- Opowiadanie: Marianna - Rada alchemika

Rada alchemika

Tak na Halloween czy Dziady, co kto woli.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Rada alchemika

 

Festyn trwa w najlepsze, choć długi czerwcowy dzień już przygasa. Barwne korowody pląsających wypełniają rynek po brzegi, śmiechy i okrzyki ścigają mnie jak chciwe oczy Anzelma, gdy wymykam się cichaczem rozbawionym siostrom. Odgłosy zabawy depczą mi po piętach, choć skoczna muzyka płynąc z oddali, kąsa uszy coraz słabiej. Oj, wiele z panien tego wieczora znajdzie sobie przeznaczonego. Piszczałki, bębenki, tamburyny i rubaszny śpiew przyzywają niczym syreny ku bezpiecznemu gwarowi. Ja tymczasem, jak dziewka jakaś portowa, przemierzam pustoszejące uliczki, oglądając się raz po raz za siebie. Gdy widzę ciemną postać majaczącą u wylotu ulicy, przystaję, oceniając, czy w postaci nieznajomego nie dostrzegę niedźwiedzich, Anzelmowych kształtów. Dziwne, bo samotna dziewczyna powinna bać się błądzących w mroku cieni. A jednak dopiero, gdy znikają, ruszam dalej. Wygląda na to, że mój najwytrwalszy konkurent zgubił trop.

Przed poczerniałą ze starości fasadą jednej z kamienic oglądam się po raz ostatni. Grajkowie z odległego już rynku nagle cichną, by po chwili zaciąć od ucha. Wtedy wyciągam rękę i ujmuję w dłoń kołatkę przyozdobioną czarcim językiem. Otwiera rozczochrana, siwa starucha, łypiąc na mnie jedynym, wyblakłym okiem. Płomień świecy wznieca w nim w diabelską pożogę. Drugie ukrywa się za kotarą pomarszczonej powieki – zapewne na stałe.

– Ja do alchemika Johanna – mówię, usiłując opanować drżenie głosu.

Kobieta kiwa głową i bez słowa, gestem dłoni wzywa, by pójść za nią. Kręte schody jęczą pod naszymi stopami jak czyśćcowe dusze. Po raz pierwszy dopadają mnie wątpliwości: może, przychodząc tutaj, skazuję na wieczne potępienie i własną? I uspokajam się sama, przecież nie szukam pomocy u baby zielarki, czy wiedźmy spod lasu, jak to czynią proste wieśniaczki. Kanonik Johann to mąż uczony doradzał samemu grafowi, panu naszemu na zamku. Nie zwiedzie mnie na manowce grzechu jak byle guślarze.

Na progu izby mędrca zastygam, onieśmielona mnogością lunet, astrolabiów, inkunabułów, astrologicznych przedmiotów, których znaczenia nie mogę odgadnąć. Dygam grzecznie, kanonik dwornie skłania głowę. Jego gładkie lico nie przystoi siwiźnie, lecz rzecz to zrozumiała; sławny alchemik potrafi odmłodzić własne ciało, jak ujmował lat matce grafa. Starucha znika, choć czuję, że krąży w pobliżu, snując się w powietrzu jak swąd ze świecy i jak on osiada na skórze, wnika w odzienie. Czy to kobieta, czy zły duch? Zanim lęk odpowie mi na to pytanie, słyszę słowa mędrca:

– Czego potrzebujesz, dziecko?

Głos kanonika zdradza toczące go lata. Są tacy, co twierdzą, że leczył smętnicę arcyksiążęcego ojca i że ojcu jego ojca krwi upuszczał. Może prawdę mówią?

– Ratunku od niechcianej miłości – wyznaję.

– Osobliwe. – Kiwa głową mędrzec. – Młode damy przychodzą do mnie z prośbą zgoła przeciwną… Nie dalej jak wczoraj nawet…

Zawiesza głos, przyglądając mi się bacznie. Zmieszana, poprawiam czepek.

– Konkurent do mej ręki wzbudza odrazę w mym sercu. Oplata mnie siecią pajęczą. Gdzie nie pójdę, tam już na mnie czeka, jakby siedział mi w głowie. O czym nie pomyślę, czego jeszcze nie wypowiem, już składa u mych stóp, ale pokraczne, przeinaczone jakieś, jakby drwił z mych pragnień. Czy w parku, czy w kościele, czuję na sobie jego wzrok, najpierw z oddali, by w końcu spotkać go we własnej osobie, niby to przypadkiem. Nie zniechęca go zła mina, spojrzenie, milczenie, ni słowo opryskliwe. Wszystkich krewnych owinął sobie wokół palca. Konkurentów innych odstrasza, bo który w szranki z takim osiłkiem stanie? Zresztą, który kawaler smaliłby cholewki do przeznaczonej mistrzowi cechu grabarzy, toż to nieszczęście przynosi. Rodzice są mu przychylni, lecz nigdy nie zdobędzie przychylności mojej!

Z przejęcia tupię nogą, a policzki pieką mnie jak ogniem. Mędrzec kiwa głową, zafrasowany.

– Niejedna idzie za mąż bez miłowania – przypomina.

– I ja iść mogę – przyznaję. – Lecz nie za niego. Radź mistrzu, ratuj.

Sławny alchemik przymyka oczy i duma w ciszy. Wstrzymuję oddech.

– Znajdź taką, co by go chciała, ale on na nią ani spojrzy.

– I to wystarczy? – pytam z niedowierzaniem.

– Wystarczy – odpowiada, a starucha materializuje się za moimi plecami i wciska mi w dłoń jakiś przedmiot. Czuję pod palcami szkło; to flakonik. Z pewnością czarodziejski eliksir. – A znajdź taką, co jej los szczęścia skąpi.

– Czemu? Czy to ona jego oblubienicą zostanie? Toż mi szczęście!

– Nie pytaj, znajdź taką i już. Gdy już znajdziesz, nasącz fluidem coś, co należy do niej, część odzienia, chusteczkę, i podaruj niechcianemu konkurentowi.

Mocniej zaciskam palce na buteleczce. Zdaje mi się, że emanuje z niej diabelskie ciepło, ale za nic w świecie nie wypuszczę jej z rąk.

– Pamiętaj – powtarza kanonik – znajdź taką, co jej dobrze życzysz. – Myśli chwilę i dodaje: – Której los szczęścia poskąpił.

Jego słowa dźwięczą mi w duszy, gdy stara wiedźma prowadzi mnie ku drzwiom. Nie zastanawiam się nad ich znaczeniem zbyt długo. Zanim pokonam schody, zdecyduję, kim jest owa panna, która zechciałaby Anzelma, a los jej szczęścia poskąpił. Zanim odnajdę siostry na rynku, ułożę w głowie plan.

Gisele, córka szewca. Znam ją dobrze. Dziewczyna wcale już nie najmłodsza, od lat bezskutecznie wyglądająca kandydata do swej ręki. Ani jej ojciec nazbyt bogaty, ani ona nazbyt piękna, poszłaby za każdego, kto pierwszy u jej drzwi by stanął. Czy życzę jej szczęścia? Nie wiem. Ale niech ma, o czym marzy.

Od dziecka darzymy się przyjaźnią. Niezbyt głęboką i niezbyt szczerą, jak to między mieszczkami, z których jedna bardziej, druga mniej majętna. Z których jedna bardziej, druga mniej urodziwa i z których jedna mniej, druga bardziej w rachunkach i czytaniu biegła. Składam jej wizytę, jak to zwykłam czynić od dawna. Może i ona w zagadkach i szaradach więcej lotna, bo starsza, ale i tak nie podejrzewa, dlaczego z takim zapałem komplementuję całkiem pospolitą wstążkę, wplecioną w jej mysie loki. Znam dobroć jej serca, wiem, że z radością odda mi ją, bym i ja według ostatniej mody włosy upleść mogła. Ot, zwykłe dziewczęce sprawy – i tylko ja wiem, że w tej chwili zawiązuję nić przeznaczenia.

W spiżarni, kryjąc się przed służbą, skrapiam błyszczący materiał płynem z wiecznie ciepłej buteleczki. Krople mają zapach krwi, lecz na tasiemce nie pozostawiają śladu. Trochę szczypią w palce, gdy rozcieram opuszkami jedną z nich; wolę nie myśleć, z czego została przyrządzona ta mikstura. Podnoszę palce do nosa, ale aromat ulatnia się szybko. Wycieram dłoń i ukrywam wstążkę w rękawiczce. Nie wiedzieć czemu, wolę, by nikt jej u mnie nie zobaczył, choć znaczenia by nie odgadł.

Anzelma spotykam w niedzielę po mszy. Jego kroki dudnią donośnie, aż drżą mury wiekowego kościoła. Podchodzi, skłania głowę, i patrząc na mnie z góry, bo Goliat z niego prawdziwy, wychwala mą urodę, mądrość i powab, choć w jego oczach widzę zwykłą żądzę. Co bardziej go pociąga – me wdzięki, czy posag? Czuję się jak mysz, trącana dla zabawy łapką przez kota, lecz powstrzymuję odrazę i sięgam po wstążeczkę Gisele. Ubieram twarz w piękny uśmiech i, mrużąc powieki, szepczę:

– Przyjmij, żebyś zawsze o mnie pamiętał…

Anzelm dwornie, choć niezgrabnie podnosi wstążkę do ust, składa na niej pocałunek, ale nieszczerze tak jakoś, przesadnie jak aktor, po czym przytyka materiał do nozdrzy, głęboko się zaciągając. Blednę z obawy, że wyczuje odrażający zapach eliksiru kanonika Johanna, ale grabarz odejmuje ją od nosa, przyciska potężnym łapskiem do piersi i mruczy:

– Do śmierci nie zapomnę.

Na wzmiankę o śmierci robi mi się zimno, choć lato rozkwita wokoło. Dla niego kostucha jest codziennością, dla mnie to przerażająca persona, gość, którego nierada bym przyjąć przedwcześnie. Nagle dostrzegam, że zostaliśmy w kościele sami, choć siostry czekają za progiem, na schodach, rozprawiając o czymś zawzięcie. Obiegam spojrzeniem świątynię, jakby szukając ratunku: w nawie klęczy rozmodlona starucha, uderzająco podobna do gospodyni kanonika Johanna. Chuda, wysuszona, w czarnej, niby wdowiej sukni i takim samym czepku, sama wygląda jak śmierć. Na jej widok żegnam się pośpiesznie z Anzelmem i prawie biegiem opuszczam kościół, wpadając między siostry.

– Chodźmy. – Ciągnę je za ręce, byle dalej od przejmującego chłodu starych murów, ale mimo iż słońce przygrzewa mocno, nie pozbywam się dreszczy.

Rychło zapominam o złej wróżbie. Czekam na obiecane szczęście.

Lato w tym roku zapowiada się upalnie, ale mimo iż żar leje się z nieba, czuję chłód. Anzelma rzeczywiście, widuję jakby rzadziej, ale daremnie wypatruję przez okno, czy pojawia się u drzwi warsztatu ojca Gisele, po drugiej stronie rynku. Czasem widuję jego czeladników, gdy wiodą kogoś w ostatnią podróż strojnym karawanem, zaprzężonym w karego konia, ale próżno wyglądam na koźle obok woźnicy ich mistrza. Służba mówi, że nowa choroba przybyła zza morza, ale że niepodobna do morowego powietrza, strachu wielkiego nie wzbudza. Wreszcie kucharka przynosi liścik.

Anzelm też chory, umierający, prosi o ostatnie spotkanie. Prawdę mówił, obiecując, że do śmierci nie zapomni. Czy to nie aby fortel jaki, by zwabić mnie do siebie? Pewna złych intencji konkurenta ani myślę składać mu wizyty. Dopiero gdy kucharka przybywa z wieścią, że czeladnicy Anzelma też słabują, zaczynam wierzyć. I strojny karawan rzadziej pokonuje rynek, zamiast niego trumny wożą zwykłe furmanki. Tak, wypada zanieść Goliatowi coś na pokrzepienie.

Zabieram ze sobą służkę, niesie za mną koszyk z lekarstwami, które u nas w rodzinie zawsze pomagały na słabości. Nieświadomie – a może świadomie? – wybieram drogę tak, by przemierzyć też uliczkę, przy której stoi dom kanonika. O co chcę go prosić? O ratunek dla Goliata, czy może o uspokojenie sumienia, że to nie ja jestem Dawidem? Przyspieszam kroku; suknie szeleszczą, obcasy coraz szybciej stukają o kocie łby, służka ledwo nadąża. Wylot uliczki coraz bliżej. Jak to możliwe? Nie znajduję właściwej kamienicy, a przecież wtedy odnalazłam ją w ciemności. Zawracam, rozpoczynam poszukiwania od nowa, ale w końcu daję za wygraną. Na tej ulicy nie ma takiego numeru ani domu, ani nawet drzwi z czarcią kołatką. Przedziwne domostwo, które odnaleźć można tylko nocą. Są za to drzwi oznakowane krzyżami – wiadoma oznaka zarazy.

Widocznie pomyliłam uliczki, tłumaczę sobie.

Przybywam z późno. Anzelm wyzionął już ducha. Powinnam błogosławić uwolnienie od niechcianej miłości, ale zamiast ulgi ogarnia mnie lęk. W powietrzu unosi się swąd świecy staruchy w czerni, rodzina Anzelma patrzy na mnie wilkiem. Czym prędzej uciekam stamtąd, przeklinana przez ich zły wzrok. Krzyży na drzwiach widzę coraz więcej, służka mamrocze słowa modlitwy, przyłączam się do jej błagań, choć czuję, że nie zostaną wysłuchane.

Dziwna to zaraza, co zaczęła żniwo od grabarza. Wybiera silnych i młodych, odbierając im najpierw ciepło i siły, potem rozum, a na końcu oddech, zaś starcy dobrze się mają. Dotknięci nią umierają z zimna w porze największych upałów. Wielu z desperacji rzuciło się w ogień, by wreszcie rozgrzać zmarznięte członki. Stopy, nosy i dłonie grabieją i bledną, niczym odmrożone, by w końcu czerwienieć i czernieć, jak podczas moru. Miasto zaczynają przemierzać ponure postacie z ptasimi dziobami zamiast twarzy. Gdy spojrzysz w ich oczy, widzisz w nich bezradność i strach.

I ja i moje siostry też drżymy z zimna. Gisele ofiarnie niesie nam pomoc: okrywa pledami, przygotowuje ziołowe napary, pociesza, rozciera swoimi nasze zziębnięte dłonie. Gdy siostry zasypiają, znużone, siada na skraju mego łoża i pyta:

– Wybaczysz mi, najdroższa Margarete?

– Co takiego, przyjaciółko moja?

Córka szewca z bólem przymyka powieki, po czym wyznaje:

– To, że ukochanego odebrać ci chciałam… Czarem, podstępem niegodnym… Tę wstążkę, którą ci podarowałam, przekleństwo zawiązało. Miałam oddać ją takiej, co szczerym miłowaniem gardzi, a której los szczęścia nie skąpi. Myślałam, że prędko lepszego konkurenta znajdziesz…

Na chwilę tracę dech, serce zaczynia tłuc się w piersiach niczym ptak wrzucony do studni. Tak więc to było? Zapominam o zimnie i cierpieniu i odtrącam dłoń Gisele.

– Ani on był mi ukochanym, ani ty przyjaciółką – szepczę i opadam z sił.

Gdy budzę się ze snu, po Gisele nie ma już śladu. Za to pochylają się nade mną człowiek w kapeluszu i masce z ptasim dziobem oraz starucha o wiecznie zamkniętej powiece. Poznaję spoglądające z otworów w masce oczy i poznaję świecę w dłoni wiedźmy. Czy, jak w baśni, za chwilę zdmuchnie płomień, bym odeszła na wieki? Doprawdy, diabelska z nich para.

– Czemu, doktorze? Czemu? – sama ledwo słyszę moje ciche słowa.

Mędrzec w czerni skłania ku mnie ucha. Z wysiłkiem powtarzam pytanie.

– Chciałaś wybawienia od niechcianej miłości, prawda? – odpowiada wreszcie.

– Ale nie przez śmierć, mędrcze. Nie przez śmierć!

– A czyż ten sposób nie najskuteczniejszy?

Milczę, bo i trudno nie przyznać mu racji. Po chwili pytam tylko:

– A Gisele? Co z nią?

– Każdy zapłaci za swe złe uczynki. Każdy otrzyma swoją karę – mamrocze.

Lekarz odchodzi, wcześniej smarując mi czoło eliksirem o zapachu krwi. Starucha zostaje, lecz nie gasi świecy. Majaczę, że rozwija czarne skrzydła i unosi się w powietrze, a jej wdowie suknie wypełniają izbę jak dym. Osiada jak zmora na piersi najmłodszej siostry, kłębiąc się mrokiem nad jej głową, aż ręka chorej bezsilnie spłynie z łoża.

Płomień świecy potężnieje.

Wiedźma spływa nad pierś średniej siostry. Toczy nieszczęsną jak mara, oplata żałobnym całunem, aż głowa chorej bezwładnie opadnie z poduszki.

Świeca płonie coraz jaśniej.

Potem demon przypływa ku mnie. Unosi chorą powiekę, ukazując sine, trupie oko. Wyrywa mi oddech z trzewi, otacza szyję widmowymi palcami, składa na ustach pocałunek, obejmując je obślizgłymi, zimnymi wargami niczym martwy kochanek. Pierś rozdyma mi jej diabelskie tchnienie, po ciele rozlewa się mróz, wnętrzności kamienieją, lecz świeca płonie, jak płonęła.

I nagle śmierć odstępuje, śmiejąc się w głos:

– Oto jesteś uratowana od niechcianej miłości.

– Wracaj – jęczę. – Nie ma dla mnie życia bez sióstr moich!

Mara przyjmuje postać starej wdowy i odchodzi, szeleszcząc suknią, czy może czarnymi skrzydłami. Nie widzę dobrze, bo osłania dłonią płomień, by nie zgasł przedwcześnie.

– Otrzymałaś swoją karę – mruczy złowrogo.

 

Koniec

Komentarze

Choć nie przepadam za opowiadaniami okolicznościowymi i to niezależnie od okoliczności, które skłaniają autorów do ich pisania, to muszę wyznać, że Rada alchemika przypadła mi do gustu, a jej lektura sprawiła przyjemność, mimo że trup ściele się gęsto, a i uczucia nie są lokowane szczęśliwie i do dramatów przywodzą.

 

czy w po­sta­ci nie­zna­jo­me­go nie do­strze­gę niedź­wie­dzich, an­zel­mo­wych kształ­tów. –> …czy w po­sta­ci nie­zna­jo­me­go nie do­strze­gę niedź­wie­dzich, An­zel­mo­wych kształ­tów.

 

mno­go­ścią lunet, astro­la­biów, in­ku­bu­łów… –> …mno­go­ścią lunet, astro­la­biów, in­kuna­bu­łów

 

– Oso­bli­we – kiwa głową mę­drzec – młode damy przy­cho­dzą… –> – Oso­bli­we.Kiwa głową mę­drzec.Młode damy przy­cho­dzą

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, takie romansidła mnie nie gryzą. :-)

Świat byłby piękniejszy, gdyby faceci uważali, że czasami “nie” znaczy “nie”. ;-)

Problem, chociaż popularny, rzadko spotykany w literaturze.

Wykonanie całkiem w porządku.

Babska logika rządzi!

Ładne. I w sumie zrobiło mi się żal Anzelma.

 

Nie przepadam za czasem teraźniejszym w opowiadaniach, ale tu w końcu uznałam, że nawet pasuje.

 

PS. Dlaczego tylko Anzelm ma spolszczone imię? To taka drobna niekonsekwencja, która mi trochę zgrzytała.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przyjemne :)

Dzięki wszystkim.

 

Regulatorzy, a jako wtrącenie to kiwanie głową nie może iść?

 

Drakaina, bo w ignorancji swojej myślałam, że Anzelm jest imieniem obcym.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Odgłosy zabawy depczą mi po piętach, choć skoczna muzyka płynąc z oddali, kąsa uszy coraz słabiej

Muzyka, płynąc, kąsa. Rozbuchane metafory – jak odgłosy depczą? Dlaczego muzyka kąsa? Przypuszczam, że chodzi Ci o nastrój grozy, ale wychodzi raczej pomieszanie.

 Oj, wiele z panien tego wieczora znajdzie sobie przeznaczonego

Dziwnie skonstruowane.

 przyzywają niczym syreny ku bezpiecznemu gwarowi

Natłok metafor i określeń trzeba długo rozszyfrowywać.

jak dziewka jakaś portowa

Dlaczego? Ona tylko błąka się po mieście? Nie szuka chętnego klienta.

 przystaję, oceniając, czy w postaci nieznajomego nie dostrzegę

Nie ocenia się, czy się dostrzega – po prostu się dostrzega. I powtarzasz "postać". Ja napisałabym tak: przystaję, wypatrując niedźwiedzich, Anzelmowych kształtów.

 dziewczyna powinna bać się błądzących

Raczej: powinna się bać.

 w nim w diabelską pożogę

Chochlik powtórzył "w".

 ukrywa się za kotarą pomarszczonej powieki – zapewne na stałe.

Trochę rozchwiana metafora – kotara nie jest na stałe. Rozumiesz? Metafora powinna łączyć dwie rzeczy, które są w jakiś sposób podobne. Kotara i powieka są podobne (obie zasłaniają i odsłaniają), ale to nie do końca to.

 wzywa, by pójść za nią

Hmm.

 mąż uczony doradzał

Mąż uczony, doradzał.

 Nie zwiedzie mnie na manowce grzechu jak byle guślarze.

Nie zwiedzie mnie na manowce grzechu, jak byle guślarze. Do tego magii nie potrzeba…

 astrologicznych przedmiotów

Może lepiej to przytnij i daj tylko "przedmioty" – wtedy będą bardziej nieodgadnione, bo tak bohaterka czegoś się chociaż o nich domyśla.

 gładkie lico nie przystoi siwiźnie

Dlaczego? Może raczej "nie pasuje do siwizny"?

 swąd ze świecy i jak on osiada

Swąd osiada? Przenika, tak, ale czy osiada, nie jestem pewna. Może to przewrażliwienie.

 Zanim lęk odpowie mi na to pytanie

No, nie wiem.

 toczące go lata

To już przesada.

 leczył smętnicę

"Smętnica" to gatunek mrówki, a chorobę od dawien dawna zwano melancholią lub (bardziej archaicznie) melankolią. Możesz, oczywiście, wymyślić coś samodzielnie, ale zbadaj, czy to słowo już nie istnieje.

 z prośbą zgoła przeciwną

Może raczej: prosząc o coś przeciwnego zgoła; jeśli chcesz stylizować.

 Konkurent do mej ręki…

Przesadny, przebaśniowiony styl. Uważaj też na powtórzenia.

 czuję na sobie jego wzrok, najpierw z oddali, by w końcu spotkać go

Ten wzrok?

 Konkurentów innych

Lepiej jednak zamienić te słowa miejscami.

 który kawaler smaliłby cholewki do przeznaczonej

Nieładnie się zalecać do cudzej narzeczonej, niezależnie od tego, czyjej.

 nigdy nie zdobędzie przychylności mojej!

Nienaturalna składnia.

 nasącz fluidem

No, nie wiem.

 diabelskie ciepło

Ciepło ma przyjemne konotacje – może troszkę wzmocnij tę nienaturalność?

 włosy upleść mogła

Spleść – i stawianie czasownika na końcu to maniera, dla której nie znajduję tu uzasadnienia.

 wolę nie myśleć, z czego została przyrządzona ta mikstura

Brzmi nowocześnie i gryzie się z resztą tekstu.

 nieszczerze tak jakoś, przesadnie jak aktor

Przecinki: nieszczerze jakoś, przesadnie, jak aktor.

 Dla niego kostucha jest codziennością, dla mnie to przerażająca persona

Tu też zdradzasz nowoczesne myślenie – trudno powiedzieć, w jakiej epoce historycznej ta historia ma się rozgrywać (to dobrze, takie baśniowe niedookreślenie), ale wygląda na taką, kiedy ludzie żyli ze śmiercią trochę bardziej na co dzień.

 mimo iż

Mimo, iż – a lepiej "choć". To samo trzy zdania dalej.

 Anzelma rzeczywiście, widuję

Wtrącenie: Anzelma, rzeczywiście, widuję.

 Służba mówi

Jakoś mi to zgrzytnęło, nie wiem, czemu.

 Anzelm też chory,

A kto jeszcze jest chory? Prawie nie pokazujesz tej zarazy, ot, przyszła.

 Pewna złych intencji konkurenta ani myślę składać mu wizyty

Nienaturalne nie tyle ze względu na stylizację, która jest znośna, ale na "pewna złych intencji" – nikt tak nie mówi o sobie, tylko właśnie o innych. A i to w książkach.

 O ratunek dla Goliata, czy może o uspokojenie sumienia, że to nie ja jestem Dawidem?

Jeśli idziesz w metafory biblijne, lepiej pasowaliby tu Samson i Dalila.

 wiadoma oznaka zarazy

Raczej widoma.

 Przybywam z późno

Chochlik.

 uciekam stamtąd, przeklinana

Nie pasuje, bo nie jest spójne. Kto ucieka, ten jest ścigany, przepędzany – przeklinany może też, ale nie przede wszystkim.

 Dziwna to zaraza, co zaczęła żniwo od grabarza

Dlaczego?

 Wybiera silnych i młodych

Tak było z czarną śmiercią. Ale plusik za dotknięcie teorii humorów (czy doszukuję się tu czegoś, czego nie ma?).

 że ukochanego odebrać ci chciałam

Hmm… czyli dwa zaklęcia się zderzyły, czy alchemikowi od początku o to chodziło? Świetny pomysł.

 Każdy zapłaci za swe złe uczynki. Każdy otrzyma swoją karę

Ale to już mniej. Nie wystawiaj drugiego na pokuszenie, bo kim jesteś, żeby go sądzić? I takie tam, o belkach i drzazgach.

 odchodzi, wcześniej smarując

Niewłaściwy imiesłów: odchodzi, posmarowawszy.

 Majaczę, że

Czy ktoś mówi o sobie, że majaczy? W ostateczności "zwiduje mi się".

 ręka chorej bezsilnie spłynie

Czy ręka może spłynąć? Widzę, o co chodzi, ale…

 Toczy nieszczęsną jak mara

Co Ty z tym toczeniem?

 Potem demon przypływa

Skasowałabym "potem", niepotrzebnie rozbija rytm.

 obślizgłymi

Oślizgłymi brzmiałoby lepiej, mniej nowocześnie.

 Nie ma dla mnie życia bez sióstr moich!

Nielogiczna kara, ale tak bywa w baśniach, więc chyba pasuje.

 

Impresjonistyczne i baśniowe (Perrault?). Opisy zorganizowałabym inaczej, dałabym więcej szczegółów, ale to może być kwestia indywidualnego stylu. Metaforyka wydaje mi się przesadna, na granicy napuszonej śmieszności – dotykasz jej czubkiem palca, czasem przekraczasz. Gorzej ze stylizacją, zwłaszcza w dialogach. Są nienaturalne – archaizacja pasuje do baśni, ale Ty w niej przesadzasz. Te czasowniki na końcu… Mało fabuły. Siłą tego tekstu jest nastrój, ale niektórzy mogą go odebrać jako zbyt grubo położony. Warstwa moralna niezła, chociaż związek między winą, a karą mógłby być wyraźniejszy.

 Świat byłby piękniejszy, gdyby faceci uważali, że czasami “nie” znaczy “nie”. ;-)

Hear, hear.

 Drakaina, bo w ignorancji swojej myślałam, że Anzelm jest imieniem obcym.

Ale w przekładach baśni (przynajmniej tych starszych) przyjęło się spolszczać wszystkie imiona, więc Gizela i Małgorzata byłyby całkowicie na miejscu.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Dzięki, jestem pod wrażeniem…

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Interesujące. :)

Fajny tekst, z pomysłem na ogólną fabułę oraz ciekawą puentę. Stylizacja mi się podobała. Tak więc koncert fajerwerków wart jest klika.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki!

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

a na końcu oddech, zaś starcy (+zaś) dobrze się mają.

szyk

 

Opowiadanie klimatyczne, stylizacja też pierwsza klasa. Czytało mi się lekko i płynnie, praktycznie bez zgrzytów. Pozwolę sobie nominować je do biblioteki.

Klimat mnie kupił. I zdanie o śmierci, co zaczyna od grabarza (świetne).

Daję brakującego klika. Komentarz w wolnej chwili.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki wszystkim!

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

O, nieodanonimizowało się? Chlip. Wybranietz, czy to znowu Ty? :P

nie, tym razem nie ja ;P

I would prefer not to.

To nie Wybranietz. Zbyt skromne i zachowawcze są jej odpowiedzi na komentarze.

Przepraszam, gdzie ja bywam nieskromna? Jeszcze jako anonim?

 

Co do samego opowiadania:

podjęty ciekawy problem, co na plus, a przy tej długości stylizacja też dobrze wybrzmiewa ;)

Dziwna jest narracja teraźniejsza – ale to chyba dlatego, że nieczęsto spotykana.

 

 

I would prefer not to.

Oj tam, oj tam, że zachowawcze. Człowiek po robocie,zmęczony, to się nie chce tyrad pisać. Cieszę się jak nie wiem co, że moja morowa baśń generalnie się raczej podobała niż nie podobała.

Dzięki :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Wybranietz, od razu tam nieskromna. Pewna siebie i nieco pyskata ;)

To co teraz zrobimy, skoro spisek z główną stroną nie wypalił? Apelujemy w SB, żeby każdy skomentował? ;-)

Babska logika rządzi!

Ten pasek u góry twierdzi, że autorem jest Anonimowy bajkoholik – pytanie, czy mu wierzymy?

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Wiara to kwestia indywidualna. Ja nie wierzę w bajkoholika.

Babska logika rządzi!

No dobra.

 

Bum, ta ta dam, niespodzianka. Poprzednim razem obiecywałam, że następnym nikt nie zgadnie i co? Nikt nie zgadł. A teraz wracam do pisania sci-fi. Pięknie dziękuję za zainteresowanie i komentarze :)

 

 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

No, faktycznie, całkiem nie Twoje klimaty. :-)

Babska logika rządzi!

 

Kanonik Johann to mąż uczony [+,] doradzał samemu grafowi

Kanonik Johann to mąż uczony to równoważnik zdania

Przybywam z[a] późno

serce zaczyn[i]a tłuc się w piersiach

 

To trochę upierdliwość, biorąc pod uwagę, że to tekst fantasy, ale zgrzytnęła mi wzmianka o numeracji domów, bo alchemik mocno skojarzył mi się z historycznym pierwowzorem Fausta, a domy zaczęto powszechnie numerować znacznie później. Nawiasem mówiąc ptasia maska to też taki quasianachronizm – mocno rozpowszechniony.

 

Tekst przyjemny. Puenta nie rzuciła mnie na kolana, ale bardzo przypadł mi do gustu nastrój. Umiejętnie użyłaś oszczędnych opisów, żeby stworzyć niezwykłą aurę wokół postaci alchemika.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki!

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Fajne opowiadanie, stylizacja w porządku, jak dla mnie. Ma klimat :)

 Osiada jak zmora na piersi najmłodszej siostry, kłębiąc się mrokiem nad jej głową, aż ręka chorej bezsilnie spłynie z łoża.

Płomień świecy potężnieje.

Wiedźma spływa nad pierś średniej siostry.

← trochę za dużo tego spływania :)

 

Tarnina:

“Mimo, iż – a lepiej "choć". To samo trzy zdania dalej.”

← jak to odnosi się do zasady, że nigdy nie stawia się przecinka przed iż lub że w zestawieniu “mimo iż, mimo że”? https://www.prosteprzecinki.pl/przecinek-przed-mimo-ze-mimo-iz

 

Czy w przypadku: “…starych murów, ale mimo iż…” – tak jak sugerujesz, ta zasada nie działa, bo wcześneij jest “ale”?

 

Chodzi mi o rozwianie wątpliwości :-)

jak to odnosi się do zasady, że nigdy nie stawia się przecinka przed iż lub że w zestawieniu “mimo iż, mimo że”?

Hmm? Od kiedy? Głowę bym dała, że przed “że” i “iż” przecinki się stawia, także w zestawieniu z “mimo”. Wydaje mi się, że te słówka zaczynają zdanie podrzędne, a “mimo” jest tym haczykiem, na którym ono wisi – masz może jakiś inny autorytet? W sensie, drugą, zgodną opinię?

“…starych murów, ale mimo iż…”– tak jak sugerujesz, ta zasada nie działa, bo wcześneij jest “ale”?

A gdzie ja to sugeruję? I dlaczego miałaby nie działać?

 

I dlatego choćby (:D) “choć” jest lepsze, bo niekontrowersyjne.

 

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Tarnino, zazwyczaj “mimo iż” to jedna całość i nie rozdziela się jej przecinkiem.

Autorytet wypowiada się na przykład tu.

Babska logika rządzi!

Ha. To skąd mi się ten przecinek wziął? Ot, zagadka. Gracias.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

O, to moje opko ma walory edukacyjne, jak się okazuje ;P

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Tarnina, przekombinowywałam, że może jak jest przed “mimo iż” “ale” wtedy zasada jest inna. Ale nie jest, całe szczęście, bo wtedy można by już całkiem zgłupieć ;)

 

Finkla, dzięki za rozwianie wątpliwości :-)

Fajnie się to czyta, zgrabna rzecz według mnie.

Dzięki za wizytę!

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nowa Fantastyka