- Opowiadanie: Kotroniusz - Spotkanie w Machu Picchu

Spotkanie w Machu Picchu

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Spotkanie w Machu Picchu

 

Ellie wysiadła z minibusa i zamaszystym ruchem zarzuciła plecak na ramiona. Kogoś przy tym potrąciła, ale nawet nie odwróciła się żeby przeprosić, burknęła tylko coś pod nosem i energicznym krokiem ruszyła w kierunku kas broniących dostępu do Machu Picchu. Jeśli się wysiada z autobusu i sterczy przy drzwiach, to niech nie później nie ma pretensji, że go ktoś potrąci.

Była wściekła na cały świat, a szczególnie na poznanego wczoraj Jorge. Błąkała się wtedy po uliczkach Cuzco nie mogąc znaleźć dworca z autobusami do mieściny, której nazwy nawet nie potrafiła porządnie wymówić. Jak na złość napotkani turyści nie potrafili wskazać jej właściwego kierunku, a miejscowi albo nie rozumieli jej hiszpańskiego, albo mówili tylko w keczua. Niewiele brakowało, żeby usiadła i się rozpłakała, gdy pojawił się On – wysoki szczupły dwudziestolatek o latynoskiej urodzie. Wykazał wystarczająco dużo cierpliwości, żeby zrozumieć o co jej chodzi i wyszczerzywszy białe zęby poprowadził ją do żelaznej bramy nieopodal. Przechodziła obok niej przynajmniej dwa razy, ale nie skojarzyła pustawego parkingu z poszukiwanym dworcem. Czarnowłosy anioł podszedł do jednego z trzech stojących tam minibusów i wykonał zapraszający gest ręką. Jak zaczarowana weszła do środka, a on wsiadł za nią i pomógł jej dogadać się z kierowcą. Na dodatek okazało się, że jadą w tym samym kierunku. Z godzinnej podróży przez porośnięte dżunglą góry nie zapamiętała nic oprócz olśniewającego uśmiechu smagłoskórego chłopaka i nazwy Ollantaytambo, którą wreszcie nauczyła się poprawnie wymawiać.

Gdy wysiedli na rozległym rynku właśnie trwał pospieszny, podrównikowy zmierzch. Cienie gór wspinały się po zachodnich stokach ścigając się do szczytów niczym na filmach poklatkowych. Jorge pomógł jej założyć plecak i w tej chwili zapadła noc. Nieliczne latarnie zapłonęły różowym blaskiem.

– Masz zarezerwowany jakiś nocleg? – spytał rozglądając się po okolicy z roztargnionym wyrazem twarzy.

– Nie – odparła zgodnie z prawdą.

– To chodź, poszukamy czegoś taniego – powiedział i ruszył przed siebie.

Poprowadził ją przez labirynt wąskich uliczek, czasami bardziej przypominających kanały burzowe, teraz ciemne i groźne. Pobieżnie zerknął na dużą willę ze schodami z ciemnego drewna, a zainteresował się niewielkim domostwem obok, jednak po krótkiej rozmowie z portierem wyszedł na zewnątrz. Podobnie było w trzech następnych miejscach i gdy ponownie znaleźli się na rynku Ellie zaczęła tracić nadzieję. Powoli przestawała ją interesować cena, a myśli krążyły wokół łóżka i prysznica, pod którym mogłaby spłukać z siebie pot. Jorge rozejrzał się i ruszył energicznym krokiem w kierunku zasłoniętego do tej pory przez rosnące na trawnikach krzaki domu z napisem „Hostal”. Siedzący na ławce pod ścianą niewysoki mężczyzna i twarzy niczym księżyc w pełni wstał na ich widok i otworzył przed nimi drzwi.

