- Opowiadanie: Selmeric - Pierwszy śnieg

Pierwszy śnieg

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Pierwszy śnieg

 

Mężczyzna szedł niemal po kolana w śniegu. Wraz z każdym oddechem w powietrze unosiła się biała mgiełka, wypływając z otworów oddechowych hełmu. Metal zrobił się okropnie zimny, ale na szczęście rycerz miał pod spodem kaptur z przeszywanicy, który skutecznie go izolował od głowy. Podmuch mroźnego powietrza jednak dostał się pod ciepłe ubranie, sprawiając, że wojownik zadrżał. To przenikliwe zimno zdawało się poruszać nie tylko ciało, ale i samą duszę człowieka. Taki wiatr pojawiał się tylko w bezlitosnych i zapomnianych przez Boga krainach północy. Mroźne ziemie Samogitae należały do nich. Rycerz nie myślał, że śnieg spadnie tak szybko, ale tu nic nie działo się tak, jak powinno. To miejsce było przeklęte. Nie potrafił wytłumaczyć dlaczego, ale wiedział, że tak jest.

Buty, porządnie przemoczone, nie trzymały już ciepła i powoli tracił czucie w stopach. Zacisnął zęby i kontynuował marsz. Starał się nie myśleć o tym, że prawdopodobnie trzeba będzie odciąć kilka palców. Potem pozwoli sobie na zmartwienia, jeśli w ogóle dojdzie do celu. Potrząsnął głową, starając się odrzucić uporczywe i natrętne myśli, wątpliwości donikąd go nie zaprowadzą. Zaczął zmawiać różaniec, żeby zająć umysł czymś innym.

Nie pomogło na długo.

Czuł się jak zwierzyna łowna, która jest świadoma, że znajduje się na terenie łowieckim. Nie cierpiał lasów północy. Zresztą nawet tutejsi nie lubili po nich chodzić. Wierzyli, że każdy las jest domem bogów, a naruszając te tereny mogą się narazić na ich gniew. Pogańskie zabobony. W tej chwili zaczynał jednak coraz bardziej w to powątpiewać. Porządnie się zmęczył długim marszem, nogi były ciężkie jak ołów, ledwie mógł się zmusić do stawiania kolejnych kroków. Zimno doskwierało coraz bardziej, mimo grubego ubrania. Jego myśli powędrowały do ciepłego, bezpiecznego wnętrza klasztoru. Znajdywał się prawie na miejscu. Nie mógł się doczekać ciepłego napitku, który rozgrzeje jego wnętrze. Niemal czuł smak wybornej ecrenskiej nalewki, którą jego bracia umieli warzyć jak nikt inny. Kiedy tylko dostanie się z powrotem do fortu, będzie mógł się poczuć niemal jak w domu.

Nie. Nie jak w domu. To złe skojarzenie.

Usłyszał za sobą trzask gałęzi. Błyskawicznie wyszarpnął miecz z pochwy i rozejrzał się uważnie, wypatrując. Zmrużył oczy i czekał. Na zewnątrz, poza lasem, wciąż świeciło słońce, ale tutaj panował półmrok. Drzewa były wysokie i miały gęste korony, nie przepuszczając wiele blasku dnia, co znacznie utrudniało mu obserwację. Stał tak przez chwilę w bezruchu, nasłuchując, cały czas z orężem w dłoni. Wokół niego tylko rośliny i śnieg. Nic więcej.

Kiedy opuścił go chwilowy przypływ adrenaliny, znów poczuł zimno, schował ostrze i ruszył dalej, uważnie rozglądając się. Do osad pogan daleko, a zwierzyna nie pojawiała się tu często. Musiało mu się wydawać, mówił sobie, zapewne spadła jakaś gałąź, czy coś podobnego.

Mówili mu, że w Samogitae nie będzie łatwo. Misjonarze nie zdołali wykorzenić zabobonów z umysłów nowo nawróconych, a wyznawcy bogów lasu nie przestawali atakować zajętych osad. Potrzebny był tu każdy wojownik zakonny, gdyż tylko dzięki nim chrześcijaństwo mogło rozprzestrzeniać się na tych zamarzniętych ziemiach. Kapelani opowiadali o wielu zagrożeniach, które zakonnicy tutaj napotkają, a poganie byli tylko jednym z nich. Wyczerpanie, chłód, odosobnienie od reszty świata, uwięzienie w mroźnych lasach północy, a także mroczne istoty, skrywające się w cieniach. Bestie, które nie mają prawa bytu na chrześcijańskich ziemiach, tutaj miały swoje miejsce. Teraz, napotkały zacięty opór rycerzy, miast uległości miejscowych, do której byli przyzwyczajeni. To pewne, że będą szukały zemsty.

Przeleciał nad nim ptak. Wylądował na gałęzi parę metrów ponad głową i spoglądał na niego przekrzywiając łepek. Kruk. W mitologii tutejszych pogan odgrywają ważną rolę. W jakiś sposób pośredniczyły między ich bożkami a śmiertelnikami. Nie przypominał sobie, jaką rolę pełniły konkretnie. Chyba coś związanego ze śmiercią. Ale to tylko przesądy, a on jest człowiekiem wierzącym.

Za młodu nie był człowiekiem wierzącym. Tak już wychowali go rodzice i niewiele mógł na to poradzić. W kościele byli tylko po to, by pokazać się innym. Żeby nie gadali. Jego rodzice wszystko robili na pokaz. Tak też zachowywali się potem jego dwaj starsi bracia, siostra, no i on sam. Wtedy mu to nie przeszkadzało, a przynajmniej tak sobie wmawiał. W Ecren było wielu takich ludzi. Kapłani ostrzegali w płomiennych kazaniach, że Ecren prze na wschód, niby niosąc światło poganom, ale nie widzi we własnym sercu robaka, który pożera je od środka, skryty pod pozorami rozsądku. Przestrzegano ich przed grzechem, który czai się cały czas na krawędzi umysłu, a w czasach pokoju, atakuje nieostrożnych i słabych w wierze. Kiedy ludziom żyje się dobrze, zaczynają myśleć, że nie potrzeba im Boga, bo sami sobie dobrze radzą, bez jego pomocy. Tak też działo się w ecrenskich miastach, między innymi w jego domu.

Z zamyślenia wyrwał go ruch. Jakiś kształt przemknął szybko pomiędzy drzewami. To pewnie ten ptak, pomyślał, ale nie był całkiem pewien. Kształt był zbyt wielki. A co jeśli to wilk? Nie, nie widział nigdzie śladów. Ale mógł je przegapić. Albo bestie zaszły go z innej strony.

Próbował sobie wmówić, że to tylko zwierzę. W końcu wilk to tylko groźniejszy pies. A nawet jeśli jest ich więcej, miał na sobie pancerz, a u pasa broń. Z takim zagrożeniem mógł sobie jeszcze poradzić.

Nie był głupcem, dobrze zdawał sobie sprawę, że ludzie nie są sami na tym świecie. Najróżniejsze monstra chodziły po tej ziemi. A tutaj, tak daleko od cywilizacji i wiary imperium, pojawiały się one dużo częściej. Weterani ostrzegali go przed pradawnymi bestiami, które kryły się po lasach, grotach czy ruinach. Wiele zostało wytępionych, ale wciąż powracały, jak morze, które na pewien czas cofa się, by potem powrócić, przynosząc potężną falę przypływu. Najokropniejsze potwory kryły się z dala od kościołów, które były bastionami ludzi od samego początku. Obawiały się ich i dzięki temu spychano je coraz dalej. Ale na pogańskiej ziemi nic nie stało im na przeszkodzie.

Między drzewami coś się poruszyło. Zanim zdążył się lepiej przyjrzeć, zniknęło. Serce zabiło mu szybciej, a oddech przyspieszył.

A co jeśli to tylko zwidy? Jeżeli strach podsuwa mu te okropne obrazy? Albo zmęczenie? Słyszał przecież o takich przypadkach. Za długo już szedł. Nie przewidział, że śnieg spadnie tak wcześnie. Cała kampania zakonu się zatrzyma. W takich warunkach nie da się skutecznie prowadzić wojny. A to oznacza siedzenie w fortach przez co najmniej kilka miesięcy, by nie narazić się na ataki pogan. Aż śniegi stopnieją. Wtedy ziemia znów zadrży od stukotu żelaznych butów i podków ciężkiej konnicy, a wróg pochowa się w jaskiniach i odległych kryjówkach, próbując uniknąć gniewu bożych wojowników. Ale do tego czasu będą musieli przetrwać. A zimy w Samogitae są groźniejsze niż gdziekolwiek indziej.

Poprawił płaszcz, jakby to miało uchronić od zimna, które coraz bardziej mu dokuczało. Nie zauważył, jak dygoczą mu ręce. W ogóle coraz mniej zauważał. Świat zewnętrzny chował się pod zasłoną padającego śniegu, który zdawał się przesłaniać wszystko. Pod tym śniegiem przez ostatnie lata spoczęło już wielu wojów, zarówno pogańskich, jak i nieugiętych rycerzy imperium. Wojna toczyła się tu nie o ziemie, bo kto chciałby walczyć o te jałowe pola i groźne lasy? Nie, walki toczyły się tu o ludzkie dusze. Każdy człowiek wyrwany z łap demonów był zwycięstwem dla chrześcijan. Ludzi było jednak wielu, a dużo z nich nie chciało wychodzić spod opieki swoich leśnych bożków.

Potknął się o coś znajdującego się pod grubą warstwą śniegu i upadł. Cały trząsł się z zimna, zęby szczękały o siebie, już prawie nie miał sił, by się podnieść. Powstał, pomagając sobie mieczem. Otrzepał śnieg z ramion i kołnierza, po czym ruszył dalej. Krok za krokiem. Był rycerzem z Zakonu Ecrenskich Braci Miecza, którzy przyjęli go jak ojciec syna marnotrawnego. To oni dali mu nadzieję, nowe życie, cel. Pokochał swych nowych braci, z którymi stawał ramię w ramię przeciw ludziom i potworom. Braci, którzy byli dla niego dużo lepsi niż prawdziwa rodzina. Stali się jego nową rodziną, na której mógł polegać, która zapewniała mu wsparcie. Dla nich był gotów ruszyć, nawet jeśli oznaczało by to śmierć.

Stanął jak wryty, kiedy dostrzegł przed sobą ślad. Na śniegu widniały odciski wilczych łap. Była ogromna. Usłyszał za sobą skrzypienie czyichś kroków na śniegu. Z zapartym tchem obejrzał się za siebie, z wyciągniętym mieczem.

Pustka. Tylko drzewa i śnieg.

Rycerz ciężko dyszał. W powietrzu wirowały białe płatki, powoli opadając na ziemię, dołączając do innych. Najpierw śnieg padał rzadko, ale z każdą chwilą było go coraz więcej.

Odetchnął głęboko, by uspokoić rozszalałe serce i natychmiast tego pożałował. Kiedy zimne powietrze dostało się do płuc zakaszlał, zginając się w pół. Powoli się wyprostował. Chciał iść dalej. Fort nie mógł być daleko. Niezgrabnie kontynuował wędrówkę w śniegu. Z trudem schował miecz. Już nawet na to nie miał siły.

Na pewno był blisko. Jeszcze trochę. Już prawie czuł ciepło ogniska we wspólnej sali. Ogień tańczył w palenisku, rzucając świetlne refleksy na kamienne ściany, obwieszone trofeami, sztandarami i symbolami wiary. Wyciągnął ręce do płomieni by poczuć przyjemny żar. Ale nie mógł. Już w ogóle nie czuł dłoni.

Wtedy rozległo się wycie, tak paskudne i wynaturzone, że rycerz zamarł z przerażenia. Patrzył na wszystkie strony, nie mogąc określić skąd dochodzi ten okropny dźwięk. Znowu sięgnął po ostrze, usiłując je wyciągnąć, ale jego palce nie były w stanie zacisnąć się na rękojeści. Pomógł sobie drugą ręką, ale albo miecz przymarzł mu do pochwy, albo nie starczyło mu już sił nawet na tak prostą czynność.

To coś musiało być blisko, zapewne podążało za nim od dłuższego czasu. Już sam nie wiedział jak długo idzie, zapomniał nawet, po co idzie, ale to nie miało teraz znaczenia. Wciąż nie chciał uwierzyć w pogańskie legendy, o wilkołakach, które będą bronić tych ziem. Może to zwykły wilk? Może tylko jego zmęczony umysł podpowiada te niedorzeczne myśli? Może…

A może poganie mieli rację…?

Ruszył dalej, ze wszystkich sił prąc naprzód, zapomniał o chłodzie i zmęczeniu. Wycie powtórzyło się. Podążało za nim. Niemal czuł cuchnący oddech bestii na swoich plecach. Jakieś cienie przemykały pomiędzy drzewami. Dużo szybsze od niego.

Gdzie zostawił swojego konia? Dlaczego go tu nie było? Dlaczego wyruszył sam? A może nie? Może inni… no właśnie, co z nimi? Gdzie oni są?

Rzęził ze zmęczenia, ale nie zatrzymywał się. Z gardła wydarł mu się gwałtowny kaszel. Potknął się i znów upadł.

Wycie wciąż się zbliżało. Powstał po czym ostatkiem sił wyszarpnął ostrze. Nie czuł na sobie ciężaru tarczy. Zgubił ją? W ogóle ze sobą nie wziął? Nieistotne.

Podniósł gardę, trzymając oburącz miecz. Wróg się zbliżał. Bestie, demony, cokolwiek. Będzie walczyć, nie podda się. Jeśli tu są, to stawi im czoła, dzielnie i mężnie, jak ci rycerze z legend i ballad, obrońcy ludzkości i bohaterowie.

Uważnie patrzył przez szczelinę wizjera hełmu. Czekał na nadciągającego wroga. Był gotów.

Stał sam. Pośrodku lasu. W niczym nie zmąconej ciszy.

Ta cisza wibrowała mu w uszach. Nie dawała spokoju, nie pozwalała się skupić. Nie potrafił uporządkować myśli, które miotały się jak ranione zwierzę. Ból we wnętrzu narastał, stając się nie do wytrzymania. W jego głowie pojawił się chaos, wirujący niczym śnieżna burza, raniąc go ostrymi odłamkami lodu. Wir powiększał się z każdą chwilą, pochłaniając kolejne obszary jego myśli, pamięci. Zniknął znienawidzony ojciec, zniknęła jego nauka w klasztorze, zniknął cel jak i sens całej tej wyprawy. Wszystko skryło się za zasłoną stworzoną z wirującego lodu, zza którego już nic nie wracało.

Zrozumiał, że nadszedł jego czas. Czy się z tym pogodził? Nie, w żadnym wypadku. Ale cóż było począć? Cienie skakały wewnątrz jego głowy, warcząc i wyjąc, ciesząc się ze słabości ofiary. Wszystko zaczęło się kruszyć, runęły mury jego woli, upadł bastion świadomości, cały świat pogrążył się w nieprzeniknionej bieli. Ostatnie co do niego dotarło, to odległa pieśń, spokojna i kojąca.

Wkrótce biały puch przykrył jego zimne ciało.

 

Koniec

Komentarze

Cóż, nie nazwałabym tego opowiadaniem. Facet brnie przez śnieg, przy okazji dostajemy trochę infodumpu o świecie, który bardzo mocno przypomina średniowieczną Europę i nasuwa skojarzenia z krzyżakami w jakimś plus minus XIII wieku (o tym za chwilę). Facet ginie, bo miejscowe legendy okazują się mieć w sobie ziarno prawdy. Koniec. Nie wiemy, dlaczego i po co bohater idzie, dlaczego w dodatku przez las, o którym wszyscy zgodnie twierdzą, że jest nawiedzony. Odpowiedź jest jedna: bo autor chciał opisać ten las. Ale to trochę mało.

Nieszczególnie to wszystko na dodatek oryginalne; ba, stosunkowo niedawno na tym forum w konkursie “Mechy na strzechy” było opowiadanie o krzyżaku brnącym przez litewski las, w którym coś straszy (mógł to nawet być wielki wilk, nie pamiętam, ale zważywszy, że konkurs był inspirowany Różalskim, prawdopodobieństwo jest spore).

Określenie ”własny świat fantasy” jest zdecydowanie na wyrost, niewiele o tym świadczy – w zasadzie wyłącznie nazwy będące ozdobnikami – za to jest chrześcijaństwo z wszystkimi jego parafernaliami… Wszystko tu krzyczy, że oparłeś się na ekspansji krzyżackiej na tereny pruskie czy litewskie, dodając do tego anachroniczny sposób myślenia o ateizmie, mitologii itd., który rozpaczliwie zgrzyta w tym świecie.

Plusem jest pomysł na to coś bezkształtnego, bezcielesnego, co zabija rycerza, ale nawet tę specyficzną “konfrontację” napisałeś takim samym reporterskim stylem jak całą resztę, gdzie istotnie zdajesz sprawę z tego, co bohater wie o świecie. Brak tu dynamizmu, a przede wszystkim brak bohatera. Niby dowiadujemy się jakichś szczegółów z jego życia, ale znów – jest to sucha relacja, która nie pozwala ani polubić, ani znielubić postaci, w związku z czym jest ona wyłącznie nośnikiem informacji, a nie pełnokrwistym bohaterem.

Dobrze, że się nie poddajesz, ale musisz nauczyć się konstruować fabuły i bohaterów, ewentualnie pisać scenki, w których nic się nie dzieje, ale za to świat i nastrój są takie, że czytelnika ściska w trzewiach ;) Na razie jesteśmy gdzieś w pół drogi – są tu fragmenty lepsze i gorsze, ale całość nie jest ani porządnym opowiadaniem, ani nastrojową scenką (za długa). Świat możesz próbować rozwinąć, ma szanse coś z niego być, ale na to, żeby to był własny świat fantasy nie wystarczy kilka dziwnie brzmiących nazw.

 

Nad stroną techniczną też musisz popracować. Plączą ci się często podmioty, stylistycznie nie ma szału, momentami jest wręcz dość naiwnie.

 

“Jego myśli powędrowały do ciepłego, bezpiecznego wnętrza klasztoru. Był już tak blisko. Nie mógł się doczekać ciepłego napitku, który rozgrzeje jego wnętrze.“ – wnętrze klasztoru?

 

“Metal zrobił się okropnie zimny, ale na szczęście miał pod spodem kaptur z przeszywanicy, który skutecznie go izolował od głowy.“ – robienie podmiotu i niemalże działającego bohatera z metalu nie jest dobrym pomysłem

 

PS. Dlaczego śnieg w tytule wielką literą??

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

zniknął cel jak i sens całej tej wyprawy

Celu i sensu nie znamy od początku.

 

W pełni zgadzam się z Drakainą. Duże zmieszanie spowodowała u mnie obecność chrześcijaństwa w Twoim własnym świecie fantasy. To było konieczne? Czy może droga na skróty? Lepiej by było gdybyś przy okazji stworzył swoją własną religię i nie miałabym pretensji, że piszesz inspirowany historią zakonu krzyżackiego. Przez odniesienia do ziem północnych myślałam, że rycerz trafił gdzieś w bardziej fińskie tereny. Wiadomo, Finowie to byli w niektórych okresach postrzegani za najbardziej “czarodziejski” naród. Ale bez bicia przyznam, że nie badałam tej kwestii jeśli chodzi o tereny współczesnej Litwy, Łotwy oraz Estonii.

Scena, którą opisałeś jest bez celu. Czemu ten rycerz idzie przez straszny las? Na koniec wspominasz o misji, ale jaka ona była? I dlaczego sam? A jak piszesz o zakonach, wydaje mi się, że Twój bohater nie był jakoś specjalnie ważny. A może był? Jako czytelnik naprawdę nie wiem kim był Twój główny bohater. Za dużo pytań i trochę więcej światotwórstwa przed Tobą. A tragedii nie ma, bo jakiś pomysł jest.

 

Edytka:

Właśnie zobaczyłam Twój wiek, Autorze. Mam nadzieję, że komentarze potraktujesz jako kamyczki do dalszej pracy. Jak pisałam wcześniej – masz jakiś pomysł, ale może jeszcze doczytaj trochę lektur z interesującej Cię tematyki. I też zobacz jak w fantasy autorzy pracują z materiałem inspirowanym historią.

Drakaina, podejrzewam, że ja i ten autor z konkursu inspirowaliśmy się tym samym obrazem, stąd może się brać podobieństwo o którym mówisz. Jeśli chodzi o chrześcijaństwo i światopogląd rycerza, co masz na myśli, że to wszystko ,,rozpaczliwie zgrzyta w tym świecie”? Co do własnego świata fantasy, to raczej miałem na myśli, że nie biorę z czyjegoś, ale teraz dochodzę do wniosku, że wcale nie trzeba tego pisać. Dziękuję za obszerną wypowiedź, staram się słuchać każdej krytyki i wyciągać wnioski, więc może z kolejnymi próbami będzie coraz lepiej.

Deirdriu, czy ta obecność chrześcijaństwa aż tak przeszkadza? Bo ciągle się spotykam ze stwierdzeniami, że coś jest z tym nie tak, kiedy mi bardzo się podobają motywy jak i klimat chrześcijaństwa, zwłaszcza w świecie z potworami, magią itp. Jeśli chodzi o fragment, to ktoś wskazał mi abym nie zagłębiał się za bardzo w tego bohatera, być może źle zrozumiałem, przez co jest on taki pusty.

Zgadzam się z przedpiśczyniami. Mnie też kojarzyło się z Krzyżakiem i obrazem Różalskiego.

Dobrze jest od razu na początku jakoś zahaczyć czytelnika, zainteresować go tekstem. Facet, który idzie, marznie i rozmyśla, słabo się sprawdza w tej roli. Wydaje mi się, że gdyby misja rycerza była ważna, to dobrze powiedzieć czytelnikowi, co to za misja. I co grozi światu, jeśli się nie powiedzie. Być może wtedy by się przejął. A póki nic nie wiadomo, trudno komukolwiek kibicować. W końcu wilki też muszą jeść.

Trochę dziwny ten zakon, że wysłał swojego samotnie, bez przygotowania, bez odpowiednich ubrań. Może to przodkowie dzisiejszych drogowców go zakładali. ;-)

Czasami podmiot Ci gdzieś ucieka.

ale na szczęście rycerz miał pod spodem kaptur z przeszywanicy, który skutecznie go izolował od głowy.

Tak to brzmi, jakby rycerz był izolowany od własnej głowy. Kto wie…

Biały puch dostał się pod jego ubranie, natychmiast topniejąc w kontakcie z wciąż ciepłą skórą. Cały trząsł się z zimna,

Co jest podmiotem w drugim zdaniu i dlaczego puch?

Babska logika rządzi!

Jeśli chodzi o chrześcijaństwo i światopogląd rycerza, co masz na myśli, że to wszystko ,,rozpaczliwie zgrzyta w tym świecie”?

To, że jeśli tworzymy “własny świat fantasy”, to właśnie po to, żeby było w nim coś innego niż w świecie realnym. Jeśli chcesz mieć nasz świat z elementami fantastyki i/lub alternatywną historią, i/lub alternatywną rzeczywistością, to oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, ale to jest świat lub historia alternatywna, a nie świat fantasy. Bardzo charakterystyczne elementy świata realnego zgrzytają w fantasylandzie, a jeśli chodzi o “światopogląd”, to mnie chodziło o używanie terminologii, która do powszechnego dyskursu weszła znacznie później, jak ateizm. Termin był znany, ale w filozofii greckiej znaczył trochę co innego niż dziś, a co ukształtowało się na dobre dopiero w XVIII w.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jeśli chodzi o chrześcijaństwo i światopogląd rycerza, co masz na myśli, że to wszystko ,,rozpaczliwie zgrzyta w tym świecie”? Co do własnego świata fantasy, to raczej miałem na myśli, że nie biorę z czyjegoś, ale teraz dochodzę do wniosku, że wcale nie trzeba tego pisać.

 

Ale zgrzyt by pozostał. Bo umieszczasz chrześcijaństwo w świecie fantasy i nie ma na to wytłumaczenia. Albo od początku do końca tworzysz “nowe”, albo wchodzisz w alternatywną historię (wszystkie przykłady podała Drakaina). Nie ma tu za bardzo jak kombinować chyba że masz na to pomysł. Ale w tym opowiadaniu tego nie widać, więc nie dziw się, że więcej czytelników Ci to sygnalizuje.

Nie rozumiem o co chodzi w niewgłębianie się w bohatera. Bohatera trzeba przedstawić tak, aby czytelnik chciał o nim czytać. Nie musi być jak dobry czy pozytywny, może być kawałem skurczybyka, ale powinieneś wzbudzić chęć do czytania o nim. A żeby to osiągnąć, warto go opisać. 

Jak tak ochrzaniamy chłopaka, to przypomina mi się jedna książka Tada Williamsa. Świat tak podobny do naszego, że to aż nieprzyjemne. Tylko są magiczne rasy i Jezus nie został ukrzyżowany, lecz powieszony do góry nogami na drzewie, więc głównym religijnym symbolem jest Drzewo. Bardzo mnie dziwiło, że ktokolwiek mógł to uniwersum uznać za oryginalne czy w ogóle godne wydrukowania.

Babska logika rządzi!

I ja nie dostrzegłam tu opowiadania, a raczej opis wędrówki rycerza, który zdąża nie wiadomo dokąd i dlaczego. Więcej tu wspomnień wędrowca i jego przemyśleń na temat religii, świata, przeszłości i teraźniejszości niż jakiejkolwiek akcji. No i na koniec nie wiem, czy owo tajemnicze coś zabiło rycerza, czy też umarł on z wycieńczenia i wychłodzenia.

Wykonanie, o czym już wspomniały wcześniej komentujące, pozostawia wiele do życzenia – najbardziej przeszkadzały mi nie zawsze poprawnie złożone zdania, nadmiar zaimków, powtórzenia i niektóre słowa, które nie powinny znaleźć się w tym tekście.

 

Taki wiatr po­ja­wiał się tylko na bez­li­to­snych i za­po­mnia­nych przez Boga kra­inach pół­no­cy. –> Taki wiatr po­ja­wiał się tylko w bez­li­to­snych i za­po­mnia­nych przez Boga kra­inach pół­no­cy.

 

Buty zro­bi­ły się wil­got­ne i po­czuł, że mar­z­ną mu stopy. Za­ci­snął zęby i zmu­sił się do dal­sze­go mar­szu. Sta­rał się nie my­śleć o tym, że praw­do­po­dob­nie trze­ba bę­dzie od­ciąć kilka pal­ców. Potem bę­dzie się mar­twił, jeśli w ogóle doj­dzie do celu. Po­trzą­snął głową, sta­ra­jąc się od­rzu­cić jakże upo­rczy­we i na­tręt­ne myśli… – Siękoza. Powtórzenia.

 

Był już po­rząd­nie zmę­czo­ny dłu­gim mar­szem i z każdą chwi­lą było mu coraz zim­niej. Jego myśli po­wę­dro­wa­ły do cie­płe­go, bez­piecz­ne­go wnę­trza klasz­to­ru. Ry­cerz był już… –> Lekka byłoza.

 

Tak już wy­cho­wa­li go ro­dzi­ce i nie wiele mógł na to po­ra­dzić. –> Tak już wy­cho­wa­li go ro­dzi­ce i niewiele mógł na to po­ra­dzić.

 

Tak też funk­cjo­no­wa­li potem jego dwaj star­si bra­cia… –> To słowo źle tu wygląda, nie pasuje do czasów, w których dzieje się ta historia.

Proponuję: Tak też zachowywali się potem jego dwaj star­si bra­cia

 

Ka­pła­ni ostrze­ga­li, gło­sząc pło­mien­ne ka­za­nia, o tym, że zbyt­nio sku­pia­ją się eks­pan­sji na wschód… –> Trochę koślawe zdanie, a i ekspansja nieszczególnie pasuje.

Proponuję: Ka­pła­ni gło­sili pło­mien­ne ka­za­nia i ostrzegali przed tym, że zbyt­nio są skupieni na chęci rozprzestrzeniania się na wschód

 

Na szko­le­niach ostrze­ga­no go przed pra­daw­ny­mi be­stia­mi… –> Obawiam się, że w czasach, o których piszesz, nie było szkoleń.

 

To nio­sło różne kon­se­kwen­cje. –> Raczej: To nio­sło różne następstwa.

 

by nie na­ra­zić się na par­ty­zanc­kie ataki pogan. –> Choć w czasach opowiadania prowadzono walki podjazdowe, to jeszcze nie można mówić o partyzantce.

 

jakby to miało go uchro­nić od zimna, które coraz bar­dziej mu do­ku­cza­ło. Nie za­uwa­żył, jak dy­go­ta­ły mu ręce. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Pod tym śnie­giem przez ostat­nie lata spo­czę­ło już wielu wojów, za­rów­no po­gań­skich par­ty­zan­tów… –> Pojęcie partyzantów jeszcze nie było znane.

 

Leżał by wtedy w śnie­gu… –> Leżałby wtedy w śnie­gu

 

Po­wstał, pod­pie­ra­jąc się na mie­czu. –> Po­wstał, pod­pie­ra­jąc się mieczem. Lub: Po­wstał, opie­ra­jąc się na mie­czu.

 

Na śnie­gu wid­niał od­cisk wil­czej łapy. –> Jednej?

 

Brzmia­ło jak wil­cze, ale coś było w nim coś in­ne­go. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Może tylko jego zmę­czo­ny umysł pod­po­wia­da te ab­sur­dal­ne myśli? –> Raczej: …te niedorzeczne/ głupie/ szalone/ durne myśli?

 

Ostat­kiem sił wy­szarp­nął ostrze i, pod­pie­ra­jąc się na nim, po­wstał. –> …i, pod­pie­ra­jąc się nim, po­wstał. Lub: …i, opie­ra­jąc się na nim, po­wstał.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wraz z każdym oddechem w powietrze unosiła się biała mgiełka, wypływając z otworów oddechowych hełmu. Metal zrobił się okropnie zimny, ale na szczęście rycerz miał pod spodem kaptur z przeszywanicy, który skutecznie go izolował od głowy

Cytuję tylko po to, żeby pokazać natłok szczegółów. Skoro rycerz nie czuje zimna hełmu, jaki jest sens o nim wspominać? Chyba, że to opowiadanie z gatunku edukacyjnych, czyli zakamuflowany wykład. Swoją drogą – rycerz, a piechotą brnie przez śniegi? Co się stało z jego wierzchowcem?

 mimowolnie zadrżał

Bo normalnie drży się po namyśle?

 Nie myślał, że

Kto? Wiatr? Rozważania o zimnu mało oryginalne.

 poczuł, że marzną mu stopy. (…) prawdopodobnie trzeba będzie odciąć kilka palców.

Bez przesady, jeszcze nie są odmrożone (choć mogą być niedługo, ale jeszcze nie są). Jak przestanie mu być zimno, to będą.

 odrzucić jakże uporczywe i natrętne myśli

Dlaczego "jakże"? Niechlujne jakieś to zdanie.

 by odegnać złe emocje.

To brzmi jak z jakiegoś bloga. Nie pasuje do tonu.

 Szedł zaniepokojony

Tłumaczyłeś mi to przez dwa akapity. Naprawdę Ci wierzę.

 czując się jak zwierzyna łowna, która nie jest świadoma, że znajduje się na terenie łowieckim

Czyli jak? Jeśli ta zwierzyna nie wie, że coś jej zagraża, to zaniepokojona nie jest. Nie?

 Zresztą nawet tutejsi nie lubili po nich chodzić.

Nie mieli takiego obowiązku. Do XIX wieku (romantyzm) las i w ogóle natura uchodziły za jednoznacznie groźne.

 Ale czy na pewno?

Takie zdania są okropnie pretensjonalne i nic nie wnoszą – wywal.

 Był już porządnie zmęczony długim marszem i z każdą chwilą było mu coraz zimniej.

Doprawdy. Pokaż to.

 Nie mógł się doczekać ciepłego napitku, który rozgrzeje jego wnętrze.

Pretensjonalne. A o grzanym piwie gdzieś coś słyszałam, ale może mi się przyśniło. Mogłaby być polewka piwna, albo grzane wino.

 wybornego, ecrenskiego piwa

Bez przecinka – to dookreślenie, nie osobna cecha.

 dostanie się z powrotem

Musi się dostać dokądś, ten czasownik nie może być goły.

 Ktoś musiał go podejść.

Nie mów. Jeśli coś jest jasne z kontekstu, nie mów tego wprost, bo czytelnik zareaguje – no, właśnie tak, jak ja przed chwilą.

 wypatrując jakichś postaci

Wypatrując. Kropka. Unikaj "postaci", są pójściem po linii najmniejszego oporu.

 niemal nie przepuszczające blasku dnia, co znacznie utrudniało mu obserwację

Naprawdę. Nieprzepuszczające. Zimą w lesie jest widno, bo nie ma liści, które w lecie zasłaniają światło.

 ciało, przed chwilą zgrzane od wysiłku, teraz zaczęło stygnąć

Co, umarł? I przed chwilą było mu zimno. Teraz właśnie powinien zacząć marznąć.

 poczuł na sobie lodowaty uścisk mrozu

To jest kicz.

 pozostając czujnym

W jakim celu mnie o tym zapewniasz? I czy nie możesz tego zrobić subtelniej? Np. powiedzieć, że rozglądał się podejrzliwie?

 gdyż to tylko

"To" jest zbędne. Co do nawracania mieczem – polemizowałabym, ale to poglądy Twojego rycerza, więc mogą być właśnie takie. To realistyczne.

 Kapelani opowiadali

Kapelan to kapłan opiekujący się konkretną osobą albo grupą (np. oddziałem wojska). Nie misjonarz.

 odosobnienie

Odosobnienie pustelnika? Ale zakony rycerskie są z definicji kolektywne. Czy chodzi o samotność misjonarzy w odległych wioskach, która rodzi dziwne myśli? Może jakoś to rozwiń.

 Bestie, które nie mają prawa bytu na chrześcijańskich ziemiach, tutaj miały swoje miejsce, teraz wypierane przez rycerzy imperium.

Coś to mętne.

 To pewne, że będą szukały zemsty.

A może po prostu będą się bronić?

a i nie tylko

Czyli gdzie jeszcze?

 Za młodu wiary nie było w nim wiele.

Bardzo nienaturalne zdanie.

 Tak też funkcjonowali

Zbyt współczesne i niezręczne. Przeformułowałabym.

 ostrzegali, głosząc płomienne kazania, o tym, że

To przed czym ostrzegali?

skupiają się ekspansji

Hę? Przeformułowałabym całe zdanie: Kapłani ostrzegali w płomiennych kazaniach, że Ecren prze na wschód, niby niosąc światło poganom, ale nie widzi we własnym sercu robaka, który pożera je od środka, skryty pod pozorami rozsądku.

czai się cały czas na krawędzi umysłu, (…) wypływa na wierzch, niczym potwór morski

Niespójna metafora. To, co się czai na krawędzi, nie wypływa, bo i dokąd? Gdyby się czaiło na dnie, to tak.

 To nie były przyjemne myśli. Ale tam przynajmniej było ciepło.

Cute. Skasowałabym.

 To było zbyt duże.

Może lepiej: kształt był za duży (albo za wielki, jeśli chcesz stylizować).

 Albo zaszły go z innej strony.

Ślady nie chodzą.

 Próbował wmówić sobie

Składnia: próbował sobie wmówić.

 Choć coś mu podpowiadało, że nie taka była prawda, on wolał taką wersję.

Zbędne. To jasne z kontekstu.

 Z takim zagrożeniem sobie poradzi.

Nec Herkules contra plures.

 Na szkoleniach ostrzegano

Anachronizm. Preceptorowie go ostrzegali, tak. Ale nie chcesz mi chyba wmówić, że rycerze siedzą z kajecikami i oglądają slajdy?

 Ale na pogańskiej ziemi, nic nie stało im na przeszkodzie.

Przecinek nie powinien dzielić zdania na części, które w oderwaniu od reszty nie mają sensu.

 spoglądały na niego spod krzaczastych brwi

Ale krzaczastość zauważył?

 pozostawiły ślad w jego umyśle

Pretensjonalne.

 Jego umysł mógł mu podpowiadać rzeczy

Do cudzych umysłów nie ma dostępu. I "podpowiadać rzeczy" – to kolokwialne.

To niosło różne konsekwencje.

Kolejny cios łopatą.

 Cała kampania zakonu się zatrzyma. W takich warunkach nie da się skutecznie prowadzić wojny.

Zima zaskoczyła krzyżowców :D

 Ale do tego czasu, będą musieli przetrwać

Błędny przecinek.

 Wrócił do mozolnej wędrówki

… czyli on tak stał i filozofował? Ile? Piętnaście minut? Brr.

 poprawiając co chwila płaszcz

Czyli?

 Nie zauważył, jak dygotały

Dygoczą – w polszczyźnie nie ma następstwa czasów.

 Świat zewnętrzny chował się pod warstwą padającego śniegu

Warstwa leży – może lepiej za zasłoną?

 Nie wiedzieć czemu, czuł ból za każdym razem, gdy padał na niego.

Że co? To on się wywraca w śnieg? Dlaczego? I nic dziwnego, że boli – spróbuj tego zimą.

 wielu, a wielu

Powtórzenie.

 Biały puch dostał się pod jego ubranie

Jak? Nie przeszorował po nim na brzuchu.

 Dawniej by sobie odpuścił.

Kolokwialne – to rycerz, czy gimnazjalista?

Leżał by wtedy w śniegu, pozwalając by czucie, jak i świadomość, opuszczały powoli jego ciało

 Leżałby wtedy w śniegu, pozwalając, by czucie i świadomość powoli opuszczały jego ciało.

 Teraz był wojownikiem.

Dobrze, już mi to wytłumaczyłeś.

 Powstał, podpierając się na mieczu.

Nawet w stylizacji wystarczy "wstał". I nie wiem, czy można się oprzeć na mieczu całym ciężarem rycerza w płytówce. Stal pęka.

 którzy to przyjęli go

"To" zbędne.

 stawał ramię w ramię, przeciw ludziom i potworom

Przecinek zbędny (może zostać, ale nie musi).

 Dali mu nowy dom, taki prawdziwy, w którym mógł czuć się dobrze. To dlatego wyruszył na tę misję. Miał świadomość, że może już nie wrócić.

To nabiera sensu po drugim uważnym przeczytaniu. Wyklaruj. Ponadto – byle chmyz sierota nie zostałby rycerzem, najwyżej serwiensem. Musiał sobie w końcu kupić zbroję i całą resztę.

 Zanim zdążył się nad tym głębiej zastanowić

I tak sobie znowu stanął, żeby pomyśleć w śniegu.

 usłyszał za sobą kroki.

Na śniegu? Skrzypienie, tak. Ale kroki?

 Po całym ciele przebiegł mu dreszcz a w piersi zabrakło tchu.

Ojej.

 Obejrzał się wstecz

Nie można się obejrzeć wstecz. Najwyżej za siebie.

 z wyciągniętym mieczem, nic jednak nie spostrzegł.

Nie bardzo widzę ten ruch. Nic nie zauważył (spostrzegł zaśnieżony las).

 Ciężko dyszał.

Śnieg?

 Odetchnął głęboko by

Odetchnął głęboko, by.

 Niezgrabnie człapał w śniegu.

Po kolana? To wysoko podnosił nogi.

 schował miecz, by przypadkiem nie nadziać się na ostrze

Raczej by na nie upadł, jak Elendil.

 Wyciągnął ręce do płomieni by poczuć

Wyciągnął ręce do płomieni, by poczuć. Czucie się powtarza.

 Brzmiało jak wilcze, ale coś było w nim coś innego.

Komiczne. Wyrzuciłabym.

 Wydawało je coś co było kiedyś człowiekiem.

Wydawało je coś, co było kiedyś człowiekiem. Skąd on to wie?

 nie starczyło mu już sił nawet na tak prostą czynność

Telewizyjne.

 Miał nadzieję, że wydarzyło się to pierwsze.

A to rozwala nastrój. Wyrzuć.

 musiało być blisko niego

Wyrzuć "niego" – to jasne z kontekstu.

nie wiedział jak długo idzie, zapomniał nawet po co idzie

Nie wiedział, jak długo idzie, zapomniał nawet, po co idzie.

 wkrótce uderzy na bezbronną zwierzynę, którą okazał się być on.

Strasznie przedłużasz.

 o bandach wilkołaków, polujących na chrześcijan opuszczających swoje kryjówki

To jak niebezpiecznie jest być chrześcijaninem w tej okolicy? Mają forty – czy kryją się w katakumbach?

 ,,najeźdźców", jak mówili na chrześcijańskich żołnierzy na swych ziemiach.

Paweł Włodkowic. All I'm saying.

 Teraz wyglądało na to, że opowieści są jak najbardziej prawdziwe.

Nie zapewniaj mnie o tym. Pokaż to.

 Ruszył biegiem.

W śniegu po kolana? To teraz się wywróci.

 Przyjął postawę, której wyuczył się

Bardzo źle to brzmi.

 oczy zwęziły się w szparki, spozierając przez szczelinę wizjera hełmu

Jak wyżej.

 Wszystko zaczęło się kruszyć, runęły mury jego woli, upadł bastion świadomości, cały świat pogrążył się w nieprzeniknionej bieli.

Chciałabym zrugać jako kicz, ale to jest zasadne w tym miejscu.

 

Czyli tak – rycerz idzie przez las i zamarza. To cała treść tego kawałka. Fantastyczność można spokojnie podciągnąć pod halucynacje, a przemyślenia nie są świeże. Konflikt – ledwo zarysowany.

 Deirdriu, czy ta obecność chrześcijaństwa aż tak przeszkadza? Bo ciągle się spotykam ze stwierdzeniami, że coś jest z tym nie tak, kiedy mi bardzo się podobają motywy jak i klimat chrześcijaństwa, zwłaszcza w świecie z potworami, magią itp.

Tu odpowiedziała już drakaina, ale i ja się dorzucę. Chrześcijaństwo nie polega na "motywach i klimatach", ale na pewnych prawdach wiary, z których to i owo wynika. Możesz pisać bardzo chrześcijańską fantastykę bez jednego krzyża (Tolkien). To raz. Dwa – jeśli masz chrześcijaństwo, to musiało nastąpić Ukrzyżowanie. Inaczej nie da rady. Zatem – piszesz historię alternatywną (ew. urban fantasy) i musisz sobie pogodzić to, co zmieniasz, z tym, co było.

 

Dobra, zjechałam Cię, a teraz z innej beczki. Jak na szesnastolatka, chłopie, to jesteś geniuszem. Ja w Twoim wieku pisałam gorzej. Teraz musisz tylko podszlifować styl, pożyć, pomyśleć i wykombinować, o czym chcesz pisać – a będzie dobrze. Za jakieś trzy-cztery lata, minimum ;) Powodzenia.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Dziękuję za pomoc, poprawiłem chyba wszystko, mam nadzieję, że będę robił takich błędów coraz mniej. Zastanowię się jeszcze nad światem, bo przyznam, że wcześniej nie potrafiłem tego odpowiednio sklasyfikować.

Poprzednicy napisali chyba wszystko, co i ja bym napisał. To raczej tekst-prezentacja, taka fabularyzowana opowiastka o świecie. Coś takiego jest mało pociągające. Ale gdyby onych wydarzeń być świadkiem, poczuć napięcie i emocje, to wtedy kto wie…

Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Takie są minusy czytania tekstów jakiś czas po dodaniu – mądrzejsi ode mnie wyzerowali kufelek merytorycznych komentarzy i nic do siorbnięcia mi już nie zostało. Pozostaje więc napisać – zgadzam się z przedpiścami. Facet brnący i rozmyślający nie jest czymś, co może czytelnika chwycić i zaciekawić, chyba, że jesteś pisarskim orłem, a to jednak nie ten etap :-) Na razie. Bo mimo błędów, ładnie już wychwyconych przez innych, wcale nie jest źle. Zdecydowanie na plus dwie rzeczy:

Gdzie zostawił swojego konia? Dlaczego go tu nie było? Dlaczego wyruszył sam? A może nie? Może inni… no właśnie, co z nimi? Gdzie oni są?

Sam zwracasz uwagę na to, że sytuacja bohatera jest, delikatnie mówiąc, nietypowa, nie zostawiasz czytelnika samego z poczuciem bezsensowności scenki. 

Oraz zakończenie,a właściwie ostateczna konfrontacja, która była, ale jej nie było. Fajny zabieg, dowodzący, że gdy zyskasz trochę wprawy i "opisania", będziesz tworzył całkiem interesujące rzeczy. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nowa Fantastyka