- Opowiadanie: tomaszg - Staruchy

Staruchy

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Staruchy

– Czy podać coś szanownemu panu?

Mały baryłkowaty blondynek spojrzał ze złością i zagryzł zęby.

Chłopiec od kilku godzin siedział przed komputerem nie mogąc znaleźć błędu w kodzie, który właśnie napisał. Był wściekły, a teraz dodatkowo wytrącony ze swojego zwykłego rytmu pracy, niemniej jednak nic nie odpowiedział.

– Czy mogę odejść? – Mężczyzna w liberii zapytał się cichym głosem równocześnie wykonując niewielki służalczy ukłon.

– Ile razy ci mówiłem staruchu żebyś mi nie przeszkadzał?

– Przepraszam, przywidziało mi się. Myślałem, że szanowny pan mnie przyzywał.

– Orientuj się zgredzie.

Mężczyzna ukłonił się w pas i wycofał krok do tyłu, a chłopiec tylko mimowolnie uśmiechnął.

Staruchy ciężko było wytrenować i wiedzieli to wszyscy. Były krnąbrne, przemądrzałe, niegrzeczne i niszczyły wszystko co tylko możliwe, do tego nie miały ani krzty moralności i zrobiłyby wszystko za nic niewarte kolorowe papierki.

I właśnie dlatego sto lat wcześniej wymyślono specjalny program motywujący.

Dziesięć punktów, które każdy młody trenował ze swoim staruchem.

On dzisiaj mógł pogratulować sobie sukcesu, jego staruch właśnie pokazał oznaki inicjatywy i okazał zainteresowanie tym co wokół niego działo.

To oznaczało, że zaczął wypełniać przykazanie pierwsze i szóste i że nie trzeba mu niszczyć żadnej zabawki.

Ucieszyło to młodego. Był znudzony zabieraniem papierosów i komórki, ścisłym racjonowaniem kawy, podbieraniem kasy z kart kredytowych i stosowaniem kilku innych znacznie bardziej wymyślnych kar. Z jednej strony wiedział, że to niezbędne, ale z drugiej z niewiadomych powodów robił się wtedy dziwnie smutny, zupełnie jakby czuł ze staruchem jakąś więź.

Dzisiejszy przerywnik pozwolił młodemu na odsapnięcie i spojrzenie na problem z programem z innej strony.

„No tak. Jeden znak i od razu będzie lepiej”. – Zauważył oczywistą literówkę.

Rozwiązanie było proste i chłopak szybko je dodał, a następnie wysłał CLkę na wewnętrzny GitHub firmy, dla której pracował.

Teraz miał trochę czasu dla siebie i mógł pograć w czasie, gdy kod się kompilował wraz z zmianami od innych mądrych dzieci.

***

Upłynęło już tyle lat, a on ciągle pamiętał jej zapach i smak, jej głos i piękne chwile, które przeżyli w trakcie wspólnej włóczęgi we Francji i Włoszech.

Jego poczęty wtedy nieślubny syn był niezwykle podobny do matki i po wydarzeniach dnia dzisiejszego spojrzał się na niego nie tylko ze smutkiem, ale również z wielką miłością. Czasami podglądał co tamten robi i widział, że miało to niewiele wspólnego z inżynierią oprogramowania i kod młodego był wprawdzie idealnie sformatowany, ale zawierał typowe błędy związane ze współbieżnością i wydajnością.

A do tego… A do tego firma, w której pracował jego syn, wciąż i wciąż wymyślała koło na nowo i płodziła dziesiątki podobnych komunikatorów, edytorów, przeglądarek i Bóg wie jeszcze czego.

To napawało smutkiem. Firma była wprawdzie porównywana przez wielu do Monsanto, ale równocześnie nawet krytycy pchali się tam drzwiami i oknami.

Zatrudniano ich na podstawie płci, wyznania albo orientacji, im dziwniejszych, tym lepszych.

Wielu kandydatów podawało nieprawdziwe dane, bo chciało żyć jak u pana Boga za piecem. Ich największym osiągnięciem było przejście procesu rekrutacyjnego, potem nie musieli się już wysilać i wystarczyło, żeby ich praca dobrze wyglądała w słupkach, torcikach, grafach i wszelkich innych raportach.

I tak płodzili ci czeladnicy kolejne potworki markując postęp… a prawdziwi fachowcy i twórcy rewolucyjnych technologii dostawali tam co najwyżej propozycję odbycia stażu.

Dawno temu takie rzeczy mocno go wzruszały, teraz jednak było to obojętne.

Wszystko stało się przez nanoboty, które wypijał w firmowych stołówkach przez lata pracy w Nibylandii…

Dowiedział się tego jak był już dorosły…

***

Młody nie miał dobrego poranka. Staruch go nie obudził, budzik go nie obudził, a na dodatek lało jak z cebra.

„Do dupy z taką robotą!” – Młody kopnął niewielki metalowy śmietnik w łazience i trzasnął ręką we wszystko co stało na szklanej półce.

Kubek ze szczoteczkami, dozownik z mydłem i kilka innych drobiazgów spadło na ziemię, a chłopak oparł się o umywalkę i zaczął ciężko dyszeć ze wściekłości i niemocy.

Nie był na to przygotowany, od zawsze wszystko szło po jego myśli i jego życie było właściwie jednym ciągłym pasmem sukcesów.

To, że staruchy są złe, wszyscy wiedzieli nie od dziś. Dawno, dawno temu… nie chciały mieć dzieci, a te były coraz inteligentniejsze i w końcu w którymś pokoleniu wymyśliły, że to one zaczną kierować Nibylandią, a potem wszystkimi wokół.

Zaczęto się niewinnie od obrad Sejmu pierwszego czerwca.

Potem przez długie lata młodzi wymuszali na rodzicach w sklepach kupowanie różnych zabawek, słodyczy i gadżetów.

– Mama, kup, tata kup. – Bachory kładły się ziemi i darły w wniebogłosy spazmując i waląc pięściami.

Bezstresowe wychowanie, przy którym staruchy ulegały, bo chciały mieć spokój.

Potem nastała era tabletów i smartfonów. Były dobre, ale zaczęto zabierać je najmłodszym, bo uważano, że wpływają na nich destrukcyjnie.

Wojna między generacjami się pogłębiała, co wykorzystywali politycy różnych mniejszości, którzy promowali młodą, świeżą krew.

Byli rozsądni i wskazywali chociażby na to jak sprytnie młodzi radzili sobie z blokadami rodzicielskimi kolejnych wersji iOS.

Przykładów było dużo i głosy o konieczności zatrudniania małoletnich testerów słychać było przez lata.

Przełom przyszedł, gdy w końcu na prezydenta wybrano dziesięciolatka. Od tamtego momentu rozpoczął się okres prawdziwego wzrostu, a oba gatunki zaczęły żyć w zupełnie nowej symbiozie.

Gatunek ludzki na tym oczywiście nie stracił, bo młodzież wymusiła na staruchach płodzenie i wychowywanie kolejnych dzieci, a te nadzorowały wszystko.

Młody czasami myślał, że staruchy miały zbyt dużo wolności i należałoby zamykać je w klatkach.

Tego dnia miał naprawdę paskudny humor. Chociaż jego czas pracy był nienormowany, to powinien skończyć kolejny projekt i przez to siedzieć do późna w biurze.

Wieczorem nie odzywał się ani słowem i nastawił trzy budziki.

***

Ojciec widział, jak jego syn się męczy i wiedział, że tamten będzie potrzebował jeszcze wiele czasu, żeby dojść do tego co najważniejsze.

Przypomniał sobie starą opowieść o rybaku i człowieku sukcesu:

„Człowiek sukcesu zobaczył kiedyś skromnego rybaka, który łowił ryby na wędkę, ale część wyrzucał.

– Co robisz człowiecze?

– Łowię ryby tak żeby moja rodzina miała co zjeść. Te których nie potrzebujemy wyrzucam.

– A nie lepiej byłoby żebyś łowił więcej na sprzedaż?

– A po co?

– Żebyś kupił sobie kuter

– Po co?

– Żebyś mógł łowić więcej ryb

– Po co?

– Żebyś mógł zatrudnić więcej ludzi

– Po co?

– Żebyście mogli łowić więcej ryb i więcej zarabiać

– No ale po co to wszystko?

– Żebyś mógł kupić jeszcze więcej kutrów i łowić więcej ryb, żebyś mógł odłożyć dużo pieniędzy na starość i spędzać wtedy więcej czasu ze swoją rodziną

– A po co mam to robić? Żyjemy razem i jest nam dobrze”.

***

Młody nadludzkim wysiłkiem doczłapał się do pracy następnego dnia, podobnie stało się dzień i dwa dni później.

Jego aplikacja odniosła sukces, wszyscy go chwalili i przyjaźnie klepali po plecach.

To dodawało mu sił i pozwalało rozwinąć skrzydła, zaczął mieć również kolejne pomysły, które od razu zaczął realizować. Robił to chętnie i zostawiał po godzinach, a szef cały czas powtarzał mu, że jest z niego bardzo zadowolony.

I tak trwała ta sielanka i tym większym szokiem okazało się spotkanie półroczne, gdzie dostał jedną jedyną kartkę z negatywną oceną i krótką suchą informacją:

– Nie wyrobiłeś nowej normy w tym miesiącu i zostałeś usunięty

– Niiieeee. – Spojrzał się zszokowany.

– To działo się przez kilka miesięcy i nie reagowałeś na ostrzeżenia robiąc na boku różne rzeczy. – Na wieść o tym otwierał coraz bardziej ze zdziwienia usta nie wiedząc co powiedzieć.

– Nie masz tu już wstępu, czas dorosnąć. Aha, jeszcze jedno. W wodzie, którą piłeś przez lata, były nanoboty. Masz już ich wystarczająco dużo i jesteś teraz staruchem.

Siedział zszokowany i w pierwszym momencie nie zauważył nawet ochroniarza, który wszedł po cichu do salki i stanął za jego plecami.

– Czas na ciebie, pan odprowadzi ciebie na specjalne szkolenie – powiedział cicho jego były szef, który musiał robić to co robił, jeśli chciał utrzymać obecną posadę.

***

Napisał nową CLkę i wysłał ją z konta, o którym nie wiedział żaden z jego bliskich ani znajomych.

Sprawa była bardzo prosta i polegała na skróceniu kodu o tysiąc linii poprzez zastąpienie wielkiego enginu renderującego przez kilka instrukcji warunkowych.

Był pełen podziwu dla kunsztu tego kto to pisał i pełen smutku, gdy myślał, że codziennie miliony telefonów, tabletów i telewizorów marnowały dziesiątki tysięcy cykli procesora na wyliczanie tego, co z góry było znane.

Wiedział, że teraz będzie musiał czekać co najmniej kilkanaście dni, aż młodzi z byłej firmy jego syna raczą na to spojrzeć, potem będzie musiał przejść przez kilkadziesiąt upokarzających cykli review i dopiero wtedy całość pójdzie na produkcję.

Lubił pomagać ludziom i żałował, że nie może zrobić więcej, nie miał jednak zbyt wielkiego wyboru. Jako staruch służył oczywiście młodym, do tego musiał mieć dodatkowe zajęcie i mógł być zatrudniony w serwisie sprzątającym, mógł zostać kucharzem albo innym fachowcem od służenia albo mógł pisać kolejne CLki.

Wybrał to ostatnie.

Dano mu wtedy do podpisania lojalkę, że nikomu nie zdradzi informacji o tym co właściwie robi i gdzie pracuje…

***

Młody wilk tego dnia robił to co mu kazano, a następnego nic z tego nie pamiętał. Przez pierwsze tygodnie łudził się, że to wszystko jest tylko złym snem, pomyłką, która zaraz zostanie skorygowana przez idealnie działający system, któremu od zawsze wiernie służył.

Nic takiego jednak się nie działo i zaczął tracić nadzieję, a to spowodowało, że całymi dniami spał i nie opuszczał w ogóle domu. Nie widział, jak mijały całe tygodnie i zdziwił się, gdy przyszła zima.

Jego staruch cały czas mu posługiwał i dbał, żeby ten nic sobie nie zrobił.

***

Znowu trafił na beton, któremu nie chciało się pracować.

To było przykre, że jedna pięciolinijkową CLkę musiał rozbijać na pięć, bo jeden z młodych uznał, że tak będzie lepiej.

„To jak przedkładanie pereł przed wieprze” – pomyślał.

Było to przykre, tym bardziej, że każdy pracujący z tym projektem później musiał przez to ściągać o wiele więcej danych…

***

– Cześć.

– No cześć.

Siedział w Starbucku i był na pierwszej w życiu randce.

Dziwne stworzenie przed nim nazywało się dziewczyną. Zauważał je wcześniej w Nibylandii, ale zdecydowanie ignorował. Czasem sprzątały w stołówce, czasem robiły tam jedzenie albo przynosiły catering do salek konferencyjnych, najczęściej były nudne i wyglądały jak odbite z jednego szablonu: solarka, trampki, podarte spodnie albo mini do tyłka, dekolt aż po pępek i T-shirt z „Generation perfect” czy jakimś innym gównem.

Młody dalej nie miał specjalnie co robić, a list z urzędu nie dawał złudzeń, że ma jakiś wybór i musiał się zacząć interesować dziewczynami, inaczej dostałby jakąś z przydziału.

Podszedł do tematu bardzo metodycznie, przeczytał wszystkie dostępne poradniki i książki, przejrzał ileś tam video, zainteresował się nawet szkoleniowymi porno do których dostał link w zawiadomieniu.

Poczuł przy tym jakieś uczucia, coś czego nie mógł wcześniej zdefiniować. To był obszar, którego nie znał i dlatego tak mocno biło mu teraz serce, drżały ręce i głos i nie wiedział co ma dalej powiedzieć.

– Ładna pogoda.

– Tak. – Stworzenie przed nim poprawiło włosy i wbiło oczy w swój kubek.

– I dobrą kawę tutaj mają.

– Najlepszą – dodała dziewczyna patrząc się z coraz mniejszym zainteresowaniem.

Była zła na siebie i na cały świat, miała już dwadzieścia pięć lat i nikt jej nie chciał. To było dziwne szczególnie że cycki jej jeszcze sterczały, a na dupie nie było śladów cellulitu. Nie wiedziała co robi źle, ale ostatnio spotykała tylko takie wraki jak ten naprzeciwko.

„Odrażający” – jeszcze rok temu powiedziałaby o tym chłopaku, teraz jednak nie miała wyboru i jeżeli chciała mieć dzieci, to musiała szybko zajść w ciążę.

„Pieprzone nanoboty” – pomyślała i uśmiechnęła się słodko patrząc na przygłupa z drugiej strony stołu…

***

Obserwował jak junior został zmuszony do tego, żeby szybko dorosnąć.

Widział jak miał problem z zaakceptowaniem tego, że jego ciało się zmienia, że trzeba zacząć zarabiać na siebie i brać odpowiedzialność za każdą możliwą decyzję.

Jego syn nie wiedział, że ojciec kiedyś pisał aplikację, która miała oceniać pracowników. I że bardzo dużo punktów dodawano każdemu za pochodzenie czy orientację, sporo za uśmiechy, a stosunkowo mało za wydajność.

W Nibylandii wiedziano, że są setki chętnych do pracy i że ta ostatnia w sumie nie jest najważniejsza…

I właśnie dlatego ojciec był smutny. Był przekonany, że dzięki jego systemowi wylano z pracy syna…

***

Na początku było mu trudno znosić jej humory i przyzwyczajenia, jak również pewne niedoskonałości.

Zauważył, że ciągle go testowała i sprawdzała, na ile jej pozwoli. Widział, że absolutnie we wszystkim szukała przyziemnych korzyści i generalnie nie robiła nic bezinteresownie.

Śmieszyło go to, ale otwierało oczy na to jak działają te tak zwane dziewczyny i kobiety.

Jakby tego było mało, miała przymus mycia każdego talerza i sprzątania najmniejszego paprocha, do tego gadała ciągle o dzieciakach, a wykazywała totalną ignorancję w sprawach technicznych i niechęć do ubierania się w sukienki, szpilki i inne atrybuty kobiecości.

To było dziwne, ale od jednego spotkania doszło do kolejnych i para zaczęła się zbliżać się do siebie, bo widocznie nie miała żadnej alternatywy.

***

Wiele lat później wezwano do starego człowieka karetkę pogotowia.

Mężczyzna leżał na łóżku i miał zamknięte oczy, a do piersi przyciskał czarną i białą książeczkę.

– Co macie?

– Zmarł w śnie.

– A co to jest?

– A bo ja wiem.

Sanitariusz wyjął oba tomy i zaczął przyglądać się im bez większego zainteresowania. Zaczął od białej, która miała tytuł „Staruchy. Prawda a propaganda”.

– Zobacz, jakiś zakazany śmieć.

Policjant spojrzał się na sanitariusza, wziął książkę, otworzył na chybił-trafił i zaczął sylabizować:

„Małe dzieci widzą światy równoległe.

W świecie równoległym czas płynie inaczej i dlatego młodzi są często tak kreatywni.

Nibylandia wykorzystuje ich do granic możliwości podając im specjalnie spreparowane jedzenie, które niszczy ten dar. Kawa, Cola i inne używki są początkiem końca dla większości, jedynie niektóre jednostki zachowują swoje umiejętności przez całe życie, co jest początkiem ich tragedii, bo nie mają jak się realizować niezrozumiani przez otoczenie.

Najgorsze w tym systemie jest to, że wszyscy obywatele świadomie albo nieświadomie pracują na rzecz Nibylandii i wykonują proste prace usługowe albo zgłaszają błędy czy piszą tzw. Change List poprawiając karygodne błędy młodych.

Jest to gorsze nawet niż w państwach takich jak NRD, gdzie tylko połowa ludzi należała do Stasi”.

– Nie chce mi tego czytać. To głupoty. – Przerwał nagle konstabl.

– Tak.

– A ta druga?

Młodzi spojrzeli na czarną książeczkę, z której wypadły dwie pocztówki. Okazała się ona rozkładanym skórzanym albumem do postawienia, który zawierał cztery zdjęcia z jednej strony i cztery z drugiej.

Na wszystkich był jakiś młody chłopak i młoda dziewczyna.

Na pierwszym ona uśmiechnięta i siedząca na murku z nogą założoną na nogę. Miała na sobie różową czapkę, seksowne rajstopy, długie czarne buty i brązową kurtkę. To było zdjęcie z portu, w tle widać było zameczek i jachty na wodzie.

Na kolejnym oni z zamkiem w tle w ramce z napisem „Chateau de Cheverny”.

Potem ona wtulona w niego w na tle jakiegoś jeziora i ona przytulony do jej piersi w jakimś pokoju.

I wreszcie kilka zdjęć, gdy stoją w dziwnych pozach.

– Wyraźnie ją gilgotał.

– Tak.

– A ta kartka?

– Zdjęcie. Ze Starbucka w centrum.

– Miejsce dla lumpów albo niedorobionych staruchów.

– Dokładnie. A to?

– Wiersz:

„Kochałem okruchy kobiecości

To drobne niewinne przyjemności

Sukienkę czerwoną karminową

Minę dla mnie zawsze gotową

Uśmiech na skale w porcie daleki

Wdzięk w Chateau dla takiego kaleki

Rękę w nocy całkiem wtuloną

Radość ze zbliżenia tak wyzwoloną

Te dni, gdy daleko były te troski

Gdy Bóg łaskawy zesłał czas boski

Niepewność i całkowite zaufanie

Zrozumienie i rozkoszne oddanie

I choć życie doświadcza istnieniem

To dla mnie największym jest wspomnieniem…”

– On to napisał?

– Dziwne, normalnie powiedziałbym, że to jakiś zdolny młody…

– Ale to przecież tylko staruch.

– No właśnie, dziwne.

Koniec

Komentarze

Jest pomysł, ale zepsuty wykonaniem, które, niestety, pozostawia wiele do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się z regulatorzy. Pomysł naprawdę bardzo fajny.

 

Osobiście poczytał bym coś bardziej optymistycznego.

Coś takiego – na wskroś – współczesnego.

Nowoczesnego ale też takiego jak z czasów Sarmacji.

Więcej szabel, bitew, manewrów i zwrotów akcji.

 

Opisałeś grozę prorokowanej przyszłości

Ale gdzie tu fantastyka codzienności?

 

Pierwszy jednak przyznam, że pomysł doskonały

Zręcznie opisałeś świat cały, w detale bogaty

Spójny, zwarty, ciemny trochę . Wysiłek niemały

włożyłeś – przyznaję. Bez zbędnej w emocje zatraty.

 

Pointa wydaje się zdecydowanie mało pointowa

Nic nie czułem, nie rozbolała mnie od niej głowa.

 

Do mnie nie przemówiło.

Kolejna metafora życia, krytyka konsumpcjonizmu i współczesnej rodziny.

Wiersz na końcu zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Nie trawię rymów gramatycznych.

W dialogach czasami nie wiadomo, kto co wypowiada. Przydałoby się więcej didaskaliów.

Interpunkcja niedomaga. Niekiedy nie ma nawet kropek na końcu zdań.

Babska logika rządzi!

Jest tu jakiś pomysł na świat, ale po części z powodu wykonania, a po części niedopowiedzeń (czytelnik nie siedzi w Twojej głowie, autorze!) niezbyt zrozumiały. Wiersz jest zły i chyba tylko ludziki niemające już z poezją nic do czynienia mogły w nim coś ciekawego zobaczyć – sam fakt zrymowania słów na końcu?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dołączam do grona czytelników deklarujących: “Jest tu pomysł, ale skrzywdzony wykonaniem”. Ech, szkoda.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podpisuję się pod wypowiedziami poprzedników. Pomysł jest ciekawy, ale niestety wykonanie nie pozwoliło się nim w pełni cieszyć. Wiersz na końcu rzeczywiście nie powala, poza tym puenta nie domyka opowieści. Drakaina słusznie zauważyła, że w tekście sporo jest niedomówień, które utrudniają lekturę. 

Fajny pomysł, widać, że masz bujną wyobraźnię :)

Może warto sobie na spokojnie przemyśleć, dać odczekać, poszlifować trochę warsztat i ująć temat w jakiś inny, lepszy sposób? A potem jeszcze wrzucić na betalistę?

Co do wiersza – “zdolny młody” raczej by tak nie napisał… Młody – owszem ;)

 

Dziękuję za uwagi,

Teraz po pewnym czasie zauważam pewne problemy i chcialbym wrzucić wkrótce kolejną wersję (równiez z nowym wierszej) → będzie miała numer wersji w tytule.

Nowa Fantastyka