Znaleźli się w czystym lobby wykończonym ciemnym drewnem. Mężczyzna wszedł za kontuar i otworzył księgę meldunkową, a Jorge spytał się o cenę. Usłyszawszy odpowiedź pokręcił z dezaprobatą głową, choć była i tak najniższa z dotychczasowych. Ellie gotowa była zapłacić, ale zanim zdążyła się odezwać Jorge wyrzucił z siebie kilka zdań z szybkością karabinu maszynowego. Portier odpowiedział w podobnym tonie wznosząc ręce do góry i przewracając oczami. Z dyskusji, jaka się następnie wywiązała Ellie zrozumiała tylko un robo!, czyli to kradzież! powtarzające się kilka razy. Po kilku minutach rytuału przekrzykiwania się, energicznej gestykulacji i potrząsania głowami wszystko ucichło, a cena spadła o jedną trzecią. Portier ukłonił się z szerokim uśmiechem i zaprowadził ich na pierwsze piętro do pokoju z trzema piętrowymi łóżkami, gdzie właśnie rozkładała swoje rzeczy pewna sympatyczna czteroosobowa rodzina. Wszystko nagle stało się takie proste. Prysznic, kolacja w jadalni zajmującej razem z kuchnią cały parter, a później długie godziny spędzone na rozmowie. Ellie czuła, że w tym dalekim kraju znalazła bratnią duszę. W pewnej chwili zaczął tak sugestywnie opowiadać o wschodzie słońca w otoczonym górami Machu Picchu, że czując w brzuchu cały rój motyli, widziała oczami wyobraźni jak podziwiają widoki trzymając się za ręce w pierwszych promieniach słońca. I w tym momencie czar prysł, bo latynoski anioł oświadczył, że jeśli Ellie chce to zobaczyć, to musi się pospieszyć bo zaraz odchodzi pierwszy pociąg do Aguas Calientes, a on idzie spać. Poczuła się, jakby ktoś złapał za nogi i brutalnie ściągnął z nieba na ziemię. Aż ją zatkało z wrażenia i zdołała tylko wykrztusić Hasta luego, a gdy wyszedł omal nie popłakała się ze złości. Zaczęła robić kanapki starając się przyozdobić je tak, by wyglądały możliwie apetycznie. Miała nadzieję, że chłopak wróci i będzie chciał się poczęstować, a ona wtedy mu odpowie, że potrzebuje ich bo ma przed sobą męczący dzień. Niestety, nie wrócił. Z furią wrzuciła do niewielkiego plecaka dwie butelki wody mineralnej, przewodnik „National Geographic” po Ameryce Południowej, płaszcz przeciwdeszczowy i te nieszczęsne kanapki, przez które nie zdążyła nie tylko na pierwszy pociąg, ale i na drugi, co jeszcze dolało oliwy do ognia. Dlatego teraz stała w kolejce do kas zła jak osa i miała ochotę rozdeptać wszystkich stojących przed nią.

Na szczęście kolejka posuwała się szybko. Już kilka minut później Ellie przekroczyła bramę z napisem Instituto Nacional de Cultura i rozpoczęła wspinaczkę do inkaskiego miasta.

Wyglądało inaczej niż na fotografiach, przynajmniej z dołu. Przypominało raczej ciasto kipiące tarasami niż zachwalany jeden z cudów świata. Strome schody zdawały się ciągnąć w nieskończoność i Ellie solidnie zdyszała się zanim dotarła do zewnętrznych murów.

– Szlag! – jęknęła gdy zobaczyła, że to był dopiero początek wspinaczki. Obok jakiś turysta bez powodzenia usiłował wsunąć bilet w szczelinę pomiędzy doskonale dopasowanymi kamieniami i z zafascynowaniem tłumaczył coś stojącej obok kobiecie. Ellie popatrzyła na nich z politowaniem – koło niej w szczelinę spokojnie weszłaby dłoń, więc czym tu się tak podniecać? Pokręciła głową z dezaprobatą, poprawiła paski plecaka, zdmuchnęła uparty kosmyk włosów z czoła i kontynuowała wspinaczkę po schodach.

* * *

Dwie godziny później Ellie przysiadła na sporym kamieniu będącym zapewne pozostałością po ścianie któregoś z domów. Skrzywiła się i trzymając jedną ręką przewodnik, drugą zaczęła masować bolące mięśnie ud. Zwiedziła już większą część miasta i czuła się trochę rozczarowana. Owszem, był to cud inżynierii – miasto wzniesiono na ściętym wierzchołku góry i trudno było uwierzyć, że dokonali tego ludzie nie znający nie tylko dynamitu i koparek, ale nawet stali, dysponujący jedynie prostymi narzędziami z brązu i krzemienia. Co więcej, wzniesiono je tak solidnie, że przetrwało w prawie nienaruszonym stanie liczne w tym rejonie trzęsienia ziemi, a system zbierania i rozprowadzania wody deszczowej nadal działał, ale całość była zbyt sterylna. Niczym skrzyżowanie muzeum („Prosimy nie dotykać eksponatów! Tak, ten kamień to też eksponat!”) ze starannie utrzymanym polem golfowym. Swoją drogą, kiedy oni strzygli murawę? W nocy?

Trzeba jednak przyznać, że widoki były wspaniałe. Ellie patrzyła z zachwytem na otaczające miasto ze wszystkich stron strome skały poznaczone tu i ówdzie plamami zieleni, opadające w dół do wijących się wód Urubamby. Niewielkie, rozmyte chmurki pełzały powoli po turniach niczym maźnięcia białą farbą pędzla boskiego malarza.

Z zamyślenia wyrwała ją trójka dzieci, które z piskiem przebiegły obok i zapadły gdzieś w kamienne uliczki, skąd dobiegały tylko ich radosne okrzyki. Ellie westchnęła ciężko. Znów dały o sobie znać bolące kolana i wolała nie myśleć o czekających ją jutro nieuchronnych zakwasach. Wyjęła ostatnią butelkę wody mineralnej i pociągnęła dwa łyki. Później jeszcze dwa. Jeszcze jeden na przepłukanie ust… i butelka była pusta. Schowała ją z do plecaka i sięgnęła po jedną z ozdobnych kanapek. Jorge. Niech go szlag! Zaczęła jeść rozglądając się czy przypadkiem nie nadchodzi jeden z licznych strażników i nie każe jej wstać z eksponatu.

Właśnie przełknęła ostatni kęs, gdy do jej uszu dotarły odległe, szybko powtarzające się dźwięki metalu uderzającego o metal. Spojrzała pytająco na siedzącą nieopodal parę niemieckich turystów w podeszłym wieku, ale nie wyglądali jakby cokolwiek miało odwrócić ich uwagę od kanapek i coli. Ellie wstała i zaczęła się przechadzać w poszukiwaniu źródła odgłosów. Wreszcie, gdy wspięła się na murek zamykający ulicę, ujrzała dwie postacie walczące na rozległym tarasie rozciągającym się jakieś dwadzieścia metrów niżej. Jedna z nich, szczupły mężczyzna w obcisłych dżinsach i luźnej białej koszuli, posługiwał się prostym mieczem przypominającym samurajską katanę. Dumnie wyprostowany, wyglądał jak arystokrata, zwinnie robiąc uniki, parując ciosy przeciwnika i zadając błyskawiczne cięcia.

Drugi z walczących okutany był w brązowe łachmany nadające mu wygląd starożytnej mumii, z długim kapturem sztywno wystającym nad czoło i dokładnie ocieniającym twarz. Do walki używał dwóch prostych szabli o pordzewiałych szerokich ostrzach i zakrzywionych końcach, które choć wyglądały jakby ich właściciel znalazł je na złomowisku, sprawiały mordercze wrażenie. Przygarbiony, poruszał się kołysząc na boki na krzywych nogach i w odróżnieniu od przeciwnika, zdawał się reprezentować prymitywną brutalną siłę, jednak równie (a może i bardziej) skuteczną w walce.

Obaj walczący musieli być wysokiej klasy mistrzami posługiwania się bronią białą. Ostrza śmigały w powietrzu rozmazując się w trudną do rozpoznania mgłę poznaczoną tu i ówdzie iskrami zderzeń, przez co szermierka przypominała najlepsze hollywoodzkie produkcje. Walka zapewne miała symbolizować pojedynek konkwistadora z jakimś inkaskim bożkiem, choć jeśli wierzyć przewodnikowi, stroje nijak miały się do rzeczywistości.

Ellie z zafascynowaniem obserwowała ich zmagania przez kilka sekund, po czym zaczęła gorączkowo kartkować przewodnik w poszukiwaniu informacji o widowiskach typu „światło i dźwięk”, ale ten punkt programu musiał zostać wprowadzony już po jego wydrukowaniu. Podniosła wzrok. Walka trwała nadal, a Ellie nagle zapragnęła zobaczyć ją z bliska. Rozejrzała się usiłując zapamiętać układ ulic które powinny doprowadzić ją do tarasu i zeskoczywszy z murku pobiegła jak szalona kamiennym labiryntem. Kilkanaście sekund później zdawało jej się, że dobiegła do właściwego zaułka, ale drogę zagrodziła jej szara ściana. Na szczęście znalazło się na niej wystarczająco dużo występów (podobno Inkowie robili je specjalnie, żeby łatwiej transportować bloki) by wspiąć się na szczyt. Niestety, nadal znajdowała się dobre dziesięć metrów nad tarasem na którym trwał fascynujący pojedynek, ale teraz widziała więcej szczegółów.

Walka nie była już wyrównana. Białą koszulę mężczyzny z kataną znaczyły ślady ziemi i trawy, jakby kilka razy przewrócił się na równo przystrzyżoną murawę. Zobaczyła też dwie ciemnoczerwone plamy wyglądające jak krew, jedną na przedramieniu i drugą tuż pod lewym obojczykiem, jakby w tych miejscach dosięgły go paskudnie wyglądające ostrza przeciwnika. Ciężko też dyszał, a jego ruchy straciły sporo ze swojej gracji. W odróżnieniu od niego „Mumiowaty” (bo tak nazwała jego dziwnego przeciwnika) nie wykazywał oznak zmęczenia, a jego ciosy nadal uderzały z tą samą tępą, morderczą siłą, co gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Na chwilę się zatrzymał wysuwając przed siebie skrzyżowane poziomo klingi, a wtedy Arystokrata wybił się niewiarygodnie długim skokiem i uderzył z góry potężnym cięciem. Ale adwersarz bez trudu zblokował cios przyjmując go na skrzyżowane szable i na moment obaj zamarli w bezruchu. A w następnej chwili wydarzyło się coś niesamowitego: Mumiowaty zakołysał się w przód i w tył i pomiędzy nimi zmaterializowało się lecące stado czarnych ptaków, które niczym nagła wichura omiotły mężczyznę w białej koszuli. W tym momencie Mumiowaty odpalił skądś ładunek czarnego dymu i rozwiał się razem z nim. To było tak niesamowite, że gdyby Ellie nie miała rąk zajętych trzymaniem się muru, zaklaskałaby głośno. A później popatrzyła na arystokratycznego szermierza i poczuła niepokój. Nie był już taki elegancki. Biała koszula była teraz poszarpanym łachem poplamionym krwią sączącą się z licznych ran. Mężczyzna zachwiał się lekko, jakby w oszołomieniu i osunął się ciężko na kolana wbijając przed sobą miecz w ziemię. Wsparł się na nim jakby miał zaraz zemdleć, a za nim znów, jakby znikąd, pojawiła się sylwetka Mumiowatego. Kołyszącym krokiem podkradł się do wciąż klęczącego Arystokraty, wzniósł ostrza i potężnym cięciem zatopił je w bezbronnych plecach mężczyzny. Ellie nie czekała aż zobaczy tryskającą krew i nie tyle zeskoczyła, co raczej spadła z murku. Przez chwilę siedziała na dole zszokowana, usiłując uporządkować w głowie to, co właśnie zobaczyła. „To nie może być prawda” – powtórzyła sobie kilka razy, najpierw cicho, a po raz ostatni zupełnie głośno. Potrząsnęła głową jakby usiłując się pozbyć majaków i ostrym sprintem ruszyła w dół krętymi uliczkami.

Wypadła jak z procy na zielony taras i zatrzymała się zdumiona. Murawa była pusta – żadnych poranionych zwłok ani stojącego nad nimi mumiowatego zabójcy. W pierwszej chwili uznała, że zabłądziła, ale zaraz zauważyła wygniecioną trawę i kilka kropel krwi. Kilka kropel – stanowczo za mało jak na przerażającą scenę, której była świadkiem ledwo kilkanaście sekund temu. Czyli najpewniej wyglądało to tak: dwóch ludzi przebiera się w stroje i ćwiczy walkę do pokazu. W trakcie próby jeden przypadkowo kaleczy drugiego i obaj udają się do punktu opatrunkowego. A później idą na piwo, gdzie będą ze śmiechem wspominać niedawną walkę. Ellie zupełnie nie rozumiała jak faceci, tuż po solidnej bójce, mogą nadal być najlepszymi przyjaciółmi, ale wiedziała, że to możliwe, bo była kiedyś świadkiem takiej sceny. Omal nie roześmiała się w głos z nagle ogarniającego ją poczucia ulgi.

– Nieźli byli – mruknęła do siebie i w tej chwili gdzieś z lewej strony usłyszała stłumione kork! Ostrożnie spojrzała w tamtą stronę i zdrętwiała. Na pobliskim murku siedział wielki, czarny jak smoła kruk i przyglądał się jej paciorkowatymi oczkami, przekrzywiając głowę w charakterystyczny dla ptaków sposób.

– Kork! – powtórzył.

– Kork! Kork! Kork! – odpowiedział chór głosów dookoła. Ellie rozejrzała się zdjęta przerażeniem, którego źródła nie potrafiła sobie uzmysłowić. Kruki były wszędzie – na gałęziach drzew, na murach domostw, kilka siedziało na trawie tarasu.

– Kork! – zagadywały do siebie.

– Skąd tu kruki? – pomyślała przerażona Ellie. – Kondory…lamy… skąd tu kruki?

Żywe barwy otaczającej ją tropikalnej roślinności zaczęły blaknąć i zmieniać się w odcienie sepii. Słońce przygasło, przysłonięte przez burożółtą mgłę po której wiły się bezgłośnie trąby powietrzne z czarnej mgły.

Nie, nie, nie, to się nie dzieje naprawdę – już drugi raz w ciągu ostatnich kilku minut Ellie usiłowała przekonać samą siebie że to, co widzi jest halucynacją, ale rzeczywistość pozostała obojętna na jej prośby.

Za sobą usłyszała gniewne warknięcie. Chciała się odwrócić, najszybciej jak potrafiła, ale jakaś siła pętała jej ciało jakby ktoś zanurzył ją po szyję w bagnie. Żeby to w bagnie – nie była w stanie nawet odwrócić głowy. Dłonie zaczęły jej nieznośnie ciążyć, jakby w każdym trzymała kilkukilogramowy hantel z siłowni. Powoli, drobnymi kroczkami odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i z ust wyrwał jej się przerażony szloch.

Mumiowaty siedział przykucnięty o jakieś piętnaście metrów od niej. Szmaty, w które był zawinięty, przypominały stare fragmenty jutowych worków po ziemniakach i tylko wystający daleko nad czoło kaptur sprawiał solidne wrażenie. Przebieraniec powiedział coś w chrapliwym języku którego nie znała i ptasim ruchem odwrócił głowę w jej kierunku, ale pod kapturem nadal nie było nic prócz czerni. Zaczął się powoli prostować i zdawało się, że ten ruch będzie trwał w nieskończoność – gdy skończył okazało się, że mierzy sporo ponad dwa metry wzrostu.

Kork! Kork! – rozległo się dookoła. Mumiowaty znowu powiedział coś chrapliwym głosem i sapnął gniewnie, po czym płynnym ruchem wyciągnął szable w jej kierunku i skrzyżował poziomo klingi. Nagle wykonał falujący ruch ciałem w przód i w tył, a z jego całej sylwetki buchnęła w jej stronę wichura dziesiątek kruków. Ellie chciała podnieść ręce żeby się zasłonić, ale dłonie były już tak ciężkie, że mimo wysiłku nie drgnęły nawet o milimetr. Udało się jej tylko zamknąć oczy, a ostre dzioby i szpony cięły jej ciało niczym kawałki szkła z wybitej szyby. Miała wrażenie, że kruki przelatują również przez nią na wylot, co przecież było niemożliwe, ale skąd więc w ustach się wzięła ta gęsta, ciepława ciecz o słonawym smaku, którą odkrztusiła? Poczuła zapach zgnilizny i otworzyła oczy. Stwór rozkrzyżowawszy ręce szedł chybotliwym krokiem w jej kierunku (czy naprawdę miał ptasie szpony zamiast stóp?) i co jakiś czas wypowiadał gniewnym tonem niezrozumiałe słowa. Ellie czuła, jak strumyczki krwi ściekają jej po całym ciele, wzdłuż ramion, skapują z koniuszków palców i wiedziała, że zaraz zginie. Dłonie ciążyły jej już tak, że uginały się pod nią kolana i nagle poczuła, że najważniejszą sprawą na świecie jest sprawdzenie co też się z nimi dzieje, zupełnie jakby podświadomie wiedziała, że znajduje się tam coś, od czego zależy jej życie. Tam, na dole był ratunek. Z trudem oderwała wzrok od zbliżającej się postaci i popatrzyła w dół. Dłonie były puste. Zwyczajne dłonie dziewiętnastolatki, może nieco zaniedbane (bo na wizytę w porządnym zakładzie kosmetycznym nie było ją stać, a do tych tanich bała się wejść z powodu brudu i wyglądu personelu), a teraz w dodatku całe we krwi spływającej z ramion i nic, co mogłoby dawać choćby cień nadziei. Ciężar, który uniemożliwiał jej choćby poruszenie palcami dorobił się brata na klatce piersiowej – czuła jakby coś jej siadło na mostku wyduszając z jękiem powietrze z płuc. Mumiowaty był tuż obok, jeszcze chwila, a znajdzie się w zasięgu jego pordzewiałych szabel. Podniósł je przymierzając się do ciosu, a wtedy Ellie wiedziona niezrozumiałym odruchem wykonała piruet niczym zawodnik rzucający młotem i łapiąc chwiejną równowagę cisnęła tajemniczym ciężarem prosto w napastnika. W następnej chwili jej świat się skończył wśród gniewnego krakania kruków.

* * *

Przeraźliwy kobiecy skowyt, ledwo wytłumiony przez drzwi izolatki, przeciął ciszę szpitalnego korytarza.

– Panie doktorze, to ta nowa – powiedziała siostra Dorita. – Obudziła się.

– Tak, słyszę – skrzywił się doktor Hernandez i zsunąwszy okulary zaczął masować palcami nasadę nosa.

– Co jej jest? – zapytała pielęgniarka wertując dokumentację. – Brak jakichkolwiek obrażeń, wygląda na okaz zdrowia.

– To, co innym bogatym dzieciakom – burknął Hernandez. Poprawił okulary i zajrzał do izolatki przez niewielkie zakratowane okienko w drzwiach. – Przyjeżdżają tutaj poszaleć, zabawić się z tanimi narkotykami i przedawkowują, bo ich na to stać. Typowe – prychnął. – Sami nakręcają ten narkotykowy biznes. Pewnie jakby nie trafiła do nas, to wywiozłaby stąd parę kilo kokainy – gderał.

– Czy są już dane z toksykologii? – spytała pielęgniarka.

Lekarz skrzywił się. „Na pewno u siebie miałaby dostęp do wspaniale wyposażonego laboratorium. A nas stać tylko na podstawowe analizy. Ciekawe, czy ktoś za nią zapłaci?” – pomyślał z niechęcią, ale nic z tego nie powiedział na głos.

– Jeszcze nie – westchnął.

Jęki zza drzwi umilkły, podobnie jak odgłosy szarpania pasów. Pielęgniarka ciekawie zajrzała do izolatki. Dziewczyna zastygła w półsiedzącej pozycji – bo na tyle pozwalały krępujące ją pasy – i wytrzeszczając oczy wpatrywała się w jakiś punkt obok łóżka. Z uchylonych ust ściekała jej strużka śliny plamiąc szpitalną koszulę. Zaskowytała cicho i spróbowała niezdarnym machnięciem głowy odrzucić blond włosy opadające w nieładzie na twarz. Nie udało się.

– O, przestała – powiedziała z zainteresowaniem siostra Dorita. – Zupełnie jakby kogoś słuchała.

Pacjentka, jakby w odpowiedzi, przeniosła udręczone spojrzenie na pielęgniarkę, aż ta się wzdrygnęła.

– Czy ona nie potrzebuje jakichś leków uspokajających? – spytała.

– Dostała miligram haloperidolu – odparł lekarz.

W tej sekundzie dziewczyna wygięła się w łuk odrzucając głowę do tyłu i zaniosła się chrapliwym wyciem. Ręce przypięte pasami do łóżka naprężyły się jakby chciała zerwać krępujące ją więzy. Szarpnęła się kilka razy i opadła bezsilnie na posłanie.

– Może być za mało – nieśmiało zauważyła siostra.

– Nie odważę się dać nic więcej dopóki ci z laboratorium nie powiedzą czego się naćpała – burknął lekarz. – Oni lubią później się procesować, ci ze Stanów. Nie stać mnie na to.

Po chwili złagodniał.

– Siostro, proszę sprawdzić jej stan za… – zawahał się, – pół godziny, najdalej za godzinę. Nie chcemy skandalu dyplomatycznego jeśli się okaże, że nabawiła się u nas otarć – zakończył bardziej szorstko, niż by chciał. Gdy odwracał się, żeby kontynuować obchód wydało mu się, że kątem oka zauważył sylwetkę kogoś siedzącego na krześle pośrodku izolatki, ale jak się zatrzymał i popatrzył wprost w to miejsce, nie zobaczył nikogo. Odruchowo sięgnął do szyi i dotknął krzyżyka poświęconego w samym sanktuarium Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. „Zaraza”, pomyślał żegnając się ukradkiem – ot, tak na wszelki wypadek. „Jeszcze trochę i to mnie będą oglądać w izolatce.”

* * *

Ellie otworzyła oczy. Przed sobą miała białą, jednolitą płaszczyznę. Przez chwilę nie wiedziała co to jest, ale po chwili wzrok wyostrzył się jej na tyle, że zaczęła dostrzegać liczne plamki i pęknięcia oraz gdzieniegdzie odłażące płaty farby. „Ściana”, pomyślała i dotarły do niej wrażenia z pozostałych zmysłów, w tym równowagi. „Nie, sufit. Leżę w łóżku”. W tej chwili zwaliły się na nią wspomnienia ostatnich chwil przed utratą świadomości i Ellie poderwała się z krzykiem. To znaczy chciała się poderwać bo okazało się, że jest przypięta pasami do łóżka.

– Gdzie ja jestem? Co ze mną zrobiliście? Wypuśćcie mnie! – krzyczała w panice szarpiąc więzami, a w pobliżu ktoś wył i skowytał nieludzkim głosem i dopiero po chwili zrozumiała, że to ona tak wyje, że nie jest w stanie wyartykułować zrozumiałych słów. I właśnie gdy zaczęła opanowywać falę paniki, do pokoju wpadły dwie postacie w białych fartuchach. „Szpital! Jestem w szpitalu!”, olśniło ją nagle. Jedna z postaci wyciągnęła strzykawkę z jakimś płynem i zbliżyła ją do ramienia Ellie.

– Nie, proszę, nie, nie chcę, już będę spokojna, już zrozumiałam – chciała zawołać, ale z gardła wydobyła jedynie skomlenie. Postać zdecydowanym ruchem wbiła jej w ramię igłę i wstrzyknęła zawartość strzykawki. Zabolało, a później wszystko odpłynęło w dal.

Gdy ponownie otworzyła oczy nadal znajdowała się w szpitalnym pokoju, ale nie była sama – pośrodku na krześle siedział mężczyzna. Nadal ubrany był w dżinsowe spodnie i luźną, białą koszulę, ale nie dostrzegła nawet śladu po ranach. Ellie spróbowała się poderwać, ale znów pasy osadziły ją w miejscu.

– Tyyy… nie żyjesz! – chciała zawołać, ale znów tylko zaskowytała. – Ty nie żyjesz! I ja też nieee! Zabił ciebie i mniee! Krew! Rany i wszędzie krew! Mumio… Mumiowaatyyy! Kruki! Kork, kork, kork! – skowytała niezrozumiale dalej, ale mężczyzna w jakiś sposób zdołał pojąć co mówiła.

– Jak go nazwałaś? – spytał gość z uśmiechem i, nie wiedzieć czemu, jego spokojny ton uciszył przelewający się przez jej umysł sztorm paniki. – Mumiowaty?

– Yy-yyyy! – przytaknęła.

– Ja nazywam go Krukodzierżcą. I nie, nie zabił mnie. A przynajmniej nie na śmierć – uśmiechnął się jeszcze szerzej. Miał białe, choć trochę nierówne zęby i ta drobna niedoskonałość dodawała mu uroku. – Mnie raczej trudno zabić.

– Aaa! Oyałanga! – wybełkotała wpatrując się w niego z napięciem.

– Uleczyłem się. I ciebie też. No, nie całkiem. Zostawiłem ci jedną bliznę – na przedramieniu. Żebyś nigdy nie popełniła mojego błędu, żebyś nigdy nie zlekceważyła przeciwnika – spoważniał. – Zawsze, gdy na nią spojrzysz, pamiętaj.

– Aiyyy! – przez głowę Ellie znów przewalił się huragan wspomnień. Lawina kruków, zardzewiałe ostrza, Mumio… nie, Krukodzierżca, dzioby jak brzytwy, Kork! Kork! Kork! – dziewczyna zapragnęła zerwać się i uciec, ale pasy ponownie przytrzymały ją w miejscu i tylko z wyciem poderwała się na tyle, na ile mogła.

– Cśśś, cicho, bo mnie zauważą – powiedział przybysz. – Mogę umykać ich uwadze, ale nie bez końca. Uspokój się, to już przeszłość.

Dziewczyna opadła wyczerpana na materac i zaskomlała cicho.

– Tak, już po nim. A to, jak go załatwiłaś… – zawahał się, jakby szukał w pamięci odpowiedniego określenia, – prawdziwy majstersztyk – w jego głosie zabrzmiał autentyczny szacunek.

– Aww-aj?

– Tak, ty. Jednym ciosem. A teraz muszę iść.

Dziewczyna zawyła w panice.

– Muszę się dowiedzieć, kto go tu implantował i po co. Krukodzierżcy nie są natywni dla tych szerokości i mitologii.

Dziewczyna rzucała się coraz bardziej wyjąc rozpaczliwie.

– Hej, hej, spokojnie – nerwowo obejrzał się na drzwi, za którymi widać było lekarza rozmawiającego z pielęgniarką. – No, uspokój się wreszcie, bo mnie w końcu dostrzegą. Na pewno wrócę, przecież szkoda byłoby zostawić taki talent na zmarnowanie. Krukodzierżcę jednym ciosem, no, no. Spokojnie, już dobrze.

Dziewczyna skowytała coraz ciszej, aż wreszcie umilkła i spojrzała przytomnie jednym okiem – drugie przesłoniły jej włosy. Dmuchnęła i udało jej się odrzucić je z twarzy za pierwszym razem.

– Tak, tak dobrze. Wypoczywaj. I zdrowiej. A gdy stąd wyjdziesz, będę czekał przed bramą szpitala. Obiecuję. A teraz śpij.

Ellie ponownie zamknęła oczy i pogrążyła się w spokoju, który spłynął na nią nie wiadomo skąd.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie luźno inspirowane grą “The Secret World”. Jest też dalszy ciąg, jakby ktoś był zainteresowany ;)

Skoro jest dalszy ciąg, to mam rozumieć, że powyższy tekst nie jest skończony, że jest fragmentem czegoś większego?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmmm. Właściwie nic się nie wyjaśniło. Bohaterka in extremis objawiła jakiś niezwykły talent. Nie wiemy, na czym polegał, kim był jej przeciwnik, skąd się tam wziął… Za to wstęp o poznaniu przystojnego Latynosa i podróży do Machu Picchu wydaje mi się niepotrzebny. Bardzo długo nic ciekawego się nie dzieje.

Popracuj jeszcze trochę nad zapisem dialogów.

Babska logika rządzi!

Opisałaś pewne wydarzenie, dość zagadkowe, jednakowoż nie doprowadziłaś sprawy do końca, skutkiem czego niewiele zrozumiałam z tej historii, bo trudno pojąć coś, przeczytawszy zaledwie części dzieła. Uważam, że powinieneś zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Wykonanie mogłoby być lepsze – interpunkcja pozostawia wiele do życzenia, a duże zwarte bloki tekstu nie ułatwiają lektury. Dobrze byłoby podzielić je na mniejsze akapity.

 

nie­wy­so­ki męż­czy­zna twa­rzy ni­czym księ­życ w pełni… –> Literówka.

 

a Jorge spy­tał się o cenę. –> …a Jorge spy­tał o cenę.

 

Ellie zro­zu­mia­ła tylko un robo!, –> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

Po­czu­ła się, jakby ktoś zła­pał za nogi i bru­tal­nie ścią­gnął z nieba na zie­mię. –> Pewnie miało być: Po­czu­ła się, jakby ktoś zła­pał za nogi i bru­tal­nie ścią­gnął z nieba na zie­mię.

 

po­bie­gła jak sza­lo­na ka­mien­nym la­bi­ryn­tem. Kil­ka­na­ście se­kund póź­niej zda­wa­ło jej się, że do­bie­gła do… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

a jego ciosy nadal ude­rza­ły z tą samą tępą, mor­der­czą siłą, co gdy zo­ba­czy­ła go po raz pierw­szy. –> …a jego ciosy nadal ude­rza­ły z tą samą tępą, mor­der­czą siłą, jak wtedy, gdy zo­ba­czy­ła go po raz pierw­szy.

 

za­koń­czył bar­dziej szorst­ko, niż by chciał. –> …za­koń­czył bar­dziej szorst­ko, niżby chciał.

 

„Jesz­cze tro­chę i to mnie będą oglą­dać w izo­lat­ce.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

W tej chwi­li zwa­li­ły się na nią wspo­mnie­nia ostat­nich chwil… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

jakby szu­kał w pa­mię­ci od­po­wied­nie­go okre­śle­nia, – praw­dzi­wy maj­stersz­tyk… –> Przed półpauzą nie stawia się przecinka.

 

dru­gie prze­sło­ni­ły jej włosy. Dmuch­nę­ła i udało jej się od­rzu­cić je z twa­rzy za pierw­szym razem. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No cóż, nie porwało. Może przez to, że dość mocno czuć inspirację poetyką gry, zwłaszcza w scenie walki. Bohaterowie bezbarwni, a mocno przegadany początek z obyczajówką w zasadzie niepotrzebny – wystarczyłyby dwa, trzy akapity wprowadzenia.

Walka opisana beznamiętnie, nie wciąga. Potem niewiele się wyjaśnia. Machu Picchu jest tylko sztafażem, nie gra ważnej roli, a szkoda.

Chyba tekst dla fanów gry…

Wykonanie słabe, ale większość błędów i niedociągnięć już wskazano, mogę się co najwyżej podpisać. Z drobiazgów: hiszpańskie nazwiska kończące się na -ez zasadniczo mimo to akcentowane są na przedostatniej sylabie i mają w związku z tym akcent w odpowiednim miejscu, żeby to zaznaczyć – a zatem w 99% przypadków będzie Hernández (bo zakładam, że jest jakiś drobny procent, zwłaszcza mieszkający poza obszarem hiszpańskojęzycznym, który to zarzucił).

No i, jak już zauważono, to jest fragment, a nie opowiadanie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Jakaś literówka.

to niech nie później nie ma pretensji, że go ktoś potrąci.

Nie podobało mi się. Wycieczka do Machu Picchu mogłaby równie dobrze prowadzić gdzie indziej i fabuła by nie ucierpiała. Nie kupuję obcego chłopaka, który pomaga, którego Ellie zaprasza ochoczo do pokoju hotelowego i jest rozczarowana, kiedy wychodzi. Później walka, wiadomo, że nie zwyczajnych ludzi, ale bystrzak Ellie uważa:

Czyli najpewniej wyglądało to tak: dwóch ludzi przebiera się w stroje i ćwiczy walkę do pokazu. W trakcie próby jeden przypadkowo kaleczy drugiego i obaj udają się do punktu opatrunkowego.

A raczej nie Ellie, tylko to Twoja nieudolna próba zaprzeczenia, czego się widzi. Rozumiem, człowiek jak zobaczyłby zjawy, duchy itp, to stara się logicznie to wytłumaczyć, ale to brzmi naiwnie, jeśli nie zabawnie. Dokładki typu:

I nie, nie zabił mnie. A przynajmniej nie na śmierć

Nie brzmią wcale zabawnie, raczej słabo.

Końcówka trochę się broni, ten szpital i pasy podobały mi się. Krukodzierżca też brzmi fajnie, ale to za mało, żeby uratować tekst.

Pozdrawiam.

Podstawowym problemem tekstu jest to, że bez znajomości “Secret World” można tylko zgadywać, jakie są prawidła świata, który nam pokazujesz, Autorze. Ja znam go słabo, toteż cały tekst kojarzył mi się z bardziej efektownym “World of Darkness”. W efekcie, ponieważ nie tłumaczysz w ogóle tła, czułem się zagubiony tym, o czym czytam, czemu się dzieją te wszystkie rzeczy itd. A skonfundowany czytelnik, to nieszczęśliwy czytelnik.

Zabierasz nas do egzotycznej lokacji, ale zgodzę się z poprzednikami – wcale by jej mogło nie być. Opisy raczej nie przywołują klimatu Ameryki Łacińskiej, a szkoda, bo mogłyby urozmaicić tekst. Silisz się czasem też na poetyckość, ale to obosieczny miecz – złe porównanie, ułożone zdanie czy kompozycja zniechęca do dalszej lektury. U Ciebie wychodzi tak pół na pół.

Zgodzę się z Darconem, że końcówka wypada lepiej niż reszta tekstu, ale za mało dobrze, by mnie chwycić.

Technicznie nie jest najlepiej. Od siebie dodam poradę, by wielkie akapity rozbijać na mniejsze bloki tekstu. Chwytaj też przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka