- Opowiadanie: maciekzolnowski - Niewidzialny młyn

Niewidzialny młyn

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Niewidzialny młyn

Na Płaskowyżu Głubczyckim znajdowało się ongiś niewielkie sioło, przysiółek właściwie, którego nazwy nie pomnę. Pociąg Kolei Podsudeckiej, kursujący regularnie z Racławic do Głubczyc, zatrzymywał się w nim nieraz. Potem linię nagle zamknięto, bez wyraźnej przyczyny, a gęsty, świerkowy las porósł okolicę i samo torowisko, a raczej to, co z niego pozostało. Mój Boże, jak szybko uległ dewastacji i zdziczeniu teren niepielęgnowany, opuszczony przez człowieka! Jak w oka mgnieniu opanowała go nieokiełznana i na swój sposób agresywna przyroda! Ciekawe, ilu spośród obecnych racławiczan i głubczyczan zna upiorną legendę o niewidzialnym miejscu. A było to tak…

Przed wiekami w siole znajdował się młyn, który obsługiwał co najmniej dwie wsie. Ród młynarski był bogobojny i liczny, a dzieci chowały się zdrowe i silne. I tylko prawdziwy pech mógł to zmienić. Lecz – jak to w bajkach bywa – wszystko, nawet to, co najgorsze, zdarzyć się może. I oto któregoś razu rozpoczęła się niesamowita zaraza, która zaczęła stopniowo i systematycznie pustoszyć ową śląską krainę, a przyszła z Północy. Przechodziła od zwierząt na ludzi i z dorosłych na dzieci. Tak, zwłaszcza dzieci okazały się być mało odporne na mór. I nigdy już dżuma nie była tak straszliwą, tak nieodpartą. A jej oznaką widomą była szkarada krwi, wśród objawów zaś należałoby wymienić przede wszystkim ostre bóle, nagły zawrót głowy i obfity wyciek potów, poprzedzający śmierć raptowną.

Nastała jesień – pierwsza jesień od czasu, gdy pojawił się przeklęta zaraza. Ciężkie, wilgotne mgły-ciemnice i mgły-baranki coraz częściej omglały okoliczne pagórki płaskowyżu i gubiły się w wonnym i szumiącym jakoś złowrogo lesie. Słoneczny glans przez wiele dni nie raczył dobłysnąć na tafli Wilczych Stawów, a słońce nie mogło i chyba nawet nie chciało przebić się przez nisko wiszące chmury. I wszystkim się zdawało, że zima będzie długa i sroga.

Ukląkł wtenczas stary młynarz Maćko, przeczuwając to, co najgorsze, przed skromną kapliczką na rozstaju dróg, w pobliżu lasów i pól przepastnych, a wkoło – nic, tylko głusza. I pogrążył w żarliwej modlitwie i do Wszechmocnego zwrócił się tymi słowy:

– Panie! Wysłuchaj mych błagalnych próśb. Zabierz mnie do siebie, jeśli łaska, ale dziatwę pozostaw tutaj na ziemi. A niechaj żyje a choćby i sto lat!

To rzekłszy, powstał, ażeby móc się oddalić i do domu na kolację przed zmrokiem zdążyć. A wokół było pusto i wilgotno jak w najgłębszej i najczarniejszej piekielnej jamie. Niby pusto, a jednak miało się dziwne wrażenie, że coś czai się w pobliżu w zielonkawej gęstwinie wśród sosen i świerków. I wtenczas wyrósł przed nim nieforemny i dziwaczny stwór jakiś szkaradny, z ogonem i brodą długaśną, trochę przypominający starca.

– A coś ty za męciołak jeden i czego chcesz? – rzucił wyraźnie zaskoczony niecodziennym towarzystwem młynarz.

– Nie lękajcie się, Maciejka. Chciałbym z tobą porozmawiać.

I dziadyga mu przedstawił swój punkt widzenia na najbardziej palące i teologiczne sprawy, po czym dobąknął:

– Widzisz, Bóg chrześcijan tobie nie dopomoże, familii twej Maciejowej przed zarazą nie uchroni.

Zadumał się praporuszyciel kół młyńskich i chciał po kolei zaprzeczać, w odpowiedzi na argumenty leśnego dziadka, ale przypomniał sobie wnet, iż nie dalej jak siedem lat temu, wtenczas, kiedy w całym powiecie klęska urodzaju oraz susza była, dobry Bóg ani palcem nie kiwnął dla rolniczych plonów ratowania. A jak jednej głuchej i bezzębnej niewieście chłop się gdzieś zagubił, a następnie w sąsiedniej wsi odgubił, i na dodatek nie sam, to Wszechmocny – skądinąd kawaler – ani pisnął o tym i pary z gęby nie puścił, choć dobrze wiedział, do której to zguba zawitała dziewki, i do którego łoża zębatej, piersiatej i słyszatej tam wlazła. Tak, bez cienia wątpliwości Bóg był – w najgorszym razie – wrednym knotem, a w najlepszym – leniwym nicponiem.

– To co mam czynić? Odpowiedz! – wywrzeszczał już zdesperowany.

– Przed wiekami żyli na tych ziemiach prawdziwi Słowianie, mężni i dumni ze swych guseł. Później wszystko się zmieniło na rzecz ciemnogrodu. Europa, panie, psia mać! To dopiero jest ciemnogród bez żadnej tradycji i zdrowego rozsądku, a więc i bez przyszłości. Biesiulki, takie, jak ja, w większości wybito, wytępiono niczym szkodniki jakieś. Ale to temat na inną okazyję. Powiem ci teraz, co się stanie. Ty jeden, Maciejka, wraz z rodziną zostaniesz ocalony, musisz tylko oddać mi pokłon. I po bólu! Widzisz, jakie to proste?!

Zawahał się na taką bluźnierczą propozycję pan życiodajnych ziaren przemielonych na mąkę, lecz kiedy wyobraził sobie cudną swą żoneczkę i dzieciatki-trupiatki na łożu śmierci, cierpiących największe możliwe katusze, oblanych siódmymi potami i okrutnie pokrwawionych, natychmiast wyzbył się wszelkich wątpliwości. Padł na kolana i oddał plugawemu biesowi pokłon, głośno przy tym łkając.

Ale kiedy wrócił do domu, dopiero wtenczas okazało się, że ma prawdziwy powód do płaczu. Na miejscu nie zastał bowiem kompletnie nic. A kiedy spojrzał na swą pierś, ręce oraz nogi, zrozumiał, że wszystko, co kochał, stało się niematerialne i znikło zupełnie.

– A więc bies mówił prawdę. Toż to podświat najprawdziwszy! – mruknął pod nosem, którego notabene nie potrafił dostrzec ani dotknąć. – Zaraza nie sforsuje bram mego folwarku, którego przecież nie ma, nie przekroczy bura suka wrót, których przekroczyć się nie da.

Minęło wiele, wiele lat i wieśniacy z okolicznych wsi zdążyli zapomnieć o – jak sami mówili – pochłoniętym przez mgłę lub też zapadniętym pod ziemię i obróconym w nicość siole. Pamięć ludzka to doprawdy dziwne cudło – potrafi rozwiać się w jednej chwili niczym kupka pożółkłych listków na polach bezkrzewia. W żyznej nad Osobłogą dolince wybudowano wkrótce nowoczesny młyn, zaorano ugory, obsiano je zbożem, a krowy, owce i kozy wyszły na pastwiska – i tak życie z wolna, z mała, niby przebiśniegi po zimnie, zaczęło pojawiać się to tu, to tam na wyniszczonych zarazą terenach.

Tymczasem mieszkańcom niewidocznego młyna, którzy sami również byli niewidzialni, zaczęło już brakować lekarstw, żywności i zboża na mąkę. Złaknieni towarzystwa innych, umierali z żalu i osamotnienia – i to mimo faktu, iż sami byli w pewnym sensie nieobecni.

 

Nastała któraś już z rzędu jesień. I ciężkie, wilgotne mgły coraz częściej oplatały okoliczne pagórki Płaskowyżu Głubczyckiego i gubiły się w wonnej i z cicha szemrającej kniei. Słoneczko nie mogło przez wiele dzionków przebić się przez nisko wiszące chmury.

W takiej oto scenerii ukląkł ponownie stary młynarz przed skromną kapliczką nadrzewną na rozstaju dróg, w pobliżu borów i pól przepastnych, i zanurzył się w żarliwej modlitwie i przemówił tymi słowami:

– Panie mój! Wybacz mi, bo zgrzeszyłem. Wysłuchaj przeto gorących mych próśb. I zabierz mnie do siebie, jeśli jest taka wola twoja. Ale niechaj ma rodzina żyje normalnie! Niech nikt nie umiera z tęsknoty, samotności, głodu, chłodu czy braku lekarstw!

Słysząc to, Pan Bóg ulitował się nad skruszonym młynarzem i uczynił naustronione i nie w pełni doumarłe gospodarstwo na powrót widzialnym, a wieść o cudownym wydarzeniu obiegła świat lotem błyskawicy. Nareszcie Maćki mogły się nasycić, a i do woli nagadać z sąsiadami i od dawna niewidzianymi krewniakami.

Od tamtej pory tłumy nieprzebrane odwiedzały młyn każdego dnia, uniemożliwiając tym samym jego mieszkańcom w miarę normalne w nim funkcjonowanie. Przybywali nawet skośnoocy Azjaci z cesarstwa zamorskiego – Kraju Kwitnącej Wiśni, by się ciekawie pogapić, a oczy swe nasycić.

Aż wreszcie miarka się przebrała i Maćko – senior zdegustowanej paranteli – powiedział razu jednego: „hola, dość tego”. I w tajemnicy przed wszystkimi, w ciągu zaledwie dwóch dzionków, młynarzowe plemię się spakowało, zabrało najpotrzebniejszy dobytek, rozebrało do cna cały przysiółek, tak, że nic z niego nie pozostało, i powędrowało gdzieś hen wysoko w góry, kierując się ku Sudetom. A ludzie z czasem uznali doumrzony młyn za miejsce nawiedzone i zaprzestali w ogóle tam przyłazić.

Koniec

Komentarze

No cóż, Bemikowe bajanie bardziej porusza. A jak wpadną Panie od baboli to Cię chyba zjadą. I pseudo gwara Cię nie uratuje ;) 

 

Zadumał się pierwszy poruszyciel kół młyńskich i chciał po kolei zaprzeczać, w odpowiedzi na argumenty leśnego dziadka, ale przypomniał sobie wnet, iż nie dalej jak siedem lat temu, wtenczas, kiedy w całym powiecie klęska urodzaju była, dobry Bóg ani palcem nie kiwną dla rolników i ich trzody ratowania

-chyba nieurodzaju

Coś tam jeszcze mi się rzucało w oczy przy pierwszym czytaniu, ale nijak bez ta gwara żem tego nie nolozł ;) 

Dzięki, Enderek! Daj mi się, proszę, chociaż wytłumaczyć. “Nijak bez ta gwara żem tego nie nolozł”. No właśnie, ja też nie znalazłem. Te Głubczyce, Racławice, Klisino, Pomożowice i in. to taki Śląsk–nie-Śląsk. Strasznie dużo tam ludności napływowej, głównie ze Wschodu, ale – przyznaję – że w przeszłości struktura narodowościowo-etniczna mogła na tych ziemiach wyglądać zupełnie inaczej. 

maciekzolnowski

[Melduję się jako jedna z pań od baboli :P] Przyznam, że nie za bardzo zrozumiałam, jaką rolę w tym wszystkim odgrywa ta zaraza, bo od niej się zaczyna, ale potem jakbyś o niej zapomniał i wprawdzie gospodarstwo Maćka znikło, ale świat jakoś wokół się kręcił, więc co z tą zarazą?

Stylizacja niestety nie wyszła szczególnie dobrze – są kawałki bardzo fajne, ale są też naciągane. No i nie kupuję tych niepasujących do niej wtrętów – gdyby cała była pastiszem, to ok, ale nie jest.

 

“niewielkie sioło, folwark właściwie” – folwark to jest w zasadzie jedno gospodarstwo, a nie określenie wielkości osady. Przysiółek byłby lepszy

 

“mało odporne na Śmierć Szkarłatną. I nigdy już dżuma nie była tak straszliwą” – tu coś się wali. Czy Śmierć Szkarłatna to ma być dżuma czy też bajkowa zaraza? Nie wynika to jasno z tekstu

 

Masz trochę słów niepasujących do ogólnej archaizującej i niegwarowej stylizacji: tendencje, epidemia, glans, gnojek. Chutor z kolei nie pasuje regionalnie i obecność ludzi ze wschodu, niewspomnianych w tekście, zwłaszcza w kontekście rodziny młynarza, go nie usprawiedliwia

 

Co ma oznaczać “dobłysnąć na padole”? Masz trochę neologizmów i ok, ale ten wydaje się trochę na siłę

 

kapliczka napowietrzna? – akurat słowo napowietrzny ma konkretne znaczenie. I dalej masz nadrzewną, co ma sens

napowietrzny

1. «znajdujący się lub przeznaczony do pracy w powietrzu, nad ziemią»

2. «odbywający się w powietrzu, nad ziemią»

 

Modlitwa młynarza jest wypowiedzią, więc powinna być zapisana jako dialog albo w cudzysłowie i wtedy bez nowego akapitu.

 

“jak w najgłębszej i najczarniejszej[-,] piekielnej jamie.”

 

“nie do pomorze” – chyba jednak “nie dopomoże”? Gdyby chodziło o pomór, to ta konstrukcja i tak nie miałaby sensu :P

 

“pierwszy poruszyciel kół młyńskich” – to o młynarzu? nie trochę przesadzone jednak, zważywszy kogo określa się mianem pierwszego poruszyciela, a kto właśnie był milczącym adresatem wypowiedzi młynarza?

 

“dobry Bóg ani palcem nie kiwną” → kiwnął

 

“wszystko, co kochał[+,] stało się”

 

A więc bies mówił prawdę. Toż to podświat najprawdziwszy! – mruknął pod nosem, → to też jest wypowiedź i powinna być zapisana jak kwestia dialogowa

 

“tłumy gapiów penetrowały młyn” – to penetrowanie jest wyjątkowo niedobre

 

“by się ciekawie pogapić[+,] a oczy swe skośnookie nasycić” – sorry, ale oczy nie mogą być skośnookie ani jakkolwiek innookie

 

parantela wprawdzie archaicznie oznacza szeroko rozumianą rodzinę, ale znaczenie to tak się zatarło, że chyba nie ma sensu go przywoływać – to akurat sprawia wrażenie błędu

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Nie widzę morału tej bajki.

Dlaczego niewidzialnej rodzinie tak wszystkiego brakowało? Jeśli dobrze pamiętam, to “The Invisible Man” kradł w najlepsze.

Z wykonaniem tak sobie. Za stary wyga z Ciebie, żeby sadzić takie byki. Współczesne terminy słabo wyglądają wrzucone do archaizowanego tekstu.

– Widzisz, Bóg chrześcijan tobie nie do pomorze,

Oj, dwa orty w jednym słowie strzelić to już przegięcie.

Babska logika rządzi!

Podziękować Drogim Paniom! Co straszniejsze babole już poprawiłem. Wierzyć się nie chce, że aż tyle się tym razem nazbierało. Czuję, że dopiero jak wpadnie Jolka – Regulatorka to się dopiero zrobi wesoło. Albo i nie. Co do chutoru… Mój błąd, który jednak popełniłem z premedytacją. Coś mi ten Gogol do łba wszedł i się w nim zasiedział. ;)

maciekzolnowski

No i wreszcie pojawiła się fabuła. Nadal przywdziewasz swoją historię w formę niby-opowiastki czy niby-ludowej niby-gawędy ale bliżej jej do opowiadania niż felietonu, czy dziwnych nieokreślonych form wcześniejszych tekstów.

