- Opowiadanie: Tomasz R.Czarny - Klątwa Horddriga

Klątwa Horddriga

Wracam ponownie. Tym razem przedstawiam opowiadanie oparte na naszych polskich legendach i umiejscawiam je w świecie fanatsy z nowymi bohaterami i przygodami.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Klątwa Horddriga

Krasnolud Bronko drugi raz w swoim życiu zalał się łzami. Tym razem jednak były to łzy radości. Pierwszy raz płakał, gdy jego żona urodziła mu pierwszego syna i okazało się, że zmarł zaraz po porodzie. Potem przez długi czas nie mogła zajść w ciążę, aż w końcu udało się. Urodził mu się syn. Zdrowy. Łzy szczęścia skapywały po długiej brodzie Bronko. Wiedział, że jest przeklęty, dlatego też niezwłocznie ściągnął do swej chaty dwie czarodziejki. Były to jego znajome sprzed dawnych lat.

– Proszę was, o wielkie i potężne czarodziejki, o błogosławieństwo dla mojego syna i zdjęcie klątwy z niego, ciążącej na mnie i mojej rodzinie. – Bronko padł na kolana przed czarodziejkami.

– Nie możemy zdjąć tej klątwy – powiedziała pierwsza czarodziejka.

– Ale możemy ją trochę zmienić – dodała druga.

Następnie Bronko poprowadził czarodziejki do nowo narodzonego syna. Leżał cichutko w objęciach matki. Podeszły i nałożyły na niego ręce w geście opieki.

– Jakie nadałeś mu imię? – zapytała jedna z czarodziejek.

– Horddrig – powiedział Bronko.

Czarodziejka kiwnęła głową na znak zgody. Obie wyciągnęły kryształy magiczne. Jedna z nich władała zieloną magią, a druga błękitną. Skierowały kryształy w stronę dziecięcia i zaczęły mamrotać zaklęcia. Po chwili kryształy zapłonęły, jeden zielonym światłem, a drugi błękitnym. Oba światła zalały dziecię i otuliły go poświatą.

Bronko padł na kolana i zaczął się modlić do wszystkich bóstw jakie znał.

Zaklęcia trwały kila godzin. Obie czarodziejki były wyczerpane. Bronko zaprosił je do salonu proponując coś do jedzenia i poczęstował miodem pitnym na wzmocnienie sił.

– Udało się? – zapytał zniecierpliwiony, siadając naprzeciwko czarodziejek.

– Chyba tak – powiedziała pierwsza.

– Jego przyszłość jest bardzo niewyraźna – dodała druga.

– Co to znaczy? – zaniepokoił się Bronko.

– To znaczy, że cały czas jest ruchoma i zależna od wielu czynników.

– Ja widziałam duże nieszczęście, ale również to, że będzie wielkim wodzem.

– Jakim wodzem? – Przeraził się Bronko.

– Nie wiem – odparła szczerze druga.

– Ja natomiast widziałam śmierć.

– Czyją?

– Śmierć kroczącą za nim krok w krok. Gdziekolwiek się pojawi, tam ona będzie z nim. Wszyscy wokół niego będą cierpieć.

– Czy mogę coś zrobić? – zapytał załamany Bronko.

– W jednym zgadzamy się obie. Dopóki nie przeleje krwi, śmierć będzie się trzymała od niego z daleka, jednak gdy tylko przeleje krew żywej istoty, jego jedyną partnerką będzie śmierć.

– Nigdy nie zazna szczęścia i zawsze będzie samotny.

Czarodziejki zostawiły Bronko ze smutnymi przepowiedniami. Jedyną pociechą jaką znalazł w ich słowach, był fakt, że obie były zgodne, iż będzie żył.

 

 

Horddrig dorastał sobie beztrosko pod opieką rodziców. Był silny, zdrowy i wesoły, jak zwykły młody krasnolud. Nic nie wskazywało, że jest obciążony klątwą. Bronko zaczął wierzyć, że udało się jej pozbyć. On, jego żona i mały Horddrig tworzyli szczęśliwą rodzinkę krasnoludów. Powoli z każdym dniem Bronko zapominał o klątwie. Przestał sobie zawracać nią głowę. Spał spokojnie, jak za dobrych czasów.

Pierwsze oznaki niepokoju pojawiły się gdy Bronko postanowił przyuczać syna do fachu kowala. Młody Horddrig miał talent do kowalstwa, ale niestety nie miał do niego serca. Jedynym zamiłowaniem obdarzał sztukę wytwarzania mieczy. Martwiło to Bronko, gdy widział z jaką pasją syn wyrabia miecze, jak wkłada w tę sztukę całego siebie, jak patrzy na oręż z błyskiem w oku. 

Kolejnym powodem do niepokoju i spędzania snu z powiek był fakt, iż młody Horddrig poświęcał wolny czas na wysłuchiwanie opowieści o pojedynkach, walkach i potyczkach. Każdą wolną chwilę spędzał w miejscach, gdzie wojacy i żądni przygód spotykali się przy trunkach i opowiadali swoje przygody, niejednokrotnie wyolbrzymiając swe zasługi. Zaniepokojony Bronko zakazywał synowi chodzenia do szynków i karczm, tłumacząc mu, że głównie chodzi o jego bezpieczeństwo.

– Tam zbierają się różne szumowiny i chleją wińsko, a po alkoholu bywają niebezpieczni – mawiał synowi.

Pomimo przestróg i próśb, Horddrig wymykał się po kryjomu, aby posłuchać ekscytujących opowieści. Potem w samotności wyobrażał sobie, jak to sam przemierza świat i walczy ze złem w imię dobra. Pokonywał różne stwory, niegodziwe szajki zbójów, okrutnych tyranów, wyswobadzając uciśnionych, ubogich i piękne kobiety krasnoludowe.

 

Tak minęło Horddrigowi dzieciństwo. Nadszedł czas młodzieńczego buntu. Jak na prawdziwego krasnoluda przystało na twarzy Horddriga pojawił się zarost. Był z niego dumny i starannie go pielęgnował. Coraz bardziej ciągnęło go do wojaczki. Pomagał ojcu w kowalstwie, ale widać było, że nie ma do tego serca.

– Ojciec – zagadnął któregoś dnia podczas pracy w kuźni.

– Co tam?

– Chcę się uczyć fechtunku – powiedział Horddrig i z obawą spojrzał na ojca, wyczekując jego reakcji.

– Do czego ci to potrzebne? – warknął Bronko.

– Nie chcę całego życia spędzić w kuźni.

– Walka do niczego dobrego nie prowadzi, ciągnie za sobą tylko śmierć, ból i cierpienie.

Bronko udawał obojętnego, jednak w środku, aż dygotał ze strachu, z ledwością unosił młot. Wszystkie siły uszły z niego, z chwilą oświadczenia syna, że chce się uczyć fechtunku. 

– Ktoś jednak musi pomagać tym, którzy sami nie potrafią się bronić – upierał się Horddrig.

– I tym kimś masz niby być ty, tak?

– A czemu nie? – odparł zawadiacko.

– Bo nie i koniec tematu!

Horddrig wściekły rzucił narzędzia na ziemie i wyszedł z kuźni. Bronko nie próbował go zatrzymać. Rozumiał syna. W jego wieku był taki sam. Opowiedział wieczorem o wszystkim żonie.

– Powiedz mu – rzekła.

– Nie mogę.

– On zrozumie.

– Jeszcze nie teraz.

– Stracisz go.

Bronko ciężko westchnął.

 

Nadeszły ciężkie czasy dla mieszkańców Hafejduty. Pod miastem, w podziemiach zagnieździł się Bazyliszek. Na samym początku był nieszkodliwy, a nawet pożyteczny. Buszował w podziemiach i żywił się umarlakami i topielcami. Niestety z biegiem czasu Bazyliszek rósł, a wraz z jego wzrostem rósł jego apetyt. Robił się coraz zuchwalszy. Wypuszczał się na polowania na powierzchnię. Nie przebierał w diecie i atakował każdego kto stawał na jego drodze. Miasto ogarnął strach. Włodarz miasta wysłał zbrojnych do zrobienia porządku z bazyliszkiem, niestety żaden nie powrócił żywy. Wyznaczono nagrodę dla śmiałka, który zabije bazyliszka. Zjechało kilku takich odważnych i pewnych siebie. Weszli do podziemi i słuch po nich zaginął. Bazyliszek natomiast cieszył się wyjątkowym zdrowiem. Wkrótce miasto zaczynało wymierać. Przestali zajeżdżać podróżni, kupcy omijali Hafejduty z daleka, a co mądrzejsi i odważniejsi opuścili je. Nad tymi co pozostali zawisły czarne chmury. Handel całkowicie zamarł, zaczęło brakować pracy i towaru. Miasto wymierało, szerzyło się zepsucie, bieda i zdegenerowanie.

 

Kryzys także dotknął Bronko i jego rodzinę. Mieli coraz mniej klientów, a co za tym idzie mniej pieniędzy. Wszystkie oszczędności zostały wydane. Widmo biedy zaświtało do ich domostwa.

– Dokąd idziesz? – zapytała żona, widząc że Bronko zbiera się do wyjścia.

– Do kuźni.

– Przecież nie masz nic do roboty.

– Muszę coś robić, bo mnie cholera weźmie.

– Powinniśmy się wyprowadzić.

Bronko nic nie odpowiedział, tylko westchnął ciężko i poszedł do warsztatu. W środku zastał Horddriga. Był odwrócony tyłem do wejścia i pochylony nad czymś.

– Co tam modzisz? – zapytał Bronko.

– Nic – odparł pospiesznie i szybko się wyprostował. Speszony odwrócił się w stronę ojca.

– Co tam chowasz? – Zachowanie syna wydało mu się trochę podejrzane.

– Nic.

– Jak nic, skoro widzę, że coś ukrywasz.

– Nic takiego.

– Odsuń się.

Bronko podszedł do syna i odsunął go na bok. Nie stawiał oporu. Oczom Bronko ukazał się ciężki miecz z rodzinnymi runami, który leżał na metalowej tarczy. Tarcza była tak mocno wypolerowana, że odbijała obraz jak lustro.

– Co to jest? – zapytał.

– Miecz i tarcza.

– To widzę! Czyje to jest!?

– Moje.

– Sam to zrobiłeś?

– Tak. 

Bronko fachowym okiem obejrzał oręż. Był dumny z syna, to była mistrzowska robota. 

– Po co ci to?

– Idę zabić bazyliszka – oświadczył Horddrig.

– Chyba żartujesz. Lepsi od ciebie próbowali i nie dali rady, a ty oświadczasz sobie, że idziesz zabić bazyliszka.

– Wiem jak to zrobić.

– Nic z tego.

– Ale…

– Żadne ale!

– Jestem dorosły!  

– Powiedziałem, nie. Koniec dyskusji, opuść kuźnie i masz zakaz wchodzeniu do niej.

– Za chwilę skończą się nam oszczędności, albo będziemy klepać biedę, albo będziemy musieli opuścić to miasto.

– Nie twoja w tym głowa.

– Nie masz prawa.

– Mam! Wynoś się!

Horddrig wypadł z warsztatu ze łzami w oczach, zatrzaskując za sobą drzwi. Bronko ciężko opadł na taboret i schował twarz w dłonie. Nie wiedział co ma robić.

– Powiedz mu.

Bronko drgnął słysząc głos swojej żony. Nie spodziewał się, że była w pobliżu i słyszała ich kłótnię.

– Nie – warknął.

– Jest inteligentnym młodym krasnoludem, zrozumie.

– Nie.

– Stracisz go. Pamiętasz jaki ty byłeś w jego wieku?

– Taki sam jak on – przyznał ze smutkiem.

– Powiedz mu.

 

Bronko jeszcze przez długi czas bił się z myślami, w końcu przyznał żonie racje. Postanowił porozmawiać z synem. Horddriga jednak nie było w domu. Była już późna pora. Postanowił więc, że porozmawia z nim jutro rano. Niech się wyszaleje i ochłonie. Rano na spokojnie porozmawiają. Położył się spać. W nocy zbudziły go hałasy. Dobiegały z kuźni.

– Co to? – zapytała się wystraszona żona Bronko.

– Rabuś, kurwi syn – zaklął Bronko.

Wyskoczył z łóżka i chwycił pałkę.

– Uważaj Bronko – powiedziała żona troskliwym głosem.

– Niech lepiej ten chędożony kurwi syn uważa – warknął i dziarsko poszedł w stronę warsztatu.

Wrócił po chwili i bez słowa zaczął się pospiesznie ubierać.

– Co się stało? – zapytała się żona.

– To nie był chędożony rabuś. – rzucił ponuro Bronko, nie przestając się ubierać.

– Horddrig. – Domyśliła się.

 Nie odpowiedział jej, tylko bez słowa ruszył do wyjścia.

– Bronko! Kocham cię! – krzyknęła za znikającym mężem.

Wychodząc chwycił topór. Wszystko się popieprzyło. Nic nie było tak jak zaplanował sobie. Musiał uratować syna, nie miał wyboru. Skazywał się na śmierć i dobrze o tym wiedział, ale nie mógł pozwolić aby Horddrig zmarnował sobie życie. To była jego wina a nie syna. Przyszedł czas na zapłatę za swoje grzechy młodości. Pogodził się ze swoim losem.

 

Tunele nie były zbyt przyjemnym miejscem. Ciemne, mokre i śmierdzące. Bronko wskoczył do środka przez właz. W tunelach rozległ się głośny plusk. Musiał jak najszybciej znaleźć syna. Horddrig na pewno wziął ze sobą pochodnię. Przystanął i zaczął się rozglądać za łuną światła, jaką musiała roztaczać wokół siebie. Nic. Same ciemności. Ruszył przed siebie brodząc w ściekach.

Była jeszcze nadzieja dla niego, ale musiał znaleźć syna, zanim on znajdzie bazyliszka. Była to nikła nadzieja i Bronko nie miał złudzeń.

– Horddirg! – wrzasnął i krzyk rozlał się po tunelach, jak grzmot po niebie.

Wiedział, że nie tylko syn usłyszy jego wołanie. Odczekał chwile nasłuchując. Zero odzewu. Cisza. Ruszył ponownie przed siebie.

– Horddrig! – wrzasnął ponownie.

– Zwariowałeś ojciec? – Z ciemności wynurzył się Horddrig.

– Jesteś – odetchnął Bronko.

– Czemu się drzesz?

– Musimy stąd uciekać.

– Nigdzie się nie ruszam. Posłuchaj ojciec, bazyliszek hipnotyzuje swoje ofiary wzrokiem i dlatego nikt nie mógł go pokonać.

– Jesteśmy przeklęci. Wisi nad nami klątwa.

Horddrig chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Usłyszał głośny plusk i zobaczył, jak ze ścieków wynurza się ogromne cielsko bazyliszka. Jego zielone oczy żarzyły się w ciemności jak gwiazdy na niebie.

– Odsuń się ojciec! – krzyknął Horddrig i wyciągnął swoją tarczę w kierunku potwora, zasłaniając się przed jego wzrokiem.

– Nie! – wrzasnął Bronko.

Horddrig nie zwracał uwagi na krzyki ojca. Adrenalina napompowała mu żyły. Poczuł, że to jest to, czego zawsze pragnął.

Bazyliszek spojrzał w tarczę i zobaczył swoje odbicie. Jego hipnotyzujący wzrok odbił się od jej wypolerowanej powierzchni. Bestia zamarła i stanęła jak słup soli.

– Nie rób tego synu! – krzyczał Bronko chcąc uchronić syna przed klątwą.

Ręka młodego krasnoluda wzięła zamach.

Bronko wiedział co się zaraz stanie. Nie miał innego wyjścia. Jednym machnięciem topora wbił go w cielsko bazyliszka, zatapiając w miejscu, gdzie wydawało mu się, że jest tętnica bestii.

Spóźnił się, Horddrig wbił swój miecz w szyję bazyliszka, w miejscu gdzie kończył się jego łeb.

Raniona bestia szarpnęła się do tyłu. Krew zaczęła tryskać fontanną z ran. Uciekało z niej życie. Zaczęła miotać się i machać na ślepo ogonem.

– Udało się, ojciec! – krzyknął szczęśliwy Horddrig.

Spojrzał w stronę gdzie stał Bronko.

– Zabiliśmy go…

Ojca nie było tam gdzie powinien być. Słowa ugrzęzły mu w gardle.

Bazyliszek padł martwy.

Horddrig zobaczył leżącego w ściekach ojca. Był ranny. W szale bólu bazyliszek uderzył Bronko swym masywnym ogonem. Horddrig podbiegł do niego.

– Ojciec!

– Przepraszam – wydusił z siebie resztkami sił Bronko.

– To nie twoja wina – powiedział poprzez łzy Horddrig.

– Moja… Powinienem… ci powiedzieć wcześniej.

– Nic nie mów, zaniosę cię do domu. Będzie dobrze, zobaczysz.

Horddrig dźwignął ojca z ziemi i zaczął go wlec do wyjścia.

– To nic nie da – wydusił z siebie Bronko. Mowa sprawiała mu trudności.

– Będzie dobrze – powtarzał sobie Horddrig, bardziej chcąc przekonać siebie niż ojca.

– Nie będzie synu.

Bronko wyślizgnął się z objęć syna.

– Będzie! Słyszysz mnie!? Będzie dobrze! – wrzeszczał Horddrig, patrząc w martwe oblicze ojca.

 

Słońce powoli zaczynało wschodzić gdy Horddrig przywlókł ciało ojca. Złożył je w kuźni i usiadł zmęczony obok. Spojrzał na niego i ponownie załkał.

W drzwiach kuźni pojawiła się matka. Spojrzał na nią ze smutkiem i rzucił się jej w ramiona.

– To moja wina. Przepraszam – mówił przez łzy.

– Nie obwiniaj siebie – powiedziała matka, tuląc go do siebie i głaszcząc po bujnej czuprynie.

– Ojciec wspominał coś o klątwie.

Westchnęła ciężko, teraz gdy był w rozpaczy chciała mu oszczędzić tych wiadomości. Miała zamiar mu powiedzieć dopiero gdy ochłonie.

– Nie kłopocz się tym.

– Co to za klątwa?

– Nie teraz. – Broniła się przed wyznaniem mu gorzkiej prawdy.

– Ojciec uważał, że to jest ważne. Chciał mi powiedzieć, ale ja nie słuchałem. Powiedz mi.

– Dobrze. Usiądź.

Zaczęła mu opowiadać z ciężkim sercem.

– Widzisz, twój ojciec za młodu był taki sam jak ty, napalony do wojaczki. Wyruszył z domu wbrew rodzicom z mieczem w pochwie. Uczestniczył w wielu bojach i przelał morze krwi najróżniejszych istot. Któregoś razu pozbawił życia o jedno istnienie za dużo i została na niego rzucona klątwa. Miał nie zaznać szczęścia do końca życia. Musiał patrzeć na śmierć swoich bliskich. Nie mógł też przelać żadnej krwi, za groźbą śmierci. Wrócił do domu i wtedy zaraza zabrała mu całą jego rodzinę, przyjaciół i znajomych. Klan, do którego należał wygonił go. Tułał się po świecie i za każdym razem, jak kogoś obdarzył choć sympatią, ta istota umierała. Zaczął się trzymać z dala od wszystkich.

– A ty? – zapytał Horddrig.

– Ja też byłam jego przekleństwem.

– Jak to?

– Widzisz klątwa pozwoliła mu na miłość, niestety nie mogliśmy mieć dzieci. Wszystkie dzieci jakie powiłam, umierały zaraz po urodzeniu. Jak ty miałeś przyjść na świat, ojciec wezwał dwie czarodziejki, które za pomocą czarów zmieniły trochę klątwę. Dlatego żyjesz.

– Ale?

– No właśnie. Nie wolno ci było przelać krwi.

– Dlatego ojciec chciał mnie powstrzymać, dlatego pierwszy zadał cios, poświęcił swoje życie dla mnie – powiedział z ciężkim bólem Horddrig.

– Teraz klątwa przeszła na ciebie, z tym wyjątkiem, że nie umrzesz od przelania krwi.

– Co to oznacza?

– Śmierć będzie ci towarzyszyć na każdym kroku. Będziesz patrzył jak zabiera ci twoich bliskich, przyjaciół i tych, których choć trochę polubisz, sam zaś nie zaznasz jej.

 

 

– Wkrótce zaraza dotknęła całe Hafejduty. Horddrig widział śmierć swojej matki, przyjaciół i znajomych. Tak zamiast bohatera stał się przeklętym. Opuścił Hafejduty i powędrował w świat. – Stary bajarz zakończył opowiadać legendę.

– Co się stało dalej z Horddrigiem? – zapytało jedno z dzieci.

– Nie mam pojęcia. Krążyły później plotki i legendy o nim, ale nie mam pojęcia czy są prawdą. – odrzekł bajarz.

– Opowiedz nam jakąś legendę o Horddrigu – poprosił drugi dzieciak.

– Na dzisiaj starczy, pan bajarz jest pewnie zmęczony – wtrąciła się matka jednego z dzieci.

– Proszę pana, a znał pan Horddriga? – zapytało dziecko zanim matka pogoniła je spać.

– Tak – odpowiedział smutno starzec, głaszcząc się po długiej siwej krasnoludzkiej brodzie.

– A ja myślę, że to pan jest Horddrig – powiedziała szczebiotliwie, zawadiackim głosikiem dziewczynka.

Starzec nic na to nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął.

 

Koniec

Komentarze

Na plus pacyfistyczne przesłanie, ale zostało podane jakoś bez finezji. Interesująca klątwa.

Uważam, że ojciec głupio postąpił, powinien powiedzieć synowi o wiele wcześniej. Na co czekał?

Z wykonaniem bardzo tak sobie. Literówki, problemy z pisownią łączną/ rozdzielną, a nawet jeden ortograf. Trafiają się wyrazy użyte niezgodnie z przeznaczeniem.

i zdjęcie klątwy z niego, ciążącej na mnie.

Skoro klątwa ciąży na ojcu, to jak można zdjąć ją z dziecka?

jak patrzy na oręż i wręcz go hołduje.

Na pewno hołduje?

Smutkiem go napawało widząc to.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo bzdury wychodzą.

Kolejną oznaką niepokoju i spędzania snu z powiek był fakt, iż młody Horddrig poświęcał wolny czas na wysłuchiwanie opowieści o pojedynkach,

To była oznaka czy powód do niepokoju?

Każdą wolną chwile spędzał w miejscach, gdzie wojacy i rządni przygód spotykali się przy trunkach

Sprawdź w słowniku, co znaczy “rządni”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Również uważam. że ojciec głupio postępuje, ale tak w życiu bywa. My ludzie też czasami postępujemy nie racjonalnie i popełniamy głupoty, a potem musimy za nie płacić. W tym przypadku ojciec wstydził się tego co robił wcześniej, jest tu ukryta jakaś prawda, on się boi, że syn potępi jego czyny.

 Dzięki za konstruktywne uwagi.

Pomysł jest, historyjka nawet zacna, choć nie bez potknięć. Zgadzam się z Finklą, że ojciec powinien był od początku mówić synowi o klątwie. Można było też obejść sprawę tak, żeby to syn wymyślił sposób na bazyliszka, a ojciec go zabił.

Klamra z opowieścią trochę deusexmachinowa, lepiej byłoby dać ją też na początku albo też wystylizować cały tekst tak, żeby brzmiał jak opowieść bajarza, wtedy zaskoczenie byłoby mniejsze. Łopatologia ostatnich zdań niepotrzebna, choć nie rażąca. Niemniej zakończenie tym “tak” (z didaskalium, oczywiście) byłoby mocniejsze. Czytelnik nie jest głupi ;)

 

Skądinąd zastanawiałam się, czy ta klątwa nadal działa? Czy też jak zaczął opowiadać i ostrzegać, to ją ostatecznie zniósł?

“– Jego przyszłość jest bardzo niewyraźna – dodała druga.

– Co to znaczy? – zaniepokoił się Bronko.

– To znaczy, że cały czas jest ruchoma i zależna od wielu czynników.”

Każda przyszłość jest zależna od wielu czynników, więc o ile Twój świat nie jest jakimś skrajnym przypadkiem determinizmu (co wypadałoby zaznaczyć, gdyby tak było, ale taka koncepcja jest ryzykowna), jest to raczej norma, a nie coś niezwykłego.

 

Dlaczego imiona z różnych bajek? Bronko, ale syn Horddrig…

 

Punkt widzenia krążący między ojcem i synem, taki prawie narrator wszechwiedzący, wydaje mi się trochę niedbalstwem, warto by się zdecydować na jeden typ narracji.

 

Wykonanie do remontu. Zaimkoza wymagająca leczenia: większość “swoich” i “jego” możesz spokojnie wyrzucić bez szkody dla tekstu.

Np.

“Następnie Bronko poprowadził czarodziejki do swojego nowo narodzonego syna. Leżał cichutko w objęciach matki. Podeszły i nałożyły na niego swoje ręce w geście opieki.

– Jakie nadałeś mu imię? – zapytała jedna z czarodziejek.

– Horddrig. – powiedział Bronko.

Czarodziejka kiwnęła głową na znak zgody. Obie wyciągnęły swoje kryształy magiczne. Jedna z nich władała zieloną magią, a druga błękitną. Skierowały swoje kryształy w stronę dziecięcia i zaczęły mamrotać zaklęcia. Po chwili kryształy zapłonęły, jeden zielonym światłem, a drugi błękitnym. Oba światła zalały dziecię i otuliły go swoją poświatą.”

Pomijając inne powtórzenia i pewne kłopoty ze zmieniającymi się podmiotami, wszystkie zaznaczone zaimki są doskonale zbędne.

 

Przykłady (nie wszystko!) innych baboli:

 

“Potem przez długi czas nie mogła zajść w ciąże, aż w końcu udało się. Urodził mu się syn. Zdrowy. Łzy szczęścia skapywały mu po jego długiej brodzie.“ – literówka. Oraz: ze składni wynika, że łzy szczęścia skapywały po długiej brodzie syna.

 

“– Horddrig[-.] – powiedział Bronko.”

Przeczytaj sobie na forum poradnik zapisu dialogów, bo większość masz zapisane źle.

 

“– Udało się[+,] ojciec! – krzyknął szczęśliwy Horddrig.”

Przed wołaczem zawsze przecinek.

 

“– Będzie! Słyszysz mnie! Będzie dobrze! – wrzeszczał Horddrig[+,] patrząc w martwe oblicze ojca.” – Po “słyszysz mnie” raczej pytajnik. Zdania podrzędne zawsze wydzielamy przecinkami

 

“Nie można ci było przelać krwi.” → nie wolno. Ewentualnie może być “nie powinieneś był”, ale jest słabsze jako zakaz

Poczytaj o modalnościach: można oznacza, że coś jest możliwe (wykonalne), wolno – dozwolone.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki za wytknięcie potknięć, już poprawiam. Jeżeli chodzi o kwestie tego, że ojciec nie powiedział synowi od początku o klątwi, obstaje przy swoim. Chcę się też odnieść do stwierdzenia, że każda przyszłość jest zależna od wielu czynników, zgadzam się z Tobą, ale nie pomyślałaś, że są tacy, którzy mają inne zdanie. Co powiesz o poglądzie, że nasza przyszłość jest z góry napisana ? ( Przeznaczenie ). 

Jeżeli to Cię nie przekonuje, przyjmij to jako fanaberie autora.

Co powiesz o poglądzie, że nasza przyszłość jest z góry napisana ? ( Przeznaczenie ). 

Przecież napisałam o determinizmie… Co o nim sądzę jako o hipotezie czy teorii filozoficzno-religijnej, nie ma znaczenia. O wierze w “przeznaczenie” myślę zresztą jeszcze gorzej niż o determinizmie, ale nie wchodźmy w szczegóły, które nie są istotne, bo to nie wiara kogokolwiek ze świata czytelników ma tu znaczenie.

Istotne jest to, że jeśli w Twoim świecie da się w ogóle przewidzieć przyszłość, a czarodziejki tak opisują przyszłość bohatera, to znaczy, że przyszłość jest zazwyczaj jasno widoczna, czyli świat jest deterministyczny. Widzisz przyszłość i tak właśnie będzie. Ale tego nie wiemy z tekstu. Po prostu nie widzę, dlaczego akurat taka wróżba ma być czymś niezwykłym w świecie, jaki przedstawiasz. Wystarczy dopracować scenę z czarodziejkami, powiedzieć coś więcej, jak w tym świecie działają wróżby, los, przeznaczenie, predestynacja, determinizm, czy jakkolwiek to nazwiesz. Tu chodzi o spójność świata, a nie o czyjekolwiek zewnętrzne poglądy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Można tu zauważyć jakiś pomysł i chęć opowiedzenia dramatycznej historii, niestety, bardzo złe wykonanie zepsuło wszystko. Trudno skupić się na opowieści i śledzić losy bohaterów, kiedy co chwilę odwracają uwagę źle złożone zdania, literówki, powtórzenia, błędy i inne usterki, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

 

Bron­ko za­pro­sił je do sa­lo­nu pro­po­nu­jąc coś do je­dze­nia i po­czę­sto­wał ich mio­dem pit­nym… –> Dlaczego zaprosił kobiety, a poczęstował mężczyzn?

Trudno mi wyobrazić sobie krasnoludzki salon.

 

– Udało się? – za­py­tał się znie­cier­pli­wio­ny… –> – Udało się? – za­py­tał znie­cier­pli­wio­ny

 

jak wkła­da w  sztu­kę ca­łe­go sie­bie… –> …jak wkła­da w  sztu­kę ca­łe­go sie­bie

 

Ko­lej­ną po­wo­dem do nie­po­ko­ju… –> Ko­lej­nym po­wo­dem do nie­po­ko­ju

 

Każdą wolną chwi­le spę­dzał w miej­scach… –> Literówka.

 

Za­nie­po­ko­jo­ny Bron­ko za­ka­zy­wał dla syna cho­dze­nia do szyn­ków i barów… –> Za­nie­po­ko­jo­ny Bron­ko za­ka­zy­wał synowi cho­dze­nia do szyn­ków

Zakazujemy czegoś komuś, nie dla kogoś.

W opowiadaniach fantasy bary nie istnieją.

 

Tak mi­nę­ło Hord­dri­go­wi dzie­ciń­stwo. –> Czy dobrze rozumiem, że jako dziecko pracował w kuźni?

 

Co raz bar­dziej cią­gnę­ło go do wo­jacz­ki. –> Coraz bar­dziej cią­gnę­ło go do wo­jacz­ki.

 

– Oj­ciec – za­gad­nął któ­re­goś dnia pod­czas pracy w warsz­ta­cie. –> Miejsce pracy kowala to kuźnia. Uwaga dotyczy także warsztatów w dalszym ciągu opowiadania.

 

Na samym po­cząt­ku bywał nie szko­dli­wy… –> Czy, skoro bywał, to znaczy, że zdarzało mu się też szkodzić?

Proponuję: Na samym po­cząt­ku był nieszko­dli­wy

 

Ba­zy­li­szek rósł, a wraz z jego wzro­stem rósł jego ape­tyt. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

Wy­pusz­czał się na po­lo­wa­nia na po­wierzch­nie. –> Literówka.

 

Wkrót­ce mia­sto za­czy­na­ło wy­mie­rać. Prze­sta­li za­jeż­dżać po­dróż­ni, kupcy omi­ja­li Ha­fej­du­ty z da­le­ka, a co mą­drzej­si i od­waż­niej­si opu­ści­li to mia­sto. Nad tymi co po­zo­sta­li za­wi­sły czar­ne chmu­ry. Han­del cał­ko­wi­cie za­marł, za­czę­ło bra­ko­wać pracy i to­wa­ru. Mia­sto wy­mie­ra­ło… –> Powtórzenia.

 

– Dokąd idziesz? – za­py­ta­ła się żona wi­dząc, że Bron­ko zbie­ra się do wyj­ścia. –> – Dokąd idziesz? – za­py­ta­ła żona, wi­dząc że Bron­ko zbie­ra się do wyj­ścia.

 

– Co tam mo­dzisz? – za­py­tał się Bron­ko. –> – Co tam mo­dzisz? – za­py­tał Bron­ko.

 

– Za chwi­le skoń­czą się nam oszczęd­no­ści… –> Literówka.

 

Bron­ko drgnął sły­sząc głos swo­jej zony. –> Bron­ko drgnął, sły­sząc głos swo­jej żony.

 

Niech się wy­sza­le­je i uspo­koi. Rano na spo­koj­nie po­roz­ma­wia­ją. –> Powtórzenie.

 

– Wła­my­wacz, kurwi syn – za­klął Bron­ko. –> Złodziej/ rabuś/ grabieżca/ rzezimieszek, kurwi syn – za­klął Bron­ko.

Włamywacz, moim zdaniem, jest określeniem zbyt współczesnym.

 

Wy­sko­czył z łóżka i chwy­cił pałkę do ręki. –> Wy­sko­czył z łóżka i chwy­cił pałkę.

Można chwycić coś ręką, ale nie można chwycić do ręki.

 

Przed wyj­ściem chwy­cił topór i wy­szedł. –> Brzmi to nie najlepiej.

 

To była jego wina i syn nic nie był winny. Przy­szedł czas na za­pła­tę za swoje grze­chy mło­do­ści. Był po­go­dzo­ny ze swoim losem.

Tu­ne­le nie były zbyt przy­jem­nym miej­scem. Było tu ciem­no… –> Objaw byłozy.

 

Po tu­ne­lach roz­legł się gło­śny plusk. –> W tu­ne­lach roz­legł się gło­śny plusk.

 

Hord­drig na pewno wziął ze sobą po­chod­nie. –> Literówka.

 

Była jesz­cze na­dzie­ja dla niego, ale mu­siał zna­leźć syna, zanim on znaj­dzie ba­zy­lisz­ka. Była to nikła na­dzie­ja… –> Powtórzenia.

 

Ad­re­na­li­na na­pom­po­wa­ła mu żyły. –> Adrenalina nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

 

Ba­zy­li­szek spoj­rzał w tar­cze i zo­ba­czył swoje od­bi­cie. –> Literówka.

 

gdzie wy­da­wa­ło mu się, że jest tęt­ni­ca be­stii. –> Czy Twoi bohaterowie mieli tak dobre pojęcie o anatomii, że wiedzieli, co to tętnica?

 

Hord­drig wbił swój miecz w szyje ba­zy­lisz­ka… –> Literówka.

 

Ra­nio­na be­stia szarp­nę­ła się do tyłu. Krew za­czę­ła try­skać fon­tan­ną z ran. Ucie­ka­ło z niej życie. Za­czął mio­tać się i ma­chać na ślepo ogo­nem. –> Piszesz o bestii, więc w ostatni zdaniu: Za­częła mio­tać się i ma­chać na ślepo ogo­nem.

 

– Za­bi­li­śmy go…. –> – Za­bi­li­śmy go Lub: – Za­bi­li­śmy go…!

Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

W szale bólu ba­zy­li­szek ude­rzył Bron­ko swym ma­syw­nym ogo­nem. Pod­biegł do niego. –> Ze zdania wynika, że do Bronko podbiegł bazyliszek.

 

– Nic nie mów, za­nio­sę cie do domu. –> Literówka.

 

Hord­drig przy­wlókł ciało ojca. Zło­żył je w warsz­ta­cie i usiadł zmę­czo­ny obok. Spoj­rzał na niego i po­now­nie za­łkał. –> Czy dobrze rozumiem, że Hord­drig łkał spojrzawszy na kuźnię?

 

W drzwiach warsz­ta­tu po­ja­wi­ła się po­stać matki. –> W drzwiach kużni po­ja­wi­ła się matka.

 

dla­te­go pierw­szy zadał cios, po­świe­cił swoje życie… –> Literówka.

 

Krą­ży­ły póź­niej plot­kile­gen­dy o nim, ale nie mam po­ję­cia czy są praw­dą… –> Plotkilegendy z reguły nie są prawdą.

 

za­py­ta­ło dziec­ko zanim matka po­go­ni­ła go spać. –> Dziecko jest rodzaju nijakiego, więc: …za­py­ta­ło dziec­ko, zanim matka po­go­ni­ła je spać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O wykonaniu już Ci napisano, nie ma co się dodatkowo czepiać. Treść nie porywa, ale nie jest źle. Jest historia rodziny, naznaczona nroczną tajemnicą, jest dramat, jest kulminacyjna walka, jest słodko-gorzkie zakończenie. 

Sporo pracy jeszcze przed tobą, ale jesteś na dobrej drodze – tekst jest wyraźnie lepszy od Twoich poprzednich. Oby tak dalej! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za słowa otuchy.  

Treść z pomysłem, szczególnie podobało mi się zawarcie przesłania, choć przez niektórych może ono być potraktowane jako zbyt ciężko podane. Wykonanie jednak wymaga remontu. No, ale każdy kiedyś zaczynał, więc chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka