- Opowiadanie: LieberKFa - Rtęć w żyłach

Rtęć w żyłach

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Rtęć w żyłach

Znałem Fryderyka od dzieciństwa. Nasza relacja była zbudowana na solidnym fundamencie wzajemnego zaufanie, wypracowanego pomaganiem sobie w trudnych chwilach. Problemem, który zbliżył nas najbardziej, była pewna nietypowa cecha mojego przyjaciela.. W jego żyłach płynęła srebrna krew, która przypominała mi księżycowe światło. Miała też inną nietypową cechę, którą odkryliśmy przypadkiem. Było to w czasach, kiedy chodziliśmy do gimnazjum. Pod koniec roku szkolnego, po wystawieniu ocen, kiedy nie warto już chodzić na lekcje, postanowiliśmy obejrzeć starą, opuszczoną kamienicę. Jeszcze kilka lat temu stała ona w zwartym szeregu domów, ale sąsiednie budynki wyburzona i została tylko ona – smutny pomnik przeszłości. Nie przewidywaliśmy problemów w naszej wyciecze, lecz jak to często bywa, myliliśmy się. Najpierw musieliśmy przejść przez ogromne krzaki, które wyrosły dookoła budowli. Po pokonaniu zielonego, dzikiego muru, stanęliśmy naprzeciw naszego celu. Byliśmy trochę podrapani, a z nielicznych i niewielkich ran płynęła krew. Czerwona i srebrna. Ruszyliśmy dalej. W środku kamienicy nie znaleźliśmy nic poza śmieciami, ale udało nam wejść się na dach. Z wysokości trzeciego piętra ludzie poniżej nie wyglądali jak mrówki, ale i tak byliśmy zadowoleni. Kiedy schodziliśmy z powrotem na dół, potknąłem się na schodach między pierwszym piętrem a parterem. Upadłem, straciłem przytomność, moją twarz poraniły potłuczone butelki. Fryderyk zachował spokój i widząc, że nie ruszam się, podbiegł natychmiast. Mimo odłamków szkła raniących jego dłonie i kolana, nachylił się nade mną, by sprawdzić, czy oddycham. Kiedy na policzku poczuł powietrze, które wydychałem, westchną z ulgą. Zadzwonił na sto dwanaście. Operator kazał mu obejrzeć moje rany. I kiedy swoją skaleczoną dotkną mojej twarzy, podzielonej czerwoną szramą na dwie nierówne części, kropla jego krwi spłynęła na mój policzek. Ta dziwna substancja o kolorze rtęci zaczęła leczyć moje obrażenia. Po chwili odzyskałem przytomność. Mimo że nie widziałem tego cudu na własne oczy, wierzyłem Fryckowi bez żadnych wątpliwości.

 

Chociaż rodzice mojego przyjaciela i kilku lekarzy widzieli srebrną krew – niektórzy doktorzy próbowali nawet, bez większego powodzenie, badać ją – o jej cudownych, leczniczych właściwościach wiedziałem tylko ja i Fryc. Minęło wiele lat. Obydwoje studiowaliśmy wtedy w Krakowie. Tamtej nocy chodziliśmy bez celu po miasteczku studenckim AGH, kiedy zobaczyliśmy rannego bezdomnego, leżącego na skraju chodnika. Jego broda i włosy były straszliwie ubrudzone krwią. Jęczał cicho i słabo. Mimo to przechodnie mijali go, odwracając wzrok. Sam nie spieszyłem się, żeby mu pomóc, lecz Fryderyk od razu poszedł w tamtą stronę. Pytał tamtego, jak się czuję. Ranny nie odpowiadał. Fryderyk, kiedy staną przy nim, zbladł i kazał mi się zbliżyć. Z bliska zobaczyłem ogromną ranę z tyłu głowy poszkodowanego. Wydawał się śmiertelnie groźna. Ale przyjaciel dotkną palcami szyi bezdomnego i cicho powiedział, że czuje puls. Rozkazał mi zadzwonić po pogotowie. Kiedy ja wzywałem pomoc, sam zrobił coś, co zdziwiło mnie. Podejrzewałem, że będzie próbował w jakiś sposób opatrzyć poszkodowanego. Ale Fryderyk wyciągną z swojego plecaka nóż i ciał głęboko swój palec wskazujący. Krople krew spływała na głowę rannego mężczyzny. Pomyślałem, że mój druh marzył o tym by pomóc komuś w taki sposób i planował w fantazjach, co powinien zrobić w takiej chwili. W miejscu wielkiej, krwawiącej dziury, pojawiła się zdrowo wyglądająca skóra. Kiedy przyjechała karetka, pomyślałem, że widzę tego bezdomnego po raz ostatni. Jednak w sobotę, dwa tygodnie później, kiedy jechałem z Fryderykiem na koncert do Warszawy, uratowany przez nas człowiek, zaczepił nas na dworcu. Z łzami w oczach powiedział nam, że został pobity za żebranie na cudzym rewirze. Tłumaczył, że jest szczęśliwy, że jego znajomy, który wdział całe zajście, ale bał się pomóc, wskazał mu nas w tłumie i może nam podziękować, że to cud, że w szpitalu nie znaleziono żadnych śladów po tym jak dostał cegłą w głowę. I stwierdził, że to nam należy się wdzięczność za ten cud. Nie rozumiał co się dokładnie stało, ale wydawało mu się, że w białej poświacie przybył anioł, który uleczył jego najpoważniejszą ranę , zanim nadjechało pogotowie. Widziałem jak w oczach Fryca pojawiają się łzy. 

