- Opowiadanie: barbuurka - Cyrk

Cyrk

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Cyrk

– Pij kawę, bo ci wystygnie.

– Może lubię zimną.

– Nikt nie lubi zimnej kawy.

– Bo co.

– Pij, a nie.

Siorbię chłodny napój i zaciągam się szlugiem.

Przypominam sobie też ten dzień kiedy uciekłam z cyrkiem. Zawsze pociągała mnie magia. Na szczęście udało mi się jeszcze dorastać w okresie nim obrońcy zwierząt dopierdolili się nawet do cyrku. Wtedy ludzie doceniali jeszcze jakieś inne rozrywki niż popołudniowy maraton seriali i programów paradokumentalnych zwieńczony wieczornymi wiadomościami.

Dzień był, jak zwykle w tych latach słoneczny. Cyrk przyjechał kilka dni temu i od tego czasu kolumna cygańskich przyczep zamieniała się sukcesywnie w miniaturowe, futurystyczne miasteczko oscylujące wokół kopuły z pozszywanych byle jak kolorowych kocy.

Razem z G. i K. bawiliśmy się wtedy na trzepaku, pamiętam jak dziś, gdy nagle zza żywopłotu obrastającego ogród sąsiadów, mieszkających na parterze naszego dziesięciopiętrowego bloku, zaświeciły czarne oczy. Wpatrywały się we mnie z dziecięcą fascynacją. Duże, okrągłe, pełne strachu i niedowierzania. Trochę zagubione, trochę walecznie butne.

– Basia. Zostaniesz moją żoną? – Powiedział nagle G.

– Okej. – Odpowiedziałam, bo w sumie czemu nie. Ale niezbyt mnie to interesowało. Patrzyłam w dalszym ciągu na oczy. A oczy patrzyły na mnie. I robiły się coraz szersze ze zdumienia. Jednak w chwili gdy mrugnęłam po oczach pozostały już tylko szeleszczące liście żywopłotu. Wciąż patrzyłam z miną przyczajonego kota obliczając prędkość, dzieląc przez tarcie i wizualizując trajektorię lotu uwzględniając lekki jesienny wiatr z zachodu. Puściłam się pędem przed siebie, przy ostatnim kroku wybijając się mocno do skoku z betonowej płyty. Przeleciałam z gracją nad zaparkowanym na ulicy polonezem, wskoczyłam za żywopłot i wpadłam do króliczej nory. Zaklęłam parszywie:

– No żucza pupka! Zawsze mi się to zdarza.

Wstałam otrzepując portki z ziemi. Skontrolowałam skrupulatnie miejsca potencjalnych obrażeń. Kości całe, checked. Brak śladów krwi – zero głębszych zadrapań. Zęby na miejscu.

Rozejrzałam się dookoła akurat w chwili by ujrzeć puchaty, rudawy ogon znikający za zakrętem tunelu. No cóż, wzruszyłam ramionami, babcia jeszcze co najmniej przez godzinę nie będzie wołać na obiad. Zresztą akurat dziś jest dobry dzień na przedłożenie przygody nad wartość klusek z serem.

Szłam dłuższą chwilę przez siebie, niepokojona jedynie z rzadka następującymi wstrząsami wywołanymi przez przejeżdżające tramwaje. Tunel wił się i skręcał jakby wydrążył go miotany konwulsjami kret na kwasie. Co jakiś czas w oddali migał koniec rudej kity. Niektóre ściany pokryte były psychodelicznymi rysunkami zwierząt i ludzi odprawiających iście sodomiczne danse macabre. Widać kret był też artystą. Po dobrych 20 minutach rytmicznego marszu i kilku przerwach na kontemplację dziwacznej sztuki droga urwała się znienacka.

Postałam chwilę w pewnej odległości od wylotu nie mogąc odmówić sobie przyjemności wizualizacji różnych ścieżek potencjalnego rozwoju faktów nim rzeczywistość ograniczy mnie tylko do jednej. Wtem z dołu wyłoniła się miedziana twarz z czupryną bardzo ciemnych, rozkozdranych włosów i czarnymi świecącymi w przytłumionym świetle oczami.

– No idziesz czy nie? – Spytał mały Cygan z wyrzutem.

Prychnęłam, ale podeszłam do skraju tunelu i zeskoczyłam za nim. Wprost pod rozpędzone kurze nogi gigantycznych rozmiarów. Jeździec ściągnął wodze w ostatniej chwili kierując przerośnięte skrzyżowanie kurczaka ze smokiem na sąsiedni pas by już po chwili wygrażać mi pięścią z oddali. Chłopiec stał kawałek dalej i patrzył na mnie z politowaniem wyskubując grudki błota ze swojego ogonka. Podeszłam do niego, upewniając się wcześniej że nie zostanę już potrącona przez żadnego gigantycznego ptaka. Chwycił mnie za rękę i pociągnął wgłąb lasu budynków, namiotów i straganów, przeplatanych losowo porozrzucanymi murami i uliczkami przypadkowej szerokości. Cygańska metropolia zdawała się nie mieć końca wzdłuż i wszerz, a szczyty najwyższych budowli niknęły gdzieś w mroku, zapewne w pobliżu sklepienia pieczary.

– Po co mnie tu zawlokłeś? – Spytałam.

– Przecież sama za mną polazłaś.

– No na pewno.

– Daj spokój. Przecież dobrze wiesz jak jest. Jeszcze za pierwszym razem to może mogłaś być zdziwiona.

Milczałam ostentacyjnie, dając się ciągnąc za rękę wgłąb osady.

– I co teraz ze mną będzie? – Nie wytrzymałam w końcu.

– A co byś chciała? – Spojrzał na mnie z miną wskazującą na to, że moje chęci i tak nie mają tu najmniejszego znaczenia.

– Uciec w końcu z cyrkiem.

– Pff, nie każdy może tak sobie uciec z cyrkiem. Nikt nie może.

– Ty mogłeś.

– To cyrk uciekł ze mną.

Nie odezwałam się już więcej ani słowem na ten temat.

Poszliśmy na diabelski młyn, rozmawiając o rzeczach mało istotnych, takich jak filozofia czy sens życia. Zjedliśmy watę cukrową klejąc sobie ręce i twarze i choć nie było słońca wiedziałam że minęło już wiele godzin.

Gdy nadszedł czas rozłąki zmrużył oczy lustrując moją duszę.

– No dobrze, możesz zostać jeszcze na chwilę.

I tak zostałam. Każdy dzień spędzaliśmy razem, a później się zestarzeliśmy i wzięliśmy ślub. Mieliśmy też trójkę dzieci i tylko jedno miało kudłaty ogonek. Żyliśmy razem w szczęściu i chorobie aż do końca naszych dni.

Ale to wszystko nie była prawda. Tak w rzeczywistości wróciłam na kluski do domu, a cyrk wyjechał następnego dnia i już nigdy nie wrócił. Zdarzyło się też tak że prosiak sąsiadów zakopał króliczą norę i żaden królik nie pojawił się w okolicy by ją odnowić.

G. Jakiś czas później, nie wiem jak, ale namówił swoją mamę by dała swojej nowo narodzonej córce imię po mnie. Ale nie, nie żyliśmy długo i szczęśliwie.

Łąka już dawno zarosła chaszczami, między którymi miejsca alkoholowych spotkań urządzili sobie lokalni menele. Wszystko co tam rosło i wzniosło się za pomocą rąk ludzkich zostało pięciokrotnie zrównane z ziemią i porośnięte od nowa, wciąż w imię projektów nowych to zabudowań. A pustka wciąż pozostaję i skowyczy w ciemne noce z cicha za duchami, cygańskimi dziećmi i magią. A ponad po raz kolejny przesuniętym ogrodzeniem, w słoneczne dni, jak te z mojego dzieciństwa przez smog przedzierają tatry i wylatujące od czasu do czasu ze swoich jaskiń smoki.

Koniec

Komentarze

Nie chwyciło. Nie kupuję takiej stylizacji. Interpunkca kuleje. W dialogach brak spacji po pierwszym myślniku. Poza tym chaotycznie.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mnie też nie porwało. W sumie to nawet nie bardzo jest tu fantastyka – ot, rojenia czy fantazje z małym odniesieniem do Alicji w Krainie Czarów i zakończeniem też raczej wizyjnym niż fantastycznym. W sumie obyczajówka z elementem fantazjowania. Nie żeby to było zabronione, tylko zwracam uwagę, że takie elementy nie tworzą fantastyki.

Wykonanie niestety okropne, co już zauważono. Źle zapisane dialogi, wielce kulawa interpunkcja, niepotrzebne wulgaryzmy.

 

Cygan pisze się wielką literą.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zgodzę się z przedpiścami: początkowo tekst wygląda jak kolejna wersja “Alicji”, ale końcówka odziera go z fantastyki. No, bohaterka sobie coś przez chwilę wyobrażała, a potem wróciła do domu na kluski.

Nic właściwie się nie stało, narratorka tylko posnuła trochę refleksji.

Interpunkcja zaiste kuleje, miejscami na obie nogi. Zapis dialogów do remontu.

Gdy nadszedł czas rozłąki zmrużył oczy lustrując moją duszę.

Co jest podmiotem w tym zdaniu i dlaczego czas? Przecinki po “rozłąki” i “oczy”.

Babska logika rządzi!

Nie mam pojęcia, Barbuurko, co miałaś nadzieję opowiedzieć – Twoja historia sprawia wrażenie opisu dziwnego snu czy niezrozumiałej wizji i, niestety, nie zdołałaś mnie nią zainteresować w najmniejszym stopniu.

Wykonanie, co już zauważyli wcześniej komentujący, woła o pomstę do nieba.

 

z po­zszy­wa­nych byle jak ko­lo­ro­wych kocy. –> …z po­zszy­wa­nych byle jak ko­lo­ro­wych koców.

 

– Basia. Zo­sta­niesz moją żoną? – Po­wie­dział nagle G. –> – Basia. Zo­sta­niesz moją żoną? – powiedział/ spytał nagle G.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Pa­trzy­łam w dal­szym ciągu na oczy. A oczy pa­trzy­ły na mnie. I ro­bi­ły się coraz szer­sze ze zdu­mie­nia. Jed­nak w chwi­li gdy mru­gnę­łam po oczach po­zo­sta­ły już tylko sze­lesz­czą­ce li­ście ży­wo­pło­tu. Wciąż pa­trzy­łam… –> Czy to celowe powtórzenia.

 

Szłam dłuż­szą chwi­lę przez sie­bie… –> Literówka.

 

Po do­brych 20 mi­nu­tach… –> Po do­brych dwudziestu mi­nu­tach

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

z czu­pry­ną bar­dzo ciem­nych, roz­koz­dra­nych wło­sów… –> Co to znaczy roz­koz­dra­nych?

 

– No idziesz czy nie? – Spy­tał mały Cygan z wy­rzu­tem. –> Gdzie mały Cygan miał wyrzut?

A może miało być: – No idziesz czy nie? – spy­tał z wyrzutem mały Cygan.

 

Prych­nę­łam, ale po­de­szłam do skra­ju tu­ne­lu i ze­sko­czy­łam za nim. –> Czy dobrze rozumiem, że najpierw zeskoczył skraj tunelu, a bohaterka za nim?

 

i po­cią­gnął wgłąb lasu bu­dyn­ków… –> …i po­cią­gnął w głąb lasu bu­dyn­ków

 

dając się cią­gnąc za rękę wgłąb osady. –> …dając się cią­gnąć za rękę w głąb osady.

 

na­mó­wił swoją mamę by dała swo­jej nowo na­ro­dzo­nej córce… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

wciąż w imię pro­jek­tów no­wych to za­bu­do­wań. –> Czym są to zabudowania?

 

przez smog prze­dzie­ra­ją tatry… –> Pewnie miało być: …przez smog prze­zie­ra­ją Tatry

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie przejmuj się, Barbuurko. :) Mnie szort się podoba. Masz rękę do pisania, pomysłowe to, dobre dialogi, choć to prawda, widać, że napisane na kolanie. Różnych drobnych błędów sporo. Widać zdolności masz, ale cierpliwości brakuje? ;)

Tu na portalu poszukuje się Świętego Graala, fantastyka musi być przez duże S (science), a fantasty pokroju Martina albo Tolkiena, a i tak pewnie błędy by wytknięto.

Jest potencjał, posiedzieć dłużej następnym razem i będzie bardzo dobrze.

Mam słabość do motywów cyrkowych. Opowiadanie mi się nie spodobało, ale zgadzam się z Darconem, coś się tli. Tylko wierzę, że to nie tylko efekt mojej cyrkowej słabości. Dopracowuj bardziej, teksty i sprawdź jak wygląda właściwy zapis. Niestety, takie pisanie "na kolanie" może się mścić. 

Hmm, jest tu pomysł. Ale niestety wykonanie go zabija. Przy czym nie mam tu na myśli tylko interpunkcji i innych kwestii technicznych, ale raczej końcówkę, która na łeb na szyję próbuje powiedzieć “to dawno temu było i nieprawda”. Odziera to tekst z przemyśleń, a rzuca prosto w ramiona streszczenia. A takie przy czytaniu z reguły nie dostarczają czytelnikowi emocji.

Na koniec – przydatne linki. Przeczytaj je uważnie, na pewno pomogą :)

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka