- Opowiadanie: maciekzolnowski - Sieczkarkozada: krótka historia pewnej rodziny

Sieczkarkozada: krótka historia pewnej rodziny

Tekst smutny, sentymentalny i wspominkowy, zarazem jednak wesoły; coś, jakby komedia obyczajowa, osadzona w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku... Trochę tu fantasy, a trochę bizarro, a już na pewno – dużo, dużo krwi! 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Sieczkarkozada: krótka historia pewnej rodziny

Mój Boże! Ileż było takich owianych aurą tajemnicy wydarzeń z dzieciństwa, które – przekazywane z ust do ust przez osoby postronne, plotkarzy, bądź też zatrzymane wyłącznie dla siebie gdzieś na dnie pamięci – z czasem urosły do czegoś w rodzaju legendy. Wszystkich nie pamiętam, a większość nie zasługuje – jak mniemam – na niczyją uwagę, ale, cóż, świat dziecka rządzi się własnymi prawami i potrafi wyolbrzymiać sprawy najbardziej nawet błahe. Na przykład taka sieczkarka… Ech! Rzecz kompletnie bez znaczenia – mogłoby się wydawać – która jednak źle mi się konotuje. A dlaczego? – za chwilę wyjaśnię, a przy okazji trochę pobajam. Posłuchajcie!

Miałem starszego kolegę, który mieszkał przy tej samej co ja ulicy Ogrodowej ze swym młodszym rodzeństwem: Basią i Tomkiem. (Imiona są dla nas wielce nieistotne. Potraktujmy je zatem jako barokowy ornament i następnie szybciutko o nich zapomnijmy). Adam – bo o nim mowa – był ode mnie większy i silniejszy, i bardzo mi imponował. Nie był wcale małym chłopcem, wprost przeciwnie – w mych oczach, mając za sobą całe trzynaście lat życia, jawił się prawie jako dorosły. Potrafił być z niego rozważniak, przewidulec i ostrożniak, choć wychowywała go ulica, a przynajmniej – do pewnego stopnia. Pochodził z domu, w którym każdy dbał li tylko o siebie: rodzice byli więc zajęci swoimi sprawami, a dzieci swoimi.

Czy już czujecie ten zew romantycznej wolności, żeby nie powiedzieć, dziecięcej anarchii? Doszło do tego, że nawet teraz, po wielu, wielu latach, gdy piszę te słowa, odczuwam zazdrość. Ja takiej swobody nigdy nie zaznałem. Prowadzono mnie na bardzo krótkiej smyczy i miałem mnóstwo obowiązków, związanych z nauką w szkole gminnej. A tymczasem u Bochenków można było robić dosłownie wszystko, na przykład bawić się w chowanego albo „chał chała”, cokolwiek to oznacza. Można było ganiać po dosłownie całym domu i robić to, czego normalnie robić nie wypada. A sterta ubrań, porozrzucanych po podłodze, walających się po wszystkich kątach zawilgoconej rozwalichy bez ładu i składu, piętrzących się aż po sam sufit, stanowiła niezrównaną wprost scenerię dla najbardziej nawet wymyślnych i szalonych zabaw. I do tego jeszcze to pierze sprzed tygodnia (a może dwóch?) wciąż unoszące się w powietrzu, fiu, fiu – pamiątka po zaszlachtowanym i oskubanym brojlerze. No, słowem – fiu, fiu – czad!

Ojciec rodziny – niestrudzeniec i popyleniec – musiał popylać przez cały boży tydzień mopikiem do bazy (ówczesnego pegeeru).

Matka-pijuska całymi dniami bożymi szlugała i piła nałogowo (nie pomnę, co prócz kawy piła). I tylko skoro świt, z samego rana… No już dobrze, już dobrze… Nie wcześniej jak przed jedenastą, zabierała się za porządki, gdyż bajzel w domu był nieprzeciętny. Zabierała się także i przez całe długie popołudnia – rzadko na tyle skutecznie, by w ogóle móc choćby tylko pomarzyć o dotknięciu mopa, szufelki albo zmiotki.

Tomeczek – najmłodszy z rodzeństwa – był niekiedy tak straszliwie głodny, gdy wracał z lekcji, że brał pomyje za zupencję. Oczywiście robił to omyłkowo, ale najgorsze, że mu one bardzo, ale to bardzo smakowały – bardziej od codziennej bożej strawy.

Było tam zawsze wesoluchno, a człek brechtał się dosłownie z byle czego, chichrając przy tym niczym żaba Monika z „Teleferii”. To tam oglądało się wieczorami „Sąsiadów”, i to tam po raz pierwszy zakochałem się. W „Terminatorze”!

Pamiętam, jak raz moja babcia przyszła z wyłudą po odrobinę cukru. Zapukała do drzwi. I oto, co usłyszała:

– E ty, kurwa! Zara jak ci puknę, cholero jedna! Aaa, to pani, pani Goździkowa. – Zmieszała się matka rodzeństwa. – O, ja przepraszam, kurwa. Myślałam, że to te małe bum-cyki se zabawę urządzają, bo cały czas tutaj przyłażą i do mnie pukają.

– A, nic się nie stało, pani Bochenkowa, nic się nie stało.

Taki to był właśnie wesoły domek, tętniący życiem, rozbrzmiewający poematem symfonicznym bluzgów, w którym małe „bąki” pilnowały się lub nie pilnowały, wychowywały albo i nie wychowywały same.

Nie zdziwiło mnie więc, jak razu pewnego dowiedziałem się, że Adasiowi sieczkarka obcięła jeden z palców u ręki. Nie było mnie przy tym, a mimo wszystko wiedziałem, że w tym „burdelu” wszystko zdarzyć się może, i że prędzej czy później dojdzie tam do jakiegoś nieszczęścia. Podobno było strasznie zabawnie, kiedy ów członek na powrót mu przyszywano. Wszyscy żartowali, i w ogóle. I pielęgniarki, i doktory, a nawet sam zainteresowany śmiechtali się do rozpuku. A było to tak…

Owego feralnego dnia ojciec podawał Adaśkowi porcję trawska, a on ostrożnie przemycał ten towar do sieczkarki. Miała to być zdaje się pasza dla królików: jakiś rozdrobniony mlecz albo mlecz z dodatkiem buraków cukrowych czy coś takiego. (No bo – widzicie – małe kłapouche smyki wprost uwielbiają to polne zielsko).

Maszyna wibrowała delikatnie i równomiernie. I wystarczyło tylko zgrać się z nią. I tak bez czkawek, drgawek, śmiechawek, kichawek czy skoków pracowała ta dwuosobowa spółdzielnia rolnicza. Lecz coś musiało pójść nie tak, coś złego musiało się stać z samymi nożami, bo oto nagle aż podskoczyły i dosłownie rzuciły się na Adasiowe dłonie – z kłami, szponami, kopytami, kapturami, dresami, i w ogóle. A ten miast odskoczyć na bok, jął się przysuwać do sieczkarki coraz bliżej, i bliżej, i bliżej. Podobno ujrzał gigantyczne króliczysko ze stali z zębami zamiast ostrzy i z tymi rozkosznymi oczkami jak u pluszaka. I chciał to zwierzę jedynie pogłaskać, musnąć delikatnie po mordce, nakarmić marcheweczką, mleczem i paluszkami, ale nie tymi u ręki. No i chrum! – rozległ się leciuchny pohuk, pochrup. Nim się zorientował nastoletek, co tak piknie trachnęło, ach, było już po zawodach.

Cóż, dużo soczystej, purpurowej krwi stracił, nim mu go na powrót przyszyli medycy, jeszcze więcej – zanim odgryzieniec zafunkcjonował jako nowy-stary kciuk. A jak już zafunkcjonował, natychmiast ułożył się w przyjazny i jakże dla oka miły gest „all right”.

Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? – tego nie wiem i chyba się już nie dowiem. Mój Boże! Ileż było takich owianych aurą tajemnicy, sensacyjnych wydarzeń w moim nastoletnim życiu, które z czasem urastały do rangi legendy, przekazywane z ust do ust przez osoby postronne i zwykłych, pospolitych plotkarzy. Wszystkich nie zapamiętałem. Większość z nich nie zasługuje – jak sądzę – na uwagę, ale świat dziecka rządzi się swoimi prawami. I potrafi niekiedy wyolbrzymiać błahostki. Wyraz „sieczkarka”, na przykład, już zawsze będzie mi się nieciekawie kojarzył.

A co do samych Bochenków jeszcze… Hmm, rodzinka funkcjonowała sobie nadal w perspektywie najdalszości – tyle, że bez matki, bo matka umarła gdzieś po drodze zwanej życiem prawdopodobnie na raka (wiadomo: papieroski, tryb życia beztroski). Bochenkowe dzieci – już jako osoby dorosłe – pokończyły studia, poznajdowały sobie dobre prace i pozakładały rodziny. I żyją tak po bożemu po dziś dzień, radząc sobie nawet lepiej ode mnie. 

Koniec

Komentarze

Nie jestem pewna, jak się do tego tekstu ustosunkować. Poniekąd mi się podobał, a z drugiej strony troszeczkę niepokoił. Może dlatego, że opisywana rodzina Bochenków była niewątpliwie patologiczna, i beztroska z jaką autor podchodzi do tego problemu, aż przyprawia o dreszcze. Z drugiej strony czytanie smętnego tekstu o tragedii rodziny na polskiej wsi, byłoby niepomiernie męczące, a ten tekst wszedł do głowy gładko. Zastanawiam się też, czy nie jest przypadkiem dobrym odzwierciedleniem naszej rzeczywistości i społecznego przyzwolenia, jak i dziecięcej nieświadomości. 

Parę razy zgrzytnęło stylistycznie, tu i tam zdawało mi się, że interpunkcja powinna wyglądać inaczej, ale nic z tego nie przeszkadzało szczególnie w odbiorze. Ogólnie rzecz biorąc, tekst mi się podobał, choć wzbudził niepokój.

Pogodna (i zupełnie niefantastyczna, właściwie nawet nie fabularna) opowieść, podana w charakterystycznym, maćkowym, gawędziarskim stylu. 

Rzeczywiście sporo tam beztroski, być może trochę dlatego, że z perspektywy czterdziestolatka dzieciństwo to okres, gdy trawa była bardziej zielona a gnojówka pachniała bio-eko-organic. 

Z drugiej strony znam wielu takich Bochenków, i faktycznie, była tam bieda, była beznadzieja i ocieranie się o patologię. Ale beztroska też była i miłość również. A bochenkowe dzieci często wychodziły, chciałoby się rzec – mimo wszystko, na bardzo poukładanych ludzi. 

A sieczkarnia to rzeczywiscie kawał złowrogiego ustrojstwa. I jeśli pomyśleć, to aż dziw, że przebrnęło się przez dzieciństwo bez szwanku, szczególnie patrząc z perspektywy dzisiejszego terroru bezpieczeństwa ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No dobra, a gdzie tu fantastyka? Sieczkarnia odcięła dzieciakowi palec, a chłopak później opowiadał, że mu się skojarzyła z królikiem. Co z tego nie mogło się zdarzyć?

by w ogóle móc choćby tylko pomarzyć o dotknięciu mopa, łopatki albo zmiotki.

W latach osiemdziesiątych nie było mopów. No, może pod koniec, ale bardzo wątpię.

Aaa, to pani, pani Goździkowa.

A Goździkowa nie jest od etopiryny?

Babska logika rządzi!

Widocznie Goździkowa jest i od etopiryny, i od cukru ;)

Ładne :)

Bardzo klimatyczne. Można się w tym zatopić i powspominać beztroskę. ;)

 Przygnębiająca historia z perspektywy lat, niestety nie fantastyczna i to w żadnym tego słowa znaczeniu. Tej krwi też wcale nie tak dużo jak w opisie. Poruszające i niestety bardzo życiowe.

Dzięki za ciekawą dyskusję i bardziej lub mniej miłe słowa! Podoba mi się zwłaszcza interpretacja Thargone. Co rzuciło Wam się w oczy z błędów, np. interpunkcyjnych? W których momentach tekst tracił swój rytm? Kiedy przystawaliście i co Wam zgrzytało?

maciekzolnowski

Cóż, dużo soczystej, purpurowej krwi stracił nim mu go na powrót przyszyli medycy,

Tu by się przydał – po "stracił”. Ale, IMO, nie było źle z przecinkologią.

Babska logika rządzi!

Z właściwą sobie swobodą przedstawiłeś obszerniejszy fragment wspomnień z czasów wczesnego pacholęctwa, a choć o ataku sieczkarki napisałeś już w jednym z wcześniejszych opowiadań, Sieczkarkozadę przeczytałam z przyjemnością. ;)

 

by w ogóle móc choć­by tylko po­ma­rzyć o do­tknię­ciu mopa, ło­pat­ki albo zmiot­ki. –> Czym jest łopatka? Czy chodzi o szufelkę, na którą zmiata się śmieci?

 

pra­co­wa­ła ta dwu­oso­bo­wa Spół­dziel­nia Rol­ni­cza. –> Dlaczego wielkie litery?

 

I chciał to zwie­rze je­dy­nie po­gła­skać… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Można było ganiać po całym dosłownie domu

Mi to nie zagrało i parę zdań później jeszcze myślałem czemu ten dom był dosłowny. Po dosłownie całym domu – wydaje mi się o wiele bardziej naturalne. Poza tym płynnie i na fali. ;)

O, wielkie dzięki! Na to czekałem, bo lubię konkrety. Poprawianie byczków, a zwłaszcza literówek bywa niekiedy przyjemniejsze od samego pisania (w sensie siedzenia przed białą, niezapisaną kartką i wymyślanie Bóg wie, czego). Pozdrawiam przy okazji serdecznie! :) 

maciekzolnowski

Niezły kawałek takiej ni to gawędy, ni to fikcyjnej opowieści. Treść nawet mnie wciągnęła, ale na koniec po prostu wzruszyłem ramionami. Ot, opowiastka jak opowiastka, choć sprawnie przekazana.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Bardzo sprawnie poprowadzona opowieść. Z reguły narracje pierwszoosobowe czyta mi się ciężko, bo na ogół w pewnym momencie stają się jakieś takie sztuczne, udawane. U Ciebie na szczęście niczego takiego nie było. Przez tekst niemal “przepłynęłam” i aż się zdziwiłam “ale to już?”.

Natomiast oprócz fantastyki trochę brakowało mi… fabuły. No bo mamy fajnie opowiedzianą historię, w której w zasadzie niezbyt wiele się dzieje, a szkoda.

Przeczytałam z przyjemnością, ale zapomnę pewnie dość szybko.

Podobał mi się styl, sama historia niezbyt mnie porwała. Kontrast pomiędzy jednym i drugim – ciekawy.

Nowa Fantastyka