- Opowiadanie: mprzemek - Ballada o Kulawcu

Ballada o Kulawcu

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ballada o Kulawcu

 

„I rozmnożę potomstwo twoje jak gwiazdy niebieskie”

Księga Rodzaju

 

 

 Procedura startu była niezmieniona, bo nikomu w kolonii nigdy nie przyszło do głowy, że ktoś zechce jej nadużyć. Jeśli teraz zdoła się dostać na arkę, będzie uratowany, jego prześladowcy byli zbyt religijni, żeby zaatakować go w jej wnętrzu. Słyszał chrzęst swoich kroków na drobnych kamieniach, z łąk dochodziło tylko żałosne muczenie niewydojonych krów. Poza tym wokół cisza.

 Dzisiaj w kolonii nie było ani płaczu, ani gaworzenia, nikt nie rąbał drewna, nie śmiał się i nie śpiewał. Nikt się nie kłócił, ani nie krzyczał na konie i dzieci, nikt nie ostrzył kosy na pole, ani noża żeby oderżnąć głowę któregoś z kogutów. Cisza była tak wielka, że miał ochotę krzyczeć.

 Minął złoty pomnik, gmach szkoły, remizę, dom modlitwy i halę w której odbywały się zebrania. Szedł środkiem drogi, oglądając się na białe domy. Spędził w nich wiele nocy, mógłby wejść do każdego i sprawdzić co się zmieniło, drzwi nie były zamknięte, kolonia to raj dla złodziei.

 Dzisiaj panował odświętny porządek, na ścianach wisiały odświeżone portrety na stołach jaśniały wyprasowane obrusy, w kuchniach stygły ciasta, w sypialniach wietrzyła się świeża pościel.

 Wszystko czekało dla nich. Czuł w sercu coraz większą pustkę.

 Droga wznosiła się teraz ostrym łukiem. Zszedł z niej i wspiął się na żwirową skarpę nazywaną Skałą Nabota. Z góry miał całą kolonię jak na dłoni. Wiedział, że spędzi tu kilka godzin, spodziewał się ich przyjazdu dopiero przed zachodem słońca.

 Odstawił na bok butelkę z wodą, do której dla smaku i jako lek na wątrobę włożył parę liści gorzkiego mlecza. Przy prawej ręce położył na skale rewolwer.

 To co się miało się stać w końcu się stało. Wojna przypełzła nawet do kolonii. Synowie nie posłuchali nakazu Ojców i zamiast uciekać jeszcze dalej wrócili na nią statkami nowego monarchy. On został, pracował w szkole i opiekował się arką, lubił w niej czytać Biblię, czasem się tam modlił.

 Ojcowie, którzy ich tu przywieźli, nie dożyli złych czasów. W kolonii pozostały jeszcze kobiety i dzieci. Mężczyźni nie zgodzili się wziąć go ze sobą. Niezrażony pogardą, którą mu okazywali zawsze szukał ich towarzystwa. Przezywali go Kulawcem nawet w obecności kobiet. W końcu zaczął tak nazywać sam siebie.

 Po miesiącach niepewności przyszła wiadomość, że armia została rozbita. Upadł ostatni zryw rewolucji. Ci którzy uszli z życiem stali się niewolnikami w kraju złego Króla. Mężczyźni nie wrócili do domów.

 Z biegiem czasu mieszkańcy kolonii czuli się coraz bezpieczniej. Kolejne lata pod rządami kobiet mijały w pokoju i rosnącym dostatku, Arka, którą się opiekował pozostała jednak gotowa do startu. Zawsze go do niej ciągnęło, była azylem, bo nie czuł się dobrze pomiędzy ludźmi. Lubił się zamykać.

 W końcu przywykł do tego, że jest tu jedynym mężczyzną i przestał myśleć o tych, którzy odeszli. Wojna, ta stara pijaczka, pochłonęła ludzi jak małe piwa. Teraz nikt już go nie upokarzał. Po jakimś czasie zaczęły go zaczepiać samotne kobiety. Mógł wybierać najpiękniejsze spośród nich.

 Urodziły mu prawie dwa tuziny dzieci. Następna szóstka była w drodze, w końcu przestał liczyć. Najstarsze dzieci poszły do szkoły. Któremu z mężczyzn przyszłoby do głowy, że on, nieszczęsny Kulawiec stanie się kiedyś kolejnym Ojcem? Powinni byli go wziąć ze sobą.

 Któregoś dnia kobiety w kolonii odebrały radiową wiadomość o ich powrocie. Oni przeżyli wojnę. Stało się coś, czego nikt nie mógł przewidzieć, zły król okazał im miłosierdzie i po dwunastu latach wyszli na wolność. Wiadomość o ich powrocie przecięła życie Kulawca i jego kobiet jak ostrze noża.

 

 Usłyszał gwałtowne ujadanie psów. W oddali, nad drogą, niczym burzowe chmury, unosiły się tumany kurzu, a z rowów zrywały się spłoszone ptaki i króliki. Po dwudziestu minutach cały konwój stał już na głównym placu przed zborem. Kulawiec siedział nieruchomo obok przewróconej butelki, woda moczyła mu rękaw.

 Z wozów wyskoczyły roześmiane dzieci. Nie, nie chcieli tak od razu ich skrzywdzić! Mężczyźni zaczęli zbierać się w cieniu pomnika i murów. Na początku wyglądali na przyjaźnie usposobionych. Potem jednak zaczęli pić i robili się coraz bardziej ponurzy. W ich oczach zapalał się na nowo długo tłumiony gniew. Dzieci przestały się śmiać, kobiety pozamykały je w domach. Zataczając się i pokrzykując mężczyźni przeszukiwali okoliczne podwórka, Teraz już wyglądali na morderców, alkohol przynosił wspomnienia wojny i ponure demony. W dłoniach pojawiły się płonące pochodnie. Pod jego domem zaczął zbierać się wrogi tłum.

 Zostając Ojcem był w pewnym sensie prorokiem. Czyż nie wygnano proroków z ojczyzny? To wszystko się znowu sprawdziło. Rozpoczął się koszmar. Pochodnie zaczęły spadać na jego dom, najpierw pojedynczo, potem jak chmura świetlików. Zza ogrodzenia dochodziło rozpaczliwe wycie psów, płomienie strzeliły z okien i ogarnęły dach, watr rozwlekał po wzgórzach dym i swąd śmierci. Potem dach runął do środka domu. To był już koniec.

 Kulawiec poczuł nawet małą, podłą ulgę. Nie mogli mu spalić domu po raz drugi, wydało mu się, że nie mogli go bardziej zranić. Ukryty w zaroślach próbował teraz ich nawet zrozumieć. Ludzie są wszędzie jednakowi, każdy na swój sposób jest łajdakiem, wrogami i przyjaciółmi rządzi to samo prawo…

 Potem grupy maruderów wyruszyły z kolonii z wyciągniętą bronią palną, widłami i pałkami. Zaczęli go tropić jak dzikie zwierzę. Niektórzy wspinali się po skarpie w jego stronę, słyszał jak przeklinali zapadając się w chaszcze i lisie nory, domyślał się, że jeśli wpadnie im w łapy wykastrują go i nabiją na pal na oczach kobiet dzieci.

 Pomagając sobie rękami zaczął wdrapywać się po sypkim żwirze. Kiedy wreszcie mógł się już wyprostować dojrzał na szczycie czarną arkę. Kuśtykał do niej cierpliwie, ale z coraz większym trudem. Masywna czterdziestkapiątka z nieporęcznie długą lufą uderzała go w udo przy każdym kroku.

 Ból zdeformowanego kolana coraz bardziej dokuczał, powinien był wziąć ze sobą laskę, na szczęście pozostało mu już niewiele drogi. Naszła go chęć, żeby po raz ostatni odwrócić się i popatrzeć na kolonię. Niedawno był tu jeszcze szczęśliwy. Poraziła go świadomość, że nie nakarmi więcej swoich psów ani gołębi, nie zbierze owoców, nie zapali zniczy na grobach Ojców. Czy nie byłoby lepiej umrzeć we własnym domu?

 Zaczął biec pokonując ból. Był to nierówny, żałosny trucht. Miał uczucie, że zaraz któryś z nich wyciągnie pokryte tatuażami, umięśnione ramię i złapie go za szyję. W końcu potknął się i runął twarzą na kamienie. Pistolet wypadł mu z ręki. Podnosił go szybko dłonią umazaną we krwi, od wysiłku i stresu szumiało mu w głowie, tak jakby dobiegł do stóp jakiegoś niewidzialnego wodospadu. Był prawie na miejscu. Nie spuszczał wzroku z arki. Jeśli teraz umrze to z bronią w ręku, jego dzieci nie będą się za niego wstydzić.

 Wyszedł z zarośli, był przy kadłubie. Uniósł rękę by go dotknąć, jego palce zostawiły ślad w pyle, dopiero pod nim można było dostrzec jego prawdziwą czerń. Właz obok skrzydła odsunął się z sykiem wyrównywanego ciśnienia, z oświetlonego wnętrza wypłynął zapach egzotycznych polimerów, poniżej wysunęły się stopnie składanych schodów.

 Kulawiec zawahał się. Mogliby teraz go bez trudu go zastrzelić. Zapewne właśnie to zrobią. Stłumił uczucie paniki. Powinien teraz myśleć o honorze Ojców, był teraz jednym z nich, miał obowiązek umrzeć z godnością.

 Usłyszał w gęstwinie trzask suchych gałęzi. Odbezpieczył broń. Zza zakrętu wynurzyła się pierwsza postać. Była kształtna i drobna, wręcz krucha, o ramionach cienkich jak leszczynowe patyki. Rozpuszczone włosy zasłaniały jej twarz, zamiast wojskowych traktorów miała na stopach zakurzone sandały z miękkiej owczej skóry.

 Poznał ją z daleka. To Kalipso.

 Przyglądała mu się z opuszczoną głową. Jej jasne włosy były grube jak słoma, jej wielkie oczy świeciły jak u pójdźki. Trzymała szczeniaka, który wił się w jej rękach jak wyciągnięta z wody rybka.

 – Zabierasz im arkę! -W jej głosie słychać było zgrozę i podziw.

 Był na nią zły. Wspiął się na pierwszy stopień i wsunął głowę do środka. Oświetlenie było już włączone, miało inną barwę niż to w symulatorze dla uczniów, który był w szkole. Pod podłogą słychać już było generator i szum klimatyzacji. Pokonał dwa kolejne stopnie i nie oglądając się na dziewczynę wcisnął się do środka.

 – Twoje dzieci będą tu bezpieczne bez ciebie, one cię tu nie potrzebują.

 Ponownie wyjrzał na zewnątrz.

 – Przyszłaś tu, żeby się wymądrzać?

 – Nie.

 – Czego chcesz?

 – Zabierz mnie ze sobą.

 Kalipso była w niełasce Ojców i jako jedyna wyjechała na kolonię z dzieckiem. Była w ciąży i nikt się nie zorientował. Ojcowie nie lubili takich niespodzianek.

 – Wracaj do domu kobieto – poradził jej.

 Nie chciała jednak odejść.

 – Urodzę ci nowe dzieciaki. Nikt ci ich nie odbierze.

 – Odbiło ci – zachichotał nerwowo. – Teraz już wiem, że to właśnie się stało.

 Zamknął jej przed nosem właz i usiadł w fotelu, który z sykiem oplótł się wokół jego tułowia.

 Dziewczyna zaczęła walić we właz pięściami, słyszał teraz jej stłumiony krzyk.

 – Wracaj do domu Kalipso!

 Teraz nie był już pewien czy chciał, żeby odeszła. Jej upór nieoczekiwanie dodał mu otuchy. W jego duszy zapalał się przekorny, mały ognik, nadzieja, że uda mu się oszukać los samotnika.

 Uzbrojeni napastnicy otaczali arkę patrząc jak dziewczyna miota się przy zamkniętym włazie. Jej krzyk wibrował im w uszach, ogarniała ich na nią rosnąca wściekłość. Zaczęli krzyczeć, tupać i bić pałkami o ziemię. Dziewczyna była jednak uparta i nie dawała za wygraną. Kulawiec się wahał. W końcu padł strzał.

 Natychmiast otworzył właz, pochylił się nad nią i ostrożnie wyciągnął z jej rąk szczeniaka.

 

 Po włączeniu silników arka rozwinęła skrzydła. Na nich zaczęły wyrastać pióra, najpierw lotki, potem sterówki, które w słońcu mieniły się jak tęcza. Arka uniosła się powoli i zatoczyła na niebie koło. Na jej spodzie srebrzyła się tarcza Achillesa, z konstelacjami, oceanem, miastami polami, winnicami i tancerzami. Były to symbole upadłej rewolucji.

 Rozległ się grzmot i spod skrzydeł arki wystrzelił niebieski płomień. Stało się to o czym pisano w królewskich kronikach, podniosła się bestia. Na jej czterech głowach zaczęły wyrastać rogi, jej skrzydła zaczęły się unosić, jej czerń stała się ogniem który otoczył kolonię jak rzeka. Obudziły się wichry, arka wynurzyła się z morza chmur i rozdarła zasłonę nieba na dwoje. Na ziemię zaczęły spadać odłamki parzącego lodu. Mężczyźni zasłaniając twarze z lękiem obserwowali ogniste widowisko. Myślał teraz o nich z pogardą. Jadowite węże, żmijowe plemię, strząsał na nich proch ze swoich stóp.

 Kiedy wznieśli się wyżej Kulawiec uwolnił się z objęć fotela. Dziewczyna była przytomna, jej twarz była biała jak kreda, fotel umazany był krwią. Obok fotela uwijał się już robot ratunkowy. Kalipso przyglądała mu się z rezygnacją.

 – Pamiętasz Łowcę Androidów? Obiecałam sobie, że powtórzę ten monolog na łożu śmierci.

 „Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Statki w ogniu w okolicach Pasa Oriona. Widziałem promienie kosmiczne jak błyszczały w ciemnościach blisko Wrót Tannhausera. Wszystkie te chwile zagubią się w czasie tak jak łzy pośród deszczu. Czas umierać…”

 Kulawiec patrzył na nią w milczeniu.

 – Naprawdę dużo tam przeżyliśmy. Cudem zdołałam ukryć swoją ciążę. Bałam się, pamiętam wyraźnie swój strach. A potem urodziłam i Ojcowie nigdy mi tego nie wybaczyli. Moja córka była poniżana. Mściwe dziady, dobrze, że już ich nie ma.

 Mówiła coraz wolniej i z coraz większym trudem. Nie mógł nic więcej dla niej zrobić. Robot ratunkowy zamykał ją w wypełnionym tlenem plastikowym kokonie. Wydało mu się, że dostrzega na jej twarzy uśmiech. Folia przez którą na nią patrzył powoli zachodziła delikatną mgiełką.

 A więc cud się jednak nie wydarzył. Nie licząc stygnącego ciała dziewczyny odchodził stąd w samotności. Nagle przypomniał sobie o szczeniaku. Przestraszony zwierzak trząsł się ze strachu przed robotem. Kulawiec wziął go na ręce, szczeniak bezradnie zamachał w powietrzu łapami. Był ciepły i pachniał jak małe dziecko.

 Trzeba będzie po nim posprzątać i dać mu wodę, pomyślał. Nie był pewien jak ma to zrobić.

 Muszę nad tym posiedzieć, zajmę się tym kiedy skończę rozmawiać, zdecydował. Pośpiesznie, żeby się nie rozmyślić, rozkazał konsoli połączyć się z kancelarią króla.

 Recepcjonistka niechętnie się zgodziła.

 Usłyszał w słuchawce jego chłopięcy głos.

 – Kancelaria, o co chodzi?

 – Powiedz twojemu panu, że jego sługa Kulawiec chce, żeby jego pan przyjął go w swoim kraju.

 – Czekać – odwarknął lokaj. W słuchawce słychać było chichot kobiet i krzyk jakiegoś ptaka, chyba pawia.

 Po paru minutach lokaj odezwał się ponownie.

 – Mój pan zdecydował się przyznać ci warunkowy azyl. To ze względu na twojego ojca, który był jego sługą – dodał surowo – Po przylocie do stolicy otrzymasz dalsze instrukcje. Nie dzwoń tu więcej bez potrzeby.

 – Jest jeszcze tu ze mną umierająca kobieta i jej pies.

 – Pies? Łaska króla obejmuje tylko ludzkich pasażerów, pies zostanie uśpiony – powiedział obojętnie lokaj i nie czekając na odpowiedź przełączył go z powrotem do recepcji.

 

 Kalipso umarła jeszcze w arce. Robot ratunkowy sporządził akt zgonu, umieścił wspomnienie o jej życiu w kronice, a następnie zaczął schładzać ciało. Prochy zostały umieszczone w krypcie należącej do jej przodków. Kalipso pochodziła ze starego rodu, który jednak został mocno przetrzebiony po przywróceniu monarchii.

 Król Ortygii uchodził za okrutnego i jak mówiono czynił to co nie podobało się Panu. Pomimo to, w przypływie człowieczeństwa pozwolił Kulawcowi zaopiekować się psem i nie pozbawił go życia. Król, całkiem słusznie, uważał kolonistów za buntowników i nie chciał żadnego trzymać na dłużej w stolicy. Mężczyźni z kolonii wysłali do króla petycję żądając wydania Kulawca i grożąc, że wymordują jego dzieci. Rozgniewali tym władcę i sprowadzili na siebie nieszczęście.

 Minął niemal rok bezbarwnego życia na ograniczonej wolności w jednym z nieodbudowanych pałaców stolicy, król nakazał Kulawcowi powrót do kolonii i stawienie się przed wyrocznią.

 Kulawiec opuszczał stolicę z ciężkim sercem i wracał do kolonii jak owca pomiędzy wilki. Będąc już w trzewiach arki, poczuł się jednak bezpieczniej niż w zrujnowanym pałacu. Arka zawsze kojarzyła mu się z młodością, był z nią bardziej związany niż z domem który mu spalono.

 Arka to dziwny statek, jakby ze snu, po przejściu pojęciowej fazy mógł na życzenie stać się przezroczysty, potrafił też się dostosowywać kształtem do tych, których miał we wnętrzu. Kulawiec był w nim zamknięty jak pisklę w jajku i to właśnie mu odpowiadało, bo zawsze bał się otwartej przestrzeni.

 Na sąsiednim statku z żołnierzami, który na polecenie króla wysłano za arką, był niemłody ortygijski oficer, który dostał rozkaz dopilnowania żeby decyzja wyroczni została wcielona w życie. W kolonii miał zostać albo Kulawiec, albo reszta mężczyzn. Wyrok nie dotyczył kobiet i dzieci, te mogły odejść albo zostać zgodnie ze swoją wolą.

 Po wylądowaniu poczuł podmuch ciepłego, znajomo pachnącego powietrza. W pobliżu miejsca gdzie dawniej stał jego dom płonął ogień wyroczni. Dwie pierwsze noce spędził w arce schodząc na ląd tylko na krótkie spacery. W pobliżu podpici żołnierze rozkoszowali się łagodnym klimatem. Z osiedli dochodziły odgłosy na które pies Kulawca niespokojnie nadstawiał uszu. Nazajutrz miała być wyrocznia, w powietrzu wisiała niepewność. Kulawiec nie wiedział gdzie spędzi następną noc.

 Pytią była głuchoniema córką Kalipso. Nastolatka siedziała przy kamiennym stole wpatrzona w ustawione naprzeciw siebie woskowe ludziki. Jej biała suknia migała w blasku płomieni. Po jednej stronie byli koloniści, po drugiej samotny Kulawiec. Któreś z ludzików miały trafić do ognia.

 Mężczyźni do samego końca wierzyli, że ocaleją. Dziewczyna była zżyta z kolonią, a nie z Kulawcem.

 Pies którego oddzielono od opiekuna szalał na smyczy, przerażał go rozpalony stos, wyczuwał też lęk u ludzi. W końcu się zerwał i z podkulonym ogonem podbiegł do jej nóg. Rozeźlony żołdak wyciągnął nóż i próbował go chwycić go za kark.

 Pytia rzuciła mu twarde spojrzenie.

 – Zostaw go!

 Zebrani patrzyli na nią z lękiem, bo dotąd nie słyszano żeby kiedykolwiek mówiła.

 Pytia zbliżyła się do psa, żołdak przy którym wyglądała jak dziecko, odsunął się niepewnie. Pies przywarł brzuchem do ziemi, zamachał ogonem i potem przewrócił się na grzbiet. Dziewczyna przykucnęła przy nim i obejmując jego pysk długo patrzyła mu w ślepia.

 Ludzie opowiadali potem, że dostrzegła w nich oczy swojej matki, że znalazła wskazówkę jak ma postąpić. Spojrzenie psa sprawiło, że nagle zmieniła zdanie. Odmieniona wróciła do kamiennego stołu i zaczęła, jedną po drugiej, wrzucać do ognia figurki, aż a stole pozostała tylko jedna. Wtedy odstawiła ją na bok i ciągnąc za sobą psa zniknęła w tłumie. Jej matka pomściła w ten sposób swoją śmierć.

 Koloniści wydawali się pogodzeni ze swoim losem i nie stawiali oporu. Kobiety zdecydowały się porzucić swoje domy żeby im towarzyszyć, ich zacięte twarze wydawały się teraz obce. Przygotowując się do podróży wynosiły z domów dobytek, żołnierze kręcili głowami, ale nie próbowali ich zatrzymać.

 Patrząc na nie Kulawiec robił się chory. Srebrna tarcza Achillesa mieniła się na kadłubie arki. Świat który na niej tak pięknie namalowano przestał już istnieć. Utrata nie kobiet, ale statku była najgorsza, nie mógłby jej znieść. Skorzystał z ostatniej szansy i pokuśtykał w stronę starego oficera.

 – Panie, czy oni muszą ją zabrać? Czy jest jeszcze jakieś inne wyjście?

 Oficer rzucił mu spojrzenie kogoś kto zrobił karierę na mordowaniu.

 – Masz miękkie serce.

 Kulawiec stał przed nim z uporem.

 – Czy oni nie mogliby tu pozostać?

 Oficer westchnął i spojrzał na zegarek.

– Taka możliwość istnieje jeśli ci się wykupią. Król przywrócił prawo wykupu, oni zapewne chętnie teraz z niego skorzystają. Zgoda zależy jednak od ciebie, decyduj się póki jest czas.

 – Jestem zdecydowany – powiedział bez namysłu Kulawiec.

 Oficer patrzył na niego ze zdziwieniem.

 – Ale dlaczego nie chcesz tu zostać? Niejeden by ci pozazdrościł takiego układu. Nie byłbyś tu przecież sam, któreś z kobiet na pewno z tobą zostaną.

 – Wiem o tym, panie, ale ja nie mam już tutaj domu. Nie ma tu dla mnie życia.

 Oficer przewiercał go wzrokiem nie rozumiejąc.

 Skąd ty to wiesz? Tak się ich boisz?

 Kulawiec już tego mu nie wyjaśnił. Trudno opisać uczucia, których samemu się nie rozumie.

 

 Potem była wielka radość mieszkańców kolonii, że jednak zostają. Zorganizowano zabawę na którą zaproszono żołnierzy, i Kulawca. Wydawało się, że teraz mogliby się pogodzić i żyć obok siebie, on jednak nie chciał z nimi zostać. Wolał bezpieczne wnętrze, zamknięcie w metalowym kokonie. To co zostawił za sobą traciło znaczenie, było jak zgubione pióro ptaka, który dawno odleciał.

 Córka Kalipso, w przyszłości zyskała sławę jako Pytia i została sprowadzona do stolicy gdzie zamieszkała u rodziny swojej matki i, zazwyczaj w towarzystwie potężnego wilczura, odwiedzała jej grób. Dalsze dzieje kolonii, czy nie opisano ich w kronikach Królów…

 Kulawiec nigdy więcej nie zszedł na ląd. W miarę upływu czasu w kolonii wspominano go coraz lepiej, aż w końcu uznano go za ostatniego Ojca i powieszono w szkole jego portret. Nawet gdyby się dowiedział, pozostałby obojętny. Spędził ostatnie lata zamknięty w łonie arki, pragnąc wrócić do chwili w której się urodził, przekroczyć tę chwilę i dotrzeć do miejsca w którym początek i koniec były jednym.

 Kobiety niechętnie odpowiadały dzieciom na pytania. Przyciśnięte do muru przyznawały, że starał się łagodzić ich spory. Takim go zapamiętano. Jego samotność zatarła się w pamięci, inne wspomnienia zginęły w mrokach czasu.

 Odszedł, ale pozostawił po sobie ślad. Trzeba zaufać opatrzności, spokojnie przyjmować jej dary i ciosy. Gdyby miał jeszcze kiedyś okazję, to jedno powiedziałby młodym ludziom w kolonii. To jedno i nic więcej.

 

Koniec

Komentarze

Dość dziwna to opowieść i obawiam się, że chyba nie do końca zrozumiałam historię Kulawca.

Niejasny jawi mi się opisany świat – nie wiem, czym jest kolonia i skąd przybyli zamieszkujący ja ludzie. Jest wzmianka o wojnie, ale nie wiem, kto z kim walczył i dlaczego. W tle pojawia się okrutny król. Mamy ucieczkę bohatera, a potem jego powrót, a na koniec werdykt wyroczni.

Przeczytałam bez większej przykrości, ale nie mogę powiedzieć, że to była satysfakcjonująca lektura.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia – przeszkadza zwłaszcza mnogość literówek i nie najlepsza interpunkcja.

 

Cisza była tak wiel­ka, źe miał ocho­tę krzy­czeć. –> Literówka.

 

Spę­dził w nich wiele nocy, mógł­by wejść do każ­de­go z nich… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Mógł wy­bie­rać naj­pęk­niej­sze spo­śród nich. –> Literówka.

 

po­wi­nien był wziąć ze soba laskę… –> Literówka.

 

Nie­daw­no byl tu jesz­cze szczę­śli­wy. –> Literówka.

 

Po­ko­nu­jąc ból za­czął za­czął biec. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

można było w do­strzec jego praw­dzi­wą czerń. –> Literówka.

 

Ku­la­wiec za­wa­hal się. –> Literówka.

 

Trzy­ma­la szcze­nia­ka, który wił się… –> Literówka.

 

– Za­bie­rasz im arkę! -w jej gło­sie sły­chać było zgro­zę i po­dziw. –> – Za­bie­rasz im arkę! W jej gło­sie sły­chać było zgro­zę i po­dziw.

 

Arka unio­sła sie po­wo­li i za­to­czy­ła na nie­bie kolo. –> Literówki.

 

Dziew­czy­na była przy­tom­na, jej twarz była biała jak kreda, jej fotel uma­za­ny był krwią. –> Objaw byłozy.

Czy oba zaimki są niezbędne? Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Po­śpiesz­nie, żeby nie roz­my­ślić… –> Pewnie miało być: Po­śpiesz­nie, żeby się nie roz­my­ślić

 

roz­ka­zał kon­so­li po­łą­czyć się z kan­ce­la­rią króla.

Re­cep­cjo­nist­ka nie­chęt­nie zgo­dzi­ła się po­łą­czyć go z lo­ka­jem króla Or­ty­gii. –> Czy to celowe powtórzenia?

 

wspo­mnie­nie o jej życiu w kro­ni­ce, a na­stęp­nie za­czął schła­dzać jej ciało. Pro­chy zo­sta­ły umiesz­czo­ne w kryp­cie na­le­żą­cej do jej przod­ków. –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Arka to dziw­ny sta­tek, jakby ze snu, przej­ściu po­ję­cio­wej fazy mógł na ży­cze­nie stać się prze­zro­czy­sty… –> Jeśli to ostateczna wersja zdania, to nie rozumiem go.

 

Na­za­jutrz miała się odbyć wy­rocz­nia… –> Obawiam się, że wyrocznia się nie odbywa.

 

Dziew­czy­na byla zżyta z ko­lo­nią a nie z Ku­law­cem. –> Literówka.

 

– Wiem o tym, Panie, ale ja nie mam już tutaj domu. –> – Wiem o tym, panie, ale ja nie mam już tutaj domu.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Tak sie ich boisz? –> Literówka.

 

prze­kro­czyć chwi­lę… –> …prze­kro­czyć chwi­lę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za korektę, to rzeczywiście trochę dziwny świat.

Bardzo proszę. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam, szczegóły i konkretne sceny nawet mi się podobały, ale w całości obrazu i fabuły jednak się nieco pogubiłam. Te wszystkie greckie nazwy i nawiązania – miałam nadzieję, że z tego wyjdzie bardziej spójna całość. Bohater wydał mi się ciekawy i niebanalny, ale jego historia nie jest dla mnie do końca jasna – czemu raz go chcą zabijać, a potem przyjmują i ogłaszają Ojcem? To pewnie jest w tekście, ale obawiam się, że dobrze widoczne głównie dla autora ;)

Chętnie poczytałabym więcej o tym świecie, zwłaszcza gdybyś nieco objaśnił, jak on działa.

 

PS. Interpunkcja to masakra, ale mam nadzieję, że poprawisz.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo  interesujacy komentarz. Szkoda, że przecinki się same nie stawiaja :)

Przykro mi, ale w tej chwili nie mam czasu na szczegółową interpunkcyjną łapankę, zwłaszcza że naprawdę jest tego dużo :(

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mam jak przedpiśczynie. Poszczególne sceny w porządku, ale złożyć z nich spójną i jasną całość – trudno. Tu statek zwany arką, tam motywy biblijne i antyczne, ówdzie zaawansowana technologia, a gdzie indziej wyrocznia, która sprowadza się do decyzji dziewczyny emocjonalnie zaangażowanej w sprawę. No, nie ogarniam tej kuwety.

Interpunkcja zaiste kuleje na obie nogi.

On został, pracował w szkole i opiekował się arką, lubił w niej czytać biblię, czasem się tam modlił.

Dałabym Biblii dużą literę, w końcu to nazwa własna książki. Chyba że nie chodzi Ci o konkretną książkę…

 Ojcowie, którzy ich tu przywieźli nie dożyli złych czasów.

Przecinek po “przywieźli” – domykamy wtrącenie.

przestał myśleć o tych którzy odeszli.

I po “tych”. Zasadniczo, jeśli w zdaniu masz dwa czasowniki, to potrzebujesz dobrego powodu, żeby ich nie odizolować.

Szedł środkiem drogi oglądając się na białe domy.

I po “drogi” – obowiązkowy w zdaniach złożonych z imiesłowem.

To tylko przykłady, jest tego mnóstwo.

Babska logika rządzi!

Finkla, dziękuję za korektę.

Jest pomysł na opowieść. I powiem Ci, że całkiem dobry, ale chyba zbyt szybko chciałeś go opowiedzieć. Praktycznie do połowy tekstu zasypujesz nas informacjami, może to nie jest klasyczny info dump, w którym dokładnie opisujesz świat i jego zasady, ale forma relacji. Wiesz – “stało się to i tamto, takie i takie były konsekwencje, teraz jesteśmy tu i tu. Nie ma w pierwszej połowie ani jednej linijki dialogu. Pisanie o czymś, co już się stało nie buduje napięcia, ciekawości. Nie rzucasz czytelnikowi żadnego haczyka, powiedziałbym nawet, że to streszczenie.

W drugiej części jest lepiej, pojawiają się dialogi, jest punkt zwrotny, zmiana sytuacji, coś się dzieje, co nie jest już takie jednoznaczne. Chociaż pomysłu arki ze skrzydłami i do tego rosnącymi piórkami nie załapałem. Znaczy pomysł sam w sobie całkiem dobry, ale pasuje mi bardziej do jakiegoś surrealizmu, niż tutaj. Być może umknął mi jakiś kontekst.

To, co uznaję za dobre, to warsztat. Znaczy jest jeszcze miejsce do pracy, to nie słowo drukowane, ale nie potykałem się na zdaniach i nie musiałem cofać, żeby zrozumieć, o co Ci chodzi. Popracuj tylko nad lepszym “sprzedaniem” historii, bardziej rozważanym i przemyślanym. Tekst wydaje się napisany w pędzie, jakbyś jak najszybciej chciał wszystkim opowiedzieć swój pomysł.

Chodzi więc o kompozycję. Pewnie  masz tu rację, dialogi zawsze się lepiej sprzedaja.

W poprzednich komentarzach sporo osób wskazało błąd mówiący o wypisywaniu nadmiernej ilości informacji przedstawiających kolonię. Szczerze powiem, że w tekście jest naprawdę bardzo mało tego typu odniesień. Nie zauważyłem. Historia jest wciągająca dla przeciętnego czytelnika, jednakże w tekście można odnaleźć sporo błędów interpunkcyjnych. Jeśli chodzi o mnie, to uśmiercanie koleżanki oraz pozostawianie schedy w postaci pieska jest problemem – niepotrzebnym. Chciałbym wiedzieć, co łączyło Króla z Kulawcem – dlaczego był taki ważny.

Dzięki za wciągającą lekturę.

ps. robot ratunkowy w dobie “latającej arki” powinien uratować rannego człowieka ;-)

 

Koniec życia, ale nie miłość

Dzięki Mariner79. Być może zasugerowałem się trochę lektura Michela Houellebecqa, który z upodobaniem uśmierca  towarzyszki swoich bohateròw. :)

Podoba mi się pomysł z kolonią.

Rzeczywiście jest problem z interpunkcją, na przykład tutaj:

Jeśli teraz zdoła się dostać na arkę[+,] będzie uratowany, jego prześladowcy byli zbyt religijni[+,] żeby zaatakować go w jej wnętrzu.

Patrz na czasowniki, czymś je trzeba rozdzielić. Zwróć też uwagę na przecinki przed żeby, który.

Anet dzięki za byka.

Pomysł z kolonią fajny, podobnie jak lekka stylizacja na baśń. Zgodzę się jednak, że początek trudny do ogarnięcia, ale to możliwe. Lekkie jego rozwodnienie z pewnością poprawiłoby odbiór tekstu. Jeszcze efektowniejsze byłoby przejście z relacji w opis samych wydarzeń, opis uczuć postaci. Zamiast krótkiego “okazywali pogardę Kulawcowi”, chciałbym zobaczyć tę pogardę. To zostaje na dłużej z czytelnikiem.

Całość więc ma potencjał, ale nie jest to kompletne sprzedanie pomysłu. Czytało się jednak nieźle, bez większych zgrzytów. Darcon ma rację, popracuj nad “sprzedażą” historii, rozkładem scen itd, a przyszłe koncerty fajerwerków będą jeszcze lepsze :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NoWhereMan, popracuję nad sprzedażą. Opisywanie uczuć bohatera, a nie zewnętrznych wydarzeń to podstawa warsztatu tu się z tobą zgadzam, dość trudne jeśli się chce to zrobić dobrze.

No, bez przesady… Żeby strumień świadomości z tego nie wyszedł, bo to jeszcze mniej interesujące niż raport…

Babska logika rządzi!

Tak jak we wszystkim musi być tutaj równowaga, żeby bohater nie wyszedł na neurotycznego histeryka, albo zimnego psychopatę, chyba że właśnie taki ma być.

 

Nowa Fantastyka