- Opowiadanie: Przemek Hytroś - Droga do Laniakea

Droga do Laniakea

Tekst z NF 9/2017 po drobnych zmianach

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

Droga do Laniakea

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny

w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze

ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Zbigniew Herbert, Przesłanie Pana Cogito

 

 

Ametystowy szlak i brama

 

Tylna klapa transportera zadygotała lekko. Jęknęły hydrauliczne podnośniki i szeroki, metalowy jęzor odkleił się od baniastego kadłuba pojazdu. Gdy podest dotknął podłoża, z wypełnionego mrokiem wnętrza dobiegło głośne szczekanie, które brzmiało tak, jakby lew próbował naśladować psią mowę. Na odgłos pierwszego, basowego „łooff!” raptorus Dory przysiadł gwałtownie i zaskoczona dziewczyna o mało nie wylądowała w gęstej, jasnofioletowej trawie. Zaraz jednak poprawiła się i wyprostowała, udając, że nic się nie stało. Zerknęła ukradkiem na Tezausa. Mężczyzna siedział niewzruszony na swoim gadziopiórze i obserwował pojazd, spokojnie pykając fajkę.

Przez jakiś czas nic się nie działo. Nawet szczekanie umilkło. Zniecierpliwiona Dora już miała zapytać pasterza, czy będą tkwić na tym pustkowiu do nocy, gdy na podeście pojawiło się pierwsze zwierzę. Długie, chitynowe odnóża zastukały o metal, stworzenie ruszyło do przodu, lecz zatrzymało się zaraz, kryjąc cielsko w bezpiecznej ładowni.

Tezaus wyjął fajkę z ust.

– No dalej, Askal! – krzyknął. – Wyprowadzaj drani, nie będę sterczał tu do rana.

W odpowiedzi z transportera dał się słyszeć warkot, a potem przeciągły kwik. Niemal natychmiast niezdecydowany arachnod wyskoczył z cienia jak oparzony. Za nim wybiegły następne. Dora była zdumiona, że te na pozór ospałe i zwaliste stwory, które do tej pory widziała tylko w zagrodach na Celtusie, mogą poruszać się tak szybko. Nigdy też nie przebywała tak blisko żadnego osobnika. Dlatego teraz, obserwując beczkowate, choć ledwo napompowane odwłoki, długie pajęcze nogi i zakrzywione haki szczęk, czuła, jak jeżą jej się włosy na karku. Arachnody przypominały wielkie, na wpół najedzone kleszcze. Albo morskie kraby, które zamieniły płytowe pancerze na gumiaste, tłuste balony. Sama myśl, że spędzi w ich towarzystwie następne dwa lub trzy tygodnie, napawała ją mieszaniną strachu i odrazy.

Wymarsz zwierząt trwał dobre pół godziny. Gdy ostatni arachnod zszedł z podestu, z ładowni wyłonił się potężny włochaty łeb. Pies obrzucił leniwym spojrzeniem stado złożone z dwudziestu niespokojnych i porykujących osobników, ziewnął szeroko, ukazując pożółkłe kły, i niespiesznie podreptał na dół. Malamut był stary. Świadczył o tym nieregularny krok i wypłowiałe futro na grzbiecie. Nie ulegało jednak wątpliwości, że arachnody czuły przed nim respekt, bo wystarczyło jedno urwane warknięcie, by ustawiały się w karne grupki.

Tezaus dźgnął piętami boki raptorusa i ruszył w kierunku dziobu statku.

– Jesteśmy gotowi, Markus, możecie się zwijać – powiedział do pilota siedzącego za szklaną kopułą sterowni.

Mężczyzna uniósł do góry kciuk i zastukał palcami w półprzeźroczysty panel zawieszony nad twarzą. Siłowniki zaskowyczały, zakręciła się lampa ostrzegawcza pod brzuchem pojazdu i klapa zaczęła się zamykać. Niemrawy z pozoru Askal wykonał kilka błyskawicznych susów, doskoczył no najbliższego arachnoda i chwycił go lekko pyskiem za odnóże. Stwór ryknął i odbiegł od malamuta. Za nim ruszyło całe stado, jakby instynktownie obierając kurs na wysokie góry majaczące za ametystowo połyskującą sawanną.

Gdy wokół statku zrobiło się pusto, silniki na skrzydłach przechyliły gardziele w dół, zapłonęły niebieskie, bezgłośne słońca napędu grawitacyjnego i statek w ciszy pomknął ku niebu.

Dora patrzyła jakiś czas za malejącym jasnym punktem, który błyskał coraz słabszym światłem odbitym, pochodzącym od dwóch słońc ogrzewających Laniakeę. Z każdą sekundą ogarniało ją przytłaczające poczucie osamotnienia.

– No, co się tak gapisz w chmury, dziewczyno? – ostry głos pasterza wyrwał Dorę z zamyślenia. – Strach cię obleciał, co? Brak cywilizacji sprawia, że tracisz grunt pod nogami? I dobrze. Przyzwyczaj się, bo od tej chwili jesteśmy zdani tylko na siebie. Widzisz tamte kamulce? – Mężczyzna wskazał rząd odległych głazów, które w pierwszej chwili mogły wydawać się przypadkowo rozrzuconymi wapiennymi ostańcami. Jednak gdy Dora zaczęła przyglądać się uważniej, okazało się, że najwyższe iglice są ustawione mniej więcej w regularnych odstępach. Tezaus szturchnął wierzchowca i zbliżył się do dziewczyny na wyciągnięcie ręki. – Za nimi nie ma już nic, co mogłoby łączyć cię ze światem, który znasz. Nie będzie żadnej możliwości kontaktu, nikt po nas nie przyleci, bo każde mechaniczne albo elektroniczne urządzenie, które jest wytworem ludzkich rąk, staje się tam bezużyteczne. Jeśli poważnie się zranisz, umrzesz. Jeśli się zgubisz, umrzesz. Dlatego trzymaj się mnie i wykonuj polecenia, bo nie mam zamiaru co chwilę wyciągać cię z tarapatów. Zrozumiałaś?

Spojrzała w brązowe, głęboko osadzone oczy otoczone pajęczyną zmarszczek. Jak zawsze, zaglądając w te nieprzeniknione krople zastygłego, ciemnego miodu, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wzrok pasterza niczym medyczny skaner prześwietla jej czaszkę i obnaża kłębiące się tam myśli.

– No więc? – mruknął Tezaus.

Kiwnęła głową.

– To dobrze. A teraz zbieraj się. Musimy dotrzeć do menhirów przed zmrokiem.

Po tych słowach odwrócił się i krótkim okrzykiem ponaglił gadziopióra. Zwierzę zagulgotało i ruszyło za stadem, rozdeptując kępy szeleszczącej trawy potężnymi, trójpalczastymi stopami.

Zaczął padać lekki deszcz, zostawiając na płaszczu Dory sine smugi. Dziewczyna roztarła w palcach jedną z większych kropel i stwierdziła, że źródłem barwnika są drobne, puszyste kuleczki rozproszone w mżawce. Zarodniki traw, pomyślała z obrzydzeniem i wytarła dłoń o spodnie. Następnie uderzyła piętami w pokryte piórami boki raptorusa. Wierzchowiec wykręcił długą szyję i spojrzał na dziewczynę parą pomarańczowych, wyłupiastych oczu. Z podłużnego, pokrytego grubą łuską pyska wyrwał się obrażony świergot.

– Ruszaj, gadzie! – nakazała, ale ten ani myślał wykonać bezczelnego polecenia.

– Delikatniej, na litość Boską! To nie drewniana kłoda – dobiegło z przodu. – A jego imię to Serej.

Dora spróbowała jeszcze raz.

– Dalej… Serej.

Stwór stęknął i potruchtał za oddalającym się kordonem, zupełnie ignorując fakt, że jeździec na jego grzbiecie z trudem utrzymuje się w siodle.

 

***

 

Stado parło naprzód niby wielonożny, pomarszczony twór, wyposażony w zbiorową świadomość. Zwierzęta, choć wykluły się i wychowały na innej planecie, instynktownie poznawały swój rodzimy świat. Szły, człapiąc jednostajnie odnóżami, niby zahipnotyzowane.

Dora zastanawiała się, czy to możliwe, aby już tutaj wyczuwały zapach krosnoprastów.

W ogóle odkąd wylądowali niewiele mogła sobie przypomnieć na temat zachowania arachnodów. Co prawda przed wyprawą odbyła kilkumiesięczny kurs przygotowawczy, ale jedyne, co teraz tłukło się jej w głowie, to do znudzenia powtarzane zdanie szkoleniowca: „Trzymaj się z daleka od szczęk i szponów, a będzie dobrze”.

Powoli zapadał zmierzch, lecz mimo wyblakłych kolorów i mgły podnoszącej się nad sawanną zauważyła, iż otaczający ich krajobraz zaczął się powoli zmieniać. Tu i ówdzie pojawiały się połacie gołej ziemi lub średniej wielkości kratery powybuchowe. Kilka razy napotkali też wybebeszone i pordzewiałe wraki bojowych myśliwców. W jednej z maszyn Dora dostrzegła pożółkłe i niekompletne ludzkie szkielety, odziane w poszarpane i pokryte jakimś pęcherzykowatym tworem szmaty. Po dłuższej obserwacji zauważyła, że owe czarne purchawki porastają cały kadłub.

– To trupowięd – rzucił beznamiętnie Tezaus, mijając rozdarte kadłuby. – Nie radzę dotykać, bo zeżre cię żywcem.

– Co tu się stało? – zapytała, gdy chwilę później dogoniła pasterza.

– To, co zwykle dzieje się, gdy jakiś korporacyjny albo rządowy krezus dochodzi do wniosku, że pora zakończyć pokojowe negocjacje.

– Negocjacje? Z kim?

– Wkrótce się dowiesz. Jesteśmy już blisko bramy.

Po tych słowach gwizdnął cicho i jego gadziopiór przyśpieszył.

Rzeczywiście, od menhirów dzieliło ich zaledwie kilka minut drogi. Dopiero teraz do dziewczyny dotarło, jak są ogromne. Widziała je dokładnie, choć pierwsze słońce schowało się już za horyzontem, a drugie, karłowate i krwistoczerwone, niemal dotykało bezkresnego morza traw za ich plecami. Owe menhiry miały wysokość kilkupiętrowych budynków i tworzyły coś w rodzaju kamiennej palisady, ciągnącej się z północy na południe. Natomiast „bramę” stanowiły dwie najwyższe iglice, pokryte dziwacznymi, geometrycznymi znakami.

Arachnody dotarły do niej pierwsze, ale żaden osobnik nie przekroczył linii skał. Zwierzęta zbiły się w gromadę i poprzysiadały na odwłokach, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Askal położył się w trawie, która była tutaj o wiele niższa, i zastygł w bezruchu. Jedynie jego oczy poruszały się, śledząc każdy ruch Tezausa.

Pasterz zsiadł z wierzchowca i zaczął odpinać bagaże zamocowane na bokach zwierzęcia. Następnie uklęknął i z największej torby wyciągnął trzy zawinięte w szare płótno przedmioty.

– Podejdziesz tu, czy mam ci wysłać drona z zaproszeniem? – zapytał, ściągając taśmy i odwijając materiał.

Dora drgnęła jak ukłuta szpilką, ale powstrzymała się i zeskoczyła z siodła dopiero po dłuższej chwili. Tezaus miał specyficzny sposób bycia. Bywał opryskliwy, a w chwilach gniewu ostry jak wściekły szerszeń. Rugał ją nieustannie za wszystko i z bolesną dokładnością wychwytywał słabości i wady. Bywał też sprawiedliwy i pomocny. Nie dawało mu to jednak prawa do pomiatania swoją podopieczną. Podpisując kontrakt z firmą, Dora nie stała się niewolnikiem. Zresztą zauważyła, że pasterz gorzej niż na błędy i niedociągnięcia wynikające z braku doświadczenia reagował tylko na fałszywą uległość i służalczość.

Podeszła do mężczyzny.

– No chyba żartujesz – prychnęła, zobaczywszy w jego dłoni średnich rozmiarów łuk bloczkowy. – Byłam pewna, że ćwiczenia to jakaś podpucha. Sprawdzian umiejętności manualnych, czy coś. Ewentualnie kolejny etap odwyku…

Ostanie zdanie wypowiedziała nieco przyciszonym głosem.

– A czym zamierzasz się bronić wewnątrz kręgu? Tym? – Wskazał rewolwer, który miała przypięty do pasa biodrowego. – No to powodzenia. Jeśli rzucisz nim dostatecznie mocno, to może akurat trafisz napastnika w głowę. Przy odrobinie szczęścia przedłuży ci to życie o jakieś trzy i pół sekundy.

– Ale o czym ty w ogóle mówisz? – zirytowała się. – Jaki napastnik? Tezaus, ja tak naprawdę nie mam żadnych informacji na temat tej planety. To miała być prosta misja: lądujemy, prowadzimy zwierzaki na tereny żerowe, a potem spokojnie wracamy na sawannę. Nikt nie wspominał o jakichś zagrożeniach. Na szkoleniu wszyscy powtarzali, że to bułka z masłem, że nawet nie trzeba pilnować arachnodów, bo wszystkim zajmie się Askal. Mówili…

– Księżyc – wszedł jej w słowo Tezaus.

– Co?

– Laniakea to księżyc, a nie planeta. A co do szkolenia… Powiedzieli ci dokładnie tyle, ile było potrzebne, abyś zechciała podpisać kontrakt. Jeśli masz z tym jakiś problem, retrogenko, to jedź na lądowisko i załóż tam obóz. Wrócę za trzy, góra cztery tygodnie, wezwę Markusa, a potem możesz spieprzać do tego cholernego burdelu dla zboczonych herosów, z którego cię wyciągnąłem. Tylko najpierw oddasz co do gorsza pieniądze, które Christorio wpakował w medyków i leki podczas odwyku.

Dora zacisnęła szczęki. Sama nie wiedziała, czy bardziej zabolało ją nawiązanie do jej poprzedniego zajęcia, czy to, jak ją nazwał. Przez jedną krótką chwilę poczuła impuls, by wskoczyć na raptorusa i pognać przed siebie, byle dalej od tego przeklętego starucha, arachnodów i kamiennych mistycznych bram. Impuls zapłonął jednak w jej umyśle jak jasna flara i zgasł niczym bagienny ognik zalany błotem.

Bez słowa zbliżyła się do Tezausa, wzięła łuk oraz pęk spiętych taśmą strzał i wróciła do swojego wierzchowca. Mocując broń w uchwycie siodła, z nieskrywaną złością w oczach obserwowała pasterza, który ponownie zaczął grzebać w swoich tobołach. Wyciągnął stamtąd krótką, dwuczęściową włócznię. Wstał, skręcił drzewce i kilkakrotnie podrzucił oręż, sprawdzając jego wyważenie.

– Idealnie – uśmiechnął się i popatrzył na Dorę pogodnym wzrokiem, tak jakby wcześniejsza przemowa nie miała miejsca, a on i dziewczyna wybierali się na niedzielne łowy.

Młoda pasterka prychnęła tylko pod nosem. Obiecała sobie, że od tego momentu nie odezwie się do mężczyzny, chyba że sam ją o coś zapyta. Będzie wykonywać wszystkie rozkazy i zachcianki swojego przełożonego. A potem wróci razem z nim na Celtusa, zabierze kontraktową wypłatę, a pasterzowi powie na odchodnym, żeby ją pocałował w…

Dźwięk pojawił się nagle. Nie był zbyt głośny, ale świdrował w uszach i wbijał się w mózg jak lodowy szpikulec. Przypominał odgłos jakiejś trąby albo fletu, tylko zdawał się dobiegać ze wszystkich stron naraz. Arachnody zaczęły natychmiast podnosić się z ziemi i wydawać z siebie krótkie, basowe pomruki. Askal uniósł łeb, przekrzywił go śmiesznie kilka razy, a potem zawarczał i szczeknął.

Tezaus spokojnie zamocował włócznię przy boku raptorusa i podszedł do psa.

– Nie denerwuj się, przyjacielu. Oni już tu są.

Jakby na potwierdzenie słów pasterza w bramie pojawiła się wysoka postać, która wyglądała jak strzęp mroku usiłujący przybrać ludzkie kształty. Irytujący dźwięk zniknął, ustępując przed ciszą tak dojmującą, że aż bolesną.

Starzec zbliżył się do humanoida, przyłożył pięść do ust i czoła, a potem wykonał ręką pozdrawiający gest. Dora stała kilka metrów za nimi, ale mimo nocy, która zdążyła się już rozlać po sawannie, mogła dokładnie przyjrzeć się niezwykłemu osobnikowi. Jej uwagę przykuł przede wszystkim niesamowity ubiór przybysza. Okrywał go długi, sięgający ziemi płaszcz, którego poły falowały lekko, jak zawieszone w podwodnej głębi. Twarz obcego ginęła pod szerokim kapturem. Od czasu do czasu w ciemnym otworze następował kolorowy błysk, niczym świetlny refleks prześlizgujący się po tafli szkła.

Tezaus zaczął coś mówić ściszonym głosem, ale pasterka nie mogła zrozumieć sensu jego słów. Nie słyszała też, aby obcy coś odpowiadał. Nagle zorientowała się, że głowa nieznajomego jest skierowana wprost w jej stronę. W smolistej czerni otwarło się i zapłonęło niebieskim blaskiem ogromne oko.

Dora poczuła się tak, jakby ziemia otworzyła się pod nią i wciągnęła w czarną czeluść. Następnie przez jej głowę zaczęły przepływać niezrozumiałe obrazy, niby kadry z niemego filmu. Filmu, którego bohaterką się stała. Nad sobą zobaczyła żebrowane sklepienie, oparte na ociekających błyszczącym śluzem ścianach. Rozejrzała się. Miejsce wyglądało tak, jakby jakiś szalony rzeźbiarz usiłował wykuć gotyckie komnaty we wnętrzu ogromnego wieloryba. Gdzieś z boku nadpłynęło jasne światło, jedna ze ścian zafalowała i otworzyła się, ukazując wypełniony bielą korytarz. Na jego końcu stała bardzo wysoka i niezmiernie chuda postać o rękach sięgających niemal do ziemi. Istota wyciągnęła dłoń w kierunku pasterki. Dora zrobiła kilka kroków do przodu, a wtedy przestrzeń wypełnił grzmiący głos:

– Hej! Ocknij się!

Rzeczywistość wróciła bez ostrzeżenia i uderzyła w świadomość dziewczyny niby rozpędzony transporter. Dora zamrugała kilkakrotnie i spróbowała zogniskować wzrok. Pierwsze, co zobaczyła, to ciemne niebo, a potem w polu widzenia pojawiła się twarz Tezausa i tańczący płomień pochodni.

– No, w końcu – powiedział pasterz.

Uniosła się na łokciach.

– Co… Co się stało?

– Straciłaś przytomność – oświadczył bez żadnych emocji w głosie i pomógł jej wstać.

Podeszła chwiejnym krokiem do gadziopióra i oparła się o bok zwierzęcia. Pochyliła się i wzięła kilka głębszych oddechów. Na wargach poczuła coś ciepłego. Uniosła rękę i stwierdziła, że krwawi z nosa.

– Wszystko w porządku? – usłyszała z tyłu.

– Tak – odpowiedziała, ocierając twarz wierzchem dłoni.

– To dobrze. Bo już myślałem, że spędzimy przed bramą całą noc. Wsiadaj na raptorusa. Pozwolili ci wejść poza krąg.

 

***

 

Mimo nocy jechali nieprzerwanie od dwóch godzin. Za bramą wszystko wyglądało inaczej. Krajobraz tonął w mroku, ale mimo to różnica w wyglądzie otoczenia była zauważalna. Sawanna przeszła płynnie w pagórkowaty teren, który obrastały drobne, kilkulistkowe rośliny przypominające koniczynę. Tu i ówdzie pojawiały się też wysokie, zupełnie bezlistne drzewa o grubych, fantazyjnie powykręcanych konarach.

Przez całą drogę Dora nie odezwała się do Tezausa ani słowem, a ten nie zadawał żadnych pytań. Od czasu dziwacznej przygody przy bramie miała zawroty głowy i lekkie mdłości. Cały czas myślała też o niesamowitej, chorobliwie chudej postaci, którą ujrzała podczas wizji. Wolała jednak nie dzielić się z pasterzem swoimi przeżyciami. Mężczyzna zapewne uznał, że zemdlała ze strachu.

W końcu Tezaus zarządził postój.

– Zgoń je do kupy, kolego – nakazał Askalowi. – Strasznie się porozłaziły.

Pies ziewnął przeciągle i poczłapał w noc. Po chwili dało się słyszeć jego powarkiwania, urwane szczeknięcia oraz kwiki arachnodów.

Dora zsiadła ciężko z raptorusa. Czuła się potwornie zmęczona i jedyne, o czym marzyła, to położyć się, choćby na gołej ziemi, i zasnąć.

– Co robisz? – skarcił ją pasterz.

Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Przecież zatrzymaliśmy się na nocleg – odpowiedziała.

– To jeszcze nie koniec pracy. Łap! – Stary rzucił jej średniej wielkości pakunek. Ledwie udało się jej go złapać. – Ładuj tyłek z powrotem na zwierza i jedź za mną.

Stała przez chwilę i patrzyła na niknącego w mroku mężczyznę. W końcu westchnęła głośno. Przypięła walcowaty bagaż do siodła, wgramoliła się na wierzchowca i ruszyła w ciepłą, wypełnioną obcymi dźwiękami noc.

– To co będziemy teraz robić? – zapytała, gdy dogoniła pasterza. – Składać podarki mieszkańcom księżyca?

– Jedź na południe przez jakieś dwieście metrów – powiedział, ignorując ironię. – Następnie skręć łagodnie w prawo i jedź przez kolejne dwieście. W walcu, który ci dałem, znajdują się niewielkie czarne kulki. Mniej więcej co dwie minuty rzuć jedną na ziemię. Ja pojadę na północ. Za pół godziny powinniśmy się spotkać i w ten sposób zamknąć krąg wokół obozu. Wszystko jasne, czy mam powtórzyć?

– Jasne, tylko… po co to? Powiesz mi w końcu, co nam grozi, czy dowiem się dopiero, gdy znajdę się w brzuchu tutejszego odpowiednika yeti?

– W nocy polują wilki – oświadczył. – To znaczy… przeważnie w nocy. Te kulki to mieszanina owoców roślin, które są dla nich piekielnie trujące. Sam ich zapach je odstrasza. Nam nie zaszkodzą, ale i tak radzę założyć rękawice.

– Wilki… – Dora kilka razy obróciła w głowie to słowo. – Takie dzikie psy, które można zobaczyć w rezerwatach na Starej Ziemi?

Tezaus uśmiechnął się krzywo i spiął raptorusa.

– Tutejsze odpowiedniki.

Pasterka rozejrzała się niepewnie. Następnie założyła na plecy łuk, poprawiła strzały w kołczanie przy siodle i otworzyła walec.

Niecałą godzinę później leżała przy ognisku i usiłowała zasnąć. Zmęczenie, które odczuwała wcześniej, zostało wyparte przez narastający ból głowy. Przewracała się z boku na bok, aż w końcu usiadła zrezygnowana i zaczęła masować skronie. Zamknęła oczy. Pod powiekami raz za razem wykwitały jasne rozbłyski, jak spadające gwiazdy. Do tego dostała dreszczy.

– Cholera – zaklęła przez zaciśnięte zęby.

– Zaczyna się, co? – wymruczał siedzący po przeciwległej stronie ogniska Tezaus.

Pokiwała głową i naciągnęła koc na ramiona.

Pasterz odłożył fajkę, którą palił, odkąd tylko zsiadł z raptorusa, i zaczął grzebać w plecaku. Po chwili wyciągnął jakieś zawiniątko i rzucił je dziewczynie. Dora natychmiast poczuła ostry zapach subamfy. Z trudem powstrzymała się, by nie wbić zębów w pakunek i nie połknąć na raz całej zawartości.

– Przecież mówiłeś, że firma zerwie kontrakt, jeśli wezmę choć działkę.

– To nie twój narkotyk, tylko roślina, która jest jednym z jego składników. Nie odlecisz po tym, ale powinno pomóc złagodzić głód. Gdy tylko poczujesz zbliżający się atak, weź trochę do ust i żuj przez jakiś czas. Tylko nie połykaj, bo będziesz rzygać przez trzy dni.

Dora spojrzała na pasterza. Nie wiedziała, czy ma dziękować, czy wyrzucić podarunek, na wypadek gdyby starzec testował jej wolę zerwania z nałogiem. W końcu stwierdziła, że wszystko jej jedno. Drżącymi rękami rozerwała foliowy woreczek, uszczknęła mały kawałek z szarawej papki i włożyła go pod język.

Ból głowy ustąpił niemal natychmiast. Drgawki dalej wstrząsały nią raz po raz, ale ogarnęło ją dziwne uczucie zobojętnienia. Tezaus miał rację. To nie był haj. Raczej coś w rodzaju szklanego kokonu, który otoczył dziewczynę i zablokował wszystkie negatywne emocje.

Siedzieli przez długą chwilę w całkowitym milczeniu, obserwując nocny krajobraz.

– Spójrz w niebo – odezwał się niespodziewanie pasterz. – Teraz mi wierzysz, że Laniakea to księżyc?

Dora uniosła głowę i zobaczyła jeden z najpiękniejszych widoków w swoim życiu. Chmury rozstąpiły się, ukazując potężną, kolorową tarczę majestatycznej planety, otoczonej przez kilka błyszczących odbitym światłem pierścieni.

– Mamy szczęcie – stwierdził Tezaus. – Na tej półkuli Filae można zobaczyć tylko po zmroku. Większość nocy jest tu jednak pochmurna, więc naciesz oczy, bo nieprędko ujrzysz go znowu.

Powierzchnia gazowego olbrzyma naznaczona była kilkoma pasmami kotłujących się i wirujących chmur. W gęstej zupie kolorów i kształtów raz po raz pojawiały się i znikały mniejsze lub większe oka cyklonów. Tylko trzy większe burze utrzymywały mniej więcej stały rozmiar. Przypominały morskie galery walczące z szalejącym sztormem.

Nagle biegun północny planety zapłonął jasnym, turkusowym blaskiem. Po chwili migoczące światła zgasły, by za jakiś czas powrócić ze zdwojoną siłą.

– Zorza – uprzedził pytanie Dory Tezaus. – Aurora borealis. Oddech potężnej Wei i westchnienie zakochanego w niej, rozpalonego do czerwoności Hedara.

Gdyby nie cudowne obrazy, roztaczające się przed oczami pasterki, Dora natychmiast skrytykowałaby poetycki patos, w który wpadł jej przełożony. Zamiast tego patrzyła jak oczarowana na koncert barw, jaki przygotowała dla nich natura. Zielono-niebieskie refleksy tańczyły i pulsowały niczym fale przyboju. Trwało to zaledwie kilka chwil, bo chmury zamknęły się nagle, jak wieko grobowca, i wszystkie światła wchłonął mrok.

– Jak to się stało, że Christorio tu trafił? – zapytała po jakimś czasie Dora. – Słyszałam różne plotki, ale ciężko stwierdzić, co jest prawdą, a co mitem.

Tezaus uśmiechnął się.

– A która wersja wydaje ci się najbardziej prawdopodobna?

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Przy zagrodach arachnodów pracowała taka dziewczyna o jasnych włosach…

– Leila.

– Właśnie. Gadałyśmy czasem, gdy przychodziłam popatrzeć. Powiedziała mi, że Christorio był kiedyś rewolucjonistą i przestępcą, który odbywał karę na jednej z kolonii karnych w tym układzie. Gdy skończył wyrok, mógł wrócić na dowolną planetę w zasięgu więziennego transportera. Wybrał Celtusa, ale nie dotarł na niego, bo maszyna uległa awarii i rozbiła się na Laniakei. Tym statkiem leciało ponoć dwudziestu innych byłych więźniów, ale tylko on przeżył katastrofę. Spędził tu prawie trzy lata, nim przypadkiem namierzył go wracający do bazy kontenerowiec górniczy.

– Leila to mądra dziewczyna – podsumował starzec.

– A więc to prawda?

Pasterz zasępił się.

– Te trzy lata całkowicie zmieniły jego życie. Musiał walczyć o przetrwanie, żywić się, czym popadło. Na początku był ciągle o krok od śmierci. Ale potem jakoś poszło… No i w końcu trafił na arachnody. Dalszą historię już znasz: narodziny firmy… klienci w odległych układach… kontrakty… wzrastająca sprzedaż. I tak dalej, i tak dalej.

Dora zwróciła uwagę na fakt, iż pasterz opowiadał o powstaniu Corpedei, jakby mówił o jakimś trzeciorzędnym dyskoncie, a nie o prężnie działającym przedsiębiorstwie, produkującym jedne z najlżejszych i najdelikatniejszych tkanin w Układzie Jednorożca, przy których jedwab spadał do rangi barchanowych szmat.

– No dobrze – powiedziała w końcu. – Tylko czegoś tu nie rozumiem. To pole bitwy przed menhirami… Konkurencja próbowała przejąć tereny żerowe?

Tezaus roześmiał się.

– To nie konkurencja, tylko rząd Federacji, który co jakiś czas próbuje swoich sił. Ale za każdym razem chłopaki dostają ostry łomot. A przynajmniej tak twierdzą prorządowe media. Moim zdaniem to zwykłe prowokacje. W kongresie pojawiają się głosy, że powinno się spuścić na ten księżyc ładunek anihilujący.

– A czego chce Federacja?

– Tego, co zawsze. Władzy, wiedzy, nowych technologii. Satelity wykryły tu anomalie czasoprzestrzenne. Takie dziwne studnie, do których wpadają sygnały monitorujące, a potem wracają poszatkowane albo…nie wracają w ogóle. Ale Duchy nie pozwolą nikomu wejść poza krąg i poznać tego zjawiska.

– Duchy… – powtórzyła dziewczyna, przypominając sobie postać przy bramie. – Kim oni są?

– Któż to wie? Może tylko Christorio. Ale ten człowiek zaciekle strzeże swych tajemnic i ani mu się śni zdradzać je komukolwiek. Tym bardziej nie będzie negocjował z Federacją. Próbowali go przekupić, zastraszyć, ba… nawet zabić. Ona ma układ z Duchami, który pozwala mu, i uprawnionym przez niego ludziom, wchodzić za menhiry. Póki co jest zadowolony ze swojego życia i nie chce zmian.

– Dobrze go znasz?

– Dość już tych pytań – zirytował się nagle pasterz. – I tak powiedziałem za dużo. Kładź się i śpij. Czekają nas niełatwe dni. Rano masz być przytomna i bystra jak sopel lodu. Nic mi po tobie, jeśli będziesz zasypiać na raptorusie albo snuć się dokoła jak zombi.

 

 

Wilcza burza

 

Tezaus obudził Dorę pół godziny przed wschodem Wei i nakazał skontrolować stan arachnodów. Gdy wróciła, bez rozmów zjedli skromne śniadanie, a potem zwinęli obóz i pognali zwierzęta w głąb szerokiego wąwozu, rozdzielającego na dwie części rozległy pagór, porośnięty dywanem „koniczyn”.

Nie rozmawiali. Tezaus unikał kontaktu wzrokowego, jakby wstydził się, że w nocy zanadto się uzewnętrznił. Może próbował w ten sposób schować się ponownie za pozornym murem obojętności i zimnej ironii. A może zatonął w sobie tylko znanych rozmyślaniach i rzeczywiście obecność dziewczyny była mu obojętna.

Kilka kolejnych dni minęło bez przygód. Pokonywali po kilkadziesiąt kilometrów, robiąc zazwyczaj dwa dłuższe postoje. Zaraz po zachodzie słońc zakładali obóz, rozstawiali wokół niego śmierdzące kulki i szli spać.

W miarę zbliżania się do terenów żerowych wzgórza stopniowo przeradzały się w poszarpane, czerwonawe skały, a droga stawała się coraz bardziej stroma. Ku zdziwieniu Dory okazało się, że im trudniejszy był teren, tym lepiej radziły sobie w nim arachnody. Na płaskim podłożu stąpały niezgrabnie, chybotały się przy każdym kroku, jak ogromne, podchmielone bąki. Natomiast wśród skał, szczelin i osuwisk z miejsca nabierały pewności. Haczykowato zakończone odnóża zapewniały im doskonałą przyczepność w twardym, podobnym do granitu podłożu, nadając każdemu ruchowi płynności i gracji.

W siódmym dniu wędrówki dziewczyna była świadkiem dosyć niezwykłego wydarzenia, które utwierdziło ją w przekonaniu, że pajęczaki doskonale wpasowują się w ten niezwykły krajobraz. Pasterka prowadziła kolumnę zwierząt, zostawiając z tyłu Tezausa. Jechali dnem niewielkiego wąwozu w górę wąskiego strumienia, otoczeni połyskującymi wilgocią ścianami. W pewnym momencie Dora usłyszała stłumiony gruchot dobiegający z góry, a potem zobaczyła potężny głaz koziołkujący w dół po stromiźnie, ciągnący za sobą lawinkę ostrych odłamków. Niemal równocześnie Askal wydał z siebie kilka ostrzegawczych szczeknięć.

Spojrzała w tył i stwierdziła ze zgrozą, że kamulec uderzy mniej więcej w środek gromady zwierząt. Wąwóz był na tyle wąski, że jeden obok drugiego ledwo mieściły się w nim trzy zwierzęta, więc o ucieczce na boki nie było mowy. Odwrót też nie wchodził w grę, gdyż stłoczone stado skutecznie blokowało sobie drogę. Dora zyskała więc pewność, że zaraz stanie się świadkiem masakry.

Jednak sekundy przed uderzeniem dwa arachnody, na które miał spać głaz, skoczyły zwinnie w przeciwne strony, rozkładając szeroko odnóża, co przez moment upodobniło je do ogromnych, rozcapierzonych dłoni, i przylgnęły do brunatnych ścian. Zaraz potem rozpędzony pocisk spadł z łoskotem na dno wąwozu, rozchlapując wodę.

Dora wypuściła z sykiem powietrze z płuc.

Kilka stojących z tyłu stworzeń zahukało basowo, po czym stado bez ponagleń ruszyło, ostrożnie mijając głaz lub przechodząc po nim górą. Dwaj „skoczkowie” odkleili się od skał i jakby nigdy nic, minęli oszołomioną dziewczynę. Na końcu kroczył niespiesznie Tezaus.

– Zwinne bestie, nieprawdaż? – skwitował, przechodząc obok, i puścił jej oko. – Nie zostawaj z tyłu. Krucho tu jak cholera.

Pasterka otarła pot z czoła i ponagliła raptorusa, nerwowo obserwując stoki.

Dziesiątego dnia od lądowania na sawannie dotarli na rozległy płaskowyż porośnięty tymi samymi bezlistnymi konarami co wcześniej, które jedynie występowały tutaj w dużo większych skupiskach, tworząc coś na kształt lasu. W pełnym świetle obu słońc mogła przyjrzeć się im dokładniej, stwierdzając po jakimś czasie, że nie jest do końca przekonana, czy to w ogóle są rośliny. Poskręcane „gałęzie” wiły się pod niebo jak zastygłe, zwęglone węże. Każda kończyła się czymś w rodzaju błoniastego żagla, który łączył dwie najbliższe odnogi. Narządy te kurczyły się i rozprostowywały bez przerwy, niczym rybie skrzela.

Tezaus zauważył jej zainteresowanie.

– Filtrują powietrze i wyłapują zarodniki. Żywią się nimi – wyjaśnił. – Lądy Laniakei, nie licząc kilku pasm górskich, są w osiemdziesięciu procentach pokryte sawanną. Nawet w rzekach i oceanie równikowym rosną wodne odpowiedniki traw. Cały tutejszy ekosystem opiera się na nich: zarodniki są produkowane bez względu porę roku, rozsiewają się po całym księżycu, stanowią pożywienie dla drzerowców, zapylają inne rośliny, na przykład krosnoprasty. Tymi z kolei żywią się arachnody, arachnodami wilki…

– Cudnie – podsumowała Dora z nieskrywaną ironią w głosie. – Doskonale zorganizowany krąg życia.

Las drzerowców ciągnął się przez kilka kolejnych kilometrów Jechali jego skrajem, od czasu do czasu wymieniając uwagi na temat jakiś ziemnych lub latających stworzeń, które z rzadka pojawiały się między konarami lub wbiegały na szlak.

Po południu zaczęła zmieniać się pogoda. Na wschodzie wyraźnie gęstniały ciemne chmury, które łączyły się w potężne grzybokształtne formacje. Mroczne czoło frontu powoli, lecz nieubłagalnie sunęło ku wędrowcom.

– Niedobrze – zaniepokoił się Tezaus, gdy wiatr przyniósł pierwsze odległe, ale nie pozostawiające złudzeń pomruki. – O tej porze roku burze to rzadkość. Miałem nadzieję, że się nam upiecze.

– To jakiś szczególny problem? – zapytała Dora, obserwując niebo.

– W ich trakcie arachnody najlepiej czują się w górach, wśród skał. Osobniki żyjące na wolności gniazdują w rozpadlinach i pieczarach. Nienawidzą otwartych przestrzeni. Szczególnie, jeśli nie ma się gdzie schować.

– Jak daleko ciągnie się ten płaskowyż?

– Zbyt daleko. Będziemy musieli założyć obóz jeszcze przed zmrokiem.

 

***

 

Dobrego schronienia nie było. Tezaus za nic w świecie nie chciał wprowadzić stada między drzerowce, dlatego pod wieczór zatrzymali się obok skupiska głazów, tworzących nieregularny półokrąg. Grzmoty stawały się coraz głośniejsze i zaczął wiać silny wiatr. Zwierzęta zrobiły się nerwowe, porykiwały i truchtały niepewnie, nisko pochylając odwłoki. Musiały być naprawdę przestraszone, bo zbiły się w grupę bez żadnych ponagleń Askala. Pasterz również wyglądał na zdenerwowanego. Co chwilę z niepokojem patrzył w niebo, jakby zaraz miało spaść mu na głowę.

Gdy rozłożyli toboły, starzec wsiadł na raptorusa i nakazał to samo dziewczynie. Po chwili pędzili przez płaskowyż, rzucając co kilkanaście metrów kulki z kanistrów i zataczając wokół obozu nie jeden, a trzy kręgi. Wtedy Dorze po raz pierwszy przeszło przez myśl, że to niekoniecznie burza jest głównym powodem obaw mężczyzny.

Wrócili godzinę później, przygnani diabelskim wyciem wichru, otoczeni ciężką, nienaturalną kurtyną mroku. Jakby tego było mało, zaczął padać rzęsisty, zimny deszcz. Nie pozostało im więc nic innego, jak usiąść pod skałą, nakryć się płaszczami i czekać.

– Długo to będzie trwało?! – wykrzyczała po jakimś czasie Dora.

Tezaus rozłożył ręce w geście „cholera wie”.

– Pięknie – powiedziała do siebie cicho i rozejrzała się wokół. Nie była pewna, czy noc już nadeszła, czy to kłębiące się powyżej warstwy chmur pochłonęły całe światło.

„Błyskawica” przecięła nieboskłon, gdy pasterka zaczęła zapadać w coś w rodzaju drętwego półsnu. Natychmiast poderwała się na równe nogi i zasłoniła oczy przed jaskrawym światłem. Powietrze wokół wypełnił zapach ozonu. Po paru sekundach zaryzykowała spojrzenie w kierunku żywiołu i zobaczyła wirujący słup elektryczności wysoki na kilkanaście kilometrów. To nie było zwykłe wyładowanie atmosferyczne, lecz tornado białego ognia otoczone przez sieć mniejszych, tryskających na wszystkie strony rozbłysków. Grzmot, jaki spadł na wędrowców chwilę później, przywodził na myśl ryk umierającego giganta.

Dora przysiadła, chowając głowę w ramionach, ale niewiele to dało. Miała wrażenie, jakby wpadła do wnętrza silnika odrzutowego jednego ze starych, koszmarnie głośnych grawitolotów. Raptem poczuła mocne szarpnięcie. Uniosła twarz i ujrzała stojącego nad sobą Tezausa, który usiłował przekrzyczeć żywioł.

Początkowo nie mogła zrozumieć, o co mu chodzi, ale zaraz pojęła, dlaczego pasterz jest taki przejęty. W sinym, drgającym świetle dostrzegła, jak pojedyncze arachnody podrywają się z ziemi, a potem nagle całe stado rusza w chłostany deszczem mrok. Powracający echem odgłos gromu był trudny do zniesienia dla ludzkich uszu, a zwierzęta musiał wpędzać w stan skrajnej paniki. Dora była pewna, że jeśli w tym momencie ona albo Tezaus znaleźliby się na ich drodze, zostali by stratowani.

– Ruszaj się, dziewczyno, mamy tylko chwilę! – polecenie starca dotarło w końcu do jej uszu. – Askal, do mnie!

Mężczyzna chwycił włócznię i ruszył do skulonego pod skałą raptorusa. Dora zgarnęła z ziemi łuk, zarzuciła kołczan na plecy i pobiegła za pasterzem.

Kilka minut później gnali niemal na oślep przez rozpływający się w ulewie płaskowyż. Askal pędził obok Tezausa, z trudem dotrzymując gadziopiórom tempa. Kolejne elektryczne wiry pojawiały się i znikały bliżej lub dalej, a towarzyszące im grzmoty zlewały się w ciąg przytłaczających odgłosów godnych atomowej wojny.

Dora była przemarznięta i przemoczona. Z trudem utrzymywała się w siodle i jedyne, co widziała, to plecy swojego przełożonego i falujący ogon jego wierzchowca. Nie miała pojęcia, jak pasterz chce zawrócić stado. Jakby odgadując jej myśli, Tezaus zwolnił nieco i zrównał się z dziewczyną.

– Doganiamy je! – wykrzyczał, wskazując przed siebie. W migoczącym blasku wyładowań Dora dostrzegła połyskujące odwłoki arachnodów, kołyszące się i podskakujące niewysoko, jak niedopompowane piłki. – Za dwie minuty się rozdzielimy, Askal pobiegnie przodem i zmusi przewodnika stada do zmiany kursu! Pilnuj lewej strony!

– Co mam robić?!

– Strzelać we wszystko, co się zbliży!

– Co?!

Nie była pewna, czy dobrze zrozumiała jego ostatnie słowa, ale nie miała szansy dopytać, bo pasterz uderzeniem włóczni zmusił raptorusa do przyśpieszenia, a po kilkudziesięciu sekundach odbił mocno w prawo. Zaraz potem Askal rozszczekał się jak opętany, po czym wbił się w kolumnę zdezorientowanych, porykujących histerycznie zwierząt. Zgodnie z poleceniem Tezausa Dora zaczęła okrążać stado od lewej.

Szaleńczy bieg trwał jeszcze kilkanaście minut, choć pasterce wydawało się, że od opuszczenia obozu minęły całe godziny. Bez wątpienia już dawno przekroczyli ochronne kręgi, które tak skrupulatnie rozkładali kilka godzin temu. Dora rozglądała się uważnie na boki, ale słabnące i coraz rzadsze rozbłyski oświetlające płaskowyż nie ujawniały niczego poza rozległym, usianym miliardami drobnych listków krajobrazem.

W końcu dobiegające z przodu warknięcia i poszczekiwania Askala dały pożądany efekt, bo stado zwolniło nieco i łagodnie zboczyło ku prawej. Po dalszych piętnastu minutach zwierzęta biegły już we właściwym kierunku. Dziewczyna zauważyła, że obecność ludzi i psa nieco je uspokoiła. Znacznie zwolniły, ich kroki stały się jednostajne, arachnody przestały wydawać z siebie jakiekolwiek dźwięki. Burza również wyraźnie dawała za wygraną, co niewątpliwie pomagało powrócić stadu do równowagi. Gdyby tylko ten cholerny deszcz przestał padać, pomyślała pasterka.

I właśnie wtedy, gdy wydawało się, że sytuacja została opanowana, po raz pierwszy zobaczyła wilka.

Przypominał ożywiony zgęstek czerni, który gnał równolegle do gromady tuż na granicy pola widzenia. Bezszelestny, kipiący grozą niczym murena, która wyrwała się z bezdennych morskich jaskiń i zyskawszy nogi, postanowiła wziąć sobie ląd na własność.

Dora bez zastanowienia chwyciła za łuk, nałożyła strzałę na cięciwę i niemal nie celując, zwolniła uchwyt. Wydawało jej się, że pędzący mroczny kształt rozprysnął się nagle na dziesiątki kawałków i zniknął w ciemnościach. Zaraz jednak zastąpił go inny, jeszcze większy, emanujący tą samą niemą furią. A obok zmaterializowało się kilkanaście jemu podobnych.

– Tezaus! – krzyknęła, ale odpowiedziało jej tylko wycie wiatru.

Nagle dwa stwory oddzieliły się od watahy i zupełnie ignorując dziewczynę, natarły na zamykającego kolumnę arachnoda. Były potwornie szybkie. Pasterka zdążyła zarejestrować błysk długich kłów i dziwaczny gulgot wydobywający się z podłużnych paszcz. Jeden ze stworów skoczył wprost na grzbiet pajęczaka. Zaatakowane zwierzę zatrzymało się niemal w miejscu i stanęło dęba na tylnych odnóżach, usiłując zrzucić z grzbietu natręta, który zatopił zęby w mięsistym odwłoku. Z rany natychmiast wypłynęła oleista, lekko opalizująca posoka. Kolejne dwa osobniki wybiegły z nocy i dopadłszy do ofiary, jęły gryźć wierzgające chitynowe odnóża.

Dora gwałtownie ściągnęła wodze, zmuszając raptorusa do zwrotu.

– Tezaus, do cholery! – wrzasnęła ponownie, próbując jednocześnie wziąć na cel szamoczących się napastników i oglądać za siebie, w kierunku wilczej grupy.

Pasterz wypadł z mroku podobny do samotnego jeźdźca apokalipsy. Minął ją w pełnym pędzie, przecinając kurtynę deszczu niczym rzucony z impetem nóż. Zbliżył się do miejsca napaści, uniósł włócznię i, ku przerażeniu Dory, rzucił ją prosto w bok miotającego się wściekle arachnoda.

Zwierzę ryknęło przeraźliwie i przechyliło się na bok, jak ugodzona torpedą łódź.

– Dalej! – mężczyzna ponaglił wierzchowca i podbiegł do pajęczaka.

Wilki odskoczyły od nieszczęsnego stworzenia, zdezorientowane zachowaniem człowieka. Jednak po chwili pochyliły nisko łby i zaczęły przeraźliwie wyć.

Tezaus wychylił się mocno z siodła i chwyciła tkwiące w cielsku arachnoda drzewce. Ostrze wysunęło się z poznaczonego jasnymi smugami odwłoka z ohydnym, mokrym odgłosem. Dzierżąc zakrwawioną broń, pasterz okrążył poranionego zwierza i wrócił do pasterki.

– Ruszaj! – rozkazał, a w jego oczach płonął pożar.

– Co ty wyprawiasz?! – wrzasnęła drżącym głosem.

– Ruszaj, mówię!! – powtórzył jeszcze głośniej. – Bo stracimy ich więcej!

Następnie uderzył gadziopióra włócznią w bok i pognał za stadem, ogarniętym przez nową falę paniki.

– Kurwa! – zaklęła dziewczyna, patrząc na rzeź, która dokonywała się na jej oczach. Poraniony arachnod usiłował jeszcze walczyć. Kwiczał rozpaczliwie, próbując czołgać się w rozmiękłej ziemi. W jednej chwili opadło go kilkanaście czarnych potworów. Nie usiłując nawet dobić pajęczaka, wskakiwały mu na grzbiet, wbijały szczęki w ciało i wyrywały całe kawały parującego mięsa.

Odwróciła twarz i zacisnęła zęby.

– Kurwa… – powtórzyła już zupełnie cicho i ruszyła za pasterzem.

 

***

 

Wrócili do obozu pół godziny po ataku. Część arachnodów natychmiast utworzyła niewielkie grupki i zastygała w pozornym odrętwieniu. Niektóre jednak dreptały nerwowo tam i z powrotem, nie mogąc się uspokoić. Odchodziły co jakiś czas na kilka metrów w noc, zatrzymywały się jakby na niewidzialnej granicy i wykonywały dziwaczne ruchy – ni to skłony, ni to podskoki. Zachowaniu temu towarzyszyły wysokie, niemal śpiewne pojękiwania, niczym tęskne nuty pożegnalnej pieśni.

Dora patrzyła na tę scenę z otwartymi ustami, po czym potrząsnęła głową i zeskoczyła z raptorusa. Natychmiast podbiegła do pasterza, który najspokojniej w świecie porządkował swoje rzeczy rozrzucone przez wiatr.

– To były te twoje wilki?!

Tezaus wzruszył tylko ramionami.

– Rany Boskie, myślałam, że to tylko taka metafora. Przecież to są jakieś cholerne potwory. Szlag! – Oplotła się ramionami i zaczęła nerwowo kiwać się w przód i w tył. – W co ja się dałam wplątać? Chcę wracać, słyszysz? Nie zostanę tu ani chwili dłużej.

– Nie tragizuj, dziewczyno. Pamiętaj, że podpisałaś kontrakt, jesteś tu…

Zbliżyła się do niego raptownie, mała i wątła, lecz przepełniona autentycznym gniewem.

– Doskonale wiem, dlaczego tu się znalazłam! – wykrzyczała mu prosto w twarz. – I ty również to wiesz – dodała ciszej, speszona swoim wybuchem. – Bo jestem pieprzoną retrogenką. Bezwartościowym i bezużytecznym wybrykiem natury ze standardowym zestawem genów. Nie będę żyć sto sześćdziesiąt lat, jak przeciętny heros, nie mam wrodzonej odporności na choroby, nie widzę po zmroku, a moje ciało jest słabe i mało wydajne. Dlatego Christorio mnie tu ściągnął, prawda? No powiedz to w końcu. Jestem tu, bo życie jednego retrogena jest o wiele mniej warte niż życie któregoś z jego cennych herosów.

– Jesteś tu – powiedział powoli pasterz – bo tylko retrogen może przejść przez krąg menhirów.

Zapadła cisza. Znaczenie słów Tezausa nie od razu dotarło do świadomości dziewczyny.

– Ale co to za nowe bzdury? – zapytała w końcu drżącym głosem. – Przecież to by znaczyło, że Chriostorio… że ty… – Opuściła ręce i cofnęła się o dwa kroki. – Nie wierzę ci. To kolejne chore kłamstwo, które próbujesz mi wcisnąć.

Pasterz uniósł ręce, spokojnymi ruchami podciągnął rękawy kurty i pokazał dziewczynie wewnętrzną stronę nadgarstków. Dora zobaczyła na skórze mężczyzny stare, lecz doskonale widoczne blizny.

– Czy słyszałaś kiedyś, aby jakiś heros próbował odebrać sobie życie? – Starzec zbliżył się do niej i pochylił lekko. – Byłem taki jak ty. Urodzony z matki heroski, a mimo to retrogen. Wyrzutek, zagubiony w pseudoidealnym świecie, pośród pięknych i długowiecznych ludzi nowego gatunku, którzy przez całe życie patrzyli na mnie jak na trędowatego. Gdyby nie firma…

Dora zachwiała się i usiadła ciężko na ziemi. Poczuła, jak w jej trzewiach formuje się coś na kształt małego, szalonego stworka, który rośnie i przepycha się w górę, w kierunku płuc i gardła, by wyrwać się na zewnątrz w postaci obłąkanego śmiechu.

– Wiesz, ile rodzi się teraz retrogenów? – ciągnął Tezaus, nie zważając na jej reakcję. – Jeden na milion. Jeden na milion w trzystumiliardowym społeczeństwie rozsianym po pięciu różnych układach, na dziesiątkach skolonizowanych światów. A wiesz, ilu dożywa twojego wieku? Jeden na dziesięciu. Wyobraź sobie, że Christorio zaczął cię szukać całe lata wcześniej, nim się urodziłaś. Może wtedy dotrze do twojej krnąbrnej główki, że jednak masz w sobie coś wyjątkowego. Takie spojrzenie potrafi odmienić życie człowieka. Tak jak odmienia teraz twoje. – Pasterz umilkł. Usiadł obok Askala leżącego tuż obok i zaczął gładzić psi grzbiet. – Wtedy, gdy odnalazłem cię na dachu tego burdelu na zaplutej Agnosis, naszprycowaną i gotową zrobić krok i zakończyć udrękę, którą zgotował ci los… Pamiętasz co ci powiedziałem?

– Tak.

– Powtórz to.

– Powiedziałeś… Powiedziałeś, że jeśli za tobą pójdę, moje problemy nie znikną, ale zobaczę drogi, które być może doprowadzą mnie do ich rozwiązania.

– Laniakea jest jedną z tych dróg. Mogę być twoim przewodnikiem, ale nie przejdę jej za ciebie.

– Znałeś ją? – zapytała nagle, patrząc zamglonymi oczami w czarną przestrzeń. Tyle innych pytań należało teraz zadać, ale właśnie to jedno niemal bezwiednie wyrwało jej się z ust.

– Słucham?

– Swoją matkę…

Mężczyzna nie odpowiadał przed dłuższą chwilę.

– Nie – odparł w końcu. – Zmarła przy porodzie. Za to ojciec… Mieszka gdzieś na Starej Ziemi. Nie ma pojęcia o moim istnieniu. Powiedzieli mu, że nie przeżyłem. Wtedy przyjście na świat retrogena było czymś niedopuszczalnym, burzyło wizję idealnego, w pełni kontrolowanego i poukładanego świata. Dali mi szansę tyko dlatego, że potrzebny był obiekt do badań.

– Moja chyba żyje, ale zupełnie jej nie pamiętam. Tylko jakieś głosy, kołysanki… Nie zgodziła się na aborcję. Podobno chciała mnie zatrzymać, tylko tata jej nie pozwolił. Potem przez kilkanaście lat wędrowałam od jednego sierocińca do drugiego, ale nigdy nie spotkałam nikogo z genami starego gatunku. Byłam pewna, że nigdy nie spotkam. Wiesz… – zawahała się, jakby zaraz miała zdradzić najgłębiej skrywaną tajemnicę. – To nawet nie jest samotność. Uczucie, jakby sama śmierć wzięła cię za rękę i prowadziła przez życie. A teraz… Dwóch retrogenów na raz… Nie mieści mi się to w głowie.

Tezaus przysiadł obok i położył rękę na jej ramieniu. Nie odebrała tego jako gestu współczucia czy żalu. Był to raczej odruch weterana, który spotkał podobnego sobie i wie, że żadne słowa nie opiszą piekła, jakie dane im było współdzielić.

– Musiałeś to zrobić? – zapytała, chcąc przerwać niezręczną ciszę. – Nie było innego wyjścia?

– Nie – odpowiedział, bezbłędnie odgadując jej myśli.

– One pożerały go żywcem. Mogłeś przynajmniej…

– Nie da się w humanitarny sposób zabić pajęczaka. Arachnody mają wyjątkowo skomplikowany układ nerwowy, a główne narządy głęboko pochowane w odwłokach. Gdybym go nie zranił, biegłby za stadem, dopóki wilki nie poodgryzały by mu nóg.

– Co za chore miejsce – podsumowała i uśmiechnęła się blado. – Zupełnie jakbym znowu trafiła między herosów.

Tezaus parsknął cicho pod nosem i zabrał się do rozpalania ogniska.

 

 

Tereny żerowe

 

Katedra stała samotnie na skraju skalnych spiętrzeń, niczym symbol minionych epok, który przybrał fizyczną formę. W zasadzie słowo „katedra” nie było do końca trafne, lecz takie było pierwsze skojarzenie, gdy patrzyło się na ostrołukowe portale, strzeliste wieżyczki i regularne pseudorozety. Zaraz potem nasuwały się jednak inne porównania, monumentalne kolumny przeistaczały się w nogi jakiegoś gigantycznego stworzenia, elipsoidalne okna transformowały w wypełnione mrokiem oczodoły, wysokie, poskręcane baszty zdawały się kłuć niebo niczym okazałe poroże.

Gdyby Dora miała określić widok, który ukazywał się jej oczom, powiedziałaby, że patrzy na jakąś żywobudowlę, która wyrosła lub wyszła wprost z ziemi. Pomimo iż przystanęli dobrych kilka kilometrów od fantazyjnego gmachu, jego ogrom porażał i fascynował.

– Co to za miejsce? – zapytała pasterza.

Starzec milczał długo, jakby nie mógł znaleźć odpowiednich słów.

– Siedlisko Duchów, Pancerz Potwora, Świetlna Droga – wymienił w końcu kilka zawiłych określeń.

– Byłeś w środku?

Pokiwał głową twierdząco.

– Ty też tam wejdziesz. Zaprosili cię.

– Co? Kiedy? – zdziwiła się.

– Przy bramie, gdy zemdlałaś. Widziałaś go, prawda?

– Ten chudzielec… A czego on ode mnie chce?

– Nie chodzi o to, czego oni chcą. Zresztą… – Machnął nerwowo ręką. – Nawet jeśli próbowałbym ci to wyjaśnić, prawdopodobnie i tak byś nie uwierzyła. Tak samo jak nigdy nie zdecydowałabyś się podpisać kontaktu, gdybyś znała całą prawdę o Laniakei. Dlatego musisz być cierpliwa. Jutro powinniśmy rozpocząć wypas. Za kolejne trzy dni będziemy już w drodze powrotnej. Wtedy cię tam zaprowadzę.

 

***

 

Końcowy etap wyprawy stanowiła szeroka na jakieś dziesięć metrów kamienista droga, zawieszona nad kilkusetmetrowym urwiskiem. Z drugiej strony szlaku wznosiły się ku niebu poszarpane przez erozję, poznaczone licznymi pęknięciami i szczelinami szare granie. Dorę martwiło trochę, że w razie jakiegoś niebezpieczeństwa nie było tu żadnej możliwości ucieczki. Mogli jedynie przeć na przód lub cofnąć się. Jednak pewny krok Tezausa, który szedł na przedzie, prowadząc za uzdę raptorusa, działał na nią uspokajająco.

Idąc nieśpiesznie za pasterzem, myślała o wydarzeniach ostatnich kilkunastu dni. Czuła dziwny spokój i coś jeszcze. Była zła na starca, ale o dziwo już nie o to, że podstępem ściągnął ją na Laniakeę. Dotarło do niej bowiem, że wszystkie jego poprzednie działania, kąśliwe uwagi, sposób, w jaki się do niej odnosił, miały na celu tylko jedno: spotęgować w niej gniew, a potem sprawić, że wybuchnie z siłą wulkanu. A burza i atak wilków, choć nieprzewidziane, dopomogły mu to osiągnąć. Czy miał to być kolejny etap odwyku? Terapia szokowa? Nie była do końca pewna, ale rozumiała teraz, że dała się podejść jak małe dziecko, które nie kontroluje swoich emocji.

Odczuwała również lekką nutę żalu. Przez krótką chwilę wydawało jej się, że może faktycznie jest kimś wyjątkowym. Tymczasem chodziło tylko o to, aby Christorio zyskał następcę dla leciwego i mocno wyeksploatowanego już pasterza. Zapewne ślepy los sprawił, że odnaleźli akurat ją. Cóż, rozprawiała w duchu, i tak nie ma już odwrotu. Ale moja obecność tutaj wcale nie znaczy, że po powrocie przedłużę kontrakt.

Szli wzdłuż przepaści jeszcze przez kilka długich godzin, aż w końcu dotarli do siodłowatej przełęczy. Przejście było częściowo zasypane przez skalny rumosz i tak wąskie, że zwierzęta musiały przechodzić przez nie pojedynczo. Po drugiej stronie znajdowało się dosyć strome zejście do niewielkiej U-kształtnej doliny, wyścielonej na dnie gęstym, fioletowym dywanem niewysokich i poskręcanych roślin.

– To już? – zapytała wyraźnie rozczarowana Dora.

– Tak, to już – potwierdził pasterz. – A co? Spodziewałaś się fajerwerków?

– No, nie wiem. Myślałam, że jest większa. A te całe krosnoprasty wyglądają jak jakieś kolorowe chwasty…

Mężczyzna zaśmiał się, poklepał raptorusa po długiej szyi i ruszył w dół.

Dolina krosnoprastów była ze wszystkich stron otoczona wysokim skalanymi ścianami. Dopiero gdy znaleźli się na jej dnie, Dora zwróciła uwagę, że spadziste zbocza podziurawione są niezliczonymi owalnymi otworami.

– To tymczasowe gniazda – wyjaśnił Tezaus. – Wszystkie arachnody z okolicy złażą się tu na czas wypasu.

Mniej więcej na środku polany pożywiało się kilka sztuk pajęczaków. Gdy zobaczyły przybyszów, uniosły pokaźne cielska i jęły miarowo pokwikiwać. Powyżej, na stokach, zaczął się jakiś ruch, parę kamieni z łoskotem potoczyło się ku wędrowcom. Po chwili z niektórych otworów wyjrzały obłe czerepy błyskające kilkoma parami czerwonawo opalizujących oczu. A potem, jak na komendę, dzikie arachnody wyłoniły się ze swoich kryjówek i ruszyły w kierunku niespodziewanych gości.

– To bezpieczne tak tu sterczeć na środku? – zapytała lekko wystraszona pasterka.

– Spokojnie. Nic nie mów, nie rób gwałtownych ruchów. Tylko obserwuj.

Stado drgnęło. Zrazu niepewnie, a potem z coraz większą swobodą, prowadzone instynktem „udomowione” pajęczaki podreptały ku centrum doliny. Askal podszedł do pasterzy i usiadł na zadzie, obserwując, jak jego podopieczni witają się ze swoimi pobratymcami. Podchodziły do nich, unosiły przednie odnóża i delikatnie, jakby z czułością, dotykały pokrytych rzadką szczeciną głów i napęczniałych już odwłoków. Tamte odwdzięczały się tym samych, pomrukując basowo. Osobniki, które zeszły ze zboczy, otoczyły nowych kolegów ciasnym kręgiem.

– Chodź. Nie mamy tu już nic do roboty – powiedział Tezaus, wskazując niewielką nieckę, z której ciurkał wąski strumień. – Trzeba coś zjeść.

– Przecież one się kompletnie wymieszały. Jak zmusimy je do powrotu?

– O to chodzi, żeby się wymieszały, wypas to również czas godów. A o powrót się nie martw. – Sięgnął pod połę płaszcza i wyciągnął podłuży przedmiot przypominający prostokątny, wydłużony gwizdek. – Od wylęgu przechodzą odpowiednie szkolenie.

Dora rozejrzała się niepewnie.

– A wilki?

– Nie zaryzykują wejścia na teren wypasu. Za dużo tu arachnodów.

Pół godziny później siedzieli przy ognisku i obserwowali dolinę.

– I co teraz? – zapytała Dora.

– Nic. Będą tak się obżerać przez najbliższe dwadzieścia godzin.

Oparła głowę o skałę, patrząc na pasące się zwierzęta. Z trudnością odróżniała celtujańskie arachnody od tutejszych.

– I faktycznie przez najbliższe dwa lata nie będą musiały nic jeść?

Tezaus przytaknął.

– Wystarczy im jedynie woda.

– To porąbane – stwierdziła.

– Tak je zaprogramowała natura. Krosnoprasty to rośliny okresowe. Te „chwasty” kwitną tylko przez dwa miesiące w mniej więcej dwudziestosześciomiesięcznym cyklu, mierząc standardowym kalendarzem Starej Ziemi. W tych górach nic innego nie rośnie. Arachnody po prostu musiały się przystosować.

– A kiedy zaczną wytwarzać sieć?

Pasterz pokręcił głową z dezaprobatą.

– Coś ty robiła na szkoleniach? Spałaś?

– Oj, czepiasz się…

– Samice produkują wydzielinę przez cały czas. Na wolności służy im głównie do wyścielania gniazd. Ale jedynie przez pół roku od wypasu można ją przetwarzać. Jakiś składnik w krosnoprastach, którego jeszcze nie rozgryźliśmy, sprawia, że jest wtedy wyjątkowo mocna, a przy tym lekka jak puch.

– I Christorio sam to wszystko wykombinował?

– Metodą prób i błędów. A było ich na początku całkiem sporo. Pewnie nie wiesz, ale stracił nogę, próbując zdobyć pierwsze jaja do hodowli. Arachnody potrafią być wredne.

– Współczuję. Tylko nie rozumiem jednego. Dlaczego nie poprosi Duchów o zgodę na przylot tranporterem? Było by szybciej. I bezpieczniej.

– Z nimi się nie negocjuje. Albo coś nam wolno, albo nie, i kropka.

– A fabryki na sawannie?

– Za daleko do korytarzy handlowych. Poza tym w manufakturze prócz automatów muszą pracować i żyć ludzie. A to wiąże się z koniecznością dostarczania zapasów – zamilkł i wyciągnął z zakamarków płaszcza fajkę i kapciuch. – Uprawa krosnoprastów na Celtusie też nie wchodzi w grę, bo to cholerstwo nie chce rosnąć nigdzie poza Laniakęą. Ba, nawet tutaj można je spotkać tylko w kilku wybranych miejscach.

Mężczyzna zaciągnął się dymem, od którego kręciło się Dorze w głowie. Rozgoniła dłonią siwe obłoczki, które delikatny wiatr pchał w jej stronę. A potem przymknęła powieki. Nie licząc rzadkich pomruków arachnodów, w dolinie panowała doskonała cisza.

 

 

Powrót

 

Wracali tą samą drogą nad urwiskiem, która łączyła dolinę krosnopratów z płaskowyżem. Arachnody kroczyły sennie, napuchłe i lekko zamroczone po całonocnej uczcie. Ich odwłoki zwiększyły objętość przynajmniej o jedną trzecią i przybrały intensywną ciemnofioletową barwę.

Noc była blisko. Dora zamykała szyk, idąc obok wierzchowca, tym razem już bez żadnych przemyśleń. Chłonęła jedynie otoczenie i pozwalała, by ciepły górski wiatr muskał jej twarz i rozwiewał rozpuszczone włosy.

Promienie zachodzących słońc przylgnęły do skał, nadając zboczom kolor zaschniętej krwi. Tam, gdzie światło przegrywało z nocą, zalegały gęste cienie, niczym plamy smoły. W pewnym momencie dziewczynie wydało się, że jeden z nich zafalował i poruszył się lekko, po czym zamarł. Raptorus też to zauważył, bo zagulgotał ostrzegawczo.

Przystanęła na moment i wbiła wzrok w to miejsce. Przez chwilę nic się nie działo. A potem nagle wielki kształt przeskoczył od jednej obleczonej w mrok skały do drugiej – i na stoku ponownie zapanował bezruch.

– Szlag! – warknęła, zdejmując łuk z pleców.

Nałożyła strzałę na cięciwę i wycelowała grot w miejsce, gdzie zniknął wilk. Stała tak przez kilkanaście sekund, skupiona i naprężona niczym muzyk tuż przed muśnięciem struny. Słyszała swój własny miarowy oddech, w piersi czuła coraz szybciej bijące serce. Niech tylko wychyli łeb, przemknęło jej przez myśl.

Dokładnie sekundę później drapieżnik wyskoczył ze swojej kryjówki. Dora natychmiast zwolniła chwyt i strzała pofrunęła ze świstem ku swojej ofierze. Stwór otwierał już pysk do ryku, ale nie zdążył wydać z siebie żadnego dźwięku, bo pocisk trafił go prosto w rozwartą gardziel.

Zaskoczony zwierz zamachał rozpaczliwie przednimi łapami i runął ciężko w dół stoku, ścigając za sobą niewielkie lawiny kamieni.

– Ha! – dziewczyna krzyknęła z tryumfem.

Jej ekscytacja nie trwała jednak długo, gdyż ledwo truchło wilka stoczyło się na ścieżkę, ze wszystkich większych szczelin jęli wybiegać jego pobratymcy, wyjąc przy tym niczym piekielne ogary. Drapieżniki pędziły ku stadu, wyraźnie unikając ostatnich wysepek słonecznego światła.

Arachnody natychmiast podniosły alarm. Cztery największe samce zaśpiewały kilka wysokich tonów, po czym przesunęły się do przodu, zasłaniając mniejsze i słabsze osobniki. Pasterka cofnęła się o kilka kroków i wypuściła trzy strzały, jedna za drugą. Dwie dosięgły celu. Trzecia być może również, ale Dora nie mogła już tego sprawdzić, bo wokół niej rozpętało się piekło. Wilki zeskakiwały ze skalnych półek i głazów wprost na grzbiety przerażonych pajęczaków. Chciała dosiąść raptorusa, ale ten szarpnął się, wyrywając jej wodze z ręki, i pognał na oślep przed siebie.

– Cholera! – zaklęła i wbiegła miedzy przerażone zwierzęta.

Gdy przedarła się w końcu na czoło kolumny, zamarła w miejscu na widok sceny, która ukazała się jej oczom.

Askal leżał bez ruchu na środku ścieżki. Jedynie miarowo unoszący się i opadający bok zwierzęcia świadczył o tym, że stare psisko jeszcze żyje. Pasterz stał kilka kroków dalej wsparty na włóczni. Płaszcz miał w kilku miejscach porwany, a lewą rękę dziwnie bezwładną. Naprzeciw niego, w rozległej plamie cienia, Dora zobaczyła ogromnego, brunatnego wilka. Nie ulegało wątpliwości, że był to przywódca watahy.

Stwór przednią łapą przyciskał do ziemi szyję podrygującego w przedśmiertnych konwulsjach raptorusa. Drapieżnik nastroszył rząd długich kolców na grzbiecie, a potem pochylił krokodylowaty łeb, chwycił w masywne szczęki głowę wierzchowca i wykonał szybki, płynny ruch. Dora syknęła przez zaciśnięte zęby, słysząc dźwięk pękających kręgów.

Wilk warknął cicho, przestąpił nieruchomy już zewłok gadziopióra i wyszedł spod dającej mu osłonę półki skalnej wprost na krwistoczerwoną plamę światła rozlewającą się na szlaku. Jakby chciał zamanifestować w ten sposób swoją pogardę dla słońc pochłoniętych już niemal całkowicie przez Jej Wysokość Noc.

– Dlaczego to robisz? – powiedział do niego Tezaus. – Przecież dostałeś swój trybut podczas burzy. – Zrobił kilka kroków do przodu, zmniejszając dystans do bestii. – Jak długo będziesz mnie jeszcze ścigał? Nie wiedziałem, że twoja samica była w ciąży. Mówiłem ci już tyle razy. Walczyłem tylko o życie. Tak jak ty i twoja wataha walczycie każdego dnia. Czego jeszcze chcesz?

Basior przechylił łeb i spojrzał na Dorę. Dziewczyna wiedziała, że to niemożliwe, ale niebieskawe ślepia zdawały się wyrażać tylko jedno bezgłośne, lecz niemal fizycznie odczuwalne słowo:

Ją!

Poczuła na plecach lodowaty dreszcz.

– Nigdy! – ryknął pasterz i skoczył niespodziewanie ku wilkowi, wykonując równocześnie szeroki zamach ręką uzbrojoną we włócznię. Broń wyleciała z jego dłoni, z cichym świstem tnąc zgęstniałe nagle powietrze.

Przez ułamek sekundy Dora była pewna, że grot wejdzie w ciało stwora tuż poniżej karku. Tak się jednak nie stało. Zwierz uchylił się w ostatniej chwili i ostrze ledwo prześliznęło się po chronionej grubym futrem szyi. Wilk nie zostawił pasterzowi czasu na kolejny ruch. Dwoma susami dopadł do mężczyzny, chwycił go w paszczę, dwukrotnie machnął łbem na boki i rzucił swoją zdobycz na piętrzące się pod zboczami rumowisko.

Pasterz uderzył z impetem o kamienie i bezwładnie osunął się na ziemię.

– Tezaus! – krzyknęła Dora. Miała jeszcze w kołczanie kilka strzał, ale była tak przerażona, że nie potrafiła wykonać żadnego ruchu.

Drapieżca warknął w kierunku nieruchomej ofiary i ruszył dokończyć to, co zaczął. Askal, którego napastnik zupełnie zignorował, uznawszy zapewne za unieszkodliwionego, wyrósł przed nim nagle, podobny do piekielnego brytana. Z obnażonych kłów kapała ślina zmieszana z krwią, z gardła wydobywał się ni to warkot, ni to bulgot, a zwężone do rozmiarów poziomych kresek oczy mówiły „Zabiję cię, jeśli się zbliżysz!”.

Wilk prychnął pogardliwie i już miał rozpocząć ostateczny atak, gdy tuż za nim z głośnym łoskotem wylądował wielki arachnod. Dora rozpoznała charakterystyczne, jasnofioletowe pasy na odwłoku. Był to przewodnik stada. Pajęczak natarł na basiora, dwa przednie, ostro zakończone odnóża wystrzeliły do przodu i weszły w ciało napastnika z głośnym chrzęstem łamanych żeber. Przewodnik przysiadł lekko, pozostałe nogi zwierzęcia zadrżały i ugięły się. W następnej chwili wilk leciał już z urwanym jękiem w kierunku przepaści[P1] .

Uderzył w ziemię tuż na krawędzi, przeturlał się ku otchłani, usiłując zaczepić szponiastymi łapami o głazy. Nie zdołał jednak wyrwać się grawitacji. Warknął wściekle i runął w dół.

Dora upuściła łuk na ziemię.

Przez moment szlak tonął w mroku i ciszy, jakby na ludzi i stado spadła nagle czarna kurtyna. A potem ze wszystkich stron naraz rozległo się przeciągłe i straszne wycie, wydobywające się z wielu pysków. Pasterka obejrzała się i zobaczyła tylko trochę jaśniejsze od nocy kształty, pnące się po zboczach i znikające w szczelinach i jamach. Atak watahy dobiegł końca.

Pasterz jęknął cicho. Dziewczyna natychmiast podbiegła i pochyliła się nad nim. Leżał na plecach. Oczy miał zamknięte, ale był przytomny.

– Tezaus… – szepnęła.

Przez twarz starca przebiegł grymas bólu.

– Nie mów tak do mnie, proszę… – Kaszlnął krwią i otworzył powieki. – Nazywam się… Christorio Nikoli Samoa.

Dora zamarła.

– To nie jest śmieszne – powiedziała po chwili. – Błagam, skończ już z tym.

– To, czy mi wierzysz, nie ma teraz znaczenia.

– Poznałam Christoria – nie dawała za wygraną. – Podpisywałam z nim kontrakt…

Zamilkła. Wszystko nagle nabrało sensu, jakby ktoś ułożył rzeczywistość niczym wirtualną kostkę Rubika.

– Przygotowałem się – wychrypiał. – Podpisałem dokumenty jeszcze przed wylotem. Firma jest twoja.

Usiadła ciężko na ziemi.

– Co?

Pasterz dotknął delikatnie jej ramienia i ponownie zamknął oczy. Odetchnął ciężko kilka razy.

– Nie sądziłem, że to będzie już, ale brałem taką ewentualność pod uwagę. Wszystkie dokumenty ma Tezaus. Ten prawdziwy. Ten, z którym się spotkałaś. To dobry człowiek. Heros, ale całkiem w porządku. Tylko on zna całą prawdę. Wystarczy, że podpiszesz papiery. Możesz ciągnąć to dalej, a możesz sprzedać zapasy i do końca życia nie martwić się o pieniądze. Możesz też po prostu odejść. Nikt cię nie zatrzyma.

– Przestań gadać głupoty – powiedziała nagle przytomnie i ponownie pochyliła się nad starcem. – Będziesz prowadził Corpedeię jeszcze przez długie lata. Musimy tylko szybko zabrać cię na sawannę.

Nie oponował, gdy lewą rękę delikatnie wsunęła mu pod kark. Prawą chwyciła za ramię i najostrożniej jak tylko umiała przechyliła pasterza na bok, chcąc rzucić okiem na jego plecy. Odchyliła płaszcz i płócienną koszulę. Poniżej łopatki ujrzała ostry jak nóż skalny odłamek, który wchodził w ciało niebezpiecznie blisko kręgosłupa. O dziwo, rana nie krwawiła zbyt obficie.

– Cholera – zaklęła cicho i powoli położyła rannego.

Uklękła i desperacko rozejrzała się wokół. Co miała teraz zrobić? Prócz standardowego zestawu pierwszej pomocy nie miała nic, co mogłoby się przydać. Nie posiadała doświadczenia medycznego, ale instynkt podpowiadał jej, że lepiej zostawić złomek na swoim miejscu. Miała wrażenie, że gdyby go wyciągnęła, przełożony wykrwawiłby się w ciągu godziny. A o szyciu nie było nawet mowy.

Wyciągnęła z plecaka apteczkę, rozłożyła przed sobą bandaż i spreje odkażające. Ściągnęła z Christoria płaszcz i resztę odzienia, obmyła wodą i odkaziła kilkanaście płytkich ranek na torsie i brzuchu starca, po czym zaczęła powoli obwijać go elastycznym opatrunkiem. Robiła to spokojnymi, metodycznymi ruchami, próbując skupić się jedynie na swoim zadaniu. Czarne myśli nie chciały jednak opuścić jej głowy. Dokładnie widziała moment, w którym pasterz uderzył o skały, i miała poważne podejrzenia, że prócz rany na plecach, mógł również doznać licznych obrażeń wewnętrznych.

– Nie bój się – powiedział nagle Christorio cichym, spokojnym głosem, jakby wyczuł obawy dziewczyny. Oczy miał cały czas zamknięte. – Od początku wiedziałem, że jesteś właściwą osobą. Patrzyłem, jak na treningach wściekasz się, że coś ci nie wychodzi, a potem powtarzasz ćwiczenie, raz za razem, dopóki krew nie zacznie ściekać ci z palców albo nie zemdlejesz z przemęczenia. – Rozkaszlał się i umilkł. Po chwili kontynuował: – Wiem o wszystkim. O biciu i gwałtach jeszcze przed Agnosis. Herosi nie są tacy nieskazitelni, za jakich chcieliby uchodzić…

Wargi Dory zadrżały. Gdzieś w głębi duszy zarejestrowała drgania i trzaski, jakby stara, przegniła tama na wzburzonej rzece zaczęła pękać. Coś ciepłego popłynęło po jej policzkach. Gdy wąskie strumyczki dotarły do ust, poczuła słonawy, niemal całkowicie zapomniany smak. Szybkim gestem otarła twarz. Obiecała sobie przecież, że to się już nigdy więcej nie zdarzy.

Spojrzała na pasterza. Nic już nie mówił. Poruszał przez chwilę bezgłośnie ustami, a potem  stracił świadomość. Okryła go kocem i wstała. Askal przykuśtykał do swojego pana i położył łeb na jego nogach. W oczach psiska malowały się smutek i troska. I coś jeszcze. Bezradność. Ten widok tylko zmobilizował ją do działania.

Podeszła do trupa raptorusa i pozbierała najpotrzebniejsze rzeczy, które wysypały się z juków. Następnie wbiegła między niespokojne arachnody, aby sprawdzić straty. Okazało się, że padły dwa osobniki. Trzeci dogorywał na skraju szlaku, postękując cicho. Dora nie mogła mu w żaden sposób pomóc. Minęła go, z całych sił starając się nie patrzeć na straszliwie poharatany odwłok zwierzęcia. Zatrzymała się kilkanaście metrów od stada i zaczęła nawoływać swojego wierzchowca. Prawdopodobieństwo, że przeżył, było niewielkie, ale musiała spróbować.

– Serej! – krzyknęła. Jej głos odbił się echem od zatopionych w czerni turni i wrócił zwielokrotniony i zniekształcony.

Zawołała jeszcze kilka razy, ale nie było żadnego odzewu. W końcu dała za wygraną i już miała się odwrócić i odejść, gdy nagle raptorus wyłonił się z mroku. Podbiegł do dziewczyny i zagulgotał wesoło, jakby skończył właśnie beztroski popas. Nie sądziła, że widok tego brzydkiego i pokracznego stworzenia może sprawić jej tyle radości. Chwyciła zwierzę za uzdę i bez zwłoki pociągnęła za sobą.

W bagażach Sereja znajdował się szeroki, mocny brezent, którego wędrowcy używali do ochrony zapasów podczas deszczu. Wyciągnęła go, rozłożyła na ziemi i wyścieliła kocami. Christorio, mimo podeszłego wieku, dorównywał posturą niejednemu herosowi, dlatego ułożenie go w prowizorycznym kokonie bezpieczeństwa zajęło Dorze dobre pół godziny. Brezent związała ciasno taśmami, a górny koniec przymocowała liną do siodła gadziopióra. Cofnęła się o krok i spojrzała krytycznie na swoje dzieło.

– Musi wystarczyć – mruknęła, klepnęła lekko wierzchowca po zadzie i ruszyła w chłodną górską noc.

Stado niemal natychmiast ruszyło za nią.

 

***

 

Zatrzymali się dopiero na płaskowyżu, niedaleko miejsca, z którego kilka dni temu obserwowali katedrę.

Dora wolałaby iść dalej, ale Christorio dostał wysokiej gorączki. Kaszlał krwią i majaczył. Dziewczyna obawiała się, że jeśli nie odpoczną, może nie przeżyć następnych godzin.

Było późne popołudnie, wiec należało założyć obóz. Dziewczyna ułożyła pasterza w lekkim zagłębieniu opodal wielkich, brunatnych głazów. Zmieniła przepocone i zakrwawione koce w noszach, napoiła starca, a potem skontrolowała stan Askala. Pies nadal miał kłopoty z chodzeniem, ale trzymał się całkiem nieźle. Następnie poszła nazbierać drewna do rozpalenia ogniska. Prócz drzerowców nie było tam żadnych drzew, ale za to wszędzie rosły niskie, pokraczne krzaki o twardych, poskręcanych łodygach, które paliły się doskonale.

Gdy wróciła, Chriostorio siedział oparty o głaz i patrzył zamglonym wzrokiem na katedrę. Policzki miał niemal purpurowe od gorączki, twarz błyszczała od potu.

Położyła chrust na ziemi, podeszła i uklękła obok mężczyzny.

– Christorio?

– Pójdziesz tam, prawda? – zapytał, nie patrząc na nią. – Wszystko inne jest nieważne. Musisz wysłuchać, co mają ci do powiedzenia. Ja… Ja nie dam rady iść z tobą.

Przyjrzała mu się uważnie. Był przytomny, ale zupełnie nieobecny. Jakby ciało znajdowało się tu i teraz, na Laniakei, a umysł krążył już w innym wymiarze.

– Boję się – szepnęła i chwyciła jego dłoń. Nie zacisnął palców, jakby w ogóle nie zauważył tego gestu. – Powiedz mi, kim oni są?

Cisza trwała długo. W końcu starzec rozchylił spękane usta i zaczął cicho mówić:

– Przybyli z daleka. Tak myślę. Komunikują się za pomocą czegoś w rodzaju telepatii, przesyłają obrazy wprost do umysłu. Wiele z tego, co zobaczyłem, nie było dla mnie zrozumiałe, ale domyśliłem się, że pochodzą z jakiegoś nieznanego nam klastra. Szukali nas całe stulecia. A gdy w końcu znaleźli, nie bardzo spodobało im się to, co tu zastali. Obawiali się chyba, że herosom bardziej będzie zależało na ich technologii niż na samym kontakcie. I nie mylili się. Założyli więc bazę na tym księżycu i zamknęli kokon ochronny wokół katedry. Ale zostawili małą furtkę…

– Nas – wyszeptała Dora.

– Nas – powtórzył. – Tak śmiesznych, słabych i nieważnych w oczach herosów. Według mnie to jakby przesłanie, że z samą technologią i siłą ludzie niczego tu nie zdziałają. Wiesz… Retrogenów jest mało, ale mimo wszystko, z roku na rok, coraz więcej… Natura walczy, nie chce się poddać. Genetycy kiedyś będą musieli dać za wygraną. A wtedy Laniakea otworzy się na ludzkość. – Uśmiechnął się. – Wiesz, co oznacza nazwa tego księżyca?

– Nie.

– „Niezmierzone Niebiosa”. Tak samo jak cały klaster, z którego wywodzi się Droga Mleczna.

– Pięknie.

– Tak… Otworzą się „Niezmierzone Niebiosa”. A oni będą czekać, mają czas, cały ocean czasu. Dlatego idź do katedry, a potem, gdy zacznie zbliżać się twój czas, znajdź choćby jednego retrogena i pokaż mu to, co ja ci pokazałem.

 

***

 

Christorio umarł tuż przed świtem.

Choć odszedł w zupełnej ciszy, Dora otworzyła powieki i wiedziała, że to już. Wyswobodziła się ze śpiwora i podeszła do niego. Nieruchome oczy patrzyły w szarzejące, zasnute jeszcze strzępami chmur niebo. Czuła ogromy żal, lecz nie potrafiła płakać. Pasterz należał do tego świata. Tak samo jak pajęczaki, wilki czy drzerowce. Po raz ostatni wrócił do domu i tu już pozostanie.

Usiadła obok ciała przyjaciela i wtuliła głowę w ramiona. Należało zorganizować jakiś pochówek, ale zupełnie nie czuła się na siłach, aby tego dokonać. I wtedy arachnody zaskoczyły ją po raz kolejny.

Zaraz po wschodzie słońc jedna z samic oddzieliła się od stada i zbliżyła do pasterza. Chwyciła go przednimi odnóżami i delikatnie uniosła do góry. Następnie po bokach otworu gębowego zwierzęcia otworzyły się niewielkie szczeliny, z których wysunęły się przędzalnice. Perlista sieć wypłynęła na zewnątrz. Natychmiast krótkie szczękoczułki pod gardłem pajęczaka zaczęły wykonywać serie szybkich ruchów, tkając z wydzieliny coś w rodzaju kokonu. Po krótkiej chwili Christorio zniknął całkowicie w jasnym całunie.

Samica zakończyła pracę i ruszyła w kierunku skalnych spiętrzeń, wyrastających tam, gdzie płaskowyż nagle przechodził w masyw górski. Pozostałe osobniki powstawały z ziemi i bezgłośnie ruszyły za nią. Dora patrzyła przez jakiś czas na ten przedziwny kondukt pogrzebowy, a potem podniosła się i dołączyła do pochodu.

Godzinę później Christorio spoczął w jednej z wielu jaskiń u podnóża dwóch bliźniaczych, poszarpanych przez erozję szczytów. Pasterka nie miała pojęcia, skąd u arachnodów takie zachowanie. Być może tak właśnie kończyły żywot dzikie osobniki. W końcu instynkt to coś, co wykracza poza bariery i granice, nawet między gatunkami. Jak widać starca uważały za członka stada. Kilka pajęczaków zaczęło nawet wykonywać te dziwne taneczne ruchy, którymi wcześniej żegnały zaatakowanego przez wilki pobratymca.

W drodze powrotnej z „pogrzebu” Dora zastanawiała się, jak powinna postąpić. W głowie dźwięczały jej słowa pasterza. „Możesz ciągnąć to dalej, a możesz sprzedać zapasy i do końca życia nie martwić się o pieniądze. Możesz też po prostu odejść. Nikt cię nie zatrzyma”.

Nie czuła się jednak na siłach, aby teraz podejmować decyzję. Postanowiła, że rozważy wszystkie za i przeciw po rozmowie z Tezausem.

Gdy dotarła do obozu, weszła na szczyt pagórka, z którego rozpościerał się widok na katedrę. Siedziała tam długi czas, obserwując budowlę, aż przyszedł do niej Askal. Trącił ją lekko pyskiem, a potem oparł głowę o ramię.

„Co teraz będzie?” – zapytały psie oczy.

– Nic – odpowiedziała. – Zaopiekujesz się stadem, jak zawsze. Ja muszę jeszcze coś załatwić.

Po tych słowach wstała i ruszyła w dół, w kierunku katedry.

 

 

Koniec

 

 

 

Koniec

Komentarze

Napisz do Beryla, to Ci przypnie złote pióro.

Ciekawy świat. Fajnie pokazujesz różne gatunki.

Fabuła raczej statyczna i częściowo przewidywalna. Bo, jeśli nie tak, to co ciekawego byłoby w tym akurat wypasie?

Szkoda, że nie zdradzasz, o co chodziło z tą katedrą, wchodzeniem i całą resztą. Budujesz nastrój tajemnicy, a potem nic nie wyjaśniasz.

Wykonanie całkiem niezłe, ale zostały jeszcze jakieś literówki.

bo każde mechaniczne albo elektroniczne urządzenie, które jest wytworem ludzkich rąk,

A łuk nie jest urządzeniem mechanicznym i wytworem ludzkich rąk?

Babska logika rządzi!

Przyznam, że zacząłem epilog o Katedrze, ale zanim został ukończony dostałem info, że tekst idzie do druku. Niestety przy liczbie znaków 72K już nic więcej nie mogłem zmieścić. Ale niewykluczone, że dopiszę kiedyś dalszy ciąg. Jak tylko w końcu dokończę kila tekstów, które robię równocześnie i nie mogę dobić do brzegu…

To miała być prosta misja: lądujemy, prowadzimy zwierzaki na tereny żerowe, a potem spokojnie wracamy na sawannę.

i dlatego przeprowadzono kilkumiesięczne szkolenie?

 

Jasne, tylko… po co to? Powiesz mi w końcu, co nam grozi, czy dowiem się dopiero, gdy znajdę się w brzuchu tutejszego odpowiednika yeti?

za długie zdanie z tym Yeti..

 

Następnie założyła na plecy łuk

chyba za plecy? Mam łuk bloczkowy. Nie wyobrażam sobie poruszania sie z łukiem na plecach lub jazdy wierzchem, łuk przeszkadza we wszystkim, i co krok uderza wierzchowca.

 

– Spójrz w niebo – odezwał się niespodziewanie pasterz. – Teraz mi wierzysz, że Laniakea to księżyc?

ona po tym szkoleniu nie wiedziała czy leci na księżyc czy planetę?

 

zresztą skoro już poszło do druku to i tak bez znaczenia, daruje sobie zatem kolejne uwagi.

 

Bardzo ładne opowiadanie. Podobało mi się.

 

Od początku miałam przeczucie, że między bohaterami istnieje jakiś związek, więc czytałam ze sporym zainteresowaniem, ciekawa, jakie role przeznaczyłeś im ostatecznie. A że akcję umieściłeś na szczególnym księżycu, zamieszkałym przez osobliwe zwierzęta i jakże tajemnicze istoty-duchy, Drogę do Laniakea uznaję za nader zajmującą i mam nadzieję, że w tej sprawie jeszcze nie powiedziałeś ostatniego słowa. :)

Wykonanie, niestety, pozostawia nieco do życzenia. :(

 

Męż­czy­zna uniósł do góry kciuk i za­stu­kał pal­ca­mi… –> Masło maślane. Czy mógł unieść kciuk do dołu?

 

Zwie­rzę­ta, choć wy­klu­ły się i wy­cho­wa­ły na innej pla­ne­cie, in­stynk­tow­nie po­zna­wa­ły swój ro­dzi­my świat. – Skoro zwierzęta pochodziły z innej planety, miejsce które poznawały, nie było ich rodzimym światem.

 

Je­dy­nie jego oczy po­ru­sza­ły się, śle­dząc każdy ruch Te­zau­sa. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: Je­dy­nie jego oczy śle­dziły każdy ruch Te­zau­sa.

 

Sły­sza­łam różne plot­ki, ale cięż­ko stwier­dzić… –> Sły­sza­łam różne plot­ki, ale trudno stwier­dzić

 

potem wra­ca­ją po­szat­ko­wa­ne albo…nie wra­ca­ją w ogóle. –> Brak spacji po wielokropku.

 

albo snuć się do­ko­ła jak zombi. –> …albo snuć się do­ko­ła jak zombie.

 

skwi­to­wał, prze­cho­dząc obok, i pu­ścił jej oko. –> …skwi­to­wał, prze­cho­dząc obok, i pu­ścił do niej oko.

Oko puszczamy do kogoś, nie komuś.

 

roz­le­gły pła­sko­wyż po­ro­śnię­ty tymi sa­my­mi bez­list­ny­mi ko­na­ra­mi… –> Konary nie wyrastają z płaskowyżu, a z pni.

 

za­rod­ni­ki są pro­du­ko­wa­ne bez wzglę­du porę roku… –> …za­rod­ni­ki są pro­du­ko­wa­ne bez wzglę­du na porę roku

 

wy­mie­nia­jąc uwagi na temat jakiś ziem­nych lub la­ta­ją­cych stwo­rzeń, które z rzad­ka po­ja­wia­ły się mię­dzy ko­na­ra­mi lub wbie­ga­ły na szlak. –> …wy­mie­nia­jąc uwagi na temat jakichś ziem­nych lub la­ta­ją­cych stwo­rzeń, które z rzad­ka po­ja­wia­ły się mię­dzy ko­na­ra­mi bądź wbie­ga­ły na szlak.

 

rzu­ca­jąc co kil­ka­na­ście me­trów kulki z ka­ni­strów… –> Czy dobrze rozumiem, że kulki były zrobione z kanistrów?

Może: …rzu­ca­jąc co kil­ka­na­ście me­trów kulki, dobywane/ wyjmowane z ka­ni­strów

 

zna­leź­li­by się na ich dro­dze, zo­sta­li by stra­to­wa­ni. –> …zna­leź­li­by się na ich dro­dze, zo­sta­liby stra­to­wa­ni.

 

Dora bez za­sta­no­wie­nia chwy­ci­ła za łuk… –> Dora bez za­sta­no­wie­nia chwy­ci­ła łuk

 

Te­zaus wy­chy­lił się mocno z sio­dła i chwy­ci­ła tkwią­ce w ciel­sku arach­no­da drzew­ce. –> Literówka.

 

Oplo­tła się ra­mio­na­mi i za­czę­ła ner­wo­wo kiwać się w przód i w tył. – W co ja się dałam wplą­tać? –> Lekka siękoza.

 

Dora za­chwia­ła się i usia­dła cięż­ko na ziemi. Po­czu­ła, jak w jej trze­wiach for­mu­je się coś na kształt ma­łe­go, sza­lo­ne­go stwor­ka, który ro­śnie i prze­py­cha się w górę, w kie­run­ku płuc i gar­dła, by wy­rwać się na ze­wnątrz w po­sta­ci obłą­ka­ne­go śmie­chu.

– Wiesz, ile rodzi się teraz re­tro­ge­nów? –> Siękoza.

 

Usiadł obok Aska­la le­żą­ce­go tuż obok… –> Paskudne powtórzenie.

 

A teraz… Dwóch re­tro­ge­nów na raz… –> A teraz… Dwóch re­tro­ge­nów naraz

 

Mogli je­dy­nie przeć na przód lub cof­nąć się. –> Mogli je­dy­nie przeć naprzód lub cof­nąć się.

 

Tamte od­wdzię­cza­ły się tym sa­mych, po­mru­ku­jąc ba­so­wo. –> Tamte od­wdzię­cza­ły się tym sa­mym, po­mru­ku­jąc ba­so­wo.

 

Się­gnął pod połę płasz­cza i wy­cią­gnął po­dłu­ży przed­miot przy­po­mi­na­ją­cy pro­sto­kąt­ny, wy­dłu­żo­ny gwiz­dek. –> Myślę, że nie sięgał pod połę. Literówka. Powtórzenie.

Proponuję: Się­gnął za pazuchę płasz­cza i wy­cią­gnął przed­miot, przy­po­mi­na­ją­cy pro­sto­kąt­ny, wy­dłu­żo­ny gwiz­dek.

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»; pazucha/ zanadrze daw. «miejsce pod wierzchnim ubraniem na piersi»

 

Dla­cze­go nie po­pro­si Du­chów o zgodę na przy­lot tran­por­te­rem? –> Literówka.

 

Było by szyb­ciej. –> Byłoby szyb­ciej.

 

nie chce ro­snąć ni­g­dzie poza La­nia­kęą. –> Literówka.

 

Sły­sza­ła swój wła­sny mia­ro­wy od­dech… –> Chyba wystarczy: Sły­sza­ła wła­sny mia­ro­wy od­dech

 

runął cięż­ko w dół stoku, ści­ga­jąc za sobą nie­wiel­kie la­wi­ny ka­mie­ni. –> Literówka.

 

– Ha! – dziew­czy­na krzyk­nę­ła z try­um­fem. –> Raczej: – Ha! – dziew­czy­na krzyk­nę­ła tryumfalnie.

 

– Cho­le­ra! – za­klę­ła i wbie­gła mie­dzy prze­ra­żo­ne zwie­rzę­ta. –> Literówka.

 

dwa przed­nie, ostro za­koń­czo­ne od­nó­ża wy­strze­li­ły do przo­du… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

W na­stęp­nej chwi­li wilk le­ciał już z urwa­nym ję­kiem w kie­run­ku prze­pa­ści[P1] . –> Co znaczy zapis w nawiasie?

Skoro jęk się urwał, to wilk nie leciał już z jękiem.

 

po­kracz­ne krza­ki o twar­dych, po­skrę­ca­nych ło­dy­gach… –> Krzaki nie mają łodyg, mają za to gałęzie/ gałązki.

 

Chwy­ci­ła go przed­ni­mi od­nó­ża­mi i de­li­kat­nie unio­sła do góry. –> Masło maślane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ten tekst jest typem, który bardzo lubię czytać, kiedy mam ochotę odjechać sobie do jakiegoś innego świata. Od samego początku zostałam zaintrygowana i cieszy mnie bardzo takie końcowe rozwiązanie – niby przewidywalne, a jednak satysfakcjonujące. Także preferuję bardziej statyczne opisy, więc dosyć szybko mnie ująłeś.

Mam nadzieję, że jeszcze rozwiniesz ten świat, bo jest naprawdę fascynujący.

Dziękuję za komentarze, uwagi na pewno wezmę do serca, a co do ciągu dalszego, też mam nadzieję, że kiedyś powstanie.

Ciekawy pomysł, dobry warsztat i jak dla mnie, nieco zbyt otwarte zakończenie. Wszystko na swoim miejscu, bohaterowie, relacja, twist. Uważam jednak opowiadanie za trochę za długie, bo momentami mi się dłużyło i zrobiło się sennie. Przycinka nadałaby tekstowi nieco dynamizmu i napięcia, bo tak, nawet jak coś się działo, to nie odczuwałem, że jest to gra o coś.

Świat ładny i sensowny. Gratuluję druku. :)

Dziki Zachód w kosmosie, hej!

Są tu elementy, które lubię – nadludzie i nieważni nosiciele genów z przeszłości, tajemnicza rasa o wielkiej wiedzy, tajemnica i egzotyczna planeta. Nawet, jeśli nie wspina się to na szczyty oryginalności, podobało mi się.

Z bohaterami już gorzej. Dora ma zbrukaną przeszłość, ale tak szczerze – mało ją widać. Wiem, że tworzenie totalnie połamanej postaci może odtrącić czytelnika, ale tutaj czuję, że jak na ujawnione strzępy, coś za łatwo znosi mentora.

Sam mentor wchodzi w buty zgorzkniałego Obi Wana i niestety nawet na jotę ich nie opuszcza. Aż po grób. Ale nie mogę mu odmówić pewnej sympatii, choć czasem za mocno sypie infodumpami. Wiadomo – wymóg scenariusza.

Nie przeszkadza mi otwarte zakończenie, choć czuć, że cała wyprawa Dory jest niczym wycieczka turystyczna dla czytelnika. Wstępem do czegoś większego.

Tak więc całkiem zgrabny koncert fajerwerków, który pochłonąłem bez problemów. Jest klik. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ok. Nie porwało mnie co prawda, ale druku gratuluję :) Podoba mi się jednak koncepcja herosów i retrogenów. Intryguje też katedra.

Spojrzała w tył i stwierdziła ze zgrozą, że kamulec uderzy mniej więcej w środek gromady zwierząt. Wąwóz był na tyle wąski, że jeden obok drugiego ledwo mieściły się w nim trzy zwierzęta,

← Proponuję drugie zwierzęta zamienić na arachnody

Jednak sekundy przed uderzeniem dwa arachnody, na które miał spać głaz, ← spaść

 

 które jedynie występowały tutaj w dużo większych skupiskach, tworząc coś na kształt lasu.

← dałabym: które występowały tutaj w dużo większych skupiskach, przypominających lasy.

Dolina krosnoprastów była ze wszystkich stron otoczona wysokim skalanymi ścianami.

← zakładam, że chodziło o skalne ściany

 

 

 

 

Wreszcie doczytałam do końca i nie żałuję, choć mogłoby być nieco krótsze i wiele by nie straciło, bo przegadane to to jest dość niemiłosiernie. Dużo tu tekstu, w którym niewiele się dzieje, a i światotwórstwo (bardzo dobre) zaczyna w końcu nużyć, podczas gdy naprawdę ciekawe wątki są raptem wspomniane (katedra, herosi vs. retrogeni, ogólnie struktura społeczna świata) i nie ma na nie miejsca.

Podoba mi się, jak kreujesz te obce stworzenia i obcy świat Laniakei, niestety zabrakło w tym solidnej fabuły. Lepiej wypadają postacie, no i twist. Ale przede wszystkim chciałabym poczytać pełnokrwiste opowieści z tego świata…

Starałam się czytać, a nie dać się ponieść odruchowi łapankowemu, więc wypisuję tylko jeden fragment, który mi ostro zgrzytnął:

 

“Na tej półkuli Filae można zobaczyć tylko po zmroku. Większość nocy jest tu jednak pochmurna, więc naciesz oczy, bo nieprędko ujrzysz go znowu.“ – dlaczego “go” (rodz. męski)? To chyba planeta, a na dodatek forma Filae to łacińska liczba mnoga :/ Kojarzy mi się wprawdzie tylko z wyspą na Nilu, ale tam właśnie jest liczba mnoga.

 

PS. Jak dla mnie to motto z Herberta wypada pretensjonalnie

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hej!

Twoje opowiadanie od razu skojarzyło mi się z utworem Zaltha, jak znajdziesz czas, to proponuję zajrzeć. :)

Bardzo fajny świat, ale jestem gdzieś w 1/3 i akcja rozwija się dosyć wolno. Dużo wędrują, nie mówię absolutnie, że to źle, tylko pachnie mi tu powieścią, albo mini powieścią. Powiedz mi, Przemku, czy to jest zamknięte opowiadanie? Wiesz, wstęp, rozwinięcie, zakończenie, jakaś puenta, refleksja, czy to bardziej rozdział z książki?

Ostatnio wolę się skupiać na zamkniętych utworach.

Pozdrawiam.

Jeśli prześledzi się moje opowiadania, które pojawiają się w różnych miejscach od debiutu w SFFIH w 2010 roku, większa część z nich ma raczej otwarte zakończenie, choć same teksty mogą się wydawać skończone. Piszę tak dlatego, że ciągle marzę, że któreś z nich rozwinę w końcu do rozmiarów książki. Niestety, piszę bardzo wolno, czasem jedno opko przez 2-3 lata. Tyle po prostu mam czasu na pisanie. Nie wyobrażam sobie jednak pisać w takim tempie powieści, bo powstawała by chyba z 10 lat. Dlatego piszę opowiadania o tym co mnie akurat w danym okresie interesuje, bądź intryguje, ale zawsze wychodzi jakoś tak, że mógłbym to pociągnąć dalej…

PS. Pod względem wędrówki bohaterki i jej przemiany, można uznać, że “Droga…” jest zamknięta. Jest też puneta, ale część odpowiedzi… i tu skończę komentarz :)

Ten tekst jest świetny. Po prostu. 

Nowa Fantastyka