- Opowiadanie: Volthar - Piłem z Panem Bogiem (cz. 1)

Piłem z Panem Bogiem (cz. 1)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Piłem z Panem Bogiem (cz. 1)

Stary Lasota spakował naboje, wstał ze skórzanego fotela, po czym omiótł spojrzeniem wnętrze drewnianej chaty, zastanawiając się, gdzie też ostatnio kładł strzelbę. Po chwili jego wzrok spoczął na posiwiałym wyżle leżącym w rogu izby, na klapie do piwnicy, spoglądającym na właściciela spod krzaczastych brwi. Pod skulonymi przednimi łapami znajdował się przedwojenny winchester kaliber dwanaście.

 

– Hnn… Człowiek… – Starzec uśmiechnął się, ukazując spróchniałe zęby, zbliżył się i pogłaskał psa po łepetynie. Podnosząc dłoń, otrzepał ją z garści kudłów.

– Czas na łowy – oznajmił.

Wyżeł poderwał się z podłogi, merdając kikutem ogona. Zaszczekał w uznaniu.

Lasota chwycił broń i przewiesił ją pasem przez ramię, do torby schował sidła oraz wnyki. Prędko założył kurtkę, futrzaną czapkę i odryglował drzwi. W okamgnieniu do środka wtargnął lodowaty podmuch, buchnęła lawina śniegu, a oczom ukazał się bezbarwny pejzaż zimowej zawieruchy.

Człowiek pierwszy wybiegł na mróz. Obaj wskoczyli do zgniłozielonej półciężarówki i ruszyli szosą w mroczny gąszcz.

***

 

Nadciągał zmrok, ale zabawa Tommiego dopiero się zaczynała. Tata miał skończyć pracę późno w nocy, jak w każdą sobotę. Mama natomiast, jak zwykle, wróciła do domu o dziesiątej i upewniwszy się, że synek już od dawna śpi – bo tak przecież powiedziała niania – padła zmęczona na kanapie, przed telewizorem i błogo przekonana o tym, że wszystko jest w porządku, zasnęła. I to wtedy, kiedy leciała powtórka jej ulubionego serialu obyczajowego.

Wszystko wydawało się być normalne, ale to były tylko pozory.

Z chwilą wybicia godziny dwudziestej trzeciej, Tommy po cichu założył ocieplane słomą gumofilce, wierzchnie ubranie, szalik i rozwarł okiennice. Z tylko jemu znanej skrytki wyciągnął gruby sznur, zawiązał o wezgłowie łóżka i spuścił piętro niżej, za pobliski płot tak, by zszedłszy nie musiał przeskakiwać jeszcze za teren działki. Wychylił się przez parapet i rozejrzał, uśmiechając do własnych myśli. Sierpowaty księżyc i nieliczne gwiazdy zalewały pobliski las bladawą poświatą. Chłopiec odwrócił się jeszcze na chwilę w stronę pokoju, założył wcześniej przygotowany plecak i wdrapawszy się ponownie na okno, bez szmeru, zsunął się po linie, na sam dół.

Kiedy jego stopy z cichym skrzypnięciem opadły na siwy puch, bez chwili wahania, pełen entuzjazmu pobiegł przed siebie.

Po jakimś czasie zatrzymał się i przykucnął, rozglądając się czujnie, dalej jednak weseląc w duchu. Z kieszeni kurtki wyciągnął latarkę i skierował ją w stronę lasu, zapalił i zgasił kilkukrotnie. Chwilę później, zaledwie trzysta stóp od niego, ujrzał odpowiedź – drugie migające światełko, pośród drzew. Teraz Tommy był pewien. Zaraz zacznie się zabawa!

 

***

 

Podporucznik Frank Nelson oparł się o maskę radiowozu i ziewając zerknął na zegarek. Malutkie wskazówki mechanizmu drętwo pokazywały pięć minut po północy.

– Cholera – szepnął funkcjonariusz zirytowany; wyglądał na kompletnie wycieńczonego. – Sterczymy tutaj drugą noc z rzędu, a żadnego kierowcy ani widu, ani słychu. Weź tu, zaraza, złap potencjalnego pirata na takim zadupiu.

– Taki los… – wtrącił stojący obok partner, zaplatając dłonie na karku. Był o wiele młodszy od Nelsona i dopiero od kilku miesięcy pracował w drogówce. Jednak – to Frank musiał niechętnie przyznać – pomimo powszechnej wśród świeżo upieczonych adeptów tępoty, w tej jednej rzeczy miał chłopak rację. Cholerną rację. To wszelako nie przemawiało w pełni do policjanta – czuł to jakby przez mgłę. Jak coś bliskiego i dalekiego jednocześnie, nieuchwytnego. Na jego ponurej, z dawna już naznaczonej zmarszczkami, twarzy widać było poczucie niesprawiedliwości i gorzki żal. I chyba wściekłość. Młody kadet nie miał co do tego pewności.

– Taki na przykład Titus… – żachnął się Nelson – pewnie siedzi teraz przed telewizorem, grzeje gacie i siorbie smaczną herbatkę. A ja jak jakiś oszołom stoję w ziąbie, pod lasem i czekam na cholerny cud! Nawet książki czytać nie wolno, trzeba stać i patrzeć w ciemną dupę!

– A jest niższy stopniem, nie? – napomknął partner, coraz bardziej rozumiejąc chmurność rozmówcy.

– O tym właśnie mówię! Jest sierżantem i siorbie herbatkę, ogląda mecz! Gomorrah Wasters kontra Sodom Foxes! Rozumiesz, w czym rzecz, Bradley? Ja to bym teraz przytulił żonę, napił się piwa, może dokończyłbym czytać powieść Chandlera… Oczywiście, znasz Chandlera?

Posterunkowy tylko się uśmiechnął i zrobił głupią minę.

– Jak byś się czuł – Frank trzasnął ręką w radiowóz – gdybyś pracował w policji całe swoje pieprzone życie, a nagle pojawiłby się cwaniaczek ze znajomościami – nie wiadomo skąd – i po czterech latach zasuwałby na pół etatu za taką kasę, o której mógłbyś pomarzyć w korpusie oficerów…

– Mam czarną w termosie, jak chce pan podporucznik. Jeszcze ciepła! – rzekł po chwili Bradley podniecony, jakby właśnie wyjawił największą tajemnicę pisarza Thomasa Pynchona, którego ujrzenie na ulicy, bądź zrobienie mu zdjęcia, wedle miejskich legend, graniczyło z cudem.

Frank zaklął pod nosem i rozsiadł się na masce.

– Jaką znowu czarną? Co ty, młody, wymyślasz?

– Jak to jaką, podporuczniku! Czarną herbatkę mam. Ciepłą, nie? – Posterunkowy wybuchł rubasznym śmiechem.

Podporucznik zbył go milczeniem i wyciągnął z kieszeni paczkę tanich papierosów. Odpalił jednego i nie patrząc nawet na łakomą minę Bradleya, schował pudełko z powrotem.

 

***

 

Biegli do kryjówki. David, jako starszy o prawie cztery lata – miał już jedenaście! – był z przodu. Tommy osłaniał, jak zwykli sobie mówić, jego tyły. Obaj w pogotowiu trzymali plastikowe karabiny na kulki, latarki zaś mieli prowizorycznie przylepione do nich taśmą klejącą. Świeży śnieg skrzypiał im pod butami. Przeskakując nad kolejnymi dołami i wystającymi korzeniami drzew, dyszeli z trudem łapiąc powietrze do płuc.

– Baza na dwunastej! – wysapał starszy chłopiec.

– Zwolnijmy, musimy uzupełnić zapasy – odkrzyknął Tommy. – W plecaku brakuje prowiantu!

Po tych słowach zatrzymali się. Nachyleni, opierając się rękoma o kolana, próbowali nieco zregenerować siły. Spojrzeli na siebie ze zrozumieniem.

– Ty idź na wschód – odezwał się Dave. – Niedaleko jest stara szopa, w której kiedyś ukryłem trochę czekolady, na czarną godzinę. – Wyszczerzył zęby, widząc w świetle latarki zdumienie i radość malujące się na obliczu kolegi. – Ja pójdę na zachód, tam też mam coś ciekawego, ale to niespodzianka… Masz kompas?

Tommy w milczeniu pokręcił głową.

– Weź mój, ja znam drogę. Spotkajmy się w bazie za… dziesięć minut.

– Tak jest, sir! – Młodszy chłopiec wyprężył się jak struna, zasalutował i popędził we wskazanym kierunku.

To był ostatni raz, kiedy David widział chłopca żywego.

 

***

 

– Zgaś te cholerne światła. Co mi po oczach świecisz, oszalałeś? – warknął podporucznik Nelson po dobrej minucie ciszy, kiedy młody bez żadnego pytania, widocznie z wrodzonej głupoty, włączył lampy na dachu radiowozu. – W takim Las Vegas każdy nas zobaczy na milę, nawet w tę cholerną zawieję!

– Ale… wydawało mi się… – wyjąkał Bradley, ziewając.

– Co rżniesz głupa! – przerwał Frank, zaciskając zęby na filtrze. – Rób, co mówię. Jeszcze trochę poczekamy.

– Ale i tak nikt tędy nie przejedzie, nie? Zgłośmy się na posterunek, nie ma sensu tutaj stać w tej śnieżycy…

– Nie pierdolić, tylko wykonać, przechero! Cóż żeś syn kapitana, jak żeś mądry jak but. U mnie nie ma taryfy ulgowej! O nie… wykonać!

Posterunkowy skinął głową bez przekonania.

Przez silny wiatr z trudem ponownie otworzył drzwi u kierowcy, przekręcił i wyjął kluczyki ze stacyjki. Niebieskie, migotliwe światła zgasły. Polankę pod lasem jeszcze raz spowił mrok i jedyną rzeczą, którą dało się teraz zobaczyć, był zbrudzony śnieg dokoła i żar z dopalającego się papierosa Franka. Sypało, pełnię księżyca przesłaniały smoliste chmury.

– I tu nie chodzi o jakąś tam herbatkę – odezwał się Nelson, zgasił peta i kontynuował, dokładnie, z wielką pasją, intonując każde pojedyncze słowo – tylko o pieprzoną korupcję. O chamstwo w szeregach policji. Każdy każdemu wilkiem, władza w łapach oberwańców, łapserdaków, sukinkotów, w tłustych paluchach bogaczy po ojcowskim spadku, et cetera, et cetera! – Po czym dorzucił już ciszej, spokojniej. – Co ja ci zresztą będę tyradę fundował, i tak jesteś na to…

– Z tego, co słyszałem, panie podporuczniku – wpadł w słowo Bradley, nic a nic nie przejmując się głębokimi konkluzjami interlokutora – to ma niezłe chody u samego inspektora, ten Titus, nie? Po roku w drogówce wzięli go do wydziału zabójstw, bo ponoć był niesamowitym strzelcem, najlepszym w Mieście-Gomorrah. I mózgiem. Ma też wykształcenie.

– Cholera, wiem… Mnie nigdy nie chciały skurczybyki z drogówki przenieść. Zrobili mi jakieś lewe testy, na wzrok, na odporność psychiczną, na koordynację ruchową. Ogólnie wszystko, żeby mnie nie przyjęli. Tam niedowidzę, tam mam jakieś objawy zaburzeń depresyjnych, czy nerwicowych – nie pamiętam – i niby boją się, żeby mi coś do łba nie strzeliło. Tam znowuż kuleję na jedną nogę, mam pieprzyk nie tam, gdzie trzeba. No, słowem, totalna degrengolada. I siedzę w tym bagnie. E, szkoda gadać…

– A ostatnio słyszałem od jednego z kryminalnego – mam tam kolegę – nie? Że faceta przenoszą do służb specjalnych – Posterunkowy wyszczerzył się głupio.

– Bzdury…

– Mówię, co słyszałem, panie podporuczniku, nie? W sumie to sam w to nie wierzę… A wiecie, sir, jak ma ten Titus na nazwisko?

– Ech… Skaczesz z tematu na temat jak jakiś potłuczony. No, kiedyś tam słyszałem, nie wiem, czy to nie było przypadkiem Dundee, jak ten facet z tej starej komedii…

– Nie Dundee, tylko Dundun! – zawołał wesoło Bradley, niemal zwijając się ze śmiechu, całkiem zapominając o uszanowaniu w zwracaniu się do przełożonego „per panie podporuczniku" jak zwykł to robić dotychczas i jak uczono go wcześniej w akademii. – Titus Dundun! Dun-dun-dun-dun – zaśpiewał, starając się chyba naśladować dźwięk dzwonu kościelnego, co w rezultacie wyszło mu fatalnie, jeśli nie komicznie.

– To widać bozia go nie kochała – burknął Frank.

Nie widział dokładnie swojego partnera, który stał gdzieś za nim, po ciemku, ale sądząc po swoistym rżeniu, domyślał się, że musi już przykucać, by nie zmoczyć sobie spodni.

– Matka rodzona także, skoro dała mu takie imię, nie? – dodał młody rozweselony. – Nawet słyszałem pewną historię, że raz Titus poszedł do weterynarza ze swoim chorym psem pekińczykiem – miał jakieś wrzody, chuj wie co, nie? – i kiedy lekarz już miał robić zastrzyk, spytał się nagle o nazwisko. Ten na to, że Dundun, nie? A weterynarz: „Nie chodzi mi o to, jak się wabi ten zawszony kundel, tylko pan".

Obaj ryknęli śmiechem. A przynajmniej takie wrażenie odniósł Bradley, bo w swym głośnym rozbawieniu po prawdzie sam się zagłuszył i w ciemności nie był pewien, czy to on sam tak nadaje, czy razem z podporucznikiem. Na szczęście jego twórczy umysł podpowiedział mu to drugie.

– A jak się facet podobno zdziwił, kiedy się dowiedział, że to nazwisko jest! – zawołał przez łzy.

– Dobra, dosyć żartów – uciął Nelson, diabelnie poważny, wstając i podchodząc do drogi. Spróbował wzrokiem przeniknąć mrok i sypiący śnieg, ale nie udało mu się – w czym zresztą nie było nic nadzwyczajnego, bo było ciemno jak w mogile. Albo prawie jak w mogile.

– A tak w ogóle to ten jego pekińczyk też się nieźle nazywał, nie?

– Czekaj… – stęknął Frank, nadaremnie przybliżając palec do ust.

– Jak mu tam było… Nie mogę, nie mogę sobie przypomnieć!

– Zamknij jadaczkę, do cholery! Słyszę coś… jedzie…

Posterunkowy podbiegł do szosy i rzeczywiście ujrzał z dala nadjeżdżający samochód, święcący halogenami przez pół lasu.

– Włączaj lampę – rozkazał Nelson – musi nas zobaczyć. Pomacham mu, żeby zjechał.

– A już myślałem, że będziemy tutaj siedzieć do usranej śmierci! – zawołał pogodnie Bradley, podbiegając do samochodu. Po chwili migotliwe światło ponownie rozlało się po polanie, jezdni i okolicznych drzewach. – A wracając do tego psa Dunduna, nie? To ten… nie żyje. Dundun znalazł go przy działce, pod własnym płotem, obdartego ze skóry, jakieś dwa dni temu. Tutaj, nawet niedaleko, w tym lesie. Nie dziwię się zresztą, bo mało kto go tam lubi, nie?

– Że niby obdarli facetowi psa ze skóry dlatego, bo go, kurna, nie lubili? – zdziwił się Frank i pomachał do zbliżającego się samochodu – małej ciężarówki, jak zdążył zauważyć, gdy reflektory nieco przygasły i pojazd zjechał na pobocze. Za kierownicą siedział jakiś starzec.

– No, nie ma w tym najmniejszego sensu w sumie, nie? – zaśmiał się nerwowo posterunkowy. – Ale Titus mieszka tu niedaleko, na przedmieściach. Mogło jakieś dzikie zwierzę zaatakować…

– Tak, tak, i obedrzeć psinę ze skóry, a potem zrobić sobie z niej zimową czapeczkę. Dobra, idź do faceta, bo ja się beznadziejnie czuję. Zgłoszę na komendę, że zaraz zawijamy.

– Okay, sir.

– A, zaczekaj jeszcze.

– No?

– Daj mi jednak tej herbaty. Zamarznę tutaj na lód.

 

***

 

– Dobry wieczór. Posterunkowy Bradley Boyle. Proszę pokazać dowód rejestracyjny, prawo jazdy…

Wzrok starca tkwił w głębi kniei. Zdawał się coś tam dostrzegać.

Młody policjant stanął na palcach, zaświecił latarką i pochylił się do przodu, by zajrzeć do ciężarówki, jednak prędko cofnął, krzywiąc się paskudnie. Wnętrze pojazdu śmierdziało stęchlizną. I krwią.

 

***

 

W radiu ponownie zaszumiało i odezwał się kobiecy głos:

– Zero do zero trzy. Mówi porucznik Emma Goldberg. Sprawdźcie tego faceta. Może być zamieszany w ostatnią serię zabójstw w okolicy.

– Jaką znowu serię zabójstw?! – krzyknął podporucznik, uderzając pięścią w deskę rozdzielczą samochodu, przy okazji niefortunnie oblewając siedzenie gorącą herbatą.

– Chodzi o tajne dochodzenie prowadzone przez Federalne Biuro Śledcze, wtajemniczone w nie jest jedynie garstka osób. Was przydzielono do zbadania tej okolicy, żeby potwierdzić nasze przypuszczenia.

– FBI?! Jak to do zbadania okolicy?! My tu na drogówce stoimy, łapiemy pijanych kierowców, piratów drogowych. Nic nam, cholera, nie powiedzieli!

– Powtarzam jeszcze raz: sprawdźcie go. W razie problemów, wezwijcie mnie przez radio, a jak najszybciej zostaną przysłane posiłki.

– Istnieje przypuszczenie, że dziadek, którego zatrzymaliśmy, jest seryjnym mordercą?

– Nie mogę powiedzieć. – Radio zatrzeszczało przeciągle. – Niestety.

– Czy ma to coś wspólnego z zabiciem psa sierżanta Dunduna? – nalegał Nelson.

– Dobra, podporuczniku. Podejrzewamy, że to Kłusownik z Doliny Siddim – Znowu szum, szum, szum.

– Jasna cholera! To są jakieś żarty! – Frank wyciągnął z kabury pistolet, odbezpieczył.

Chciał w celach poszukiwawczych wyjrzeć przez przednią szybę auta, ale ta, spowita tysiącami malutkich gwiazdeczek bladawego szronu, całkowicie to uniemożliwiała.

– Jesteście tam, Nelson? Zgłoście się! Nelson!

Trzasnęły drzwi radiowozu.

Szum, szum, szum…

 

***

 

Była mokra, dziwnie lepka. William nie widział jej w mroku. Znajdował się w jakimś chłodnym korytarzu, siedział na krześle. Na nim okrakiem siedziała ona. Ona. Kim ona jest? Wtuliła się mocniej, na plecach poczuł bolesne kłucie. Chmury za oknem odsłoniły szmaragdowy księżyc. Zaraz, zaraz, szmaragdowy? Sala teraz miała kolor zgniłej zieleni. Wszystko miało. Zobaczył ją, bladą, trupią staruchę. Pod ognistorudymi kołtunami pokazały się wielkie wyłupiaste czarne oczy, dwa wyloty, pozostałości po nosie, zdawały się go wąchać, badać. Ona czuła, co on teraz myśli, widziała jego rosnący lęk, z sekundy na sekundę ogarniającą go chęć ucieczki. Zgrzytnęła zębami, mocniej zacisnęła pazury na ramionach Williama, ścisnęła udami. Była naga. Z jej pochwy sączyła się gęsta, cuchnąca maź, wylewała się na niego. Czuł jej chłód, czuł strach i obrzydzenie. Obwisłe, pomarszczone piersi przyklejały się do niego. Nie mógł się poruszyć, chciał krzyknąć, uderzyć, uciec. Nie mógł.

Wielkie czarne oczy, jak przepaść, jak otchłań.

Patrzyły na niego.

 

***

 

Zaczynało świtać, kiedy Williama obudził dźwięk telefonu. Otworzywszy oczy, przechylił się na prawy bok. Służbowy, skonstatował. Sięgnął do nocnego stolika i podniósł słuchawkę.

– Detektyw William Twardy. O co chodzi?

– Hej, Billy. Tu Mercury. Musisz tu jak najszybciej przyjechać. Znaleziono kolejne ciało…

– Adres?

– Skrzyżowanie Main Street i Abraham Avenue, przy księgarni, powinieneś wiedzieć. To ta stara fabryka. Czekamy.

– Jestem w drodze.

Zerwał się z łóżka. O tym, co mu się śniło, już nie pamiętał, nie chciał pamiętać. W końcu był z wydziału zabójstw – koszmary to jego specjalność.

Nie spoglądając nawet na nagą Natalie leżącą pod kołdrą, założył pierwsze lepsze ubranie. Niedbale spiął długie włosy w kucyk i wyszedł. Zatrzasnął za sobą drzwi. Bo w końcu lepiej ją jednak obudzić, zanim przyjdzie Lena, pomyślał, idąc po schodach. Jeszcze tego by mi tylko brakowało. Żeby znowu dowiedziała się wszystkiego.

 

***

 

Nie posiadał samochodu, a motocyklem zwykł jeździć tylko prywatnie, toteż, nie mając większego wyboru, przyjechał taksówką. Pech sprawił, że gdy wyszedł z mieszkania, natrafił akurat na taryfę jednej z najdroższych korporacji taksówkarskich w Mieście-Gomorrah. Ale sprawa była pilna, czuł to. W ciągu piętnastu minut dojechał do celu. Zapłaciwszy kierowcy bajońską sumę, wyszedł na ulicę, w środek ulewy.

Adam White, pseudonim Mercury, czekał z otwartym parasolem, pod fabryką. Jak miał to w zwyczaju, sięgnął za pazuchę po buteleczkę whisky i upił połowę jednym haustem. W okolicy, jak okiem sięgnąć, nie było żadnych śladów ludzi, policjantów, radiowozów. Tylko on i Mercury. I wszechobecny deszcz. Twarz Williama mimowolnie wykrzywiła się w osobliwym grymasie. Coś się święci – pomyślał. Odchodząc kilka kroków od jezdni, cudem uniknął ochlapania wodą z kałuży przez odjeżdżającą taryfę. Machinalnie wyciągnął paczkę cameli, ale zorientowawszy się, jak mocno pada, podbiegł do Mercury'ego. Będąc już pod osłoną parasola, zapalił papierosa i pytająco spojrzał na przyjaciela. Ten milczał jak grób, gapiąc się ponuro na przybyłego. Stali dokładnie przy wejściu do budynku fabrycznego. Potężny gmach, stylizowany na quasi-romańską architekturę – z wiadomych przyczyn mocno wyróżniający się spośród okolicznych sklepików, kawiarenek i biurowców – w pierwszym momencie wydał się detektywowi z dawna opuszczony. Kiedy jednak rzucił okiem na wyższe kondygnacje ceglanej budowli, w jednym z okien dostrzegł ledwo widzialne światełko. Tuż nad bramą na niby-dziedziniec, znajdującą się na prawo od portalowych wrót zakładu, widniał stylizowany na gotycką czcionkę napis „Koneser głębszych – Wytwórnia wódek Miasta-Gomorrah". Znad stożkowych dachów dwóch widocznych fabrycznych wieżyc powoli wylewało się mgliste światło wschodzącego słońca, tłumione słotną aurą. Na burzę się raczej nie zbierało – był koniec zimy. Ale, w przekonaniu Williama, nikt nie mógł być tego pewnym. Prognozy zawsze kłamią.

Dzień wcześniej usypany śnieg topniał teraz pod monotonnymi uderzeniami tysięcy kropli deszczu, ulica powoli zamieniała się w malutkie bajorko.

– Wejdźmy – odezwał się w końcu Mercury, upiwszy kolejny łyk rozgrzewającego trunku. Williamowi nie podobało się, że jego przyjaciel z każdym tygodniem coraz więcej pił, zwłaszcza, że czynił to przeważnie w momentach szczególnego stresu. Ale tym razem Twardy nie skomentował tego. Tylko pstryknął niedopałkiem w ulewę. I dałby sobie rękę uciąć, że Mercury, ledwo zauważalnie, odetchnął z ulgą.

 

***

 

Podporucznik Nelson nie mógł uwierzyć, że Bradley tak po prostu zniknął. W ciągu zaledwie kilku minut, jakie minęło od momentu zatrzymania ciężarówki, posterunkowy dosłownie wyparował. Nawet nie powiadomił przełożonego przez radio. Kierowca również gdzieś wsiąkł. Śnieg powoli przestawał sypać, a spod czarnych chmur wynurzał się teraz księżyc w pełni – był rudawej barwy. Frank otworzył drzwi zatrzymanego pojazdu, kurczowo ściskając latarkę oraz rękojeść pistoletu, celując w każdy obiekt mogący stanowić zagrożenie. Od razu do nozdrzy podporucznika uderzył fetor zgnilizny i rdzawy zapach skrzepłej krwi. Odruchowo zasłonił się ramieniem, poczuł, jak go mdli. Nie zwymiotował – miał na to za mocny żołądek. I zbyt mało czasu. W kokpicie nie było nic, co mogłoby uchodzić za źródło tego straszliwego odoru. W stacyjce sterczały kluczyki.

– Podporuczniku Nelson! Jesteście tam?!

Policjant przez moment miał wrażenie, że serce stanęło mu w gardle, dreszcz przebiegł po całym ciele. Głos dochodził z krótkofalówki przypiętej do boku, obok kajdanek.

– Zgłoście się, błagam!

– Bradley? – odezwał się Frank i rozejrzał niepewnie dookoła. – Gadaj szybko, gdzie jesteś! Gdzie się podział ten typ? Co się z tobą, do cholery…

– Mówcie ciszej, sir! – uciął posterunkowy; szum z odbiornika nieco zakłócał słowa, ale jakoś dawało się je zrozumieć. – Bo mnie usłyszy…

– Kto cię usłyszy?

– Ten jebany psychol! Mówiłem, ciszej… Posłuchaj mnie – zaczął drżącym szeptem i po chwili krzyknął rozdzierająco. Podporucznik aż zamarł, z przestrachu odjął krótkofalówkę od ucha, na odległość, żeby nie stracić słuchu. Ułowił tłumiony szloch, przerywany przez zakłócenia.

– Jezu Chryste! – zawołał przerażony. – Co się tam dzieje, do cholery?!

– To-to tylko zgnieciona stopa… – wyjęczał Boyle. – Ciszej, błagam…

– Jak to zgnieciona stopa?

– Wlazłem w jakąś pułapkę chyba, jakąś na niedźwiedzie. Strzeliło i teraz tak napierdala, że zaraz normalnie…

– To ten stary skurwiel, tak? Mów, gdzie jesteś! Zaraz wezwę posiłki.

– Nie wiem, kurwa, gdzie jestem… Gdzieś w lesie. Niedaleko od ciebie, sir. Tego dziada tutaj nie ma, nie wiem, co się… – Trzask! I szum… szum, szum, szum…

– Bradley, do kurwy nędzy, nie rób mi tego!

W powietrzu rozległ się huk. To musiał być wystrzał z broni palnej, pomyślał policjant, patrząc na północ, na wielki las, w kierunku, z którego dobiegł go hałas.

Walnął odbiornikiem o ziemię. Kopnął w ciężarówkę i wrzasnął. Wpadł w szewską pasję – w jednej chwili słaby, znudzony codziennością, zmarznięty, w drugiej nienawidzący, pragnący zemsty, sprawiedliwości. Zabiję skurwysyna, zamierzał w furii, biegnąc do radiowozu. Wystawili mnie sukinkoty, zrobili ze mnie kozła ofiarnego!

Nawet nie ostrzegł, że idzie ratować partnera. Domyślał się, że i tak by to nic nie dało. Pomoc przyjechałaby za kilka godzin. A w tym czasie chłopak by zginął, o ile jeszcze żył.

Zabrał strzelbę, trochę amunicji ze schowka i popędzany adrenaliną ruszył w mroczny gąszcz.

 

***

 

Na parterze nie było praktycznie nic. Zwyczajnie poustawiane proste kolumny, dookoła niedokładnie rozmieszczone struktury naściennych rur hydraulicznych, sporo drzwi i nikłe światło, dostające się tylko przez nieliczne okna – stare, zgasłe żyrandole wisiały pogrążone w półcieniu. Podłoga zwykła, chropowata, betonowa.

Nie poświęcili zbyt wiele czasu na to pomieszczenie, Mercury od razu skręcił w pobliskie drzwi na lewo, potem udał się na górę. Detektyw podążał za nim. Szli tak jeszcze przez chwilę, kiedy w końcu zatrzymali się na drugim piętrze, przed szerokimi, żelaznymi drzwiami. Mercury spojrzał niepewnie na Williama. Ten zrobił to samo, mierząc przyjaciela pytającym wzrokiem. Pomarszczona twarz partnera wyglądała teraz na starszą i bardziej bladą, niż w istocie była, krótkie, szpakowate włosy zdawały się siwieć w oczach.

– Wiem, że nie będzie ci łatwo, gdy to zobaczysz, Billy.

– Widziałem tyle trupów w swoim podłym życiu, że nic mnie już nie zdziwi – parsknął detektyw, naciskając na klamkę.

– Zaczekaj! – zawołał Mercury, ale jego towarzysz już stał jedną nogą w pomieszczeniu. Było praktycznie nieumeblowane. Leciwa, jakby szpitalna, mdławo zielona tapeta. Jedno okno, jakieś krzesło i żarówka zwisająca z sufitu. I pełno ludzi, zgromadzonych wokół czegoś leżącego na podłodze, pośrodku. Wszyscy pochłonięci robotą, kilku z laboratorium w skupieniu zdejmujących odciski palców z jakichś strzykawek, paru z wydziału antynarkotykowego, paru robiących zdjęcia, iluś tam nie wiadomo skąd i jeden chirurg, klęczący nad martwym ciałem – chyba należącym do młodej dziewczyny, sądząc po nienagannym biuście i modnym damskim ubiorze. Głowa była przykryta czarną plandeką. Wszędzie panował ten wszechobecny odór – mieszanina krwi, stęchlizny oraz specyficzny mysi zapach.

Twardy zbliżył się do grupki lekarzy.

Jeden z medycznych pomocników wstał i zagaił z meksykańskim akcentem, nieco roztrzęsiony:

– Witam, detektywie. Jestem Paul Sanchez z Laboratorium Kryminalistycznego Miasta-Gomorrah. Do-dobrze, że pan tak szybko przyjechał…

Uścisnęli dłonie.

– Dlaczego nie przewieziecie ciała do kliniki, gdzie można je lepiej zbadać? – spytał Will, z zainteresowaniem przyglądając się, jak chirurg nacina brzuch zmarłej ostrym, stalowym nożykiem. – Pierwszy raz widzę, żeby…

– Kwestie ostrożności… – wtrącił Meksykanin – nigdy nie wiadomo, co ten psychopata tym razem zaaplikował ofierze. M-może małą bombę?

– Ach, rzeczywiście. Typowe. Więc, co tutaj zaszło? Przedawkowała?

– Na to by wyglądało. Posiniałe końce palców… tak jakby amfetamina. Ale z pewnością przedawkowanie nie było głównym powodem zgonu tej młodej dziewczyny… Ma zasłoniętą twarz… – Rozmówca wskazał na czarny materiał przykrywający głowę ciała.

– Właśnie, dlaczego?

– Detektyw Mercury panu nie powiedział? Tym razem zabójca zadał sobie niemały trud. Dotąd było to tylko zadawanie ran i odcinanie kończyn, czasem poszczególnych organów…

– Chciałem mu powiedzieć – odezwał się nagle Mercury, zza pleców Billa. Podszedł bliżej i stanął obok, również patrząc na nieprzyjemne krojenie trupa, jednak z większym trudem, niż robił to William. – Tym razem morderca nie zaatakował w lesie – kontynuował zamiast lekarza, zwracając wzrok na Twardy'ego. – Ofiara nie zginęła od sideł, potrzasków, bądź innych kłusowniczych narzędzi. Tym razem zabójca zdjął ofierze skórę z czaszki… Dosłownie. Dosyć zręcznie, chirurg uznał, że pierwszy raz w życiu widzi coś takiego na własne oczy. Zniknęła z twarzy tylko skóra. Tylko skóra! Mięśnie, ścięgna… wszystko inne pozostało nienaruszone. Zupełnie, jakby…

– Jakby sprawca zdjął kobiecie skórę w magiczny sposób, jak zwykłą maskę? Bez nacięć, komplikacji. Jakby zdejmował jej tylko kolejną część garderoby? – podsunął detektyw Twardy, unosząc brwi.

– M-można tak powiedzieć. – Teraz medyk uśmiechnął się nerwowo.

– O ile jest to ten sam sprawca, co wcześniej. Nasz tajemniczy, sławny Kłusownik z Doliny Siddim, jak ładnie nazwały go brukowce – zadumał się Billy. – Przecież nie wiadomo do końca. Równie dobrze, mogą być to zwykłe porachunki niezadowolonego dealera, albo nawet zdradzanego kochanka, gangstera. Takie przypadki zdarzają się, a nas nie obchodzą. Kunszt wykonania… to już zgoła inna sprawa. Pomimo wszystko jednak, jedna rzecz – zadawanie śmierci – pozostaje identycznie brutalne jak w poprzednich przypadkach – Tutaj skrzywił się paskudnie, przenosząc wzrok na zasłoniętą twarz kobiety. – Morderca po schwytaniu ofiar sprawia im powolne cierpienie, tnąc, kłując i rozrywając… powolutku, delektując się bólem ofiary, zadowalając się wyższością nad słabszym, gorszym, w jego mniemaniu… podczłowiekiem.

– Niekoniecznie taki motyw musi mieć zabójca – stwierdził Mercury.

– Owszem, niekoniecznie. Ale takie założenie można przyjąć, nigdy nie zaszkodzi, a mnie pozwala o wiele łatwiej wyciągać wnioski. Z jakiej to innej przyczyny Kłusownik miałby porywać, zabijać ludzi? Morderca zawsze ma jakiś powód. Na ogół robią to z osobistych pobudek, dla pieniędzy, dziedziczenia, bądź odebrania czyjegoś majątku, dla zemsty… Czy to nie brzmi śmiesznie? Wszak nasz zabójca zadowala się każdą ofiarą. Nie są to ofiary bogate, nie są to tylko kobiety, a nawet nie są to tylko ludzie. Fakt, często związani są jakoś z policją, więc można i podejrzewać jakąś grupę przestępczą albo nawet kogoś z naszych, co mnie jednak nie przekonuje. Z kolei gwałt? Nie… żadnej dziewczyny dotąd nie zgwałcił, mężczyzn także. Nawet pośmiertnie. Nekrofilia odpada. Jest aseksualny. Może ten przestępca ma całkiem inne motywy? Może jest jak zwierzę. Dusi, wykrwawia, bo pragnie… bo… jest głodny? Może chodzi mu o trofea? To brzmi śmiesznie, ale niczego nie wykluczajmy. Kanibalizm może być równie prawdopodobny jak nieprawdopodobna, według mnie, jest chęć dążenia do hegemonii jednego z bardziej szurniętych policjantów poprzez eliminację konkurentów. Jest mniej bzdurny w tym bzdurnym burdelu, jaki nas ogarnia.

Obaj rozmówcy Willa zamarli na chwilę, również, w zamyśleniu, przyglądając się zwłokom.

– Może i racja – Mercury wzruszył ramionami. – W końcu kilka ofiar przepadło bez wieści, nie wiadomo, gdzie są ich ciała, co się z nimi stało. Może ktoś je zjadł – dodał kpiąco. – A może wcale te zaginięcia nie mają nic wspólnego z Kłusownikiem? Wszak jego inne ofiary znajdywano poharatane przez myśliwskie pułapki na zwierzęta. Połowa z nich miała w rodzinie policjantów… Ale nie ma dowodów. Wszystko ma jakiś ład, zależy, jak spojrzeć.

– Zależy, jak spojrzeć… – pokiwał głową Twardy.

– Więc teraz pozostaje tylko kwestia znalezienia rodziny ofiary – podsumował niecierpliwie Sanchez. – Twarzy nie ma, ale dokumenty znalazł jeden z policjantów.

– Jaki rodzic chciałby usłyszeć taką nowinę… – jęknął Mercury.

– Ktoś będzie musiał – rzekł twardo Billy. – Ale to nie ma teraz znaczenia… Sprawca musiał zostawić jakieś wskazówki. Poprzednim razem, kiedy znaleźliśmy chłopca w szopie, nad brzegiem North Twin Lake, na kartce w kieszeni jego kurtki była informacja o tym, kto ma być następną ofiarą…

– Mam to ze sobą – Mercury wyciągnął zmięty kawałek pergaminu i podał go detektywowi Twardy'emu. Ten przeczytał uważnie jego treść, powoli pokiwał głową, krzywiąc się.

– To było do przewidzenia, ale nie wpadliśmy na to. Bo skąd mogliśmy wiedzieć, że skurwiel zabije jakąś cholerną ćpunkę? Tutaj, w Mieście-Gomorrah? Dlaczego nie w Evil Forest, jak zwykle? Zwykle mordował osoby, które znał ktoś z naszego środowiska, to niepokojące, ale tak właśnie było. Jak ten chłopiec Tommy, syn oficera Browna, albo wcześniej żona Jerry'ego Werrena, tego faceta z Land O' Lakes, a nawet, co śmieszne, pies sierżanta Dunduna. Wszystkich jako tako znaliśmy, mieliśmy o nich większe pojęcie. Jak miała na nazwisko ta dziewczyna?

– Violetta Dembowsky – przeczytał medyk z dokumentu ofiary. – Urodzona 26 kwietnia 1990r. w Detroit.

– Nic mi to… Zaraz… Powiedziałeś Violetta? Georgia Dębowska?

– Tak, Dembowsky… Georgia to jej drugie imię.

– Mercury, to ona? – krzyknął William. – To jest, do kurwy nędzy, ona?!

Przyjaciel w ciszy skinął głową. Sięgnął po flaszkę whisky.

Detektyw Twardy rzucił się w stronę ciała zamordowanej, odepchnął chirurga, klęknął i ku przerażeniu zgromadzonych, zdarł czarną plandekę z głowy trupa.

Wielkie, wyłupiaste oczy z czarnymi tęczówkami, bez wyrazu, jak zastygłe, patrzyły w sufit. Nie miały powiek. Ognistorude włosy, jak płomień zapałkę, okalały oszpeconą twarz. Twarz bez nosa, ust, bez skóry. Sam szkielet, sterczące kości policzkowe, ściśnięte, zakrwawione zęby, dziąsła. Mięśnie, ścięgna. Tak dramatycznie niepodobna, a przecież ją znał…

 

***

 

Pocałował ją jeszcze raz i ścisnął mocniej, aż jęknęła z rozkoszy. Miała cudowny uśmiech. Należał do typu tych słodkich, nastoletnich dziewczyn, które patrzyły na trzydziestokilkuletniego mężczyznę, widząc w nim spełnienie swoich, niezrozumiałych dla normalnego człowieka, głupiutkich marzeń. Dostrzegały w nim swojego dorosłego, pięknego Adonisa. Faceta z zarostem, owłosioną klatą i z kasą, zawsze i wszędzie, na kino, biżuterię i inne śmieszne rzeczy.

Objęła Billy'ego udami i wtuliła się mocno.

– Zabierzesz mnie tam, prawda? – spytała, chichocząc uroczym, dziecinnym głosikiem.

– Zabiorę cię tam, gdzie tylko zechcesz, ptaszyno – szepnął i leniwie ugryzł ją w ucho.

Zapiszczała i roześmiana zadarła rudowłosą główkę. Jej młode, blade, malutkie piersi podskakiwały w jedną i w drugą stronę.

– To zabierzesz mnie, czy nie, niedobry mężczyzno? – zawołała zadziornie i utkwiła w Williamie swe wielkie czarne oczy.

– Och, tak! – wykrzyknął i zanurzył się w głąb kołdry.

Jej wielkie czarne oczy…

 

***

 

Ktoś zapukał do drzwi. W pomieszczeniu było ciemno.

– Co… jest? – spytał William, nadaremnie rozglądając się.

– To ja, detektyw Adam White, twój kumpel Mercury, pamiętasz? – Przyjaciel wszedł do środka, zapalając światło. – Wraz z Paulem przenieśliśmy cię tutaj, do pokoju obok. Znaleźliśmy tutaj łóżko. Zasłabłeś. Trzymasz się jakoś, chłopie? Masz, zrobiłem ci kawę, jeden z ekipy zabrał ze sobą ekspres.

– Cholera – westchnął detektyw Twardy, siadając na łóżku, bezmyślnie mieszając łyżeczką w filiżance. – Coś ze mną nie tak ostatnio…

– Ja wiem, co cię gryzie, Bill – powiedział Mercury, po czym usiadł na krześle, naprzeciwko rozmówcy. – Przede mną nie musisz udawać, jesteśmy kumplami, partnerami. Znamy się odkąd ukończyłeś szkołę. Twojego ojca, niegdyś najlepszego glinę w mieście, znałem całe swoje pieprzone życie. Tyle lat… Ty myślisz, że nie widzę, jak się zachowujesz? Nie myśl, że pod tą grubą powłoką, twój największy przyjaciel nie potrafi dostrzec prawdy. Znałeś tę dziewczynę… i to bardzo dobrze. Wiedziałem o tym, dlatego chciałem cię ostrzec.

– Nikt nie może… – zaczął Twardy, wstając.

– Siedź, jeszcze nie doszedłeś do siebie – uspokoił go Mercury. – Nie bój nic. Dochowam tajemnicy. Wiem, że nie chcesz, żeby Lena dowiedziała się o tych twoich wyskokach, rozumiem. Mojej Annie nie mówiłem, dopóki po raz wtóry mnie nie przyłapała i nie wzięła rozwodu, wyrzucając mnie gołego, bez niczego, na ulicę. – Parsknął śmiechem. – Teraz dwudziestotrzyletni syn, Michael, „robi karierę" w Nowym Jorku, a siedemnastoletnia Nicole mieszka z matką w Chicago. Żadne z dwojga dzieci nie chce mnie znać, od lat nie mam z nimi kontaktu. Dlatego ostrzegam cię… uważaj z tym, bo skończysz jak ja. Jestem od ciebie starszy o tych ładnych parę lat, kryzys wieku średniego za mną, pięćdziesiątka za rok, czy dwa… Starość, choć jeszcze nie widać, bo żwawy jestem chłop, zbliża się coraz większymi krokami. Ale ty sobie, kurwa, tak nie spieprz życia. Powiedziałem wszystkim tamtym z antynarkotykowego i z laboratorium, że zasłabłeś przez ten widok. Że krwawy, i że rzadko widujesz tak drastyczne przypadki. Chyba uwierzyli, bo nie zadawali pytań. Sami zresztą też źle się czuli. Co cię, do cholery, napadło, żeby odsłaniać tę pieprzoną plandekę? Chirurg specjalnie zasłonił dziewczynie twarz, bo wszystkim chciało się wymiotować…

– Ja…

– Nie przepraszaj. Ja cię rozumiem, Billy, jak nikt inny. Też bym to zrobił, tak naprawdę, na twoim miejscu. Pokusa jest zbyt wielka. Mogłem cię wcześniej ostrzec… Nie tak przed samym wejściem. Czułem, że ją znasz, tę Violę.

– Poznałem ją w pubie ładnych parę lat temu. Nie wiedziałem, że ćpa… a może zaczęła od niedawna? Była jedną ze stałych klientek, zawsze przychodziła sama. Kiedyś, jak zwykle zmęczony po pracy, wpadłem na parę lufek. Nie spodziewałem się nawet, że to tak się szybko potoczy. Lena oczywiście zajęta, pracowita sekretarka w bardzo ważnej firmie. Haruje jak wół, na nic nie ma czasu. Liczy się tylko kasa. No więc, skończyło się tak, że po paru godzinach w barze poszedłem z tą Violettą do pobliskiego hotelu. Od tamtej pory spotykaliśmy się parę razy w tygodniu. Często mówiła, że studiuje i ma mało czasu. Teraz wiem, cholera, że gówniara zakuwała do zbliżającej się matury. W końcu urwał się nam kontakt… w sumie to… ja z nią to zakończyłem. Nie chciałem… Z jednej strony mogłem mieć przesrane w robocie, w końcu małolata. Jakby się rozeszło, że puka ją glina… Z drugiej strony… Lena. Coś już podejrzewała. Nie mogłem przesadnie folgować.

– Nie mów już. Wiem. Ale Lena się nie dowiedziała.

– Sorry, że nigdy ci o tym nie mówiłem… Ale rozumiesz, że nie chcę stracić Leny, mimo wszystko. Kocham ją. Na swój sposób… Teraz wystarczyłby jeden raz, a wyrzuciłaby mnie na zbity pysk. Jak ciebie Anna… Ostatnio parę razy jej podpadłem. Widziała mnie z panienkami, ale zawsze to jakoś jej tłumaczyłem… Tym razem na pewno wyśle pozew o rozwód, to więcej niż pewne. Planowaliśmy dziecko… Jak ze mną skończy…

Adam White, wstał z krzesła i widząc, iż Twardy wypił już całą kawę, zabrał filiżankę i nacisnął na klamkę drzwi.

– Wiem, wiem, chłopie… ale pogadamy o tym potem – westchnął. – Zapomniałem powiedzieć ci o czymś ważnym. Zjawili się ludzie z FBI. Chcą z tobą pilnie gadać.

 

***

 

Kiedy weszli do zielonego pomieszczenia, ciała już nie było. Pozostała tylko krew i odrysowane białą kredą linie po zwłokach, oznaczone wcześniej przez biegłych. Jeden policjant robił jeszcze zdjęcia miejsca zbrodni. Chirurg, medycy, antynarkotykowi i cała reszta z laboratorium – zniknęli. Przywitało ich dwóch mężczyzn w czarnych prochowcach. Jeden z nich, barczysty, ogolony na jeża, z okularkami przeciwsłonecznymi, wpatrywał się w nich, trzymając zaplecione ręce. Drugi, wysoki i chudy jak jeden z tych słupów telefonicznych za oknem, z kozią bródką i wąsem a la William Taft, przyglądał się im badawczo, z bladawym uśmiechem na twarzy.

– Agent specjalny Titus Dundun, Federalne Biuro Śledcze – odezwał się po chwili. – Przejmujemy sprawę.

– Na jakiej podstawie? – Bill bezskutecznie starał się ukryć gniew. – Ty nie byłeś przypadkiem sierżantem z drogówki? Śmierć kochanego psa wpędziła cię w nieustanne retrospekcje myślowe, przyjęli cię do ważnej fuchy, więc trzeba na wstępie coś namieszać? Dobrze ci tam płacą, co? Nie możesz, jak wcześniej, zająć się strzelaniem do celu, zamiast wtrącać się w poważne śledztwa?

– Ja zawsze strzelam i trafiam w cel – powiedział ostro wąsacz i uśmiechnął się krzywo. – Tutaj mam, co panu do szczęścia potrzeba i do widzenia – dodał, dobywając z aktówki trzymanej przez towarzysza jakieś papiery i podając je detektywowi. – Inspektor Wimple został poinformowany o pańskiej bliskości z młodą zmarłą Violettą.

– Co? Skąd…

– Według procedury, musi pan zostać odsunięty. Wyznaczono mnie, jako osobę bardziej kompetentną, będącą w stanie sprawniej podołać zadaniu. Nie jestem, jak pan, zaangażowany w sprawę emocjonalnie, nie mogę zatem ulec pragnieniu zemsty albo innej nieracjonalnej skłonności zranionego umysłu. Słowem, jestem świeży. Zważywszy na rozległą przestrzeń czasową, od wielu miesięcy, nie zdołał pan zapobiec ani jednemu morderstwu, a ofiar wciąż przybywa. Mamy już prawie dziesięć rodzin pozbawionych bliskich osób, ale panu to nie przeszkadza. Pan ma własne zmartwienia. – Tutaj znacząco wskazał głową oznaczone miejsce śmierci dziewczyny. – A zmartwień w takim zawodzie trzeba się wystrzegać, chyba się pan ze mną zgodzi, prawda, panie Twardy?

 

***

 

Było popołudnie. Mercury zatrzymał auto na czerwonych światłach, spojrzał troskliwie na przyjaciela wyglądającego przez szybę, bez jakiegokolwiek wyrazu.

– Co to za gówno… – warknął William.

– Ach, to klasyka! „Going up the country” – Canned Heat. Czym ty się, Billy, tak przejmujesz – westchnął, ściszając nieco radio. – Zawsze znajdzie się większa ryba, nauczyłem się tego już dawno temu. Zresztą i tak nam śledztwo nie szło, facet ma rację. Nigdy nie przepadałem za federalnymi… ale może coś cwaniaki wykombinują lepiej, w końcu tu chodzi przede wszystkim o schwytanie mordercy, który jest na wolności. Z każdym dniem mieliśmy coraz mniejsze szanse…

– Znaleziono jakąś tajną informację przy Violetcie? – uciął Twardy.

– Zapomnij. Ty nie rozumiesz, co się dzieje? Jesteś w szoku, zginęła bliska osoba. Rozumiem. Ale zrób, jak mówią. Gadałeś dopiero co przez telefon z inspektorem, zrób, jak mówi. Weź urlop, odpocznij, może gdzieś wyjedź z Leną. Do Wisconsin Dells, na poprawę związku zawsze dobre są wakacje. Wiem coś o tym, wierz mi. Przestań już ją zdradzać… przecież ją kochasz, wiem o tym, chłopie…

– Znaleziono przy niej informację?

– Masz ci los, widzę, że wpadłeś w trans – powiedział Mercury, wyciągając z kurtki małe zawiniątko, rzucił je Twardy’emu. Światło zmieniło się na zielone, dodał gazu, odbił w prawo. – Morderca umieścił ją w czaszce ofiary, dzięki tobie tak naprawdę zaoszczędzono sporo czasu, bo wcześniej rozcinano ją, zaczynając od dołu, szukali w organach, nic nie znaleźli. Kiedy zdjąłeś plandekę, chirurg zauważył niewielki otwór w potylicy, przez który wyjęto mózgowie. Tam też włożono to – kręcił głową, odruchowo chcąc sięgnąć po whisky, powstrzymał się jednak w ostatniej chwili – prowadził przecież samochód.

William z malutkiego pakunku wyjął zawinięty pergamin – jak zwykle sprawca pozostawiał wskazówki na kawałkach wyprawionej ludzkiej skóry, nie na tradycyjnym papierze.

Przeczytał na głos notatkę:

 

„Nim kur zapieje

żywot kamieniem

kolejny się stanie

pociągnie w otchłań

śpiesz się i czekaj

czekaj i się śpiesz

to przyjdzie do ciebie

sodoma, gomora

bez zrozumienia

bez przebaczenia

cokół się łamie

miąższ z ciebie ubywa

toń, toń i toń

chyba, że wzrok swój

uchowasz złakniony”.

 

– Zagadka – mruknął Adam White. – I gówno z niej rozumieć. Facet sobie z nas jaja robi… daj sobie, Billy, spokój. Na serio.

Twardy zdawał się być jeszcze pogrążony w słowach z pergaminu.

– Poprzednio też gówno znaczyło – burknął po chwili. – A jednak, jak teraz patrzę na tamtą notatkę, łapię się za głowę i zastanawiam, jaki głupi byłem, że na to nie wpadłem. „Niedojrzała, zakazana, odrzucona, we łzach, straciła głowę, straciła twarz, teraz się igłą trąca…” – zacytował z pamięci. – „Czerwona krew, niczym włos jej…”.

– To brzmi tak, jakby zagadka skierowana była wyłącznie do ciebie… Ja bym w życiu nie mógł tego odgadnąć. Bo skąd miałbym ją niby znać, tę rudą…

– Bo tak w istocie jest… Tylko dlaczego Kłusownik chce czegoś właśnie ode mnie?

– Chciał. Wcześniej pisał zagadki skierowane raczej do wszystkich, każdy mógł coś wymyślić, każdy mógł znać następną ofiarę. Tę znałeś tylko ty. Teraz może być inaczej. Może nie znasz jej ty, tylko ktoś inny… inny spośród nas.

William przeczytał zagadkę na głos jeszcze raz.

– Tobie to coś mówi? Zastanów się.

– Chryste, Bill. Nic a nic. Kur? Że czekać i śpieszyć się jednocześnie trzeba? Że Sodomia i Gomoria jakaś? To brzmi raczej jak modlitwa do Lucyfera napisana przez jakiegoś chorego łajdaka. Nie czytaj tych bredni, zawiozę tę ścierę jutro po cichu na komisariat, niech przekażą federalnym. I niech oni sobie łamią mózgi.

– Nie ma mowy. Tak się składa, że ja to widzę. Ta zagadka jest skierowana do mnie.

Odwrócił pergamin i pokazał Mercury’emu napis z drugiej strony:

„Dla Williama Raymonda Twardy’ego – Kłusownik z Doliny Siddim”.

 

***

 

Znów te same twarze, te same głosy. Uderzenie. I rozprzestrzeniający się ogień, jego gorąco, które zwęgla skórę, pali włosy i ubrania, ścina białko, dym krztusi, nie daje oddychać. Te potępieńcze wrzaski, trwające krótko, dla niej jednak, o zgrozo!, trwające wieczność.

Samochód w płomieniach. Ci, którzy uderzyli, wysiadają i gapią się. Osłupiali.

Ona patrzy przerażona, biegnie i biegnie. Jest zmęczona, czuje tylko zmęczenie i nieskrępowany, olbrzymi wybuch rozpaczy. Te łzy, palące jej twarz, czuje żar dobiegający z samochodu. Widzi sąsiadów, zgromadzonych wokół, tępo patrzących na wydarzenie. Żaden nie rusza się do domu, by zadzwonić na pogotowie, po straż pożarną. Po cokolwiek. Wszyscy tylko stoją i patrzą. Ona też tylko stoi i patrzy. Tylko stoi i patrzy. Ona też…

 

***

 

– Pani Lena Kuczerenko? – Jakiś mężczyzna w szarym garniturze.

– Tak. – Szloch, łzy, teraz nikły przebłysk nadziei. – To ja… Czy…

– Niestety – Kręci głową, ma smutne oblicze, jakby… pełne żalu? – Odnieśli zbyt wiele obrażeń… Zarówno rodzice, jak i niemowlę, pani brat…

Godzina dwudziesta trzecia czterdzieści dziewięć, siódmy marca, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy – zaledwie tydzień przed jej dziewiętnastymi urodzinami.

Pamiętała tę datę doskonale. Pamiętała tę gorycz, tę utratę nadziei, utratę chęci do życia, utratę wiary w Boga, wiary w cokolwiek.

Tę suchość warg i pieczenie wypłakanych oczu, niezdolnych już do ronienia łez.

Te kłucie w klatce, tę duszność w powietrzu – pamiętała.

Żałowała, że nie potrafi… zapomnieć. A nade wszystko – że nie potrafi do nich dołączyć i być z nimi już na zawsze.

 

***

 

– Znowu pani przysypia.

Zerwała się automatycznie, na podłogę spadły jej okulary, niechcący zmiotła z biurka stosik niewypełnionych formularzy, segregator i słuchawkę telefaksu, która zawisła w powietrzu, podskakując na sprężystym kablu. Spojrzała lękliwie na szefa, który stał nad nią, spozierając ze złością i kpiną.

– Lena, ogarnij ten syf i weź się w garść, do cholery – Wyciągnął w jej stronę papierową teczkę i położył na zagraconym biurku. – Potem idź do siódemki i skseruj to dwadzieścia razy, potrzebuję tego na jutrzejsze spotkanie z CNBC. I wypełnij w końcu te dokumenty, bo dostanę szału! Nie zawal, bo tym razem cię zwolnię, nie żartuję.

Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Przez chwilę miała pustkę w głowie. Kiedy pozbierała myśli i zrobiła porządek z walającymi się wszędzie papierami oraz sprzętami biurowymi, włączyła komputer i po raz kolejny tego dnia weszła na pocztę elektroniczną. Nowa wiadomość. Zadrżała i otworzyła maila – ten sam obcy nadawca, co poprzednio, brak tekstu. Nie miała wyboru, zajrzała w załącznik, wcześniej wiedząc, co w nim zobaczy. To samo – zdjęcie Williama w towarzystwie nowej dziwki.

Skrzywiła się i niemal mdlejąc wsparła głowę rękoma, słone łzy zalały jej twarz.

Zadzwonił biurowy telefon. Nie odebrała. Nie chciała z nikim gadać, nie chciała pracować, nie miała siły, nie miała…

– Piiiip. Dlaczego nie odbierasz, Lena? – odezwał się szef przez telefoniczną sekretarkę. –Zapomniałem walizki, znieś mi ją na dół, rozpadało się, nie mam czasu zasuwać znowu dziesięć pięter windą. Zrób to, szybko! Piiiip.

Dzwoniło. Nie słuchała. Leżała na biurku, z rozmazanym makijażem, z zamkniętymi powiekami. Dzwoniło. Zaciskała zęby, do bólu, aż zaczęły zgrzytać.

– Piiiip. Kurwa mać, jebana suko! Znoś mi to na dół, bo cię wypierdolę z pracy! Zaraz się przez ciebie spóźnię! Piiiip.

Dzwoniło i dzwoniło. Brzęczało, dudnił blat biurka, trzęsąc nim nie do wytrzymania.

Dzwoniło.

– Piiiip. Hej, Lena. Tu Jared. Wyskoczymy gdzieś razem po pracy? Wiem, że jest późno i w ogóle. Pewnie będziesz zmęczona… Odbierz, jeśli tam jesteś. Halo? Może jutro? Jesteś tam? Dlaczego nie odbierasz? Piiiip.

Dzwoniło.

– Piiiip. To znowu ja. Zrozum. Will ma cię w dupie. Im wcześniej to pojmiesz, tym lepiej. Co z tego, że jesteś z nim w ciąży. I tak o tym nie wie, nawet się nie ucieszy. Zostaw go. Przez niego tylko cierpisz. Lena… jesteś tam? Piiiip.

Kiedy telefon znowu zaczął dzwonić, odebrała słuchawkę.

– Zostawcie mnie wszyscy! Sukinsyny! Odczepcie się ode mnie!

– Dobry wieczór, pani Kuczerenko. Czy może raczej, pani Twardy – Pomimo zrujnowanego samopoczucia, poznała ten głos, to był facet, który ją prześladował, to on podsyłał jej zdjęcia, on mieszał się w jej życie.

– Zostaw mnie!! Nie chcę już nic wiedzieć! To wszystko kłamstwa, kłamstwa!

– Są teraz w waszym domu, zabawiają się w najlepsze. Nie chce pani tego zobaczyć? Nie chce pani zepsuć im zabawy, zobaczyć ich min? Zemścić się, pani Twardy?

Zakończyła rozmowę. Przez dłuższy czas skrycie wahała się, jak ma postąpić. Telefon rozdzwonił się w najlepsze.

– Zemścić… zemścić się?

 

***

 

Znowu go przyłapała – już po raz drugi w tym miesiącu. Tym razem z zielonooka brunetką Natalie, która, nie wiedzieć jakim trafem, znalazła się pod łóżkiem, w sypialni. I to dokładnie w momencie powrotu Leny. William nie miał pojęcia, skąd jego żona zorientowała się, że to właśnie tam jest kryjówka kochanki, ale nie miało to też w tej chwili najmniejszego znaczenia. Było naprawdę źle.

Natychmiast kazała mu się spakować. Płakała. Jak zwykle, myślał Will, znów beczy, znów musiała wrócić z biura za wcześnie. Za dziesięć północ. Co też strzeliło tej babie do głowy! Nigdy nie kończy pracy o tej porze…

Teraz jednak dało się zobaczyć jej dziką złość, jej wściekłe, jakby pozbawione rozumu, wilgotne oczy. Inaczej niż ostatnim razem. Wyła i wrzeszczała niezrozumiale. Szarpała za włosy i rzucała w kochanków wszystkim, co miała pod ręką.

Przestraszona Natalie stała przy łóżku, zakrywając się rąbkiem pościeli. Obrywała salwą z talerzy i książek z pobliskiej półki.

– Wynocha! – wydarła się ponownie Lena, zrywając ze stołu obrus, zwalając porcelanę na podłogę. – Wypierdalać! Oboje!

Twardy nawet nie miał zamiaru zbliżać się do niej, by prosić o przebaczenie. Czuł, że to tylko pogorszyłoby sprawę. I najpewniej dostałby w pysk.

Błyskawicznie założył jeansy, koszulę i buty, pomógł Natalie zapiąć stanik. I tyle zdążył.

Lena wypchnęła ich z mieszkania na mroźną ulicę zasypaną śniegiem. Porywisty wiatr sprawił, że zaczęli drżeć. Zza drzwi dał się słyszeć hałas tłuczonych szklanych przedmiotów i histeryczny płacz.

Przez otwarte okno w powietrze wzleciała czarna, skórzana torebka – własność Natalie – omal nie trafiając Billa w twarz. Uderzyła w słup, zawartość rozsypała się z chrzęstem po chodniku. Zadzwoniły kluczyki i drobne, rozsypały się jakieś papiery.

– Zabieraj to, zdziro! – zawołała Lena łamiącym się głosem. Półnaga dziewczyna, widocznie zakłopotana, czym prędzej, bez słowa rzuciła się do zbierania drobiazgów.

– A ty zdychaj, skurwysynie! – teraz Lena zwróciła się do męża. – Niech cię wykończy jakiś twój cholerny psychopata! Wyląduj w piekle, stary łajdaku!

Billy słuchał krzyków w milczeniu. Czuł się podle.

I jednak nie wytrzymał. Po chwili, wbrew sobie, postanowił się bronić. Bez większego przekonania, skazany na porażkę. Coś go tknęło. Nie wiedział co.

– Ale, kochanie – odezwał się – ta dziwka nic dla mnie nie znaczy! Ona mnie upiła, to nic poważnego!

Natalie zastygła w bezruchu.

– Co?! Jak możesz…

– Sam nie jesteś poważny, cuchnący sukinsynu! – sprostowała Lena. – Zabij się na tym swoim motorze, niech cię znajdą w rowie! Albo niech nikt cię nie znajdzie, nie chcę cię, kurwa, znać!

Zamknęła okno z trzaskiem.

Spojrzał na Natalie – była wściekła.

– Wczoraj mówiła mi, że kończy dopiero po trzeciej, miała być dopiero rano… – spróbował się usprawiedliwić.

Łup! Omal nie wywrócił się na chodnik, tak nim trzasnęło. Boleśnie złapał się za policzek, w zdumieniu spoglądając na dziewczynę, odzianą jedynie w bieliznę; na środku ulicy, zimą. I w nocy – na szczęście.

Nic nie mówiąc, odwróciła się na pięcie i wsiadła do starego czerwonego pontiaca. Zapaliła i dała gazu, wywracając blaszany śmietnik i wysypując jego zawartość na ulicę.

– Tragedia, koniec świata – szepnął William zirytowany.

Założył czarną ramoneskę schowaną w bagażniku harleya stojącego przed garażem, zarazem dziękując Bogu za swój intuicyjny dar przewidywania nieplanowanych sytuacji.

Wsiadł na motocykl i włączył silnik. Zawarczało.

– Wrócę jutro! Może zmienisz zdanie! – zawołał w stronę domu.

I ruszył do najbliższego baru.

 

***

 

Jaki ojciec, taki syn. Raymond Twardy, ojciec Williama też nigdy nie odpuścił, myślał Mercury, krojąc cebulkę i wsypując ją na rozgrzaną patelnię.

Senior zginął prawie dwadzieścia lat temu w akcji, też dążąc do prawdy, junior poszukuje dalej. Czego? Cholera wie. Tacy ludzie jak on zawsze czegoś szukają, nawet, jeśli sami nie wiedzą, czego.

Zadzwonił telefon. Mercury z przyzwyczajenia spojrzał na zegarek. Za dziesięć pierwsza?

Ki diabeł…? Zgasił piecyk i odebrał.

– Detektyw Adam White? Wybaczy pan późną godzinę, porucznik Emma Goldberg. Agent specjalny Titus Dundun z FBI prosi pana o szybkie przybycie na kolejne miejsce zbrodni. To mało uczęszczana droga odchodząca od siedemnastej w Devil National Forest.

– Nie rozumiem, pani porucznik. Jeszcze kilkanaście godzin temu FBI oświadczyło, że przejmuje sprawę. Teraz proszą mnie o przybycie? O co tutaj chodzi? Czy Twardy’ego też poinformowano?

– Detektyw Twardy jest na urlopie, o niczym nie wie. Odpoczywa.

– Ach, tak. Faktycznie. Cóż, i tak nie mogłem zasnąć. Proszę przekazać, że pojawię się najszybciej, jak tylko się da.

 

***

 

Wbrew licznym przekonaniom, drogi na północnym zachodzie Doliny Siddim pozostawiały wiele do życzenia.

Natalie złapała gumę już po pierwszych kilku dziurach po wyjeździe z Miasta-Gomorrah; zjechała na pobocze, klnąc jak stary ksiądz biskup Arnold Zubik po wypiciu paru głębszych burbona z Kentucky.

Zarzuciła na siebie płaszcz, który miała na tylnym siedzeniu, i z trudem, na bosaka, wyszła z samochodu, zostawiając kluczyki w stacyjce. Otworzyła bagażnik.

– Cholera!

Nie było zapasowej opony. Ostatnią zużył Billy, myślała, kiedy wracaliśmy z weekendu w Wisconsin Dells – czyli jestem udupiona.

Spróbowała zadzwonić na pomoc drogową, na policję, nawet do miejscowego szeryfa, ale jedyną odpowiedzią na każde połączenie było bezlitosne „brak sygnału”.

Zrezygnowana odruchowo sięgnęła do kieszeni, szukając papierosów. Tylko jeden.

Zapaliła go już w samochodzie, trzęsąc się jak osika – jakiś czas temu wysiadło jej ogrzewanie, więc teraz siedząc w aucie, marzła niewiele mniej niż na zewnątrz.

Wzdłuż drogi rozciągał się gęsty las. Drzewa przysłaniały niebo, sprawiając, że w nikłym blasku księżyca mało co dało się zobaczyć. Było cicho i lodowato. Natalie mocniej otuliła się płaszczem.

Przypomniała sobie jak jeszcze niedawno William opowiadał jej o rozwodzie z Leną.

Jeszcze troszkę, malutka – mówił, leżąc i delikatnie gładząc Natalie po brzuchu – jeszcze kilka tygodni, a zamieszkamy sami. Ta flądra mnie kompletnie nie obchodzi!

– Nadęty frajer – szepnęła, nerwowo przyciskając filtr do ust. – Obyś zdechł, sukinsynu…

 

***

 

Najbliższy bar znajdował się dalej, niż przypuszczał Will. Musiał przejechać całe mile, żeby znaleźć się pod Terah Park, w centrum miasta. Tam zatrzymał się przy skrzyżowaniu Salt i Main Street i wysiadł pod samą knajpą.

Napis na szyldzie „Haeven In Hell” skusił Twardy’ego zarówno swą banalnością, rockandrollową aurą, jak i irracjonalnie wywołanym poczuciem bezpieczeństwa (bo, mimo wszystko, niebo w piekle musiało być stokroć milszym miejscem niż samo piekło-piekło).

Po mozolnym poszukiwaniu otwartego o tej porze lokalu, William mógł wreszcie odetchnąć z ulgą i wydąć wargi w zadowoleniu.

Gdy wszedł do środka, poczuł się niemal jak bohater typowego spagetti westernu z lat sześćdziesiątych. Nieliczni, nocni bywalcy, dotąd zajęci sączeniem trunków, graniem w karty oraz oglądaniem meczu w naściennym telewizorze, jak jeden mąż zwrócili twarze w stronę otwieranych drzwi. Pojawiły się krzywe spojrzenia i ciche szepty. W górze unosił się biały, krztuszący dym papierosów. Łysy, brzuchaty barman za kontuarem – na oko po pięćdziesiątce – przyjrzał się gościowi z niepokojem, jednak po chwili, Bóg wie z jakiej przyczyny, jakby odetchnął z ulgą i wrócił do dalszego czyszczenia szklanek.

Do urozmaicenia wyobraźni Billa brakowało już chyba tylko wahadłowych drzwiczek z cowboyskiego saloonu oraz bramkarza z czarną chustą, podbitym okiem i coltem za pasem, plującego żutym tytoniem na każdego, kto mu się nie spodobał.

Ze stylowej szafy grającej, stojącej w rogu, leciał typowo hardrockowy, prawdopodobnie najbardziej znany utwór wszechczasów – „Highway to Hell” zespołu AC/DC.

William zbliżył się do lady i usiadł na taborecie, naprzeciwko barmana.

– Coś podać? – spytał gospodarz.

– Cokolwiek.

– Piwo może być?

– Może.

– Jakie?

– A jakie macie? Jestem tu pierwszy raz…

Gospodarz wskazał na sporą beczkę z napisem „budweiser”.

– Tylko to, co widać – zaśmiał się parszywie.

– To po co, do kurwy nędzy, pytasz, jakie chcę? – Twardy najwyraźniej nie miał dobrego humoru.

– No, tylko nie tak ostro – warknął brzuchaty. – Nie myśl, że w stroju harleyowca można kogoś nabrać. Od razu widać, że nie należysz do żadnego gangu, że jesteś cienias. Każdy tutaj to widzi, więc schowaj tę nędzną maskę w kieszeń, a wyjmij portfel, frajerze. Tylko dlatego jeszcze jesteś w tym barze. Bo możesz mieć kasę, a ja jestem łasy… łasy na nią jak cholera.

Zmierzył Williama rozgniewanym wzrokiem, po chwili jednak, widząc ponurą, zmęczoną minę klienta, machnął ręką i zniknął za ścianą.

Billy westchnął i powoli rozejrzał się dookoła. Teraz nikt mu się nie przyglądał. Każdy zajęty swoimi sprawami. Każdy… oprócz jednego osobnika. Długowłosy, brodaty szatyn w wełnianym swetrze, postrzępionych jeansach i starym australijskim kapeluszu siedział kilka stolików dalej, sącząc coś przez słomkę. Jego głowa wydawała się pochylona nad trunkiem, jednak Will dałby sobie uciąć palec, że oczy przybysza spoglądały na niego spod szerokiego ronda.

Nagle zaczął żałować, że nie wziął broni ze schowka motocykla, jednak teraz to nie było ważne. Barman wrócił – niósł spory kufel złocistego trunku. Postawił go przed Williamem i stanął, dziwnie się wpatrując.

– A przy okazji, jestem Joe – burknął brzuchacz. – Joe Malvin. Witamy, poważnego pana w „Haeven In Hell”.

– Strasznie mi miło… Billy Twardy.

– Zagraniczne?

– Ta…

– Coś taki małomówny? Żona cię rzuciła? – prychnął szynkarz, nie mając nawet pojęcia, jak trafny okazał się jego płytki dowcip. – Na ogół nie męczę nowych klientów, ale coś mi się strasznie nie podobasz. Rosyjskie nazwisko? Polskie? Cholernie dużo ich w Mieście-Gomorrah. Nawet kolorowi uważają, że trza chujów tępić.

– Mam swoje problemy, nie chcę z tobą gadać, Joe. Wybacz mi.

– Jak wolisz. Pij te szczyny, glino (tak, wiem, żeś glina, widać to od razu), i albo coś potem zamawiasz, albo wypierdalaj z „Heaven In Hell”, bo trąci od ciebie piekłem na milę.

Barman miał już odejść, gdy William zatrzymał go, łapiąc za rękaw.

– Zaczekaj… wiesz może kim jest ten typ w tym śmiesznym kapeluszu? – wskazał palcem w stronę jednego z bywalców.

– A co, spodobał ci się?

– Przeciwnie. Gapi się na mnie.

 

***

 

Kiedy Mercury wyjechał z Miasta, wyciągnął telefon i spróbował połączyć się z Twardym.

Nie odbierał. Włączała się poczta głosowa. Nagrał mu się, mówiąc, żeby oddzwonił jak najprędzej, poinformował go o kolejnej zbrodni i o zaprosinach Dunduna. Wolał się jakoś ubezpieczyć – nigdy nie ufał federalnym.

– Coś ty znowu, chłopie, przeskrobał… – szepnął, rozłączając się.

Włączył radio. Radosna, szybka bluesowa muzyka zespołu Canned Heat przerwała męczącą ciszę, wypełniając wnętrze pickupa sielankową atmosferą. Adam uśmiechnął się pod wąsem i docisnął pedał gazu, nucąc słowa piosenki: „Cause it’s soon one morning down the road I’m going. But I ain’t going down that long old lonesome road all by myself”.

 

***

 

Minuty mijały, dłużąc się jak nudne reklamy w telewizji. Minął kwadrans, pół godziny, godzina. Natalie sama zresztą nie wiedziała, ile czasu tak siedziała w zimnie. Nie miała zegarka, w telefonie padła bateria. Czuła, jak dłonie jej kostnieją, jak coraz mniej może nimi poruszać, oczami osób trzecich widziała swą czerwoną, marznącą twarz. Trzęsła się, wilgotny wiatr, wciskający się do środka przez szparę w oknie, kąsał ją drapieżnie, obłaził, pochłaniał swym lodowatym oddechem. Wtulała się w płaszcz, wiedząc, że to na nic. Pod spodem nie miała nic, poza bielizną. Nie miała nawet butów. Bose stopy trzymała skrzyżowane na fotelu, gładząc je machinalnie rękoma, nie czując ich już w ogóle. Wszystko ją bolało, czuła, jak powoli każda część ciała zaczyna jej bezpowrotnie odmarzać… Przeklęła w myślach Williama i chcąc nie chcąc, ze zmęczenia, pogrążyła się we śnie…

 

***

 

– Nie jestem stąd – zaśmiała się, lejąc do szklanki kolejne piwo. Podała je klientowi.

Ten uśmiechnął się szarmancko i podziękował, powoli upił łyk, samej tylko piany, wpatrując się w Natalie.

– Niech zgadnę – zaproponował wesoło William, gładząc się po świeżym zaroście.

Barmanka zachęcająco pokiwała głową i usiadła naprzeciwko niego, opierając głowę na przedramionach.

– Gdzieś z Doliny Siddim? Czy z innego stanu? – spróbował.

– Innego, z Wisconsin. – Również napiła się piwa, z sokiem cytrynowym.

– Więc… Madison?

Pokręciła głową, przecząco.

– Ech… – westchnął i kontynuował, nie tracąc ducha:

– Więc na pewno Milwaukee, w tak wielkim mieście musi być miejsce dla tak pięknej panienki!

– Nie, nie tam. – Natalie uśmiechnęła się promiennie. – Próbuj dalej, przystojniaku…

– Dobra… lecimy na gapę…. Niech będzie… Green Bay, nawet niedaleko stąd! Na pewno Green Bay! Tak? Zgadza się?

Kiwnięcie głową i długi całus, który miał zapaść obojgu w pamięć na całe życie.

 

Koniec

Komentarze

Czytało się, jakby to było tłumaczenie z angielskiego: imiona angielskie, nazwiska tłumaczone, do tego to Miasto-Gomorrah (jak to się czyta? I czemu tak dziwnie?) i niekiedy dialogi bohaterów (po polsku nie zawsze mówi się "panie profesorze" albo "panie poruczniku", kiedy zwracamy się do takiej osoby).

 

Napisane bardzo dobrym, plastycznym językiem, tylko że... nie wciąga. Początek intryguje, ale im dalej, tym nudniej - ciągle miałem wrażenie, że już czwarty raz oglądam ten sam film, bo to opowiadanie pod względem fabularnym bardzo przypomina średniobudżetowe filmy sensacyjno-kryminalne. Dialogi stają się strasznie przegadane, czuć w nich narratora, bohaterowie pod byle pretekstem próbowali opowiadać swój życiorys (np. rozmowa z Mercurym).

No i przede wszystkim - nie powiedziałbym, że to jest fantastyka.

Nie trawię polskich/słowiańskich imion w fantastyce. To po prostu brzmi mi fałszywie, chyba że akcja dzieje się w brudnej Warszawie, na Dworcu Centralnym. Ale nie oszukujmy się. Jedyna fantastyka, jaka pasuje do realiów współczesnej Polski, to cud Tuska. Poza tym przecież postaci rozmawiają o stanach USA. Zarzut od czapy.

Dialogi wcale nie są przegadane. To są normalne, naturalne dialogi. Ja tak rozmawiam z ciotką.
Co do tego czy fabuła ciekawa czy nie, to już kwestia indywidualna. Co kto lubi. Mnie się nie podobało, za dużo akcji, za mało przystanków i opisów. Jestem kobietą i ważne jest dla mnie życie wewnętrzne bohatera i stopień zeschizowania Autora. Chłopcy pewnie bardziej docenią. Język też mi się nie podobał, za mało plastyczny.

Jak widzisz, drogi Autorze, opinie są różne, więc nie bierz ich do siebie i rób swoje. :)

A i słowo skurwysyn odmienia się w wołaczu "skurwysynu" a nie "skurwysynie". Klnijmy gramatycznie albo wcale. ;)

Klnijmy gramatycznie albo wcale. ;)

To są dialogi. Postać może mówić jak jej się chce, nawet "poszłem". 

Postać może mówić jak jej się chce

Jeśli postać mówi ogólnie niegramatycznie, to ok. Ale jak się wyrwie z jednym błędem, to zachodzi podej RZ enie, że Autor niedouczony w danej kwestii. :)

Dzięki za komentarze i cierpliwość, cóż wychodzę z założenia, że dzieło powinno bronić się same - toteż nie będę nic dodawał.

Pozdrawiam

"A i słowo skurwysyn odmienia się w wołaczu "skurwysynu" a nie "skurwysynie". Klnijmy gramatycznie albo wcale. ;)"

Właśnie, że nie, por. np. trzytomowy słownik Szymczaka. Poprawne są obie formy. Nie przesadzajcie z tym puryzmem, jak nie macie pewności.

Poprawne są też "swetr" a także "tą" jako biernik l.poj. od zaimka wskazującego "ta".
Możemy pisać w ogóle fonetycznie.

Ale to już zupełnie inne przykłady, nie traktuj tego tożsamo ze słowem syn, skurwysyn może mieć oboczne formy wołacza, moja teza ma poparcie słownikowe, mogę Ci wysłać skan, jak podasz maila.

dawaj, bo się pozabijamy iktornianka@wp.pl

Hej, już posłałem. Dodałem jeszcze skan z nowego słownika Markowskiego.

No jak tam? Doszło? Bo się niepokoję.

Sorry za takie offtopowe wątki pod opowiadaniem. Postaram się wypowiedzieć również merytorycznie, ale muszę znaleźć chwilkę wolnego czasu, bo sporo tekstu napłodziłeś.

Doszło, doszło. Jest jak mówisz. Zwracam honor i chusteczkę.

Odnośnie "skurwysynie" - skoro tyle wzbudziło kontrowersji - pamiętam jak to pisałem i na początku zrobiłem "skurwysynu". Sprawdziłem w słowniku, tam zaś było napisane, że to forma "skurwysynie" jest poprawna, więc zmieniłem ;)

A tekstu sporo napłodziłem... choć jak na półtora roku męczarni nie jest tego tak wiele ;)

Pozdr

Nie no, na 3 to to nie jest. Stawiam 4, faktycznie język jest plastyczny i staranny, ale jest i fabuła, ciekawe opisy i dialogi oraz umiejętne przerywanie tych dialogów wtrętami, które sprawiają, że da się przebrnąć przez ten obfity tekst.

A gdzie tu fantastyka?

Z tylko jemu znanej skrytki wyciągnął gruby sznur, zawiązał o wezgłowie łóżka i spuścił piętro niżej, za pobliski płot tak, by zszedłszy nie musiał przeskakiwać jeszcze za teren działki.

Zadziałałoby tylko, gdyby sznur był przyczepiony na dole. W przeciwnym wypadku pod wpływem ciężaru chłopca końcówka “przeskoczy” przez płot.

Babska logika rządzi!

Kilka drastycznych morderstw to raczej kryminał, nie horror. A fantastyka? Czy znajdę ją w drugiej części opowiadana?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka