- Opowiadanie: Hubertus - Rycerz Popiołów

Rycerz Popiołów

Witam, jest to moje pierwsze opublikowane opowiadanie. Mam nadzieje że lektura nie będzie zbyt bolesna. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Rycerz Popiołów

W oddali zobaczyliśmy kłęby czarnego dymu na tle szarego światła poranka. Ucieszyłem się na ten widok. Już od trzech dni tropiliśmy Rycerza Popiołów i jego bandę. Jester miał wątpliwości czy nadal podążamy w dobrym kierunku. Ten widok definitywnie je rozwiał.

– Skurwiel – mruknął Arryk.

Przed nami, na wielkim dębie wisiały trzy ciała. Zdekapitowane, zwęglone zwłoki zostały nabite na żelazne haki. Doprawdy, idealny sposób na powitanie podróżnych. Arryk długo przyglądał się wiszącym nieszczęśnikom. Jego pięści zacisnęły się na trzonkach toporków. A to był dopiero przedsmak tego, co zobaczyliśmy w osadzie.

Zastaliśmy drewniane chaty spalone do gołej ziemi, przemienione w kawałki zwęglonego drewna i popiół, rozwiewany po całej osadzie. Jedyny budynek z którego cokolwiek zostało to kamienny kościół na centralnym placu. Osmalone, nagie ściany górowały nad tym polem rozpaczy i zniszczenia. Zdobne witraże mieniące się niegdyś w blasku słońca, leżały teraz roztrzaskane wśród posępnych ruin. Podpalone belki podtrzymujące masywny strop, nie wytrzymały. Dach zawalił się, grzebiąc ołtarz i kościelne relikwie.

Wszędzie wokoło leżały trupy. Bandyci zostawili martwych na żer much i psów. Gnijące ciała i wnętrzności wyprute na wierzch roznosiły w powietrzu odrażający odór. Jester przyglądał się czemuś, leżącemu tuż przed nim

– Aribald! – zawołał – Chodź, musisz to zobaczyć.

Podjechałem we wskazane miejsce, dokładnie na środku placu. Zaciekawiony Arryk podążył tuż za mną.

– Co to jest? – zdziwił się Arryk.

Przed nami leżał dziwny wzór w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Stworzony z poszatkowanych ciał mieszkańców. Na końcu każdego ramienia leżała odcięta głowa wieśniaka, zwrócona w stronę środka, w którym leżała mała szmaciana laleczka. Lalka nie wyróżniała się niczym szczególnym. Przypominała marionetkę wykorzystywaną w ulicznych przedstawieniach. Na szmacianej twarzyczce wymalowano czarne oczka i wesoły uśmieszek. Wyglądała jak zwyczajna zabawka biednej dziewczynki. Jester spojrzał a mnie w zadumie.

– Wiesz co to może znaczyć?

– Nie mam pojęcia – odparłem.

Nie wiedząc do końca dlaczego, sięgnąłem po laleczkę. Jej oblicze, mimo prostackiego wykonania, wydało się znajome. Postanowiłem zabrać ją ze sobą.

– Po co ci ona? – spytał zdziwiony Jester.

– Nie wiem, wydaje mi się znajoma – stwierdziłem. – Mam dość tego smrodu, pora ruszać.

Jester nie miał najmniejszego problemu ze znalezieniem śladów bandytów. Obciążone łupem wozy pozostawiały wyraźne, równoległe linie. Rycerz i jego banda mieli nad nami około dzień przewagi. Trop, którym podążaliśmy, kierował nas w stronę puszczy.

Kiedy dotarliśmy do linii drzew, słońce powoli chowało się za horyzontem, barwiąc chmury odcieniami czerwieni i pomarańczu. Miła odmiana od codziennej szarości.

– Na dziś wystarczy – powiedziałem. – Rozbijemy obóz między drzewami.

– W końcu – westchnął z ulgą Arryk. – Mam już dość.

Noc spędziliśmy pod osłoną drzew. Mnie przypadła pierwsza warta. Podczas nudnego obserwowania okolicy pochłoniętej czernią nocy, rozmyślałem nad tym co zobaczyliśmy w wiosce.

Sprawca tego wszystkiego – Rycerz Popiołów, był kiedyś szanowanym szlachcicem. Dbał o swoich chłopów i służbę. Wszyscy którzy go znali, jednogłośnie twierdzili, że to dobry człowiek. Co mogło spowodować takie upodlenie i popchnąć go do bezwzględnego okrucieństwa?

Z rozmyślań wyrwał mnie Jester.

– Idź spać, moja kolej. – Klepnął mnie w ramię.

 

 

Wstaliśmy skoro świt. Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę.

Wokół nas wznosiły się wiekowe dęby. Gdzieniegdzie można było dostrzec biel brzóz. Las wydawał się spokojny, istniał nie przejmując się naszą obecnością.

W końcu dotarliśmy do rozwidlenia. Ślady ujawniły, że Rycerz skręcił ścieżką ciągnącą się w głąb lasu.

– Patrzcie. – Jester wskazał w niebo.

Ponad drzewami unosiły się smugi szarego dymu. Wygląda na to, że właśnie złapaliśmy naszą zwierzynę.

– W końcu – stwierdził Arryk, głaszcząc ostrze topora.

– Dalej pójdziemy – rozkazałem.

Ruszyliśmy w stronę źródła dymu. Poruszaliśmy się pod osłoną drzew i krzaków. Natknęliśmy się na wartownika, który był bardziej zainteresowany wnętrzem kufla, niż tym co się dzieje wokoło niego. Niezauważeni przekradliśmy się aż pod samą polanę, na której Rycerz rozbił obóz.

Obozowisko okazało się całkiem małe. Mogło pomieścić na oko czterdziestu wojowników. Na skraju, chaotycznie rozłożono niewielkie namioty, z tu i ówdzie pozaszywanymi dziurami. Ludzie przechadzający się między nimi prezentowali się jak zwykli bandyci. Byli ubrani w skórzane kubraki i futrzane czapy. Nieliczni nosili na sobie przeszywanice i hełmy. Za pas wetknęli topory, sierpy i tasaki bojowe. Drewniane tarcze leżały porozrzucane bezładnie koło namiotów.

Centrum obozu wyglądało, jakby ktoś wsadził ozdobny wams między dziurawe i znoszone chłopskie koszule. Cztery namioty, malowane w czarno-białe pasy, broniły dostępu do największego, opartego o omszałą ścianę namiotu dowódcy. Wejścia do niego strzegło dwóch żołnierzy, uzbrojonych w halabardy, i odzianych w kolczugi. Na tunikach wyszyto herb. Czarny płomień na szarym tle – znak Rycerza Popiołów. W ich pobliżu widzieliśmy jeszcze ośmiu żołnierzy z wyszytym herbem.

 Wozy z żywnością, wodą i łupem, umieszczono obok popękanych od starości kolumn. Tam też bandyci przywiązali swoje wierzchowce.

Widząc całą sytuacje, w głowie kiełkował mi pomysł jak do tego podejść.

– Mam pewien plan – powiedziałem.

 

 

Nadeszła noc, słońce już dawno schowało się za koronami drzew. Bandyci zbierali się wokoło ognisk w małe gromadki. Pili, śmiali się. Tylko żołnierze z wyszytymi herbami zachowali dyscyplinę. Patrzyli spode łba na obskurnych towarzyszy. Wyraźnie dostrzegałem niechęć, między dwiema grupami.

Jak przed każdą walką, powoli zaczynałem odczuwać napięcie. Arryk bawił się swoimi toporkami, i wiercił z niecierpliwości.

– Co z nim, już dawno powinien dać sygnał.

– Spokojnie, Arryk. Jeszcze chwila.

W końcu. Wozy z zapasami zajęły się stopniowo jaśniejącym płomieniem. Żołnierze zauważyli co się dzieje, dwóch z nich pobiegło aby opanować sytuację, ale było już za późno. Konie uwolnione przez Jestera z więzów, z kwikiem zaczęły uciekać od ognia, prosto w stronę obozowiska. Żołnierze, którzy próbowali opanować sytuację zniknęli w ciemnej masie przerażonych zwierząt.

 Uniosłem róg bojowy do ust, i zadąłem w niego. Do tętentu kopyt dołączył jego dźwięk. Dźwięk dobrze znany na polach bitew. Dźwięk poprzedzający szarżę lekkiej kawalerii, wjeżdżającej w tyły wrogich armii.

W obozowisku zapanował chaos. Bandyci biegali we wszystkie strony szukając oręża. Kilku z nich już uciekło w gęstwinę. Tchórze. Żołnierze próbowali zorganizować obronę, bez skutku. Wierzchowce z impetem wpadły do obozowiska. Niczym huragan, niszczyły wszystko na swojej drodze. Przewracały namioty i wbiegały w ludzi, łamiąc im kości i tratując kopytami.

Pod osłoną nocy razem z Arrykiem wbiegliśmy do obozowiska. Połamani, krzyczący z bólu ludzie, leżeli wszędzie wokoło. Nieliczni, którzy ocaleli próbowali pomóc cierpiącym towarzyszom.

Arryk bezlitośnie rzucał się na każdego stojącego przeciwnika, rozłupując mu czaszkę toporem. W końcu jednak, jeden z bandytów nas zauważył.

– Atakują! – wrzasnął, dobywając tasaka.

Zaatakowałem go. Próbował zblokować cios mojego miecza dwuręcznego, ale różnica mas obu ostrzy zrobiła swoje. Siła ciosu wprawiła w drgania tasak i ręce bandyty. Wykorzystując lukę rozciąłem ochronny kaftan i podbrzusze wroga. Bandyta z wrzaskiem padł na kolana, próbując przytrzymać wypadające wnętrzności.

Alarm przyciągnął pięciu kolejnych wrogów. Dwóch z nich leżało z bełtami wbitymi w szyje. Jester który przybył nam z pomocą pojedynkował się z jednym z żołnierzy Rycerza. Wyraźnie widziałem że mój przyjaciel przegrywa, z jego boku ciekła krew. Pobiegłem mu z pomocą.

Wbiłem miecz w kark żołnierza. Ostrze przebiło jego gardło na wylot. Charcząc i plując krwią nieprzyjaciel padł na ziemię i skonał.

– Wszystko porządku? – spytałem.

– To nic – odparł, przytrzymując krwawiący bok. – Dam radę, a teraz chodźmy znaleźć Rycerza i kończmy to.

Arryk stał nad porąbanymi ciałami dwóch bandytów. Był cały ubrudzony ich krwią, a w jego oczach zobaczyłem żądzę mordu. Droga do Rycerza Popiołów stała otworem.

Główny namiot nie ucierpiał podczas panicznej ucieczki koni. Przed wejściem zobaczyliśmy dwóch strażników z halabardami. Rycerz stał pomiędzy swoimi ludźmi. Miał na sobie hełm odsłaniający starzejącą się twarz. W bujnej brodzie dostrzegłem pojedyncze pasemka siwizny. Zimne, niebieskie oczy wpatrywały się we mnie bez emocji. Na niebieskoszary gambeson, nałożył stalowy napierśnik. W rękach dzierżył miecz i tarczę z dębiny, w kształcie trójkąta z lekko zaokrąglonymi ramionami. Zatrzymaliśmy się przed nimi, gotowi do konfrontacji.

– Zaczekajcie! – zawołał Rycerz unosząc rękę. – Nikt więcej nie musi umrzeć.

– Co ty pierdolisz!? – wtrącił Arryk. – Wypruję ci flaki i powieszę twoje ścierwo na drzewie!

– Proponuje pojedynek. Ja kontra jeden z was.

– Dobrze, ale twoi ludzie będą musieli się poddać – odparłem.

Rycerz przytaknął, najwyraźniej jego strażnicy nie mieli nic przeciwko temu.

– Zgadzasz się na to!? – wrzasnął Arryk.

– Tak. Mimo wszystkiego co uczynił, nadal jest szlachetnie urodzony. Ma prawo do pojedynku. – odpowiedziałem i zwróciłem się w stronę Rycerza – będziesz walczył ze mną.

Przytaknął. Poleciłem towaszyszom, by się odsuneli, Rycerz zrobił podobnie ze swoimi strażnikami. Arryk niechętnie wykonał rozkaz. Odchodząc posłał wrogowi nienawistne spojrzenie. Stanęliśmy naprzeciw siebie.

Skinieniem głowy zasygnalizowałem gotowość, mój przeciwnik odpowiedział tym samym. Nie czekając dłużej, ruszyłem na niego. Zamachem znad głowy wykonałem potężny atak. Rycerz ze stęknięciem przyjął go na tarczę. Siła uderzenia zmieniła jej kawałek w drzazgi. Przeciwnik odbił następny mój atak. Wykorzystując okazję wykonał kilka szybkich pchnięć. Jedno prześlizgnęło się przez moją obronę, jednak okazało się zbyt słabe, aby przebić kolczugę. Odskoczyłem, dając nam chwilę spokoju.

Z każdą kolejną wymianą ciosów tarcza Rycerza nieubłaganie się zmniejszała. W końcu stała się bezużyteczna, Rycerz odsunął się i wyrzucił resztki drewna, które zostały mu na ręce. Ciężko dysząc chwycił miecz w obie ręce. Sam też z trudem łapałem oddech. Pora to zakończyć.

Zamachnął się, celując mi w głowę. Atak wykonał jednak powolnie i zbyt szeroko. Niewiele myśląc, zszedłem z linii ciosu, i wbiłem miecz w jego trzewia. Ostrze trafiło idealnie między płyty napierśnika, i przeszło przez warstwy ochronnej tkaniny.  Rycerz spojrzał zdumiony na żelastwo wystające z jego ciała, padł na kolana. Sięgnąłem po miecz, przygotowując się do ostatecznego ciosu. Na obliczu rannego nie dostrzegłem strachu, tylko smutek i ulgę.

– Przepraszam. Musiałem – wydyszał Rycerz.

Miecz opadł. Głowa Rycerza poturlała się po ziemi. Dopiero teraz zauważyłem niewielką, szmacianą laleczkę, wetkniętą za pas martwego.

Arryk podbiegł do ciała Rycerza i splunął mu w pierś. Widziałem, że chce wyżyć się na trupie, porąbać i powiesić martwe ciało, tak jak obiecał. Powstrzymałem go od tego, blokując je.

– Arryk! Przestań. Nie będę tego tolerował – powiedziałem. – Lepiej zajmij się naszymi jeńcami.

Mrucząc coś pod nosem wykonał polecenie. Zgodnie z umową strażnicy porzucili broń i dobrowolnie oddali się w nasze ręce.

 

 

Ze snu obudził mnie dziwny szelest. Usiadłem na łóżku i rozejrzałem się po izbie. W całym pomieszczeniu panował półmrok. Wszystko stało na swoim miejscu. Dopiero po chwili zauważyłem siedzącą przy stolę postać. Zerwałem się z łóżka i dobyłem sztyletu.

– Kim jesteś?! – wykrzyknąłem, celując ostrzem w krtań nieznajomego.

– Spokojnie – odpowiedziała siedząca postać, unosząc ręce w przyjaznym geście. – Przyszedłem cię odwiedzić.

Moje oczy powoli przyzwyczajały się do półmroku. Widziałem tylko kontury sylwetki obcego. Na głowę założył czapkę, podobną do tych które noszą nadworni trefnisie. Do czapki przyczepiono malutkie dzwoneczki. Jak mogłem nie słyszeć kiedy tu wchodził?

Nieznajomy sięgnął w stronę pasa. Po chwili zapalił zapałkę i obdarował ogniem świecę stojącą na stole. Jej blask rozświetlił postać, ukrywając w ciemności resztę pokoju. Przyjrzałem się nieznajomemu.

Do błazeńskiej czapki w czarno białe-pasy, dobrał zużytą już koszulę w takich samych barwach. Postrzępione rękawy odsłaniały kościste, szare ręce. Ale najgorsza była twarz. Pokryta zmarszczkami i bruzdami, wyglądała jak oblicze stuletniego mędrca. Gościł na niej lekki, chytry uśmieszek, wyglądający jakby błazen znał sekretny żart, drwiący z całego świata. Żółte ślepia iskrzyły się inteligencją i złośliwością. Patrzył nimi w sposób sugerujący, że widziały wszystko co się wydarzyło, i zobaczą wszystko co ma się wydarzyć.

Demon! Niewiele myśląc rzuciłem się na niego z nożem, celując prosto w gardło. Diabeł kiwnął tylko palcem. Zastygłem w chwili, kiedy brałem zamach. Byłem w stanie tylko biernie patrzeć na to co ze mną zrobi.

– Głupcze. – Pokręcił głową. – Jesteś taki jak wszyscy.

Sięgnął za siebie. W ręce trzymał dokładnie tę samą laleczkę, którą znalazłem w spalonej wiosce. Wstał, i przytrzymał ją przed moimi oczami.

– Dokładnie się przyjrzyj. Nie przypomina ci czegoś?

Faktycznie. Obliczę laleczki przypominało twarz którą widzę codziennie w zwierciadle. Moją twarz. Jak mogłem wcześniej tego nie dostrzec?

Demon pstryknął palcami. Na stole obok świecy pojawił się dokument, zapisany linijkami drobnego tekstu. Na prawo od papieru leżał kałamarz i białe pióro.

– Pewnie zastanawiasz się, dlaczego tu jestem. To bardzo proste. Chcę cię zwerbować. Niedawno poznałeś mojego byłego sługę i, jak wiesz, nie ma się najlepiej.

Chyba oszalał. Nigdy nie zgodzę się mu służyć. Nie po tym, co zrobił z Rycerzem Popiołów.

– Tak wiem, co sobie myślisz. Ale zważ, że potrafię być przekonujący. Niby jak zwerbowałbym tobie wcześniejszych. – Dotknął mojego czoła.

 Wpadłem w otchłań. Widziałem ludzi których twarze pokryte były krwawymi wybroczynami i czarnymi niczym noc plamami. Ludzi którzy dosłownie wypluwali kawałki swoich płuc. Ludzi chodzących w korowodach, biczujących się pejczami i wołającymi do Boga o miłosierdzie. Arryka leżącego na ulicy, z kikutami zamiast nóg, żebrzącego o kilka miedziaków. Cały kraj pogrążył się w płomieniach i chaosie.

Leżałem na ziemi, cały oblepiony potem. Znajoma, uśmiechnięta twarz pochylała się nade mną.

– Wystarczy? Czy napatrzyłeś się za mało?

Pokręciłem głową. Przynajmniej odzyskałem władzę nad własnym ciałem, szkoda tylko że oddałem za to przyszłość.

– Czemu mi to robisz? – wydyszałem.

– Wasz świat przypomina teatrzyk. Teatrzyk z nudną historią i jeszcze gorszymi bohaterami. Ja sprawiam że na świecie robi się choć trochę ciekawiej. Ale to nieistotne. Zgadzasz się?

Jakimś sposobem wiedziałem, że jest w stanie wywołać kataklizm. Tak naprawdę nie miałem wyboru. Nie wiedziałem jak wyjść z tej sytuacji. Honor nakazuje poświęcenie samego siebie w takiej sytuacji. A co jeśli to poświęcenie wymaga niehonorowych czynów? Jeśli się zgodzę moi przyjaciele, rodzina będą patrzyć na mnie z obrzydzeniem, gardzić tym co robię i kim się stanę. Ale lepsze to, niż gdyby umierali w męczarniach.

– Zgadzam się – wysyczałem przez zaciśnięte zęby.

– Pięknie, wiedziałem że coś tam jednak masz – powiedział, pukając mnie w głowę. – Wystarczy, że podpiszesz dokument. Wymieszaj atrament z krwią, a będziesz mój.

– Nie umiem pisać.

– Żaden problem. Zostawisz jakikolwiek ślad, a dokument będzie ważny.

Powoli podszedłem do stołu. Chwyciłem pióro i ukłułem palec wskazujący, brudząc go ciemną cieczą. Szkarłatna kropla połączyła się z atramentem, barwiąc go kolorem brudnej, rudej czerwieni.

Z ciężkim sercem przystawiłem pióro do pergaminu, zostawiając małą kropkę.

– Cudownie – stwierdził zachwycony – Na dobry początek zabij Arryka.

Powiedział to tonem, jakby opowiadał najzabawniejszy żart na świecie.

– Co!? Chyba oszalałeś!

Spojrzał w moją stronę, z tym drwiącym uśmieszkiem nie schodzącym z twarzy.

– Chyba nie muszę ci przypominać…

Nie musiał. Przed oczami miałem Arryka. Spodlonego, cuchnącego niczym żebrak, z plamami na skórze i zaschniętymi grudkami krwi na brodzie. Usta poruszały się w bezgłośnej modlitwie. W oczy wkradło się szaleństwo i wszechogarniająca rozpacz. Wiedziałem, co będę musiał zrobić.

Odchyliłem drzwi do sypialni Arryka. Widziałem jak smacznie śpi, w bezpiecznym łóżku z białą pościelą. Chrapanie roznosiło się po całej komnacie. Ostrożnie, uważając by go nie zbudzić podszedłem do legowiska.

Wpatrywałem się w przyjaciela, którego za chwilę zabiję we śnie, jak zwykły morderca. Arryk od zawsze mówił, że chciałby umrzeć stojąc na własnych nogach. Przywitać śmierć wolny od strachu. Bez ostrzeżenia jego chrapanie ucichło, a powieki powoli się podniosły.

– Aribald? Co ty odpierdalasz!? – krzyknął Arryk, kiedy zobaczył wycelowany w swoją pierś miecz

– Przepraszam – powiedziałem, unikając spojrzenia przyjaciela. – Muszę to zrobić.

Koniec

Komentarze

Demon mi się nie spodobał. Jakiś taki bez finezji.

Mam wrażenie, że bohaterowie zbyt łatwo dostali się do wrogiego obozu. Że wartownik nie zachował czujności – to jeszcze można zrozumieć. Ale kufel w warunkach polowych? I nikt nie zauważył, że idzie ze szkłem na wartę? A potem nikt nie przeszkadzał bohaterom w zwiedzaniu obozu? Ani w realizowaniu niechytrego planu? Za łatwo im poszło.

Wykonanie. Masz trochę literówek, miejscami brakuje przecinków. Powtórzenia.

Drewniane chaty zostały spalone do gołej ziemi, zostawiając po sobie strzępki zwęglonego drewna i popiół,

Powtórzenie. Tym bardziej, że w następnym zdaniu też pojawia się to słowo. Drewno się strzępi?

– Choć, musisz to zobaczyć.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “choć”. Możesz się zdziwić.

Mi przypadła pierwsza warta.

Na początku zdania “mnie”.

Widząc całą sytuacje, w głowie kiełkował mi pomysł jak do tego podejść.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to pomysł widział sytuację.

Dwóch z nich leżało z bełtami wbitymi w szyję.

Mieli tylko jedną szyję?

Babska logika rządzi!

Nie bardzo wiem, o co tu chodzi – rozumiem, że banda Szarego Rycerza napadała wioski i mordowała ludność, żeby zdobyć łupy, ale nie pojmuję, dlaczego byli tacy okrutni. Nie wiem, kim są trzej ścigający ich mężczyźni i nie bardzo chce mi się wierzyć, że w trójkę rozgromili czterdziestoosobową bandę. Mam wrażenie, Hubertusie, że Twoim głównym celem było opisanie scen walki i pojedynku, a reszta tekstu posłużyła za wypełniacz. Demon w czapce z dzwoneczkami zupełnie nie przemówił do mojej wyobraźni.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromną przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

– Skur­wiel – mruk­nął Arryk. –> Czy skurwiel jest aby dostatecznie średniowieczny?

 

Wszę­dzie w około le­ża­ły trupy. –> Wszę­dzie wokoło le­ża­ły trupy.

 

– Ari­bald! – za­wo­łał – Choć, mu­sisz to zo­ba­czyć. –> – Ari­bald! – za­wo­łał.Chodź, mu­sisz to zo­ba­czyć.

 

bar­wiąc chmu­ry od­cie­nia­mi czer­wie­ni i po­ma­rań­czy. –> Piszesz o kolorach, więc: …bar­wiąc chmu­ry od­cie­nia­mi czer­wie­ni i po­ma­rań­czu.

 

Mi przy­pa­dła pierw­sza warta. –> Mnie przy­pa­dła pierw­sza warta.

 

– Idź spać, moja kolej. –Klep­nął mnie w ramię. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Gdzie nie­gdzie można było do­strzec biel brzóz. –> Gdzienie­gdzie można było do­strzec biel brzóz.

 

– Pa­trz­cie. –Je­ster wska­zał w niebo. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Ponad drze­wa­mi uno­sił się smugi sza­re­go dymu. –> Literówka.

 

– Dalej pój­dzie­my pie­szo – roz­ka­za­łem. –> A czy można iść inaczej?

 

Ru­szy­li­śmy w stro­nę źró­dła dymu. Po­ru­sza­li­śmy się… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Czte­ry na­mio­ty, ma­lo­wa­ne w czar­no białe pasy… –> Czte­ry na­mio­ty, ma­lo­wa­ne w czar­no-białe pasy

 

Czte­ry na­mio­ty, ma­lo­wa­ne w czar­no białe pasy, bro­ni­ły do­stę­pu do naj­więk­sze­go, opar­te­go o omsza­łą ścia­nę na­mio­tu do­wód­cy. –> Nie bardzo umiem sobie to wyobrazić – ile tam było namiotów? Czy cztery czarno-białe broniły dostępu do piątego największego, a ten opierał się o ścianę szóstego należącego do dowódcy? Dlaczego namiot dowódcy był pokryty mchem, a może i pleśnią?

 

dwóch żoł­nie­rzy, uzbro­jo­nych w ha­la­bar­dy i kol­czu­gi. –> Jak się walczy kolczugą?

 

Wozy z żyw­no­ścią, wodą i łupem, umiesz­czo­no obok po­pę­ka­nych od sta­ro­ści ko­lumn. –> Skąd kolumny na leśnej polanie?

 

Tylko żoł­nie­rze w her­bach za­cho­wa­li dys­cy­pli­nę. –> W jaki sposób żołnierze znaleźli się w herbach?

Proponuję: Tylko żoł­nie­rze z herbami za­cho­wa­li dys­cy­pli­nę.

 

aby opa­no­wać sy­tu­acje… –> Literówka.

 

Dźwięk po­prze­dza­ją­cy szar­że lek­kiej ka­wa­le­rii… –> Literówka.

 

Kilku z nich już ucie­kła w gę­stwi­nę. –> Literówka.

 

Alarm przy­cią­gnął pię­ciu ko­lej­nych wro­gów. Dwóch z nich le­ża­ło z beł­ta­mi wbi­ty­mi w szyję. –> Czy to znaczy, że alarm przyciągnął nawet tych, którzy już leżeli z bełtami w szyjach?

 

w jego oczach zo­ba­czy­łem żądze mordu. –> Literówka.

 

Po­le­ci­łem od­su­nąć się to­wa­rzy­szą… –> Po­le­ci­łem to­wa­rzy­szom, by się odsunęli

 

mój opo­nent od­po­wie­dział tym samym. –> Oponent to przeciwnik w dyskusji.

 

Za­ma­chem z nad głowy wy­ko­na­łem po­tęż­ny atak. –> Za­ma­chem znad głowy wy­ko­na­łem po­tęż­ny atak.

 

Wy­ko­rzy­stu­jąc oka­zje wy­ko­nał kilka szyb­kich pchnięć. –> Literówka.

 

Od­sko­czy­łem, dając nam chwi­le spo­ko­ju. –> Literówka.

 

Z każdą ko­lej­ną wy­mia­ną tar­cza Ry­ce­rza nie­ubła­ga­nie się zmniej­sza­ła. –> Z wymianą czego?

 

Ry­cerz od­su­nął się i wy­rzu­cił ochłap drew­na… –> Ochłap to kawałek mięsa złej jakości.

 

Się­gną­łem po miecz, przy­go­to­wu­jąc się do osta­tecz­ne­go ciosu. Na jego ob­li­czu nie do­strze­głem stra­chu, tylko smu­tek i ulgę. –> Osobliwy to miecz – smutny, ale bez strachu na obliczu.

 

Z głę­bo­kie­go snu obu­dził mnie dziw­ny sze­lest. –> Czy szelest może obudzić głęboko śpiącego?

 

Moje oczy po­wo­li przy­zwy­cza­ja­ły się do pół­mro­ku. Wi­dzia­łem tylko kon­tu­ry jego syl­wet­ki. Na głowę za­ło­żył czap­kę… –> A jakąż to sylwetkę miał półmrok, że o czapce nie wspomnę?

 

Po chwi­li roz­pa­lił za­pał­kę… –> Zapałkę się zapala, nie rozpala.

 

Do bła­zeń­skiej czap­ki w czar­no białe pasy… –> Do bła­zeń­skiej czap­ki w czar­no-białe pasy

 

do­brał zu­ży­tą już ko­szu­le… –> Literówka.

 

naj­gor­sza była twarz. Wy­peł­nio­na zmarszcz­ka­mi i bruz­da­mi… –> Twarz może być pokryta zmarszczkami i bruzdami, ale nie wypełniona nimi.

 

Nie wiele my­śląc rzu­ci­łem się na niego z nożem… –> Niewiele my­śląc, rzu­ci­łem się na niego z nożem

 

Byłem wsta­nie tylko bier­nie pa­trzeć… –> Byłem w sta­nie tylko bier­nie pa­trzeć

 

Niby jak zwer­bo­wał bym tobie wcze­śniej­szych. –> Co to znaczy być komuś wcześniejszym?

A może miało być: Niby jak zwer­bo­wałbym tych przed tobą.

 

twa­rze wy­peł­nio­ne były krwa­wy­mi wy­bro­czy­na­mi… –> …twa­rze pokryte były krwa­wy­mi wy­bro­czy­na­mi

 

Przy­naj­miej od­zy­ska­łem wła­dzę… –> Przy­naj­mniej od­zy­ska­łem wła­dzę

 

Wpa­try­wa­łem się w przy­ja­cie­la, któ­re­go za chwi­lę za­bi­je we śnie… –> Literówka.

 

chciał­by umrzeć sto­jąc wła­snych no­gach. –> …chciał­by umrzeć, sto­jąc na wła­snych no­gach. Lub: …chciał­by umrzeć, sto­jąc o wła­snych siłach.

 

Przy­wi­tać śmierć wol­nym od stra­chu. –> Przy­wi­tać śmierć wol­ny od stra­chu.

 

krzyk­nął Arryk, kiedy zo­ba­czył wy­ce­lo­wa­ny w jego pierś miecz –> …krzyk­nął Arryk, kiedy zo­ba­czył wy­ce­lo­wa­ny w swoją pierś miecz.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Do mnie też nie przemówiło. Trochę nawalanki, gdzieś tam czai się cień pomysłu z tym niegdyś szanowanym szlachcicem, ale nie dałeś mu (temu pomysłu) się rozwinąć.

 

“Do błazeńskiej czapki w czarno białe pasy[-,] dobrał zużytą już koszule w takich samych barwach.”

 

“Postrzępione rękawy odsłaniały kościste, szare ręce. Ale najgorsza była twarz. Wypełniona zmarszczkami i bruzdami, wyglądała jak oblicze stuletniego mędrca.” – 1) twarz nie może być wypełniona zmarszczkami; 2) dlaczego twarz wyglądająca jak oblicze stuletniego mędrca jest czymś tak strasznym?

 

“ochłap drewna“ – ochłap jest mięsa

SJP PWN:

ochłap

1. pot. «kawałek mięsa gorszego gatunku»

2. pot. «coś o niskiej wartości, oferowane z konieczności lub z litości»

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dzięki wszystkim za uwagi i poświęcony czas. Jestem pewien, że wasza krytyka pomoże mi w pisaniu przyszłych dziełek. Błędy oczywiście poprawie

Jest tu pomysł i na fabułę i na postacie. Wymagałby oszlifowania od strony prezentacyjnej – faktycznie tak przedstawiłeś wejście do obozu, że i mnie zdało się ono za proste (co nie znaczy, że takie nie było – zawiodła tutaj kwestia opisu). Bohaterowie nieszczególni, ale też nie razili mnie niczym. Scena walki nie rzuciła na kolana, a to na nią jest położony główny akcent tekstu.

Podsumowując: coś tu jest, ale póki co bez fajerwerków. Do pomocy w oszlifowaniu sięgnij po następujące linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Ja tam lubię takie awanturnicze fantasy i sam pomysł mi się podoba. I akcja pogoni za Rycerzem Popiołów i szmaciana laleczka i demon. Warsztat też nie jest taki zły, to znaczy jest jeszcze spore pole do poprawy, ale nie czytało się źle. Do wszystkiego dojdziesz z czasem.

Przyczepię się do początkowej narracji i rozmowy Aribalda z Arrykiem, bo z tekstu zupełnie nie wynika, że podróżują dużym oddziałem, ba, może nawet kompanią. Brzmi to raczej, jak pogoń drużyny za zbiegiem.

Jak na pierwszą publikację to wstydu nie ma.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Zacznę od plusów: język opowiadania lekki i przyjemny, pozwalający się wkręcić i przeczytać całość szybko. Bohaterowie, mimo braku długich opisów, są wyraziści i dają się lubić. Błędów logicznych i językowych nie jest dużo.

 

Ale… są też minusy.

 

Tu popieram spostrzerzenia Finkli – też mam zarzuty do nadmiernej łatwości, z jaką bohaterowie zrealizowali “chytry” plan: na logikę – ok. 40 koni, które uciekają na oślep, a nie celowo atakują ludzi, nie byłoby w stanie zrobić aż takiego spustoszenia. No i powinny uciekać losowo od zagrożenia, a nie wszystkie jedną linią zrobić szarżę na obóz.

 

No i demon – serio wystarczyło, że zastraszył bohatera obrazem jego umierających bliskich? Czyli właściwie wykonał robotę zwykłego, dość wpływowego zbira, który próbuje coś wyłudzić szantażem? Mało finezyjne.

 

Niemniej, twój warsztat mi się podoba i zachęcam do dalszego pisania – chętnie poczytam.

A mnie się podobało. Styl mi sie podobal, choć miejscami można by napisać zgrabniej. W oko wpadło mi też kilka literówek i błędów interpunkcji. 

Zgodzę się, że akcja w obozie była… hm… mniejsza z tym, że za łatwa, ale również opis potoczył się bardzo szybko i bez większych emocji. Szczegóły wróciły dopiero przy pojedynku. 

Co do demona – nie przepadam za tego typu istotami w fantastyce, ale sam pomysł, że demon zmuszał do zbrodni jest w sumie fajny. Zabrakło mi tylko tego, dlaczego główny bohater tak szybko zgodził się na pakt. Była jakaś wizja w jego głowie… ale nie wiem, czego wizja. Albo mi to umknęło.

 

Ale ogólnie wrażenia pozytywne :) 

Dzięki ci Atalajszo za szczerą opinie.

Fantasy z domieszką silnych wrażeń, bez bezczynności i “pustych” dialogów. Demoniczność, która została wykorzystana na końcu, wprowadza istotne wątki chaotyczności – może warto rozszerzyć pole opisów o podgatunek Angel Fantasy, bo niektórzy autorzy mieszają różne style oraz gatunki. Dla przykładu warto przeczytać “Podniebną Krucjatę” Poula Andersona.

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/67754/podniebna-krucjata

Bardzo zwróciłem uwagę na opisy, które wprowadziły mnie “gorąco” w treść twojego opowiadania – na początek są bardzo dobre:

“Wokół nas wznosiły się wiekowe dęby. Gdzieniegdzie można było dostrzec biel brzóz. Las wydawał się spokojny, istniał nie przejmując się naszą obecnością.

W końcu dotarliśmy do rozwidlenia. Ślady ujawniły, że Rycerz skręcił ścieżką ciągnącą się w głąb lasu…”

 

Jeżeli lubisz fantasy i średniowiecze, to powinieneś spróbować skupić się nieco więcej nad ówczesnym społeczeństwem – zamki, grosze jakie otrzymywali poddani czy umiejętności rzemieślnicze – choćby kowalstwo. Fajne opowiadanie, posiadające ciekawych bohaterów oraz świat.

Koniec życia, ale nie miłość

Nowa Fantastyka