- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Siewca łez, poeta burz

Siewca łez, poeta burz

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Werwena, NoWhereMan, Użytkownicy V

Oceny

Siewca łez, poeta burz

Prawdę powiedziawszy, Symeyn nie odróżniał fraszki od bajki. Dla niego brzmiały identycznie. Nie czuł rytmu ani melodii, nie wiedział, gdzie należy zrobić pauzę, a gdzie postawić akcent. Do tego trzeba urodzić się poetą, nie można się nim stać. Tak przynajmniej uważał Symeyn. Jego pradorośli mieli na ten temat odmienne zdanie. Już od najmłodszych cykli posyłali go na różne kursy w nadziei, że w końcu obudzi się w nim poetycka dusza. Ciągle powtarzał, że nic takiego się nie zdarzy. Nigdy. Ale kto by go słuchał? Gdyby nie ich upór mógłby zostać siewcą łez. Do tej pracy nie trzeba było niczego tworzyć, pomyślał, wystarczyło odróżniać łzy męskie od żeńskich i lubić grzebać się w ziemi. Że też miał pecha wyhodować się w poetyckiej rodzinie. To była ta prostsza część prawdy, nad trudniejszą Symeyn nie lubił się zastanawiać.

Od zawsze ciągnęło go do ziemi, od krzyku nowopękniętych tylko bolała go głowa. Nie miał pojęcia jak uspokoić rozwrzeszczanego niedorostka. Zastanawiał się czasami jak to możliwe, że poeci nie głuchną od pracy w takich warunkach. Nie potrafił, jak pozostali adepci poezji, sypać trzynastozgłoskowcami, jambami czy trochejami. Nawet głupiej fraszki nie umiał ułożyć bez odpowiedniego przygotowania.

Od momentu pęknięcia strąka do uronienia pierwszej łzy przez niedorostka mijał pełny cykl – pora odpoczynku, wzrostu i burz. Symeyn zastanawiał się, w jaki sposób uda mu się przetrwać tyle czasu – brzmiało jak nieskończoność. Pocieszał się, że zobaczy jeszcze miękkie, świeże łzy. To była jedyna rzecz, której siewcy zazdrościli poetom – bycie świadkami pojawienia się na świecie zalążków nowego życia. Tyle tylko, że to siewcy łączyli łzy ze sobą i składali je w ziemi. Patrzyli jak rosną, pączkują i kwitną, zawiązują nasiona. To oni dbali o nowe pokolenie aż do czasu pęknięcia strąków, kiedy to niedorostki przechodziły pod opiekę poetów.

Roslec zanurzył palce w tłustej, żyznej glebie pola. Ziemia śpiewała do niego, zabierała wszystkie troski. To było jego powołanie, a nie układanie rymów. Ta ścieżka kariery była jednak dla Symeyna zamknięta. Jak bardzo by nie chciał zostać siewcą, wiedział, że nie zdobędzie się na postąpienie wbrew woli pradorosłych. Mieli tylko jego.

*

Kiedy Symeyn dostał swojego nowopękniętego pod opiekę na ćwierć minicyklu, szczytem jego rymotwórczych możliwości było: „A-aa-a, łezki dwie, kryształowe, daj ty mnie”. Dziwił się, że jego niedorostek nie ochrypł od wycia przez czas, jaki razem spędzali. Przynajmniej układ oddechowy będzie miał prawidłowo wykształcony, pocieszał się w myślach. Ratował się klasykami, ale prolifer opiekujący się grupą adeptów poezji wymagał również twórczości własnej.

– Dobrze, że masz go tylko przez ćwiartkę. Gdybyś go dostał na dłużej, wrzaskun już dawno by usechł – rzuciła Alfilija, poetka opiekująca się niedorostkiem rząd od Symeyna. – Po co było ci oszukiwać, idioto? Oblałbyś i oszczędził wszystkim fatygi.

– A czy to przypadkiem nie dzięki twojej pomocy tu siedzę? – rzucił w odpowiedzi.

Roslecanka wydęła usta.

– Wyglądałeś na zdesperowanego.

– Fakt. Pradorośli by mi nie darowali porażki – jęknął.

– E tam, przesadzasz. Zawsze mógłbyś oblewać do skutku. W końcu by się pogodzili z obecnością analfabety w rodzinie – wyszczerzyła się Alfilija.

– Wysłaliby mnie na korki. „Na naszym drzewie roslecowie się nie poddają, Symeynie” – powiedział z kamienną twarzą.

– Właśnie widzę. Naprawdę nie możesz go jakoś zamknąć?

Symeyn wzruszył ramionami.

– Mówisz o moim pradorosłym czy o niedorostku? – zapytał z przekąsem.

– A jak myślisz? Lepiej się wycofaj, zanim ci uschnie.

– Przez ćwiartkę na minicykl, nawet jakbym chciał, nie dam rady wyrządzić większych szkód.

– Jesteś pewien? – zapytała niewinnie Alfilija i zabrała się do układania piętnastozgłoskowca.

– Ty to umiesz pocieszyć.

– Zawsze do usług. Spróbuj coś wymocić, to ci potem sprawdzę.

– Yhm…

Zamiast ku rymom, myśli Symeyna skierowały się ku pradorosłym. Nie powiedział Alfiliji całej prawdy. Dorosły Symeyna był siewcą. Zginął, kiedy Symeyn miał zaledwie paręnaście cykli. Nie pamiętał go zbyt dobrze. Dorosłej – poetki – nie pamiętał wcale. Eksploratorzy, którzy przygotowywali nową ziemię pod uprawę, nie zrobili tego wystarczająco dokładnie i lekooporna pleśń zabrała młodego rosleca wraz z jego towarzyszką w powiewie wiatru. Pradorosły Symeyna nie potrafił wybaczyć im przedwczesnego powrotu do ziemi. Kiedy Symeyn był jeszcze mały, często słyszał, że zgnili w męczarniach. To nie mogła być lekka śmierć.

Symeyn spojrzał na kilka skreślonych słów, które nijak nie chciały ułożyć się w rymy. Ze strachem wybiegał myślami w przyszłość. Po upływie pory odpoczynku ilość czasu przeznaczonego na opiekę zwiększała się o połowę. Modlił się w duchu, żeby jego niedorostek dożył przekazania go dorosłym.

*

Mijały minicykle, niedorostek rósł jak na grzybach. Pora odpoczynku nie zdążyła stać się odległym wspomnieniem, a już pora wzrostu chyliła się ku końcowi. Symeyn coraz rzadziej myślał o porzuceniu poetyckiego fachu i zostaniu siewcą. Kiedy niedorostek po raz pierwszy uniósł opuchnięte powieki i spojrzał turkusem źrenic w oczy Symeyna, wszystkie wątpliwości rosleca rozwiały się jak ziarna traw na wietrze.

Na ustach Alfiliji wykwitł delikatny uśmiech, kiedy zobaczyła minę Symeyna.

– Doczekałeś się.

Roslec wpatrywał się w najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział. Mały zdawał się odwzajemniać spojrzenie.

– Rozpoznaje swojego poetę – powiedział łamiącym się głosem.

– Jeszcze nie mają rozwiniętych funkcji dyferencyjnych. To tylko reakcja na dźwięk i ruch, przecież wiesz.

– Wcale nie. Na ciebie nawet nie spojrzał.

– Jak sobie chcesz. Lepiej się do niego nie przywiązuj. Z końcem pory burz trafi do dorosłych.

– Wiem, wiem…

Roslecanka pokręciła głową i poszła do swojego niedorostka.

*

Otwarcie oczu w żaden sposób nie wpłynęło na możliwości wokalne malca.

– Ucisz go wreszcie! – Głos Alfiliji wyrwał Symeyna z zamyślenia.

Coraz częściej wracały do niego strzępki wspomnień z wczesnego wyhodowaństwa. Z czasów, kiedy jego dorosły żył.

– Przecież widzisz, że próbuję.

– Widzę, jak gapisz się w przestrzeń. Ucisz go, bo za chwilę sama to zrobię – zagroziła roslecanka, zanim wróciła na swoje stanowisko.

Symeyn westchnął i spojrzał na niedorostka, który właśnie nabierał powietrza, żeby rozpocząć kolejny atak płaczu.

– A-aaa-a – zaczął, ale zmienił zdanie. – To bez sensu. Z ciebie taki poeta, jak i ze mnie, mały – mruknął.

Przyszły mu do głowy słowa, którymi siewca uspokajał go w czasie burz. To było jedyne, co mu po dorosłym pozostało. Może warto spróbować, pomyślał Symeyn. Skoro historia pomogła jemu, to może i na małego zadziała.

– Dawno, dawno temu – zaczął – na planecie odległej i niebieskiej od niekończących się wód żyły sobie dziwne istoty.

Płacz niedorostka jakby nieco przycichł. Zachęcony Symeyn ciągnął dalej.

– Okrywa tych istot była cienka jak wiosenne liście, a kolor jej był jak kwiaty cypriaki: od bladego różu po głęboki brąz tuż przed zawiązaniem się owoców. Lud ten, tak jak my, zamieszkiwał ziemie urodzajne…

– Co powiedziałeś? – Alfilija stanęła tuż za Symeynem.

– Co?

– Powtórz, co powiedziałeś.

– To tylko taka historia, nic wielkiego. Bajka o kosmitach.

– Skąd ją znasz?

– Dorosły mi opowiadał, jak byłem mały.

– Mówiłeś, że jesteś z poetyckiej rodziny. Skąd poeta by znał taką bajkę?

– Hej, spokojnie. Pradorośli są poetami. Dorosły był siewcą.

Na twarz Alfiliji wykwitły brunatne plamy.

– Wszystko w porządku? – spytał roslec.

– Tak. Lepiej, żeby prolifer cię nie przyłapał na opowiadaniu małemu bzdur. Od zawsze wiadomo, że proza nie ma żadnego efektu na rozwój niedorostków – rzuciła i skierowała się do swojego stanowiska.

– Co ją ugryzło? – mruknął Symeyn, patrząc na tył odchodzącej roslecanki. – No już, już. Zaraz opowiem ci ciąg dalszy. Tylko nie płacz. – Pochylił się nad niedorostkiem i uśmiechnął. – Lubisz prozę, co? A więc, ten lud zamieszkiwał urodzajne ziemie i…

*

Leżeli na wzgórzu i uprawiali fotosyntezę, ciesząc się resztkami ciepła pory wzrostu. A raczej to Alfilija uprawiała fotosyntezę, a Symeyn próbował stworzyć coś, co choćby po części się rymowało. Nie mogąc znaleźć rymu do „oczy”, roslec zapatrzył się na przyjaciółkę, jej smukłe oliwkowe ciało połyskiwało delikatnie w promieniach słońca. Mógłbym się z nią zakorzenić, gdyby nie uważała mnie za idiotę, przeszło mu przez głowę.

– Myślałeś o tym, żeby nie zapuszczać korzeni? – spytała Alfilija, nie otwierając oczu.

– Na razie nie planuję. A co? – odpowiedział szybko. Jakby czytała mu w myślach, wzdrygnął się.

– Nie mówię teraz czy w przyszłości, tylko tak, wcale nie zapuszczać korzeni.

Odetchnął. A więc o to jej chodziło.

– I odejść samotnie?

Alfilija przewróciła się na przód, wystawiając twarz do słońca.

– Nie wiem. Po prostu… nie chciałbyś odejść jako ty, a nie jako połowa, nawet idealnej, całości?

– Za cenę niepozostawienia niczego po sobie? Sama nie dasz rady zapuścić korzeni i utworzyć drzewa.

– Co ci po drzewie, jak nie będziesz wiedział, że się nim stałeś? Drzewa nie mają duszy, są tylko fizycznym dowodem naszego istnienia.

– To mało? – zapytał.

– Nie wiem, czasem się zastanawiam, jak to jest pozostać tylko sobą aż do końca. Nie dzielić odejścia z nikim.

– Nikt ci nie zabroni się o tym przekonać.

– To jakaś sugestia, że mam się w najbliższym czasie pożegnać z życiem? – Alfilija wymierzyła Symeynowi kuksańca w ramię.

– Au!

– Wymyśliłeś już coś? – Roslecanka zmieniła temat.

– Mój niedorostek lubi prozę.

– Ale ona nie pomaga mu się rozwijać.

– I kto tu kogo gnębi? – jęknął Symeyn.

– Mówię serio. Bajki bajkami, pora wzrostu się kończy i jak czegoś nie wymyślisz, mały będzie miał w przyszłości problemy emocjonalne.

– Mhm…

*

Alfilija miała rację. Pora burz nadchodziła wielkimi krokami. Granice nieba zabiegły granatem ciężkich, brzemiennych deszczem chmur, niedorostki robiły się coraz bardziej niespokojne. Symeynowi już w żaden sposób nie udawało się wyciszyć małego. Reagował płaczem na każdy mocniejszy podmuch wiatru, każdą cięższą kroplę deszczu. Kiedy wreszcie nastał czas opuszczenia pola i pozostawienia niedorostków samym sobie, roslec miotał się pomiędzy swoim stanowiskiem a stanowiskiem Alfiliji.

– To jest chore!

– Uspokój się. Taka jest kolej rzeczy.

– Nic mnie to nie obchodzi. To jest nieroslecowe. Tak się nie robi. Nie możemy ich tak zostawić!

– Musimy. Jeśli nie przeżyją szoku, nie będą w stanie się dalej rozwijać.

– Bo ktoś tak powiedział?

– Bo tak jesteśmy skonstruowani! – Alfilija straciła cierpliwość. – Myślisz, że mnie jest łatwo? Nie tylko twój niedorostek się boi! Jeśli nie zauważyłeś, od jakiegoś czasu całe pole na okrągło wyje!

– Nie mogę go tak zostawić…

– Możesz i zostawisz. A potem oddasz szczęśliwego młodego rosleca albo roslecankę dorosłym – powiedziała twardo Alfilija i objęła Symeyna. – Poradzi sobie. Oboje sobie poradzicie. Chodź, już czas.

Od pokoleń niedorostki same przeżywały okres burz. Proliferzy twierdzili, że skrajne emocje stymulowały ich rozwój i prowadziły do wytworzenia się łez. Twierdzili też, że tylko poezja ma na niedorostki korzystny wpływ, pomyślał ze złością Symeyn. Nie zamierzał zostawić spraw własnemu biegowi.

Po rozstaniu z Alfiliją spakował plecak i tuż przed zmrokiem wyruszył w kierunku pola. Przez chwilę rozważał dostanie się na teren uprawy głównym wejściem, szybko zrezygnował jednak z tego pomysłu. Nie mógł ryzykować, że któryś z opiekunów go zobaczy. Musiał znaleźć inną drogę.

Szeroka fosa otaczała pole, w pobliżu której usypane zostały specjalne kopce, ściągające błyskawice. Na szczęście Symeyn mieszkał na drzewie pepinowym, którego lekka kora doskonale nadawała się do przeprawienia przez wodę.

Pioruny próbowały bezskutecznie wydrzeć władzę ciemności, gdy Symeyn dotarł na brzeg fosy. Zsuwał swoją prowizoryczną łódkę do wody, gdy ogłuszyły go huk i towarzyszący mu grad kamiennych odłamków. Oszołomiony roslec przez chwilę leżał bez ruchu, by po chwili obmacać całe ciało i sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Zobaczył, jak okrywa na ramieniu ciemnieje i nabiera szklistego połysku. Niedobrze, pomyślał. Nie uśmiechało mu się dołączyć do swoich dorosłych. W plecaku miał maść antygrzybiczną i przeciwgnilną, ale jeśli z takim ramieniem wpadnie do wody… Nie mówiąc już o czasie, jaki zamierzał spędzić z podopiecznym na polu. Szybko usiadł na kawałku kory i zdecydowanym ruchem odepchnął się od brzegu. Nie zostawi niedorostka samego.

Na szczęście Symeynowi udało się bezpiecznie przeprawić przez fosę. Po wydostaniu się na brzeg ukrył korę pod śmierdzącym żywopłotem, mającym odstraszać owady, pod którym następnie sam się przeczołgał. Kiedy biegł w stronę stanowiska niedorostka, starał się nie myśleć o ubłoconym drętwiejącym ramieniu.

– Już, już, nie płacz, malutki, twój poeta już tu jest – wydyszał krótko później.

Niedorostek wodził przerażonym wzrokiem za Symeynem, gdy ten rozkładał obok parasol i wmasowywał maść w ramię.

– Nie bój się, wszystko będzie dobrze. Zaraz ci coś opowiem.

Mały zamrugał.

– Widzisz, już nie jesteś sam. Burza ci nic nie zrobi. Pioruny są daleko poza granicami pola. Ze mną jesteś bezpieczny. Pamiętasz, gdzie skończyłem?

Niedorostek skupił wzrok na Symeynie.

– A więc – zaczął roslec, rozsiadając się pod parasolem – te bardzo dziwne istoty z odległej planety nie używały owoców do nawożenia ziemi tak jak my, tylko znosiły je do domów w celach dekoracyjnych. Straszne marnotrawstwo, nie sądzisz? I te istoty…

Wiele historii później pioruny i grzmoty ucichły, a rzęsisty deszcz ustąpił mżawce, zwiastując koniec pory burz.

– Do zobaczenia wkrótce – powiedział Symeyn, uśmiechając się lekko, pogładził niedorostka po główce i udał się w stronę śmierdzącego żywopłotu.

*

Pora burz dobiegła końca i nadszedł okres wyczekiwania na pierwsze łzy niedorostków. Symeyn nie pojawił się jednak na polu uprawnym razem z resztą poetów. Kiedy parę minicykli później dołączył do grupy, Alfilija tylko zacisnęła usta i odwróciła się bez słowa.

Symeyn podszedł do niej cicho.

– Nie żałuję – powiedział, próbując spojrzeć jej w oczy.

– Nie chcę wiedzieć – ucięła.

– Jestem młody. Jak tylko rana się wygoi, wyrosnę nowe ramię.

– Gdyby infekcja weszła głębiej…

– Ale nie weszła – przerwał jej Symeyn. – Nie martw się, nic mi nie będzie.

– Łatwo ci mówić – prychnęła. – Gdybym to ja pojawiła się na polu bez ręki, nie dałbyś mi spokoju.

– Fakt – zaśmiał się. Spojrzał na puste miejsce po strąku u stóp przyjaciółki. – Gdzie twój niedorostek?

– Gdybyś się nie spóźnił, to byś wiedział – powiedziała ze złością.

Przez chwilę stali w milczeniu.

– Z pierwszymi promieniami słońca uronił łzę. – Alfilija w końcu przerwała ciszę.

– Roslec czy…

– Roslecanka – weszła Symeynowi w słowo. – Jeszcze tylko kwarantanna i powędruje do dorosłych – dodała z dumą.

– Gratulacje!

– Dzięki – burknęła, a jej usta ułożyły się w mimowolnym uśmiechu.

Czas płynął, kolejne niedorostki roniły łzy, pole uprawne pustoszało. Roslecanka Alfiliji przeszła kwarantannę i znalazła się u swoich dorosłych. Tylko podopieczny Symeyna wciąż kwilił w swoim strąku, z każdym wschodem słońca coraz ciszej.

– Pomóż mi stworzyć poemat – poprosił Symeyn przyjaciółkę. – Muszę mu jakoś pomóc. Historie już nie działają… Proszę…

Alfilija spojrzała na pomarszczoną okrywę niedorostka, przełknęła soki i przytaknęła.

– Dobrze – powiedziała cicho. – Daj mi trochę czasu.

*

Bardzo szybko stało się jednak jasne, że żaden poemat nie pomoże. Niedorostek jakby się kurczył w strąku, a jego oczy stopniowo, lecz nieubłaganie, traciły swój blask.

Gdy na polu pozostała już tylko jedna, mająca się nigdy nie spełnić, obietnica życia, prolifer położył dłoń na ramieniu Symeyna.

– Czasami zdarza się, że niedorostek wychodzi na świat z defektem. Nic nie mogłeś zrobić – powiedział i zdecydowanym ruchem odciął strąk od łodygi. – Przykro mi.

– Mogę z nim posiedzieć, dopóki… ziemia go nie zabierze? – poprosił cicho Symeyn.

– To nie jest dobry pomysł. Nie powinieneś być teraz sam.

– Ja z nim zostanę. – Alfilija pojawiła się za plecami prolifera.

– Niech będzie, ale na krótko. Potem przyślę kogoś po ciało – powiedział opiekun grupy i oddalił się.

– Wszystko będzie… – zaczęła Alfilija, ale przerwała, widząc Symeyna tulącego usychającego niedorostka. Usiadła obok i zapatrzyła się w bezkresny horyzont.

Koniec

Komentarze

Porządnie, a nawet bardzo ładnie napisany tekst. Tyle, że inność, obcość opisanego świata, kosmiczna odmienność bohaterów, ich relacji (wynikających z innej niż ludzka biologii – to pewien plus za konsekwentnie pociągnięty pomysł) powodowały, że brakowało jakiegoś haka, punktu zaczepienia, czegoś, co chwyciłoby i zainteresowało. W efekcie musiałem się popędzać – no dawaj, nie rezygnuj, to przecież tylko nieco ponad 16k, dasz radę przeczytać… 

Zakończenie, dzięki swojej emocjonalności, jest bardziej chwytliwe. Mimo wszystko, po lekturze zostałem z wrażeniem – no fajne, ale o co właściwie chodziło? Co się tam stało? Czego chcieli bohaterowie? 

Taka migawka z życia obcego świata, interesująca, ale zbyt niewyraźna, żeby mogła naprawdę sie spodobać. 

Mam podobnie jak Thargone – fajnie, że mamy jakiś inny świat, roślinną rasę rozumną itd. Ładne szczegóły – fosa, kopce przeciwpiorunowe itp. Ale nie bardzo rozumiem, o co w tym wszystkim chodziło. Rasa zbyt obca, żeby zrozumieć/ wyobrazić ją sobie bez dodatkowych opisów.

Emocjonalna końcówka akurat nie w moim stylu, ale tym się nie musisz przejmować.

Wykonanie całkiem przyzwoite.

To była jedyna rzecz, którą siewcy zazdrościli poetom

Której.

Sprawnie napisane, ale nie byłam w stanie oprzeć się wrażeniu, że to tylko ludzie przepisani na rośliny – jakby się dobrze zastanowić, to te wszystkie saplingi (czemu angielskie terminy?) i fotosyntezy można zamienić na słowa ze świata ludzkiego i treść pozostanie ta sama. Czyli taka specyficzna brzytwa Lema. Niby o obcej rasie, niby dużo obcości, ale właśnie obcości – w sensie innego sposobu myślenia – mi zabrakło.

Ciekawe. Początkowo było mi trudno połapać się w tym kosmicznym świecie i sprawach kosmicznych istot, ale z biegiem czasu opowieść mnie wciągnęła. Tak jak mówi Drakaina, okazało się, że mimo swojej egzotyki bohaterowie bardzo przypominają ludzi, a ich dylematy brzmią bardzo znajomo, Tyle, że dla mnie to nie jest zarzut – czytam ten tekst jako baśń, która toczy się w jakichś nietypowych dekoracjach, ale w gruncie rzeczy jest o czymś znanym. I to jest okej.

Sprawnie napisane, czytało mi się płynnie i przyjemnie.

Dla mnie to też nie jest zarzut, jak już pogodzę się z tą perspektywę baśni czy alegorii. Były bajki zwierzęce, mogą być roślinne ;) Tylko po prostu czego innego się spodziewałam po tym świecie, jak zaczęłam czytać, choć zasadniczo zgadzam się z konkluzją “Innych pieśniami”: że prawdziwej obcości nie da się opisać.

Dziękuję wszystkim za wizytę i komentarze :-)

 

Drakaino,

 

jakby się dobrze zastanowić, to te wszystkie saplingi (czemu angielskie terminy?) i fotosyntezy można zamienić na słowa ze świata ludzkiego i treść pozostanie ta sama.

Bez ingerencji w treść/historię sama zamiana słów nie zrobi z tego opowiadania tekstu o ludziach.

 

ale właśnie obcości – w sensie innego sposobu myślenia – mi zabrakło.

Emocje i sposób myślenia rosleców są na swój sposób ludzkie, ale to nie jest (i nie miał być) tekst o obcości (jeśli już to nieco mimochodem, i raczej w bardzo ograniczonym stopniu; no, może poza humorystyczną wzmianką o tym jak funkcjonują ludzie w świadomości rosleców ;-)).

Szkoda, że tekst rozczarował.

 

choć zasadniczo zgadzam się z konkluzją “Innych pieśniami”: że prawdziwej obcości nie da się opisać.

Stoję na stanowisku, że opisać może się i da (w ograniczonym, skażonym naszą perspektywą, stopniu); ze zrozumieniem już dużo gorzej ;)

 

Werweno,

cieszę się, że czytało się przyjemnie.

Bez ingerencji w treść/historię sama zamiana słów nie zrobi z tego opowiadania tekstu o ludziach.

Hmm, przejrzałam i nie bardzo widzę, gdzie nie da się tego zrobić. Pewnie, że jakieś realia trzeba by pozmieniać, ale z bajką zwierzęcą też tak jest.

 

I tekst nie tyle rozczarował, bo jest to ładny i ładnie napisany obrazek. Niemniej początek mnie zmylił, że to będzie zupełnie inna bajka – najwyraźniej wbrew intencjom autora ;) – więc musiałam się przestawić na inny tryb.

Chociażby saplingi – nie mają odpowiednika w ludzkim świecie – to ani dzieci, ani noworodki; ich status w społeczności jest zupełnie inny; dopóki nie uronią łzy nie posiadają nawet przynależności do gatunku, nie są jeszcze roslecami; uschnięcie jednego z nich nie jest niczym niezwykłym ani tragicznym – vide zachowanie prolifera (Symeyn przeżywa tragedię, bo to jego pierwszy podopieczny). Teoretycznie można by zastosować analogię do płodów ludzkich, ale zupełnie nie podoba mi się ten kierunek; szczególnie, że nie istnieje tu relacja matka-płód; status ontologiczny saplinga jest inny.

Kwestia odchodzenia – ludzie często odchodzą samotnie, każdy człowiek jest na swój sposób “samotną wyspą”; roslecowie odchodzą parami, zamieniają się w drzewo i potrzebują tej drugiej osoby, żeby ich śmierć była znacząca (przynajmniej w aspekcie społecznym).

OK, przy takim podejściu oczywiście, że się nie da. Miałam na myśli kwestie bardziej ogólne, jak całkiem zdjąć tę “alegoryczną” maskę :)

Przyznam, że po ostatnim komentarzu lepiej rozumiem szczegóły i działanie świata, jaki stworzyłeś/aś, może te niedopowiedzenia i rzeczy zostawione do domysłu czytelnikowi są zbyt duże. A może takich tekstów nie powinno się czytać w środku nocy ;)

Ale może też pewna antropomorfizacja bytów jakby nie patrzeć roślinnych sprawia, że czytelnik jest zawieszony gdzieś pośrodku z wyobrażeniami o tych istotach. Bo oni biegają, ruszają się, a zarazem wszystko w nich jest mocno roślinne, nawet to określenie młodych. Jego angielszczyzna zresztą nadal mnie nieco razi, głównie przez wyjątkowość w obrębie terminologii tekstu, choć zdaję sobie sprawę, że np. niedorostki mogłyby brzmieć zbyt potocznie. Za to pasowałyby do pradorosłych itp.

Bo to taki ludzko-roslecowy tekst jest. Z pewnymi przesunięciami percepcji, trochę języka, a trochę wręcz przeciwnie :-)

 

Jego angielszczyzna zresztą nadal mnie nieco razi, głównie przez wyjątkowość w obrębie terminologii tekstu, choć zdaję sobie sprawę, że np. niedorostki mogłyby brzmieć zbyt potocznie. Za to pasowałyby do pradorosłych itp.

Mnie nie razi, ale niedorostki też fajnie brzmią. Jeśli nie masz nic przeciwko, to ukradnę i pozamieniam :-).

Oczywiście, że nie mam nic przeciwko :)

Czytałam z pewnym trudem, bo nijak nie mogłam się zorientować, o czym czytam, ale też z niejakim zaciekawieniem, bo miałam wielką nadzieję, że w końcu dowiem się, o czym czytam. Nadzieja, niestety, okazała się płonna. :(

 

i za­bra­ła się za ukła­da­nie pięt­na­sto­zgło­skow­ca. –> …i za­bra­ła się do układania pięt­na­sto­zgło­skow­ca.

 

Spró­buj coś wy­mo­cić, to ci potem spraw­dzę. –> Co to znaczy wymocić?

A może miało być: Spró­buj coś wy­mo­dzić, to ci potem spraw­dzę.

 

uniósł opuch­nię­te po­wie­ki i spoj­rzał tur­ku­sem źre­nic w oczy Sy­mey­na… –> Na pewno turkusem źrenic, a nie tęczówek?

 

Gra­ni­ce nieba za­bie­gły gra­na­tem cięż­kich, brze­mien­nych desz­czem chmur… –> Na czym polega zabieganie granic nieba?

Dziękuję za komentarz i opinię.

Co do uwag, zabrać się za – poprawię; co do pozostałych, wymocić – słowo potoczne, użyte w dialogu; źrenice były turkusowe; ostatnia uwaga – licentia poetica, a znaczenie można wywnioskować z kontekstu.

 

wy­mo­cić – słowo po­tocz­ne, użyte w dia­lo­gu

Słowo potoczne w języku naszym, czy rosleców? Jeśli w naszym i użyte w znaczeniu: Wymyślić, wpaść na pomysł po dłuższym czasie intensywnego myślenia to powinno być wymodzić. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/modzic-modzony;5935.html

 

ostat­nia uwaga – li­cen­tia po­eti­ca, a zna­cze­nie można wy­wnio­sko­wać z kon­tek­stu.

Wywnioskowałam i nie zadawałabym pytania, gdyby Granice nieba podbiegały granatem… (w znaczeniu drugim). a nie zabiegały. No, ale skoro twierdzisz, że to licentia poetica…

Nie każde potoczne określenie znajduje się w słowniku. A postacie nie muszą mówić poprawnie. (I tak, znam słowo “wymodzić”).

 

Licentia poetica – czy to naprawdę takie straszne/dziwne/niespotykane, że ktoś decyduje się użyć słowa/zwrotu nieistniejącego/ zmodyfikować istniejące/y?

(Podbiegały sugeruje ruch oddolny, a nie o to chodziło). I nawet jeśli efekt takiego zabiegu jest niezadowalający (np. czytelnik odebrał to inaczej niż w moim zamierzeniu), to ryzyko i konsekwencje są po mojej stronie ;-)

Nie, Anonimie, nie neguję Twojego prawa do używania słów, które uznasz za najlepsze, by wyrazić to, co piszesz. Ale też, mam nadzieję, nie będziesz zdziwiony, kiedy czytelnik odczyta je niezgodnie w Twoimi intencjami.

W kwestii podbiegnięcia i zabiegnięcia, czy skoro podbiegnięcie sugeruje rzekomo ruch oddolny, a zabiegnięcie jest zasadniczo niepoprawne w tym kontekście, nie powinno być krakowskim targiem nabiegnięcie?

Dla mnie wymocić zamiast wymodzić to po prostu błąd ortograficzny.

Regulatorzy,

mogę jedynie powtórzyć, ryzyko i konsekwencje są po mojej stronie.

 

Drakaino,

w którym miejscu biegnie granica między niepoprawnym zestawieniem słów a nieudanym/ nieprzynoszącym pożądanego efektu? Szczególnie, kiedy mówimy o metaforach.

 

Co do wymocić/wymodzić – gdyby chodziło tylko o zapis, to bohaterka rzeczywiście mogłaby powiedzieć wymodzić, tyle tylko, że wymocić uruchamia pewne konotacje brzmieniowe (przynajmniej u mnie) i skojarzenia z (wy)/motać, które to słowo wpisuje się w relacje bohatera i poezji i jego nieumiejętność stworzenia sensownego poetyckiego tworu. Choć oczywiście moje intencje i motywacje nie muszą się w żaden sposób przekładać na odbiór czytelniczy, ale tu znowu wracamy do kwestii decyzji podejmowanych przez autora i ich konsekwencji.

intencje i motywacje nie muszą się w żaden sposób przekładać na odbiór czytelniczy

Im bardziej coś wygląda na po prostu błąd taki czy siaki, tym mniejsza szansa, że czytelnik odczyta poprawnie intencje.

 

w którym miejscu biegnie granica między niepoprawnym zestawieniem słów a nieudanym/ nieprzynoszącym pożądanego efektu? Szczególnie, kiedy mówimy o metaforach.

To bardzo dobre pytanie. Serio. Obawiam się, że częściowo odpowiedź na nie brzmi niestety: w instytucjonalizacji. Jeśli poważne wydawnictwo opublikuje tekst językowo awangardowy, który wywraca znaczenia, to krytyka uzna to za – no właśnie, tekst językowo awangardowy. Ale pomijając kwestię instytucjonalną, Twój tekst nie jest przede wszystkim eksperymentem językowym, toteż jeśli nawet Twoim zamiarem była zabawa ze słowami i słowotwórstwem, jest ona zbyt nikłym elementem tekstu, żeby to, co wygląda na błąd, nie było odbierane jako błąd.

 

A mój główny problem tu polega na tym, że nie widzę potrzeby tworzenia akurat “zabiegnięcia granatem” jako nowotworu frazeologicznego, bo ani to szczególnie pomysłowe, ani zaskakujące. A zatem ta granica jest oczywiście subiektywna, ale przedstawiając tekst czytelnikom musisz się liczyć z tym, że nie będą odbierali wszystkich Twoich pomysłów zgodnie z Twoją intencją. Jest to frustrujące, wszyscy się z tym w jakimś stopniu mierzymy, ale też wszyscy mamy prawo wyrazić swoją opinię ;) To są te konsekwencje, które ponoć jesteś gotowy/a ponosić…

Postrzeganie neologizmu jako błędu. IMO, za pierwszym zauważonym razem traktuje się go jak błąd. Ale jeśli sytuacja powtórzy się co najmniej ze dwa razy, to już ma znamiona celowości.

Im bardziej coś wygląda na po prostu błąd taki czy siaki, tym mniejsza szansa, że czytelnik odczyta poprawnie intencje.

 

Ale ja nie mam z tym problemu :-) Po prostu nie rozumiem dążenia do hiperpoprawności, szczególnie w dialogach – a jest różnica między ordynarnym błędem ortograficznym, który w żaden sposób nie wpływa na warstwę dźwiękową, a słowem potocznym, nawet jeśli niepoprawnym. Język mówiony nie jest ani hiperpoprawny, ani często nawet poprawny… Wracając do tego nieszczęsnego wymodzić – to nie jest słowo szczególnie często używane, dla mnie niczego nie konotuje ani nie wywołuje żadnych skojarzeń. Dlatego bohaterka go nie użyła. I to był mój świadomy wybór. Tyle. Jeśli wymocić komuś przeszkadza i uzna to za błąd autora a nie bohatera – trudno.

A mój główny problem tu polega na tym, że nie widzę potrzeby tworzenia akurat “zabiegnięcia granatem” jako nowotworu frazeologicznego, bo ani to szczególnie pomysłowe, ani zaskakujące. A zatem ta granica jest oczywiście subiektywna, ale przedstawiając tekst czytelnikom musisz się liczyć z tym, że nie będą odbierali wszystkich Twoich pomysłów zgodnie z Twoją intencją. Jest to frustrujące, wszyscy się z tym w jakimś stopniu mierzymy, ale też wszyscy mamy prawo wyrazić swoją opinię ;) To są te konsekwencje, które ponoć jesteś gotowy/a ponosić…

Bronię tu bardziej prawa autora do swobody twórczej niż samego zwrotu. Daję sobie prawo do nieudanych metafor – no i jeśli czegoś nie spróbuję, nie dowiem się czy działa ;-)

 

Po prostu nie rozumiem dążenia do hiperpoprawności…

Mając do czynienia z tekstem anonimowym, nie umiem zgadnąć czy napisał go ktoś całkiem nowy, czy zasiedziały użytkownik. Nie wiem, kim jest Anonim, nie wiem czy pisze z błędami, bo ich nie zauważa, czy popełnia je celowo, aby przydać tekstowi naturalności.

I w moim przypadku nie ma to nic wspólnego z hiperpoprawnością.

I w moim przypadku nie ma to nic wspólnego z hiperpoprawnością.

Fajnie, że chociaż w tej kwestii się zgadzamy :-)

Bardzo lubię obce rasy, które nie są ludźmi. Lubię ich opisy, lubię pomysły. Tutaj jest pomysł, na dodatek całkiem ciekawy. Powstały obraz od strony biologicznej wychodzi ci nad wyraz realnie.

Kultura jednak to inna sprawa. Zgodzę się tutaj z Drakainą – wyszli zbyt mocno ludzcy, zbyt wiele tutaj naszych, ziemskich, odpowiedników. To jednak jest z mojej strony wołanie kogoś, kto chce dokładnie, a nie niezadowolonego posiłkiem klienta ;) Bo rozumiem przyczynę – wszak piszesz opowiadanie, a nie całą książkę.

Językowo napisane sprawnie, czytało mi się przyjemnie. Fajny ten koncert fajerwerków.

Mnie się podobało – i pomysł, i wykonanie, wciągnęło mnie :)

Jest malowniczo, poetycko, ładnie opisana społeczność. Podobają mi się nazwy – “niedorostki”, ale też piękne “siewcy łez”. “Poeta burz” też brzmi dobrze, z tym, że akurat podczas burzy niedorostki muszą sobie radzić same ;)

Nie przeszkadza mi podobieństwo stworzonego przez Ciebie świata do ludzkiego, myślę, że trudno byłoby się odnaleźć w czymś zupełnie odmiennym, niezrozumiałym. A tak możemy sobie to przenosić na to, co znamy, dla mnie to plus.

Czytało mi się bardzo dobrze, fajne :)

I w moim przypadku nie ma to nic wspólnego z hiperpoprawnością.

 W moim też nie, ale akurat takie przypadki, jak dyskutowane powyżej, sprawiają na mnie wrażenie niechlujności, a nie celowego zabiegu autorskiego…

Nie mogę się z Tobą nie zgodzić, Drakaino. :)

Drakaino,

zakładam, być może błędnie, że masz jakiś cel w trzykrotnym informowaniu mnie o tym, że uważasz dyskutowane słowa za błąd (i)/ niechlujność ze strony autora. Niestety jest on dla mnie nieczytelny, więc powtórzę tylko – przyjąłem Twój odbiór do wiadomości. Masz pełne prawo do swojej opinii i jej wyrażania, ja jednak mam prawo do niekierowania się Twoim odbiorem. To wszystko, co mam do powiedzenia w tym temacie.

 

NoWhereManie,

dziękuję za wizytę i komentarz. Fajnie, że tekst mimo swojego po części ludzkiego charakteru przypadł do gustu. Roslecowie są w pewnych kwestiach ludzcy z kilku powodów (oprócz tego wymienionego przez Ciebie); czytam ostanio trochę artykułów popularno-naukowych o różnicach między ludźmi i zwięrzętami i wnioski ogólnie są takie, że różnimy się mniej niż sądziliśmy i niż chcielibyśmy sądzić, więc zastanawiam się, czy nie mogłaby istnieć rasa bardzo różna od nas biologicznie, ale podobna pod względem emocji i procesów myślowych. Drugim powodem jest to, że w tekście nie ma ludzi, a ja nie wiem (jeszcze), w jaki sposób napisać historię o skrajnie różnej obcej rasie bez człowieka jako punktu odniesienia/ lustra, żeby nie wyszedł z tego niezrozumiały bełkot. Można by to ugryźć na zasadzie filmu przyrodniczego, opisującego zachowania nieznanej rasy, ale mnie chodziło o przedstawienie pewnej historii. Ale to takie moje okołotekstowe dywagacje.

Dzięki za klik!

 

Anet,

fajnie, że fajne i że wciągnęło :-) Niedorostki to akurat sugestia Drakainy, ale miło mi, że terminologia przypadła do gustu. Dzięki za wizytę i klik.

 

Nowa Fantastyka