- Opowiadanie: Kuba Pawełek - Śląska bera #4

Śląska bera #4

Tym razem dość luźna interpretacja śląskiej legendy o Psie z Psar, który terroryzował mieszkańców okolicy wioski, a jak, Psary. Pomyślałem, że skoro przy okazji opowieści o Skrabniku, od strzała było wiadomo o co chodzi, spróbuję bardziej adaptować elementy legend, niż opowiadać toćka w toćkę :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Śląska bera #4

Podniósł policyjną taśmę, funkcjonariusze, którzy ochraniali teren kiwnęli do niego na przywitanie. Swoje kroki skierował prosto ku brzegowi. Nurkowie zrzucali z pleców butle z tlenem, rozpinali piankowe kombinezony, po których ściekały ciężkie krople wody. Komisarz Zielonka podniósł kołnierz kurtki, od strony zalewu dął zimny, jesienny wiatr. Policyjne koguty rzucały na piasek podłużne, statyczne cienie.

Fotograf klęczał nad ciałem, oświetlonym jasnyni snopami halogenów na trójnogich statywach. Zielonka stanął tuż obok, wsunął dłonie do kieszeni znoszonych dżinsów. Wiedział, czego się spodziewać, mimo to jego usta wykrzywił ten sam grymas obrzydzenia, który pojawił się na twarzy komisarza, gdy odnaleziono pierwszego topielca. Westchnął pełen zrezygnowania, widok zasłoniła mu biel sterylnego kombinezonu.

− Cześć Staszek. – Rzucił do fotografa.

− Mhm, fest. – Technik podniósł oskarżycielski wzrok na Zielonkę.

− To samo? – zapytał.

− To samo, a coś to myśloł? – Fotograf pochylił się nad ciałem, odgarnął kosmyk włosów, który zakrywał ucho nastolatki.

Miała może z piętnaście lat, chuda, wciąż dziewczęca o jasnych włosach, które teraz poskręcane w strąki lepiły się do zimnego jak marmur ciała. Otwarte oczy wpatrywały się w bezkres gwiazd rozsianych po bezchmurnym niebie. Zielonka zazgrzytał zębami. Zawstydził się widząc pod mokrą koszulką zarys małych piersi i sutków odznaczających się na materiale. Spojrzał w dal, tafla wody zalewu Pogoria mierzwiła się wraz z kolejnymi falami mroźnego powietrza.

− Wzięlibyście się za robota, co? – Fotograf podniósł zmęczone oczy. – Kiero to jest? Trzecio, czwarto? Wiela ich jeszcze bydymy wyławiać z tego jeziora?

− A ty co, myślisz, że mnie bawi jeździć po nocach do topielców? – zapytał komisarz. – Pół roku szukamy tego skurwysyna.

− Fest szukocie. Przyjeżdżosz tukej z Katowic, zrobisz protokół i siup nazot. – Technik skinął na pobliski parking. – Jo tu miyszkom, mom córa. Tyś nima z Psarów, nie zastaniowsz się, czy twoja bydzie kolejno.

Zielonka właśnie sposobił się, by odpowiedzieć pełną gniewu ripostą. Pracował nad sprawą pod presją czasu i mediów. Seryjny morderca na Śląsku, pierwszy przypadek od dekad. Bez gwałtu, ran na ciele, jakby wszystkie ofiary weszły do wody z własnej woli i wypełniły płuca wodą aż po krtań. Nie pomagały przesłuchania ani monitoring, komisarz uganiał się za duchem. Frustracja zaczynała doprowadzać go do obłędu. Powiedziałby to wszystko na głos, gdyby nie krzyk, który rozległ się tuż przy policyjnej taśmie. Zielonka zaklął siarczyście i podbiegł do miejsca, w którym dwóch funkcjonariuszy szarpało się z rozhisteryzowaną kobietą.

Komisarz stanął jak wryty. Ostatni raz widział ją kilka lat temu, przypadkiem wpadli na siebie w galerii handlowej w Katowicach. Aniela chodziła z Zielonką do klasy w liceum, na studiach ich drogi rozeszły się, podobnie jak wszystkich ze szkolnej paczki. Mimo wielu lat, wciąż pamiętał ostatni taniec podczas studniówki na sali gimnastycznej.

− Aniela, uspokój się! – Pochylił się, by spojrzeć prosto w jej rozbiegane z przerażenia oczy. – Puście ją, kurwa, ja ją znam. Zajme się tym.

Funkcjonariusze posłusznie wykonali polecenie. Kobieta w ogóle go nie zauważyła. Złapał ją w ostatniej chwili, wierzgała się, szarpała wyciągając ręce w stronę leżącego na plaży ciała. Jej dłonie bezsilnie miażdżyły powietrze.

− Aniela, to ja, Krzysiek, uspokój się proszę. – Trzymał ją za ramiona, ścisnął mocniej, by bólem zwrócic na siebie uwagę. – Aniela, proszę cię.

− Krzysiek? – Spojrzała na niego, napuchnięte od oczu łez przypominały wygasłe przed eonami gwiazdy. – Ja muszę do niej, ja muszę do Zosi, puść mnie. Ja muszę ją zabrać do domu, muszę.

Sanitariusze zabrali Anielę do karetki i wtłoczyli w żyły miligramy środków uspokajających. Komisarz Zielonka w tym czasie sporządził protokół, zabezpieczył materiał dowodowy i pojechał prosto do swojego zagraconego mieszkania na katowickim Zawodziu. Przetrząsnął szuflady, wyrzucił papiery. Zaśniedziały klucz znalazł na dnie szafy, w pożółkłej kopercie z twardego papieru.

Koperta wraz z kluczem były przekazywane w rodzinie od wielu pokoleń. Policyjna dynastia Zielonków korzystała z daru rozważnie, gdy niemoc i zrezygnowanie były zbyt duże, a pomoc można było znaleźć tylko na dnie niewielkiej murowanej kapliczki. Porzucona pośrodku lesu pod Będzinem, nigdy nie zwracała ludzkiej uwagi. Był tam tylko raz, na samą myśl o ponownej wizycie czuł na plecach zimny dreszcz. Niemoc i zrezygnowanie wzięły jednak górę, tak jak mówił ojciec, tylko kiedy zawiedzie już cała ludzka nadzieja.

Samochód zostawił daleko, ciemną noc rozświetlał białym snopem ledowej latartki. Do kapliczki doszedł po dobrym kwadransie. Włożył klucz do zardzewiałego zamka, stęknął z wysiłku, krata była równie zaśniedziała jak sam kluczyk. Pociągnał za furtę, metal poddał się z chrzęstem, Zielonka przełknął ślinę.

Przez kilka chwil wpatrywał się w zimną ciemność jaka biła z wnętrza kaplicy. Wyjął z kieszeni foliową torebkę dowodową, rozdarł plombę i rzucił kawałek materiału na progu. Odsunął się kilka kroków, przez mrok ledwie widział zarys furty.

Jasne jak węgle oczy najpierw zamigotały w ciemności, by po chwili przybrać kształt gorejących płomieniem migdałów. Basowy pomruk ogara niósł się między drzewami, wibrował we wnętrznościach. Bestia pochyliła pełen ostrych zębisk pysk nad rzuconym przez skruszony próg materiałem.

Ogar wyskoczył jak z katapulty, zniknął między drzewami z dzikim rykiem i trzaskiem łamanych gałęzi.

Następnego ranka, komisarz Zielonka zajechał przed zapuszczony komisariat, oficer dyżurny dopadł go zanim jeszcze zdążył zamknąć za sobą drzwi.

− Panie komisarzu, dlaczego pan nie odbierał? – zapytał niski blondyn, wciśnięty w granatowy mundur ze stójką.

− A przepraszam. – Zielonka spojrzał na ekran smartfona, trzy nieodebrane połączenia. – Coś się stało?

− Dzwoniła jakaś kobieta z Wojkowic, znojdła dwa ciała, jakieś chopy. Mówiła, że byli w strzępach, choby ich sfora wilków napadła. – Wyjaśnił oficer.

Zielonka westchnął. Niemoc i zrezygnowanie zniknęły, jakby nigdy nie istniały, odpokutuje kiedy indziej. Odwrócił się i wrócił na parking, sprawa została zamknięta.

Koniec

Komentarze

OK, jest jakiś pomysł. Ale przydałoby się, IMO, lepiej dopracować szczegóły. Te legendarne.

Tymczasem podajesz dużo detali na początku, kiedy nie dzieje się nic fantastycznego – że nurkowie wychodzą z wody, że światła na trójnogich statywach, że matka odchodzi od zmysłów… Czy to wnosi wiele do fabuły? Zaskakuje czytelnika? Mówi coś o świecie? A potem szast-prast, deus wyskakuje z kapliczki i po sprawie.

Z wykonaniem średnio na jeża. Zapis dialogów niedomaga, interpunkcja poważnie choruje. Na przykład wołacze, Kubo, oddzielamy przecinkami od reszty zdania. Za dużo literówek jak na tak krótki tekst.

Policyjne koguty rzucały na piasek podłużne, statyczne cienie.

A koguty nie migają albo się nie kręcą?

Odwrócił się i wrócił na parking, sprawa została zamknięta.

Nie znam się, ale nie wydaje mi się. A dowody, że to sprawcy? Jakiekolwiek powiązania? Gliniarz wie, ale reszta świata?

Babska logika rządzi!

Byłam przekonana, że tym razem będzie bera kryminalna, bo wskazywała na to większa część opowiadania, ale nagle zaczęło być, jak dla mnie, zbyt baśniowo, a przez to mało wiarygodnie, no i koniec końców, niespecjalnie spodobało mi się to osobliwe połączenie współczesności i legendy.

Wykonanie, delikatnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia.

 

Swoje kroki skie­ro­wał pro­sto ku brze­go­wi. –> Zbędny zaimek. Czy mógł skierować ku brzegowi cudze kroki?

 

po któ­rych ście­ka­ły cięż­kie kro­ple wody. –> Co sprawiło, że krople wody były ciężkie?

 

Fo­to­graf klę­czał nad cia­łem, oświe­tlo­nym ja­sny­ni sno­pa­mi ha­lo­ge­nów na trój­no­gich sta­ty­wach. –> Fo­to­graf klę­czał nad cia­łem, oświe­tlo­nym ja­sny­mi sno­pa­mi ha­lo­ge­nów na trój­no­żnych sta­ty­wach. Lub: …ha­lo­ge­nów na trój­no­gach.

 

− Cześć Sta­szek.Rzu­cił do fo­to­gra­fa. –> − Cześć, Sta­szek – rzu­cił do fo­to­gra­fa.

Nadal nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Stanowczo namawiam, abyś skorzystał z poradnika: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

o ja­snych wło­sach, które teraz po­skrę­ca­ne w strą­ki le­pi­ły się do… –> Obawiam się, że mokre włosy nie skręcają się, a strąki są proste z definicji.

Proponuję: …o ja­snych wło­sach, które teraz pozlepiane w strą­ki przylgnęły do

 

Tech­nik ski­nął na po­bli­ski par­king. –> I co, parking podszedł na skinienie? ;)

Proponuję: Tech­nik wskazał na po­bli­ski par­king.

 

jakby wszyst­kie ofia­ry we­szły do wody z wła­snej woli i wy­peł­ni­ły płuca wodą aż po krtań. –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …jakby wszyst­kie ofia­ry z wła­snej woli we­szły do wody i wy­peł­ni­ły nią płuca aż po krtań.

 

Zajme się tym. –> Literówka.

 

Zła­pał ją w ostat­niej chwi­li, wierz­ga­ła się, szar­pa­ła wy­cią­ga­jąc ręce… –> Można wierzgać, ale nie można wierzgać się.

Proponuję: Zła­pał ją w ostat­niej chwi­li, wierz­ga­ła, szar­pa­ła się, wy­cią­ga­jąc ręce

 

Jej dło­nie bez­sil­nie miaż­dży­ły po­wie­trze. –> Jakoś nie umiem zobaczyć miażdżenia powietrza?

Może: Jej dło­nie bez­sil­nie młóciły/ tłukły po­wie­trze.

 

by bólem zwró­cic na sie­bie uwagę. –> Literówka.

 

tylko na dnie nie­wiel­kiej mu­ro­wa­nej ka­plicz­ki. –> Obawiam się, że kapliczki nie mają dna.

 

Po­rzu­co­na po­środ­ku lesu pod Bę­dzi­nem… –> Nie wydaje mi się, aby można porzucić kapliczkę.

Proponuję: Zapomniana po­środ­ku lasu pod Bę­dzi­nem

 

ciem­ną noc roz­świe­tlał bia­łym sno­pem le­do­wej la­tart­ki. –> Literówka.

 

Po­cią­gnał za furtę… –> Po­cią­gnął furtę

 

choby ich sfora wil­ków na­pa­dła.Wy­ja­śnił ofi­cer. –> …choby ich sfora wil­ków na­pa­dła – wy­ja­śnił ofi­cer.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ogólnie mi się podobało :) Gwara, szczególnie dla kogoś spoza śląska, brzmi mega. Tylko to zakończenie jakoś takie za łatwe i za szybkie. Wiem, że to szort, ale może warto by to rozwinąć w dłuższą formę? Opowiedzieć coś więcej o śledztwie, przeszłości Komisarza Zielonki czy może konsekwencjach pomocy ogara?

Zdecydowanie ta bera do rozwinięcia. Początek ma cudowny klimat i tylko dobrze przedstawiony wątek fantastyczny pozwoliłby się cieszyć tekstem w pełni. Zaintrygowałeś mnie legendą, więc proszę o więcej detali. 

Początek fajny i zapowiadający nawet ciekawą historię, ale za szybko ją urywasz. Serwujesz więc dobrą przystawkę, ale już poskąpiłeś na danie główne. Trochę szkoda.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka