- Opowiadanie: maciekzolnowski - Upadek renifera

Upadek renifera

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Upadek renifera

Nuda, powtarzalność, brak niespodzianek, senność, zmęczenie, niedostarczanie umysłowi żadnych nowych podniet – to wszystko jest rutyną; jednym, niezbyt skomplikowanym słowem na literę „er”. Nienawidzę rutyny! Nie lubię rutyny! Nie kocham rutyny! Nie pokocham rutyny! Nie polubię jej nigdy, przenigdy i za nic w świecie!

 

***

Z wolna zbliżała się północ – nie pierwsza i zapewne nie ostatnia w dotychczasowym życiu. Pies znów dał o sobie znać: podszedł i zaczął z lekka na mnie powarkiwać. Nie pozwolił w ten sposób zapomnieć o sobie i o zaległym spacerze, który mu się należał, jak nie wiem co. Założyłem więc smycz, wziąłem dwa plastikowe woreczki na psie odchody i dwa łyki wody w usta przed wyjściem. I udałem się z Czikiem na zewnątrz (Czikiem – tak właśnie nazywa się mój kudłaty przyjaciel, będący jednocześnie moim największym, czworonożnym obowiązkiem).

Na dworze – rześko, powiało chłodem i wilgocią, co przypomniało o zbliżającej się wielkimi susami zimie (nie wiem, czy akurat susami, ale to nieistotne). Po lecie jest jesień, a po jesieni następuje… wiadomo, co następuje po lecie i jesieni. Ach, ta boska rutyna! Minęliśmy gościniec – i znowu rutyna – i skierowaliśmy się w stronę kościółka ku bardziej zacisznym i przestronnym terenom zielonym.

Cziko wcale się nie spieszył – obwąchiwał każdy pojedynczy krzaczek, każdą, najmniejszą nawet kępę trawska. No jak tak można? On ma zawsze czas, w przeciwieństwie do mnie, bo ja nie mam. Tradycyjnie rozgościł się pod wielkim dębem – pomnikiem przyrody, co niejedno widział i słyszał. Standardzik. Ale, ale… Takich „paczek”, jakie sadzi mój Czikuś, to chyba nawet i on w swym prastarym żywocie jeszcze nie oglądał.

A tak poza pomnikami, dębami i paczkami, to spacerek przebiegał planowo i – rzec można – rutynowo.

Nasz wioskowy Dom Boży jest miejscem szczególnie cichym i klimatycznym, a wygląda na całkiem opuszczony. Zaraz za nim rozpościera się widomy obraz bogatej przeszłości tych ziem – cmentarz mianowicie, imponujących rozmiarów, z rozmaitymi nagrobkami: zadbanymi, niezadbanymi, polskimi, ruskimi i niemieckimi, nowszymi, starszymi i bardzo już wiekowymi. Te najstarsze liczą sobie nawet i po sto pięćdziesiąt, i dwieście lat. Średnie miejsce do odbywania spacerów z – nawet najbardziej ukochanym – pieskiem, ale skoro obecność Czika nikomu tutaj nie wadzi, to mnie tym bardziej nie i basta! Nie ma o czym mówić!

Minęliśmy z shih tzu znajomą-nieznajomą miniaturkę, którą po raz pierwszy zauważyłem dopiero dzisiaj, kiedy tu przechodziłem około południa. Cóż, tyle razy się tędy szwendam, a nigdy jej nie widziałem. No, tak bywa!

Ta miniaturka – to niewielkich rozmiarów nagrobek dziecka, zmarłego przedwcześnie i zdaje się, że w tragicznych jakichś okolicznościach. Aż żal i jakoś tak ciężko na sercu się robi człowiekowi na samą myśl o tym niespełnionym życiu, które na dobrą sprawę nie zdążyło się nawet właściwie rozpocząć, zatlić jakimś bliżej nieokreślonym, witalnym ognikiem. Mnie było smutno i Czikowi zapewne też, co jednak nie przeszkodziło mu wcale w obraniu dogodnej pozycji do oddania moczu. Powstrzymałem pupila w chwili ostatniej, naprawdę ostatniej!

Na mogiłce znajdował się niewielkich rozmiarów posążek reniferka, który cały aż skrzył się w księżycowym blasku. Wiatr przewrócił zwierzątko i trzeba je było ustawić jak należy, to znaczy przywrócić do pionu. I teraz, eche… Złapałem za poroże i pochwyciłem, pociągnąłem… I już miałem… Ozdoba stanęła dumnie na swych rozbrykanych, czterech odnóżach. Zabrakło tylko Mikołajka, aby zrobiło się… nie tyle rutynowo, co raczej: rytualnie, odświętnie, wręcz świątecznie.

Nagle zadrżała ziemia. Zerwał się tęgi wicher i zahuczał, i zajęczał: uuu. I poderwało się stado nocnych ptaszydeł do lotu, a Cziko wyrwał smycz i pognał na oślep… i gdzieś przepadł w nieoświetlonej i głuchej otchłani. Struchlałem, struchlałem, po trzykroć struchlałem. Tymczasem spod czarnej jak smoła ziemi wysunęła się drobna rączka nieżywej dzieciny i pochwyciła mnie mocno za ramię. A dobywający się z wnętrza mogiły, cieniutki głosik zaczął dziękować mi za mój piękny, bezinteresowny i zupełnie nieoczekiwany czyn. Nieoczekiwany czyn – a to dobre!

 

***

Nuda, powtarzalność, brak niespodzianek, senność, zmęczenie, niedostarczenie umysłowi żadnego ciekawego impulsu – to wszystko jest rutyną; jednym, niezbyt skomplikowanym słowem na literę „er”. Nienawidzę rutyny! Nie lubię rutyny! Nie kocham rutyny! Kocham rutynę, lubię rutynę – jest taka bezpieczna, taka do bólu prosta, tak bardzo prywatnie moja i tylko moja. I nie tylko moja, bo i wspólna: narodowa, międzynarodowa, ponadnarodowa, twoja, ich, nasza, wasza, ichniejsza.

Siedzę w pokoju za biurkiem. Nudzę się okrutnie. Ale przynajmniej czuję, że jestem bezpieczny, gdyż dzień lub jego elektryczno-świetlny surogat mam na wyciągnięcie dłoni (no przynajmniej tak długo, jak długo jest prąd w sieci), a noc, co skrywa nekropolię z dziwnymi nagrobkami i szalonymi reniferami, pozostaje daleko… tam gdzieś, hen, hen za oknem.

Lecz nagle w mych domowych pieleszach zaczyna skrzypieć i wibrować podłoga, pełga światło, by ostatecznie w końcu zgasnąć. A na dworze zrywa się tęga wichura, co jęczy potępieńczo: uuu. I zza szyby okiennej kiwa do mnie mała rączka nieżywej istotki – istotki, która mnie woła, do siebie zaprasza i do wspólnej zabawy zachęca. A to ci niespodzianka – straszna i upiorna, ale jednak niespodzianka.

Koniec

Komentarze

Nie ma nic o jedzeniu… ;) Jak na mój gust bardzo klasycznie, ale jest fantastyka, a pod nią coś co lubię-głębię tak głęboką, jak człowiek w nią spoglądający.Pozdrawiam Czwartkowy Dyżurny:)

Czyli (nie chciałem rozpoczynać zdania od chili albo chilli)… czyli powiadasz, Szanowny Czarny Tomaszu, że w końcu trafił się w miarę smakowity kąsek, który nie był nadmiernie ani słony, ani słodki, ani kwaśny, ani gorzki? O! I teraz dopiero zauważyłem, że tekst swój zapodałem we czwartek, trafiając jak zwykle na Twój dyżur. Dzięki za comment

 

Co do teksu… Ja sam mam wątpliwość tego rodzaju: czy zachować konwencję takiego trochę felietonu i jeden czas? Czy też działać w bardziej swobodny sposób (tak jak u góry)? Oto mała próbka tej “swobody”:

A więc mamy czas teraźniejszy: “Nasz wioskowy Dom Boży jest miejscem szczególnie cichym i klimatycznym, a wygląda na całkiem opuszczony”. 

A wcześniej pojawił się fragment w czasie przeszłym: “Na dworze – rześko, powiało chłodem i wilgocią, co mi przypomniało o zbliżającej się wielkimi susami zimnie”.

maciekzolnowski

Inna wersja, bardziej spójna:

 

Nuda, powtarzalność, brak niespodzianek, senność, zmęczenie, niedostarczanie umysłowi żadnych nowych podniet – to wszystko to jest „rutyna”; jedno, niezbyt skomplikowane słowo na literę „er”. Nienawidzę rutyny! Nie lubię rutyny! Nie kocham rutyny! Nie pokocham rutyny! Nie polubię jej nigdy, przenigdy i za nic w świecie!

 

Z wolna zbliża się już północ – nie pierwsza i zapewne nie ostatnia w moim dotychczasowym życiu. Mój pies znów daje znać o sobie: podchodzi do biurka, przy którym siedzę, i zaczyna lekko na mnie powarkiwać. Nie pozwala w ten sposób zapomnieć o sobie i o zaległym spacerze, który mu się należy jak nie wiem co. Zakładam więc smyczkę, biorę dwa plastikowe woreczki na kupy i dwa łyki wody przed wyjściem i udajemy się z Czikiem na zewnątrz – z Czikiem, bo tak właśnie nazywa się mój czworonożny przyjaciel, będący jednocześnie moim największym, czworonożnym obowiązkiem.

Na dworze – rześko, powiało chłodem i wilgocią, co mi przypomina o zbliżającej się wielkimi susami zimnie (nie wiem, czy akurat „susami”, ale to nieistotne). Po lecie jest jesień, a po jesieni następuje… wiadomo, co następuje po lecie i jesieni. Ach, ta boska rutyna! Mijamy gościniec – i znowu rutyna – i kierujemy się w stronę kościółka ku bardziej zacisznym i przestronnym terenom zielonym.

Cziko się nie spieszy – obwąchuje każdy pojedynczy krzaczek, każdą, najmniejszą nawet kępę trawska. No jak tak można? On ma zawsze czas, w przeciwieństwie do mnie, bo ja nie mam. Tradycyjnie rozgaszcza się pod wielkim dębem – pomnikiem przyrody, co niejedno widział i niejedno słyszał. Standardzik! Ale, ale… Takich „paczek”, jakie „sadzi” mój Czikuś, to chyba i on nawet w swym prastarym i świętym żywocie jeszcze nie oglądał.

A idąc dalej… tak poza pomnikami, dębami i paczkami, to spacerek przebiega planowo i – rzec można – rutynowo.

Nasz wioskowy Dom Boży jest miejscem szczególnie cichym i klimatycznym, a wygląda na całkiem opuszczony. Zaraz za nim rozpościera się widomy obraz bogatej przeszłości tych ziem – cmentarz… imponujących rozmiarów, z rozmaitymi nagrobkami: zadbanymi i niezadbanymi; polskimi, ruskimi i niemieckimi, i tak dalej; nowszymi, starszymi i bardzo już wiekowymi. Te najstarsze liczą sobie nawet i po sto pięćdziesiąt, i dwieście lat. Średnie miejsce do odbywania spacerów z – nawet najbardziej ukochanym – pieskiem, ale skoro obecność Czika nikomu tutaj nie wadzi, to mnie tym bardziej nie i basta! Nie ma o czym mówić!

Mijamy teraz z shih tzu znajomą-nieznajomą miniaturkę, którą po raz pierwszy zauważyłem dopiero dzisiaj, kiedy tu przechodziłem około południa. Cóż, tyle razy się tędy szwendam, a nigdy jej jeszcze nie widziałem, przy czym „zobaczyć” i „zauważyć” – to są zupełnie różne rzeczy.

Ta miniaturka – to niewielkich rozmiarów nagrobek dziecka, zmarłego przedwcześnie i zdaje się, że w tragicznych jakichś okolicznościach. Aż żal i jakoś tak ciężko na sercu się robi na samą myśl o tym niespełnionym życiu, które na dobrą sprawę nie zdążyło się nawet właściwie rozpocząć, zatlić jakimś bliżej nieokreślonym, witalnym ogniem. Czikowi też jest smutno, co jednak nie przeszkadza mu wcale w obraniu dogodnej pozycji do oddania moczu. Powstrzymuję pupila w ostatniej chwili, naprawdę ostatniej!

Na mogiłce znajduje się niewielkich rozmiarów posążek reniferka, który cały aż skrzy się w księżycowym blasku. Wiatr przewrócił zwierzątko i trzeba je ustawić jak należy, to znaczy przywrócić do pionu. I teraz, eche… Łapię za poroże i ciągnę… Mam… Ozdoba stoi dumnie na swych rozbrykanych, czterech odnóżach. Brakuje tylko Mikołajka, aby zrobiło się… nie tyle rutynowo, co raczej: rytualnie, odświętnie, wręcz świątecznie.

Nagle zaczyna drżeć ziemia. Zrywa się tęgi wicher i huczy, i jęczy. I podrywa się stado nocnych jakichś ptaszysk do lotu, a Cziko wyrywa mi się wraz ze smyczą i gdzieś przepada w nieoświetlonej i głuchej otchłani. Truchleję, truchleję, po trzykroć truchleję. Tymczasem spod czarnej jak smoła ziemi wysuwa się brudna, drobna rączka nieżywej dzieciny i chwyta mnie mocno za ramię. A dobywający się z wnętrza mogiły, cieniutki głosik dziękuje mi za mój piękny, bezinteresowny i zupełnie nieoczekiwany czyn. Nieoczekiwany czyn – a to dobre!

 

Nuda, powtarzalność, brak niespodzianek, senność, zmęczenie, niedostarczenie umysłowi żadnego ciekawego impulsu – to wszystko to jest „rutyna”. Jedno, proste słówko na literkę „er”. Nienawidzę rutyny! Nie lubię rutyny! Nie kocham rutyny! Kocham rutynę, lubię rutynę – jest taka bezpieczna, taka do bólu prosta, tak bardzo, bardzo prywatnie moja i tylko moja. I nie tylko moja, bo i wspólna: narodowa, międzynarodowa, ponadnarodowa… twoja, ich, nasza, wasza, ichsza.

Siedzę w pokoju za biurkiem. Nudzę się okrutnie. Ale przynajmniej czuję, że jestem bezpieczny, gdyż dzień lub jego elektryczno-świetlny surogat mam na wyciągnięcie dłoni (no przynajmniej tak długo, jak długo jest prąd w sieci); a noc, co skrywa nekropolię z dziwnymi nagrobkami i nawiedzonymi reniferami, pozostaje daleko… tam gdzieś… hen, hen za oknem.

Lecz nagle w mych pieleszach zaczyna skrzypieć i wibrować podłoga, pełga światło, które następnie ostatecznie gaśnie. A na dworze zrywa się tęga wichura, co jęczy potępieńczo. I zza szyby okiennej kiwa do mnie mała rączka nieżywego bobaska, który mnie woła, do siebie zaprasza i do wspólnej zabawy zachęca. A to ci niespodzianka – straszna, upiorna, traumatyczna, ale jednak niespodzianka!

maciekzolnowski

To co mam czytać? Opowiadanie właściwe czy powyższy komentarz?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No właśnie nie wiem, chyba nie mogę się zdecydować. Pierwszy raz tak mam. :) Chyba ten pierwszy jest bardziej nastrojowy, nieco bardziej klimatyczny (a to z uwagi na zastosowanie różnych czasów w opowiastce). Ale nie mnie to osądzać. 

Aha, Droga Reg, od razu też mówię, że Ci się tekst nie spodoba, nie trafi w Twój gust. Zdążyłem się mniej-więcej zorientować co do tego, co lubisz, a czego nie trawisz. :)

maciekzolnowski

No nie było tak źle, Maćku.

Czytało się całkiem gładko i bezboleśnie. Nie wiem, czym były spowodowane Twoje obawy, ba, wręcz pewność, że tego nie strawię. Muszę Ci wyznać, że nie trawię serów i czosnku, z resztą jakoś sobie radzę. ;)

 

wzią­łem dwa pla­sti­ko­we wo­recz­ki na kupy i dwa łyki wody przed wyj­ściem… –> Czy on tę wodę z kupami mieszał w woreczkach?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Serów nie trawisz? O, Boże! ;)

 

Sąsiedztwem psich kup i łyków wody się zajmę. W sumie, hmm… niefortunne to zdanie wygląda mi na małe i poniekąd zamierzone mrugnięcie okiem w stronę (literatury) bizarro. Dzięki, Reg! :)

maciekzolnowski

No wystaw pan sobie, panie Maciek, że nie jadam serów. A w jakie zdumienie wprawiam otoczenie, kiedy zamawiam pizzę bez sera. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak już jest, Maćku. Publikujesz w czwartek, to masz szansę na mój komentarz. Wrzucasz szorta to masz mnie na głowie ;)

Opowiadanie w komentarzu… Łamiesz konwencje :)

#Reg:

Zaprawdę są na świecie sprawy, które się filozofom nie śniły. I tak – dla przykładu – niezjadliwości serów pojąć niepodobna. A jednak! Ja, com żył zawsze jeno echem, na wpół ukryty w cieniu krat, oddechem i chciwą żądzą chłonę świat.

Zaiste boli mię okrutnie wyobraźni mej brak. Gdyby przyszło mi zaordynować Quattro Formaggi, byłbym wielce kontent z samych serków (bez pizzy), bo ja, com żył zawsze jeno echem, na wpół ukryty w cieniu krat, oddechem i chciwą żądzą chłonę świat.

 

#Blacktom:

Podoba mi się określenie: “masz mnie na głowie”. ;)

maciekzolnowski

Doprawdy, Maćku, z zacnych i klasycznych wzorów zaczerpnąłeś, aby wyrazić wielką dezaprobatę dla mojej pogardy wobec serów. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To, co piszesz ostatnio, Macieju, ciężko nazwać pełnokrwistą literaturą. Wciąż obracasz się w rejonach publicystyki, swoistego reportażu, a szorty czy opowiadania nie są opowiadaniami sensu stricto. Fabuła zazwyczaj szczątkowa, więcej tu opisów, wspomnień i dygresji niż akcji, postaci czy światotwórstwa. Ale powyższy tekst zmierza już w bardziej literacką stronę. I klimatem stoi. Temat ciężki (śmierć dziecka), groza rozpraszana przez nieco humorystyczny i gawędziarski sposób narracji.

Ja Ciebie widzę trochę jak jakiegoś bacę z Poronina, który opowiada swoje historie, gawędy, dykteryjki, a słuchacz niby wie, o czym mowa, ale nie jest do końca pewny. Zwłaszcza, że masz tendencje do rozmywania swoich puent. Rzadko wybrzmiewają z mocą zaskakującego twista czy morału, raczej ukrywają się wśród chaszczy słów skierowanych w finałach do czytelnika. Jeśli rzeczywiście tam są.

W każdym razie, z każdym tekstem bliżej jest Twoim opowieściom do prozy. Czekam dalej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dzięki, Mr! Kiedyś nawet chciałem zostać bacą, ale chybabym nie dał rady: twarde życie… te sprawy. A wiesz, że baca jest uznawany w niektórych kręgach za kogoś zupełnie wyjątkowego, kogoś prawie że świętego, takiego swego rodzaju szamana. Ot i ciekawostka rodzajowa! 

Zwłaszcza, że masz tendencje do rozmywania swoich puent. Rzadko wybrzmiewają z mocą zaskakującego twista czy morału, raczej ukrywają się wśród chaszczy słów skierowanych w finałach do czytelnika.

Merci, to jest wg mnie komplement. :))

maciekzolnowski

Przeczytane bez większych technicznych przeszkód, ale treść nie chwyciła. Choć temat wybrałeś mocny i paru miejscach wzbudziłeś emocje.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Wiesz, NWM; niby taki tekścik w stylu felietonu, momentami reportażu (narrator wałęsa się po wsi, opisuje cmentarz itp.), niby żarcik z psich kup i z prozy dnia codziennego, a jednak temat poważny gdzieś tam się czai na spodzie (śmierć dziecka, kruchość życia, przemijanie wszystkich i wszystkiego, bo rutyna to także przecież upływ czasu – jakaś jego forma). 

Podoba mi się opozycja: domowe pielesze – świat znajdujący się za oknem; oraz: biurko i ciepło książki – świat w tej książce przedstawiony, świat pełen przygód i cierpienia, pełen duchów i innych niesamowitości… Wiesz, o co mi chodzi… Dzięki, pozdrawiam serdecznie! :)

maciekzolnowski

Witam

 

Napisane zgrabnie. Podobało mi się. Ta rączka dziecka wyłażąca spod ziemi… no, no ciekawy obrazek. Na pewno wybiłeś mnie z rutyny, maćku :)

 

Pozdrawiam

Dobrze powiedziane: wszyscy tutaj staram się wyjść poza rutynę. Dzięki, Wojowniku, również pozdrawiam! 

maciekzolnowski

No halo, halo. Za dużo wykrzykników przez co tekst staje się trochę infantylny, a sam bohater sprawia wrażenie dziwnie nakręconego. Jak na horror… to nie bardzo. Tekst za krótki, ale przede wszystkim nie bardzo Ci wyszła groza. Bardziej z jajem napisane niż mające czytelnika przerazić. Motyw z martwym dzieckiem chcącym się pobawić ma potencjał. Pzdr

W sumie miało być trochę śmiesznie (a troszkę, ale tylko troszkę smutno… no i strasznie). Dzięki, Blacken!

maciekzolnowski

Mój pies znów dał o sobie znać: podszedł i zaczął z lekka na mnie powarkiwać.

Czy trzeba podkreślać, że to mój pies?

Na dworze – rześko, powiało chłodem i wilgocią, co mi przypomniało o zbliżającej się wielkimi susami zimnie

Chyba chodziło o zimę ;)

Czuję się nieco zdezorientowana, bo, jakby to ująć, nie porwało mnie, no :(

Fajnie. Babole były, ale już wyszły. Podziękować i w ogóle… q chwale! :) 

maciekzolnowski

Również dotarłem i przeczytałem nareszcie. Przyznam, że mnie również nie porwało. Nie nawet, że złe albo nudne, a pomysł z magiczną figurką renifera nawet ciekawy, niemniej – jakoś tak miałko. Nic nowego w każdym razie. No i krótkie strasznie, a może by człowiek chciał poczytać o rodzącej się relacji między rutyniarzem a małym zombie.

Koniec też mnie trochę skonfundował, bo nie wiem czemu najpierw powtarza formułkę z początku, by następnie zaraz zdanie zmienić. Fajny by efekt wyszedł, jakby tak właśnie początek szorta z końcówką skontrastować, a tak to – zmieszanie wyszło.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Dzięki, Gnoom, za szczerość przede wszystkim! “A może by człowiek chciał poczytać o rodzącej się relacji między rutyniarzem a małym zombie”. Kapitalny pomysł i mam wrażenie, ani przez film, ani przez literaturę, nietknięty. Chyba się nie mylę, nie? 

maciekzolnowski

Nowa Fantastyka