Nie mnie oceniać stylizację językową, jednak skoro jest to pseudogwara, wymyślona, niepoprawna, udawana i improwizowana, to nie rozumiem, po co ją stosujesz. Utrudnia czytanie, czasem w niezamierzony sposób rozśmiesza.

Ja również zwróciłem uwagę na pewne terminy niepasujące do konwencji i zachodzę w głowę, po co bies nawija o Europie itp. w realiach historycznych sugerujących przynajmniej wieku średnie lub ciut późniejsze. Chyba tylko by dać upust poglądom i zacięciu publicystycznemu autora.

Sama historia lekko obrazoburcza, tradycyjnie u Ciebie pozbawiona puenty i mieszająca nieco chaotyczne kilka pomysłów i wątków.

Niektóre z opisanych wydarzeń wydają się nielogiczne. Rodzina znika, nie widzi nawet samej siebie, sugerujesz spory upływ czasu, a oni nie mogąc nic "nieswojego" znaleźć i zobaczyć, żyją, mając za prowiant tylko to, co było w chacie w chwili zawarcia umowy z biesem? A potem umierają z żalu, ale nadal jest to kilkuosobowa rodzina, o której szczęście na powrót modli się do Boga młynarz? To ilu ich tam było w tej chacie? Pewnie sporo w takim razie skoro umierają, a wciąż jest o kogo się modlić. A skoro umierają z żalu to pewnie długo to trwało. Więc znów pytam – co jedli pili itd. w tym niebycie?

Babolami innego typu zajęli się moi przedmówcy.

Zapomniałem dodać, że mimo wszystko to miły kawałek Twojej twórczości i gdyby go poprawić, opatrzyć puentą i nieco wygładzić językowo byłaby to prosta i sympatyczna opowiastka akurat do biblioteki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, i maras powiedział prawie wszystko to, co ja bym powiedziała, choć na szczegółowe przeczesywanie nie mam już dzisiaj siły. Poczułam się zbędna :(

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Droga Tarnino! Nie czuj się zupełnie niepotrzebnie zbędna (niezupełnie niepotrzebnie niezbędna?). Nie potrzeba nam tutaj tego wcale. :)

 

Drogi Mr.Marasie! Poprawiłem kulawą na obie nogi stylizację na kulawą stylizację z jedną nogą sprawną. I jedną ręką podpisałem się pod taką oto nową wersją – wersją mniej kulawą. Dzięki za pozytywne, mimo wszystko, spuentowanie wypowiedzi krytycznej. Mądrzy ludzie powiadają, że nauka nie idzie w las. I pomyśleć, że właśnie czytam BlackWooda. ;)

https://www.google.pl/search?q=black+woods&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwiN1Kq9rKfeAhWIPFAKHVeIBPcQ_AUIDigB&biw=1093&bih=501

maciekzolnowski

Cute :)

To make a difference in somebody's life you don't have to be brilliant, rich, beautiful or perfect. You just have to care.

Nie widzę tu zapowiedzianej bajki. Raczej opowieść/ legendę o znikającym i pojawiającym się młynie, i zamieszkującej go rodzinie młynarza. Czytało się nieźle, ale nie ukrywam, że wolałabym przeczytać tekst wolny od niektórych stylizowanych sformułowań.

 

a wkoło – nic, tylko głuch. –> Czy głuch jest celowy? Czy może miało być: …a wkoło – nic, tylko głusza

 

wten­czas, kiedy w całym po­wie­cie klę­ska uro­dza­ju była, dobry Bóg ani pal­cem nie kiw­nął dla rol­ni­ków i ich trzo­dy ra­to­wa­nia. –> Co takiego sprawiła klęska urodzaju, czyli bardzo dobre i obfite zbiory, że trzeba było ratować rolników i ich zwierzęta?

 

A jak jed­nej głu­chej i bez­zęb­nej ćwierć­nie­wia­ście… –> A jak jed­nej głu­chej i bez­zęb­nej ćwierć­nie­wieście

Na czym polega bycie niewiastą jeno w ćwierci? 

 

ni­czym kupka po­żół­kłych list­ków na po­lach be­skrze­wia. –> …ni­czym kupka po­żół­kłych list­ków na po­lach be­zkrze­wia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Reg. Poprawiłem babolki. “Głuch” mogłem pozostawić, ale uznałem, że lepiej będzie użyć wyrazu “głusza” (czyli tak jak proponowałaś).

maciekzolnowski

Jakże mi miło, Maćku, że uznajesz propozycje za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakże mi miło, że mogę się uczyć od mądrzejszych, bardziej doświadczonych od siebie, i że korzysta na tym tekst, który jest później bardziej dopracowany.

Czytam właśnie Blackwooda, który miał na swym koncie grubo ponad 150 opowiadań. A wszystkie są znakomite. I tak się zastanawiam, kto pomagał jemu, kto mu wytykał błędy. 

maciekzolnowski

Czytam właśnie Blackwooda, który miał na swym koncie grubo ponad 150 opowiadań. A wszystkie są znakomite. I tak się zastanawiam, kto pomagał jemu, kto mu wytykał błędy. 

Może nie było takiej potrzeby… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No właśnie, do tego zmierzam. Są osoby, które pisarstwo mają we krwi; ot, zwykli, pospolici geniusze. :)

maciekzolnowski

A gdyby tak istniał sposób, żeby, np. w czasie badania, można było wykrywać talenty, które ma się we krwi, a które jeszcze się nie ujawniły. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, niezły pomysł. To teraz weź i go opisz. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, niedawno miałam badaną krew – żadnych talentów nie wykryto. Ale jeśli uważasz, że pomysł można wykorzystać, zrób to. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja teraz dłubię coś w opku na konkurs o UFO. Twój pomysł nijak do niego nie pasuje. :-)

Maćku, przepraszamy za offtop.

Babska logika rządzi!

Podpisuję się obiema rękami pod wnioskami Mr.Marasa. Pomimo pewnych problematycznych terminów i elementów, tekst czytało mi się miło, choć nie bez problemów.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ty jeden[+,] Maciejka[+,] wraz z rodziną zostaniesz ocalony, musisz tylko oddać mi pokłon.

I w tajemnicy przed wszystkimi, w ciągu zaledwie dwóch dzionków, młynarzowe plamię się spakowało, zabrało najpotrzebniejszy dobytek, rozebrało do cna cały przysiółek, tak, że nic z niego nie pozostało, i powędrowało gdzieś hen wysoko w góry, kierując się ku Sudetom. A ludzie z czasem uznali domrzony młyn za miejsce nawiedzone i zaprzestali w ogóle tam przyłazić.

Plamię?

Domrzony?

Mnie się podobało :)

Dzięki, Anet, dzięki, NWM! :) Zaraz poprawię babolki. Doumrzony jest OK. Plamię – też literówka. 

 

Maćku, przepraszamy za offtop.

A offtopujcie ile wlezie, mnie to nie przeszkadza. :)

 

 

maciekzolnowski

Nie do końca przekonał mnie ten gawędziarski ton, miejscami nawet przeszkadzał. Z jakiegoś powodu podchodzę do tak stylizowanych tekstów nieufnie, traktując je nawet bardziej jako ironię, niż opowiadanie z określonym sensem. Choć nie cierpiałem, przeczytałem i w sumie tyle. Widać, że ciągnie Cię do bajania, bajdurzenia, snucia klimatycznych opowieści, ale przydałoby się coś bardziej… określonego? Nie do końca umiem ubrać to w słowa – puenta była słabowita, sam szkielet opowieści nieco zbyt rozmyty (albo przykryty tą specifyczną "nawijką"). Myślę, że mocno próbujesz, ale – jak dla mnie – to jeszcze nie ten złoty środek, którego poszukujesz.

Nowa Fantastyka