- Opowiadanie: wybranietz - Fermata

Fermata

:3

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Fermata

 Hotel już z daleka wyglądał jak rozczarowanie i Dawid nie wiedział, co o tym sądzić. Zatrzymał się na poboczu, niedaleko przystanku autobusowego. Jedna z toreb zaczęła powoli zsuwać się z jego ramienia. Musiał przyznać – Julek wielkim poetą był. Wszystko wyglądało prawie dokładnie tak, jak opisywał, i tylko rzeczywistość nie dorastała do poezji. Słyszeć o trawiastym bezkresie oceanu i błota miodzie grząskim, to jedno, a stać na kiepsko utrzymanym trawniku pobocza to drugie. Szmaragdowe młodniki okazały się rzadkim, sosnowym zagajnikiem. Dawid nie widział jeziora, ale spodziewał się kontynuacji rozczarowań, bo oto jak nas, biednych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi.

Budynek miał dwa piętra i był naprawdę piękny, jednak jego wdzięk skutecznie tłamsiło nagromadzenie niby-autentycznych detali. Nie wystarczył fakt, że willa, wybudowana na początku XX wieku, była podręcznikowym przykładem stylu zakopiańskiego w architekturze. Na ścianach wisiały foremki do sera, ciupagi, o węgieł oparto stare koło od wozu, niby zostawione przypadkiem. Na podwórku rosły tuje, w drewnianych donicach posadzono krzykliwe pelargonie. Gdzieś w oddali terkotał ciągnik. Przeszklony taras wylewał się spod krawędzi spadzistego dachu jak kropla ropy zbierająca się pod strupem.

To nie wyglądało jak miejsce, w którym muzy biją się o twórcę.

Dawid na początku w ogóle nie chciał tu przyjeżdżać, nie widział w tym sensu, nie wierzył nigdy w nagłe natchnienie, a Julek nie umiał wytłumaczyć, dlaczego pisało mu się tu tak dobrze, jakby zamiast atramentu miał wiersze w piórze. Próbował, ale w końcu machnął ręką:

– Pojedziesz, to zobaczysz.

I ta niemożność opisu chyba ostatecznie przekonała Dawida. Może też miała w tym udział zawoalowana groźba, że jak nie on, to pewnie Pandarak tu przyjdzie, a w środowisku już od dawna każdego, kto wracał z Willi Oczko, wynoszono na piedestały. Dawid nie zamierzał ułatwiać życia swojemu głównemu konkurentowi.

No i teraz, między zleceniami, wreszcie miał czas, by napisać ten wymarzony koncert.

Dawid wciągnął powietrze, ale zamiast sosen poczuł schabowego. Oby jedzenie sprostało krwisto-kwiecistym opisom poety.

Poprawił bagaże, przeszedł przez wybrukowane kostką podwórko. Przed wejściem przywitał go gospodarz. Prosty, smukły, miał dobrze ostrzyżone, szpakowate włosy. Wyglądał na zmęczonego. Przypominał raczej prawnika z dużego miasta, niż właściciela górskiego hoteliku. Dawid nie mógł oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna został wyrwany ze swojego miejsca i wbrew sobie rzucony na niegościnną, kamienistą glebę.

Wręczył Dawidowi klucz do jego apartamentu i broszurę z hasłem do Wi-Fi, porami posiłków, odjazdami autobusów i pobliskimi atrakcjami.

– Życzę udanego pobytu. – Uśmiechnął się blado.

Dawid odwzajemnił uśmiech, przejrzał pobieżnie broszurę. Przynajmniej okoliczne atrakcje nie będą go rozpraszać, bo do najnudniejszej z najciekawszych z nich było paręnaście kilometrów.

Po wąskich, stromych, drewnianych schodach wspiął się na drugie piętro, poddasze raczej, w całości zajmowane przez jego dwupokojowy apartament. Dwa osobne pokoje, jeden z prawej strony schodów, drugi z lewej. Poszedł na prawo i otworzył drzwi. Sypialnia z aneksem kuchennym. Ściany w drewnie, skosy nakrywały pokój jak namiot, niewysokie regały i szafki pod ścianami, trzy fotele przy stoliku, wielkie łóżko pod oknem, wystrój nienachalnie ludowy. W środku wszystko wyglądało znacznie lepiej niż wydawało się z zewnątrz, choć nadal nie usprawiedliwiało ceny wynajmu.

Dawid zaczynał podejrzewać, że natchnienie bierze się z wynudzenia artystów, którzy już wcześniej odnieśli sukces, bo inni nie mogliby pozwolić sobie na pobyt. Przez okno wyjrzał na podwórko – nic ciekawego, zajrzał za drzwi w kącie pokoju – łazienka.

Na stoliku zostawił walizkę z ubraniami. Dwie pozostałe torby wziął z sobą, przeszedł przez ciemny korytarzyk i otworzył drugie drzwi.

Pracownia.

Pokój go zaskoczył. Nie do końca tego się spodziewał, ale nie mógłby powiedzieć, że spodziewał się czegoś innego. Zostawił drzwi otwarte na oścież, jakby liczył na to, że nagły powiew wiatru wywieje wspomnienia tych, którzy byli tu wcześniej.

W kącie po lewej stała sztaluga, po prawej dwa fotele, na jednym położył torby. Dywan wyciszał jego kroki. Przez całą długość pokoju, na niskich regałach pod ścianami, piętrzyły się książki. Naprzeciwko drzwi, oddalone o kilometry, było ogromne okno, pod którym stało biurko.

Dawid zamrugał, obraz wrócił do rzeczywistości. Okno nie było ogromne, dywan nie ciągnął się kilometrami, pracowania była nawet trochę mniejsza niż sypialnia.

Tylko coś w niej sprawiało, że wydawała się większa.

Przeszedł przez pokój, wyjrzał na zewnątrz.

Z tego miejsca las wydawał się piękniejszy i zieleńszy. Wreszcie zobaczył jezioro, o którym mówił Julian. Miało piękny kolor. Kobalt? W środku musiało być znacznie głębsze, niż przy brzegu, wydawało się ciemniejsze. Jakby patrzył w wielkie oko. Pomost wyrastający z brzegu wyglądał jak rzęsa, która wpadła pod powiekę. Jezioro otaczała leśna droga, zapraszająca do spacerów. Zaciągnął się powietrzem – poczuł lekki zapach farb, stare książki i świerki. Sosny? Pewnie to tylko deski, szyby przecież nie przepuszczają powietrza.

Teraz Dawid uznał, że Julek po prostu dosłownie opisał to, co widział. Tyle z magii weny.

Przyjrzał się biurku. Proste, masywne, wyraźnie naznaczone patyną czasu, na którą mogą pozwolić sobie tylko bogacze. Na środku leżała przykurzona, kartonowa podkładka. Po chwili dopiero zauważył tasiemki na bokach, związane w kokardki.

Teczka z rysunkami?

Nie powinien się dziwić, że nie tylko poeci i muzycy szukali tu natchnienia. Przez chwilę korciło go, by rozwiązać tasiemki i ją otworzyć, przejrzeć szkice, zobaczyć, co widział nieznany rysownik w tym pokoju, ale tylko zdmuchnął kurz. W rogu teczki dojrzał podpis: C. Befce.

Sam nie znosił, kiedy ktoś patrzył w jego notatki i oglądał nieskończone kompozycje. Krył je nawet przed sprzątaczką, którą zatrudnił dopiero po wielokrotnych zapewnieniach, że nie zna nut.

Na koniec rozmowy zniecierpliwiona kobieta stanowczo twierdziła, że w ogóle nie potrafi czytać i jest głucha.

Zaniósł teczkę do kąta, postawił na sztalugach. Z fotela zabrał torby, na biurku położył swój sprzęt – laptop i keyboard. Yamaha nosiła widoczne ślady użytkowania. Nie to, żeby Dawid nie dbał o instrument, dbał, tylko korzystał z niego nieustannie. Podłączył wszystko do prądu, rozsiadł się za biurkiem i zapatrzył w okno.

Barwy nieba powoli traciły intensywność i w końcu Dawid uprzytomnił sobie, że od dłuższego czasu wpatruje się w krajobraz.

To było do niego niepodobne.

Nigdy nie potrzebował weny i natchnienia, by zacząć pracę. Oczekiwanie na muzę uważał zawsze za wymówkę kiepskich artystów, bo do korzystania z zasad kompozycji nie trzeba natchnienia, co najwyżej szkolenia. Sztuk nie dzielił wertykalnie: po lewej użytkowa a po prawej wysoka, tylko horyzontalnie: grzebień, mistrzowsko wykonany, mógł dostarczyć lepszych wrażeń niż kiepski obraz. Co za tym idzie: lepiej robić dobre rzemiosło niż kiepską sztukę.

Pilnował jednak, by nie mówić tego publicznie – zawsze potem ktoś usiłował go przekonać, że przecież jest wielkim artystą, a nie tylko zręcznym rzemieślnikiem.

Dawid wiedział, że jest wielki i że może być jeszcze większy, że jego arcydzielny koncert tylko czeka. Wciąż słyszał w snach piękną melodię, przemykała w pojedynczych nutach, ale nigdy nie pokazywała się w całości, zostawiając go z kompozycjami, które były zaledwie dobre i strachem, że nigdy nie uda mu się wygrać tej melodii, którą ma w sobie.

Zazdrościł Michałowi Aniołowi, któremu do satysfakcji wystarczyło odnaleźć łokieć w marmurze.

W końcu, zrezygnowany, wyłączył laptopa i zszedł na kolację. Rzucił niedbałe dobry wieczór, na które odpowiedziały równie niedbałe pomruki innych gości, i siadł przy stoliku w kącie. Usiadł, odwrócony plecami do sali, i szybko tego pożałował – czuł, jak wbija się w niego czyjeś świdrujące spojrzenie.

Odwrócił się, rozejrzał, ale nikt nie wydawał się zwracać na niego uwagi. Westchnął. Kiedy skończył jeść, postanowił pójść na spacer dookoła stawu.

Ledwo wyszedł na dwór, a rozczarowanie rzeczywistością wróciło. Las stracił swoją leśność, wszystko wyglądało tak samo nieciekawie, jak kiedy tu przyjechał. Obszedł budynek i wąską ścieżką, upstrzoną papierkami, ruszył dookoła stawu. To była ta romantyczna leśna droga? Woda do połowy zarosła szuwarami. Drewniany pomost zbutwiały, deski pękły w paru miejscach. Tuż obok niego, na brzegu stał kamień, wyraźnie przyniesiony tam przez człowieka a nie porzucony przez naturę. Litery, wyryte dawno temu, były nieczytelne.

Spojrzał w stronę willi – czy tylko mu się wydawało, czy w jego pracowni coś się świeciło? Zmarszczył brwi, jakby to miało poprawić ostrość jego spojrzenia – coś jakby małe światełko przesuwało się za szybami.

Gorąca krew uderzyła mu do głowy.

Nie pamiętał, czy zamknął drzwi.

Chryste, miał tam sprzętu za trzydzieści tysięcy. I zaczęte kompozycje. Dawid już widział oczami wyobraźni, jak ktoś zastawia wszystko w lombardzie za pięćset złotych.

Szybko ruszył w drogę powrotną, kiedy stracił swoje okno z widoku, przyśpieszył jeszcze bardziej.

Wbiegł po schodach, zdyszany, gwałtownie otworzył drzwi do pracowni, ale nikogo w niej nie zastał. Nic się nie zmieniło. Podszedł do biurka, laptop i keyboard leżały tak, jak je zostawił.

Pomost wyglądał stąd jakoś lepiej, choć nocne powietrze oblało wszystko złowieszczym cieniem. Dziwne, że stąd nie widział kamienia.

Wyszedł z pracowni, tym razem staranie zamykając ją na klucz.

 

*

 

Następnego dnia zauważył, że pod oknem leżał szary pył.

Jezioro za oknem skrzyło się zachęcająco. Przez szybę świat był jakiś piękniejszy i Dawid zaczynał rozumieć urok telewizji. Chciał uchylić okno, spojrzeć na świat bez filtru szkła, ale ze zdziwieniem zobaczył, że nie da się go otworzyć. Wzruszył ramionami, usiadł za biurkiem i zaczął szukać dźwięków.

Od dawna planował napisanie tego koncertu, pięknej kompozycji, w której solista występuje przeciwko całej orkiestrze. Koncert fortepianowy, starcie, którego pianista nie może przegrać. Musi być jak skała, o którą rozbija się orkiestra.

Tylko na razie to jego fortepian, pod naporem orkiestry, rozsypywał się jak zamek z piasku.

Wieczorem Dawid zapisał kompozycję pod roboczym tytułem na konkurs #12, bo była dość dobra, by wygrać, a tylko on wiedział, że mogło być lepiej. Dużo lepiej.

Po kolacji poszedł na spacer dookoła jeziora. Znowu zatrzymał się przy pomoście, spojrzał w swoje okno. Świeciło się? Zmrużył oczy, błysk zniknął. Nonsens, przecież dokładnie zamknął drzwi. Zabłąkane odbicie ostatnich promieni słońca?

Dziś dokładniej przyjrzał się kamieniowi. To, co wziął za ślady erozji, teraz uznał za celowe działanie. Ktoś skuł powierzchnię kamienia? Jaki napis chciano zatrzeć? To musiało być dawno, bo w trawie nie znalazł żadnego odłamka. Przesunął palcami po śladach liter, ale nie zdołał ich rozpoznać. Obszedł staw dookoła. Miał dziwne wrażenie, że idzie dłużej, niż powinien.

 

*

 

Śnił tej nocy. Ktoś trzymał go za rękę i te palce w jego dłoni były cienkie i gładkie. Czuł je już kiedyś, ale nie mógł przypomnieć sobie gdzie. Postać coś do niego mówiła, ale nie słyszał słów, zamiast nich z ust dobywała się cicha fraza wygrywana na fortepianie. Zimne i śliskie palce gładziły jego twarz.

 

*

 

Rano wciąż pamiętał ten dziwny, niepokojący motyw. Trzymał się go rozpaczliwie, powtarzał w kółko, usiłując uchwycić umykający sen, ale czuł, że fraza zaczyna się zmieniać. Poderwał się, zanotował nuty – niedoskonale, ale tylko tak je pamiętał, ze zdziwieniem spojrzał na swoją dłoń: opuszki miał szare, jakby pobrudzone grafitem.

Przypomniał sobie, skąd znał dotyk ze snu. To był węgiel z plastyki w liceum. Długie, śliskie kawałki, które czasem nieprzyjemnie piszczały po papierze.

Przez cały dzień usiłował odtworzyć tę frazę i kiedy ją w końcu odnalazł, to rozpłakał się jak dziecko. Wreszcie mógł stanąć przeciwko wszystkim. Postawi tę frazę przeciwko orkiestrze. Przeciwko światu!

Wreszcie nikt nie będzie mógł zwątpić w jego talent. Nie to, że wątpiono.

Nie głośno.

Wychodząc z pracowni, zobaczył, że teczka z rysunkami leży koło sztalugi. Spadła? Oparł ją o regał. To w szkicach tkwiła wartość pracy, były szkieletem, limfą i nerwami dzieła. Nigdy nie powinno się pokazywać niedokończonych prac. Nikomu. Nie powinno się zaglądać za kulisy.

Na spacerze znowu widział światełko w swoim oknie. Pomachał butnie, taki był pewny siebie. Musi jutro sprawdzić, co może odbijać to zachodzące słońce.

 

*

 

W nocy śnił o szkole muzycznej i niekończących się ćwiczeniach. Mogły się nie kończyć, bo lubił niepowtarzalną powtarzalność zapisu nutowego. Dlatego, kiedy nauczyciele zachwycali się jak bardzo wkłada w to wszystko serce, on chciał tylko odpowiedzieć, że to nie serce a technika, statystyka i warianty.

 

*

 

Komponował powoli, ale chyba wreszcie znalazł coś naprawdę dobrego.

Pracował cały dzień bez przerwy, o jedzeniu przypomniał sobie dopiero przed kolacją. Całe życie mówiono mu, że ma talent, choć on uważał to tylko za technikę i teraz wreszcie zrobił coś naprawdę dobrego. Teczka znowu stała na sztaludze, tam gdzie postawił ją pierwszego dnia. Gdy schodził na dół, zarys melodii wciąż wirował gdzieś na skraju myśli. Czuł zapach świerków.

 

*

 

Śnił o długich węgielkach, które gładziły jego twarz. Pamiętał swoje pierwsze sukcesy, zachwyt rodziców, kiedy na koniec roku w szkole muzycznej on grał swoje kompozycje, jego koledzy grali jego kompozycje, a skonsternowani goście, siedzący na widowni, nie potrafili się przyznać do nieznajomości domniemanego klasyka. Było pięknie. Czarne klawisze fortepianu pieściły go czule.

 

*

 

Rano strzepał z poduszki czarny pyłek. Uważnie przyjrzał się deskom na suficie, ale nie znalazł tam nic, co mogłaby się na niego osypywać. Powinien to potem zgłosić gospodarzowi. Potem.

Pracowało mu się samo. Fortepian szedł w zwycięskim pochodzie. Muzyka nie brała jeńców.

Czasem, zamyślony, chodził nerwowo po pokoju, cicho stąpając po dywanie. Przekładał wtedy różne rzeczy, pewnie dlatego kartonowa teczka stała oparta o książki.

Może przez całe życie nie miał racji, mówiąc, że natchnienie nie jest ważne? Jakże miałkie musiały się wydawać wszystkim jego wcześniejsze kompozycje, skomponowane głową a nie sercem! Starał się, zawsze się starał, a teraz myślał, że niepotrzebnie. Wystarczyło znaleźć się w odpowiednim miejscu i łaska muz płynęła szerokim strumieniem.

To była sztuka.

Na wieczornym spacerze stanął przy molo, przy kamieniu, zapatrzył się w światełko migające w jego oknie.

Myślał o latarni morskiej, a falach napierających na budynek. Zupełnie jak w jego koncercie.

Myślał o krokach, które usłyszał dziś w pracowni, zupełnie jakby podłoga była pokryta deskami a nie dywanem.

Nie odwrócił się. I tak nie mógłby teraz porzucić tego miejsca.

 

*

 

To nie był dobry sen, a jeden z tych, w których chce się biec jak najszybciej, ale nie można ruszyć z miejsca. Śnił o wygranych konkursach, chciał im wytłumaczyć, że to niedobre, nic niewarte, że nie należały mu się te wszystkie wyróżnienia, pierwsze miejsca i grand prix, oszukiwał, to tylko złuda, iluzja lub litość.

Nie, przecież nikt nie mógł litować się nad nim tak bardzo, żeby dać mu nagrodę?

Nagroda za technikę, nagroda za starania, nagroda pocieszenia, bo prawdziwie utalentowani ludzie nie musieli nic robić.

 

*

 

Obudził się, zlany czarnym pyłem, obsypany potem.

Długo stał pod prysznicem.

Mylił się dziś co chwilę, za nic nie potrafił odnaleźć swojej kompozycji.

Przypominał sobie jeszcze o widoku za oknem. I widoku na okno. O światełku i teczce, co ranek leżącej w innym miejscu. Szkło musiało być czymś zabarwione, doszedł do wniosku. Albo zeszlifowane, wygięte w dziwny sposób. Może stąd ten kryzys? Może nie pamięta, że sam przekłada teczkę?

Sfrustrowany, znalazł w sobie gniew, by skonfrontować się z gospodarzem:

– Przepraszam, ale myślę, że ktoś wchodzi do mojego pokoju w trakcie moich wieczornych spacerów.

– Ależ niemożliwe! – Gospodarz wyglądał na szczerze zdziwionego.

– Teczka z rysunkami, która tam jest, ciągle zmienia miejsce w którym leżała i ktoś świeci po szybie.

– Teczka? Nie przypominam sobie żadnej teczki… Ale gwarantuję, że nikt do pana nie zagląda! Pan ma jedyny komplet kluczy.

Na spacerze jednak znowu widział światełko w oknie.

Stał, opierając się o kamień wygrzany w promieniach słońca. Był ciepły i prawie jak żywy.

 

*

 

Nie wiedział, czy śnił szmery, czy je słyszał.

 

*

 

Czarnego pyłu było coraz więcej – uważał, by go zdmuchiwać, a nie strzepywać, bo dotknięty rozmazywał się w szare ślady. Pachniał żywicą.

Chyba zmarnował życie nad studiami, kiedy prawdziwa sztuka była taka łatwa.

Ta melodia w nim była, trzeba było tylko trącić odpowiednie struny i wylewała się z niego jak woda.

Przed zejściem na kolację zostawił załączoną kamerkę w laptopie.

Kiedy wrócił, po jedzeniu i spacerze, stojąc przed drzwiami miał wrażenie, że z drugiej strony też ktoś stoi i czeka, nasłuchuje tak samo jak on. Wstrzymał oddech i usłyszał ciche szumienie węgla po papierze.

Pchnął drzwi, ale nie ustąpiły; wciąż zamknięte na klucz.

Kiedy je otworzył, w pokoju nikogo nie było. Sprawdził nagranie, ale kamera zarejestrowała tylko śnieżenie.

Zadzwonił do Julka.

– Czy ty widziałeś tu coś dziwnego? Słyszałeś, czułeś?

– Hmm… Nie bardzo wiem co masz na myśli. Pisałem. A jak tobie idzie?

Dawid musiał przyznać, że fenomenalnie.

 

*

 

Patrzył z innej perspektywy jak podpisuje swoje pierwsze kontrakty na muzykę, teraz dopiero to widział, że w filmach chciano jego kompozycji, nie dlatego, że były dobre i muzyką budził emocje, tylko dlatego, że jego doskonała bezbarwność zlewała się z obrazem. Chciano go, bo nie miał charakteru.

 

*

 

Teraz go w końcu odnalazł.

Był wdzięczny Julkowi, że go tu wysłał.

Niebo od rana wydawało się poszarzałe, ale Dawidowi pracowało się tylko lepiej. W jego koncercie fortepian rozgromił orkiestrę i teraz tańczył na zgliszczach. Nie odrywał wzroku od laptopa, bo kiedy palił światło w ciągu dnia, widział, jak w szybie coś się porusza. Kątem oka dostrzegał to krawędź teczki, to rąbek sukienki, to pasmo włosów, ale nie miał odwagi, by się odwrócić. Przez jego nuty prześlizgiwało się szemranie węgla o papier.

Ale to ja, które tu odnalazł, nie zamierzało poddać się widziadłom tak łatwo.

Nie wyszedł na spacer. Stał w oknie, w tym miejscu, gdzie zwykle widział światełko i patrzył z góry na pomost, na miejsce, w którym zwykle się zatrzymywał.

Małe światełko i tak odbiło się w szybie, zupełnie jakby to on trzymał je w ręce. Spojrzał w dół. Dłonie miał puste, choć w szybie dalej migotało.

W tej perspektywie wyglądało, jakby płonęło na molo. Na kamieniu?

 

*

 

W nocy, po raz pierwszy od dawna, Dawid się przebudził. Leżał nieruchomo. W pokoju pachniało węglem, papierem, lasem i jeziorem. Uchylił powieki.

Odrobinę.

Nie było księżyca, więc blade światło nie oświetliło postaci stojącej w nogach łóżka. Dawid bardziej zgadywał niż widział, że długa jasna koszula przykleja się do jej ciała, a czarne włosy opadają na twarz. Trzymała przed sobą teczkę i zapamiętale coś szkicowała. Kogoś?

Jego.

Pachniało wilgocią i świerkami.

 

*

 

Rankiem znalazł jeszcze więcej okruszków węgla.

W pracowni, jak zawsze, odłożył teczkę na sztalugę, choć coraz bardziej kusiło go, by zajrzeć do środka. Gładził palcem tasiemki. Nie. Nie wypada.

Ma dzieło do dokończenia.

Czarne klawisze keyboardu wyglądały jak nierówne, okrągłe kawałki węgla. Miały przydymiony, satynowy połysk i kiedy Dawid uderzał w nie palcami, to zostawiały szare ślady na jego opuszkach. Jakby grał na węgielkach. Na paluszkach.

Arcydzieło.

Wieczorem zatrzymał gospodarza przed wahadłowymi drzwiami kuchni i zapytał, czy wcześniejsi klienci mówili mu coś więcej o tym pokoju.

– Tak po prawdzie to nie wiem. – Rozłożył ręce. – Dostałem willę niedawno, w spadku. Od razu z cennikiem – dodał obronnym tonem.

– A co, topielicę pan widział? – zagadnął kucharz, uchylając jedno skrzydło.

– Jaką topielicę?

– Była podobno taka jedna. Cecylia? Celina? Za Stryjeńską do Monachium na rysunki chciała iść, ale rodzina nie pozwoliła i się dziewczyna utopiła. Tu. Chyba – dodał, widząc zmarszczone brwi szefa – ale równie dobrze mogło być tam. No i do teraz cierpi, że nie stworzyła swojego arcydzieła. Kamień postawili. Różne artysty…

– Dość! – warknął Dawid, obrócił się i odszedł.

Nad stawem długo przypatrywał się kamieniowi.

Mogło tam być imię, nazwisko i data. Nie szukał wzrokiem światełka w oknie.

Bał się, że duchy nie znikają w świetle poranka – nie bardziej niż gwiazdy, zaświetlone słońcem.

 

*

 

We śnie wychodził przez to zamknięte okno i spływał w krajobraz, który widział przez szybę, zupełnie inny niż w jego świecie. Cisy zamiast tui. Pod domem rosły kwiaty. Barwne kielichy na długich łodygach, kolorowy drobiazg rozsypany na ziemi, kwiatostany uformowane w dzwonki i kule. Nazw nie znał, bo nie sprzedawano ich na potęgę każdej wiosny.

 

*

 

Jego koncert był coraz piękniejszy. Przejmował smutnym pięknem i nie dawał nadziei. Fortepian wygrał z orkiestrą, ale za jaką cenę?

Dawid był przerażony, ale nie przez ducha, sypiącego węglem i pachnącego świerkami.

Co, jeżeli już nigdy nie będzie w stanie napisać nic równie dobrego?

Pisał przez łzy.

Wciąż słyszał, jak gdzieś za nim dziewczyna rysuje węglem po papierze.

Na spacer szedł z urwanymi czerwonymi pelargoniami, które zostawiał pod kamieniem. Pelargonie były czerwone jak krew, ale nie znał kwiatów czarnych jak węgiel.

Przeprosił kucharza i poprosił, by przyniósł mu znicz.

 

*

 

W nocy patrzył, jak dziewczyna rysuje z pasją, która udzieliła się i jemu. Tego mu brakowało. Rzemiosło miał, ale pasja, w której zapomina się o innych rzeczach, była mu obca. On? On miał tępe, mechaniczne ćwiczenia, kalkulacje i rozsądek.

Czym było klepanie wprawek wobec pragnienia silniejszego niż życie?

Teraz zaczynał rozumieć, że jego koncert był o niej. Jego koncert był jej.

Przeglądał partytury i widział na papierze ślady węgla zamiast śladów długopisu.

Skoro pisze o niej, to może powinien spróbować ją lepiej poznać? Zajrzeć głębiej. Wiedziałby wtedy, czy w ostatnich taktach fortepian wygrał, czy jednak zmiotły go fale orkiestry, zalały struny, zdeptały delikatne, węglowe klawisze. Zobaczy jej rysunki i wtedy będzie mógł dokończyć swoje arcydzieło. Może to ją ukoi: jego dzieło napisane na jej cześć.

Drżącymi palcami rozwiązał sznureczek i otworzył teczkę.

C. BEFCE podpisała wszystkie szkice. Były i daty.

Nie znał się na rysunku, ale szkice wyglądały poprawnie. Na wielu z nich spał. Na pozostałych widział siebie odwróconego placami do rysownika, jak pochyla się nad klawiaturą – jedną czy drugą. Na kilku stał na kładce na drugim końcu jeziora.

Ostatni rysunek, z dzisiejszą datą, wyglądał na uchwycony zaraz znad jego ramienia. Poczuł jej chłodny oddech, kropla spłynęła po jego policzku. Na rysunku ukończył już kompozycję, ale jego łokieć zasłaniał ostatnie takty.

Wiedział, że są idealne.

Wiedział, że sam ich nie znajdzie.

Zaczął dmuchać na rysunek, by przesunąć ten łokieć, ale nic to nie dało.

Schował prace do teczki, odstawił ją tam, gdzie zawsze, usiadł nad klawiaturą keyboardu – palce mu drżały.

Czekał, aż znowu rozlegnie się cichy szmer węgla, dziewczyna się ulituje i odsunie jego łokieć.

Było bardzo cicho. Nic nie napisał. Nic nie rysowała. Nic nie zagrał.

Czekał, klnąc w myśli swoja głupotę. Jak mógł spojrzeć!

Poderwał się, wyjął ten ostatni rysunek, położył na laptopie. Wpatrywał się w niego, mając nadzieję, że któreś mrugnięcie zdoła zetrzeć łokieć, zasłaniający idealne zakończenie.

Węgiel nie zaszumiał.

Czuł chłodny oddech na policzku.

Nadeszła noc.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam z przyjemnością.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ładne, niezła wizja weny.

Dobre zakończenie, zostawia z odrobiną tajemnicy. No i wyjaśnia, dlaczego nie usłyszymy tego wspaniałego koncertu.

To gdzie, powiadasz, jest ten pensjonat? ;-)

Napisane też całkiem zacnie.

Babska logika rządzi!

Nooo, dooobre było!:)Ale fakt, że bez Muzy ani rusz.Dzięki za to opowiadanie. Do zapamiętania. I tylko jedna uwaga: Ten początek, z romantykami. Obniża rangę całości. Zbędne rozchwierutanie i za dużo tego.

To gdzie, powiadasz, jest ten pensjonat? ;-)

Rozpoczętych wielkich sag fantastycznych to tu już jest pod dostatkiem ;)

 

Dzięki za dobre słowa! 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Bardzo satysfakcjonująca historia. Udało Ci się zbudować posępny klimat pasujący do gotyckiej stylistyki, a zrozumiałam, że willa raczej była architektonicznym koszmarkiem.

Jestem za klimatycznymi opowieściami o wenach i duchach ;)

No cóż, mnie jakoś nie porwało. Owszem, przeczytałam bez przykrości, ale że obce są mi męki tworzenia dzieł, że o arcydziełach nie wspomnę, niespecjalnie przejęłam się losem muzyka, komponującego przy współudziale sypiącego się węglowego pyłu i teczki z rysunkami, wciąż zmieniającej miejsce położenia.

Dość monotonne wydały mi się też kilkakrotnie opisywane spacery odbywane ustaloną trasą i ciągła kontemplacja kamienia, tudzież ustawiczne wpatrywanie się w okno.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

i bro­szu­rę z ha­słem do WiFi… –> …i bro­szu­rę z ha­słem do Wi-Fi

 

Na prze­ciw­ko drzwi, od­da­lo­ne o ki­lo­me­try… –> Naprze­ciw­ko drzwi, od­da­lo­ne o ki­lo­me­try

 

czy w jego pra­cow­ni świe­ci­ło się ja­kieś świa­tło? –> Czy to paskudne powtórzenie jest celowe?

 

choć nocne po­wie­trze ob­la­ło wszyst­ko w zło­wiesz­cze cie­nie. –> Nie bardzo wiem, jak można coś oblać w coś.

Może: …choć nocne po­wie­trze oblekło wszyst­ko w zło­wiesz­cze cie­nie.

 

Chciał uchy­lić okno, spoj­rzeć na świat bez fil­tru szkła, ale ze zdzi­wie­niem zo­ba­czył, że szyby są osa­dzo­ne na stałe. –> A czy zdarza się, że szyby w oknach są osadzone na tymczasem (jednakowoż wyjąwszy możliwość, że się stłuką)?

 

Rano wciąż pa­mię­tał dziw­ny, nie­po­ko­ją­cy motyw. –> Rano wciąż pa­mię­tał ten dziw­ny, nie­po­ko­ją­cy motyw.

 

To nie był dobry sen: jeden z tych, gdzie chce się biec jak naj­szyb­ciej… –> To nie był dobry sen: jeden z tych, w których chce się biec jak naj­szyb­ciej

 

chciał im wy­tłu­ma­czyć, że to nie­do­bre, nie warte… –> Chyba miało być: …chciał im wy­tłu­ma­czyć, że to nie­do­bre, nic niewarte

 

Obu­dził się, zlany czar­nym pyłem, ob­sy­pa­ny potem. –> Czy to celowe sformułowania?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ładne :)

przeczytałam bez przykrości

też jakiś sukces.

poprawki naniesione, dziękuję.

 

I dzięki za wizyty!

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Bardzo proszę. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dawid wiedział, że jest wielki i że może być jeszcze większy, że jego arcydzielny koncert tylko czeka

Co to jest arcydzileny koncert?

 

Mnie też nie porwało, nawet byłem lekko znudzony. Nie czuje takiego pisania.

Sympatyczny tekst. Wizja weny fajna, tajemnicze zakończenie na plus. Przyjemny ten koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

O matko bosko! Znany i nagradzany kompozytor tworzy swe dzieło na KEYBOARDZIE?! Na którym dźwięk jest generowany elektronicznie a jedynym parametrem oddającym różnicę w sposobie wydobycia dźwięku jest głośność? Świat się kończy…

Myślę, że chodziło Ci raczej o pianino cyfrowe :)

A poza tym, podobał mi się klimat opowiadania i ten opis pokazujący zderzenie poezji z rzeczywistością :) Przez pewien czas wydawało mi się, że Julek to Słowacki a Dawid, jak szanujący się wielki artysta, ma swoją chorobę psychiczną. Ale po przeczytaniu całości, nie jestem pewna tej interpretacji. Niemniej, do biblioteki leć :)

A, to znowu Ty?

Boję się otworzyć lodówkę. ;-)

Babska logika rządzi!

O, i znów rozdziewiczyłam Wybranietz z anonima ;)

wait, wut?

ostatnio jak patrzyłam, to były 3 BiBy.

(dzięki, NWM)

Kto mnie kliknął cichcem?

 

arcydzileny

czyli brawurowy i odważny ;>

 

 

KEYBOARDZIE

em, po polsku i po angielsku to są dwie różne rzeczy? czy takie pianino jest przenośne?

Dzięki za klika i, ekhm, klikflorację ;D

 

Boję się otworzyć lodówkę. ;-)

Te Twoje lodówki są wystarczająco przerażające i beze mnie ;P

Ale najbliższy tekst chyba będę miała do wrzucenia dopiero w drugiej połowie grudnia, więc bez strachu ;)

 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Ale dotychczas się ich nie bałam. ;-)

Babska logika rządzi!

Muaha!

Dieta wybrańtzem!

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

No i patrz, tradycyjnie lubię Twoje teksty, nawet, gdy nie wiem, że są Twoje ;p

Lepiej tak, niż jakbyś miała je lubić tylko dlatego, że moje ;)

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Keyboard i pianino elektroniczne to są dwie różne rzeczy – różnica polega głównie na sposobie wydobywania dźwięku i jego jakości. W keyboardzie niezależnie jak mocno naciśniesz klawisz, dźwięk zagra tak samo (najwyżej głośniej/ciszej). Pianino elektroniczne ma lepiej lub gorzej (w zależności od ceny) odtworzone cechy pianina klasycznego i pozwala przelać emocje artysty na dźwięk. Da się przenosić, choć zwykle jest cięższe od keyboardu. Mam kolegę kompozytora, który by się pewnie obraził, gdyby zaproponować mu w ogóle granie na keyboardzie a co dopiero komponowanie :)

Dzięki, będę wiedzieć na przyszłość.

Tak mnie googiel oszukał!

 

Mam kolegę kompozytora, który by się pewnie obraził, gdyby zaproponować mu w ogóle granie na keyboardzie a co dopiero komponowanie :)

Jak ci, co nie mogą napisać książki, bo nie mają MakBuka ;>

 

 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Tzn. w sumie to chyba i ja trochę oszukałam, bo fachowo w sklepach się to zwie “pianino cyfrowe” (czy jest różnica między cyfrowym a elektronicznym to już nie wiem:)).

Takem czuł…

Ale powtórzeń, to Ty się, Wybranietz, strzeż:

 

Jedna z toreb zaczęła powoli zsuwać się z jego ramienia. Musiał przyznać jedno

Krył je nawet przed sprzątaczką, którą zatrudnił dopiero po wielokrotnych zapewnieniach, że nie potrafi czytać nut i nie zna się na muzyce.

Na koniec rozmowy zniecierpliwiona kobieta stanowczo twierdziła, że nie potrafi czytać i jest głucha.

Takem czuł…

Potraktuję to bardziej jako komplement niż jako naganę, ale jakbyś dorzucił z jeszcze jedną trafną uwagę do wykorzystania w przyszłości, to się ucieszę ;)

 

Pierwsze powtórzenie rzeczywiście przeoczyłam, ale drugie było celowe.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

I prawidłowo to traktujesz, po prostu konsekwentnie rozwijasz swój styl.

To drugie powtórzenie mnie razi. Bo skoro najpierw „wielokrotnie zapewniała” a potem „stanowczo stwierdziła” dokładnie to samo, to tutaj nie ma żadnej gradacji. Lepiej byłoby: „po wielokrotnych zapewnieniach, że nie zna nut”, a potem „stanowczo twierdziła, że w ogóle nie umie czytać”.

Ach, racja.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

No! Nareszcie mogę napisać, że coś, co napisała Wybranietz nie do końca mi się podobało!

Znaczy – stylistycznie to oczywiście cud, miód i orzeszki – tu musiałbym właściwie powtórzyć to, co pisałem pod ostatnim tekstem – jestem fanem sposobu, w jaki opisujesz rzeczywistość, zarówno jeśli chodzi o warstwę, że tak powiem, materialną jak i emocjonalną. Jednak pod względem fabuły przychylam się nieco do tego, co napisała Reg – za dużo tych spacerów, patrzenia w okno, snów i tak dalej. Fakt, to tworzy klimat, trochę gotycki, ale gdyby nie twój niewątpliwy kunszt, nudziłbym się. Co nie zmienia faktu, że tekst jest bardzo dobry i czytanie Ciebie jest samą przyjemnością. 

Aha, Ty tak już na dobre zmieniasz nicka na "Anonim"? 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No! Nareszcie mogę napisać, że coś, co napisała Wybranietz nie do końca mi się podobało!

eee… unnecessary and unwanted achievement unlocked? 

 

No cóż, mam tylko nadzieję, że nie odpadnę w tym rodeo i kolejne teksty będą tylko lepsze ;)

 

Aha, Ty tak już na dobre zmieniasz nicka na "Anonim"? 

 

dwa razy było, i to nawet nie pod rząd!

 

 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Nowa Fantastyka