 

Od tego czasu informacje o Fryderyku i jego krwi rozniosły się szybko w gronie bezdomnych i innych wyrzutków społecznych. Zaczął obracać się w dziwnym gronie żebraków, alkoholików, narkomanów i prostytutek. Dość często ktoś z tej gromady pojawiał się pod akademikiem mojego przyjaciela, żeby prosić go o pomoc i choć parę kropel jego krwi. Jak się okazało pomagała ona nie tylko na otwarte rany, ale na praktycznie każdy tym obrażeń. Fryderyk nie raz pomagał komuś kto wypił za wiele wódy albo przesadził z dragmi. Później zaczął spędzać z tymi ludźmi dużo więcej czasu, wysłuchując ich opowieści, chcąc leczyć również ich dusze. Osoby, którym powodzi się w życiu, byliby sceptyczni wobec opowieści o krwi, która leczy. Ale ci którzy prosili o pomoc Fryderyka, byli w stanie uwierzyć w wszystko, co dawało im nadzieję. Zwłaszcza, że liczna osób którym on pomógł stawała się coraz większa. Nigdy nie odmawiał, kiedy ktoś go potrzebował. Mi wydawało się, że zatraca się w cudzych problemach. Ostatnio pobladł, schudł i czasem zataczał się bez powodu. Chciałem zniechęcić go do takiego stylu życia. Mówiłem mu, że dobrowolnie rezygnuje z tego co życie ma mu do zaoferowania, że jego doraźna pomoc w ostatecznym rozrachunku pogłębia kryzys tamtych ludzi, że jego rodzina i przyjaciele cierpią, patrząc jak z powodu utraty krwi wygląda coraz bardziej niezdrowo. Nie mówiłem mu, że czuję się coraz bardziej samotny i chce, żeby poświęcał czas mi, a nie jakimś nieudacznikom. Czułem jednak z tego powodu tych uczuć poczucie winy. Zresztą Fryderyk był pewny, że pomaganie innym to jego przeznaczenie. 

 

Zadzwonili do mnie z szpitala. Fryc stracił przytomność na zajęciach. Pojechałem do niego. Wypytałem się go dokładnie o to jak się czuję. On odpowiadał, że dobrze, ale przez jego krew lekarze nie wiedząc, co się dzieje i chcą go zatrzymać, żeby wyjaśnić jego nietypowy przypadek. I potem powiedział, że kiedy wyjdzie z szpitala, rzuci studia, by mieć więcej czasu na niesienie pomocy innym. Powiedział, że dostał poufnego maila od znanego krakowskiego artysty, którego córka choruje na złośliwy nowotwór. Chciałby sprawdzić czy jego posoka jakoś pomoże w tej sprawie. Mówił mi, że cieszy go, że mężczyzna, który mógł zapłacić za drogie leczenie, chciał właśnie jego pomocy. Potem podzielił się ze mną refleksją, że jego krew to chyba dar od jakiegoś boga. Dar i odpowiedzialność za wszystkich chorych, rannych i samotnych. Ja pragnąłem jednak, żeby nie wierzył w takie pierdoły, żeby skupił się na swoim życiu i zdrowiu. Kazałem mu przestać, żyć tak jakby jacyś nieznajomi byli istotniejsi niż on sam. On rozkazał mi wyjść. Na nic nie zdał się moje przeprosiny i zapewnienie, że chcę jak dla niego jak najlepiej. On rozkazał mi wyjść. 

 

Siedziałem samotnie w domu rodzinnym. Reszta domowników wyszła do kina, ale ja powiedziałem, że chyba jestem chory i lepiej, żebym został. Naprawdę było mi strasznie smutno. Od wizyty w szpitalu Fryderyk unikał mnie. Bezradni lekarze nie potrafili znaleźć przyczyny, dlaczego jego krew była srebrna. Nie umieli też powiedzieć czemu stracił ostatnio przytomność. Ostatecznie wypisał się na własne życzenie. Słyszałem z plotek, że o jego przypadku usłyszał jakiś szanowany profesor medycyny i przez e-mail poprosił go kontakt oraz próbki krwi do zbadania. Fryderyk zgodził się licząc, że przysłuży się nauce ten sposób. Ponadto, tak jak zapowiedział porzucił studia. Zacząłem myśleć, że to nie w porządku, że chciałem mu narzucić swoją wolę. Przecież, bezinteresowne poświęcenie jest uważane słuszne. A nawet jeśli on robi to, dlatego że chce się dowartościować albo czerpie z tego jakąś satysfakcję, to co z tego? To on wybiera jak chce żyć i co chce osiągnąć. Miałem wrażenie, że gdyby mnie posłuchał, zjadałoby go poczucie winny i żal. Mimo tego bolało mnie, kiedy patrząc na niego widziałem, słabego, bladą istotę. Zresztą wydawało mi się, że wśród tych wszystkich wdzięcznych ludzi jest okropnie samotny. Wolałbym jednak, żeby Fryderyk chciał zostać naukowcem, pisarzem czy ekonomistą, byle tylko robił coś tylko i wyłącznie dla siebie.

 

Przez utratę przyjaciela moje życie zaczęło się sypać. Zastanawiałem się czy nie mogłem zachować się inaczej. Czy nie mogłem być bardziej pomocny dla Fryderyka. Dopadło mnie przygnębienie i apatia, przez które opuściłem się w nauce i odizolowałem się od innych. A to tylko pogorszyło mój stan, pogrążyłem się w rozpaczy i nie wiedziałem, jak mogę dalej żyć. Jednocześnie zastanawiałem się, czy faktycznie altruizm jest słuszny. A przynajmniej tak daleko posunięty, jak w przypadku Fryderyka. Mimo że wcześniej miałem jakieś zdanie wobec jego postawy opierałem się bardziej na emocjach i trosce o niego, a nie na racjonalnych przesłankach. Próbował spojrzeć na ten problem szerzej. Wymyślałem różne przykłady sytuacji, gdzie lepiej by było nie pomagać. Wyobraziłem sobie matkę. Jej mąż zmarł niedawno. Ona ciężko pracuje, żeby zapewnić synowi jak najlepsze warunki. I wtedy kontaktuje się z nią bezrobotny brat, który potrzebuję pieniędzy. I to nie tak, że nie mógłby pracować. On chce wykorzystać pracowitość siostry i ona zdaje sobie z tego sprawę, ale nadal godzi się na to. Kobieta pracuje coraz więcej, żeby utrzymać również i jego. A potem z przemęczenia umiera. I zostawia chłopca. Czy nie powinna zostawić brata samego? Przecież miała swojego synka. A on teraz jest sam. Zresztą i ona byłaby szczęśliwsza, gdyby spędza czas z ukochanym potomkiem. Albo czy mający wybór między uratowaniem przyjaciela albo kogoś nieznanego, to czy będę zły, gdy wybiorę tę osobę, która jest mi bliższa? Czy mogę wybrać ją, tylko po to, żeby samemu mniej cierpieć?

 

Minęło kilka dni po tym, jak Fryderyk przeszkodził mojej próbie samobójczej. W szpitalu mówił mi, że czuł, że musi mnie wtedy odwiedzić. Czułem, że to wszystko przez niego. Nie powinien mnie zostawiać. Byłem na niego zły. Kazałem mu odejść. Tamtego dnia, kiedy moje życie miało się skończyć, on zdjął z mojej szyi tą przeklętą pętlę, a potem napoił to swoją krwią, która była kością niezgody między nami. Pomyślałem jednak, że mimo wszystko jestem mu wdzięczny, ale jeśli chcę żyć dalej i spełnić swoje cele, to nie mogę troszczyć się o niego. Niech się daje kąsać tym nieudacznikom, pluskwom, wampirom, ja skupię się na sobie. 

 

Koniec

Komentarze

LieberKFa, bądź uprzejmy wyjustować tekst. Teraz wygląda dość niechlujnie i niezbyt zachęcająco.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Spodobał mi się sam pomysł na cechę Fryderyka. Ale reszta już mniej, nie kupuję wielu rzeczy. Skąd bezdomny wiedział, co mu pomogło, skoro ledwie żył i słabo kontaktował? Dlaczego facet ciął żyły w nadgarstkach, nie znał mniej samobójczych sposobów? Altruizm wydaje mi się przesadny. A narrator to taki dupek, że drugiego ze świecą szukać.

Literówki bardzo szkodzą tekstowi. Szczególnie często masz je na końcu czasowników, ale nie tylko tam.

Pytał się tamtego, jak się czuję.

Pierwsze “się” niepotrzebne. Literówka.

Fryderyk, kiedy staną przy nim,

Jest różnica między “staną” i “stanął”.

to nie mogę troczyć się od niego.

Hę?

Babska logika rządzi!

Finkla, faktycznie kilka elementów fabuły nie jest wiarygodnych, ale dzięki twojemu komentarzowi udało mi się je poprawić. Literówki to moja zmora, ale poszukam ich jeszcze. Mam nadzieję, że w przyszłości przestanę psuć ciekawe pomysły, ale jeszcze dużo wysiłku przede mną, 

Bardziej doceniłbym koncept, gdyby nie fakt, że identyczny pojawia się w tej książce:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4295/glowa-w-mur

którą skądinnąd serdecznie polecam. Jedyna różnica polega na tym, że gość ma złotą krew, a nie srebrną.

Nie słyszałem o niej

Jakiś pomysł jest, ale mocno niedopracowany. Opisujesz sytuacje mało wiarygodne, co sprawia, że cała historia jest mało przekonywująca. Poza szczególną tkanką w żyłach Fryderyka, nie dostrzegam tu fantastyki.

Fatalne wykonanie sprawia, że opowiadanie czyta się bardzo źle. Brnęłam przez nie, co rusz potykając się o zbędne zaimki, powtórzenia, literówki, źle złożone zdania, różne błędy i usterki, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę. Dość duże bloki tekstu także nie ułatwiały lektury. Ponownie namawiam, abyś wyjustował tekst, a przy okazji podzielił go na mniejsze akapity.

 

na so­lid­nym fun­da­men­cie wza­jem­ne­go za­ufa­nie… –> Literówka.

 

była pewna nie­ty­po­wa cecha mo­je­go przy­ja­cie­la.. –> Jeśli miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

ale są­sied­nie bu­dyn­ki wy­bu­rzo­na… –> Literówka.

 

Naj­pierw mu­sie­li­śmy przejść przez ogrom­ne krza­ki… –> Krzaki to nie drzewa, nie bywają ogromne.

Proponuję: Naj­pierw mu­sie­li­śmy przejść przez gęste krza­ki

 

do­tkną mojej twa­rzy, po­dzie­lo­nej czer­wo­ną szra­mą na dwie nie­rów­ne czę­ści… –> …dotknął mojej twarzy, po­dzie­lo­nej czer­wo­ną raną na dwie nie­rów­ne czę­ści

Szrama to ślad po zagojonej już ranie.

 

Oby­dwo­je stu­dio­wa­li­śmy wtedy w Kra­ko­wie. –> Piszesz o dwóch chłopcach, więc: Oby­dwaj stu­dio­wa­li­śmy wtedy w Kra­ko­wie.

Obydwoje to kobieta i mężczyzna.

 

Pytał tam­te­go, jak się czuję. –> Literówka.

 

kazał mi się zbli­żyć. Z bli­ska zo­ba­czy­łem… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wy­da­wał się śmier­tel­nie groź­na. –> Literówka.

 

Ale Fry­de­ryk wy­cią­gną z swo­je­go ple­ca­ka nóż i ciał głę­bo­ko swój palec wska­zu­ją­cy. –> Zbędne zaimki. Literówka.

Proponuję: Ale Fry­de­ryk wy­cią­gną z ple­ca­ka nóż i naciął głę­bo­ko palec wska­zu­ją­cy.

 

Z łzami w oczach po­wie­dział… –> Ze łzami w oczach po­wie­dział

 

pro­sić gopomoc i choć parę kro­pel jego krwi. Jak się oka­za­ło po­ma­ga­ła ona nie tylko na otwar­te rany… –> Powtórzenie. Nadmiar zaimków.

 

ale na prak­tycz­nie każdy tym ob­ra­żeń. –> Literówka.

 

Fry­de­ryk nie raz po­ma­gał komuś… –> Fry­de­ryk nieraz po­ma­gał komuś

 

Zwłasz­cza, że licz­na osób któ­rym on po­mógł… –> Literówka.

 

Mi wy­da­wa­ło się, że za­tra­ca się… –> Mnie wydawało się… Lub, aby uniknąć powtórzenia: Miałem wrażenie, że za­tra­ca się

 

Chcia­łem znie­chę­cić go do ta­kie­go stylu życia. Mó­wi­łem mu, że do­bro­wol­nie re­zy­gnu­je z tego co życie ma mu do za­ofe­ro­wa­nia, że jego do­raź­na pomoc w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku po­głę­bia kry­zys tam­tych ludzi, że jego ro­dzi­na… –> Nadmiar zaimków.

 

czuję się coraz bar­dziej sa­mot­ny i chce, żeby po­świę­cał czas mi… –> …czuję się coraz bar­dziej sa­mot­ny i chcę, żeby po­świę­cał czas mnie

 

Czu­łem jed­nak z tego po­wo­du tych uczuć po­czu­cie winy. –> Dwa grzybki w barszczyku. Powtórzenia.

Proponuję: Miałem jed­nak z tego po­wo­du po­czu­cie winy.

 

Wy­py­ta­łem się go do­kład­nie o to jak się czuję. –> Wy­py­ta­łem go do­kład­nie, jak się czuje.

 

On od­po­wia­dał, że do­brze, ale przez jego krew le­ka­rze nie wie­dząc, co się dzie­je i chcą go za­trzy­mać, żeby wy­ja­śnić jego nie­ty­po­wy przy­pa­dek. –> Nadmiar zaimków.

 

Na nic nie zdał się moje prze­pro­si­ny… –> Literówka.

 

Sły­sza­łem z plo­tek, że o jego przy­pad­ku usły­szał jakiś… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

i przez e-ma­il po­pro­sił go kon­takt oraz prób­ki krwi do zba­da­nia. –> Czy próbkę krwi miał przesłać mailem?

 

pa­trząc na niego wi­dzia­łem, sła­be­go, bladą isto­tę. –> …pa­trząc na niego, wi­dzia­łem sła­bą, bladą isto­tę.

 

byle tylko robił coś tylko i wy­łącz­nie dla sie­bie. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Wy­my­śla­łem różne przy­kła­dy sy­tu­acji, gdzie le­piej by było nie po­ma­gać. –> Wy­my­śla­łem przy­kła­dy różnych sy­tu­acji, w których le­piej by było nie po­ma­gać.

 

Albo czy ma­ją­cy wybór mię­dzy ura­to­wa­niem przy­ja­cie­la… –> Literówka.

 

mówił mi, że czuł, że musi mnie wtedy od­wie­dzić. Czu­łem, że… –> Powtórzenie.

 

on zdjął z mojej szyi prze­klę­tą pętlę… –> …on zdjął z mojej szyi prze­klę­tą pętlę

 

potem na­po­ił to swoją krwią… –> Co napoił?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł… hmmm… ktoś już to napisał powyżej. Wykonanie mocno niechlujne. I podstawowa uwaga – takiego człowieka lekarze, naukowcy i wojskowi już by z łapek nie wypuścili. Nawet za cenę jego sfingowanej śmierci i “zaginięcia” ciała. Dlatego koncept jego swobodnego bytu wydaje mi się mocno naiwny.

Nie napiszę nic nowego. Pomysł jest, zwłaszcza na cechy Ferdynanda, ale wykonanie nie czyni mu zadość. Zwłaszcza długie akapity utrudniają śledzenie tekstu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka