- Opowiadanie: zapomnialemhasla - Szare aleje

Szare aleje

Bardzo długo nie mogłem zebrać się, by cokolwiek napisać – z góry przepraszam za nieudolne prowadzenie narracji, błędy techniczne i inne wynikające z warsztatowej nieudolności zgrzyty.

Tekścik na Wszystkich Świętych – bez wartkiej akcji, dialogów, zupełnie niezaskakujący fabularnie, ot - taka etiudka. Wędrowanie po cmentarzach zawsze nastraja mnie minorowo, więc i umiarkowanie entuzjastyczny.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Szare aleje

Pamiętasz, jak za dzieciaka woziłeś mnie pociągiem na grób dziadka, we Wszystkich Świętych? Wyjeżdżaliśmy koło południa, kilkudziesięciominutowa podróż, przesiadka na autobus, kilkanaście minut i już byliśmy częścią przelewającego się po nekropolii tłumu. Zaduma mieszała się z niecierpliwością, ludzie śpieszyli się, musieli wszędzie zdążyć, ale przy grobach zatrzymywali się, zamyślali.

Wchodziliśmy na cmentarz tylną bramą, grób dziadka nie leżał daleko; przez te kilkadziesiąt metrów czytałem tablice, imię, nazwisko, żył lat… Albo daty urodzenia, śmierci – to było trudniejsze, trzeba było szybko przeliczać, bo szedłeś sprężyście, nie marnując czasu, tak, że ja, niesiony na barana, ledwo nadążałem z liczeniem.

I na samych dołach tablic – non omnis moriar, spoczywaj w pokoju, żona i synowie… nieutuleni w żalu rodzice, pogrążeni w smutku matka i bracia, cicho płyną łzy matki… Te napisy potrafiłem odczytać dopiero za którymś razem, kiedy nabrałem wprawy, szybciej czytałem, szybciej liczyłem.

Mijały lata; nie musiałeś już nosić mnie na grzbiecie, dotrzymywałem Ci kroku, a przynajmniej nie spowalniałem zbytnio. Imiona i nazwiska na tablicach stały się znajome, choć widywane tylko raz do roku. Daty mówiły więcej. Najwięcej – inskrypcje u samego dołu.

I tak jeździliśmy, regularnie, rok za rokiem, a świat wokół się zmieniał. Grób dziadka stał się grobem dziadka i babci, z czasem dołączyli wujkowie, ciotki… Aż przyszedł taki listopad, kiedy przyjechałem bez Ciebie. Szedłem szarą aleją, mijając ludzi i napisy, nieprzyzwyczajony nie tyle do samotności, co do Twojej nieobecności. Padał deszcz ze śniegiem, kilka zapałek zgasło, zanim znicze zajaśniały ciepłym blaskiem. Spotkałem krewnych, było prawie jak zawsze, zapalenie płuc może zdarzyć się każdemu.

Później znów przyjeżdżaliśmy razem. Hamowałem mój niecierpliwy krok, byś nie czuł się zakłopotany i znów razem parzyliśmy czubki palców i rozstawialiśmy płomienie na lastrykowej płycie.

Jeszcze później znowu musiałem przyjeżdżać sam. Twoja pierwsza operacja, planowa, ale akurat pod koniec października. Kilka powrotów do szpitala, obserwacje, diagnostyka. Druga operacja, związany z nią niepokój i tak w kółko, szpitale, badania, poradnie, kolejki.

Któregoś roku czułeś się silniejszy, przyjechałeś ze mną. Kilkadziesiąt metrów od bramy do dziadkowego grobu, które mimo osłabienia uparłeś się przejść, przeciągało się niczym długie kilometry. W pół drogi pomyślałem, że powinienem wziąć Cię na barana, jak Ty mnie za dawnych lat. Uśmiechnąłem się, a Ty roześmiałeś się zdrowo, perliście, kiedy powiedziałem Ci, o czym myślę.

Kolejne zabiegi, kolejne pobyty w szpitalach dłuższe, niż w domu. Wszystkich Świętych celebrowałem sam, sam maszerowałem szarymi alejkami, przy grobie spotykałem krewnych; z czasem spotykałem ich coraz mniej, następnie – coraz rzadziej. Cmentarz szarzał, choć znicze były coraz bardziej kolorowe.

Imiona i nazwiska przestały się liczyć. Na znaczeniu zyskały daty, liczby. Inskrypcje czerniały u podstaw tablic, rażąc oczy. Przeraźliwie smutne słowa matek i ojców żegnających swoje dzieci… Czarne inskrypcje.

Nieutuleni w żalu rodzice, pogrążeni w smutku matka i bracia, cicho płyną łzy matki, zrozpaczony ojciec i mąż…

I, po paru szarych latach, kolejny wspólny przyjazd. Zawsze byłeś dla mnie wzorem wytrwałości, ale wtedy… wtedy… to było coś niezwykłego. Szedłeś może nie dziarsko, ale pewnie, a na Twoich ustach błąkał się lekki uśmiech.

Czekaliśmy na krewnych, ale nie pojawili się… Być może wszyscy byli już na miejscu.

Później świat stanął na głowie.

***

Następnego roku przybyliśmy razem. Szedłeś spokojnie, rozglądałeś się, mówiłeś niewiele, zerkając na mnie co jakiś czas. Starałem się zachowywać jak zwykle, ale przecież znasz mnie dłużej, niż ja sam siebie, zresztą kiepski ze mnie aktor.

Wybacz kiczowate sformułowanie, ale inskrypcje raziły mnie czarnym światłem. W tym świetle widziałem Cię, idącego szarą aleją, czytającego podobne słowa z tablicy naszego rodzinnego grobowca.

Od wielu lat, od kiedy umiałem odczytywać wszystkie słowa wiedziałem, że nie mogę do tego dopuścić. Nigdy nie sądziłem, że będę musiał podjąć tę walkę – jesteś o tyle starszy…

Rodzice nie powinni żegnać swoich dzieci.

Dziwiłeś się, kiedy wybierając zawód odrzuciłem nasze rodzinne tradycje. Pewnie czułeś rozczarowanie, chociaż przy okazji któregoś z przydługich pobytów w szpitalu uścisnąłeś mi dłoń i przyznałeś, że dobrze mieć bliskiego-lekarza. Skłamałbym mówiąc, że się nie wahałem. Decyzja była trudna i tym bardziej jestem Ci wdzięczny, zareagowałeś spokojną akceptacją. Tamten uścisk dłoni był dla mnie ważny.

Realizowanie celów postawionych sobie w dzieciństwie nie jest łatwe. Byłem wytrwały i cierpliwy… aż nagle okazało się, że na to, co planowałem rozłożyć na wiele lat kariery, zostało mi kilka-kilkanaście miesięcy. Zwykłe badania okresowe, parę drobnych odchyleń, badania rozszerzające wykonane trochę na siłę, w chwili wolnej między dyżurami… Diagnoza była wyrokiem. Nie więcej niż dwa lata, z tego ostatnich kilka miesięcy na silnych lekach.

Psychiatria, neurologia, neurochirurgia, genetyka, cybernetyka, informatyka, lingwistyka… Działałem na rozdrożu, współpracowałem z przeróżnymi specjalistami i miałem świadomość, że nie potrafię przekazać całokształtu swojej pracy komukolwiek innemu. Zakładając nawet, że znalazłby się ktoś, kto poświęciłby swój czas niepewnej, obszernej teorii mającej niewielkie potwierdzenie w praktyce.

Wyniki badań, które prowadziłem, wydawały się obiecujące, ale etap, na którym się znajdowałem w żadnym razie nie mógł być określony mianem zaawansowanego. Musiałem jak najszybciej osiągnąć efekt, nie zważając na ograniczenia.

Wciąż miałem gdzieś z tyłu głowy obawę, że moja choroba jest karą za chęć wydarcia Bogu jednej z największych jego tajemnic. Że nie powinienem kontynuować prób. Że może, jeśli odpuszczę, wszystko się wycofa.

Nie uległem podszeptom. Skupiłem się na celu, starając się osiągnąć go najprostszą drogą. Może ktoś kiedyś dokończy moją pracę, może odkryje boczne ścieżki, na które nie miałem czasu wejść

Może chociaż udoskonali to, co udało mi się zrealizować.

Choroba okazała się bardziej agresywna, niż z początku myślałem. Czas mijał nieubłaganie i po Nowym Roku stało się jasne, że nie przejdę już więcej szarymi alejami.

***

Nie widzę tego, ale wiem, że mamy ładny dzień. Aleję oświetlają promienie jesiennego słońca, a kolorowe jesienne liście nie zdążyły jeszcze rozmemłać się w szarą breję. Jest ciepło. Jestem spokojny, bo wiem, że nie poniosłem klęski.

Przypominam sobie przyspieszone badania, prowadzenie wszystkiego tak, by dojść do momentu, w którym racjonalnym kolejnym krokiem okazała się próba na człowieku. Pamiętam długie rozmowy z dr. Ś., moim przyjacielem, neurochirurgiem, który miał wykonać zabieg. Bronił się, aż pokazałem mu wyniki badań. Jako lekarz mógł odmówić, jako przyjaciel – w żadnym wypadku.

Czy nadużyłem naszej przyjaźni? Czy mam wyrzuty sumienia? Miałbym większe, gdybym zrobił inaczej.

Mówiąc w skrócie, Ś. wykonał nowatorski zabieg: podłączenie mojego kresomózgowia do układu elektronicznego. Ryzyko było znaczne – infekcje, krwawienia, drgawki, cała lista. Według moich pierwotnych założeń układ nerwowy tak połączonego człowieka powinien scalać się z układem elektronicznym przez kilka lat, aż świadomość zdysocjowałaby do tego stopnia, że stopniowe obumieranie natywnego mózgu nie spowodowałoby jej zniszczenia.

Nie miałem dwóch rzeczy. Po pierwsze, odpowiednio zaawansowanego sztucznego mózgu. Po drugie – czasu.

Nie wiem, co czuję, wspominając wybór, przed którym Cię postawiłem. To, co zrobiłem, było samolubne. Ratowałem swoje istnienie. Z drugiej strony – od samego początku, od zarania moich badań miałem jeden cel – by na grobach pojawiało się jak najmniej czarnych inskrypcji. By rodzice nie spędzali listopadowych dni, patrząc na tablice z imionami swoich dzieci.

Kim bym był, gdybym pozwolił na to własnemu ojcu?

Nie zastanawiałeś się. Ryzyko było wielkie, powikłania – krwotok, udar, zakażenie, padaczka – znacznie bardziej prawdopodobne, wiek i choroby robią swoje. Ś. wszczepił Ci odpowiednie elektrody i kabelki. Nawet nie musiałem go namawiać – euforia po wcześniejszym udanym zabiegu jeszcze nie minęła.

Kluczowy manewr wykonałem sam – Ś., mimo całej swej odwagi, zdecydowanie odmówił włączenia transmisji, która szerokopasmowym Wi-Fi połączyła Twój umysł z elektronicznym i, pośrednio, z moim natywnym mózgiem.

Niewiele pamiętam z tamtego okresu. Programy, a właściwie ich wersje alfa, naprędce zmodyfikowane, pracowały bez przerwy, godząc dwa umysły. Miały niewiele czasu – moje ciało umarło wczesną wiosną; ostatnim, na co spoglądałem, był jasny księżyc w pełni, wiszący na czarnym, nocnym niebie.

Kilka miesięcy zajęło nam dochodzenie do siebie, nauka współdzielenia dostępnych zasobów, zwykłe gojenie chirurgicznych ran… Szybko okazało się, że prymitywny elektroniczny mózg, który pośredniczył pomiędzy naszymi umysłami, jest niezbędny do mojego dalszego istnienia; w przeciwnym razie Twój biologiczny ośrodkowy układ nerwowy nie poradziłby sobie z nienaturalnym obciążeniem. Wykorzystuję jego fragmenty, by pozostawać człowiekiem; jak najmniejsze, byś i Ty nim pozostał.

Wiem, że mamy ładny dzień. Nie widzę tego; ostatnim obrazem, jaki pamiętam, jest wczesnowiosenna pełnia księżyca, a teraz mamy jesień. Czuję Twoje wrażenia, wiem, że idziesz spokojnie aleją, po dywanie z barwnych, jesiennych liści.

Znów niesiesz mnie na plecach, a ja po raz pierwszy nie czytam napisów z mijanych grobów. Zaraz usiądziesz na naszej rodzinnej ławeczce i spojrzysz na tablicę. Wyryto na niej moje imię, nawet jakieś daty, ale nie ma rażącej czarnym smutkiem inskrypcji na samym dole. Udało się.

Uśmiechamy się lekko, parząc czubki palców krnąbrnymi płomykami.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Sama nie wiem.

Koncepcja zawarta w drugiej połowie tekstu jest interesująca, spodobała mi się. Ale strasznie rozbudowany wstęp sprawia wrażenie zaburzonej kompozycji. Wiem, to tekst na pierwszego listopada. Ale jak ktoś przeczyta w któryś z pozostałych 364? IMO, wystarczyłoby zostawić z tego początku ze trzy akapity, żeby zachować klamrę, bo jest ładna.

Wykonanie całkiem przyzwoite.

Babska logika rządzi!

Pierwotnym założeniem tego opowiadania było 4-5 tys. znaków, więc coś jest w tym, co mówisz. Dałoby się zawrzeć treść w takiej objętości bez większej szkody dla sensu, uznałem jednak, że środek ciężkości tak skondensowanego tekstu będzie za bardzo przesunięty na czysto techniczną część zagadnienia (nie chciałem doprowadzić do tego, by opowiadanie stało się moim przepisem na osiągnięcie długowieczności czy wręcz nieśmiertelności).

Nie będę się upierał, że nie zrobiłem tego zbyt rozwlekle, ale poprzez przedłużenie wstępu starałem się zwrócić uwagę na bardziej ludzkie aspekty zagadnienia i wprowadzić spokojniejszy nastrój.

nie da rady

Mam podobnie jak Finkla – tekst dzieli się na dwie części, obie mi się podobają, jakkolwiek trochę zaburzają kompozycję całości. Tak czy inaczej bardzo dobrze mi się czytało, zbudowałeś nostalgiczny, lekko smutny, przesiąknięty jesienią klimat. Dodatkowe plusy za ciekawy pomysł i porządne wykonanie. Kliczek :)

Dzięki – o ten klimat mi chodziło, cieszę się, że zauważyłaś moje starania :) Szkoda, że jego uzyskanie zaburzyło kompozycję, ale z dwojga złego… ;)

nie da rady

Absolutnie nie stosuj się do rad Finkli i nie kastruj początku tego szorta. To, co mnie tutaj urzekło, to że zaskakujesz – i to nie raz. Naturalnym jest spodziewać się, przy tak przedstawionej kolejności zdarzeń we wstępie, że w końcu ojciec umrze i syn zacznie sam przychodzić na cmentarz. Rzucasz tutaj świetny fałszywy trop, a potem odwracasz sytuację. Potem zacząłem się zastanawiać: dobra, ale gdzie tu fantastyka? I pojawiła się! Całość okraszona intensywnymi emocjami i choć żadna z postaci nie ma nawet imienia, wypadły one niesłychanie ludzko. Bardzo mi się podobało.

Bardzo długo nie mogłem zebrać się, by cokolwiek napisać – z góry przepraszam za nieudolne prowadzenie narracji, błędy techniczne i inne wynikające z warsztatowej nieudolności zgrzyty.

Nie przepraszaj, bo nikogo nie uraziłeś. Jesteś wśród swoich, jeśli będziesz przestrzegał zasad naszej cywilizacji, to przyjmiemy Cię do plemienia ;)

 za dzieciaka

To jest kolokwialne – nie wiem jeszcze, czy będzie pasowało do całości, ale zaznaczam.

 kilkadziesiąt minut jazdy

Całe zdanie niezłe, tylko ta powtórzona 'jazda" trochę zgrzyta.

 Zaduma mieszała się z niecierpliwością

No, nie wiem.

 przy grobach ustawali, zamyślali się.

Ustawali w biegu, albo przystawali. Nie stawiaj "się" na końcu, to rusycyzm.

 grób dziadka nie leżał daleko, ale przez te kilkadziesiąt metrów czytałem

To się nie wyklucza – widzę, o co chodzi, ale mogłoby być ładniej powiedziane.

 daty, urodzenia, śmierci

Daty: urodzenia, śmierci.

 tak że ja

Tak, że ja.

 nieźle wytężać umysł

Hmm. Może po prostu nie nadążał z liczeniem?

 I na samych dołach tablic

Jakoś dziwnie to brzmi, zresztą te napisy bywają i u góry.

 nosić mnie na grzbiecie

Na barana – to na ramionach, nie na plecach. Nie jest to wielki błąd, można uznać za przenośnię, ale zaznaczam.

 dotrzymywałem Ci kroku

Zaimki dużą literą – tylko i wyłącznie w korespondencji. Chyba, że to właśnie list zostawiony na grobie ojca?

 systematycznie

Systematycznie?

 ciepłym ogniem

Ogień zasadniczo jest ciepły.

zapalenia płuc zdarzają się każdemu.

Bez przesady. Normalnie czepiałabym się nagłego przeskoku myślowego, ale akurat tu pasuje ze stanem emocjonalnym narratora.

 Hamowałem mój sprężysty chód

Jakoś źle to brzmi.

 Pierwsza Twoja operacja

Składnia: twoja pierwsza operacja.

 diagnostyka

Tego słowa używa się raczej w kontekście maszyn.

 przeciągało się jak długie kilometry

Hmm.

 pobyty w szpitalach dłuższe niż mieszkanie w domu

Skróciłabym: pobyty w szpitalach dłuższe, niż w domu.

 celebrowałem

Ludzie raczej obchodzą święta, celebrują je instytucje i politycy.

 z czasem spotykałem ich coraz mniej, następnie – coraz rzadziej.

Potknęłam się – krewni mu wymierają?

 rażąc w oczy

Rażąc oczy.

 wzorem wojownika

Chyba trochę zbyt wprost.

 zresztą kiepski

Wtrącenie ("zresztą") oddzielaj z obu stron przecinkami.

kiczowatość

Lepiej: kiczowate określenie. Ta "kiczowatość" jest jakaś taka… krzywa.

 przeczytać takie kilka słów

Jakie?

 od kiedy udawało mi się odczytywać i rozumieć

Hę? Chyba "od kiedy umiałem odczytać"?

 ode mnie tyle starszy

O tyle starszy.

ktokolwiek doświadczał takich spraw.

Nie, to nie po polsku. Ktokolwiek doświadczał czegoś takiego, tak.

 Rodzice nie powinni żegnać swoich dzieci.

Hę? Przecież to ojciec narratora się starzeje i umiera, nie?

 wybierając zawód (…) czułeś zawód

Nie szkodzi, że odniesienie jest inne – forma słowa się powtarza. Nie powinno tak być.

 wdzięczny za spokojną akceptację

Mało naturalne. Ja napisałabym: wdzięczny, że przyjąłeś ją z takim spokojem.

 Nieporzucanie postawionych w dzieciństwie celów jest trudne

Nienaturalne. Nie odbijaj zdań z jednej sztancy. Ja napisałabym: Trudno wytrwać przy celu, który postawiło się sobie w dzieciństwie.

 badania rozszerzające

Żargon?

godnego życia

Nie będę się awanturować – ale co to jest "godne" życie? Takie, w którym nie musisz nikogo o nic prosić? Nierealne. Wybacz, ale trafiłeś w mocno napiętą w tej chwili strunę.

 Działałem na rozdrożu

To zły obraz. Raczej na styku wielu dziedzin – rozdroże jest tam, gdzie drogi się rozchodzą. Owszem, kojarzy się magicznie i cmentarnie, ale to, przypuszczam, wyszło Ci przypadkiem.

 znalazłby się chętny, by zająć się obszerną teorią mającą niewielkie pokrycie w praktyce.

Powtórzone "się". Co to jest "pokrycie w praktyce"? Chyba miałeś na myśli "przełożenie na praktykę"? Albo lepiej "niewiele zastosowań praktycznych"?

 Badania, które prowadziłem

Ile można snuć rozważania o tych badaniach, nie dotykając samych badań?

 wydawały się obiecujące, ale w żadnym wypadku nie można było określić ich mianem zaawansowanych

Badania nie mogą być "obiecujące" – mogą takie być wyniki. Skasowałabym cały ten akapit, jest przegadany.

 chęć wydarcia jednej z największych boskich tajemnic

Byłoby zgrabniej tak: chęć wydarcia Bogu jednej z Jego największych tajemnic.

 wszystko się wycofa

W medycynie mówi się, że zmiany chorobowe się cofają, nie wycofują.

 Nie uległem podszeptom.

Czyim?

 Skupiłem się na celu, ogołociwszy go z wszelkich czynników, których włączenie nie było niezbędne dla osiągnięcia zamierzonego efektu.

Wpadasz w nonsens. Przyhamuj, pomyśl. Sprawdź, co to jest "cel", "czynnik" i "efekt". 

 dokończy i rozbuduje moją pracę

Nie można rozbudować pracy (chyba, że w sensie artykułu naukowego) – najwyżej kontynuować.

 okazała się agresywniejsza

Bardziej agresywna. Ale czy choroba może być agresywna? Może ostrzej przebiegać, szybciej postępować.

 leżące liście

Leżące gdzie?

 jako przyjaciel – w żadnym wypadku.

Oczywiście, że mógł.

 wykonał podłączenie

Prościej – podłączył.

 świadomość zdysocjowałaby

Co to znaczy "dysocjować"?

 etapowe obumieranie

Stopniowe.

 natywnego mózgu

Brzydki anglicyzm, ale wymyślasz tu żargon fantastycznej dziedziny, więc chyba odpuszczę.

 Nie wiem, co czuję wspominając

Nie wiem, co czuję, wspominając.

 by na grobach pojawiało się jak najmniej czarnych inskrypcji

Nie tylko na grobach dzieci są takie napisy. I nie miejsce tu ani czas na rozważania o tym, że potrzebujemy śmierci – ale podbiłeś sobie poprzeczkę. To jeden z tych tematów, które zaostrzają skalpel mojej krytyki.

 eksperyment balansował na granicy szaleństwa

Wyświechtane wyrażenie, i czy pasuje do "eksperymentu"?

 zabiegu na mnie

Coś tu gramatycznie jest nie tak.

 Kluczowy manewr wykonałem

Nie po polsku. Najważniejszą część zrobiłem.

 szerokopasmowym WiFi

… i do wszystkich wirusów i pornosów w Sieci, co?

 zmodyfikowane pod zaistniałe okoliczności

"Zmodyfikowane" wystarczy – to jasne z kontekstu.

 godzenie nienaturalnie związanych jestestw

Źle to brzmi.

 mój ostatni obraz

"Mój obraz" to obraz przestawiający mnie, albo przeze mnie namalowany.

 Wyryto na niej moje imię, nawet jakieś daty

Ale on żyje? Tak jakby? Nikomu nie powiedzieli, czy co?

 

Język trochę niezgrabny, ale na dobrej drodze. Nostalgiczne – nie wiem, czy w dobry sposób.

 Mam podobnie jak Finkla – tekst dzieli się na dwie części, obie mi się podobają, jakkolwiek trochę zaburzają kompozycję całości.

Też to zauważyłam – pierwsza część jest tylko nostalgiczna i klimatyczna, niefantastyczna, a w drugiej pojawia się fantastyka, ale kosztem atmosfery.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Początkowo też miałam wrażenie, że po wspomnieniach wędrówek z ojcem przyjdzie czas na samotne odwiedzanie rodzinnego grobu i nie spodziewałam się, że sprawy przybiorą tak fantastyczny obrót. Całkiem zacny pomysł.

 

za­pa­le­nia płuc zda­rza­ją się każ­de­mu. –> …za­pa­le­nie płuc zda­rza­ się każ­de­mu.

Czy można mieć kilka zapaleń płuc jednocześnie?

 

przy oka­zji któ­re­go z przy­dłu­gich po­by­tów w szpi­ta­lu… –> Chyba miało być: …przy oka­zji któ­re­goś z przy­dłu­gich po­by­tów w szpi­ta­lu

 

Pa­mię­tam dłu­gie roz­mo­wy z dr. Ś., moim przy­ja­cie­lem… –> Po skrócie dr nie stawia się kropki.

 

trans­mi­sji, która sze­ro­ko­pa­smo­wym WiFi po­łą­czy­ła… –> …rans­mi­sji, która sze­ro­ko­pa­smo­wym Wi-Fi po­łą­czy­ła

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziwiłeś się, kiedy wybierając zawód odrzuciłem nasze rodzinne tradycje. Pewnie czułeś zawód, chociaż przy okazji któregoś z przydługich pobytów w szpitalu uścisnąłeś mi dłoń i przyznałeś, że dobrze mieć bliskiego-lekarza.

Podobało mi się :)

Pierwsza część jest bardzo nostalgiczna, ładnie budujesz klimat, prowadzisz przez wszystkie zwroty akcji (zaskakujące, to plus).

To jest bardzo dobrze opowiedziana historia, dobrze się czyta.

Fajne :)

MrBrightside – dzięki :) Początkowe spowolnienie już wcześniej tłumaczyłem, więc na pewno zastosuję się do Twojego zalecenia :)

 

Tarnina – dziękuję za szczegółową analizę :) Chyba jednak powinienem się trochę kajać, bo przez parę lat na portalu wciąż nie pozbyłem się niektórych denerwujących nawyków językowych… ;)

Co do szczegółów: kolokwializmu “za dzieciaka” użyłem świadomie. Po prostu pasował mi do całości. Przyznaję, że można znaleźć sporo lepszych określeń, ale po prostu to mi zagrało w pierwszym zdaniu :)

Nie zwróciłem uwagi na to “się” na końcu zdania, przeredaguję.

Co do noszenia “na barana” – musiałem w miarę płynnie przejść z noszenia dziecka na ramionach do noszenia sztucznego mózgu na plecach. Stąd nadużycie :)

Słowa “diagnostyka” używa się w kontekście procesu leczenia człowieka, szczerze mówiąc jest ono dla mnie tak naturalne, że niezbyt wyobrażam sobie użycie innego…

“Celebrowałem” jako “obchodziłem” wynika z tego, że w całym tekście jest sporo chodzenia po cmentarzu i chciałem użyć innego określeniam.

Z pisaniem zaimków mam w tym tekście problem. Opowiadanie nie jest listem sensu stricto, ale jednak pewną wariacją w tym kierunku… No i używanie wielkich liter jest pewnym podkreśleniem stosunku dziecko-Rodzic, na którym mi zależało.

“Badania rozszerzające” – po prostu określenie na badania robione na kolejnych etapach diagnostyki… Raczej nie jest to żargon (istnieją żargonowe określenia dla badań rozszerzających), chociaż w medycynie trudno czasem określić granicę…

“Godne życie” – cóż, aż sam zacząłem zastanawiać się, jaka jest moja definicja. Chyba będzie do zmiany.

Co do zmian chorobowych – wydaje mi się, że słów “cofają” i “wycofują” używa się z podobną częstotliwością… Choć statystyk, rzecz jasna, nie prowadzę.

Dysocjować – użyłem tu w znaczeniu trochę szerszym, niż psychiatrzy (do definicji psychiatrycznej dodaję oddzielenie od fizycznego mózgu).

Natywny – tak, żargon. Słowo jest często używane (i nadużywane) w niektórych dziedzinach ochrony zdrowia.

“…by na grobach pojawiało się jak najmniej czarnych inskrypcji” – przez cały tekst używam określenia “czarne inskrypcje” w odniesieniu tylko do tego, co rodzice piszą zmarłym dzieciom; może niezbyt wyraźnie to podkreśliłem. Narrator nie buntuje się przeciw samej śmierci, a przeciw śmierci dziecka, zanim odejdą rodzice.

Narrator żyje jako świadomość osadzona na sztucznym mózgu i, częściowo, na mózgu swojego ojca. Formalnie zapewne też, chociaż diabli wiedzą, w jakim kierunku pójdzie prawodawstwo ;)

 

Regulatorzy – OK, zapalenie płuc pewnie można mieć tylko jedno naraz, chociaż gdyby zagłębić się w meandry radiologii… ;P

Ej, czasem stawia się kropkę po “dr”. Np. “byłem u dr. Malinowskiego” albo byłem u “dra Malinowskiego”, ale już “byłem u dr Malinowskiej”. 

Resztę oczywiście masz rację. Dzięki :)

 

Anet – dziękuję, cieszę się.

Nie wyłapałem wczoraj tej powtórki.

Generalnie to stawiam pierwsze kroki na trudnej drodze autokorekty. Nie jest łatwo ;)

 

 

 

nie da rady

Istotnie, słownik dopuszcza kropkę. Dziękuję za otworzenie mi oczu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo podobał mi się nostalgiczny początek, a potem zmiana w kierunku SF. Więc zdecydowanie nie jestem w obozie, że zmiana klimatu nie pasuje – wprost przeciwnie – skłoniło mnie do refleksji. 

Regulatorzy – :) Lata w branży, do tej pory myślałem, że tylko ryją beret, a tu taka siurpryza – czasem wryją w ten beret coś przydatnego ;)

 

Deirdru – dzięki. Lubię takie zmiany i zwroty i cieszę się, że nie jestem sam :)

 

Naniosłem część (OK, zdecydowaną większość :)) zasugerowanych poprawek – dziękuję za ich wskazanie – autokorekta jest znacznie bardziej niedoskonała, szczególnie w moim wykonaniu.

nie da rady

Regulatorzy – :) Lata w branży, do tej pory myślałem, że tylko ryją beret, a tu taka siurpryza – czasem wryją w ten beret coś przydatnego ;)

Ano, nie da się ukryć, że i tak się zdarza. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

No, trzeba było powiedzieć, żeś medyk. Przy wytkniętych żargonowych określeniach pozostaję, bo i Cezar musi się poddać regułom gramatyki – szczególnie dysocjacja brzmi tu źle. Natomiast nigdy nie widziałam, żeby zmiany chorobowe się “wycofywały” – ale to nie znaczy, że ludzie tak nie mówią. Czyli możesz mieć rację.

“Godne życie” – cóż, aż sam zacząłem zastanawiać się, jaka jest moja definicja. Chyba będzie do zmiany.

Poczułam się Sokratesem :)

przez cały tekst używam określenia “czarne inskrypcje” w odniesieniu tylko do tego, co rodzice piszą zmarłym dzieciom; może niezbyt wyraźnie to podkreśliłem. Narrator nie buntuje się przeciw samej śmierci, a przeciw śmierci dziecka, zanim odejdą rodzice.

No tak, racja. Faktycznie, może dobrze by było to wzmocnić.

Formalnie zapewne też, chociaż diabli wiedzą, w jakim kierunku pójdzie prawodawstwo ;)

Prawda, zapędziłam się.

 

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Żem medyk, to nie ma znaczenia… Znaczenie ma, że narrator opowiadania medyk ;) Więc ma mówić, jak na konowała przystało :)

Dysocjacji nie odpuszczę. To piękne słowo, medyczne, chemiczne… A obie te dziedziny są mi bliskie :)

 

Ciekawym, jak widzisz poprawki, które wprowadziłem? Nie zawsze ściśle zastosowałem się do Twoich rad :)

nie da rady

Nie zawsze ściśle zastosowałem się do Twoich rad :)

Prawidłowo. Swój rozum masz :P

 Ciekawym, jak widzisz poprawki, które wprowadziłem?

Początek wygładziłeś. "niecierpliwy krok" trochę mi zgrzyta – to skrót myślowy, ale taka maniera ostatnio panuje i sama się czasem łapię.  

 które po paru latach uparłeś się przejść

Te lata troszkę mnie uwierają, ale to może być indywidualne. Jakieś inne opinie?

 wytrwało

Chochlik zjadł "ści".

 umiałem odczytywać i rozumieć

"Umiałem rozumieć" brzmi trochę z angielska.

 przyjąłeś ją (…) z akceptacją

Akceptacja to przyjęcie.

 w chwili wolnej

Naturalniej byłoby: w wolnej chwili, ale chyba i tak może być.

 silnych lekach

Jestem uczulona na słowo "silny" i dałabym tu raczej "na mocnych lekach" – ale może zasięgnij drugiej opinii.

 niepewnej, obszernej teorii mającej niewielkie pokrycie w praktyce.

Teoria nie ma pokrycia w niczym. Może mieć niewielkie przełożenie na praktykę, albo (lepiej) niewiele praktycznych zastosowań. Definicja z pamięci: teoria to wyjaśnienie powiązania pewnych fenomenów, umożliwiające przewidywanie faktów, które dopiero zajdą. Ponadto – żadna teoria nie jest pewna. Każda może prędzej czy później być obalona. Nie jestem aż takim specem od filozofii nauki, żeby robić wykłady, ale piszesz science fiction i musisz wziąć pod uwagę, że znajdą się czytelnicy z branży, więc sprawdzaj, jeśli czegoś nie wiesz. A tym bardziej, jeśli myślisz, że wiesz.

Tak swoją drogą, zahaczasz tu o dość podstawowe zagadnienie, p. tu.

 wcześniejszym, udanym zabiegu

Tu można bez przecinka, bo to nie są niezależne określenia.

 zdecydowanie odmówił włączenia transmisji,

Troszkę żargonowo-techniczne, ale skoro, jak mówisz, taką masz koncepcję, to w porządku. Ale dziwny trochę ten Ś. – skoro powiedział A, czemu nie powie Ą?

 spojrzenie na świat to wczesnowiosenna pełnia księżyca

Spojrzenie to nie pełnia.

 Żem medyk, to nie ma znaczenia… Znaczenie ma, że narrator opowiadania medyk ;) Więc ma mówić, jak na konowała przystało :)

Racja.

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Poprawione.

“Silne leki” to skrót od “należące do wykazu leków silnie działających”.

Co do teorii – zastanawiałem się nad określeniem “słabo zweryfikowaną” ale obawiałem się, że wprowadzę niepotrzebny zamęt (choć określenie to samo w sobie jest ścisłe, to w potocznym rozumieniu już niekoniecznie).

Ś. jest rąbnięty… I to rąbnięty bardziej, niż inni zabiegowcy, bo kto się godzi na zrobienie zabiegu na ciężko chorym człowieku – ryzykownego, eksperymentalnego, a co najważniejsze – nie mającego na celu wyleczenia? ;)

Jeszcze raz dziękuję za fachową pomoc i poświęcony czas :)

nie da rady

“Silne leki” to skrót od “należące do wykazu leków silnie działających”.

Tak, tylko samo słowo mnie drażni – jest nadużywane ostatnio. Ale nie jesteś moim terapeutą, więc…

zastanawiałem się nad określeniem “słabo zweryfikowaną”

Teorii się nie weryfikuje, bo to niemożliwe – są tylko teorie, których jeszcze nikt nie sfalsyfikował. Poza tym: prawdziwość lub fałszywość teorii to nie to samo, co przełożenie na praktykę – np. teoria homeopatii jest oparta na zasadach czysto czarnomagicznych i zupełnie niefalsyfikowalna, a praktyczne, ekhm, zastosowania ma.

Ś. jest rąbnięty

Mało go w opowiadaniu, to słabo widać ogrom świra.

Jeszcze raz dziękuję za fachową pomoc i poświęcony czas :)

Proszę bardzo :D

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Teorie matematyczne, zwane twierdzeniami, można udowodnić, czyli zweryfikować :)

nie da rady

Szybko i zasłużenie trafiło do biblioteki. Bardzo dobry tekst w listopadowym klimacie.

Teorie matematyczne, zwane twierdzeniami, można udowodnić, czyli zweryfikować :)

Ale mówiliśmy o teoriach przyrodniczych :P

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Ładne, dobrze napisane, zaskakujące. Ten wydłużony początek znakomicie spełnia swoje zadanie uśpienia uwagi czytelnika, byś potem wyprowadził dwa szybkie, emocjonalne ciosy. I to mi się bardzo podoba w tym koncercie fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Opowiadanie dość intrygujące. Od strony spraw płytkich – dwie rzeczy:

 

I na samych dołach tablic – non omnis moriar, spoczywaj w pokoju, żona i synowie…

Może jestem dziwny, i może mieszkam w dziwnej okolicy, ale na grobach z reguły widuję po prostu “RIP”, albo ewentualnie “spoczywaj w pokoju”.

“Non omnis moriar” ani dedykacji w rodzaju “żona i synowie…” nie widziałem nigdy, na żadnym cmentarzu.

 

przy grobie spotykałem krewnych; z czasem spotykałem ich coraz mniej, następnie – coraz rzadziej.

To mi mocno nie pasuje. Lepiej byłoby chyba po prostu:

przy grobie spotykałem krewnych; z czasem było ich coraz mniej.

 

Teraz, jeśli chodzi o kwestie głębsze…

Tekst oczywiście wpisuje się w obecny okres – początek listopada. Jest też nutka fantastyki, czytelnikowi nie brakuje filozoficznych pytań o życie i śmierć, ale to, czego brakuje, to akcja. Bez niej (a raczej – ze szczątkową jej ilością) jest to w zasadzie tylko opis, nie opowiadanie. I nie za wiele można o nim napisać.

Generalnie, takie sobie :)

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

enderek, NoWhereMan – dziękuję :)

 

Tarnina – zbyt szybko uogólniłem :) Ale przyznam, że nauki przyrodnicze są bardziej pociągające, niż matematyka właśnie przez tą niepewność… Choć może też dlatego, że są literackim opisem rządzonej przez matematykę przyrody ;)

 

Niebieski_kosmita – w kwestiach płytkich – na cmentarzach, które odwiedzam, najczęściej występują inskrypcje, jakie przytoczyłem w tekście. Gdyby nie występowały, raczej nie powstałoby opowiadanie, pod którym piszemy.

Co przytocznego zdania nt. odchodzących krewnych – też długo się nad nim zastanawiałem i wprowadzałem poprawki, ale zależy mi na zachowaniu jego wymowy. Jak tylko wymyślę coś gładszego, spełniającego te warunek, natychmiast wprowadzę poprawkę :)

W kwestiach głębszych – o gustach trudno dyskutować :) Jedni wolą wartką akcję i liczne dialogi, inni spokojnie sączącą się opowieść. Każdy temat ma swoją dynamikę i szczerze mówiąc trudno mi sobie wyobrazić przedstawienie tego, co tutaj opisałem w opowiadaniu, którego środek ciężkości skupiałby się na dynamicznej akcji…

Pozdrawiam :)

nie da rady

Opowiadanie przeczytałam z przyjemnością. Ciekawy, niezbyt często spotykany sposób narracji. Podobało mi się też budowanie nastroju poprzez szczegóły, np. inskrypcje.

Dzięki, cieszę się :) Pozdrawiam!

nie da rady

Zgadzam się z MrBrightside, nic nie powinieneś kroić. W ogóle nie wiem dlaczego nie skomentowałem opowiadania wcześniej, czytałem je właśnie w zaduszkowy weekend. Tak długi i rozbudowany wstęp jest świetną argumentacją dla operacji. Dzięki temu to nie jest tylko fantastyczny zabieg, futurystyczna wizja przyszłych operacji, tylko człowieczeństwo. To chęć bycia z drugim człowiekiem bez względu na etyczne i moralne prawidła, to wyznaczanie nowych.

Bardzo mi się podobało. Kurcze, mój wpis odnośnie wyborów Loży i MrB zaczyna być nieaktualny.

Dziękuję :) Nic nie kroję, opowiadanie powstało w ciągu paru godzin (od pomysłu do finalizacji) i jako takie jest spójne. Cieszę się, że to nie tylko moja opinia :) Pozdrawiam!

nie da rady

Nowa Fantastyka