- Opowiadanie: Łosiot - Cyfrowa demencja

Cyfrowa demencja

Cześć, blokersko-prepperska historyjka o tym, czy da się wyłączyć internet. I o tym, po co ktoś miałby to robić? Zapewne nieco dziwaczna. Na pewno na pograniczu SF. 


UWAGA: zawiera wulgaryzmy.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Cyfrowa demencja

Królik był jednym z tych kolesi z bloku, do których wpadało się na chwilę pogadać, a wychodziło po paru godzinach. I kilku piwkach, obejrzanych filmach oraz, przeprowadzonych w chmurach nielegalnego dymu, dyskusjach na bardzo wykręcone tematy. Wszyscy go lubili, bo miał własne mieszkanie po zmarłych dawno rodzicach.

W nim duży telewizor, konsolę i wygodną kanapę ustawioną w centrum pokoju obwieszonego plakatami punkowych i metalowych kapel. Idealne lokum na spędzenie piątkowego wieczoru w dobrym towarzystwie najlepszych ziomków.

Na największej ścianie pokoju, na hakach, Królik wieszał swoją kolarzówkę. Jej  rama wymalowana była w coś, co chyba miało być militarnym kamuflażem. Królik często podkreślał, że rower to jedyny środek transportu,  na który będzie można liczyć gdy przyjdzie Katastrofa. Lub Upadek, Koniec, Rewolucja, Nowy Początek. Wydarzenie, które zapowiadał miało wiele nazw, jednak zawsze sprowadzało się do tego samego: samozaorania się ludzkości w jakiś spektakularny sposób.

Gospodarz miał jedną, jedyną zasadę, która obowiązywała gości.  Wyrażona była wypisaną czarnym markerem na ścianie nad rowerem sentencją: Mi casa est su casa, wejdziesz do sypialni, urwę ci kutasa. Umowa z gośćmi była jasna, nikt nie wchodził do króliczej sypialni. Zresztą, zamiar ewentualny popełnienia tego niecnego czynu, poważnie ograniczały masywne drzwi zamykane na dwa zamki.

 

Tego jesiennego poranka, stół w salonie Królika, z reguły zawalony pudełkami po pizzy i innym śmieciem, był pusty. Tak samo jak ekran wielkiego telewizora. Na czarnym blacie nie było nawet pociemniałego od substancji smolistych bongosa – stałego elementu wystroju wnętrza Króliczego m2 i odbywających się tam spotkań towarzyskich.

– Ty, a gdzie Gustaw? – Zdejmując kurtkę Nick zapytał o antyczną szklaną faję, bo jej nieobecność była czymś szokującym. To właśnie on nadał jej kilka lat temu imię, zainspirowany filmem o wielkich działach Trzeciej Rzeszy.

Królik zbył pytanie machnięciem ręki i kazał gościowi usiąść na kanapie.

– Mam dla ciebie bardzo mało czasu. Zresztą, ty też masz go bardzo mało. Posłuchasz mnie teraz uważnie i jeśli jesteś mądry, zrobisz to co ci radzę.

– Co ty pie… – Nick nie zdążył dokończyć ciętej riposty, bo nakręcony Królik mówił dalej, ze złowrogim błyskiem w oku i banieczką śliny perlącą się na dolnej wardze.

– Słuchaj ziomek, wszystko się teraz zmieni. Od dziś świat ruszył w nowym kierunku i nie ma już odwrotu. – Królik mówił trochę jakby w transie, a trochę jakby recytował z pamięci.

– Królik! Ja tylko przyszedłem zapytać, czy masz net, bo u mnie nie działa WIFI, a chciałem sprawdzić co się dzieje! Masz internet? W telefonie też nie mam.

– Co się dzieje? Haha – teatralnie zarechotał Królik. – Nie. Nie mam netu, kablówki i nawigacji satelitarnej.

Skinął na Nicka, by ten zbliżył się do niego. Nick tego nie zrobił, więc rozglądając się konspiracyjnie po pustym pokoju, Królik sam nachylił się w jego kierunku i ściszonym głosem dodał:

– Nikt nie ma internetu, kablówki GPS-a, GSM-a i całego tego kurestwa stary. Od dziś, dokładnie od czwartej czterdzieści pięć, nie ma. Atak na najważniejsze serwery DNS, do tego – ciach parę kabli w oceanie i pozamiatane. Zsynchronizowana akcja z kilkudziesięciu miejsc na świecie. To koniec! Będziemy świadkami upadku cywilizacji jaką znamy.

Nick słuchał Królika i, nauczony doświadczeniem, zakładał, że w tym co mówił, było jakieś zero procent prawdy. Dlatego skupił się raczej na jego, mocno tego dnia odbiegającym od abnegackiej normy, wyglądzie. No bo, Królik nigdy nie był szczególnie groźny. A znali się od czasów, gdy nosili większe od siebie tornistry, a piórniki mieli pełne kredek. Przez te wszystkie lata mógłby powiedzieć o nim wiele rzeczy. Że trochę świr, że trochę za dużo opowiada o chemtrailsach, szczepionkach i spiskach firm farmaceutycznych, złych koncernach, wirusach, tajnych agencjach i służbach. Że jest śmieszny, łysy, spasiony i nigdy nie był z dziewczyną. Ale na pewno nie powiedziałby o nim, że wygląda groźnie.

