- Opowiadanie: kubutek28 - Raz, dwa, trzy, czarna Baba Jaga patrzy!

Raz, dwa, trzy, czarna Baba Jaga patrzy!

Miałem nie wrzucać tego opowiadania – bo to finał mojego autorskiego cyklu. Uznałem jednak, że przyda mu się (opowiadaniu) takie ociosanie i wygładzenie przez falę krytyki... Dotąd nigdzie niepublikowane, redagowane jedynie we własnym zakresie; dość gadania, zapraszam i życzę miłej lektury:)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Raz, dwa, trzy, czarna Baba Jaga patrzy!

Gościniec stawał się coraz szerszy, do tego wybrukowany płaskimi kamieniami już od paru dni drogi. Większy też panował ruch, Tymon podobny tłok widywał chyba tylko na targu w Rakicicach. Ludzie mijali się, pozdrawiali, czasem kłócili, gdy jeden drugiemu mniej lub bardziej zamierzenie czynił szkodę. A to ktoś zaczepił wozem o wóz, znów to przystanął koń, przestraszywszy się, gdzie indziej pisnął kopnięty pies.

– Co to, targ jaki? – zdumiał się Tymon.

– Jak codziennie – odparł woźnica. – Ale żeby dni targowe, to nie. O, panie, jakbyście wówczas tu trafili, byście przez siedmicę z grodu wyjeżdżali!

Tymon i Ongus napotkali w drodze życzliwego człowieka, jadącego drabiniastym wozem. Zaoferował im podwózkę. Zgodzili się, bo po tak długim szlaku dobrze było dać odpocząć przemęczonym nogom. Zbliżali się już do celu, miasta Lukata, stąd wszechobecny tłok. Tymon zafascynowany spostrzegł, że do grodu nie wjeżdżały wyłącznie chłopskie wozy, do tego widać było nie tylko ludzi. W różnobarwnej tłuszczy rozeznawał krasnoludy i rusałów, bo ich przedstawicieli miał okazję spotkać wcześniej. Widział jednak wielu, których nijak nie dało się przyłączyć do żadnej z poznanych przezeń ras. Niektórych z osobistości młodzieniec nie posądziłby nawet o człowiecze obyczaje, a okazywało się, że rozmawiały jak ludzie i, ogólnie rzecz biorąc, od tych ostatnich różniły się głównie wyglądem.

– Dziwności… – podsumował swe obserwacje.

– Ano – odgadł jego myśli Ongus. – A to dopiero jakby przedsionek grodu! Poczekaj, aż wjedziemy do środka!

– A właśnie – zająkał się właściciel wozu – względem wjazdu, panowie… Darujcie, ale… Zechcielibyście rozstać się ze mną, zsiąść z wozu? Z towarem jadę… Sami rozumiecie, wyście, za przeproszeniem, z wyglądu dość niezwykli… Straż łatwiej się weźmie do przeszukiwania mojego dobytku, a na co mnie to?

– Panie szanowny, jak wola – odparł czarodziej. – Wiedz jednak, że z nami to i łatwiej by ci poszło, bez żadnego przeszukiwania w ogóle!

– Jakże to?

– Oto my do górnego miasta idziemy.

Ich dobroczyńcą zauważalnie zaczęły miotać sprzeczne uczucia. Na jego twarzy na przemian pojawiał się podziw i niedowierzanie.

– Nie obraźcie się, panowie – stęknął – ale każdy przecie mógłby byle chłopu rzec, że on to do górnego miasta, ma przepustkę. Skąd mnie wiedzieć, że i wy kłamu nie zadajecie?

– Nie każemy wam zawierzać. Myśmy tylko wyszli z ofertą. A co z nią pan zrobisz, to już nie nasz wybór. Rzeknij słowo, pójdziem pieszo.

Nie rozwiało to wątpliwości woźnicy. Szybko jednak machnął ręką.

– A, siedźcie – mruknął. Przecie was nie będę z wozu wyganiał, skorom wpierw zabrał. Dobrze wam też z gąb patrzy, tedy, zdaje mi się to, prawdę mówicie.

Bynajmniej nie zanosiło się na jakąkolwiek kontrolę. Celnicy pilnujący bram wraz ze strażnikami miejskimi zatrzymywali mało kogo. Ot, paru handlarzy o tak dużych pakunkach na wozie, że mogły wyglądać podejrzanie, kilka grupek nie-ludzi, odpowiadających okrzykami niezadowolenia na ten rasizm. Inni, łypiąc tylko niepewnie na zbrojnych, wjeżdżali lub wkraczali przez rogatki.

Jakież więc było zdziwienie trzech wędrowców, gdy padło na nich.

– A gdzie tak jadą? – wydarł się strażnik. – Stać!

– Panie dobry, pomiłuj! – jęknął woźnica. – Puśćże, ja tylko na targ!

– Obaczymy, co wieziecie, to może puścim. Z wozu!

– Przecie to widać co wiozę, nakrycia nijakiego nie ma! Na cóż mam schodzić?

– Ano właśnie, widać. – Podszedł do nich jeszcze jeden, uśmiechnął się złośliwie. – Widać, gospodarzu – powtórzył. – Dorobicie się na targu tak, czy siak. Podajże, no, jednego trójniaczka z kąta i puścim.

 – Hola! – wtrącił rozeźlony Ongus. – Nie za dobrze to by się chciało? Mało wam siedzieć na rzyciach, jeszcze bezkarnie myto ściągacie? Puśćcie, nie zawracajcie dupy!

– Możem z dupą cały wóz zawrócić – odparował pierwszy strażnik, na hardość odpowiadając hardością. – Jak się nie podoba, będzie po waszemu. Z wozu!

– Wstrzymajże się, synku – rzekł powoli wolszebnik. – Mówisz do czarodzieja, zmierzamy właśnie na Chełmisko. Przestań pyskować, to nie zgłoszę was w kwaterze straży, przejeżdżając obok.

– Co mie tu… – żachnął się tamten. – Grozicie mi? Chcecie, bym się zląkł? A może z kopyta mnie w żabę zmienisz, miast…

Nie dokończył. Jego wypowiedź zmieniła się w coś na kształt przeciągłego beknięcia, on sam zmalał i zzieleniał. Po chwili był żabą, gramolącą się w ubiorze i częściach uzbrojenia strażnika. Płaz wylazł na wierzch i przysiadł nieruchomo. W jego oczach można było dostrzec strach i niezwyczajną dla zwierzęcia świadomość.

– Jakieś jeszcze życzenia? – Ongus spojrzał po pozostałych.

Życzeń nie było. Tamci, pojękując lękliwie i wybałuszając oczy, patrzyli tylko na zaklętego towarzysza.

– Pojedziemy tedy – oznajmił czarodziej, próbując ukryć uśmiech. – Udajcie się do Chełmiska, do tamtejszego wartownika, gdyby bycie żabą znudziło się już waszemu… kumowi.

Żaden z celników nie zatrzymał ich już więcej. Wręcz przeciwnie – cofnęli się w obawie, ustępując drogi. Rozsuwali się też gapie oglądający całą scenę zza bramy, bacząc, by gdzie nie wadzić czarownikowi piastą zbyt mocno wystającą z koła czy za długo trzymaną kozą prowadzoną na targ.

Zrozpaczony jeszcze przed paroma chwilami woźnica, spoglądając na Ongusa z mieszaniną niepokoju i podziwu, ciął lekko batem wołu i wjechali w utworzony szpaler.

Nie odzywali się jeszcze przez jakiś czas. Woźnica milczał, nie wiedząc zapewne co powiedzieć. Tymon zaś bacznie obserwował swego nauczyciela, który może nic nie mówił, ale widać było, że zamierza. Ów ostatni zmarszczył brwi w zadumie, cmoknął głośno, jak gdyby sprawdzając, czy wypowiedziane przezeń słowa wybrzmią w odpowiednich warunkach akustycznych.

– Czarami – zaczął – nie należy się popisywać, ale jak stoi ci na drodze tępy kamień, nie ma co się bawić w udawaną skromność. Jak nie da rady zwyczajnie, można sobie dopomóc w jego przetoczeniu.

Pojechali dalej i pochłonęła ich paszcza miasta, której zęby stanowiły jakoby stojące w szeregu kamienice. Tymon zdumiał się tą gęstością i ilością budowli. Nie widział jeszcze tak ciasno ustawionych domów. Na wsi między nimi były jeszcze podwórza, a tu nie było na nic miejsca; chłop zaczął współczuć mieszkańcom grodu.

– Gdzie tu obsiewać? – Westchnął. – Z czego żyć? Zali z głodu umrzeć albo dziadować?

– Wszystko da się kupić – odparł Ongus, domyśliwszy się po chwili, o czym mówi jego uczeń. – Kramy co dzień otwarte.

– A czym płacić?

– Do roboty iść, na rzemieślnika czy gdzieś, i zarobić.

– Po mojemu, lepiej wszystko samemu robić, nie zależeć od inszego…

– Inaczej byś gadał, gdybyś w takim mieście pomieszkał… No! – Czarodziej klepnął się w udo, uniósł z kozła. – Dzięki za podwózkę, mości gospodarzu. Stąd pójdziemy pieszo, bo my, jako rzekłem, skręcamy na Chełmisko, a wy prosto, na rynek.

Woźnica skinął głową rozochocony.

– A proszę, panowie, wedle woli! Jakbyście kiedy, znów wozu potrzebowawszy, w drodze mnie napotkali, zapraszam z całą serdecznością!

Dwaj podróżni chwycili swe manatki i zeskoczyli z wozu, który usłużny gospodarz przed chwilą zatrzymał. Ów naraził się tym samym na pokrzykiwania i przekleństwa jadących z tyłu. Tymon i Ongus odsunęli się na ubocze, pozwalając tłumowi dalej płynąć przez grodzką arterię.

– Nosalowa. – Czarodziej obrócił się ku bocznej ulicy pnącej się na wzgórze. – A na jej końcu Chełmisko, gdzie budowle stawia się tylko w połowie…

– Niepowykańczane?

Ongus uniósł kącik ust.

– Zobaczysz. Ale nie wszystko naraz.

Chłop mruknął poirytowany.

– Pokazałbyś co, rzekł więcej, miast tylko: zobaczysz i zobaczysz. Tyleś w drodze tutaj opowiadał…

– Nie gorączkuj się, właśnie za chwilę coś ci pokażę. – Czarodziej ręką wskazał stojak z szyldem umiejscowiony obok przyulicznego pawilonu. – Dopierośmy weszli do miasta, a już marudzisz jak baba. Powinieneś się cieszyć. Mnie, gdy tu trafiłem pierwszy raz, prowadzili na powrozie. Kiedyś ci opowiem – rzekł jeszcze wolszebnik, widząc pytające spojrzenie ucznia.

Znów: kiedyś, pomyślał tylko Tymon. Nie chciało mu się strzępić języka na powtarzanie w kółko jednego.

Zamiast tego zainteresował się owym pawilonem, nad którym rozciągała się tkanina pozszywana z mniejszych, kolorowych kawałków. Pod nią ustawiono ławy z krzesłami oraz jeden szynk, którego klientelę stanowili głównie młodzieńcy odziani w różnobarwne tuniki i szaty.

Tymon przystanął zaciekawiony.

– Karczma to, czy estrada?

– O – parsknął czarodziej – powiadam ci, jak sobie popiją, rozmaite się tu wyprawiają sceny.

Ręką wskazał pusty stół z brzegu placyku otoczonego niskim wiklinowym płotkiem. Usiedli.

– No i? – zapytał Tymon, spoglądając ukradkiem na ludzi wokół. – Czemu nie idziem prosto do celu?

– Do zachodu daleko, a myśmy się z nikim nie umawiali, nie musimy być na konkretny czas.

Chłop znów spojrzał wokół.

– Tedy co to za przebierańcy?

– Bacz, by cię żaden nie usłyszał, jużby cię wzywał do pojedynku za obrazę. Choć pewno większą krzywdę mógłby uczynić samemu sobie…

Tymon prychnął.

– Więc któż to taki?

– Czarodzieje, jak i my.

– Jakiś inny rodzaj chyba.

– Ano. Lepszy.

Młodzieniec prychnął ponownie, nie widząc u kolorowej zgrai niczego lepszego. Przynajmniej w wyglądzie.

– Cóż to? – Ongus zaczął wiercić się w krześle. – Czemu nikt do nas nie podchodzi? Długo mamy czekać?

Jak na zawołanie, ktoś się zbliżył. Nie karczmarz jednak, a jeden z młodych wolszebników, czego Tymon domyślił się po żółtej szacie owego. Mężczyzna miał lekko chwiejny krok, a dotarłszy do ich ławy oparł się na niej dłońmi z łoskotem.

– Czego tu chcecie? – warknął ledwo wyraźnie.

– Poprosimy dwa ciemne czepce – odparł Ongus, przyglądając się szacie tamtego. – Tutejszy specjał, bodaj najlepsze piwo, jakie piłem. A może to prosto niezmierzona żadną miarą spożyta ilość zadecydowała o zamiłowaniu doń?

Tymon, do którego czarodziej kierował pytanie, pokiwał powoli głową, nie spuszczając wzroku z podchmielonego zawalidrogi. Nie mógł się doczekać dalszego przebiegu sytuacji.

– Gówno dostaniecie, nie czepce! – Młody czarodziej aż ich opluł. – Dla ciebie, dziadu, i tego kmiota co najwyżej koryto końskie! Nie gap się!

Tymon gapił się dalej. Był przekonany, że, nawet bez Ongusa, dałby pijusowi radę.

Stary wolszebnik otarł rozbryzg plwociny z brwi.

– Przyjacielu – rzekł – chcieliśmy wypić piwo w miejscu, które jest dostępne nie tylko dla ciebie. Bądź więc łaskaw, jeśliś jest za to odpowiedzialny, usłuż nam, podaj o co proszę. Jeśli zaś nie – nie wadź, idź w pokoju.

– Ja? Służyć? Wam?! Won!

Tymon dojrzał stolik, z którego podszedł młodzieniec. Siedzący tam, wyglądający jak tęcza osobnicy, spoglądali ukradkiem na wrzeszczącego awanturnika. Widać było jednak, że, gdyby kto zapytał, żaden z nich nie przyznałby się do znajomości z nim.

Ongus westchnął.

– Patrząc na twoje odzienie wnoszę, żeś z drugiego stopnia. Zaiste, najgłupszy jest wtedy człowiek, sądząc, że umie wszystko, bo mu pokazali kawałek zaklęcia. – Ongus spojrzał na pusty stół, zerknął na szynk za młodzieńcem. Widać, wolałby głosić naukę, zwilżywszy przedtem usta piwem.

– Ile możesz znać formuł? Tuzin? Nie wiesz nawet jeszcze, co znaczy kreowanie czarów, bo tego uczą pod koniec trzeciego stopnia. Wracaj tedy do swojego elementarzyka, synku, a mnie nie strasz, bo jeszcze nie umiesz ocierać kóz spod nosa. Młodzieniec wrzasnął, nie dało się jednak niczego zrozumieć.

– Ćśś – uciszył go Ongus, unosząc dłoń. Ku zdziwieniu Tymona, podziałało. – Za bardzoś rozjuszony, by słuchać po dobroci. Pozwól, że ostudzę twój zapał i pokażę, ile znaczą dla mnie twe szaty czarodzieja-szlachcica.

Pstryknął palcami.

Awanturnik momentalnie otrzeźwiał, gdy, spojrzawszy w dół, zobaczył swoje szaty przeźroczyste, jakby utkane z wody, a niezakrywające kompletnie nic. Dłońmi zakrywając wstydliwe miejsce, wybiegł z piwiarni, ścigany przez fale śmiechu.

– Darujcie, panowie, nicponia. – Od razu pojawił się karczmarz. – Już go tam szturchali, nawoływali do spokoju, widząc, cóż za zacna osoba do nas zawitała. Ale, widać, albo za głupi, albo wypił już nazbyt wiele. Przynajmniej uciechę nam sprawił. Podać to co zawsze? Dla towarzysza szanownego pana to samo?

Ongus skinął głową.

– Dwa czepce, dzięki.

– Kiedyś żeś mi mówił – rzekł Tymon, gdy karczmarz odszedł lać piwo – że czarami nie należy się bawić, ni popisywać. A tu: godzina nie minęła od naszego wjazdu do grodu, a jużeś tę zasadę dwakroć nadwerężył.

– A co by to dało, gdybym z tym, czy owym się użerał sto razy dłużej? Otóż, zamiast satysfakcji, którą zyskałem, zszargałbym sobie nerwy, a tamci, przekonani o swej świetności, z każdą kolejną chwilą coraz bardziej by się rozzuchwalali. Powiadam ci, taki kubeł zimnej wody na łeb, jakim jawi się trafnie rzucone zaklęcie, potrafi sprawić więcej, niż konwencjonalne obicie mordy. Jeszcze raz dzięki. – Skinął karczmarzowi, który właśnie przyniósł piwo w drewnianych kuflach. – Zresztą, jak wspomniał pan gospodarz, ów młody już słowne upomnienie otrzymał wcześniej.

– A jużci, panie.

– Już go tamten niejeden pouczał, że głupotę chce uczynić, zaczepiając wielkiego Ongusa. Westchnął z ulgą jeden z drugim, że tylko w tak łagodny sposób młodego potraktowałem. W książkach zawsze piszą o ludziach same poważne rzeczy, to pewnie sądzili, żem surowy.

Karczmarz uśmiechnął się.

– U nas – wtrącił – zawsze pan będzie słynął z dobroci i pogody ducha.

Ongus upił łyka, nie oderwał jednak ust, przyssał się na jeszcze kilka.

– Oj, dobre – sapnął. Tymon potwierdził, kiwając głową. – Dawno nie byłem. Mowcie, karczmarzu, cóż tam na Chełmisku słychać poza wrzaskami zuchwałych a gołych adeptów?

– Właśnie coś tam się dzieje niedobrego ostatnio. – Zapytany spochmurniał. – Radzi będą, że pan przybywasz. Jednego z tłumaczy męczy ponoć jakaś przewlekła bolączka, której nijak nie potrafią się pozbyć.

– Co też? – zdumiał się Ongus. – Wolszebnicy? Nie mogą uleczyć?

Karczmarz pokiwał głową na potwierdzenie.

– E, skoro taka przewlekła ta choroba, to kwadrans dłużej nikogo nie zabije – mruknął czarodziej. – Wypijmy w spokoju i ruszamy dalej.

 

***

– Ktoś kiedyś powiedział, że Chełmisko winno zwać się Jeżowiskiem – rzekł Ongus, pokazując uczniowi las iglic. – Wyobraź sobie, jak zdrowe serca muszą mieć mieszkający tu czarodzieje. Muszą pokonywać najmniej tysiąc schodów dziennie!

Tymon zachwycony gapił się na budowle. Czuł się jak w osobliwym kamiennym lesie.

– To… – zaczął – do której idziemy?

– Do tej z brzegu. Każdy przybywający pierwszy raz na Chełmisko, porażony widokiem, zawsze wybiera właśnie tę. Ustanowiono ją więc siedliskiem wartownika.

Udali się tam. Nie musieli jednak trudzić się wchodzeniem na szczyt, ani nawet do wnętrza budowli. Przed wejściem, we wnęce w ścianie, siedział czarodziej, który, jak wyjaśnił Ongus, był właśnie pożądanym przezeń wartownikiem.

– Oczom nie wierzę! – powitał ich tamten. – Zjawa to, czy zaprawdę Seplun?

– A cóż to? – Zagadnięty roześmiał się, rozwierając ramiona. – Człowiek nie może zajechać raz na jakiś czas do jednego z domów?

Padli sobie w objęcia.

– Dziwię się – zaczął znów wartownik – boś, na dobrą sprawę, nie tak dawno był… Nie dalej, jak pół roku temu.

– Nawet chyba krócej. – Ongus zmarszczył brwi. – Tak czy siak, przybyłem wyjaśnić kwestię z mojej ostatniej wizyty. Otóż i mój uczeń, Tymon. A to – przedstawił młodzieńcowi czarodzieja – strażnik Chełmiska, zwany Dorianem.

Zapoznani uścisnęli sobie dłonie.

– Do starych zagwostek pojawiło się parę nowych – ciągnął Ongus – ale na ich wyjaśnienie zapewne będę musiał poczekać, prawda?

– Prawda – potwierdził ze smutkiem Dorian. – Zachorowało się staruszkowi Marielowi, a, co dziwniejsze, nie możemy zbyt wiele zrobić. Czasem tylko mu się poprawia…

– Aha, temuś taki zgnębiony… To twój nauczyciel.

Wartownik ponownie skinął głową.

– Idziemy więc się zameldować, porozmawiamy jeszcze później. Może coś tam pomożemy.

– Nie zatrzymuję was.

– Aha, jeszcze jedno… – przypomniał sobie Ongus. – Zjawią się u ciebie strażnicy bramy… Bądź łaskaw, przywróć ich koledze-żabie człowieczą postać…

Dorian spojrzał nań zdumiony; nie odpowiedział nic, więc odeszli.

– Ów Mariel – zaczął Ongus – jest jednym z tak zwanych tłumaczy, czyli najwyższych w naszej hierarchii. Bez niego nie będzie można podjąć decyzji w żadnej ważnej kwestii, a taką bez wątpienia jest nasza wielomyśl. Myślę więc, że wpierw winniśmy pójść prosto do jego siedziby, być może przyczynimy się jakoś do jego ozdrowienia.

Tymon spuścił głowę w zadumie.

– A sami? – zapytał. – Nie możem nic podjąć, zacząć robić cokolwiek?

– Chcesz powiedzieć – parsknął czarodziej – żeśmy taki kawał drogi i czasu przeszli na darmo?

– Skoro gdy nie można uzyskać pomocy, trzeba radzić samemu…

– Można, ale czasem, zamiast radzić, lepiej się poradzić. Samemu zdarza się wymyślić głupotę, którą inni są w stanie dostrzec i cię odeń odwieźć. A lepszej rady, niż tu, w Chełmisku, nie ma.

– Dziwności…

– Czasem – zaczął znów Ongus po chwili milczenia – szczytem mądrości jest przyznać się do niewiedzy. Ale nie ma co zanadto dumać, bo oto i już wieża Mariela.

Przed wskazaną budowlą stało trzech czarodziejów, którzy prawili nad czymś przyciszonymi głosami. Ubrani byli, podobnie jak żacy w karczmie, w jednokolorowe odzienia; jednak ci tutaj nosili długie szaty z wymyślnymi haftami ze złotych nici. Inne też było ubarwienie, ciemniejsze niż u młodzieńców.

– Czołem, panowie! Cóż to za smętne miny? Zewsząd da się wyleźć!

Spostrzegłszy znajomego, tamci podeszli, zaczęli wymieniać gesty powitania.

– Nie bez powodu, nieszczęście trawi nasze serca. Bo oto…

– Nie kłopocz się, Sotri – przerwał magowi Ongus. – Jużeśmy stokroć dziś słyszeli o niemocy tłumacza z Chełmiska. Mówią o tym nawet w karczmach. Wyjaśnij nam tylko, która wersja jego dolegliwości jest prawdziwa: wyrosła mu dodatkowa para rąk, która ciągle go dusi i podszczypuje, czy ma ów groźnego raka w krtani, co pożera każdy kęs zjadanego przezeń mięsa?

Nazwany przez Ongusa Sotrim nie potrafił powstrzymać uśmiechu.

– Nic równie widowiskowego. To TYLKO postępująca niemoc członków. Podejrzewamy, że jeśli w dalszym ciągu nic się nie zmieni, paraliż ogarnie go całkowicie.

– Czym go leczono?

– Sporządzaliśmy dekokty – zaczął wyliczać tamten – na przyrost siły, regeneracyjne, odżywiające tkanki, próbowaliśmy ćwiczeń, pobudzaliśmy czucie, stosowaliśmy okłady i masaże z kamieni… Długo jeszcze wymieniać… Lepiej udajmy się doń, przyjrzyj się sprawie sam.

Magowie zaprowadzili przybyłych na górę wieży. Jak zauważył Tymon, konstrukcja nie różniła się prawie niczym od tej Ongusowej w Wolszebnikach. Inny był tylko wystrój, bardziej ozdobny.

Na szczycie zastali jeszcze jednego czarodzieja, czuwającego przy łóżku ustawionym przy ścianie pod oknem. To ostatnie było zasłonięte ciemnozieloną, grubą tkaniną, gdyż chory spał.

Mężczyzna przebywający w środku przywitał cicho Ongusa. Ów zaraz po tym podszedł do leżącego. Obejrzał i obmacał ramiona, wsłuchał się w rytm oddechu, wciągnął nosem powietrze. Potem odszedł z powrotem do stojących trochę dalej czarodziei.

– Twardy sen – szepnął Ongus po chwili zamyślenia. – Żadnym nawet odruchem nie zareagował.

– Twardy, będzie jeszcze twardszy – odrzekł ze smutkiem Sotri – jeśli mu jakoś nie pomożemy.

– Członki zdają się być w porządku… Ani barwa skóry nie zmieniona, ani nie są sztywne czy zanadto wiotkie. Przyczyny, zdaje mi się, należy zatem szukać w mózgu lub w układzie czuciowym. Jak to się zaczęło? Ot tak, piorun trzasł i przestał się ruszać?

– Zaczęło się powoli. – Sotri pokręcił głową. – Z początku narzekał bodajże na zdrętwiałe stopy, parę dni po tym dokuczały też już dłonie.

– Może został otruty?

Czarodziej, chwilę temu czuwający przy chorym cmoknął. Widać było, że nie jest przekonany do pomysłu Ongusa. Odezwał się jednak dopiero po chwili milczenia.

– Nie znam trucizny, która, raz zneutralizowana w zupełności, powraca. Mariel był leczony na wiele sposobów. Parę razy już mu się poprawiało, jużeśmy myśleli, że jest po wszystkim… Aż nagle… nie było, niemoc powracała.

Ongus machnął ręką.

– Nie ma co dumać i czekać dalszego rozwoju choroby – rzekł. – Jak tylko staruszek wstanie, trzeba go przenieść do lecznicy. Tam wszelkie pomoce są pod ręką, nie trzeba biegać między wieżami. Proszę, zajmijcie się tym łaskawie, ja tymczasem, wraz z Tymonem, zakwaterujemy się i zjemy coś. Nie sposób pomagać innym, gdy samemu umarło się z głodu.

 

***

Na placu trwał pojedynek, ograniczony do swego rodzaju okrągłej areny utworzonej przez tłum żaków. Tymon, nie bez uśmiechu, skojarzył różnobarwną gromadę z kuglarzami, próbującymi się w żonglowaniu lub rzucaniu w siebie stępionymi nożami. Dwóch młodzieńców mierzyło się, używając efektywniejszej broni. Strzelali ku sobie kolorowymi snopami iskier. Te, zawierające ładunki magicznych zaklęć, bardzo rzadko trafiały pojedynkujących się. Prędzej widzów z tłumu ustawionego dookoła, powodując rozmaite efekty. A to ktoś zmienił ubarwienie skóry, innemu skurczyła się ręka, już to innego oblazły od stóp do głów pobliskie mrówki. Tymon z niejakim podziwem obserwował potyczkę, dziwując się jednocześnie, dlaczego nikt z kręgu nie uchyla się, ani nie ucieka.

– Grają w petardę. – To Ongus, jakoby czytając w myślach ucznia, odpowiedział zza jego pleców. – Wygrywa ten, kto pierwszy doprowadzi przeciwnika do stanu niemożności rzucania zaklęć. Z kolei stojący wokół nie mogą uciec, bronią przed wydostaniem się strzałów na zewnątrz. Takie przyjemne z pożytecznym: uodparniają się na magię, a przy tym uciecha co nie miara, gdy trafi cię czar-niespodzianka. I jak tam? Zadomowiłeś się już?

– Siedmicę bym tu siedział – żachnął się Tymon – a i tak pewno bym nie zdołał zadomowić się zupełnie.

– Zaręczam ci: wziąłbym kogokolwiek z Wolszebnik, a ciebie w szczególności, a będzie to trwało stokroć krócej niźli w przypadku mieszkańców innych siół czy grodów.

– Staruszek Mariel dochodzi do siebie. – Ongus zmienił temat po chwili milczenia. – Po zastosowaniu zasugerowanej przeze mnie kuracji zaraz zaczęło mu się poprawiać. Jutro pewnie wróci do swej wieży, a my będziemy mogli przedstawić mu swą sprawę.

– Cóż to za cudowna kuracja? – mruknął Tymon, powracając do obserwowania grających w petardę. – Czary?

– Nie ma potężniejszego czaru od potencjału tkwiącego w naturze. Pomogła odpowiednia mieszanka ziół.

– A tamci? Nie wpadli na podobny pomysł?

– Możliwe, że nie… – Wolszebnik zawahał się. – Choć przecież wspominali, że już wcześniej mu się polepszało, a później znów popadał w niemoc. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie inaczej…

 

***

Nie było. Ku rozczarowaniu Ongusa i zgodnie z obawami grona czarodziejów-medyków, stan Mariela pogorszył się ponownie, gdy ów opuścił lecznicę. Stary mag zdążył wrócić do swej wieży o własnych nogach i wieczorem położyć się spać, by rankiem następnego dnia nie dać rady się podnieść pod wpływem paraliżu kończyn.

– To nie jest normalna przyczyna – oświadczył wzburzony Ongus. – Pewni jesteście, że nikt go nie otruł?

– Może ktoś dodał trucizny do wody w lecznicy? – podsunął Sotri.

Czarodzieje, w podobnym, co uprzednio gronie, znów radzili nad dalszym leczeniem Mariela. Jak Tymon ponuro zauważył, cała sytuacja nie różniła się od tej sprzed paru dni, gdy wraz z Ongusem przybyli na Chełmisko. Czarodzieje radzili, jeden spał osłabiony w swoim łożu, a on, uczeń wolszebnika, wówczas czując się bardziej jak chłop, stał na uboczu i nie wtrącał się.

– A czy komukolwiek przebywającemu w lecznicy dolega coś podobnego? – pytał Ongus coraz bardziej dociekliwie i coraz bardziej poirytowany.

– Po prawdzie to nie… Ale poza Marielem leczy się obecnie tylko adeptów, a tamci mają dostęp do oddzielnego węzła wodnego…

Nauczyciel Tymona cmoknął z niezadowoleniem.

– Nie chce mi się wierzyć, że nikt inny nie próbował tamtejszej wody, chociażby medycy.

– A co z tutejszą wodą? – Sotri wskazał wieżę Mariela. – Dlaczego by nie założyć, że właśnie ta została zatruta?

– Bo, o ile truciciel nie przemknął staruszkowi pod nosem i nie wrzucił mu czego do balii w czasie kąpieli, to musiałby zatruć całe źródło, którego wody zasilają Chełmisko, jak i kilka ulic wokół tegoż.

– Przyczyny nienaturalnej choroby należy szukać w jeszcze innym źródle. – Te słowa, ku zdziwieniu wszystkich, nawet jego samego chyba, wypowiedział Tymon.

Spojrzeli nań jak jeden mąż.

– Rzecz to wiadoma… – bąknął chłop, paradoksalnie, onieśmielony własną śmiałością. – Gdy ból cię męczy, pośpiesz do cioty. Przegna lub przyśle na cię kłopoty.

Obudzona na chwilę nadzieja poczęła gasnąć w oczach czarodziejów. Z pozoru mądre słowa zdawały się im teraz bełkotem wiejskiego głupka, nie będącego nawet w stanie pojąć tematu, nad którym tamci prawili.

Jednak nie Ongusowi, który raczej zarzucał sobie, że jego uczeń wpadł na ten pomysł przed nim samym.

– Po mojemu, nic, tylko musi żyje gdzieś tu ciota – oświadczył Tymon z wahaniem. – A każden głupi wie, że dopomóc lubo zaszkodzić ona może…

– No właśnie chyba nie każdy, jak widać – mruknął Ongus.

– Cóż to za ciota? – Sotri uniósł brew.

– No… Ciota… – Chłop wzruszył ramionami. – Leśna baba… Diabla żona… Baba Jaga, wiedźma, czarownica… Jak zwał, tak zwał, wszystko zajedno. Łacno sprawdzić, zali jej to sprawka…

Wtem ruszył ku klapie w podłodze, a potem na zewnątrz. Czarodzieje, zdumieni i milczący, ruszyli za nim.

Chłop przed wejściem do wieży rozejrzał się, jął pilnie przypatrywać się futrynie drzwi i ścianie nad nimi. Nie znalazłszy tego, czego się spodziewał, skierował wzrok ku ziemi.

– Czego właściwie szukasz? – zniecierpliwił się jeden z czarodziejów.

Tymon nie odpowiedział. Zamiast tego przypadł do jednej z kostek bruku ułożonego w kolorową mozaikę. Chłop z satysfakcją zauważył, że płyta była przekrzywiona, ktoś wydłubał spod niej piasek. Również i on chciał podważyć kawałek brudnozielonego kamienia, ale niewiele mógł zrobić gołymi rękami.

Jeden z czarodziejów domyślił się, popędził na górę wieży chorego. Tymon przerwał kopanie do chwili, gdy tamten wrócił w końcu, niosąc ze sobą łyżkę. Chłop oglądał przez chwilę podane mu narzędzie, srebrne i bogato zdobione roślinnymi ornamentami, i podważył płytkę. Nie było pod nią niczego niezwykłego czy interesującego – sucha, ubita, jak gdyby nigdy nie poruszana, ziemia skłoniła czarodziejów do myśli, że być może chłop podjął fałszywy trop, a przekrzywiona kostka była po prostu błędem brukarza.

Tymon pracował dalej, ku rozczarowaniu obserwujących znalazł tylko suchy patyk. Kopiący jednak rozpromienił się, wyciągnął znalezisko, podskoczył radośnie.

– Jest! Wiedźmie gusła! – Pokazał gałązkę Ongusowi, który też już zrozumiał.

– Przecież to patyk…

– A patyk! – Tymon w mig obrócił się ku Sotriemu. – Ale nie taki zwyczajny. Osnuty ów jest w trawy i ziele.

Rzeczywiście, z pozoru zwykły kawałek drewna owinięty był zielonym źdźbłem, na jednym z końców ktoś zasupłał na nim zasuszoną łodyżkę.

– Niechby był to i prosty kijek – dodał Ongus. – Niby po co miałby kto wkładać go pod bruk?

– Nie ważne, na co to wygląda – rzekł chłop, pokazując wszystkim znalezisko. – Trzeba patrzeć, czym to może być w istocie. A mnie to się zdaje wiedźmim kletwikiem, który należne jest zniszczyć. Do tego będzie potrzebny kawałek deski i ogień.

– Co się na mnie gapicie? – obruszył się Ongus. – Ja go tego nie uczyłem.

– Jaka ma być ta deska? Co będziesz z nią robił? – zapytał Sotri. Czarodzieje, widać, postanowili spełnić życzenia chłopa. Najpewniej bardziej z ciekawości, niż innych pobudek.

– Obojętnie jaka, ona tylko do pukania.

– Może drzwi wieży?

Tymon spojrzał w tamtą stronę. Jego twarz zaraz przybrała wyraz niezadowolenia.

– Nie, nie… – cmoknął. – Musi być niepomalowana…

Jeden z wolszebników znów ruszył schodami na górę domostwa chorego. Ów sam zresztą, który przyniósł chłopu łyżkę do kopania.

– A ogień?

Nieopodal wieży stał ułożony kosterek drewna na opał. Ongus podszedł doń, zabrał parę kawałków i ułożył przed Tymonem. Podpalił stosik zaklęciem.

Tymczasem z wieży powrócił czarodziej, niosąc deskę do krojenia żywności. Chłop wziął ją w wolną rękę, podszedł do ogniska. Czując na sobie wzrok wszystkich zebranych, splunął na badyl, następnie za siebie przez lewe ramię, wrzucił wykopane znalezisko w płomienie, wytarł trzykrotnie prawy but o bruk i puknął tyleż razy w niemalowaną deskę.

– I już? – Sotri wzruszył ramionami. – Taki prosty rytuał? Wystarczy?

– A mówiłem – mruknął Ongus – żeby wznowić naukę o wiedźmowych gusłach. A tak, nikt, poza chłopem, nie miał pojęcia, co było przyczyną choroby i jak temu zaradzić.

– Połowa żaków wiedziałaby też, jak takąż chorobę spowodować…

– A druga połowa umiałaby urok powstrzymać.

– Zdaje mi się, już odczarowane – rzekł niepewnie Tymon, wykorzystując chwilę napiętego milczenia. – Trzeba pójść na górę, może być, że…

– Aaa!

Zebrani wzdrygnęli się jak jeden mąż. Bardziej dlatego, że nie wiedzieli, skąd dochodził złowieszczy, jakby kobiecy wrzask. Wszystko wskazywało na to, że wrzeszczała rzucona w płomienie gałązka.

– Oby spotkało cię co gorszego od niewładu, Mariel! – zaskrzeczał głos z płomieni. – Ciebie i twoich pomagierów, którzy ośmielili się złamać mój urok!

Usłyszawszy klątwę, Tymon powtórzył zabieg z plwaniem, szuraniem i pukaniem.

– A więc mamy dowód –uśmiechnął się Ongus – że obecny tutaj, początkujący wolszebnik i mój uczeń zarazem, celnie odgadł, odnalazł i unieszkodliwił źródło naszych zagwostek. Leć, no, któryś na górę, sprawdzić co z Marielem.

Poleciał ten, który wcześniej czuwał przy chorym.

Ongus podrapał się za uchem.

– Czy mi się zdawało, czy ten badyl rzeczywiście gadał głosem starej Gligery?

– Mi takoż się zdawało. – Sotri skinął.

– Czyli mamy sprawcę, motyw też raczej jasny…

– Znaczy jaki? – wtrącił Tymon.

– A co innego może popchać babę do zemsty, jak nie zawód miłosny?

Chłop uniósł brew.

– Później ci opowiem. – Ulubione powiedzonko czarodzieja coraz bardziej irytowało jego ucznia.

– Obudził się! Wstał! Niewład minął! – To opiekun, który zdążył sprawdzić stan chorego, wrócił właśnie na dół.

Czarodzieje i Tymon bez słowa, niespiesznie, ruszyli na górę.

– Tak samo wiszczała, jakśmy podprowadzali dziki pod jej chałupę, pamiętasz? – Ongus szturchnął Sotriego w ramię. – Aż mnie ciarki nachodzą, jak se przypomnę: "Łee, łachudry, łeee!"

Idący za nim Tymon skulił się nagle, przekonany, że znów słyszy wrzeszczący badyl wiedźmy.

– Trudno zapomnieć dzikowego gwizda na dupie. –Sotri zachichotał, zagłuszając tupot wielu stóp na schodach.

– Boś się zagapił, ciapo! Zaraz widać było, że stado weszło pod jej kontrolę. A ty, nie wiem, chyba chciałeś się upewnić.

– Nie patyczkowała się, ni słowa nie zamieniła, od razu dzikami poszczuła.

– Nawet jak się uczyła na Chełmisku, była podobno taka wredna, ale już koniec żartów, zobaczmy, co z Marielem.

– A żebyś wiedział, że koniec żartów – mruknął, bardziej sobie pod nosem, niż w stronę Ongusa, Sotri. – Zaszedłbyś teraz, na miejscu by zabiła…

– Co masz na myśli?

Nie odpowiedział, bo doszli na górę i pochłonęła ich ogólna radość z poprawy zdrowia starego wolszebnika.

– O dziwo, już mi lepiej – stwierdził z wahaniem Mariel. – Wręcz poprawiło mi się tak nagle, że śmiem podejrzewać, iż maczaliście w tym palce…

– Znaleźliśmy źródło nawrotu choroby – oznajmił jeden z przybyłych czarodziei.

– Co więcej, zewnętrzne źródło – dodał inny.

– Jakże to?

Spojrzeli po sobie oczekując, że Ongus wyjaśni sprawę. Ów zajął się jednak czym innym. Ciekawość zwyciężyła nad chęcią pysznienia się zdolnym uczniem.

– O czym ty mówisz? – rzekł szeptem do Sotriego, odciągnąwszy go na stronę.

Ów westchnął.

– Gligera wstawiła sobie oczy gorgony, uprzednio wyłupawszy swoje własne, odprawiła rytuał i teraz sama jest meduzą. Zabija spojrzeniem.

– A skąd, ciekawość, wiedźma wzięła oczy gorgony? Nie można sobie ich ot, tak, znaleźć skrytych pośród kasztanów. Jedyna znana mi para była przechowywana w naszym ingredium.

– I dalej jest. Gligera musiała znaleźć drugą parę.

– A może rozdwoiła? – Obok rozmawiających, nie wiedzieć kiedy, zjawił się Tymon. – Tak jak ty wtedy z rybami u nas w wiosce?

Ongus popatrzył nań.

– Takiś żądny chwały? – ukąsił. – Mało jedno objawienie dziennie?

Chłop z uwagą przyjrzał się swoim stopom.

– Mogła sobie rozdwoić… – wyjaśnił czarodziej. – Jednako właściwości nadprzyrodzonych już nie da się przenieść.

– A może rozdwoiła – nie poddawał się Tymon – później wzięła sobie te prawdziwe, a podróbki ostawiła w tym waszym ingredium?

– Sam bym na to wpadł…

– To akurat jest możliwe – przyznał Sotri. Niechętnie dość. – Zakładając, że Gligera mogłaby niepostrzeżenie się tam dostać…

– Potrafiła wejść na Chełmisko – żachnął się Ongus – pod nosem tłumacza rozwalić bruk i wkopać podeń zaczarowany badyl, to i na ingredium pewno też znalazła sposób.

Sotri spojrzał ponad rozmówcami na gromadkę wokół ozdrowiałego Mariela. Jak się zdawało, pozostali wyjaśnili całą sprawę starcowi, który z zaciekawieniem zerkał na Ongusa i Tymona.

– Zresztą, co za różnica, skąd miała te oczy? – mruknął Sotri. – Miała, to miała, a teraz jest tym, kim jest, nic nie zaradzimy…

– W tej sprawie może i nic – bąknął Ongus – ale trochę wiedzy się nam przyda.

Sotri spojrzał nań z ukosa.

– Niby po co?

– Po twojej minie sądzę, że wiesz doskonale, po co.

– Oszalałeś! Pójście tam do niej najpewniej oznacza śmierć!

– Być może – zgodził się Ongus. – Nie zmienia to jednak faktu, że popełniła występek, za który przydałaby się kara.

Sotri westchnął.

– Jak se chcesz…

– To co, idziesz z nami?

Czarodziej popatrzył na Ongusa i przerażonego Tymona, który już wiedział, że i on został przymuszony. Mag westchnął ponownie.

– Idę.

 

***

Słońce zbliżało się do horyzontu skrytego pośród drzew. Wiatr lekko wzruszał pożółkłe liście. Ściółka szeleściła pod stopami trzech powoli kroczących. Gdzieś w górze darły się gęsi w kluczu. Tymon podejrzewał, że trudno byłoby mu je dojrzeć ponad gęstwiną nawet bez faktu, iż zapobiegawczo gapił się w dół.

– Jeszcze raz, dobrze zrozumiałem? – rzekł głośno, poprawiając uchwyt na niesionym przezeń, razem z Ongusem, zwierciadle, schowanym w wielkim worze. – Mamy zabić wiedźmę jej własnym spojrzeniem z pomocą tego zwierciadła?

– Ciszej, bo cię usłyszy. – Ongus uśmiechnął się.

Chłop skulił się jeszcze bardziej. Wolszebnik zaśmiał się w głos.

– Dokładnie tak – oznajmił. – Nie mam pojęcia, na co starej Gligerze była ta przemiana, ale przynajmniej teraz mamy pretekst, by ją unieszkodliwić.

– Jak z bazyliszkiem – mruknął Tymon.

– A ty skąd znasz miejską legendę?

– Bo to mało było tych bajań na targu w Rakicicach? Zawsze to mniej nudno zaczepić na czymś ucho, niźli stać jak ten głupi…

– Stamtąd właśnie pochodzisz? – zainteresował się Sotri. – Z tych Rakicic?

– Gdzież, tam samo z moim dziadziem na targ jeździm, króliki przedajem.

– Króliki, powiadasz? – Czarodziej spojrzał wymownie na Ongusa. Tamten wcześniej już opowiedział Sotriemu o ich przygodach z wielomyślą powstałą z królików właśnie.

– Ano – ciągnął Tymon, uniósłszy odrobinę głowę. – W całym opolu nas znają jako przedsiębiorczych hodowców.

– I takoż ja znam – wtrącił Ongus – jako znawców królików i potraw z ich mięsa. Ale tylko ze słuchu ta znajomość, jakoś nigdy nic od was nie jadłem, nie częstowaliście…

– Boś rzadko w karczmie bywał, tam to co i rusz przyniosę jaki kawałek pasztetu… A tobie, za dziadzia poleceniem, przyniosłem przecie wór orzechów.

– Orzechów! Orzechów to samemu można nazbierać, mało to leszczyny w lesie rośnie?

– Nigdyś nie prosił, to i nie pomyślałem, żeby cokolwiek przynosić…

– A ja właśnie teraz proszę.

– A żebyś wiedział, jak wrócim do Wolszebnik, coś ci przyrządzę i przyniosę…

– Zaraz będziemy niedaleko – przerwał im Sotri.

– Skąd wiesz?

– Bo już widać przesiekę.

Na mniej-więcej rzut kamieniem przed nimi ciągnęła się droga. Utworzona zapewne podczas wyrębu drzew, miała jakieś dwa lub trzy sążnie szerokości.

– Patrz – westchnął Ongus – tyle lat i jeszcze nie zarosła…

– A co miała zarosnąć? – Sotri wzruszył ramionami. – Z dawien dawna tędy biegła, jeszcze długo przed osiedleniem się Gligery.

Tymon poczuł, że jego nauczyciel, niosący zwierciadło z tyłu, zwolnił kroku; chłop poszedł za jego przykładem.

– Za jej czasów to pewnie drwale boją się tu podchodzić… – zauważył czarodziej z Chełmiska.

– Sam się boję – mruknął Ongus. – Cóż więc dziwić się prostym ludziom?

Chłop zatrzymał się. Bynajmniej jednak nie z powodu czrnowidzących słów czarodziejów.

– Tam ktoś jest! – zdusił okrzyk. – Zaraz za duktem!

Na wezwanie Tymona przycupnęli.

Spojrzeli. Rzeczywiście, coś ruszało się między gęstwiną, coś zza gałęzi błyskało ku nim. Słychać było, oprócz szelestu liści, miarowe stukanie i podzwanianie jakby blaszek.

Wędrowcy nie śmieli się odezwać jeszcze przez parę chwil. Patrzyli tylko i zastanawiali się, z kim lub czym mają do czynienia.

– Widać chyba jakąś postać… – ocenił Ongus.

– To nie postać – odszepnął Sotri – ale, zdaje mi się, jakiś kawałek pnia czy kamienia…

Obaj mieli po trosze rację.

– Jeżeli to jest to, co myślę… – Nauczyciel chłopa westchnął, przyjrzawszy się dokładniej – To będziemy mieli niemałe kłopoty…

– Zmieniony w kamień! – wysapał Tymon.

– Nie o tym mówię – cmoknął czarodziej. – Bo to nie było wiadome, że jakiś głupi będzie chciał podejść do wiedźmy i da się zabić?

– Jak my zaraz…

– Jak dobrze popatrzysz – kontynuował Ongus, nie usłyszawszy lub udając, że nie słyszy – to zobaczysz, że coś tam błyszczy i stuka w kamienną postać. Trudno stwierdzić na pewno, co to może być, ale ja sądzę, że najpewniej ciota powywieszała odłamki luster. A skoro tak…

Westchnął.

– Znakiem tego, że nie straszne jej własne, zabójcze spojrzenie – dokończył Tymon.

Sposępnieli wobec takiej perspektywy. Chłop zaczął zastanawiać się nad porzuceniem niesionego zwierciadła, bo i na co miałoby im się przydać?

– A może… – Sotri postukał palcem w nos. – To nie ona, ale ktoś inny wywiesił te odłamki, chcąc ją upolować? A ta kamienna figura, to właśnie zaklęta Gligera?

Ongus cmoknął.

– Jak dla mnie, zbyt piękny ten koncept, by był prawdziwy… Ale może i racja, musimy podejść doń i ją obejrzeć. Tylko nie wpatrujcie się ani nie rozglądajcie za bardzo… Zbliżamy się i licho wie, czy nie nadziejemy się na… Oczy…

Postanowili jeszcze przenieść zwierciadło przez dukt. Podeszli do kamiennej figury i, zgodnie z przypuszczeniami, obstukujących ją lustrzanych ułomków. Lustro odstawili, oparłszy o jedno z drzew.

– Zmartwię was, ale miałem rację. –Ongus zawahał się.

– Hm?

– Tę figurę zdążył już porosnąć mech – wyjaśnił. – Niemożliwością, żeby to była ona… Chyba Mariel nie choruje od tak dawna?

– W istocie. – Sotri zmarkotniał. Widać było, zdążył już sobie narobić nadziei. – Siedmica albo półtora, nie dłużej…

– Ale na co jej te błyskotki?

Ongus podrapał się po brodzie.

– Dość znana jest historia bazyliszka… – zaczął z wahaniem. – Może więc chce pokazać takim jak my, że próżno dźwigamy to ogromne zwierciadło…

– Albo – Sotri uniósł palec – służą jej jako swoiste przedłużenie zasięgu. Może spoglądać w kawałki lustra, w każdym z nich wysyłać dalej swe… spojrzenie śmierci…

– A skąd to wie? Znaczy… że nic sobie nie zrobi? – zapytał niegłupio Tymon. – Jak się dowiedziała?

Ongus machnął ręką.

– Może w przypływie afektu chciała z sobą skończyć i spojrzała w zwierciadło? Zgadniesz, jak nie wiesz?

– A… – Chłop zawahał się, przeszedł parę kroków, formułując w głowie pytanie. – Jak daleko sięga? To spojrzenie?

Jego nauczyciel cmoknął.

– Jakoś nikt nie pokusił się o sprawdzenie – ukąsił. – A jeśli nawet, pewno nie będzie w stanie oznajmić ci wyników.

–Zdaje się logicznym – Sotri wzruszył ramionami – że póki wiedźma widzi oczy ofiary, póty zabija… Albo póki ofiara widzi jej oczy… Najlepiej zawczasu nie podnosić zbytnio wzroku.

– Nie to jest teraż ważne – zniecierpliwił się Ongus. – Pomyślelibyście lepiej, co my mamy, zaraza, z nią zrobić!

Tymon przekrzywił głowę, podrapał się w ucho.

– Taka wiedźma… – bąknął – kim by nie była, meduza, nie meduza, dalej człowiek…

– Odkrywcze…

Chłop podszedł do zwierciadła w worze, chwycił oburącz.

– To się przyda…

 

***

Tymon czaił się przez las z lekko opuszczonym wzrokiem; w sam raz, by nie wyrżnąć w któreś z drzew, móc widzieć majaczącą pośród gęstwiny chatynkę wiedźmy, a jednocześnie nie nadziać się na śmierć w oczach tej ostatniej. Zdawało mu się, że widzi coraz więcej kamiennych figur, które niegdyś były nie dość ostrożnymi podróżnymi. A może było to tylko mylne wrażenie, spowodowane tym, że on sam wyglądał jak jedna z tych postaci.

Czarodzieje przysposobili go do zadania, upodabniając dla niepoznaki do jednego z zaklętych w kamień. Choć jego pomysł zdawał się im banalny i dziecięco naiwny, to w końcu musieli przyznać, że w tamtej chwili był najlepszy. Tymon niekoniecznie chciał podjąć się jego wykonania, ale uznał, że skoro na Chełmisku powiedział "a", później udzielał się tam i tutaj, w lesie, to należało dopowiedzieć całe abecadło. Bał się, wiadomo, lecz tuż przed rozpoczęciem Ongus, podejrzanie uspokajającym głosem zapewnił, że nikt nie zginie. Tymon był prawie pewien, że jego nauczyciel miał w zanadrzu jakąś sztuczkę i, choć może naiwnie, zaufał mu.

Tamci trzymali się dalej, z odległości kilkudziesięciu sążni ubezpieczali chłopa. Młodzieniec oddalił się na tyle, że przestał słyszeć ich kroki na podeschłej ściółce. Tym bardziej więc przeraził się, usłyszawszy szelest gdzieś przed sobą, nieopodal chaty.

Zamarł.

Delikatnie uniósł głowę bacząc, by nie dojrzeć oczu nadchodzącej postaci. Zobaczył starą, małą kobietę, która, wbrew jego wyobrażeniom, nie była przygarbiona. Szła na chudych nogach, bujając się na boki. Nieproporcjonalnie szeroki korpus sprawiał wrażenie, jakby miała na sobie wiele warstw odzienia.

Chłop zauważył wiele kamiennych figur tkwiących wokół niej. Przez myśl mu przemknęło, że bez wątpienia chciała stać się tym, czym była, ale zastanawiał się, czy nie doskwierała jej samotność, czy chciała na pewno zabić wszystkich, którzy się u niej zjawili. Zganił się po chwili, bo przecież miała swój rozum; wiedziała, jaki wyrok na siebie wydała. Trzeba nie mieć wyobraźni, by nie domyślić się, co czeka po jakimś czasie.

Tymon słusznie wywnioskował, że mnogość kamiennych figur była dlań wielce korzystna – dawało mu to szanse na pomyślniejsze ukrycie się przed wiedźmą. Miał tylko nadzieję, że ciota nie policzyła ich wszystkich; koniec końców, mając tyle czasu, różne dziwności mogły jej przyjść do głowy.

Baba krążyła niespiesznie wokół jednego z drzew, rosnącego nieopodal chałupy. Przystawała i kucała co raz, najpewniej coś zbierając. Tymon nie potrafił wyobrazić sobie dogodniejszej okazji do tego, co miał zrobić. Mimo to, bał się na tyle, by bezczynnie stać i tylko się gapić.

Po paru chwilach ruszył niezgrabnie, jak gdyby przymusem pchnięty do działania. Wpadł między kamienne figury.

Meduza usłyszała. W mig przerwała zbieranie, znieruchomiała na kuckach, odwróciła głowę. Musiał do niej dolecieć odgłos łamanej gałązki lub gniecionych liści.

Tymon skulił się, pochylił głowę, uniósł dłonie. Chciał wyglądać jak jedna z ofiar wiedźmy zamarła w przerażonej pozie.

Czarownica podniosła się, powoli zaczęła zbliżać się w stronę usłyszanego dźwięku. Chłop widział jej nogi i korpus kątem oka, z przerażenia zapewne przestałby się ruszać nawet wówczas, gdyby nie wymagała tego sytuacja. Baba podeszła na odległość tuzina sążni. Rozejrzała się. Nie ustępowała, wciąż przechadzała się i szukała źródła hałasu.

Tymon przeklął się w duchu. Od kucania zaczęły boleć go kolana, uniesione ręce domagały się, by je opuścić. Rozpaczliwie wyglądał odpowiedniej chwili do ataku.

Wiedźma tymczasem zbliżyła się jeszcze bardziej. Tymon zastanawiał się, czy już wiedziała i bawiła się z nim, czy może wciąż szukała intruza. Podeszła do jednej z figur, dosłownie dwa sążnie od chłopa. Oparła się o kamień. Obróciła głowę ku miejscu, z którego przyszła.

Tymon postanowił działać. Trudno było o dogodniejszą sposobność, a wyczekiwania kolejnej mogłyby nie wytrzymać jego zdrętwiałe ręce i kolana. Sięgnął za pazuchę po szary, płócienny wór, w którym nieśli lustro. Przy tym zaklinał wiedźmę w duchu, by nie usłyszała. Ona z kolei, nie poddając się, wciąż spoglądała wokół. Najwyraźniej była słusznie przekonana o obecności intruza, najpewniej uparcie pragnęła jego śmierci. Znów odwracała się w stronę Tymona.

Nie zdążyła.

Chłop dopadł doń dwoma susami, zarzucił wór na głowę. Chciał dalej, ale wiedźma przekręciła się, puściła podpory i poleciała na ziemię na plecy. Młodzieniec za nią, przygniótł ją ciałem; zdany, jak sądził, tylko na siebie, zaraz podjął próby naciągnięcia płótna na ramiona i tułów cioty. Miał znaczącą przewagę – póki nie dopuścił do rzucania przezeń żadnych uroków, czarownica pozostawała przecież małą, słabą starowinką.

– Puszczaj, łajzo! – darła się. – Zabiję! Złaź ze mnie, gnoju!

– Leż, jak leżysz! – odkrzyknął chłop, dodając sobie trochę otuchy.

Już tam biegli ku nim Ongus z Sotrim. Byli jednak wciąż zbyt daleko, by dopomóc cokolwiek. Młodzieniec, dzielnie wytrzymując orające mu przedramiona pazury i wierzgające nogi, skupił się przede wszystkim na zakryciu głowy staruchy. Wciąż nie oczekując pomocy, jakby zapomniawszy o istnieniu wolszebników, uniósł się lekko, trzasnął przez worek babę w gębę wierzchem dłoni. To rozsierdziło ją jeszcze bardziej, poczuł swąd podobny temu towarzyszącemu przy opalaniu świni. Włosy. Coś go parzyło w ramiona. Domyślił się, że to sprawka broniącej się wiedźmy.

Nadbiegli dwaj czarodzieje. Miny mieli nietęgie, jakby nie spodziewając się po Tymonie, że poradzi sobie z podobną sytuacją. Zaczęli mu coś czarować nad głową, bezbronna wiedźma naraz znieruchomiała. Chłop w napięciu wciąż ją przytrzymywał; docierało do niego, że starucha jest nieprzytomna. Wyprostował kark, sapiąc głośno, pociągnął nosem. Splunął obok i, jakby nigdy nic, zabrał się za naciąganie worka na ciotę. Po wszystkim wstał, chwiejnie dość, spojrzał na osłupiałych czarodziei, skinął głową.

– Bedzie – oznajmił. – Zawieźć na Chełmisko, zamknąć na cztery spusty i nigdy nie wypuszczać.

 

***

– Weź sobie przyłóż żywokostu – poradził Ongus. – Szybciej ci zniknie…

– Aj, tam, co tu okładać? – Tymon machnął ręką. – Trochę podrapane, ledwo gdzieniegdzie zaczerwienione… Ciota pewno wcześniej sama zioła zbierała, może oddała spod pazurów trochu piołunu, to i się szybko pogoi…

Czarodziej zachichotał.

– Bacz, bo jak zbierała pokrzywę, to se sam do kości porozdrapujesz…

– Miast mitrężyć, rzekłbyś, coście uradzili…

– Coś taki ciekawy? Nie wolałbyś pogadać o sprawie, dla której na Chełmisko w ogóleśmy szli?

Zapytany spojrzał na swoje przysmolone i podrapane przedramiona, pomacał ślady po paznokciach wiedźmy na szyi i policzkach.

– A wiesz, akuratno jakoś nie…

Wolszebnik westchnął głośno, przeszedł parę kroków.

Znów byli w wieży gościnnej, przydzielonej im do zamieszkania na parę dni ich pobytu. Ongusa wezwano do rozstrzygania w sprawie wiedźmy-meduzy. Tymona ta sprawa dotyczyła tylko pośrednio, do tego wciąż nie był czarodziejem, toteż jego nie uwzględniono w naradach.

– No więc?

Zapytany popatrzył w oczy ucznia. Jakby wiedział, że wyrok mu się nie spodoba.

– Na razie posiedzi w lochu; z opaską na oczach, o chlebie i wodzie.

Tymon skinął.

– A później?

– Spróbujemy ją zresocjalizować…

Chłop popatrzył magowi w oczy.

– Znaczy co?

– No… – Czarodziej westchnął jeszcze głośniej – postaramy się, żeby była normalna.

– Już się nie da.

– Nie oceniaj naprzód.

– Ale po co? – wybuchnął Tymon. – Robi takie rzeczy, znaczy przemienia się w takiego cudaka, a jakby tego było mało, jeszcze szkodzi klątwami! Widziałeś, żeby nasza wiedźma spod Wolszebnik robiła chociażby ułomek takiego zła?

– Wiem, że ci trudno się pogodzić – zaczął tamten. – Zważ, że nawet Mariel się zgodził.

– Też głupi…

– Przebaczył jej, a on chyba doznał odeń najwięcej krzywdy.

– Ciekawym, czy wszyscy przemienieni w kamień zgodziliby się z tobą, gdyby umieli mówić.

– Nie możesz przeboleć, co? A przecież gdyśmy do niej szli, ty sam wymyśliłeś sposób na złapanie bez zabijania.

– Boście nie wiedzieli, jak! Samiście mówili, że zna czary, że trzeba podejść ją… normalniej!

– Dajże spokój; złościsz się tylko dlatego, że cię trochę przypaliła w obronie.

– Pewnie! Bo podbiegając doń, wokół stały tylko karpy i pniaki, a do lasu przyszliśmy na grzyby!

– Nie podnoś – czarodziej huknął, zamilkł, dalej ciągnął już poprzednim, spokojnym tonem – głosu. Twoje krzyki nie sprawią, że mnie przekonasz. Zresztą, nie tylko mnie przyszło ją osądzać. Teraz oznajmiam ci, co ustanowione, dyskusje niczego nie zmienią.

Tymon spuścił głowę, odszedł na parę kroków od okna, przy którym stał.

– Przyznała się w ogóle? Gadaliście z nią?

– Żałowała – mruknął Ongus – że udało się nam powstrzymać paraliż i ją złapać.

– Mówiłem…

– Jak to mówią: z zatrutej wody jadowite ryby.

Tymon spojrzał nań.

– Jeszcze mi się nie zdarzyło – wyjaśnił stary wolszebnik – żeby zupełnie zdrowy na umyśle człowiek czerpał radość ze złośliwości. Zawsze jest inny zły człowiek albo zdarzenie, które wywołało następne z kolei zło.

Chłop już nie odpowiadał, od czasu do czasu mruczał tylko, chodząc po pokoju.

– A wiesz – Ongus uśmiechnął się – że koło wiedźmy, po sąsiedzku niemal, trzymamy innego zbója?

– Co mi po zbóju?

– Może chciałbyś go odwiedzić? Bo to nasz znajomy spod Wolszebnik.

Tymon spojrzał nań, zaczynając rozumieć.

– Tak jest – skinął Ongus. – Animator ludzkich i zwierzęcych trupów oraz prawdopodobnie ojciec wielomyśli w jednej osobie. Nie sądziłeś chyba, że go wypuścimy?

– Chcesz się przejść i go odwiedzić? – zapytał czarodziej ucznia po chwili milczenia.

Ów wypuścił głośno powietrze. Pokręcił głową.

– Innym razem, za dużo zboczenia jak na tak krótki czas – jęknął. – A pewno i tak będą mnie morzyć w sprawie tej wielomyśli, co? Kiedy to będzie? – dopytał, gdy wolszebnik skinął.

– Właściwie, kiedy chcemy… To nie sąd, przyszliśmy tu z własnej woli i w gości… Po prawdzie – pociągnął w zamyśleniu za brodę – jakbyśmy się uparli, moglibyśmy opuścić Chełmisko teraz, bez słowa wyjaśnienia…

Przez chwilę Tymon zapragnął urzeczywistnienia tego pomysłu.

– Nie ma co – zawyrokował jednak. – Trzeba iść na nieuniknione, im szybciej, tym lepiej…

 

***

– Sprawa jest wam z grubsza znana – przemówił donośnie Ongus. – Opowiadałem poprzednio, w czym rzecz i jak zaistniałe wydarzenia łączą się jedne z drugimi. Obecny tu ze mną, Tymon, mój uczeń, jest bodaj największym elementem całej układanki. Największym, ale bynajmniej nie ostatnim. Gdyby było inaczej, nasza wizyta tutaj byłaby wszak zbędna, a przynajmniej w takim charakterze.

Znajdowali się – a jakże – w wieży, najwyższej i najobszerniejszej w chełmisku, w komnacie na jej szczycie. Dokładnie na środku stał ogromny, okrągły stół, mogący bez wątpienia pomieścić parę tuzinów osób. Wiele miejsc było jednak pustych, Tymon naliczył trzynastu rajców, nie licząc siebie i przemawiającego na stojąco Ongusa.

Wszyscy zebrani, wysłuchawszy krótkiej przemowy, spojrzeli na chłopa. Ów, nie wiedząc za bardzo, jaka czeka go przyszłość i jak duży nań wpływ może mieć zdanie grona czarodziejów, odwzajemniał tylko spojrzenia, starając się nie okazywać niepokoju.

– Sprawa, o której opowiadasz, owa układanka… – przemówił Mariel, wyglądając już znacznie zdrowiej – zdawała się być prawie całkowicie rozwiązana już z poprzednią twoją wizytą… Mówiłeś nam o tym młodzieńcu i o zamiarze przysposabiania go do bycia jednym z nas… Cóż takiego stało się, że musieliście przybyć ponownie? Mniemam, że, jeśli mi wolno tak to ująć, układanka się powiększyła?

– Układanka zdaje się rosnąć – sprostował Ongus. – Prawie wszystko zdołaliśmy wyjaśnić sami, ale nie możemy poradzić sobie z końcówką.

– Zwykle jest tak, że to początki są najtrudniejsze.

– Nie tutaj. Przyznasz mi rację, gdy wysłuchasz mojej opowieści.

Najstarszy z wolszebników dał głos Ongusowi, kiwając głową.

– Musieliśmy zmierzyć się z wielomyślą, którą wytropił w swoim regionie Klemenson – zaczął czarodziej, już tym pierwszym zdaniem unosząc brwi słuchających i wywołując ogólną ekscytację. – Nim ją wytropił, a później zawezwał pomocy mojej i Tymona, zdążyła urosnąć do mocy zagrażającej całej okolicy. Obawialiśmy się wręcz, czy my sami zdołamy przeciwko niej przedsięwziąć cokolwiek. Niespodziewanie nam się udało, ale dziwniejszym jest samo źródło takiego wyniku.

Zamilkł na chwilę, nie bez satysfakcji spoglądając na wyczekujące twarze słuchających.

– Otóż planowaliśmy po prostu zbliżyć się doń, jak najdłużej zająć rozmową i zniszczyć przy pomocy eksplozji magicznej, podsycanej konwencjonalnymi ładunkami wybuchowymi łowcy. By osiągnąć większy skutek, połączyłem się umysłem z Tymonem, jako że on również dysponował jakąś mocą. Poczwara w pewnej chwili przerwała walkę, zaczęła się wycofywać wobec, jak twierdziła, swojego pana…

– Kogo?

Ongus rozłożył ręce.

– Z tym właśnie przychodzimy – rzekł. – Mam pewne podejrzenia, co się mogło stać i skąd taka reakcja wielomyśli. Liczę jednak na to, że ktoś z tutaj obecnych będzie mógł ujawnić więcej szczegółów na temat potwora, jego powstawania i zachowań.

– Zachowania, o którym opowiadasz – przemówił czarodziej siedzący na drugim miejscu po prawej od Mariela – nie spotyka się u wszystkich wielomyśli. Każda z nich ma pewien próg lojalności… Póki jednak go nie przekroczy, jest ślepo oddana swojemu stwórcy… i tym, w żyłach których wyczuwa krew tegoż…

Tymon spojrzał na wolszebnika. Przemawiający na pierwszy rzut oka wyglądał na starszego od Ongusa. W ogóle chłop w ciągu ostatnich dni musiał przeobrazić swój sposób myślenia – jak dotąd uważał swojego nauczyciela za najstarszą poznaną osobę, a jego aparycja nie kazała sądzić, że może być inaczej. Na Chełmisku natomiast poznał kilku czarodziejów, również owego przed chwilą przemawiającego, którzy zdawali się być jakby sztucznie odmłodzeni, a jednocześnie w dalszym ciągu starzy.

– Innymi słowy, chcesz powiedzieć… –Ongus zastanowił się – że któryś z nas, Tymon albo ja, jest twórcą wielomyśli, lub krewniakiem tegoż? Zakładając, że wielomyśl włamała się do naszej umysłowej sieci i zaczęła uciekać zeń, zanim podłączyłem Klemensona?

Rozmówca Ongusa, ów stary wolszebnik, wypuścił głośno powietrze.

– Na to wygląda – zawyrokował. – Tym bardziej, jeśli, jak mówisz, panika wielomyśli zaczęła się dokładnie po tym, jak włamała się do waszych umysłów.

– Aha…

Wszyscy widzieli, że jakaś zagwostka nie daje Ongusowi spokoju; jakby miał wątpliwości, czy wtajemniczyć resztę w swoje przemyślenia.

Trwało milczenie. Mariel zezwolił na kilka chwil tej ciszy, po tym czasie chciał kontynuować, lecz wtedy właśnie odezwał się znowu Ongus.

– Jak powstaje wielomyśl? – zapytał. – Chodzi mi o wszystkie sposoby.

– Sposobów jest kilka – odrzekł powoli ów poprzedni przemawiający, jak się zdawało, najbardziej zaznajomiony z tematem. – Najprostszy, choć nadal wymagający niebywałej mocy, to długotrwałe karmienie zwierzęcia odpowiednio umagicznionym pokarmem. Warto zaznaczyć – uniósł palec wskazujący – że różne metody działają z odmienną skutecznością na różne rodzaje zwierząt. Na przykład, karmienie zmodyfikowaną żywnością wymaga większego wkładu w przypadku szczurów, gdyż z reguły są uodpornione na trucizny i wszelkie substancje w pokarmie. Zaczątek wielomyśli powstaje też, gdy, po prostu, z pomocą magii, modyfikuje się mózg osobnika. Najtrudniejszym znanym sposobem jest przemiana i rzucanie czarów w postaci zwierzęcej, po czym powrót do ludzkiej formy.

Ongus spojrzał wymownie na Tymona.

– Te trzy sposoby? To wszystko?

– Tego nie powiedziałem. To wszystkie znane nam sposoby.

– Mhm…

– Coś cię trapi? – ni to zapytał, ni to stwierdził Mariel.

– Ano… Gdy się zaczyna tworzyć wielomyśl… Ile czasu potrzeba, by pierwszy królik zaczął przekształcać inne?

Znawca westchnął.

– Króliki są zwierzętami o dość podatnych mózgach, co raczej przyspieszy ten proces. Ale, jak przy każdym zaklęciu, wszystko zależy od mocy czarującego…

– A tak na oko?

– Ciężko to stwierdzić, bo niezbyt często komukolwiek przychodzi do głowy tworzenie wielomyśli. Wiadomo, że zarodzie niektórych czarodziejów potrzebowały kilku tygodni na przekształcenie mózgu choćby jednego zwierzęcia z tego samego gatunku. Inne, zdolniejsze, skracały ten czas do dwóch, trzech dni.

Ongus, znów wpatrzony w Tymona, zmrużył oczy. Tamten, pod wpływem tego spojrzenia, poczuł nagłe gorąco.

– A… – Czarodziej znów zawahał się przed zadaniem pytania. – Jak długo zajmie takiej… zarodzi… wpłynięcie na ludzki umysł?

Na sali rozległy się westchnienia. Tymon, wsłuchawszy się, stwierdził jednak, że były to raczej pobłażliwe, ciche podśmiechiwania.

– Mózg człowieka jest bezlicznie bardziej skomplikowany, niźli króliczy – wyjaśnił stary wolszebnik. – Jednemu królikowi trudno jest wpłynąć na mózg identyczny ze swoim, a aby zapanować nad ludzkim rozumem, potrzeba wielomyśli złożonej z najmniej kilku setek osobników.

– Tacyście pewni? – Tymon usłyszał cichy głos nauczyciela. Miał wrażenie, że tylko on.

Ongus przypomniał sobie moment, gdy trzymał w garści królika, w którego ciele gościł jego uczeń. Spojrzenie zwierzaka i wahanie czarodzieja, czy oby na pewno zabić tegoż…

– Czy w wielomyśli – nie poddawał się wolszebnik – może istnieć jednostka dominująca? Silniejsza, niż inne?

– To by było zaprzeczenie idei wielomśli, gdzie wszystkie elementy dzielą myśli i, jakoby, swoje rozumy. Nie może być żadnego dominium. Przy przyłączaniu kolejnych osobników, ich mózgi rozrastają się tak, by dorównywać pozostałym.

– Już wiem chyba wszystko – oznajmił zebranym Ongus po krótkiej chwili milczenia. – Wiem to, że żaden z nas nie utworzył wielomyśli. Prawie pewne jest, że był to mój albo Tymona jakiś krewniak. Zastanawia mnie tylko jeszcze jedno…

Mariel zachichotał.

– Z tobą to tak zawsze. Miast pytać o jakąkolwiek radę, jak zwykłeś zapowiadać, zbierasz tylko wiadomości, a wyrok wydajesz sam.

– Bo to rada – Ongus wzruszył ramionami – a nie osąd.

– To rada – odparł Mariel, naśladując ton rozmówcy – a nie księgozbiór. Wypowiedziałbyś chociaż swe przemyślenia, na co wpadłeś.

– W swoim czasie… Dowiecie się, jak to wszystko wyjaśnię…

Tłumacz znów zaśmiał się serdecznie.

– Jak zwykle.

Ongus popatrzył nań, po chwili odwrócił wzrok, oddając się swoim rozważaniom. Zresztą, zdawało się, że odleciał już patrząc na przewodniczącego zebrania.

– Zastanawiam się – wypowiedział swe myśli – czy i jaką rolę odegrał w tym wszystkim pewien człowiek…

 

***

– Ja rozumiem, lochy, wilgoć – obruszył się Ongus – ale to przecież Chełmisko, zdałoby się jeden z wierzchołków cywilizacji… Za mało tu wywietrzone i za bardzo śmierdzi grzybem, jak na wierzchołek…

– Jak w piwnicy – mruknął Tymon.

– Ano… A chciałbyś mieszkać w piwnicy? Aż musiałbyś przywyknąć do tego smrodu i kapiącej gdzieś w oddali wody?

Uczeń wzruszył ramionami.

– Mówili, że wsadzili go do celi w oddzielnym lochu, nie ma tutaj nikogo innego. Jak podejrzewam, podobnie pewnie potraktowali naszą wiedźmę-meduzę. A jak nie, to powinni byli.

– A co, jeśli ktoś zapomni pozbawić go mocy? Ucieknie?

– Mógłby. Musiałby jednak wcześniej pokonać wielu czarodziejów z Chełmiska. Ale nie sądzę, by strażnicy byli na tyle głupi, by, ot, tak, zapomnieć sobie o unieszkodliwieniu takiego zakapiora.

Znów zeszli schodami, niosąc przed sobą pochodnię. Cienie przezeń rzucane tańczyły na kamiennych ścianach, a słabe światło błyszczało na ociekającej wodzie. Tymon z niejakim rozbawieniem rozmyślał o związku budowli czarodziejów z ich pozycją. Im ważniejszym się jest, tym potężniejszą ma się wieżę. Z kolei im bardziej się podpadło, do tym głębszej dziury cię wrzucali.

Za schodami był korytarz długości paru sążni. Na jego ścianach jarzyły się pochodnie, ułożone w równych odstępach. Na końcu, ku zdziwieniu Tymona, nie było ciężkich, okutych drzwi, ale proste kraty, może trochę grubsze niż w jego wyobrażeniach.

Z początku nie widzieli więźnia. Ów siedział na ławce, oparty o tylną ścianę, przykuty doń łańcuchem. Poruszył się zaraz, chyba spostrzegł, że ktoś się zbliża, doliczył się tej jednej pochodni więcej.

– Czuj duch! Znowu, co? – sarknął tamten. – Nie martwcie się, żem samotny… Nawet nie wiecie, jak mi dobrze bez was wszystkich. Ale, ale… – Uniósł się. – Niech mnie bure suki gryzą! Czy mnie oczy nie zwodzą? Czemu zawdzięczam tę nieprzyjemność, by was oglądać, kanalie? Dalej jesteście jak ten wieśniak i cielę Maćkowe, co łazi za nim w krok?

– Nie rozgaduj się, ani nie kłopocz. –Ongus uśmiechnął się. – My tylko pooglądać.

Tamten uniósł brwi, nie potrafił całkowicie ukryć zdumienia.

– Och, tedy nie krępujcie się, miło nam gościć was w naszym folwarku ludzkim.

– Niech se gada, na zdrowie mu – mruknął Ongus.

Gadał. Nie wsłuchiwali się i wkrótce przestał.

– To jak myślisz – bąknął cicho Tymon – czyj to krewniak? Mój, czy twój?

– Obstawiam, że twój… Ja za młodu znałem wszystkich swoich pociotków. Mieszkali w opolu i nie było księżyca, żeby nie widzieć większości z nich.

– Ja wiem? Za to jak gada… kropka w kropkę ty…

Nauczyciel spojrzał nań.

– Nie czaruj. Sam dobrze wiesz, że to najpewniej twój ojciec zasiewał w każdej wiosce, w której był. Niewykluczone, że to któryś z legionu twoich braci i sióstr.

Ongus bez wątpienia wygrał tę dyskusję. Tak dobitnie, że Tymon momentalnie stracił humor. Najgorsze, że czarodziej mówił prawdę.

– Oj, nie masz się, co frasować – pocieszył ów chłopa. – Jednego psa z miotu wezmą, wytresują i będzie przyzwoity, a inny zdziczeje.

Tymon cmoknął.

– Wdzięcznym za to porównanie.

– Chodzi mi, że nie jesteś swoim ojcem ani bratem.

– A mawiają, że niedaleko pada jabłko od jabłoni…

– Jabłka z tej jabłoni są porozrzucane po całym świecie. A sama jabłoń też jest w miejscu bliżej nieznanym.

– Ej, o czym tak plotkujecie, dziewuszki?

Dwaj rozmawiający obrócili się ku więźniowi. Nie odpowiedzieli.

– Czas chyba wracać do domu, co? Do Wolszebnik.

– Ano – westchnął Tymon. – Jeden dzień dłużej tutaj i zdurnieję.

– Z każdym razem będziesz przyzwyczajał się coraz bardziej.

– Będą kolejne razy?

– A czego się spodziewałeś? – odparł Ongus skrzywionemu uczniowi. – Za ciekawy jesteś, żeby ci ot, tak, dać spokój. Jeszcze jednej zagadki nie rozwiązaliśmy, a po niej pewno przyjdą kolejne. Twoja historia jeszcze się nie skończyła.

Koniec

Komentarze

Z trudem i głównie z poczucia dyżurnego obowiązku dobrnęłam do końca. Stylizacja/archaizacja koszmarnie utrudnia lekturę, bo jest jej za dużo i zbyt wydumanej, jest w związku z tym nieporadna, nienaturalna, a na dodatek czasem wkradnie się coś, co ją burzy. Używanie zaimka “ów” w miejsce “on”, jakkolwiek historycznie uzasadnione, jest wyjątkowo irytujące.

Historyjka jak historyjka, ani ziębi, ani grzeje, jest zagadka, ale bohaterowie rozwiązują ją po sznureczku, brak zaskoczeń, brak zagrożeń, brak napięcia. No i tekst jest boleśnie przegadany, skrócenie go o połowę (albo i dwie trzecie) nie tylko by mu nie zaszkodziło, ale wręcz pomogło, bo jest tu stanowczo za dużo słów jak na tak prostą historię i bohaterów, o których tak naprawdę nie wiemy nic poza autorskimi deklaracjami.

Na sam koniec wrzucasz trochę o wielomyśli, która jest najciekawszym elementem twojego świata. Wolszebnika w puszczanym osobno tekście powinieneś tłumaczyć od razu, a nie w dalszym kontekście.

 

Uwagi wybiórcze, głównie z pierwszych kawałków:

 

“Widział jednak wielu, których nijak nie dało się przyłączyć do żadnej z poznanych przezeń ras.” – przyłączyć ???

 

“– Dziwności… – podsumował swe obserwacje.

– Ano – odgadł jego myśli Ongus.”

→ – Ano. – Ongus odgadł jego myśli

Aczkolwiek dalibóg nie widzę, jak potaknięcie ma oznaczać, że ktoś odgadł czyjeś myśli, to by można poznać po dłuższej wypowiedzi

 

“– A właśnie – zająkał się właściciel wozu” – 1) zająknął; 2) SJP PWN zająknąć się – zająkiwać się «zrobić mimowolną przerwę w mówieniu lub powtarzać ostatnią sylabę»

Istnieje, owszem, frazeologizm “nawet się nie zająknąć”, ale oznacza on tyle, co w ogóle się nie odezwać i niestety nie da się go “odwrócić” w sensie, że “zająknąć się” będzie znaczyło odezwać się

 

“– Panie szanowny, jak wola – odparł czarodziej.” – a kto tu jest czarodziejem ???

 

“Ich dobroczyńcą zauważalnie zaczęły miotać sprzeczne uczucia.”

Aaaargh. Dlaczegóź, ach dlaczegoż fantasy nie można pisać normalnym językiem…

 

“Nie każemy wam zawierzać. Myśmy tylko wyszli z ofertą.” – te dwa zdania są każde z innego rejestru. Albo archaizujesz (nie rób tego…), albo piszesz kolokwialnie współcześnie (teź straszne, ale chyba lepsze)

 

I właściwie po co ten cały dialog? Wracasz w nim do punktu wyjścia – jadą nadal wozem, nic się nie wydarzyło, a infodump o górnym mieście i o tym, że któryś z bohaterów (który?) jest czarodziejem, można było podać zgrabniej. Zresztą zaraz się okazuje, że ich puszczają, więc ta zapowiedź nie jest do niczego potrzebna

 

“Zrozpaczony jeszcze przed paroma chwilami woźnica, spoglądając na Ongusa z mieszaniną niepokoju i podziwu, ciął lekko batem wołu i wjechali w utworzony szpaler.” – niedobra konstrukcja zdania z tym imiesłowowym równoważnikiem w środku

 

“Pojechali dalej i pochłonęła ich paszcza miasta, której zęby stanowiły jakoby stojące w szeregu kamienice.” 1) kolejna zgrzytająca metafora; 2) jakoby nie znaczy jakby, ale jest to (SJP PWN)

jakoby I «spójnik przyłączający do zdania nadrzędnego zdanie podrzędne i zarazem podający w wątpliwość to, o czym jest mowa w tym zdaniu, np. Twierdził, jakoby znał ją od dawna.»

jakoby II «partykuła komunikująca, że zawarty w zdaniu sąd nie pochodzi od mówiącego i że mówiący wątpi w prawdziwość tego sądu, np. Krążą pogłoski o mających jakoby nastąpić zmianach w rządzie.»

 

“Chłop mruknął poirytowany.” jaki chłop? dlaczego chłop?

 

pawilon – słowo niepasujące do średniowiecznego polskiego sztafażu. Gdybyś pisał po francusku, owszem, ale wtedy oznaczałby wystawny namiot, głównie wojskowy czy królewski

estrada też trochę razi

 

“Tymon dojrzał stolik, z którego podszedł młodzieniec.” – wiem już, że to czarodzieje, ale on wyszedł z tego stolika?

 

“Mowcie, karczmarzu,“ – literówka. Żadna archaizacja nie obejmuje formy mowcie

 

“Tymon, nie bez uśmiechu, skojarzył różnobarwną gromadę z kuglarzami” – skojarzył? Ona mu się może skojarzyła, ale to nie znaczy, że on skojarzył, te dwie formy mają nieco inne znaczenia i tu akurat nie pasuje

 

“Ciota… – Chłop wzruszył ramionami. – Leśna baba… Diabla żona… Baba Jaga, wiedźma, czarownica…” – jest to wyjątkowo fatalny wybór określenia…

 

“Tymon nie odpowiedział. Zamiast tego przypadł do jednej z kostek bruku ułożonego w kolorową mozaikę. Chłop z satysfakcją zauważył, że płyta była przekrzywiona, ktoś wydłubał spod niej piasek.” – znowu, dlaczego chłop? On jest kim w końcu? Młodym uczniem czy jakimś przypadkowym chłopem? Nie mówiąc już, że akurat tu nie potrzebujesz powtarzać podmiotu, bo on się nie zmienił.

Poza tym kostka brukowa to nie płyta ani płytka, ale takie słupki kamienne lub kamienie jeden obok drugiego. W średniowiecznym mieście nie będzie ułożony tak porządnie (mało gdzie będzie), żeby dało się wypatrzeć jedną przekrzywioną kostkę.

 

“Nie ważne“ → nieważne

 

“deskę do krojenia żywności” – a to określenie prosto z katalogu Ikea

 

“zagwostek” → zagwozdek (i dalej też ort)

 

ingredium – co to ma być? ingrediencja?

 

“Słońce zbliżało się do horyzontu skrytego pośród drzew.” łomatko

 

“nawet bez faktu” – kolejny wyskok z archaizacji

 

“A ty skąd znasz miejską legendę” – jak wyżej

 

“Tymon czaił się przez las z lekko opuszczonym wzrokiem” – co to znaczy “czaić się przez coś” ??

 

“ubezpieczali chłopa. Młodzieniec oddalił się” – to w końcu chłop czy młodzieniec? Chłop w tym świecie kojarzy się dość jednoznacznie, z, no, chłopem. W sensie człowiekiem pracującym na roli. Jeśli nawet Tymon jest chłopskiego pochodzenia, to nie jest już chłopem w sensie zajęcia, co najwyżej chłopskim synem

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No cóż, Kubutku, jak na finałowe opowiadanie cyklu, to, moim zdaniem, wypadło ono niezwykle blado. Ani zagadka choroby Mariela nie jest zbyt zajmująca, ani jej rozwiązanie jakieś błyskotliwe. Spodziewałam się zakończenia z przytupem, a okazało się, że muszę obejść się zaledwie szuraniem nogi po podłodze. Boleję też, że brakło dziadunia.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia – o nieudanej stylizacji wspomniała już Drakaina, a ja dodam, że sporo tu błędów i różnych usterek, a do tego wyjątkowo przeszkadzały mi niektóre słowa i zwroty, jak na mój gust, zbyt współczesne i zupełnie niepasujące do tego tekstu, np.: Myśmy tylko wy­szli z ofer­tą./ …od­po­wia­da­ją­cych okrzy­ka­mi nie­za­do­wo­le­nia na ten ra­sizm./ …słowa wy­brzmią w od­po­wied­nich wa­run­kach aku­stycz­nych./ …po­zwa­la­jąc tłu­mo­wi dalej pły­nąć przez grodz­ką ar­te­rię./ – Karcz­ma to, czy es­tra­da?/…po­tra­fi spra­wić wię­cej, niż kon­wen­cjo­nal­ne obi­cie mordy./ …na przy­rost siły, re­ge­ne­ra­cyj­ne, od­ży­wia­ją­ce tkan­ki…/ …tamci mają do­stęp do od­dziel­ne­go węzła wod­ne­go…/ – A ty skąd znasz miej­ską le­gen­dę?/ …pod­sy­ca­nej kon­wen­cjo­nal­ny­mi ła­dun­ka­mi wy­bu­cho­wy­mi łowcy./ Na przy­kład, kar­mie­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ną żyw­no­ścią… – że na tym poprzestanę.

 

Go­ści­niec sta­wał się coraz szer­szy, do tego wy­bru­ko­wa­ny pła­ski­mi ka­mie­nia­mi już od paru dni drogi. –> Czy to znaczy, że gdyby ktoś wędrował tym gościńcem przed paroma dniami, nie byłby on jeszcze wybrukowany?

 

– Gdzie tu ob­sie­wać? – Wes­tchnął. –> – Gdzie tu ob­sie­wać? – wes­tchnął.

 

za­in­te­re­so­wał się owym pa­wi­lo­nem, nad któ­rym roz­cią­ga­ła się tka­ni­na po­zszy­wa­na z mniej­szych, ko­lo­ro­wych ka­wał­ków. Pod nią usta­wio­no ławy z krze­sła­mi oraz jeden szynk… –> Czy dobrze rozumiem, że przed pawilonem, pod kolorową tkaniną ustawiono ławy, krzesła i poślednią karczmę?

A może pomyliłeś szynkszynkwasem?

 

– Bacz, by cię żaden nie usły­szał, jużby cię wzy­wał… –> – Bacz, by cię żaden nie usły­szał, już by cię wzy­wał

 

a do­tarł­szy do ich ławy oparł się na niej dłoń­mi z ło­sko­tem. –> Jak wyglądają dłonie z łoskotem?

 

Tymon doj­rzał sto­lik, z któ­re­go pod­szedł mło­dzie­niec. –> Raczej: Tymon doj­rzał stół, od któ­re­go pod­szedł mło­dzie­niec.

W dawnych karczmach nie było stolików.

 

Ongus spoj­rzał na pusty stół, zer­k­nął na szynk za mło­dzień­cem. –> Chyba miało być: Ongus spoj­rzał na pusty stół, zer­k­nął na szynkwas za mło­dzień­cem.

 

nie­za­kry­wa­ją­ce kom­plet­nie nic. Dłoń­mi za­kry­wa­jąc wsty­dli­we miej­sce… –> Powtórzenie.

 

Ongus upił łyka… –> Ongus upił łyk

 

jak zdro­we serca muszą mieć miesz­ka­ją­cy tu cza­ro­dzie­je. Muszą po­ko­ny­wać… –> Powtórzenie.

 

– Do sta­rych za­gwo­stek po­ja­wi­ło się parę no­wych… –> – Do sta­rych za­gwo­zdek po­ja­wi­ło się parę no­wych

Zagwozdka jako słowo, moim zdaniem zbyt współczesne, nie powinna znaleźć się w tym opowiadaniu.

 

Na placu trwał po­je­dy­nek, ogra­ni­czo­ny do swego ro­dza­ju okrą­głej areny…–> Masło maślane. Arena jest okrągłą z definicji.

W jaki sposób pojedynek można ograniczyć do areny?

A może miało być: Na placu trwał po­je­dy­nek, rozgrywający się na swego ro­dza­ju arenie…

 

To Ongus, ja­ko­by czy­ta­jąc w my­ślach ucznia… –> To Ongus, ja­k­by czy­ta­jąc w my­ślach ucznia

 

a przy tym ucie­cha co nie miara… –> …a przy tym ucie­chy co nie miara… Lub: …a przy tym ucie­cha niezmierna

 

Stary mag zdą­żył wró­cić do swej wieży wła­snych no­gach… –> Stary mag zdą­żył wró­cić do swej wieży na wła­snych no­gach… Lub: Stary mag zdą­żył wró­cić do swej wieży o wła­snych siłach

 

nie dać rady się pod­nieść pod wpły­wem pa­ra­li­żu koń­czyn. –> …nie dać rady się pod­nieść z powodu pa­ra­li­żu koń­czyn.

 

Ów sam zresz­tą, który przy­niósł chło­pu łyżkę do ko­pa­nia. –> Ten sam zresz­tą, który przy­niósł chło­pu łyżkę do ko­pa­nia.

 

Nie­opo­dal wieży stał uło­żo­ny ko­ste­rek drew­na na opał. –> Co to jest kosterek?

 

Mi takoż się zda­wa­ło. –> Mnie takoż się zda­wa­ło.

 

– Czyli mamy spraw­cę, motyw też ra­czej jasny… –> Skoro wiadomo, że to sprawka starej Gligery, to chyba: – Czyli mamy spraw­czynię, motyw też ra­czej jasny

 

– Tak samo wisz­cza­ła, jak­śmy pod­pro­wa­dza­li dziki… –> – Tak samo wisz­cza­ła, jak­eśmy pod­pro­wa­dza­li dziki

 

Na mniej-wię­cej rzut ka­mie­niem… –> Na mniej wię­cej rzut ka­mie­niem

 

nie z po­wo­du czr­no­wi­dzą­cych słów cza­ro­dzie­jów. –> Literówka.

Nie wydaje mi się, aby słowa mogły widzieć cokolwiek.

Proponuję: …nie z po­wo­du zło­wieszczych­ słów cza­ro­dzie­jów.

 

Rze­czy­wi­ście, coś ru­sza­ło się mię­dzy gę­stwi­ną… –> Raczej: Rze­czy­wi­ście, coś ru­sza­ło się w gę­stwi­nie

 

Ale może i racja, mu­si­my po­dejść doń i ją obej­rzeć. –> Doń znaczy tyle, co do niego. Mało możliwe wydaje mi się podejście do niego i obejrzenie jej.

 

–Ongus za­wa­hał się. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Nie­moż­li­wo­ścią, żeby to była ona… –> – Nie­moż­li­wo­ścią jest, żeby to była ona… Lub: Nie­moż­li­we, żeby to była ona

 

– Sied­mi­ca albo pół­to­ra, nie dłu­żej… –> Siedmica, jak rozumiem, jest rodzaju żeńskiego, więc: – Sied­mi­ca albo pół­to­rej, nie dłu­żej

 

–Zdaje się lo­gicz­nym… –> Brak spacji po półpauzie.

 

– Nie to jest teraż ważne… –> Literówka.

 

da­wa­ło mu to szan­se na po­myśl­niej­sze ukry­cie się przed wiedź­mą. –> Raczej: …da­wa­ło mu to szan­se na skuteczniejsze ukry­cie się przed wiedź­mą.

 

Po paru chwi­lach ru­szył nie­zgrab­nie, jak gdyby przy­mu­sem pchnię­ty do dzia­ła­nia. Wpadł mię­dzy ka­mien­ne fi­gu­ry. –> Nie wydaje mi się, żeby Tymon biegł, więc też raczej nie mógł wpaść między figury, a tylko wejść.

 

Chłop do­padł doń dwoma su­sa­mi… –> Chłop do­padł do niej/ dwoma su­sa­mi

 

Chciał dalej, ale wiedź­ma prze­krę­ci­ła się, pu­ści­ła pod­po­ry… – Jakie podpory?

 

Byli jed­nak wciąż zbyt da­le­ko, by do­po­móc co­kol­wiek. –> Byli jed­nak wciąż zbyt da­le­ko, by do­po­móc w czymkolwiek.

 

Mło­dzie­niec, dziel­nie wy­trzy­mu­jąc ora­ją­ce mu przed­ra­mio­na pa­zu­ry… –> Mło­dzie­niec, dziel­nie wy­trzy­mu­jąc orzą­ce mu przed­ra­mio­na pa­zu­ry

 

za­brał się za na­cią­ga­nie worka na ciotę. –> …za­brał się do naciągania worka na ciotę.

 

– Spró­bu­je­my ją zre­so­cja­li­zo­wać… –> Spróbują CO??? – że tak zapytam, zdumiona w najwyższym stopniu.

 

– Prze­ba­czył jej, a on chyba do­znał odeń naj­wię­cej krzyw­dy. –> – Prze­ba­czył jej, a on chyba do­znał od niej naj­wię­cej krzyw­dy.

 

Bo pod­bie­ga­jąc doń, wokół stały tylko karpy i pnia­ki… –> Z tego wynika, że karpy i pniaki, stojąc wokół, jednocześnie podbiegały do wiedźmy.

 

Po praw­dzie – po­cią­gnął w za­my­śle­niu za brodę… –> Po praw­dzie – po­cią­gnął w za­my­śle­niu  brodę

 

w wieży, naj­wyż­szej i naj­ob­szer­niej­szej w cheł­mi­sku… –> …w wieży, naj­wyż­szej i naj­ob­szer­niej­szej w Cheł­mi­sku

 

–Ongus za­sta­no­wił się… –> Brak spacji po półpauzie.

 

wie­lo­myśl wła­ma­ła się do na­szej umy­sło­wej sieci i za­czę­ła ucie­kać zeń… –> Włamanie się do umysłowej sieci brzmi jak wzięte nie z tej bajki.

i za­czę­ła ucie­kać z niej

 

Wszy­scy wi­dzie­li, że jakaś za­gwost­ka nie daje… –> Wszy­scy wi­dzie­li, że jakaś za­gwozdka nie daje

 

Cięż­ko to stwier­dzić… –> Trudno to stwier­dzić

 

nio­sąc przed sobą po­chod­nię. Cie­nie prze­zeń rzu­ca­ne tań­czy­ły na ka­mien­nych ścia­nach… –>

Pochodnia nie rzuca cieni. Cienie rzucają osoby/ przedmioty oświetlone pochodnią.

Proponuję: Światło przez nią rzucane tańczyło na ka­mien­nych ścia­nach

 

Na jego ścia­nach ja­rzy­ły się po­chod­nie, uło­żo­ne w rów­nych od­stę­pach. –> Raczej trudno ułożyć coś na ścianie.

Proponuję: Na jego ścia­nach ja­rzy­ły się po­chod­nie, umocowane w rów­nych od­stę­pach.

 

Ów sie­dział na ławce, opar­ty o tylną ścia­nę, przy­ku­ty doń łań­cu­chem. –> Ów sie­dział na ławce, opar­ty o tylną ścia­nę, przy­ku­ty do niej łań­cu­chem.

 

–Ongus uśmiech­nął się. –> Brak spacji po półpauzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OK, kolejny odcinek.

Mam wrażenie, że trochę mało samodzielny. Coś tam, słabo, pamiętałam o wielomyśli, więc jakoś dałam radę. Ale przygoda z królikiem to już naprawdę dawno była.

Podobał mi się pomysł na przeszczep oczu od gorgony. ;-)

Nadużywasz “ów”, IMO. Trochę literówek, czasami konstrukcja z imiesłowem się posypie – zmieniasz w nich podmioty.

Tymon dojrzał stolik, z którego podszedł młodzieniec.

Chłopak wyszedł ze stolika?

niezakrywające kompletnie nic. Dłońmi zakrywając wstydliwe miejsce,

Słabo to wygląda.

– Już go tamten niejeden pouczał,

To tamten czy niejeden?

Ale może i racja, musimy podejść doń i ją obejrzeć.

Doń = do niego. Podobnie zeń, weń, nań itd. – to zawsze jest rodzaj męski.

koniec końców, mając tyle czasu, różne dziwności mogły jej przyjść do głowy.

W takich zdaniach nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to dziwności miały czas.

zagwostka => zagwozdka

Babska logika rządzi!

Jakoś tak dłużyło mi się.

Powiem szczerze, że już nie pamiętam poprzednich części, więc przystępowałem do czytania bez znajomości świata. Całość opisana jest nieźle, ale czuję zgrzyty – na przykład potraktowanie strażnika przy wjeździe w taki sposób, powinno skutkować lochem. Czarodziej, nie-czarodziej, ale prawo trzeba trzymać w ryzach, inaczej masz chaos.

Bohaterowie… po prostu są. Zgodzę się z Drakainą, poza pewnymi deklaracjami narratora, mocno ich nie poznałem, nie polubiłem. Bywa.

Wielomagia najciekawsza, ale szkoda, że tak późno wychodzi, o co zacz.

Zawiodła mnie za to mocno centralna zagadka. Dosyć długo niej dochodzisz (wstęp moim zdaniem dałoby się skrócić), a kiedy już się toczy, to idzie bez większych problemów. Skutkuje to brakiem poczucia napięcia i mnie mocno nudziło.

Podsumowując: niezły, ale mocno dłużący się koncert fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka