- Opowiadanie: wonsz - Kot kwantowy

Kot kwantowy

Tak. Mrugam tu okiem do Pratchettowców ;)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kot kwantowy

Pojawił się kot. Zawsze o tej porze robi „fik” z kartonu i się pojawia. Tak już ma.

– A ty skąd się właściwie tu wziąłeś? – Wiedziałem, że mi nie odpowie. Przynajmniej nie sensownie. Z nim to trzeba gadać jak z filozofem albo programistą. Pytania jasne, celne, do tematu i łatwo sformułowane. Jeśli nie zadasz pytania jak trzeba, z radością udzieli absolutnie precyzyjnej i całkowicie mylącej odpowiedzi. Tak przynajmniej gdzieś wyczytałem.

– Z kartonu – odparł całkowicie zgodnie z prawdą.

– Jak to robisz? – Próbowałem drążyć. Bezskutecznie.

– Kwanty.

– Sranty.

 

Oczywiście,

nic z tego nie łapię.

Odpyskować mu z klasą też nie potrafię.

Kot Schrödingera -

trochę jest i trochę go nie ma,

czasem tu, a czasem weźmie go cholera.

Kot kwantowy,

co zna się na wszystkim.

Kot wielowymiarowy,

kot w stanie czystym.

 

– Gdzie masz jedzenie? – spytał i zaczął krążyć po pokoju. Skoczył na parapet, potem na biurko, łapą trącił stare paluszki, po czym zeskoczył na ziemię. – No? Co masz dla mnie?

– Przecież wiesz, że nic. Nie mam kota, to i karmy nie kupuję.

– Ale jak to? Nikt karmy ci nie daje? – Kot zrobił wielkie oczy. Udawał zaskoczenie albo pogardę. Z nim nigdy nie wiedziałem. – Urodziny masz, gdzie puszki z mięsem?

– Jakie puszki? Jakie z mięsem?

– A susz? Mały woreczek?

– Ludzie nie dają sobie karmy w prezencie. Chyba, że chcą, nie wiem, nie znam się.

– To co dają? – Teraz on drążył. Jeśli chodziło o żarcie, nie filozofował. Taka cecha wspólna kota z filozofem.

– Tort albo wódkę – odparłem z zgodnie z prawdą. – Ale częściej wódkę, bo cukier nie wszyscy jedzą. Paluszki mam. – Pokazałem palcem paczkę otwartą dwa miesiące temu. Nie zainteresował się.

– No to gdzie ten tort i wódka?

Skubany. Potrafił kopnąć leżącego.

– Kwanty – odpowiedziałem być może zgodnie z prawdą.

– Sranty – odparł i nie żegnając się skoczył w karton.

 

Oczywiście,

kiedy chce to ucieka.

Być może mokra karma na niego gdzieś czeka.

Kot Schroedingera -

trochę jest i trochę go nie ma,

czasem tu, a czasem weźmie go cholera.

Kot kwantowy,

co zna się na wszystkim.

Kot wielowymiarowy,

kot w stanie czystym.

 

Myślałem chwilę, aby wyrzucić pudło. Stoi i przeszkadza. Po co w ogóle takie coś? Jak mała wieś na trasie planowanej obwodnicy. Jak student w barze w kolejce po kapuśniak. Jak te takie gówniane półki z batonami w sklepie na dworcu, gdzie aby położyć coś na ladzie trzeba się dziwnie wygiąć. A jak drobne spadną w ten bałagan, już w ogóle dramat. Nie wyrzuciłem. Stało jak się wprowadziłem i było podpisane „karton kota”. No to nie ruszam, bo jak podpisane, to przecież nie moje. Sierściuch mógłby mnie ofukać.

Bzyczy dzwonek od drzwi. Ktoś przyszedł. Co było dziwne, bo nikogo nie zapraszałem. Otworzyłem wrota jamy, a tam za progiem stały trzy osobliwości. Otóż analogia kosmiczna jest tu na miejscu, ponieważ do grzecznej, dobrze wychowanej czarnej dziury wpadnie wszystko – puszka z paprykarzem, Matthew McConaughey, potem dużo, dużych paprochów, a na koniec gwiazda lub dwie. Wokół „kręci się” horyzont zdarzeń z dyskiem akrecyjnym, miksując ten cały bajzel ze sobą, zanim bałagan trafi na główny parkiet imprezy – osobliwość. No i te osobliwości stojące za progiem niewątpliwie przyciągały wszystkie przedmioty nie przykręcone do podłogi lub nie przybite gwoździami. Ich horyzonty też składały się z gazów. I to nie tych bezwonnych.

– Dzień dobry kierowniku. Na bicie nie mamy ochoty. Złom zbieramy albo po pięć złoty.

Nie miałem złomu, ani pięć złoty. Byłem w kropce. Lać też ich nie chciałem. Musiałem zaprosić wędrowców do środka.

W trymiga zniknęły mi z dywanu rozsypane zszywki i stara suszarka do ubrań. Na szczęście więcej klamotów nie posiadałem.

Panowie przedstawili się jako Kanye, Madonna i Bono. To był znak. KMB. Odwiedzili mnie legendarni Trzej Królewcy. Przynieśli nawet jałowiec, aluminium i błoto. Uradowany takim towarzystwem usadziłem ich na kanapie i poczęstowałem paluszkami. Zjedli ze smakiem jakby z tydzień wygłodzeni chodzili. Madonna nawet zżarł kawałek sinego palca, ale nie zwróciłem mu uwagi, bo gościom zwracać uwagę nie wypada.

Wtem z pudła wyskoczył kot.

– Mam coś dla ciebie – rzekł do mnie i wskazał łapą na karton. – Wsadź kończynę i wyciągnij. Nie bój się, nie naszczałem.

Tak zrobiłem. Ze środka wyłowiłem reklamówkę z małym tortem i butelkę wódki. Podziękowałem za prezent i pokroiłem ciasto. Królewcy kręcili nosem. Marchewkowe. Znaczy witaminy – ich odwieczny wróg. Zjadłem zapijając alkoholem. Uroniłem ze dwie łzy, ale darowanemu nie zagląda się i tak dalej.

– A ty jak się w ogóle nazywasz? Jak do ciebie mówią? – spytałem kocura, bo sumie bywał u mnie i bywał, a nigdy się nie przedstawił.

– Mefistoprzemek – odparł z pełną powagą.

– Mefistosedes? – Bono próbował dołączyć się do dyskusji. Poczuł się pominięty. Kiepskim żartem chciał sobie zdobyć uznanie towarzystwa. Kot spojrzał na niego z pogardą. Z taką pogardą, przy której osoba pogardzana może z tej pogardy zejść z wrażenia na zawał. Kot mrugnął dwa razy i znów zwrócił się do mnie.

– Mówią mi też „Tańczący na tuńczykach w Lidlu” oraz „Spierdalaj”. Choć tego ostatniego nie polecam.

– Przepraszam. – Kanye trącił mnie w łokieć. – Kolega chyba kopnął w kalendarz.

– Na litość! – Ścięty trwogą niemal sam odjechałem. Bono wykitował u mnie na kanapie. Żółte okulary smętnie leżały na usmarkanym nosie.

– Nie, na zawał. Choć może na zatwardzenie. Nie wiem.

– Stwardnienie?

– Może być.

– Wrzuć go w karton. – Mefistoprzemek zaproponował rozwiązanie. Solidne i sensowne, ale kłopotliwe. Jak lumpa zmieścić w karton po butach? Kocur chyba wyczuł moje wątpliwości. – Wsadź go głową w dół i sprawa się załatwi. Zobaczysz.

Tak zrobiłem. Bono wpadł jak do zsypu. Madonna skorzystał z okazji i wrzucił do pudła zakrwawiony nóż, a Kanye młotek z przyklejonymi doń włosami.

– Jak to się dzieje? – Znów spytałem, łapiąc się ponownie na błędzie.

– Kwanty – odparł i słowo daję, że wykonał koci odpowiednik wzruszenia ramionami.

– Sranty…

 

Oczywiście,

nie wiem o co mu chodzi.

Bono zniknął w czeluści, już nam nie przeszkodzi. 

Kot Schrödingera -

trochę jest i trochę go nie ma,

czasem tu, a czasem weźmie go cholera.

Kot kwantowy,

co zna się na wszystkim.

Kot wielowymiarowy,

kot w stanie czystym.

 

Dwa kieliszki później z kartonu wyszedł Russel Crowe w stroju Maximusa. Zgubił się. Założył, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, ale jak się okazało, jedna z nich prowadzi do mnie, do małego pokoju. Dał się namówić na kieliszek, potem drugi, po trzecim wcinał już tort marchewkowy, a tego chuja garbatego Kommodusa powiedział, że zabije innym razem.

Pojawił się również Steven Seagal, który nie wiedzieć czemu, porąbał drewno na opał i przyniósł mi do mieszkania. Nie chciał słuchać tłumaczeń, że to blok i nie mam pieca, więc mam na sprzedaż dwa metry sosny leżakowanej w łazience, jakby ktoś pytał. Dosiadł się do Madonny i pokazywał jak złamać przeciwnikowi kark szczoteczką do zębów. Pięć minut później wrzuciliśmy Kanye w karton. Gości przybywało. Koło dziesiątej był tu całkiem niezły tłok. Bruce Willis siedział na parapecie i rżnął w wojnę z Maximusem. Rutger Hauer z Harrisonem Fordem dobrze zrobieni wódą odgrywali na balkonie finałową scenę z Łowcy Androidów. Oczywiście w deszczu. Ryan Gosling stał nad nimi i polewał ich wodą z Biedronki. Gazowaną. David Hasselhoff solidnie zalany leżał na podłodze w kuchni i pochłaniał hamburgera, a Krzysztof Krawczyk wpadł z małym głośnikiem i montował sobie w korytarzu scenę pod występ. Madonna zniknął. Później się dowiedziałem, że Steven niechcący złamał mu serce. Paprykarzem.

Koło jedenastej przyjechał jakiś brodaty typ w szatach z wieków chrystusowych oznajmiając, że dotarł do mnie z dwunastoma nierządnicami na polecenie Maximusa. Choć obecność cór Koryntu radowała me serce uznałem, że to lekka przesada – przecież nie mają na czym usiąść.

Kot zauważył moje zakłopotanie.

– Właź w karton – oznajmił.

– Jak w karton?

– Normalnie, nogami.

– A Kanye? Bono? Impreza z dziwkami?

– Lumpów nie ma, a dziewczyny nie idą z nami.

– Kwanty? – Spytałem.

– Sranty.

 

Oczywiście.

Wnet go posłuchałem,

wskoczyłem do pudła i znów na krześle siedziałem. 

Kot Schrödingera-

trochę jest i trochę go nie ma,

czasem tu, a czasem weźmie go cholera.

Kot kwantowy,

co zna się na wszystkim.

Kot wielowymiarowy,

kot w stanie czystym.

 

W mieszkaniu pusto. Czysto, tylko do umycia. Jakby nikogo wcześniej nie było. Spojrzałem na zegarek. Było po jedenastej. Podejrzane. Kuchnia lśni, kibel pachnie, a w lodówce piw napchane po korek. Na blacie obok herbat leży burger. Taki solidny gnój z boczkiem i sosem barbeque. Łapię za portfel. W środku same stówy. Odpalam steama – cyfrowa biblioteka załadowana samymi tytułami AAA. Umarłem albo jestem srogo naćpany.

– Wieloświaty bratku. – Kot wyskoczył z pudła i rozwiał moje wątpliwości. W ten sposób ułatwił sobie zadanie, bo nie zadawałem głupich pytań.

– Kurde faja. I mogę tu zostać?

– Możesz.

– Mogę też wrócić na imprezę?

– Możesz.

– A karmy byś nie chciał?

– Chciałbyś.

Skoczyłem do piekarni. Choć może się to wydawać nieoczywiste, oprócz alkoholi mają tam też mokrą karmę dla kotów. Po powrocie zasiedliśmy do posiłku. Mefistoprzemek “mlaszczył” mięso w galarecie, ja chapałem gnoja z wołowiny. Urodziny całkiem w pytkę. Tylko pewna rzecz nie dawała mi spokoju.

– Kocie, a jak to jest tutaj? Jestem jeden, czy moje inne „ja” gdzieś tutaj buszuje? – Musiałem o to zapytać. Zesrałbym się, gdybym nie zapytał.

– Tutaj? Nie.

Nie gnębiłem go więcej. Drążenie i tak by mi nic nie dało. I tak bym nie zrozumiał. A on odpowiedziałby absolutnie precyzyjnie i całkowicie myląco.

– Kwanty? – spytałem jeszcze, bardziej dla zasady.

– Kwanty.

 

Oczywiście,

że nie rozumiem, ale mi to nie przeszkadza.

Dzięki sierściuchowi stałem się bogaty,

mam teraz karton, który łączy wszystkie światy.

Przypomnę kto to taki, jeśli jeszcze nie dociera -

mianowicie mówię o kocie Schrödingera.

Który czasem jest, a czasem weźmie go cholera.

O kocie kwantowym,

który zna się na wszystkim.

O kocie wielowymiarowym,

kocie w stanie czystym.

 

Koniec

Komentarze

Wonszu, niemal dziesięć tysięcy znaków, to już opowiadanie. Krótki, ale opowiadanie. Szorty kończą się o okolicach pięciu tysięcy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ok, przepraszam. Już zmieniłem.

Dziękuję, Wonszu.

I nie masz za co przepraszać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To jest jedna z najzabawniejszych rzeczy jakie czytałem ostatnio :)

Szorty kończą się o okolicach pięciu tysięcy.

Myślałam, że do 10k to jest szort – a na pierwszej stronie z szortami znalazłam nawet 12k i 16k…

 

A co do tekstu – miodzio. Najlepszy z Twoich tekstów, jakie czytałam.

 

“Jeśli chodziło o żarcie[+,] nie filozofował.”

 

“Madonna skorzystał z okazji i wrzucił do pudła zakrwawiony nóż, zaś Kanye młotek z przyklejonymi doń włosami.” – raczej “a Kanye”, bo teoretycznie norma wciąż przewiduje “zaś” i “bowiem” na dalszym miejscu w zdaniu, poza tym proste a lepiej spasuje do stylu całości

 

“porąbał mi drewno na opał i przyniósł do mieszkania” – lepiej byłoby “porąbał mi drewno na opał i przyniósł mi do mieszkania”, bo narrator nie ma drewna, skoro to blok itd.

 

“Nie chciał słuchać moich tłumaczeń” – zaimek zbędny

 

“więc mam na sprzedaż dwa metry sosny leżakowanej w łazience[+,] jakby ktoś pytał.”

 

“wodą z biedronki” – Biedronki. Albo Biedry ;)

 

to uznałem, że to lekka przesada” – pierwsze to możesz spokojnie wyrzucić

 

“Kot zauważył me zakłopotanie.” – raczej moje, nie masz stylizacji

 

“Lecz dziewczyny nie idą z nami.” – lepiej “ale” z powodów jak wyżej, lecz jest z wyższego rejestru

 

mlaszczył – memłał albo mamlał

 

“Musiałem zapytać.” – raczej “Musiałem o to zapytać.”, ale nie upieram się

 

“– Kwanty? – Spytałem jeszcze, bardziej dla zasady.” → – Kwanty? – spytałem jeszcze, bardziej dla zasady.

 

“Oczywiście,

że nie rozumiem, ale mi to nie przeszkadza.”

To jest jedyny kawałek tego rapu, w którym gubi się rytm w drugim wersie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zacna mieszanka absurdu i fizyki. I jeszcze zabawna. Misie.

Ze słynnych kotów w wyliczance zabrakło mi jeszcze tego z bardzo trwałym uśmiechem. ;-)

No to miał bohater udane urodziny.

Wokół „kręci się” horyzont zdarzeń z dyskiem akrecyjnym,

To w okolicy horyzontu zdarzeń może powstać dysk akrecyjny?

Babska logika rządzi!

Nie wiem czy lubię takie teksty, chyba nie. Mimo wszystko, nie mogę odmówić opowiadania pewnego wdzięku – dobrze napisane, miejscami zabawne, a przede wszystkim – absurd, który nie jest paradą bezsensownych wydarzeń, ale posiada swoistą, wewnętrzną spójność i logikę, choć pokręconą. 

Tak jak napisałem – nie jestem miłośnikiem takich tekstów, ale wielu czytelników z pewnością go doceni. Dlatego zasługuje na bibliotekę. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

drakaina – dziękuję za uwagi :)

finkla – źródło podaje, że tak. Ale ze mnie żaden fizyk, a z wikipedii żadne źródło ;)

thargone – dzięki, radujmy się!

Ja pytałam, bo nie wiedziałam. Wydawało mi się, że z dysku akrecyjnego powstaje młody układ słoneczny, ale czarna dziura w okolicy może dokonać aborcji…

Babska logika rządzi!

Bardzo fajnie napisany tekst. Zdarzyło się uśmiechnąć podczas czytania ;)

Absurd w tekście robi wrażenie. Jest w tym wszystkim spójność – naprawdę trudno osiągalna. A Tobie poszło zgrabnie i jeszcze mnie rozśmieszyłeś. 

Zabawne, przaśne, naprawdę przyjemnie czytać. Zwłaszcza opis imprezy mnie ubawił. 

Tylko to zdanie:

Pytania jasne, celne, do tematu i łatwo sformułowane. Jeśli nie zadasz pytania jak trzeba, z radością udzieli absolutnie precyzyjnej i całkowicie mylącej odpowiedzi.

Trochę mnie uwiera, bo to praktycznie cytat.

Otóż analogia kosmiczna jest tu na miejscu, ponieważ do grzecznej, dobrze wychowanej czarnej dziury wpadnie wszystko – puszka z paprykarzem, Matthew McConaughey, potem dużo[-,] dużych paprochów, a na koniec gwiazda lub dwie.

– Dzień dobry[+,] kierowniku.

Nie miałem złomu[-,] ani pięć złoty.

– Wieloświaty[+,] bratku.

Podobało mi się :)

Pięknie absurdalne, kot fantastyczny, pomysł na pudełko do przechodzenia do innych światów fajny.

Lekkie, przyjemne, dobrze się czyta.

Fajne :)

Bardzo zacna dawka absurdu w najlepszym gatunku. Kot kwantowy zasłużył na Bibliotekę. ;)

 

Kot Schrödin­ge­ra - –> Zamiast dywizu powinna być półpauza. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

łapą trą­cił stare pa­lusz­ki, po czym ze­sko­czył na zie­mię. –> …łapą trą­cił stare pa­lusz­ki, po czym ze­sko­czył na podłogę.

 

Złom zbie­ra­my albo po pięć złoty. –> Złom zbie­ra­my albo po pięć złotych.

 

Nie mia­łem złomu, ani pięć złoty. –> Nie mia­łem złomu ani pięciu złotych.

 

Łapię za port­fel. –> Łapię port­fel.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja te “pięć złoty” potraktowałam jako celowe.

Ja też. Element stylizacji.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

I mnie to przyszło do głowy, ale nie wiem, co było zamiarem Wonsza. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miało się rymować :)

No proszę! Rym zupełnie uszedł mojej uwadze. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja chcę taki karton, bo kota już mam. Ile to by spraw załatwiło ;)))

Choć obecność cór Koryntu radowała me serce uznałem, że

Cóż to za uznał, którym można serce radować? Brakuje przecinka.

Stało jak się wprowadziłem i było podpisane „karton kota”. No to nie ruszam, bo jak podpisane, to przecież nie moje.

Masz wyczucie do takich onelinerów. Bardzo fajnie skonstruowane.

 

Kupuję ten styl, humor, absurd, narrację. Podoba mi się.

Nie mam kota, bo mam alergię, za to mam karton. Ciekawe skądinąd, czy kot Schoedingera jednocześnie alergizuje i nie alergizuje.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Statystycznie alergizuje na jedną dziurkę w nosie.

Fajny tekst, dobrze napisany i naprawdę zabawny.

Słusznie prawisz, ac :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przyjemny, lekki tekst. Pod koniec ilość absurdu troszkę zaczęła męczyć, ale że tekst ma odpowiednią długość, to ogólnie jestem zadowolona z lektury.

Letting go is an invitation. Letting go is a choice.

Podobało się. Lekko, inteligentnie, z humorem, tak trzymać!:)

Fajny ten absurd. Z pomysłem, choć niestety nie definiujesz “ziemi” w tym locie, toteż trudno do końca ocenić, co dokładnie chcesz powiedzieć przez wszystkie obrazy. Ale mimo to tekst jest napisany soczyście, z fajnymi pomysłami :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Sympatyczne i zabawne. Napisane lekko i z wdziękiem.

 

Dodam jeszcze te parę przecinków, co umknęły;)

spytałem kocura, bo w sumie bywał u mnie i bywał, a nigdy się nie przedstawił. (”w” zjadło)

 

Zjadłem, zapijając alkoholem.

 

typ w szatach z wieków chrystusowych, oznajmiając, że dotarł do mnie z dwunastoma nierządnicami

Ciekawy tekst ze sporą dawką humoru. Fajny pomysł z tym wykorzystaniem postaci znanych z tv. Napisane zgrabnie. Czytając, miałem przed oczami Jakuba Wędrowycza. Zatem, autorze, masz także coś z Pilipiuka. 

Nowa Fantastyka