Tym razem jednak było inaczej. Królik był wielki, spocony i strasznie czymś podekscytowany. Małe, schowane w pucołowatej twarzy oczka były rozbiegane i przekrwione. Zamiast nieodłącznych spodni dresowych i rozciągniętej, antycznej bluzy z kapturem, miał na sobie nowiusieńki komplet składający się z wielkich, wojskowych spodni z bocznymi kieszeniami i kurtki w maskujących barwach. Całości dopełniały czarne militarne buty na grubej podeszwie i obcisła czarna czapeczka z elastycznej włóczki, szczelnie zakrywająca czubek wielkiej Króliczej głowy.

– Królik, coś wciągałeś chyba? – Nick wtrącił w momencie, w którym ten w końcu wziął wdech po przydługiej tyradzie o tym co zwykle, czyli mniej więcej o powrocie ludzkości do natury, zrzuceniu cyfrowego jarzma i tak dalej.

– Słuchaj mnie stary, bo to twoja jedyna szansa, żeby sobie poradzić z tym, co nas wszystkich czeka! – Królik wstał bardzo gwałtownie i podszedł do drzwi sypialni, które, jak się okazało, były otwarte!  Wszedł do ukrywającego się za nimi pomieszczenia i po chwili wrócił z garścią banknotów.

– Bierz, przez parę dni jeszcze będą coś warte. Idź do małych sklepów, kup prowiant. Puszki i tak dalej, długie terminy przydatności, dobrze ci radze. Kup wodę, jak najwięcej. Zrób zapasy. – Królik znowu usiadł, wlepiając osłupiałemu Nickowi pokaźny plik banknotów. Na oko, wartość całkiem dobrej pensji.

– Nie gap się tak, bierz, mam tego śmiecia od groma. Nie zapłacisz już telefonem ani kartą. Nie idź do marketów, leżą im systemy kasowe. Wszystko leży. I nie wstanie!

Nick przez chwilę bezmyślnie wpatrywał się w banknoty.

– Chłopie może się, nie wiem, połóż na chwile, co? Nie martw się to tylko jakaś awaria.  Za parę godzin włączysz sobie telewizor, a tam uśmiechnięta pani wytłumaczy, że coś tam pierdolnęło na słońcu i że już wszystko jest dobrze. Nie da się wyłączyć interne…

– Nick! Wypierdalaj stąd łaskawie i rób co ci mówię! Nie wierzysz mi, proszę bardzo! Ale pretensje miej później tylko do siebie. Wyjdź na miasto, zobacz  co się tam kurwa dzieje, a jak wreszcie załapiesz – przygotuj się póki możesz! Idź, ja mam co robić!

Królik wstał i ciężko sapiąc wskazał Nickowi drzwi. Ten posłusznie, lecz bardzo powoli udał się w kierunku wyjścia. Testując cierpliwość gospodarza, stanął przed pociemniałym ze starości lustrem i założył kurtkę upewniając się, czy dobrze leży. Gdy wreszcie złapał odpowiedni kąt i zobaczył w lustrze wejście do wciąż otwartej sypialni Królika, na dobrą chwilę wstrzymał oddech. Raz, że było to moment historyczny – nikt kogo znał, nigdy wcześniej do zakazanego pomieszczenia nie zaglądał. A dwa – oświetlone gołą żarówką pomieszczenie wypełnione było po sufit konserwami, butelkami z wodą, workami cukru i mąki oraz innym prowiantem. Trzy, na podłodze leżało kilkanaście sztuk broni palnej. Nick wypuścił powietrze i bez słowa opuścił Króliczą Norę.

 

Drzwi do klatki schodowej trzasnęły za nim, ściągnięte do starej futryny pamiętającym zamierzchłe czasy sprężynowym autozamykaczem. Sprawdził telefon. Brak sieci. Na chodniku przy wejściu na klatkę właśnie parkował duży biały dostawczak. Nick, który musiał się przecisnąć obok auta, żeby przejść, poczęstował kierowcę groźnym spojrzeniem. Brodacz za kierownicą nie zwrócił na niego uwagi, pochłonięty rozmową przez radio CB.

Stary z parteru jak co dzień rano siedział na ławeczce pod blokiem i karmił wróble. Jego spasiony jamnik wygrzewał tłuste cielsko w promieniach jesiennego słońca.

– Dzień dobry – burknął Nick.

Dziadek nawet nie spojrzał w jego stronę, pochłonięty kruszeniem czerstwej buły na maleńkie porcje i zagadywaniem małych, rozświergotanych ptaszków.

Nick machinalnie zerknął na ekran telefonu i ruszył w kierunku pętli autobusowej stanowiącej centrum logistyczne, kulturowe i handlowe osiedla. Po kilku minutach marszu zdał sobie sprawę, że spektrum osiedlowych odgłosów było tego dnia inne niż zazwyczaj. Wróble, szczekanie psów, szum wierzb zasadzonych w parczku i echo, które miksowało to wszystko w międzyblokowy ambient, tego dnia zdominowane były przez dobiegający z nieokreślonego kierunku dźwięk syren alarmowych. Gdzieś zza murów otaczającego go blokowiska wyło chyba wszystko, co potrafi. Karetki pogotowia, wozy straży pożarnej i samochody policyjne grały wspólnie dość niepokojący utwór o tym, że coś się dzieje na mieście.

 

Market przy pętli przeżywał istne oblężenie, jak to w soboty. Jutro sklepy zamknięte, poza tym mieli chyba rzucić tanie łyżwy. Takie akcje miały to do siebie, że zmieniały pół osiedla w zakupowe bestie. Nick pomacał schowany do kieszeni plik banknotów i przez chwilę rozważał inwestycję w kilkanaście par łyżew i sprzedanie ich później na portalu aukcyjnym. Chcąc sprawdzić, za ile mógłby sprzedać łyżwy w sieci, zerknął na telefon. Jedyne czego mógł się z niego dowiedzieć to to, że było po dziesiątej. O tej porze w sklepowych koszach z łyżwami zostały pewnie same największe rozmiary. Poza tym kolejki do kas były tak długie, że zakupy zajęłyby pół soboty.

 

Max, osiedlowy spożywczak, pachniał kiszoną kapustą i zwietrzałym piwem z pustych butelek upakowanych w kratach ustawionych na zapleczu.

Nie było świeżego pieczywa, więc Nick kupił krojony chleb tostowy w worku. Zastanawiał się przez chwilę, czy za radą Królika nie zrobić większych zakupów. Tak się sam zawstydził tym pomysłem, że natychmiast opuścił sklep. Myśl, że miałby być tym frajerem, który uwierzył Królikowi w którąś z jego historyjek i z tego powodu kupił trzydzieści kilo cukru i drugie tyle mąki, bardzo go drażniła. Kumple by go zjedli.

 

Kiedy wracał do domu, syreny nadał rozbrzmiewały nad miastem. Przy bocznej ścianie jednego z bloków, na trawniku, ktoś zaparkował dużego dostawczaka z białą budą. Jacyś goście poubierani w ciuchy z demobilu poustawiali pod ścianą drabiny i z mozołem pracowali nad dość nietypowym muralem, który składał się z napisu “Anal”.

W otaczającym scenkę parczku zebrało się już kilkanaście osób.

– Nick, widziałeś tych debili? – zagaił go jeden z gapiów przyglądających się powstawaniu wyjątkowego dzieła.

– Kto to w ogóle jest? Nikt od nas, co? – odpowiedział wywołany. – To pewnie jakaś firma, może to reklama? Reklamę robią.

– Czego reklama ziomek? Wazeliny? – parsknął w odpowiedzi kolega.

– Niech ktoś zadzwoni po policję! – Oburzona emerytka rozejrzała się po wszystkich dookoła z wyrzutem. – To chuligani!

– Pani, przecież nie ma jak! – Odezwała się druga.

– To niech ktoś pójdzie na komisariat! Przecież nie można tak, na bloku mi brzydkie słowa pisać! – To mówiąc, zaczęła naprędce budować małe spontaniczne stronnictwo składające się z uroczych starszych pań, które pojawiły się na miejscu bulwersującego zdarzenia szybciej i bardziej niepostrzeżenie niż zrobiliby to agenci Mossadu.

– Halo, proszę panów, my sobie nie życzymy takich tutaj wulgaryzmów, to jest nasz blok! Wzywamy policje i żarty się skończą!

 

Starsze panie w zwartym szyku podeszły do rozstawionych drabin i grupki dziwnych facetów. Tuż za nimi grupka gapiów i Nick. Nad głowami niewielkiego tłumku unosiło się kilka smartfonów – sytuacja nabierała potencjału i warto było nagrywać. Na później, jak już włączą sieć.

Facetów było kilkunastu i z początku skutecznie ignorowali komitet seniorek. Byli zajęci malowaniem ściany i rozładowywaniem dostawczaka. Panie zaczęły jednak coraz głośniej domagać się aby którykolwiek z mężczyzn raczył zwrócić na nie swoją uwagę.

– Zamknij się! Zamknijcie się wszystkie natychmiast! – wykrzyczała nalana, czerwona gęba Królika zakorkowana od góry małą czarną czapeczką. Jej właściciel wyszedł zza dostawczaka i stanął naprzeciwko komitetu seniorek na szeroko rozstawionych nogach z rękoma założonymi z tyłu. Chciał wyglądać jak amerykański oficer stojący przed szpalerem rekrutów. Owszem, górował nad staruszkami. Tak, miał na sobie mundur i nawet jakąś opaskę na ramieniu. Niestety, jego sylwetka odbiegała kształtem od archetypicznego sierżanta, ponieważ środek ciężkości miała na wysokości pasa. Głos i mowa ciała Królika miały budzić respekt, jednak Nick widział, że to tylko pozory – tak naprawdę kumpel balansował na granicy strefy komfortu lub nawet ją przekroczył. Starał się nad sobą panować ale widać było, że jest roztrzęsiony.

– Panie Karolu, co pan? – Jedna z sąsiadek użyła dawno przez wszystkich zapomnianego imienia coraz bardziej czerwieniejącego Królika. Starsze sąsiadki już tak miały. Niszczyły wieloletnie wysiłki każdego, dla kogo ważna była ksywka. Kiedy już to miałeś i wszyscy mówili do ciebie tak jak chciałeś – któraś z nich musiała przypomnieć innym twoje prawdziwe imię.

– Ja pierwszy i ostatni raz proszę panie o to, żeby się nie wtrącały – Królik wycedził te słowa z zaciśniętymi jak po koksie zębami, co nawet Nicka trochę rozbawiło.

– Słuchajcie wszyscy! Zaraz wszystko wam wytłumaczymy, nie rozchodźcie się, musimy się przygotować i zaraz będzie bardzo ważne ogłoszenie. – Królik odwrócił się i podszedł do kolegów malujących ścianę.

 

Tymczasem grupka gapiów zamieniła się w mały tłumek. Wszyscy sprawdzali telefony, pokazywali sobie ekrany z informacją o braku sieci i wspólnie zastanawiali się nad przyczynami zaistniałej sytuacji. Osiedlowe babcie rzuciły się z animuszem w ten plotkarsko-spekulacyjny wir. Tłumek zrobił się znacznie głośniejszy. I dalej rósł. Na skwerku między blokami zebrało się już kilkadziesiąt osób, drugie tyle postanowiło śledzić sytuacje z balkonów.

Krążąc wśród ludzi, Nick usłyszał, że u niektórych działa radio. Mimo, że większość stacji przerwała nadawanie, paru osobom udało się ponoć złapać z eteru kilka lakonicznych komunikatów.

– W całym kraju tak jest. – Mówił wąsaty emeryt z bloku obok. – Mówili, że nic nie działa i że to może potrwać, bo sprawa jest poważna. – Ile czasu? Nikt nie wie, mówili że do odwołania i że lepiej zostać w domach.

– A o wybuchach słyszeliście? Podobno seria eksplozji i pożarów, to mogą być zamachy terrorystyczne ale wiecie, głośno tego nikt nie powie, żeby nie wywołać paniki.

– Ja wiem jedno. – Włączył się do rozmowy pan Jerzy. Pan Jerzy był nauczycielem fizyki i w pobliskiej szkole przerobił już ze dwa pokolenia mieszkańców osiedla. Znali go wszyscy. – To wybuchy plazmy na słońcu. Zawsze tak jest, gdy słońce się uaktywnia.

Zagubieni w cichym świecie bez dostępu do newsów mieszkańcy osiedla wreszcie mogli zaspokoić głód. Karma może nienajlepsza – zwykłe plotki i domysły, jednak zawsze coś. Pogrążeni w dyskusjach nie zauważyli, że ekipa od muralu skończyła robotę.

Na elewacji widniał koślawy napis:

 

Analogowa

Rewolucja

 

W końcu, zauważyli. Przez chwilę kontemplowali ten widok w kompletnej ciszy. Na ławkę ustawioną przed ścianą wdrapał się Królik z wiecową szczekaczką.

– Sąsiedzi! Posłuchajcie! Wszystko się zmieni. Od dziś świat ruszył w nowym kierunku i nie ma już odwrotu!

W czasie gdy Królik przemawiał, jego ekipa ustawiła się za nim i po bokach. Większość z nich stanęła na szeroko rozstawionych nogach, z rękoma założonymi na klatkach piersiowych. Wyglądali na bardzo przejętych.

– Od dziś, dokładnie od godziny czwartej czterdzieści pięć,  przeprowadzono skoordynowane ataki na najważniejsze serwery DNS, najważniejsze kable przesyłowe i inne ważne elementy infrastruktury telekomunikacyjnej. Akcja została przeprowadzona w kilkudziesięciu miejscach na całym świecie. Jesteście świadkami upadku cywilizacji jaką znacie!

Królik zrobił krótką pauzę i wziął wdech. – Rozpoczęliśmy analogową rewolucję!!! Ludzkość się budzi z chorego cyfrowego snu, który wyrządził tak wiele zła!

– Analogowa rewolucja! – Zawtórowali mu towarzysze.

 

Dla Nicka najgorsze było to, że nie był zaskoczony słowami Królika, a to sprawiało, że czuł się nieco wyobcowany w tłumie osłupiałych ludzi. Przemówienie trwało jeszcze parę minut. Królik obrzucił internet stekiem wyzwisk i kalumni, mówił o tym, że przez niego ludzkość głupieje i zbliża się do samozagłady. Następnie ogłosił, że wraz z grupą towarzyszących mu facetów jest członkiem międzynarodowej, tajnej organizacji anarchistycznej i to właśnie ona stoi za udaną akcją zniszczenia największego dzieła, i zarazem wroga, ludzkości.

– Najbliższe dni i tygodnie będą bardzo trudne – ciągnął Królik. – Upadną systemy finansowe, wraz z nimi upadną państwa. Ale – jesteśmy my i jest nas znacznie więcej. Zaczniemy to wszystko od nowa, razem z wami! Kto jest z nami? – ryknął Królik.

– Analogowa rewolucja! – ryknęli jego dziwni kumple.

W nieco zatłoczonym już parczku, po raz drugi w ciągu kilku minut, zapanowała niezręczna cisza. W tle, syreny wyły z mniejszym lub większym natężeniem, raz bliżej, raz dalej. Chyba nikt już nie zwracał na nie uwagi.

Z początku, Królikowi ewidentnie nie udało się porwać tłumu. Był jednak przygotowany. Zaczął opowiadać o załamaniu rynków żywności, struktur władzy, przemysłu. Chaosie, głodzie i zamieszkach, braku prądu, wody. Konkrety chyba zaczęły robić na ludziach wrażenie.

– To wszystko nas czeka! Jedyna opcja to się zorganizować! Mamy prowiant i wiemy jak zdobyć go więcej! – W tym momencie ludzie Królika ściągnęli z budy dostawczaka plandekę i oczom zebranych ukazały się palety zapakowane artykułami spożywczymi.

– Jesteśmy zorganizowani i wiemy co się dzieje! – Królik pokazał radio, którym dysponował.

– Mamy broń! Z nami będziecie bezpieczni! – W tym momencie jego siepacze podnieśli za ławki zawinięte w szmaty podłużne przedmioty, które po chwili ukazały się światu jako czarne, błyszczące w jesiennym słońcu karabiny maszynowe. Ten moment wyraźnie sprawił chłopakom dużą przyjemność. Właśnie na to czekali. Trzymając gnaty w rękach nabrali znacznej pewności siebie. Tłum zafalował i wokół Królika z zespołem zrobiło się go jakby trochę mniej.

– Niniejszym, ogłaszam, że to osiedle jest pod naszą protekcją. Zostałem mianowany tymczasowym komisarzem tego gniazda rewolucji i jestem tu jedyną władzą. Czy ktoś ma z tym jakiś problem? – Mówiąc to, Królik przejął z rąk jednego ze swoich karabin i fantazyjnie oparł go sobie na ramieniu. Nick kojarzył tę pozę z jakiegoś filmu.

Przedstawienie trwało. Królik sprawiał wrażenie, jakby coraz lepiej czuł się w roli samozwańczego komisarza osiedla. Biły od niego pewność siebie i opanowanie. Ludzie też trochę się ośmielili. Zaczęli mu zadawać pytania i upewniać się, czy to wszystko, o czym Królik mówił, było prawdą. Królik uspokajał, potwierdzał, wyjaśniał i informował. W ciemności braku informacji właśnie on stał się latarnią. Jedynym źródłem informacji na osiedlu. Wszyscy jakoś zapomnieli o broni i trzymających ją zakapiorach. Chcieli wiedzieć, co się dzieje. I co mają robić.

 

*

 

Nick człapał kilkanaście metrów za tłumem. Wszyscy szli za Królikiem, który dumnym krokiem prowadził kolumnę w kierunku pętli autobusowej. Plan komisyjnego zajęcia całego towaru w markecie wydał się wszystkim prosty i oczywisty, biorąc pod uwagę okoliczności i niepewną przyszłość, jaką niosła ze sobą Analogowa Rewolucja.

Z kilku miejsc nad miastem, unosił się dym. Nieustanne wycie syren oddalało się i zbliżało z różnych kierunków. Jego niepokój narastał. Nick dobrze znał Królika i chyba głównie z tego powodu miał problem z uwierzeniem w tę bzdurną wizję globalnego spisku anarchistów. Ta jednak, z każda minutą i wraz z każdą osobą przyłączającą się do maszerującego tłumu, stawała się niepokojąco realna.

Market zaatakowali w okolicach pory obiadowej, więc szturm był dość brutalny. Część jego uczestników była tu już dziś rano robiąc zakupy, kłócąc się z kasjerami o brak możliwości płatności kartą i walcząc o tanie łyżwy. Tłum pod rozkazami Królika roztrzaskał wszystkie szyby i wszedł do sklepu przez wyszczerbione futryny okien i drzwi. Wchodzili przepychając się i tratując.

Nick nie wszedł do środka. Patrzał oniemiały na całą akcję. Widział przerażonych, poturbowanych kasjerów uciekających z marketu. Widział sąsiadów, którzy wynosili stamtąd torby jedzenia, kosmetyków, skrzynki z alkoholem i całe mnóstwo innych rzeczy, które lądowały później w marketowych koszach, celem sprawnego transportu na teren osiedla. Wielu z nich miało kieszenie wypchane dodatkowymi łupami, które wzięli tylko dla siebie.

Bardzo późno zauważyli policyjne radiowozy i ciężkie transportery prewencji, bo ich sygnały dźwiękowe ginęły w wielkim chórze syren unoszącym się nad miastem. Nick zdążył się oddalić od marketu na tyle, żeby nie znaleźć się w kordonie jakim otoczyli go odziani w czarne pancerze policjanci. Zdążył jednak zobaczyć, jak Królik i jego kumple oraz paru sąsiadów, z krzykiem dobywają broni i otwierają ogień do policji. I rzucił się na ziemię.

 

W czasie gdy Analogowa Rewolucja przechodziła swój pierwszy i, prawdopodobnie ostatni ze względu na dysproporcję sił, krwawy chrzest, Nick leżał na trawniku modląc się aby nie trafiła go jakaś zbłąkana kula. W pewnym momencie poczuł znajome wibracje w okolicach kieszeni spodni i sięgnął po smartfona. Ekran zaatakował go skumulowanymi notyfikacjami o nieodebranych wiadomościach i połączeniach.

Sieć wróciła.

 

Koniec

Komentarze

Pomysł może i jest, ale nie mogę powiedzieć, że przypadł mi do gustu. Mam bowiem spore trudności z przyjęciem do wiadomości wizji Królika – w jaki sposób mogłoby dojść do ogólnoświatowego i jednoczesnego wyłączenia wszystkiego i wszędzie. No i tłum mieszkańców osiedla wydał mi się dość bezrozumny, skoro napis na bloku i przemowa samozwańczego wodza sprawiły, że bez zastrzeżeń uwierzył we wszystko i ruszył na sklep.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Kró­lik zbył py­ta­nie mach­nię­ciem ręki i kazał mu usiąść na ka­na­pie. –> Czy dobrze rozumiem, że Królik kazał usiąść pytaniu?

 

– Nikt nie ma in­ter­ne­tu, ka­blów­ki GPS-a, GSM-a i ca­łe­go tego ku­re­stwa stary. Od dziś, do­kład­nie od 4.45, nie ma. –> Od dziś, do­kład­nie od czwartej czterdzieści pięć, nie ma.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

że w tym co mówił , było ja­kieś zero pro­cent praw­dy. –> Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

– Dzień dobry.Burk­nął Nick. –> – Dzień dobry – burk­nął Nick.

Nadal nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi.

 

pracowali nad dość nie­ty­po­wym mu­ra­lem, które skła­da­ło się… –> Mural jest rodzaju męskiego, więc: …pracowali nad dość nie­ty­po­wym mu­ra­lem, który skła­da­ł się

 

– Niech ktoś za­dzwo­ni po po­li­cje! –> Literówka.

 

tak na­praw­de kum­pel ba­lan­so­wał… –> Literówka.

 

Kró­lik od­wró­cił się i wró­cił do ko­le­gów ma­lu­ją­cych ścia­nę. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Na ele­wa­cji wid­niał ko­śla­wy napis:

Ana­lo­go­wa

Re­wo­lu­cja  –> Wcześniej napisałeś: …z mo­zo­łem pra­co­wa­li nad dość nie­ty­po­wym mu­ra­lem, które skła­da­ło się z na­pi­su ANAL. –> Kiedy przemalowali majuskuły na minuskuły?

 

przez niego ludz­kość głu­pie­je i zbli­ża do sa­mo­za­gła­dy. –> …przez niego ludz­kość głu­pie­je i zbli­ża się do sa­mo­za­gła­dy. Lub: …przez niego ludz­kość głu­pie­je, co zbli­ża do sa­mo­za­gła­dy.

 

Kró­lik po­ka­zał radio, jakim dys­po­no­wał. –> Kró­lik po­ka­zał radio, którym dys­po­no­wał.

 

Wy­glą­da­li na to, że wła­śnie na tto cze­ka­li. –> Wy­glą­da­li tak, jakby wła­śnie na to cze­ka­li. Lub:

Wy­glą­da­ło na to, że wła­śnie na to cze­ka­li.

 

W ciem­no­ści braku in­for­ma­cji wła­snie on… –> Literówka.

 

więc szturm był dość bru­tal­ny. Część sztur­mu­ją­cych była tu… –> Powtórzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć regulatorzy, bardzo dziekuję za pracę przy moim tekście. Poprawiam.

 

Bardzo proszę, Łosiocie, cieszę się,że mogła się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, jest jakiś pomysł. Na tekst i na rewolucję.

Trochę dziwi reakcja sąsiadów z osiedla, ale może i dałoby się ich skłonić do szturmu na market.

Sam motyw blackoutu znany, ale celowe go sprowadzenie trochę nowsze.

Niestety, jego sylwetka odbiegała kształtem od archetypicznego sierżanta, ponieważ jej środek ciężkości skupiał się na wysokości pasa, a nie barków.

IMO, przegiąłeś z tą metaforą. Środek ciężkości w okolicy barków? Facet musiałby mieć łeb jak słoń. I czy środek może się skupiać?

Babska logika rządzi!

Z tym środkiem ciężkości faktycznie coś nie tak. Dzięki za tę poprawkę. 

I za pozytywny odbiór tego opowiadania.

Kompletnie nie moje klimaty pod w zasadzie każdym możliwym względem, za to mój dyżur ;) No więc pozostawiając osobiste preferencje literackie na boku, zgadzam się, że jakiś pomysł jest, aczkolwiek zważywszy, że to taka fantastyka bliskiego zasięgu, nie wydaje mi się zbyt prawdopodobny. Opowiadanie wydaje mi się poza tym przegadane – nie jestem pewna, czy do tej fabuły potrzebna jest ta cała szczegółowa obyczajówka o Króliku i kolesiach z bloku/osiedla? Mam wrażenie, że to materiał albo na szort, bo wtedy kwestia rewolucji znacznie lepiej zagra, albo na formę zdecydowanie dłuższą, żeby tę rewolucję rozpisać.

Wykonanie takie sobie, nie wiem, po co rozdzielasz akapity pustym wierszem (światłem)? To zazwyczaj nie są odrębne cząstki fabularne na tyle, żeby potrzebowały rozdzielenia.

 

“Tym razem jednak było inaczej. Królik był wielki, spocony i strasznie czymś podekscytowany.” – zazwyczaj był mały??

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Uważam, że to dobre opowiadanie, pełne ładnych ornamentów językowych i opisów, które odmalowują przed oczami znane wszystkim obrazy.

Jak tutaj:

Max, osiedlowy spożywczak, pachniał kiszoną kapustą i zwietrzałym piwem z pustych butelek upakowanych w kratach ustawionych na zapleczu.

I tutaj

Nick machinalnie zerknął na ekran telefonu i ruszył w kierunku pętli autobusowej stanowiącej centrum logistyczne, kulturowe i handlowe osiedla.

To też ładne:

Wróble, szczekanie psów, szum wierzb zasadzonych w parczku i echo, które miksowało to wszystko w międzyblokowy ambient, tego dnia zdominowane były przez dobiegający z nieokreślonego kierunku dźwięk syren alarmowych.

Pierwszy akapit przypomina mi własną nastoletniość.

Przewrotne zakończenie i klęska kinderrewolucjonistów wzbudziły mój uśmiech. Wniosek, że cywilizacja jest jednak odporna na wstrząsy i głupie pomysły podany został w przystępnym sosie.

Ładnie napisane, z pomysłem, ze swadą, z żywymi postaciami. Nie rozumiem, czemu tak niewiele kliknięć.

“Kinderrewolucjoniści” – trafione w punkt! Ciesze się wisielcu, że złapałeś te osiedlowe smaczki i Ci się spodobały. Bardzo miło. 

Rzeczywiście, dobrze napisane, z fajnym zakończeniem. O ile wyłączenie wszystkiego naraz raczej mało prawdopodobne (ale traktuję to jako element fantastyczny) to do spontanicznego ataku na market nie mam zastrzeżeń. Ot, choćby zeszłej zimy wystarczyło trochę śniegu w Irlandii (oraz jakże szczere zapewnienie policji, że zawiesza patrole, bo po śniegu niebezpiecznie jeździć) żeby w Dublinie osiedlowa społeczność rozpirzyła koparką drzwi miejscowego Lidla i wyniosła co się dało. Nie trzeba było analrewolucji :-) 

Być może obyczajowy wstęp istotnie nieco przydługi, ale dzięki temu tekst miał specyficzny charakter. 

Fajne opowiadanko.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Z ciekawostek – teoretycznie takie wyłączenie internetu jest możliwe. Ale – thargone trafiłeś w samo sedno – niezwykle mało prawdopodobne. Pomijając fizyczne uszkodzenie infrastruktury (katastrofy w wielkiej skali lub sroga eksplozja na Słońcu), to scenariusz symultanicznego ataku na kluczowe elementy typu serwery DNS najwyższego rzędu plus zniszczenie kabli interkontynentalnych, narobiłby bałaganu. W praktyce, raczej niewykonalne. Dzięki za te punkty BiB. Nie do końca łapię, co one dają? Jak się ich ileś uzbiera, to opowiadanie przechodzi do sekcji Biblioteka?

Tak, przechodzi do Biblioteki. Potrzeba pięciu głosów. Jeśli uzbierasz je w miarę szybko i wypełniłeś odpowiednie okienko przy edytowaniu tekstu, to pojawi się info na stronie głównej.

Babska logika rządzi!

Przyjrzyj się przecinkom ;)

Przyjemne opowiadanie :)

Ciekawy tekst. Końca akurat się spodziewałem, ale droga do niego ukazana w fajny sposób. Podoba mi się pokazanie, jak Królik coraz bardziej nakręca się na całą sytuację. Jak w prostej awarii widzi wypełnienie swoich najskrytszych, szalonych snów. Jak jara go, że w tym wyśnionym świecie to on będzie górą. I jak w tym szaleństwie leci na łeb, na szyję, by skończyć jak rozjechane przez samochód zwierzę ;)

Fakt, że nagłe wyłączenie wszystkiego wydaje się nieprawdopodobne, ale potraktuję to jako narracyjną konieczność. Zwłaszcza że ważniejsze są wydarzenia po tym, a nie przyczyna.

Technicznie zgrzytało w paru miejscach.

Podsumowując: fajny pomysł, zrealizowany w ciekawy sposób. Duży plus za postać Królika. Kliczek.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hmm. Ja myślałam, że to Królik z kumplami i analogami zorganizowali te wszystkie awarie. Inaczej, skąd by znał szczegóły?

Babska logika rządzi!

…bo wiecie co? Trochę o to mi chodziło, żebyśmy tak do konca nie byli pewni, czy to na serio zakrojona akcja globalna, czy tylko szybka akcja świrniętych preppersów. 

Bo gdyby padł net, nie mielibyśmy gdzie tego sprawdzić.

Dziękuję za te kliki do BiB! 

Ale podanie dokładnej godziny padnięcia swoje robi. Na pewno na osiedlu mieszkał jakiś nerd, który o tej porze jeszcze siedział przy kompie… Zbyt niski koszt sprawdzenia, żeby ryzykować blef.

Babska logika rządzi!

Fajny tekst. Dobrze napisany i czytało się przyjemnie. Co prawda, fantastyki trochę mało.

 

Dla mnie wstęp nie był zbyt długi, bo nawet, jeśli nie wnosił wiele do dalszej fabuły, to napisany był bardzo ciekawie. Powiedziałbym nawet, że to jeden z najlepszych fragmentów tekstu (mimo że “blokerskie klimaty” średnio mi podchodzą).

Posłuszeństwo mieszkańców Królikowi i szturm na market potrafię sobie bez problemu wyobrazić, bo myślę, że w niepewnych czasach, w sytuacji lęku, ludzie automatycznie szukają kogoś silnego, kto wskaże im drogę.

W wykonaniu najbardziej rzuciła mi się w oczy przecinkologia. Tak na szybko i w pewnym uproszczeniu:

– Nick widziałeś tych debili?

– Nick[+,] widziałeś tych debili?

 

– Halo, proszę panów my sobie nie życzymy takich tutaj wulgaryzmów

– Halo, proszę panów[+,] my sobie nie życzymy takich tutaj wulgaryzmów

I inne sytuacje tego typu (zwroty do kogoś)

 

przecinek stawiamy też przed “żeby”

 

 

wykrzyczała nalana, czerwona gęba Królika zakorkowana od góry małą czarną czapeczką.

A to bardzo dobre. :)

 

Piąty klik ode mnie i przy okazji zobaczysz, o co chodzi z tą Biblioteką. :) (Liczę jednak, że poprawisz chociaż niektóre przecinki oraz uwagi od Reg :)).

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

To jest mega wstyd w ogóle, bo ja zawodowo bardzo dużo piszę. A tu sie okazuje, że nie umiem w przecinki :P Dziękuję za miły komentarz. 

P.S.

Przecinki przewalczone, a uwagi reg – wdrożyłem od razu, chyba wszystkie jeśli dobrze pamiętam. 

Kto nigdy nie myli przecinków, niech pierwszy rzuci kamieniem. ;)

Fajnie, że poprawiasz. yes

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Znacie ten dowcip?

Jezus próbuje wybawić jawnogrzesznicę przed gniewem ludu. Standardowa gadka:

– Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Łup!!! Z nieba spada ogromny głaz, zabija jawnogrzesznicę na miejscu. Jezus:

– Mamo! Tyle razy prosiłem, żebyś się nie wtrącała!

Babska logika rządzi!

Ufff, myślałem że będzie ten o Gąsce Balbince… 

Nie kojarzę… Dajesz!

Babska logika rządzi!

Tak, jestem stary :P Pamiętam nawet takie rzeczy: 

Aaaa, ten o gąsce Balbince! To potwierdzam, dobry jest.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Podpisuję się pod komentarzem Lobo. ;-)

Babska logika rządzi!

Niestety, nie powiedziałbym, że jest jakiś pomysł. Jest Królik. Przez moment zastanawiałem się, dlaczego królik, ale zapewne chciałeś utrzymać, albo wręcz podbić, klimat groteski. Niestety (powtórzenie :I ) tekst uznaję, subiektywnie, za nieudany. I nie dlatego, że jest Królik, ani dlatego, że wcale nie jest śmieszny, tylko przez schematyczny do bólu pomysł na wyłączony internet. Mamy tu bowiem typowego prepersa, dodatkowo – maniakalnego, który w oczekiwaniu na koniec, postanawia sam go przyśpieszyć. Mamy typowego kolegę, Nicka, który wolno łapie, w sumie nie wierzy i jest ogólnie olewająco wycofany. Wreszcie dokładasz zdezorientowanych sąsiadów i typowe zdarzenia, które przychodzą do głowy co drugiej osobie, jeśli nie wszystkim, w takie sytuacji: panika, strach, kongo w sklepach, niedowierzanie i na końcu sekta, która wszystkich poprowadzi.

Mówię to z bólem, bo opowiadanie jest dobrze napisane, ale jest zupełnie niepotrzebne. Bowiem nic nikomu nie wnosi, nie pozostaje w pamięci na dłużej, niczym specjalnie nie zaciekawia. Już wolałbym dobry pomysł, a spartolony wykonaniem albo fabułą, byłoby przynajmniej czego żałować.

Nie martw się jednak, jeden niezadowolony czytelnik nic nie znaczy. I możliwe, że zupełnie niepotrzebnie się rozpisałem. ;)

Pozdrawiam.

 

“opowiadanie jest dobrze napisane, ale zupełnie niepotrzebnie.”

Trzymając się konwencji poprzedniego mojego komentarza:

To ja przepraszam, trafiłem literówkę i wypowiedź straciła sens. :)

Nowa Fantastyka