewsząd dawało się słyszeć ryki i zawołania:

– Ofiara, ofiara! Północ się zbliża. Już czas! On tu jest!

Chorał wchodził właśnie w fazę forte fortissimo, kiedy odczułem przejmujące do głębi zimno, bijące od strony sufitu, z którego w powolnym tempie largo, może adagio, zstępowała ciemność wszechmogąca i kładła się niczym zaczarowana czarna mgła ponad gotyckim pejzażem, pełnym mocy i utajonego rozedrgania. Ta lodowata, złowroga aura, pełna jakiejś niewysłowionej, mrocznej chwały, pochłaniała wszystko i szczelnie wypełniła całe to pomieszczenie. Zbliżająca się istota była olbrzymia i niewzruszona, nieomal posągowa, a jej postać widzialna, choć się nie poruszała, zupełnie nagle wyrosła tuż przede mną. O dziwo nie czułem już ani strachu, ani obrzydzenia, ani zatroskania; mój umysł wykraczał po prostu poza te prymitywne i proste odczucia. Ale serce zmroziło mi dopiero wejrzenie ogromnej bestii z rogami, kiedy mój wzrok spotkał się ze wolna wyłaniającymi się z czerni ślepiami, szklącymi się na czerwono, na ohydnie krwistoczerwono. I usłyszałem swój własny głos, wypowiadający słowa (jakby na przekór zdrowemu rozsądkowi), których przecież wcale a wcale nie miałem woli z siebie wykrztuszać:

– Mistrzu! Uczyń mi zaszczyt i dopuść mnie do siebie. Jestem dobrowolną ofiarą, twoim uniżonym sługą.

Na koniec, kątem oka zdołałem jeszcze zauważyć prawdziwie mistrzowski portret, starannie i niebywale artystycznie wykonany, który przedstawiał mnie samego, zagubionego pośród pól i przepastnych borów mglistej Oltenii. Był to w przyzamkowej galerii Dona malunek nowy i jedyny w swoim rodzaju, jedyny, bo przedśmiertny! Potem usłyszałem jeszcze lament pozytywki, układający się w sekwencję wysokości, symbolizujących początkowy fragment imienia Adam: A-D-A, A-D-A…

Koniec

Komentarze

OK, to ja może zacznę nieśmiało… Ponieważ zawsze denerwuję się, czekając na pierwszy komentarz, pomyślałem sobie, że w takim razie mój będzie tym pierwszym. Sprytne, nie? No i proszę, oto i on: “Przeczytałem. I stwierdzam, że tekst jest strasznie długi jak na mnie! Koniec komentarza”. Teraz może pojawią się kolejne, no oby. ;) 

Pojawią się, pojawią, Maćku, a na razie weź coś na uspokojenie i opanuj zdenerwowanie, bo to jeszcze trochę potrwa. Właśnie zaczęłam czytać, ale podejrzewam, że sen może mnie zmorzyć i będę musiała dokończyć rano. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem. I stwierdzam, że tekst jest strasznie długi jak na mnie!

Zajrzałam do tekstu i tak właśnie sobie pomyślałam: ależ się Maciek rozpisał ;) Zostawiam sobie na jutro.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rozpisałeś się Maćku. I to nieźle.

Ogólnie, bardzo lubię motywy, które wykorzystałeś – lubię czytać o formach sztuk wszelkich, od muzyki po malarstwo. Nie znam się aż tak bardzo w tych klimatach, ale sprawia mi przyjemność lektura, bo to jest takie trochę uchylanie rąbka tajemnicy. Bardzo umiejętnie wprowadzasz gotycki klimat i czuć staroświeckość w którą celowałeś. Jednak miałam wrażenie, że końcówka jest zbyt gwałtowna. Wydaje mi się, że mogłeś jeszcze trochę bardziej to pociągnąć. Lubię okultystyczne klimaty i mimo że należą do eksploatowanych często, to jednak oczekiwałam po Tobie nieco więcej w tej materii. Gdyby nie “ucięta” końcówka, byłabym zachwycona, a tak mogę cieszyć świetnym i staroświeckim klimatem.

Ja się Maćku nie rozpiszę. Bo choć przepadam za Twoim pisaniem, tym razem zawiodłem się srodze. Albowiem nie przepadam za tak poprowadzoną narracją (którą zowę krotochwilną) i czytać jej nie mogę bo mnie męczy przepotwornie. Dlatego po drugiej * (istniejącej domyślnie) dałem pass.

Celowałeś też chyba trochę w Lovecrafta Macieju. Ale nie mogę się niestety nie zgodzić z Twoim pierwszym komentarzem. Dłuży się to okropnie ;)

Dzięki, Deirdriu, Dalekopatrzący oraz Endrek, za pierwsze wasze komentarze!

Starałem się, ażeby strona muzyczno-techniczna i teoretyczna wyszła wiarygodnie, a reszta – to już swoisty miks Schulza, Blackwooda, Lovecrafta oraz Mérimée plus parę leśmianizmów. I przepraszam za dłużyzny. Chciałem “polecieć” “Wierzbami”, które liczą sobie, jak wiadomo, ok. 50 stron (bagatelka, he!). 

 

#Dalekopatrzący, postaram się nie zawieść w przyszłości! 

 

#Deirdriu, cieszę się, że doceniłaś zwłaszcza tę staroświeckość. I pomyśleć, że na początku miałem do dyspozycji tylko seksty “Tańca węgierskiego”, który czasem sobie gra (główny wyzwalacz całego pomysłu), oraz sen-horror o leśnym muzeum. I naprawdę nic więcej.

Ech, Maćko, nie wydaje mi się, abyś się silił na kogokolwiek, bo śmiem twierdzić, że tworzenie w stylu, w jakim napisałeś Muzeum instrumentów muzycznych, stało się już Twoim znakiem firmowym. Lubisz ozdabiać zdania koronkami, falbankami i riuszkami metafor, porównań i neologizmów, że o terminologii muzycznej nie wspomnę, jako że bez niej Twoje opowiadania już się chyba nie obejdą.

Lubię Twoje pisanie, ale wyprawa do Rumunii okazała się dla mnie mocno męcząca, już to z powodu długości, jak i zaoferowanego zestawu atrakcji – miałam nadzieję na dłuższy pobyt w muzeum i mrożące krew w żyłach niespodzianki związane z pozytywką, tudzież innymi instrumentami, może z kustoszem, a pognałeś mnie na dwudniową konną wycieczkę do lasu. Uroczą skądinąd, ale wielka szkoda, że to, na co czekałam, zmieściłeś ledwie w ostatnich akapitach opowiadania, w dodatku dość zwięźle i nie mogę powiedzieć żeby to, co wydarzyło się w sali z pozytywką, bardzo mnie zaskoczyło.

 

jest zgoła czymś zu­peł­nie innym, a ni­że­li –> …jest zgoła czymś zu­peł­nie innym, ani­że­li

 

z uwagi na swe uro­kli­we, na­ustro­nio­ne po­ło­że­nie… –> Chyba miało być: …z uwagi na swe uro­kli­we, na­ustro­nne po­ło­że­nie

 

pod­czas ru­ty­no­wych, noc­nych ob­cho­dów po ciem­nych za­uł­kach mu­ze­al­nych, do­cho­dził do jego uszu cha­rak­te­ry­stycz­ny i jakby nieco fał­szy­wy po­chód czte­rech sekst rów­no­le­głych… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

po­chwy­ci­łem po­zy­tyw­kę, cap!, –> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

ra­to­wa­łem się uciecz­ką, pę­dząc, gdzie tylko pieprz ro­śnie… –> Powiedzenie uciec gdzie pieprz rośnie jest związkiem frazeologicznym.

Proponuję: …ra­to­wa­łem się, uciekając gdzie pieprz ro­śnie

 

a nie­kie­dy nawet rogi, czym raz to więk­sze i bar­dziej plu­ga­we… –> …a nie­kie­dy nawet rogi, coraz to więk­sze i bar­dziej plu­ga­we

 

To dziw­ne – za­uwa­ży­łem. – Na co to komu na takim upior­nym wy­gwiz­do­wie? – Jeśli to wypowiedź bohatera, powinieneś ją zapisać jako dialog, a jeśli bohater pomyślał, tu znajdziesz poradnik, jak czytelnie zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

za­wo­łał tym swoim moc­nym, gru­bym gło­sem. –> Czy zdarzało się, że wołał tamtym cudzym głosem?

Może wystarczy: …za­wo­łał moc­nym, gru­bym gło­sem.

 

wpa­try­wa­łem się w nie­skoń­cze­nie od­le­gły i od­da­la­ją­cy się czym raz to bar­dziej sufit… –> …i od­da­la­ją­cy się coraz to bar­dziej sufit

 

– Tak! Chcę spać. – Po­my­śla­łem i usną­łem. –> Tak się nie zapisuje myśli. Skorzystaj z poradnika.

 

ście­ży­ną, która sta­wa­ła się z każdą chwi­lą czym raz to węż­sza i węż­sza… –> …ście­ży­ną, która sta­wa­ła się z każdą chwi­lą coraz to węż­sza i węż­sza

 

A nie­opo­dal mo­na­sty­ru i są­sia­du­ją­ce­go z nim sioła… –> Dwa zdania wcześniej napisałeś: – W pew­nym mo­na­ste­rze ol­teń­skim… –> Oba słowa są poprawne, ale wypadałoby ujednolicić pisownię.

 

a spra­wa zna­le­zie­nia kozła ofiar­ne­go, od­po­wie­dzial­ne­go za nie­uro­dzaj, sta­wa­ła się pilną… –> …sta­wa­ła się pilna

 

błot­ni­stą bez­deń, po­ro­słą so­cze­wi­cą wodną, ko­tew­ką orze­cha wod­ne­go… –> …błot­ni­stą bez­deń, po­ro­słą so­cze­wi­cą wodną, ko­tew­ką orze­chem wod­nym

 

Tym­cza­sem nad­je­chał mój drogi to­wa­rzysz. –> Skąd nadjechał, skoro parę zdań wcześniej napisałeś: Don na­to­miast leżał o kilka me­trów dalej i z wolna się pod­no­sił i też już od­zy­ski­wał formę. –> Czy aby pokonać najwyżej dziesięć metrów, trzeba wsiadać na konia?

 

Nigdy jesz­cze nie wi­dzia­łem Je­zu­sa ani żad­nej innej isto­ty, która by była zdol­ną stą­pać po wo­dzie… –> …która by była zdol­na stą­pać po wo­dzie

 

I tu ski­nął głową za od­da­la­ją­cym się zwie­rzę­ciem w wiel­ce wy­mow­ny spo­sób. –> Co to znaczy, że zwierzę oddalało się w wielce wymowny sposób?

A może miało być: I tu, w wiel­ce wy­mow­ny spo­sób, ski­nął głową za od­da­la­ją­cym się zwie­rzę­ciem.

 

Ostroż­nie wzią­łem de­li­kat­ny, mi­nia­tu­ro­wy przed­miot gra­ją­cy do ręki… –> Co to znaczy, że przedmiot grał do ręki?

A może miało być: Ostroż­nie wzią­łem do ręki de­li­kat­ny, mi­nia­tu­ro­wy przed­miot gra­ją­cy

 

po­ku­sić się o okre­śle­nie cen­trum to­nal­ne­go, co do­pro­wa­dzi­ło­by w efek­cie do okre­śle­nia ro­dza­ju mo­dal­no­ści. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

że po­zy­tyw­ka po­wta­rza swój motyw po­zy­tyw­ki w kółko… –> Jak wyżej?

 

On nad­cho­dzi!

Cho­rał wcho­dził wła­śnie w fazę forte for­tis­si­mo… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

w po­wol­nym tem­pie Largo, może Ada­gio… –> Dlaczego wielkie litery?

 

kiedy mój wzrok spo­tkał się z wolna wy­ła­nia­ją­cy­mi się z czer­ni śle­pia­mi, szklą­cy­mi się na czer­wo­no, na ohyd­nie krwi­sto czer­wo­no. –> …kiedy mój wzrok spo­tkał się ze z wolna wy­ła­nia­ją­cy­mi się z czer­ni śle­pia­mi, szklą­cy­mi się na czer­wo­no, na ohyd­nie krwi­stoczer­wo­no.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielkie i stukrotne, a nawet tysiąckrotne dzięki, Reg. Co ja bym bez Ciebie zdziałał, tego nie wiem. Pewnie nic bym nie zrobił (z naciskiem na nic). Babole poprawiłem w tempie presto (jak widać)! ;)

Maćko, skoro usterki naprawione, klikam. Bo choć podróż była męcząca, nie mogę nie docenić sposobu w jaki ją opisałeś.

No i bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale mi humor na wieczór poprawiłaś (z dobrego na bardzo dobry)! Dzięki! 

Bardzo proszę i PSNP. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, jest jakaś fabuła. Idziesz w dobrym kierunku.

Niestety, zdecydowanie nie jestem targetem. Już pomijam to, że – jak dla mnie – współczynnik liczby wydarzeń do znaków jest zbyt niski. Ale odbijałam się od terminologii muzycznej. No, dla mnie to coś jak hard SF dla zapiekłego humanisty. Nawet nie ma sensu guglać, bo po trzech terminach zacznę zapominać pierwszy. Efekt był taki, że sporej części tekstu nie zrozumiałam, bo opowiadanie na dźwiękach stoi.

Lovecrafta też nie lubię.

W Poznaniu jest muzeum instrumentów. Byłeś?

Ale wykonanie całkiem, całkiem. O ile nie zrobiłeś literówek w tych obcych dla mnie słowach. ;-)

O szóstej, szóstej trzydzieści rano, po śniadaniu,

O szóstej jesienią (zwłaszcza w górach) jeszcze trwa noc. Też mi wycieczka krajoznawcza, jeśli trzeba się zrywać przed świtem…

Babska logika rządzi!

Lubię muzykę klasyczną, początek o tych kryptogramach przywiódł mi na myśl “Doktora Faustusa” Manna, Lovecrafta nie tyle lubię, co cenię za to, co wniósł do fantastyki… Czyli w sumie jak dla mnie dość na klik, choć przyznam, że tekst jest lekko przegadany i troszkę więcej obiecuje, niż w końcu daje.

Ale podobał mi się nastrój, wszechobecna muzyka i potoczysta narracja.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

# Super, Drakaina! Cieszę się, że Ci się w miarę podobało. I dzięki oczywiście za kliczek.

 

# W Poznaniu jest muzeum instrumentów. Byłeś? – Nie byłem (wstyd się przyznać), a szkoda. Podobno warto. 

Fajnie to napisałaś: “No, dla mnie to coś jak hard SF dla zapiekłego humanisty”. I pomyśleć, że tak bardzo siliłem się na prostotę. I byłem zwłaszcza zadowolony z tego, w jaki sposób przedstawiłem zawiłości teorii muzyki, stronę muzyczno-techniczną. Napisałem to, co napisałem, a potem pomyślałem: o, fajnie i kompaktowo wyszło. Gdyby mnie tak ktoś wykładał muzykologię na studiach, bez zbędnego chrzanienia i lania wody, to byłbym wielce kontent. A tu masz! Hard SF! I kto to mówi, Finkla, kto to mówi? ;)

Mnie się to muzeum podobało, czyli musi być w porządku, skoro nawet takiego zatwardziałego antymuzyka przekonało. ;-)

Muzyczne hard SF. Wytłumaczyłeś… Jakby Ci tu naszkicować skalę problemu… Wiem, że termin “adagio” coś znaczy w muzyce. Chyba coś z tempem. “Largo” już mi się bardziej kojarzy ze zwrotem “sensu largo”, ale jeszcze daje radę. A na przykład takie seksty – w życiu o nich nie słyszałam. To coś analogicznego do kwinty? Nie żebym potrafiła zdefiniować kwintę (odległość? Współbrzmienie dwóch tonów? Jeden ton po drugim?)…

Babska logika rządzi!

Finklo, kwinta i dwie seksty (a także prima, dwie sekundy, dwie tercje, kwarta, dwie septymy i oktawa, chyba nic ważnego nie pominęłam) to wszystko interwały, czyli tak, potocznie mówiąc odległość między dźwiękami. (Z opisem fizycznym to ja wymięknę, więc nie silę się, ale chodzi ogólnie o częstości.) Na fortepianie łatwo to sobie zagrać, bo cała ta sekwencja jest przypisana klawiszom (klawisz co pół tonu). Aha, po drodze jest jeszcze tryton (odległość trzech całych tonów), uważany za źle brzmiący.

PS. Te dwie to zawsze mała i wielka.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Aha. Czyli odległość i to analogicznie do kwinty. Może zapamiętam. Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Cieszę się, że się podobało. :)

A tutaj mamy filmik o interwałach (nudny jak cholera, ale może być pomocny): https://www.youtube.com/watch?v=tE9lKvAZFk0 

 

Faktycznie, nudny. Niepotrzebnie facet wymienia te wszystkie półtony po kolei. Jakby recytował tabliczkę mnożenia.

No, to jest jakieś wyjaśnienie. I tak za tydzień zapomnę…

Babska logika rządzi!

Może mi nie uwierzysz, Finkla, ale, na dobrą sprawę, staram się unikać tematów muzycznych, z różnym zresztą skutkiem. Pisarstwo – to swego rodzaju dla mnie odskocznia od harmonii, kontrapunktu, kształcenia słuchu i innych, takich tam… Poza tym nie chcę się zamykać na cały ten piękny świat pozamuzyczny, który powoli odkrywam słowem i który wydaje mi się teraz o wiele ciekawszy, a niżeli kiedykolwiek przedtem. Choć oczywiście nadal najbardziej intryguje to, co niewyrażalne. I pomyśleć, że był taki okres w moim życiu, kiedy w ogóle nie uznawałem – i to najlepsze określenie: nie uznawałem – beletrystyki, nie poważałem jej po prostu. Ciekawe, co nie?

Ładne i nastrojowe :)

Znam tylko pięć liter ;)

Cieszę się, Anet. Dzięki! Następne opowiadanko będzie jeszcze bardziej nastrojowe, a nawet sentymentalne, ale z nieco wyraźniejszym zakończeniem. :)

Pewnie będzie sporo powtórzeń, bo znowu odkładałam sekcję na później – ale jestem i masakruję.

 także w instrumencie muzycznym

Brzmi to tak, jakby były uwięzione w pocztówce i w instrumencie.

 Innym, znanym

Bez przecinka.

 tegoż wielkiego

Czemu "tegoż"?

 geniusza ani

Dałabym tu przecinek: geniusza, ani.

 przedmiocie, ze swej natury, martwym

To chyba nie jest wtrącenie.

 jest zgoła czymś zupełnie innym

Chyba za dużo tych określeń.

 całkowicie, ale to całkowicie nie wierzę

Chyba "ani trochę" byłoby lepsze.

 omawianych – jest

Właściwie po co Ci te myślniki? To nie pierwszy i nie ostatni myślnik w środku zdania.

 Dzwon ów posiadał serce, tak normalnie

Zderzenie tonów. Nomen omen :)

 bardziej spirytualnego

Hmm…

 otrzymałem list od mojego szacownego przyjaciela

Naturalniej byłoby: otrzymałem od mojego szacownego przyjaciela list.

naustronne położenie

Oj, chyba ustronne.

 przepastnego gmaszyska, będącego w istocie średniowiecznym zamkiem

To się nie trzyma kupy – "gmach" i "zamek" wywołują jednak różne obrazy.

 drewna rezonansowego

Żargon?

 Tymczasem dziwność

Myślę, że "tymczasem" tu zawadza.

 na rodzaju wykorzystanego do jego budowy, nietypowego materiału, o którym wspominałem wcześniej.

Ojejuśku, jakie to na siłę przedłużone.

 niezwykłego uroku brzmienia

Czy urok się zawiera?

 tajemniczy budowniczy

Jazz :) I lutnik się zawierał w instrumencie?

 nocnego monitoringu

Uch, w takim gawędziarskim tekście – takie nowoczesne, skrótowe, niechlujne słowo. Fuj. Czemu nie "obchód"? Zwłaszcza, że "monitoring" kojarzy się raczej z kamerami.

 fałszywe następstwa

Żargon?

 incytatorem od strony podmiotu

Nie, tu już przesadzasz.

ażebym wystarał się o jakieś sensowne wyjaśnienie

Wystarać się można u kogoś – czyli wyprosić, załatwić. Nie.

 mknąłem kolejką, pnąc się

Jakieś to – nie wiem nawet, czy nadmiarowe w całym tym baroku, ale nie pasuje mi.

 zupełnie nagle spłynął na mnie dobroczynny sen

I on to zauważył i opisuje tak szczegółowo, hmm?

 Wszedłem więc głębiej w twardawą strukturę fotela, mięknącą z każdą kolejną sekundą, ażeby mój oniryzm nabrał rumieńców

Nie, zdecydowanie przesadzasz. Dajesz się ponieść słowom. Spokojniej.

 element biosferyczny

Zgrzyt w tonie. I "biosferyczny" jest potwornie pretensjonalne.

na co dorodniejszym drzewie pozawieszane zostały niezwykle cenne malowidła

Skoro tak, to na dorodniejszych drzewach.

 I nie były to broń Boże reprodukcje ani tanie podróby

Przecinki: I nie były to, broń Boże, reprodukcje, ani tanie podróby. Co też jest kolokwialne.

 Wszystko zdało mi się, jak gdyby

Archaizm – ma być?

 stromym a łysawym

Stromym, a łysawym. Kresom?

 miałem zaszczyt już niebawem przyjechać

Zwykle zaszczytem nazywa się coś, co już zaszło.

 stopniowo i z wolna ożywali

Przecież on biegnie? Jak może zauważyć, że to się dzieje powoli?

odnaleźć swoim błędnym wzrokiem

Nie mogli cudzym.

 Istny koszmar!

Miej do siebie trochę zaufania – sen, który opisujesz, bez wątpienia jest koszmarem.

 w cedrowym i lepkim od starości, niewygodnym siedzisku

Na siedzisku (których bydlęce wagony nie potrzebują), i cedr kojarzy się raczej z bogactwem.

konduktor w wyświechtanym uniformie kolejarza

A w czyim uniformie może występować konduktor?

 melodyjnym głosem tenora

I podobnie: melodyjnym tenorem.

 Dziękuję ci, dobry człowieku

Jakoś bardziej historyczne wydaje mi się pluralis: Dziękuję wam, dobry człowieku. Ale może się mylę – skonsultuj się może z drakainą.

 z tego, co wiem Słowacja

Z tego, co wiem, Słowacja.

 stanowią swego rodzaju zaporę; nooo, chronią naszą kulturę przed obcymi wpływami

Poza "noo" – jakieś to zbyt współczesne dla konduktora z okresu CK monarchii.

 znajdowało się docelowe muzeum instrumentów

Docelowość nie jest cechą immanentną muzeum ;)

 Po opuszczeniu stacyjki, szarej i obskurnej

Ale już przecież przeszedłeś do lasu, i wędrujesz nim, więc po co zawracasz na stację?

 las, w którym było ciemno jak w nocy

I jak to się zgadza z tymi kolorami?

 na tellurycznym ekranie gruntu,

Przesada.

zamczycho

No, wiesz? Zgrubienie? Tutaj?

Na co to komu na takim upiornym wygwizdowie?

Teraz się zastanawia.

 nie pozwolił na to, bym choć przez chwilę czuł się źle i trwożnie.

Ale i tak się poczułeś. I czy można się czuć trwożnie? Chyba nie.

 pogratulować tych jej

Składnia: pogratulować jej tych (bo tak, jak jest, wygląda to na powiedziane z przekąsem).

na poły muzyczką

Muzykantką – muzyczkę grają w windzie.

 skazę na jej duszy

Mącisz, panie dzieju.

 mogłem pozostać

Pozostać?

 poprzez uszy

Jednak "przez".

 prolongowanych odstępach ciszy

Tak wydumane, że śmieszne.

 skapywały ascetycznie z kranu

Czemu "ascetycznie"?

 majestatyczna i dobroczynna niczym sen piana

Majestatyczna? Hmm?

 poszum „ssssss”… pękających pęcherzyków

Nie wiem, czy tak bym ten dźwięk nazwała.

 W tym sennym miejscu i na tym rozłożystym łożu

Przecież jest w wannie?

 dokonywano krwawych ofiar

Raczej je składano – i chyba zamiejscowi nie przyjeżdżali specjalnie po to?

 W pewnym monasterze (…) panowała susza.

Chyba na ziemiach monasteru?

 Doprawdy bardzo ciekawa klechda, fascynująca historyjka o rumuńskim odpowiedniku rodu wodników!

Jakiś ten komentarz… burzący czwartą ścianę. Prawie ironiczny.

 mój przewodnik z doktoratem

Wiemy, że ma doktorat, nie musisz tego za każdym razem zaznaczać.

 urwisko, które trzeba było jakoś zaliczyć

Zaliczyć urwisko?

 kotewką orzechem wodnym

Nie pisz nazw gatunkowych, tylko opisuj – nie każdy wie, jak wygląda kotewka.

 Faktem jest, że przejeżdżając obok, słyszało się niekiedy

Skąd on to wie?

 No a teraz

No, a teraz.

 Było źle, naprawdę źle.

Jakoś nagle ten potwór wyskoczył. Jeśli to ma budować oniryczny nastrój, to w porządku, ale wolę zaznaczyć.

 znajdował się mój rumak, spokojny, łagodny

Hmm. Coś tu nie zagrało, w następnych zdaniach też.

 teraz pochylał się nade mną zgarbiony jakiś dziad

Nie zauważył go od razu?

 efekt tchórzostwa

Dziwnie brzmi takie zderzenie tonów.

 udzielił mi się ten jego żar mędrca oraz powaga zawarta w głosie

No, nie wiem.

 Kup sobie za to, wiedźminie

Wiedźmin kojarzy się jednoznacznie z Geraltem. Po prostu Sapkowski już go sobie zaklepał.

 Biedni ludzie

Powtarzasz ludzi – tych można zamienić na "biedaków".

 równie szybko, co się pojawił

Równie szybko, jak.

 wcale a wcale

Wcale, a wcale.

 tempie lekkiego truchtu nocleg nasz wypadnie

Nocleg nie wypadnie w tempie.

w ustroniu potężnych słupów

No, nie wiem.

 mój lęk i niepokój

Lęk od niepokoju mocniejszy, więc powinien być na drugim miejscu, jeśli w ogóle chcesz tu pchać ten niepokój.

 uśpiona dotąd groza, a co więcej, była ona podszyta prawdziwą trwogą

Groza bez trwogi nie istnieje.

 położonym na śródleśnej polance

Wtrącenie zbędne, wręcz przeszkadza.

 rozpoczęliśmy przyrządzanie gulaszu

Primo – wydumane do granic śmieszności. Secundo: gulasz gotuje się długo, a oni są głodni.

 bezwzględną ciszę, przerywaną

Skoro przerywaną – to czy bezwzględną?

 na tle wspomnianej ciszy nasza rozmowa brzmiała wyjątkowo sztucznie

Mniej więcej tak, jak to zdanie.

innego planu istnienia, wywodzących się z innej gałęzi ewolucyjnej

Zderzasz baśń z nauką – to nie zawsze wychodzi źle, ale tutaj nie harmonizuje.

 takiego mianowicie

Sztucznie przedłużasz zdanie. Po co?

 O szóstej, szóstej trzydzieści rano, po śniadaniu

I po co komu dokładna godzina?

 czujnie pamiętając

Znaczy jak?

 Nieobecność dźwięków prowadzących (brak kadencjonowania) również nie ułatwiała mi życia.

To brzmi jak z jakiegoś innego tekstu, zwłaszcza przez ten nawias. To samo w następnym zdaniu.

 fakt, iż jest to pentatonika

On jeszcze tego nie wie – czy się mylę? Tylko się domyśla.

urwał mi się film

Ooj, kolokwializm.

 postacie człowieczne

Człowiecze. Istnieją granice słowotwórstwa.

 stali naokoło i mi towarzyszyli

Dublujesz informację.

 prawdziwy masterpiece

Kolokwialne.

 Wszelako w tej niesamowitej i nie do pozazdroszczenia sytuacji, w jakiej obecnie się znajdowałem nie miało to absolutnie większego znaczenia.

Nie ma sensu nas zapewniać, że sytuacja jest niesamowita i nie do pozazdroszczenia, bo już na to wpadliśmy. A "absolutnie większego znaczenia" jest niezgrabne – albo większego, albo absolutnie żadnego.

 oddając cię pod opiekę przybranej rodzinie, którą błędnie bierzesz za swą własną, za biologiczną.

I musisz tak łopatą? Zamiast to wpleść w fabułę? Która byłaby wtedy cztery razy dłuższa, ale co w tym złego?

 uciekniesz przed kultem

Kultem? To chyba anglicyzm.

 byłeś przecież obiecany jemu

Składnia: byłeś mu przecież obiecany. Wtrącenie wyjęłabym z nawiasu.

 przyćmić transylwańską burzę

Koncert – raczej zagłuszyć.

 postać widzialna, ikoniczna

Znak ikoniczny to taki, który przypomina to, co oznacza. Ikona to święty obraz. Które z tych znaczeń miałeś na myśli?

 których przecież wcale a wcale nie miałem ochoty z siebie wykrztuszać:

Myślę, że nie liczy się forma słów, ale intencja.

 Wyjątkowość tego typu dzieł polega na tym, iż są one obrazami… przedśmiertnymi!

Czemu? Po śmierci trudniej kogoś sportretować.

 

Bardzo, bardzo gęsty tekst, aż trudno się przebić, jak przez puszczę. Twoje słowne ogrody stanowczo potrzebują solidnego przycięcia i przegrabienia, zdania są długie, poplątane, często przesadnie. Fabuła jest, myślę, tylko i wyłącznie pretekstem dla całego tego baroku, bo ani o wielką oryginalność, ani o specjalnie logiczną konstrukcję nie można jej posądzić (nie ma w niej sprzeczności, ale nie prowadzi czytelnika prostą drogą).

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

Wędrówka bohatera do muzeum instrumentów muzycznych przypomina mi trochę podobną scenę w “Nosferatu”, genialnym filmie Herzoga. I to jest fajne skojarzenie, podoba mi się cały, bardzo klimatyczny początek opowiadania, z tym muzykologicznym, erudycyjnym wstępem. Sęk w tym, że druga połowa tekstu wydaje się słabsza, czegoś tam zabrakło, atmosfery, napięcia. I zakończenie też, niestety, nie wywarło spodziewanego wrażenia, Lucyfer jest taki wyświechtany, to już lepszy byłby pewnie Nosferatu.

Jeszcze co mógłbym poradzić, unikaj zwrotu “póki co”, tępionego przez językoznawców, bo to nieładne i rusycyzm. Znacznie lepiej brzmią “na razie” czy “ nadal”. A nagrzeszyłeś aż trzykrotnie…

Dzięki Ci, Droga, Najdroższa Tarnino! Twa pomoc jest nieoceniona. Mogłabyś spokojnie zmienić ksywę na inną, ale również związane ze światem przyrody: Pszczółka mianowicie. 

Poprawiłem prawie wszystkie uchybienia, uganiając się za prostotą. “Wcale a wcale” pozostawiłem wszelako bez przecinka (jest na to odpowiednia reguła językowa, z którą nie będę się spierał). 

 

Dzięki wielkie, Agroeling! Cieszę się, że udało mi się Ciebie zainteresować. Faktycznie: druga połowa opowiadania – to trochę inna bajka, mniej muzykologiczna, mniej poetycka i chyba nie aż tak klimatyczna czy nastrojowa. 

Dobrze, że zwracasz mi uwagę na wstawki typu “póki co”. Naoglądał się człowiek ruskich filmów, naczytał ruskich bajek i oto skutek! :)

 

Jejciu, dzięki :)

jest na to odpowiednia reguła językowa, z którą nie będę się spierał

O, czyżbym znowu uparcie szła w archaizmy? Podeślesz link do słownika?

Odkrycie własnego błędu to nie porażka, lecz okazja (Alfred N. Whitehead)

https://sjp.pwn.pl/zasady/376-90-G-1-Przecinek-a-spojniki-i-a-i-oraz-tudziez-lub-albo-badz-czy-ani-ni;629793

Jak to u Ciebie – tekst na granicy fabularyzowanego strumienia świadomości. Tym razem jednak wyprawa okazała się zajmująca, a droga przez nią nawet ciekawa. Zgadzam się jednak z Tarniną, że przycięcie niektórych wybujałych zdań poprawiłoby czytelność. Całość jest jednak na tyle na plus, że daje klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo dziękuję i za opinię, i za kliknięcie. Zdaje się, że (myśląc o pisarstwie) brnę w stronę rzeźbiarstwa. Mamy więc naprzód bryłę, którą należy stopniowo pozbawić znacznej ilości zbędnego materiału. Nie wiem, czy wiesz, ale ta wersja u góry do pewnego stopnia została już ociosana (przeze mnie i Tarninę właśnie). ;)

Na muzyce kompletnie się nie znam, choć lubię i kocham. Uwierzyłam Ci. Moje myśli w trakcie czytania tekstu.

 

Pierwszy akapit ścięłabym, ponieważ dla mnie na niektórych rozwinięciach tekst traci. Nie znam co prawda Blackwooda, zaraz sprawdzę, kto zacz. Może to dla mnie poruta, lecz ogromnie rzadko czytam coś naprawdę poruszającego z szeroko pojętej fanastyki, większość mnie nudzi. Od dwóch lat próbuję znowu spróbować czegokolwiek w tych rejestrach.

Zrezygnowałabym z wyboldowanych:

„Wierzę i jestem święcie o tym przekonany, że w pochodzie paru zaledwie prostych interwałów muzycznych albo dwudźwięków mieści się informacja o ludziach, którzy odeszli, kwintesencja dawnych czasów, i magia dawnych utraconych światów, czyli tego, co bezpowrotnie utracone, tego co kiedyś składało się na delikatną i pulsującą tkankę, zwaną życiem. Wielokrotnie miałem okazję się o tym przekonać, iż dusze niektórych osób po śmierci zostają niejako uwięzione w przedmiocie martwym: jakimś muzycznym instrumencie, pozytywce, kurancie lub innego rodzaju mechanizmie grającym, na przykład kartce z życzeniami z melodyjką – a wszystko po to, ażeby można było po śmierci zamanifestować nam swoją duchową obecność na drodze fizycznej i akustycznej

 

Dalej chyba też obierałabym jak cebulę, aby dojść do słodkiego miąższu lecz już ostrożniej. Słabe to moje porównanie do cebuli ale ciężko znaleźć coś obieralnego po wielokroć, jeśli z kolei chodzi o środek to matrioszka bardziej by pasowała, czyli wyłuskiwałabym sedno matrioszki. 

Pięknie opowiadasz i wierzę Ci z tym „ursatz”. 

Ojej, szkoda, że skręciłeś w lesie w stronę obrazów, burzy się opowieść, zmieniłabym na instrumenty, dźwięki, opery, muzyków, tubylców, Cyganów nie wiem. Ty kierujesz mnie na inny zmysł, inne odczuwanie – po co? 

 

Zatrzymania słowne

mentalno-astralna aura – zostawiłabym aura, po cóż ją tak dookreślać

telluryczny – eh, jaka szkoda, że niezwiązany z dźwiękiem

reklamujący, wygwizdowie – współczesne, poszukałabym innych określeń

wędrowniczka; Nocka Dobranocka; tyci, tyci – nie zdrabniałabym

bim bam, bim bam – zmieniłabym onomatopeję (to się chyba tak nazywa?) na inną, stanowi zgrzyt 

Czuliśmy się więc jak intruzi – przejście na my, trzymałabym się ja i wspomniała o towarzyszu

 

Przepiękne zdania z relacji podróżnika i diariusza, też opisy miejsc, drogi, znajomość muzyki, Rumunia – raz tylko po niej się wałęsałam. Bardzo ciekawe doświadczenie. Trochę bym cięła w części środkowej.

 

Cholipciuś, nie podoba mi się zakończenie z tym Szatanem, matka ok. Zakończenie jest takie niemuzyczne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, naprawdę bardzo doceniam Twoją pomoc, za którą już teraz dziękuję! Zaraz naniosę poprawki.

 

 

He, fajnie powiedziane:

Dalej chyba też obierałabym jak cebulę, aby dojść do słodkiego miąższu lecz już ostrożniej.

 

A tak, skręciłem po drodze w stronę obrazów. Źle zrobiłem, ale, cóż, punktem wyjścia były dla mnie seksty i właśnie leśna galeria. Od tego zaczynałem.

 

 

Pytałaś o Blackwooda? No i proszę:

https://www.youtube.com/watch?v=uLjl-myG7DI

 

Dziękuję Maćku za link do Blackwooda. :)

 

Nie wiem, czy źle zrobiłeś, nie mam pewności – boję się, radzić, bo jestem zwyczajnym czytelnikiem. To wrażenia. Hm, jeśli punktem wyjścia były seksty i galeria, to może być ważne i musiał być jakiś punkt połączenia. Tak wprost i na szybko, nie widzę go. Pozytywka na obrazie???, to pewnie byłoby zbyt proste, nie wiem.

 

 

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hm, jeśli punktem wyjścia były seksty i galeria, to może być ważne i musiał być jakiś punkt połączenia.

Oj, nie wiem, chyba go nie było. Albo jednak był: sztuka jest swego rodzaju łącznikiem (świat dźwięków – świat kolorów i kształtów).

Był sztuka:), może zejść głębiej, skojarzenia mają swoją moc. Czasami, ciężko się do nich dokopać i rozwinąć, trzeba gadać.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka