- Opowiadanie: Daakman - Hymn Podpalacza

Hymn Podpalacza

Walczę i walczę, by powstało z tej idei, która uderzyła we mnie niczym młot sześć lat temu, coś reprezentatywnego. Tą ideą jest obszerna, wielowątkowa powieść, której rozdział pierwszy staje oto przed waszym obliczem i domaga się deszczu krytyki, coby jego autor zachłysnął się nim i otrząsnął przezeń z wszelkiej buty i zarozumiałości.

Wymarzyłem sobie przede wszystkim tę powieść jaką aluzję do filozoficznego pojęcia Woli ku Mocy. Chciałbym oprzeć na nim całą “fantastyczność” świata przedstawionego – magia przybiera tu różne postacie, wpierw jest jednak ogniem, zatem pasją, namiętnością, pędem ku życiu, walką i wojną.

Rozdział jest po licznych, mniejszych i większych poprawkach. Zachęcam do pozostawiania swoich przemyśleń na temat tego tworu.

Oceny

Hymn Podpalacza

 

Rozdział I

Rewelacje

 

 

 

Ostry, przeszywający wiatr krążył szaleńczo po cmentarzu, chybocząc uśpionymi drzewami. Choć było ich tu pełno, mało które wyrosło dość silne, zapuściło swe korzenie dostatecznie głęboko i zrodziło gałęzie tak wytrzymałe, by zdolne było ono nie ulec potędze chaotycznego żywiołu. Ten był nieubłagany – pragnął wprawić w ruch co tylko znalazło mu się na drodze. Cel był dlań jeden: niech zadrży świat, niechaj pogrąży się w zamęcie, wzbije w powietrze i stanie bezładem. Poddały się wichrowi drzewa; poddał się śniegowy puch, tworząc białe wydmy; wszystko uginało się pod naturą, lecz nie kamienne nagrobki i pomniki. Tylko te wznosiły się dumne i niezłomne, z wyrytymi na sobie nazwiskami tych, których życie i śmierć upamiętniały. Toczyły mężnie nierówny bój z przewyższającą ich stokroć mocą. Eso zaś leżał gdzieś w śniegowej zaspie i przyglądał się z oddali tej odwiecznej walce, dumając nad rolą, która w niej mu przypadła.

Śnieg wchodził mu pod ubranie i zostawiał na jego ciele swój zimny pocałunek, nie przejmował się tym jednak zanadto. Myślał o przyszłości, o tym co go czeka, o wszystkich kłopotach, z którymi wkrótce miał się zmierzyć – to w najgorszym wypadku. W najlepszym jego życie uległoby tylko drobnym zmianom, ale nie pokładał w tej utopijnej perspektywie wiele nadziei. Szanse na to były równe zeru. Za chwilę miał zderzyć się z przyśpieszonym procesem dorastania. Nie chciał tego. Do tej pory było mu dobrze. Zdążył przyzwyczaić się już do tej beztroski.

Widok na zachmurzone niebo przysłoniła mu sylwetka jego matki. Jej długie, kasztanowe włosy fruwały na wietrze, a ciało całe drżało, mimo grubego, skórzanego płaszcza. Choć mróz aż trzeszczał, nie działo się to z zimna, ale z płaczu. Twarz zalaną miała łzami. Dość miała zmartwień, a on przysporzył jej kolejnego swoim dziecinnym zachowaniem. Ciekawe co powie.

– Wstań, Eso. Zrób to chociaż dla siebie. Nie chcę żebyś zachorował.

– Przyszedł?

Cisza.

– W takim razie odejdź.

Zrobiła co rozkazał. Nie miała już siły na jego humory. Eso wiedział, że nie tak powinien ją teraz traktować. Nie teraz, w tym wyjątkowo trudnym czasie. Ale czuł się taki opuszczony, pozostawiony sam sobie. Wokół tyle zagrożeń, z którymi nigdy do tej pory nie miał do czynienia. Wydawało mu się, że ma prawo do takiego zachowania. To pomoże mu odreagować. A spojrzenia reszty rodziny, nawet i królewskich dostojników, tych ludzi, których w zdecydowanej większości tak naprawdę nie znał, nie sprawiały na nim żadnego wrażenia. I tak nikogo z nich jego los nie interesował wystarczająco, by mógł liczyć na ich pomoc. Czasem obejrzeli się tylko na niego oskarżycielsko, pozostały czas poświęcali w skupieniu na rytuał pogrzebowy. Modlili się do swojego boga, jakby nagle miał zesłać im ratunek i spokój zadręczonej duszy. Nie istniało coś takiego jak opatrzność boża. Na pewno nie dla niego.

W zmarzniętą ziemię cmentarzyska wbito kolejny nagrobek. Tym razem nie byle kogo, bo królewskiego skarbnego – stąd tyle zadartych nosów obecnych na pogrzebie, przybyłych wprost ze stolicy. Ktoś musiał zapłakać nad jego losem w imieniu Korony. Lecz rzewnych łez nie wylewała tylko ona, jako wysoki urzędnik Ronad Pholl pozostawił po sobie liczną, kochającą rodzinę. Próżno dopatrywać się tu boskiego błogosławieństwa, gdy pełen sił, zdrowy mąż opuszcza swą żonę i dwóch synów. Jego odejście jest początkiem krążącego nad nimi fatum: Fatil – starszy z synów, znika w niewyjaśnionych okolicznościach, Eso – młodszy, traci sposobność ku zdobyciu wyższego wykształcenia i staje się spadkobiercą ojcowskich zobowiązań. Od tej pory jest on głową rodziny, źródłem jej dochodów i co w tym wszystkim najważniejsze: dziedzicem zapomnianej włości. Gdzież podział się troskliwy wzrok boga, gdy potrzeba go najbardziej?

– Niech wielki Pan, stwórca tego świata, ma swojego syna i naszego brata, Ronada Pholla w swojej opiece aż po wieczność. – Ledwie zabrzmiały słowa zamykające egzortę z ust zdziadziałego żercy. Jeszcze trochę i wyplunąłby płuca. Na pogrzeb przyszedł obłożnie chory: wysoka gorączka i potężny kaszel. Ale to nie pobożność, a złoto skłoniły go do podjęcia takiej decyzji. Rodzina Phollów wyłożyła sporą kwotę, by zapewnić jej głowie godny pochówek. Nie obyłoby się bez kapłana – jedynego w tej zabitej deskami dziurze.

Wszystko świadczyło o tym, że ich wiara to iluzja, a przeciwstawni sobie Agaf – jedyny bóg, pan światła, prawdy, wyzwolenia oraz Zjog – król demonów usiłujący dorównać bogu Agafowi, zdetronizować i zająć jego miejsce, których istnienie tak zawzięcie i zupełnie bezrefleksyjnie przyjmowali jako bezdyskusyjny fakt, jedynie zmyślonymi na potrzeby bajki postaciami. Mimo to gawiedź posłusznie podtrzymywała przekonanie o narzuconym przez niebiosa celu ich marnych egzystowań i w obawie przed boskim gniewem – bowiem Agaf miał być sędzią bezwzględnym w swej sprawiedliwości – nie śmiała czegokolwiek zakwestionować czy nawet wyrazić powątpiewania. Eso nie mógł się dziś na to godzić. Nie będzie przyjmował na wiarę tego, czego nie może zbadać ani udowodnić. Nie będzie akceptował wykreowanych w czyjejś głowie mitologii, stworzonych tylko po to, by mogły odpowiedzieć na pytania pozbawione odpowiedzi.

Tylko wysoka warstwa społeczna, do której przynależał pozwalała mu na taką swobodę poglądów, a i nawet wypowiedzi – rzecz jasna skrajnie niepoprawnych i kontrowersyjnych. Wiążące się z nią przywileje ratowały od poniesienia konsekwencji. Jeśliś otwarcie wyrzekał się jedynego, prawdziwego Agafa, na zawsze wykluczano cię ze społeczeństwa. Lud, ale i władza były przeczulone na tym punkcie. Ni jedno, ni drugie nie dopuszczało sprzeciwu, wzgardzało odmiennością. Ci, którzy nie pasowali do wzoru byli potępieni. Zwano ich potomkami Zjoga. Zjog istotnie był pierwszym, który się sprzeciwił. Zanegował sposób odbierania rzeczywistości jaki narzucił Agaf. Za karę został wygnany. Tak też, zgodnie z wolą Agafa, do odmętów odrzucenia trafiali wszyscy nieposłuszni. Pomyśleć, że fikcyjna legenda miała taki wpływ na rzeczywistość. Lecz to właśnie rzeczywistość pisała te legendy – nigdy odwrotnie.

Kiedy uznał już, że dość mu spoczywania pośród śniegowych zasp, nieprzypadkowo w momencie skierowania się korowodu pogrzebowego do kaplicy oddalonej o spory kawałek drogi, w towarzystwie najwierniejszej ze wszystkich towarzyszek – Samotności, stanął przed świeżym grobem jego ojca.

Ronad Pholl, kochający ojciec i mąż”, głosiły wyryte litery.

Cóż mógłby pomyśleć o nim w takiej chwili brat Fatil? Gdyby tylko tu był, potoczyłoby się to inaczej. To on przejąłby włości i obowiązki po ojcu. Poradziłby sobie i godnie reprezentowałby pełnioną funkcję. To Fatila wyczekiwał Eso, uparcie próbując zatrzymać przy sobie resztki nadziei. Ale Fatila długo już nie widziano i nie zapowiadało się, by miało się to zmienić. Z dniem, w którym odnaleziono Ronada martwego, Fatil jak gdyby nigdy nic wyszedł przez frontowe drzwi i od tamtej pory słuch po nim zaginął.

On, jego młodszy brat, Eso Pholl był tylko rozpieszczonym i rozwydrzonym bachorem, myślącym jedynie o przyjemnościach i dobrej, niestrudzonej dużym wysiłkiem zabawie. Teraz, kiedy porównywał się do swojego brata, rozumiał to. Nie tylko nie chciał podejmować się tak obciążającego zobowiązania, ale również uważał się za osobę niegodną i niekompetentną, przeznaczoną innym celom. Miał zresztą swoje plany, których zrealizowanie do niedawna zdawało mu się jeszcze możliwe. Do niedawna. Teraz wyobrażał sobie tylko ponurą przyszłość, pełną niechcianych zmian, poświęceń, ciężkiej pracy i przede wszystkim – pozbawioną w y g o d y. Do tej pory życie płynęło mu gładko i życzyłby sobie, by tak pozostało.

Jeszcze dwa tygodnie temu rozmawiał z Ronadem. O jakichś bzdurach, nie był nawet w stanie sobie ich przypomnieć. Nie spodziewał się tej śmierci. Przyszła bardzo nagle i przyniosła ze sobą dużo złego. Ci naiwniacy powiedzieliby pewnie, że to znak od boga, że Ronad czymś mu zawinił, tak że ten postanowił go ukarać poprzez niezapowiedzianą śmierć. Niech tylko spróbują. Splunie pod nogi każdemu, kto odważy się wypowiedzieć podobne słowa. Jego ojciec po prostu miał pecha. Specyfiki pobudzające zwane lektusami, które Ronad zażywał ledwie od miesiąca, zostały niewłaściwie przygotowane. Do sporządzenia ostatniej partii nie użyto sprawdzonej błękitnej jagody, a łudząco podobnej szafirowej. Jak stwierdził wynajęty do szczegółowego przebadania specyfiku alchemik, to była pechowa partia, jedyna zawierająca w sobie szafirową odmianę. Jak przekonywał, zdarzało się, że nawet bardziej doświadczeni alchemicy i zielarze dokonywali niewłaściwej identyfikacji. Całe zdarzenie nazwał niefortunnym wypadkiem przy pracy, zapierając się jednocześnie, że osobiście nigdy nie dopuścił się czegoś podobnego.

Dłonią dotknął zimnego nagrobka. Znów to poczuł. Coś delikatnie kłuło go w brzuchu. Było przyjemne. Wszystko przez chwilę się zatrzymywało. Trzaskający mróz przestał dokuczać. Widok przybitej, zrozpaczonej matki nie był już taki bolesny, sumienie nie odzywało się z taką nieznośną częstotliwością. Nastąpiło wyciszenie, ukojenie wszystkich zmartwień. Nawet przyszłość nie wydawała się już taka przerażająca. Znów się w nim odzywało. Nie miał pojęcia co to. W ciągu tych sześciu dni, w których bezpowrotnie utracił kontakt z ojcem, stało się jeszcze silniejsze, pojawiało się w najmniej spodziewanych momentach i było takie rzeczywiste.

To było pożegnanie. Nie zamierzał wracać tu, do Brothissy, jego małej ojczyzny, zapomnianej wioski na północy królestwa, jeszcze przez bardzo długi czas. To miejsce będzie mu się kojarzyło tylko ze strachem przed dorosłością. Powróci wspomnienie smaku dzieciństwa, niewiążącej się z żadnymi, daleko idącymi konsekwencjami, lekkomyślności i niefrasobliwości. Jeśli zdecyduje się tu kiedyś wrócić, zrobi to tylko jako mężczyzna, nie jako słaby, nieodpowiedzialny chłopczyk, którym jest teraz.

– Cześć, tato – szepnął ze smętnym uśmiechem pod nosem i zlizał zebrane pod nim mleko.

 

Zanim oficjalnie miał przyjąć tytuł kasztelana w spadku po ojcu na zbliżającym się spotkaniu z jakimiś państwowymi urzędasami, musiał rozwiać jeszcze kilka wątpliwości dotyczących pewnych zagadnień. Ułatwić miał mu w tym zbiór ksiąg, który prócz zaszczytów i ziem otrzymał po ojcu. Był to jego pierwszy kontakt z tą kolekcją i zamierzał dokładnie przestudiować każdą stronę, by możliwie jak najwięcej dowiedzieć się o administracji, polityce, gospodarce, ekonomii i masie innych bzdur, którymi dotychczas interesował się bardzo pobieżnie. Całe szczęście, że nie było to dla niego aż tak nudne, jak mogłoby się wydawać. Do niektórych tematów podchodził z nieukrywanym zaciekawieniem, przyjemność sprawiało mu też konfrontowanie swojej wiedzy z rzeczywistym stanem rzeczy. Zahaczył też o historię, arytmetykę, liznął kilku języków. Sam był zaskoczony tym jak poważnie podszedł do sprawy, było to do niego przecież całkowicie niepodobne. I nie liczył się dla niego fakt, że robił to w ostatniej chwili, kilka mil przed Alcharium, małej stolicy Czwartej Prowincji, gdzie zaplanowano spotkanie. Powiedzenie „lepiej późno niż wcale” nie odstępowało go na krok.

Nauka przypomniała mu o dawnych ambicjach studiowania. Mógłby szkolić się na inżyniera w którymś z prestiżowych uniwersytetów, dzięki finansowemu zapleczu rodziców. Miał bystrą głowę, otwartą na poznanie świata, niejednokrotnie wykazującą się wspaniałą umiejętnością logicznego myślenia. Szybko się uczył, dużo pamiętał i był inteligentny. Znał też wartość wykształcenia i pieniądza, który wiernie się go trzyma, brakło mu tylko pracowitości i cierpliwości w dążeniu do tego niełatwego celu. A teraz to wszystko było już tylko niewykorzystaną szansą, częścią dawnego Eso – wolnego i mogącego poprowadzić swoje życie w takim kierunku jakim tylko zapragnie. Obowiązki ojca, które spadną teraz na niego, odetną go bezpowrotnie od wszystkiego z nimi niezwiązanego. Im dłużej o tym myślał, tym w ciaśniejszej klatce się sobie wyobrażał, z coraz to węższymi odstępami pomiędzy poszczególnymi kratami. Drażniła go brutalna prawdziwość sztampowego powiedzenia o docenianiu tego, co właśnie się straciło. Nagle okazało się, że niewarci złamanego grosza, wioskowi mędrcy spod gołębników mieli więcej racji niż chciałoby się im to przyznać. Eso stracił możliwość wolnego, samodzielnego wyboru. I to prawdopodobnie nieodwracalnie.

O czystej krwi”, brzmiał tytuł jednej z ksiąg. Wyróżniała się na tle innych już samą oprawą, deska do niej użyta była grubsza, wzmocniona złotymi blaszkami. Była bardziej zniszczona przez czas i właścicieli, których przetrwała. Skąd Ronad miał dostęp do takiego artefaktu? I dlaczego nie zadbał o lepsze miejsce jego spoczynku, wrzucając go tutaj, do lektur o prawach kasztelana, zasadach działania okręgu grodowego i znaczenia pieniądza w społeczeństwie? Być może zdecydował o tym czysty przypadek.

Woźnica dał znać, że już bardzo blisko. Rzeczywiście, za chwilę mieli znaleźć się pod murami miasta. Coś wzdrygnęło Eso. To chyba stres. Do tej pory był tylko obserwatorem takich spotkań, teraz miał być ich pełnoprawną częścią. Oby nie zrobił jakiejś gafy, nie wygłupił się przed tymi ważniakami. A wiedział, że byłby do tego zdolny.

Otworzył księgę na losowej stronie. „…z obawy przed zagrożeniem z ich strony, zgodnie z demokratycznymi ustaleniami, w życie weszło rozporządzenie traktujące o całkowitej, doszczętnej czystce, która miała ich wkrótce spotkać. W zamyśle nie miał przeżyć nikt obdarzony tym darem. Wypleniona miała zostać też pamięć i wiedza o nich: zajęto się spalaniem ksiąg, niszczeniem należącej do nich architektury, wszystkiego co stanowiłoby ślad po ich istnieniu. Kara śmierci była konsekwencją niesubordynacji wobec kultywowania tego procesu, który przez następne pięć pokoleń drastycznie postępował. Społeczeństwo głęboko wierzyło w ich winę i niebezpieczną odmienność na tle światopoglądowym, religijnym i kulturowym, która miałaby stać się przyczyną utraty stabilności i jedności w królestwie – tym samym jawne sprzeciwy, bunty należały do rzadkości. Ogromną rolę miała w tym, szerzona aż po granice Królestwa Sadaali, propaganda, mająca zasiać nienawiść i pogardę do przedstawicieli tych bulwersujących odchyleń.”

Wysiadać. – Padło polecenie, okrutnie przerywając lekturę. Strażnik bramy przyglądał się Eso spode łba.

– Jestem Eso Pholl. Przybyłem tu na spotkanie z jakimś… Gachem Moggią.

– Kim, kurwa?

– Ma chyba na myśli Stoggię – odezwał się inny, podśmiewując się.

Nastąpiło krótkie przeszukanie. Pod lupą znalazła się też zawartość karety. Nie zainteresowali się stosem książek, jako najpewniej nie posiedli umiejętności rozróżniania literek, nie mówiąc już o trudnej sztuce jaką było rozumienie całych słów. A szkoda, bo skoro uniemożliwili mu czytanie, może odpowiedzieliby na pytanie kim byli ci tajemniczy odmieńcy, których sprzątnięto z powierzchni ziemi. To było coś nowego, o czym jeszcze nigdy nie słyszał i nie ukrywał zainteresowania tym tematem. Na jego nieszczęście dowiedział się tylko, że jego rzeczy zostaną zwrócone mu, kiedy zdecyduje się opuścić Alcharium. Pożałował, że wziął ze sobą te książki. Nie chciałby którejś stracić, a w takim zamieszaniu wiele rzeczy stanie się możliwych. To spuścizna jego ojca. Powinnością jest, by ją zachować. Zamierzał porozmawiać o tym ze Stoggią, być może będzie w stanie mu pomóc.

 

– Jebią mnie twoje książki. Nie zaprosiłem cię po to, by rozmawiać o nich. – Gachio Stoggia, bo tak brzmiało jego prawdziwe imię i nazwisko, już na pierwszy rzut oka wydawał się być człowiekiem bardzo zapracowanym. Kręcił się niespokojnie po swojej komnacie, zaglądając do stosów pergaminów w poszukiwaniu jakiegoś dokumentu. Nie wyglądał jakby miał wiele czasu i energii na dyskusję z Eso, zaproszenie widocznie było zwyczajną formalnością.

– Mam ci powiedzieć co i jak. Masz w ogóle pojęcie kim jestem, chłopcze?

Prawdę powiedziawszy to nie miał. Ojciec czasem wzmiankował jakieś nazwiska, ale nigdy żadnego dobrze nie zapamiętał, a przynajmniej teraz mu się tak nie wydawało. Wiedział, że jest w Alcharium, małej stolicy Czwartej Prowincji i że zarządza nią gubernator Ren Forrus. To całkiem niewiele, ale był zmobilizowany do fundamentalnego poszerzenia swojej szczątkowej wiedzy.

– Rozumiem, że to milczenie jest równoznaczne z „nie". Jestem wojewodą Ceservii. Nie krzyw się tak. Nie rozumiesz słowa „wojewoda", prawda? Jeśli nazwę się zarządcą, zrozumiesz? Nieważne. Będę twoim przełożonym.

Stoggia wyrzucił na biurko ogromną mapę, kilka książek i dwa pergaminowe zwoje.

– Weź to. I zrób z tym co uznasz za stosowne. Wiem, że jesteś młodziutki i przestraszony. Przed tobą długa droga. Najchętniej oddałbym tę kasztelanię w ręce kogoś innego, bardziej doświadczonego. Ale nie mam wyboru, odziedziczyłeś to po swoim ojcu. Będę musiał się teraz z tobą pierdolić jak z jajkiem. A to jest Buckerish. – Rozwinął mapę i wskazał palcem mały punkt nieopodal północno-wschodniej granicy. – Górnictwo odpowiada za jego utrzymanie, jest tam trochę soli, którą transportujemy na południe, do większych grodów, w tym także do mojego. Wydobywaniem zajmują się skazańcy i ci, którym nie udało się zbiec do Północnych Pustkowii. Nie trzeba chyba rozwodzić się wiele z czym to się wiąże. Takie miejsca jak to, to wylęgarnie największych szumowin i odpadów.

„Kasztelan Buckerish” brzmiało dość poważnie, by spociło mu się czoło. Wszystko wokół niego stawało się coraz bardziej namacalne. Musiał się zaaklimatyzować i przyzwyczaić do otoczenia, skoro będzie ono jego nowym domem. To był kolejny rozdział w jego historii. Nadszedł czas na poważne zmiany. Będzie to sobie powtarzał do znudzenia.

– Twój ojciec był w porządku… – Stoggi udzielił się poruszający do bólu nastrój Eso, chociaż przychodziło mu to z wielkim skrępowaniem. – Można było na niego liczyć. Zawsze dobrze wiedział co robi. To był… Chcę po prostu powiedzieć, że wcale nie muszę ci pomagać. Ale zrobię to ze względu na twojego ojca, szkoda byłoby zmarnować cały jego wysiłek i poświęcenie.

– Jestem wdzięczny – Eso wykrztusił z siebie. Słowa Stoggi brzmiały szczerze, ale było za wcześnie, by stwierdzić czy ten zabiegany urzędas jest godny zaufania.

– Dopilnuję, żeby moi chłopcy z Buckerish cię wprowadzili. Poradzisz sobie. Na pewno masz to w genach. – Stoggia wysilił się na krzywy uśmiech. Zdecydowanie bardziej do twarzy było mu z tym poirytowanym grymasem, z którym zobaczył go po raz pierwszy.

 

Po tych wszystkich podpisach, które musiał złożyć, rozbolały go palce. Rozbolała go także głowa i burczało mu w brzuchu. Stres robił swoje, ale nie zamierzał mu się poddawać. Nie chciałby wyjść na wystraszonego kota, choć pewnie na to było już za późno.

„Nie łudzę się co do twego zapału, synu” – wyznała mu któregoś razu matka, gdy przygotowywała go do nowych obowiązków. „Jako znam wszystkie twe oblicza, poznałam także to! Dopilnuj, abym odkryła cię z tejże strony pierwa i ostatnia” – przestrzegała. Stąd też musiał sprawić dobre pierwsze wrażenie. Jeśli plotki o Eso nie wyjrzały już jakąś sposobnością poza ojczystą Brothissę, to należało dołożyć starań, aby nigdy się to nie wydarzyło. Nikt nie mógł wiedzieć, że Eso Pholl to niemota, miglanc i lekkoduch. Należało prędko obudować się zwodniczymi pozorami. Głowa do góry, wzrok przed siebie, kroki stawiać pewnie, lecz uważnie, pod żadnym pozorem nie szurać nogami, myć kudły, golić wąs pod nosem, obcinać pazury i nie grzebać nimi w ziemi! Ubranie winno być niezalatujące potem i niepogłąbione, buty czyste z zawiązanymi sznurówkami! Postawa wyprostowana, mówić stanowczo i wyraźnie, nikogo przy tym nie opluwać, ni też truć nieświeżym oddechem! Nie bałaganić zanadto, sprzątać po sobie, nie gubić swych własności i nie zawłaszczać w roztargnieniu cudzych! Kłaniać się możniejszym, jeśli przyglądać się pospólstwu, to tylko z kompasją! Schlebiać bez miary swym rozmówcom i z jednaką bezwzględnością spotwarzać wspólnych wrogów…!

„Dość!” – Musiał wówczas Eso dać swej matce sygnał do opamiętania, gdy ta konstruowała przepis na porządnego obywatela. Dziś strach pomyśleć, co było dalej, jeśli to, co zdołało paść z jej ust było dlań nadmiarem. Zastosować się do tego będzie dla Eso wywróceniem świata, do którego przywykł, do góry nogami. Będzie to męka potworna, której nie wyśnił mu żaden koszmar, nie przyniosła ze sobą najczarniejsza z mar. Lecz Eso chciał walczyć dzielnie. I teraz pamiętał o swych powinnościach. Skoro trzymał pod pachą ogromną torbę z podarunkami od Stoggi, należało znaleźć dla niej użytek! Poprzysiągł sobie, że zapozna się z nimi od deski do deski.

To uczucie. Było z nim. Czuł je. Wypełniało go niezdrowym podekscytowaniem. Nie chciał by go opuszczało, choć jego pojawianie się zależało wyłącznie od jego humorów i nie miał nad tym żadnej kontroli. Ostatniej nocy dużo myślał o tej dziwne sile gnieżdżącej się w jego sercu. Czym była? Dlaczego właśnie teraz nastąpiła jej intensyfikacja? Czy Ronad miał z tym coś wspólnego?

Kareta czekała na rynku. Woźnica miał nietęgą minę.

– Świaniali w twoich rzeczach. Zabrali ci jedną książkę.

– Kto taki?!

Mężczyzna skinął na grupkę strażników oddanych zażartej dyskusji. Nie w smak było Eso to podarować. Zacisnął pięści i ruszył na zebranie.

– Ejże! Zwróćcie prędko, co nie wasze!

Obejrzeli się na niego. Ichnie zakazane mordy jeszcze chwilę temu się nie zamykały, a teraz przyglądali mu się w przerażającym milczeniu, licząc, że powie co więcej i sprowokuje ich do agresji. Rozejrzał się po nich i dostrzegł strażnika, z którym miał okazję rozmawiać przed główną bramą.

– Ty! Mówiłeś, że…

Mężczyźni nagle się rozsunęli, ustępując miejsca prawdziwej bestii. Wysoka na co najmniej dwa metry, kreatura w ciężkiej, stalowej zbroi i krwistoczerwonym płaszczu z kapturem, szczękając, podeszła pod małego jak mróweczka Eso. Pod żelazną, wyszczerbioną maską krył się chyba człowiek. Ale jaki człowiek mógł być taki wielki?

– Secrum Ahilla – przedstawił się niskim, chropowatym głosem. – Jakiś kłopot?

Inkwizytor. Długa szata, z ukrytą pod nią bitewną zbroją i maska w całości zasłaniająca twarz. Przy pasie ogromny, szeroki miecz, z pewnością niewyobrażalnie ciężki, ale to nie kłopot dla takiego masywnego potwora. To bez wątpienia był jeden z tych skurwysynów. Stanowili elitę zbrojną królewskiej armii: wyszkolone do boju w każdych warunkach, machiny wojenne o nadludzkiej sile. Wysyłani tylko do najtrudniejszych zadań. „Niezłomni, nieugięci, protektorzy sprawiedliwości i porządku…” Tak o nich pisano w pierwszym, lepszym biuletynie przed gospodą. Bardowie układali o nich romantyczne piosenki, w których zapewne wzdychali do ich żylastych mięśni.

– Zabraliście moją rzecz. Byłbym rad dostać ją z powrotem.

– Wolałbym nie.

– Dlaczego?

Żelazna maska podsunęła się pod twarz Eso na niebezpieczną odległość. Niemal słyszał jak charczy pod tą kupą złomu. Pewnie ciężko było mu w tym wysiedzieć w upalne dni.

– Zdecydowaliśmy przetrzymać ją na chwilę, ponieważ się nam ona nie spodobała – usłyszał w odpowiedzi. Groźny ton robił wrażenie.

– Nędzne to wyjaśnienie, a właściwie jego ochłap. Rzekniesz coś więcej?

– Rzeknę. Że więcej nie potrzebujesz. A teraz zmykaj. Raz!

Nie powinien łatwo dawać za wygraną. Książki były mu potrzebne i należały do jego ojca. Ale nie mógł walczyć o nie z tym osiłkowatym Ahillą, nie wchodziło to w rachubę. Nie mógł liczyć też na pomoc kogoś z Alcharium, był tu kompletnie sam i nikogo nie znał. „O czystej krwi” musiała wzburzyć takie poruszenie. Gdyby tylko mógł ostatni raz zajrzeć do niej i dowiedzieć się o kim opowiadała. Inkwizytorzy mieli z nią coś wspólnego, teraz było to jasne. Ale to nie zaspokajało jego ciekawości, wręcz przeciwnie – tylko niepotrzebnie podsycało. Chyba był zmuszony do odpuszczenia, miał teraz większe zmartwienia na głowie.

– Jeszcze się zobaczymy – rzucił z enigmatycznym spokojem w stronę inkwizytora.

– Lepiej dla ciebie, żeby nie.

Jeszcze ją dostanie, prędzej czy później.

W drodze powrotnej cały swój wolny czas wykorzystał na naukę i pogłębianie wiedzy. Do najistotniejszych faktów, z którymi się zapoznał, należało między innymi szczegółowe położenie Buckerish i charakterystyka okolic. Gród i podgrodzie, które będą służyły mu jako ośrodek administracyjny, swoje leże miały nieopodal sporego jeziora Eyatier; gród otoczony był palisadą, tam też miał mieszkać Eso i tam mieszkała jego załoga: włodarz, skarbnik, geolog oraz wojowie. Podgrodzie przeznaczone osadnikom Buckerish podzielone było na dwie części: mieszkalną i przemysłową. Druga bezpośrednio prowadziła do oddalonej o milę, wielopoziomowej kopalni z własną windą i kilkudziesięcioma szybami, niestety w większości nieczynnymi przez ostatnią aktywność tektoniczną. Sprawne pozostawały pod całodobową opieką skazańców, którzy bezustannie czynili tam prace wydobywcze. Nad pracami czuwał geolog Drake Filister, skarbem zajmował się zaś noszący enigmatyczne imię Smok. Aż do momentu przybycia prawowitego spadkobiercy po zmarłym Ronadzie Phollu grodem miał zawiadywać włodarz Villeryan – zarządca gospodarczy. Cała wspomniana trójka, można by rzec, że dopiero odnajdywała się w swoim przeznaczeniu – w niejasnych okolicznościach przejęli schedy po fachowcach wiernych Ronadowi, którzy to zostali oddelegowani po jego śmierci w miejsca bardziej godne ich kompetencjom. Gród borykał się podobno także z miejscową chuliganką. Stanowiło to naturalną konsekwencję zasilania populacji Buckerish skazańcami i zbiegami. Stoggi zdarzyło się o tym wspomnieć, co tylko podkreśliło wagę tej sytuacji. Eso planował zwrócić na to szczególną uwagę.

Na horyzoncie Buckerish malowała się legendarna przełęcz Międzykontynentalna. Za nią ciągnęły się już tylko wysokie, oblodzone góry, tajgi i ogromne połacie wiecznych zmarzliń – wszystko to było częścią Północnych Pustkowii, krainy mrozów należącej do wymierającej rasy niebieskoskórych Lazulian. Był to cel wielu zbiegów i zbirów, uciekających przed odpowiedzialnością za zbrodnie. Nie panowało tam żadne prawo, większość terenów pozostawała niezamieszkana, tylko co jakiś czas można było natrafić na małe osady tubylców, którzy, choć odznaczali się wyjątkową niegościnnością w stosunku do obcych, nie stwarzali także dla nich zagrożenia, chcąc pozostać odseparowanymi i niezależnymi od wielkich cywilizacji tak bardzo, jak tylko to możliwe. To właśnie pragnienie tej, tylko pozornej, wolności i braku ograniczeń, inspirowane Lazulianami, prowadziło naiwniaków do największej zguby. Warunki panujące na Pustkowiach okazywały się zbyt trudne dla wielu śmiałków, przez co większość albo wracała, albo umierała, stając się częścią ogromnego cmentarzyska wysuniętego na północ od przełęczy, nazywanego Białą Nekropolią. Dalej było już tylko morze i Gergula, świat nieprzyjazny dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom populacji kontynentu Dalharis.

Przez moment poczuł się chyba lepiej. Teraz, w karecie, pozostawiony tylko swoim myślom, nareszcie zapanował nad stresem. Rozsiadł się wygodnie na skórzanej tapicerce, zamknął oczy. Potrzebował odpoczynku, miejsca gdzie nabierze i poczuje na skórze czyste, orzeźwiające powietrze. Przed nim pierwsza wizyta w Buckerish. Wyobrażał je sobie jedynie jako zapomnianą, niewartą uwagi dziurę na krańcu królestwa. Zastanawiające było czy rzeczywistość spełni jego przewidywania. Na utrzymywanie się tej niepochlebnej opinii w świadomości Eso miał zapewne wpływ sam Ronad, nieprzejawiający nigdy większego zainteresowania grodem i niewiele o nim wzmiankujący. Będąc królewskim skarbnym miał on prawdopodobnie większe zmartwienia. A Eso…

Pomyśleć tylko, że jeszcze nie dawno zbijał bąki pozbawion wszelkich trosk. A żeby cię, to było dobre życie! Każdy jeden mu powiadał, że to marnacja, że to więzienie dla jego potencjału. Bzdura! To była słodka jak cukierek wolność w najczystszym wymiarze! Gdzie zechciał, to polazł, na co zgłodniał, to też pożarł, spał ile chciał i kiedy chciał, nie zważał na swe słowa, nie liczył z czynami. Wodził swój żywot zawsze tam, gdzie czekała przyjemność. O tak, żył przyjemnie, aż na myśl o tym rozpływały się jego szare oczka.

Cóż pocznie teraz? Oddał się intensywnemu zastanowieniu. A gdyby tak z tej śmiertelnie poważnej roli, którą postanowili mu nadać, uczynić okazję ku przygodzie życia? Nie ma dla niego stąd odwrotu, będzie więc to, bardzo możliwe, najlepsze, co może sprowokować.

Tak! Przygodę! Na pohybel tym ważniackim urzędaskom! Już oczyma wyobraźni widział jak radzą się przy stole, łapiąc się za głowy i rozmyślając jak odwrócić to, co wykręcił młody Pholl! Siedzą w swych strojnych ubrankach, z grzecznymi minami i pozami, wymieniając się między sobą fałszywymi uśmieszkami i pozowanymi ukłonami. Ich złodziejskie łapska kręcą nerwowo piórem, sporządzając pilnie stos dokumentów, aby przestraszyć nimi następnie kasztelana. A dla niego one nic niewarte! Ot papierki zapisane zlepkiem nadętych wyrażeń, które spłoną wraz z resztą ich nudnego świata. Ogień pożre Forrusa, ogień pożre Stoggię, ba, niech i nawet pożre króla! Goń się, ojciec, ciebie też to czeka! – Eso nie oszczędził w swym amoku nawet Ronada. Wszyscy godni tej wielkiej pożogi! A on – Eso Pholl – będzie jej sprawcą. O tak, on będzie p o d p a l a c z e m!

 

***

 

Poznasz prawdziwą ideę po tym, a że duch twój objawił ją twym oczom wyobraźni niby jako świetlisty słup ognia, wznoszące się wysoko krasne języki, kuszące cię swym pięknem i onieśmielające własną mocą, przeto zasiał w tobie ziarno chorej ambicji, iżbyś zdążał, by zobaczyć słup ponownie, tym razem swą cielesną powłoką, to jest poczuć go na sobie, doznać żaru na skórze, dymu w płucach i blasku, który odbierze wzrok. Zaiste prawdziwa idea popchnie cię wprost w czeluść, bylebyś zrealizował jej zamierzenia. Zaliż nie tym jest właśnie świat doczesny dla idei? – beznadziejną otchłanią, bezdenną studnią, paszczą potwora, ostrzącego jeno swe zębiska na kolejnych naiwnych śmiałków, którzy odważyli się zawalczyć w nierównym pojedynku ze złośliwym losem.

To nie takie proste podpalić świat. Sprzeniewierzysz się rzeczom, wartościom i zasadom, lecz czy zdołasz uczynić to ludziom? Oni to stanowią największą przeszkodę w tym wielkim demontażu. Ot tak splunąć im w twarz, bez strachu, wątpliwości, czy wyrzutów sumienia. Należałoby szukać do tego zadania człowieka z kamienia – takim nie jest nawet Eso Pholl. Eso lęka się jeszcze spojrzeć niektórym w oczy czy podać im rękę, co dopiero przez własne widzimisię odwrócić się do nich dupą i powiedzieć, że będzie robił to, na co będzie miał ochotę.

Zdążył poznać przez te cztery miesiące w Buckerish wielu. Kobiet i mężczyzn, młodzieńców i starców, brzydkich i brzydszych, biednych i nawet od nich biedniejszych, głupich i… Och – zdołałby wymieniać jeszcze tak przez cztery kolejne miesiące! Byli to ludzie zaprawdę różniści, wiodący pomalutku swoje, niepostrzeżone przez wielki świat, życie, każdy z problemem – rzekłoby się, że niewielkim, jeśli patrzeć nań w dużej skali – lecz trapiącym go prawdziwie. Jeśliby tak zsumować ichnie kłopoty i wziąć pod uwagę, a że każdy ze sobą jakoś koreluje, to oto tworzy się skomplikowany system interesów, którego rządcą i opiekunem okazuje się być nie kto inny jak kasztelan Eso. Tak też Eso uświadamia sobie faktyczny ciężar tego, co nazwano odpowiedzialnością. Mieszkańcy Buckerish liczą na swego kasztelana i mu po części powierzają swe problemy. Jeśli Eso zlekceważy powierzoną mu rolę, spotkają go realne konsekwencje. O nie – widok głodnych, zapłakanych dzieciątek być może poruszy jego lodowate serce, lecz nie będzie najstraszliwszym mu skutkiem. Rozwścieczeni i zdesperowani rodzice będą. Wpierw będą tylko krzyczeć – Eso tego nie znosi, acz potrafi znieść. Potem będą docierać do niego pogróżki, a od momentu ich pojawienia nie minie wiele czasu, nim przerodzą się one w fizyczne retorsje. Spotkanie z taką niezadowoloną gawiedzią zakończone siniakami i przerzedzonymi włosami na głowie będzie zapewne najszczęśliwszym zadośćuczynieniem.

By buntować się, by w ogóle implementować zmiany trzeba posiąść moc. Taką, która nie tylko stworzy możliwości, lecz będzie również zdolna obronić obdarzonego mocą przed ich ubocznymi skutkami. Ile mocy miał kasztelan Eso Pholl? Ileż to mocy jest w zapisanym w dokumencie tytule zarządcy, prawie własności do skrawka ziemi i wieńczącego wszystko błogosławieństwa jakiegoś tam wojewody?

Te cztery miesiące w Buckerish, które posłużyły Eso za czas rozeznania okazały się niewystarczająco długie, by Eso mógł odpowiedzieć sobie na pytanie: jak mocny jest? Rzecz to jasna, że zamierzał kontynuować swe poszukiwania, atoli zapragnął bardzo sobie czegoś, co stałoby się źródłem potrzebnej siły. Czegoś, co będzie jak ten wspaniały słup ognia, którego pokazała mu jego idea.

Kryła się jednakże w Eso niemała wątpliwość. Czy aby warto? Jeśli świat zdaje się nie sprzyjać ideom, jeśli naigrywa się z nich i stawia co i raz kłody na drodze ku ich realizacji, to czy należy pomimo to sprzeciwiać się mu? I bez tego życie nie jest łatwe, któżby zatem chciał dodawać sobie doń kolejnego znoju? Kto wyrzecze się niepopularnych wartości, ten z pewnością przetrwa, a i może na starość dokona swego żywotu mając świadomość, iż przeżył go godnie.

Wydawało mu się, że winda zjeżdża w nieskończoność. Wyżłobione, kamienne ściany otaczały go ze wszystkich stron i ciągnęły się przez dziesiątki metrów. Zdążył przyzwyczaić się już do tego dźwięku. Dźwięku kopalni. Było tu inaczej niż na zewnątrz. Człowiek funkcjonował tu w inny sposób, jakby znalazłszy się w obcym wymiarze. Czasami uczucie towarzyszące przebywaniu tu było nawet przyjemne, momentami potrzebne. Acz będąc tu zbyt długo można było postradać zmysły. Wolał chyba to, co znajdowało się na powierzchni.

Cztery miesiące temu zastał Buckerish w niemałym bałaganie. Nowi rządcy okazali się wyjątkowo niekompetentni, podobnie zresztą jak on. Drake Filister, zajmujący się kontrolą wydobycia i obowiązkowymi badaniami próbek, wcale nie był geologiem, a tylko dawnym pretendentem do tego miana. Matka wysłała go na uniwersytet, ale nie udźwignął presji. Jego wiedza była szczątkowa, wiele czynności wykonywał po omacku, kierując się bliżej nieokreślonym instynktem. Podobno nie mieli nikogo lepszego. I rzeczywiście, Drake nadal pełnił tę funkcję jako jedyny sensowny kandydat, ale Eso zmusił go do podszlifowania swoich wątpliwych umiejętności. Załatwił mu książki i kazał studiować je przez całe noce. Czy cokolwiek tym zdziałał, sam nie był pewien, ale nie miał wyboru. Stoggia nie chciał nawet słyszeć o propozycji sprowadzenia kogoś bardziej wykwalifikowanego – podobno brakło funduszy, a Buckerish wcale nie było głównym dostawcą soli w województwie. Szybko Eso spostrzegł się, że zaniedbywanie jego włości będzie normą. Rzeczywistość utwierdziła go w przekonaniu, że Buckerish jest dziurą. Niewiele znaczącą, przynoszącą znikome korzyści, zapomnianą i pozostawioną samej sobie. Eso dzielnie musiał temu sprostać.

Z Villeryanem, włodarzem Buckerish – który oprócz pełnienia swoich obowiązków musiał tymczasowo przejąć część tych należących do kasztelana aż do momentu pojawienia się pełnoprawnego spadkobiercy – było tylko gorzej. Zarządzanie nie było mu pisane. Pogubiony, niepewny i zrezygnowany – popełniał najprostsze błędy świadczące tylko o jego niekompetencji do pełnienia fachu. Uderzały go sporadycznie przebłyski przejęcia inicjatywy i okazania nieco zaangażowania – w większości przypadków będące tego efektem przedsięwzięcia kończyły się jednak ogromnym fiaskiem. Co ważne, okazywał posłuszeństwo, a jeśli otrzymał konkretne polecenie i instrukcję do jego wykonania, spełniał się. To zdecydowało o decyzji Eso, aby pozostawić go tymczasowo na swoim stanowisku. Jeśli kasztelan poprowadzi go subtelnie za rękę będzie mógł mieć z niego jakiś pożytek. Tak też Villeryan pozostał włodarzem.

Natomiast Smok był… Obdarzenie go zaufaniem było posunięciem odważnym i ryzykownym. Był to mężczyzna wysoce oczytany, organizacja w jego wykonaniu pozostawała bez zarzutu, arytmetyka nie sprawiała mu żadnych trudności, znał też podstawy inżynierii i architektury. Tak wysokie i wielopolowe wykształcenie zawdzięczał zamożnym rodzicom. Rozpoczął on swą naukę na jednym z prestiżowych uniwersytetów. Miał okazję dokończyć studia i podjąć się pracy w zawodzie, a jednak marnotrawił czas pośród pyłu i kurzu górniczego grodu na odległych, północnych krańcach królestwa jako skarbnik i magazynier. Podobnież przyłapano go na defraudacjach majątkowych, za które, jako wymiar kary, został zesłany właśnie tutaj. Mówiono, że jest cwany i pozbawiony sumienia, w każdej chwili gotów do popełnienia kolejnych oszustw. Zatem usadowienie go na stanowisku skarbnika, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo majątku grodu, rzetelne prowadzenie szczegółowej dokumentacji, nie raz i rozporządzanie złotem zdawało się być nie tyle budzące wątpliwości, co skrajnie nierozważne i lekkomyślne. Rzecz w tym, że w całej kasztelanii, pomijając Eso, nie było takiego, który biegle władałby cyferkami. Smok zdawał się być jedynym kompetentnym kandydatem, pomimo przestępstw jakich się dopuścił i nieodstępującej go na krok aury wiarołomności. Kasztelan Pholl przeciągał podjęcie ostatecznej decyzji tak długo, jak tylko potrafił, męczony zwątpieniem i zrozumiałą podejrzliwością. Nawet teraz, po czterech miesiącach, nie miał pewności co do słuszności podjętej przez siebie decyzji. Bowiem zachował Smoka na stanowisku, obiecując sobie jednocześnie, że nawet na moment nie spuści malwersanta z oczu.

Był jeszcze ktoś. Intrygujący przypadek. Zwał się Daakman. Był skazańcem, oskarżonym o morderstwo (które obok dzieciolubstwa traktowano tu jako najcięższe z przestępstw) i zesłanym do tutejszej kopalni. Niejasne pozostawało czy i dlaczego zabił. Kartoteka, nie wiedzieć czemu, nie mówiła nic więcej na ten temat, jakby magicznie wyprana z kluczowych informacji. Nie wyglądał na takiego, który zajmował się tym zawodowo – nie pasował do reszty tych brudasów, których to Eso spotykał harujących w kopalniach. Miał z Daakmanem więcej wspólnego, aniżeli z kimkolwiek innym, kogo miał okazję tu poznać. Któregoś razu mieli okazję się poznać. Już pierwszego dnia wiele rozmawiali. Okazało się, że na wielu płaszczyznach ich postrzeganie rzeczywistości znacznie się pokrywa. Wyraźnie coś, czego Eso wówczas nie potrafił jeszcze nazwać, łączyło ich ze sobą. To stało się furtką do ich dalszej relacji. Nie musiało minąć wiele czasu, by Daakman w oczach Eso stał się kimś więcej niźli tylko podwładnym niewolnikiem. Upłynęły dwa miesiące, a kasztelan znalazł się na wyjątkowo odważne posunięcie. Daakman reprezentował ze sobą znacznie więcej niż pozostali harujący w kopalniach skazańcy, co zobowiązywało Eso, jak rozumiał, tylko do jednego. Dodawał sobie otuchy powtarzając w myślach ten tok rozumowania, kiedy niedoszli współtowarzysze Daakmana obrzucali go gniewnymi, pełnymi agresji spojrzeniami. Tak bowiem reagowali na wieść o niespodziewanym awansie Daakmana. A ten nie musiał już więcej drążyć dwadzieścia godzin w skale, nosić podartych łachmanów, ani w fatalnych warunkach zamieszkiwać w barakach umiejscowionych na samym skraju części przemysłowej. Mieszkańcy zareagowali momentalnie, szerząc liczne głosy niezadowolenia i oburzenia. Jak taki robol, i to w dodatku morderca, wywodzących się z najniższej warstwy społecznej, o rodowodzie równie bezwartościowym, co pozostałych może tak błyskawicznie zyskiwać kolejne przywileje, piąć się do góry bez logicznego uzasadnienia, bez pamiętnych zasług. I nawet jeśli Daakman przystał na wszystkie udogodnienia niechętnie, Eso nie mógł nie przyznać motłochowi racji i zrozumienia dla ich poruszenia. Postanowił jednak zupełnie to zignorować. Swój dwór postanowił skompletować na własnych warunkach, bez względu na panujące normy i przyzwyczajenia. Tak też Daakman wkrótce podjął się wielu obowiązków włodarza. Oficjalnie stanowisko miał odebrać Villeryanowi dopiero wówczas, gdy wystarczająco przekona już do siebie mieszkańców. Eso był przekonany, że gdy to już nastąpi, Daakman nie zawiedzie.

No i mieli Obucha i jego ferajnę. Mieli swoją wzmiankę w dokumentacji od Stoggi. Nieformalnie reprezentowali robotników z kopalni – jako byli najgłośniejsi. Odkąd opuścił ich Daakman znienawidzili go do szpiku kości i zaczęli podejmować się prób uprzykrzenia mu życia. Sympatią nie darzyli także Eso i już w pierwszych dniach chcieli mu o tym zakomunikować. Szajka wioskowych głupków, ot co. Ale wedle prawa należało im się takie same traktowanie jak pozostałym mieszkańcom grodu. Za bydło robili tylko przez kilkanaście godzin, podczas swojej zmiany. Resztę czasu albo spali, albo siali zamieszanie. Zdarzało im się przywłaszczyć coś nieswojego, pogruchotać komuś kilka kości. Zależało im na ugruntowaniu swojej pozycji. Ale ich czas był policzony, bo zamierzał ich wykurzyć. Nie miał jeszcze sposobu, odbywały się jednak jego intensywne poszukiwania.

Winda stanęła. Był na miejscu. Ziemia pod nim wydawała się pulsować. To ta dziwna moc, powiadomiła o swojej obecności. A przed nim tylko ciemność, wypełniony pustką, głęboki tunel. Było tu cieplej, powietrze było gęstsze. Roznosił się zapach świeżej spalenizny. Niewiarygodne.

– To tutaj. – szepnął Daakman i wystawił rękę z pochodnią. Rozświetliła tylko nieznaczną część tunelu. Podeszli ostrożnie do drewnianej bramki. Zamknięta na klucz, szczęśliwie Daakman miał co trzeba przy sobie.

– Kazałem nikomu tu nie przychodzić. Rozsiałem plotkę, że zaległy się fammy. Myślę, że jest czysto. Zgaszono też wszystkie pochodnie, tak jak prosiłem.

– Nie, nie wszystkie. – Jakże mogłoby umknąć to wprawnemu oku Eso. – A te dwie za mną?

– Byłem tu ledwie chwilę temu… Przysięgam, że…

– Nieważne. Idziemy dalej.

Każdy kroczek stawiali z ogromną dozą ostrożności. Im dalej było do windy, tym ciaśniejszy wydawał się korytarz. Dobrze, że nie lękał się ciasnych przestrzeni, bo nie wytrzymałby wówczas tu ani sekundy. Zmysły przeżywały nasilenie. Czucie pracowało intensywniej, robiło się duszniej i cieplej. Zbliżali się do czegoś nadnaturalnego. Chyba zaschło mu w gardle.

– Ilu o tym wie? – zapytał skazańca.

– Sześciu górników i Drake.

– Wygadałeś się mu?

– Myślałem, że…

– Miał nie wiedzieć. Jeśli to naprawdę coś wielkiego, jeśli wierzyć twojej panice, to musimy szykować się na rewolucję. Prędzej nam zaszkodzi, niźli pomoże się na nią przygotować. – Eso zatrzymał się i spojrzał na Daakmana z oburzeniem.

– Jest naszym geologiem. Uznałem, że powinien o tym wiedzieć. Może coś nam o tym powie.

– Nie, nie złoży o tym jednego zdania. Gówno wie i jest gównianym geologiem. Źle zrobiłeś, że mu o tym powiedziałeś.

Daakman westchnął ciężko.

– Chcesz mi powiedzieć, że tutaj jest?! Szlag by to, ruszaj się!

Eso nie widział jeszcze Daakmana z równie zatrwożoną miną. Skazaniec za nic nie chciał mu powiedzieć do jakiego to odkrycia doszło. Tylko, że to coś, co musi natychmiast zobaczyć. Z początku możliwości było wiele, ale teraz wiedział już, że ma to bliski związek z tymi niezrozumiałymi ukłuciami pod sercem, których sporadycznie doświadczał. To musiało być coś okropnego, skoro tak intensywnie zaczęło go teraz chwytać za wnętrze.

Spojrzał w mroczną głębię tunelu. Burknęło mu w brzuchu. Z czoła spłynęła pierwsza kropelka potu. Daakman nerwowo stukał palcami o skalną ścianę. Ten widok tylko bardziej rozpraszał i denerwował Eso. Mógłby już przestać. Za chwilę serce zacznie bić mu jak oszalałe. To już niedaleko. Nie musiał nawet o to pytać. Był zdolny to wyczuć, było prawie że oczywiste.

Nie rozumiał co się dzieje. To doznanie nie siedziało już tylko w jego sercu, poczuł je również w głowie, w brzuchu. Ono wypełniło jego ciało. Wcześniej było przyjemne, teraz to było za wiele dawki na raz. Rosło w nim to zbyt gwałtownie. Ale podświadomie nie chciał się od tego uwalniać. To dawało mu siłę, niemożliwą do wytłumaczenia satysfakcję.

– Idziemy. – Przełknął ślinę i ruszył bez zastanowienia.

Szli i szli. Poczucie rosło, a ich twarze robiły się jakby bledsze.

Dotarli, a Eso wpierw spostrzegł Drake'a. Ten siedział skulony, ze wzrokiem przykutym do rewelacji. Eso nie miał jeszcze w sobie dość odwagi, by na nią spojrzeć. W tym miejscu bicie energii było niewyobrażalne. Żar dosłownie wylewał się stamtąd. Kiedy pokieruje wzrok najpewniej nie otrzyma odpowiedzi, a jedynie kolejne pytania. Niech tak będzie. Dosyć – pomyślał i uczynił co trzeba.

Ukazała się ściana. Wystawał tylko skrawek, resztę kryły skały. Na jej powierzchni widniały różniste, zupełnie niezrozumiałe wzory, niby hieroglify i mniej czy też bardziej losowe wyżłobienia, które niełatwo zidentyfikować było z perspektywy Eso jako formy mające w założeniu przedstawiać coś interpretowalnego. Ściana wyglądała na zabytek po pradawnej kulturze. Mogła być fragmentem historycznych ruin, może częścią kopalni dawnych mieszkańców tych terenów. Jej wykonanie musiało być solidne, skoroż nie ukazywała na swej powierzchni nawet rysy, jakby zupełnie obojętna na niesprzyjające miejsce jej pochówku, jak gdyby świeżo ją tu postawiono. Podszedł bliżej. Wydawało mu się, że słyszy zza ściany żarzące się płomienie. Znowu one. Wzywały go. One błagały. Budziło to jego zaniepokojenie. To nie była ot pozostałość po przodkach, którą zainteresowaliby się poszukiwacze przygód i entuzjaści wszystkiego, co stare i spróchniałe. To było coś większego.

– Co za nią jest? – Eso zapytał, jednocześnie usilnie próbując maskować rosnące w nim kolejno zaintrygowanie, podekscytowanie i naturalny strach.

– Nie wiemy. Pewno coś wartościowego – odezwał się Drake.

Nie powiedział rzecz jasna niczego na co Eso już wcześniej nie wpadł. Mógł nie pytać. Spojrzał na Drake'a i pokiwał głową. Poza tym spostrzegł, że choć tajemnicze odkrycie onieśmielało Filistra, w porównaniu do Eso był istną oazą spokoju.

Dotknął jej, ignorując sugestie Daakmana, by tego nie próbować. Parzyła. Za nią kryło się coś wielkiego. Jakiś artefakt, skupisko ogromnej energii. Dlaczego tutaj, na takim zadupiu? W jednej z ksiąg od Stoggi dowiedział się sporo o okolicy. Podobno od wieków owe tereny nie były w żaden sposób wykorzystywane, ani eksploatowane. Północno-wschodnia część królestwa była nie kojarzona z niczym więcej jak tylko z granicą dzielącą królestwo Sadaali z Północnymi Pustkowiami. Kompletnie zapomniany i opuszczony, w większości zamieszkany przez prostaczków i chłopów świat. Gdzieś nieopodal leżały nawet Martwe Puszcze, o uzmysławiającej nazwie. A wszystko będące długotrwałym efektem wielkiego konfliktu, Wojny Lodowej, pomiędzy cywilizacjami Lazulianów i Gergulców. Setki lat temu tereny te objęte były działaniami wojennymi, a jeszcze dawniej śnieg leżał tu przez cały rok. Ale to zamierzchłe czasy. Jeszcze bardziej wypaczone z pamięci niż jego kasztelania. Czy to może być pozostałość po nich?

– Próbowaliście się przebić przez tę ścianę? – zasugerował jedyne słuszne rozwiązanie trapiącej kwestii, a więc szaleństwo.

– Poważnyś?! Nawet nie wiemy co jest w środku. Nie słyszałeś nigdy o pradawnych mechanizmach mordercach? – Daakman nie zwlekał z wydaniem wyroku. Nasłuchał się bajek i plecie o pradawnych mechanizmach. Czego innego Eso mógł się po nim spodziewać? Brakowało mu odrobiny ryzykanctwa, tej iskierki w oku, tego żywiołu by wpaść na taki pomysł. Kij w dupsku trzymał bardzo głęboko.

– Nie dowiemy się, póki nie spróbujemy. Dawaj to! – Eso wskazał na pozostawiony przez górników kilof.

Drake podał mu narzędzie. Nie wyglądał na zaaprobowanego tym pomysłem, ale okazał zainteresowanie efektem tej stukniętej próby. Daakman zaś zaczął lamentować i błagać, by tego nie robić. On – m o r d e r c a. Któż go taki tego feralnego dnia tak rozłościł, a że dokonał czynu – jakby nie patrzeć – po stokroć bardziej szaleńczego?

Eso zacisnął palce na rączce. Zamierzał mocno uderzyć. I na pewno nie zastanawiać się długo. Kilof przeciął powietrze i zatrzymał się na ścianie. Ogromna siła odrzuciła Eso i przygniotła do ostrych kamieni. Wytrąciła mu też z rąk kilof, który poszybował w górę, odbił się od sufitu, zdążył kilkukrotnie przekoziołkować i opaść bezpiecznie na ziemię wraz z deszczem skalnych odłamków, szczęśliwie nie robiąc nikomu krzywdy.

Eso obsunął się na twardą ziemię. Mógł się tylko domyślać, że jest zimna, bo zmysł dotyku przestał funkcjonować u niego tak jak powinien. Uderzyły w niego falę nieznośnego gorąca. W ułamku sekundy prawie że utonął w potoku własnego potu. Zakręciło mu się w głowie, a następnie poczuł jak coś się jej chwyta. Jej wnętrza. Obcy umysł wszedł w jego posiadanie. Przed oczami stanęły mu płomienie. Wielkie, tańczące płomienie.

Widział w nich samego siebie. Przystrzyżone, ciemnobrązowe włosy, ten przenikliwy wzrok, pociągająca twarzyczka i awanturniczy półuśmieszek. To musiał być on! Szybko zniknął. Zrobiło się ciemno, głucho i pusto. To był powrót do rzeczywistości. Dostrzegł jakieś kształty. Schylał się nad nim Daakman i Drake, wyraźnie zaniepokojeni.

– O kurwa! – wykrzyczał z euforią.

Chyba nie byli w stanie zrozumieć tej swoistej ekstazy, jakiej właśnie doświadczył.

– Cóżeś zrobił, głupcze?! – Daakman szarpnął go za ubrania i przyciągnął do siebie.

– Jesteśmy cali. – Eso spojrzał na Daakmana z przekąsem.

– Taki z ciebie kasztelan, tfu! – skazaniec wysyczał przez zęby i splunął na bok. – Zważasz na to, żeś postawił na szali nasze życie? – Daakman dał początek swej tyradzie, nie bacząc na nic. – Taki z ciebie idiota czy taki skurwiel? Że niby życie mi niemiłe?

– Tchórz.

– Żywy tchórz – Drake skwitował pod nosem, całkiem trafnie.

– Ambicyje masz wielkie, chcesz być wspaniałym kasztelanem – Daakman uparcie mówił swoje. – Podobnież zrobisz wszystko, ażeby ten zamysł zrealizować. Nie sądzisz, że najwyższa ku temu pora?

Och, naiwny Daakmanie… Jeszcze wierzysz w to, co mówi Eso, jeszcześ nie zdążył poznać prawdziwego oblicza swego kasztelana. Lecz jest to właściwy zaczątek, byś wkrótce mógł doznać wielkiego zawodu.

Prawił mu kazanie jak rodzona matka. Najgorsze, że miał rację. Szlag by go, przeklętą rację. Chwila zastanowienia sprawiła, że poczuł wstyd, choć wydawało mu się, że nie utożsamia się z tym, co mówił o nim Daakman. Trzeba było coś powiedzieć. Coś lekceważącego. Coś głupiego.

– Nie zesraj się.

To było bardzo głupie. Ale o dziwo podziałało, bowiem Daakman go wypuścił. Westchnął jedynie ciężko, dochodząc zapewne do wniosku, że nic tu nie wskóra. Eso zaś wstał i otrzepał się z kurzu. Trochę kręciło mu się jeszcze w głowie. Potrząsnął głową, przetarł oczy. Znów był zestresowany, napięty. Przydałby się masaż.

Uderzenie kilofa nie pozostawiło na murze ani śladu. Nie ukruszył się nawet mały skrawek. Eso za sobą miał pierwsze spotkanie z niewytłumaczalnym. Wskazane było zastanowienie się co dalej. Na pewno nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. Ale wiedziało już poza nim i Daakmanem siedmiu patałachów. Wyjdzie z twarzą tylko jeśli od razu przejdzie do działania.

– Tym sześciu górnikom. Trzeba zamknąć usta. Nie mogą nic powiedzieć o tym co tu widzieli – chcąc szybko wypaczyć z pamięci to, co właśnie uczynił, przybrał śmiertelnie poważną minę i zaczął z determinacją w głosie.

– Pozwolicie, że zapytam jaki jest plan? – odezwał się Drake.

– Przecież mówię. Szóstka pechowców ma siedzieć cicho.

Zupełnie nie miał pojęcia co zamierzają zrobić. W pierwszej chwili przeszła przez niego myśl, by poinformować Stoggię. Ale to był zły pomysł. Przynajmniej na razie. Tylko wywoła niepotrzebne zamieszanie. Ludzie zaczną gadać, wokół Buckerish zbiorą się tłumy ciekawskich. To nie przyniesie nic dobrego. W najgorszym wypadku mogliby mu odebrać kasztelanię, przejąć całą inicjatywę jeśli odkryciu przydzielonoby wysoką rangę. Po czterech miesiącach utraciłby prawnie należącą do niego własność. Wraz z nią ciążącą na nim odpowiedzialność. Czyż nie tego chciał? A jeśli była to cudowna okazja, by powrócić do dawnego życia? Cóż straciłoby wonczas Buckerish? – ledwie nieopierzonego obiboka. Na jego miejsce królewscy z pewnością wytypowaliby kogoś kompetentnego. Ach, zatem los wysłuchał jego módł?

Nie, to jeszcze nie pora na kapitulację. Mam zagadkę do rozwiązania – mówił do siebie w myślach, oglądając się na wyglądający zza kopalnianych skał kawałek ściany.

– Winniśmy zawiadomić kogoś z góry. To się nam wyrwie spod kontroli, cokolwiek jest za tą ścianą. Tak czy siak się do tego nie dostaniemy – odrzekł Daakman.

– Muszę się zastanowić. Uwzględnić wszystkie możliwości. Lepiej gdybyśmy spróbowali zająć się tym pomiędzy sobą. Ryzyko może okazać się opłacalne. Buckerish może na tym zyskać – Eso zdecydował się wreszcie oznajmić coś wymyślone naprędce.

– Sekrety i kłamstwa. Nie da się nimi władać tak, by przyniosły korzyść – sprzeczał się Daakman.

– Bądźże już cicho. Jidź lepiej do mnie i weź klucze z półki przy oknie.

– Po co?

– Są do mojej biblioteczki. Będziesz starał się znaleźć tam cokolwiek, co skieruje światło na sprawę. Chyba nie myślisz, że Filister ma pojęcie czegośmy tutej właśnie doświadczyli?

– Eee… – Drake choćby bardzo chciał, niezdolny był podważyć zasadność przewidywań Eso.

– Weź go ze sobą. – Eso polecił Daakmanowi, aby zlitować się nad Filistrem. – Niech się chłopaczyna czego nauczy.

– A ty? – Daakman zerknął na niego podejrzliwie.

– Przyjrzę się lepiej temu murkowi wbitemu w kamień. Obiecuję, że tym razem nie będę niczego dotykał. Kiedy skończę, dołączę do was.

Podszedł do niej tak blisko jak potrafił, jednocześnie bardzo uważając, by nie zetknąć się z nią ponownie. Włosy na skórze zjeżyły mu się od jej bliskości. Miał wrażenie, jakby ściana drgała od promieniowanej energii. Przyglądał się jej uważnie, chcąc dojrzeć czegoś wartościowego. Niestety nie miał żadnego pożytku z wzorów, które znajdowały się na jej powierzchni – nigdy wcześniej nie widział czegoś podobnego.

– Eso. – Niespodziewanie usłyszał Daakmana. Czyżby czegoś zapomniał?

– Wiem, że nie przystoi mi cię pouczać. Muszę przeprosić cię za tamto…

– Wszystko dobrze – Eso wtrącił się szybko, ażeby nie musieć słuchać tego rozczulania. Kasztelan zasłużył sobie wtedy na naganę. Daakman postąpił słusznie, choć słuchanie go nie było ani łatwe, ani przyjemne.

– Poczekaj. Daj mi skończyć. – Daakman stanął przed swym kasztelanem z poważną miną. – Przepraszam cię za tamto, acz nie wycofuję swych słów. To nie tylko twoja sprawa. Także moja. To sprawa nas i ich wszystkich, będących tam, na powierzchni. Nie igraj więcej z naszym losem.

Zabrzmiało groźnie, ale niechże da mu już spokój!

Prawa ręka Eso – ta, w której jeszcze niedawno trzymał kilof – dała o sobie nagle znać, szczypiąc osobliwie, jak po zetknięciu z trującą rośliną. Spuchła i nabrała czerwonego koloru, jakby odreagowywała kontakt z tajemniczą ścianą. Zaklęta energia, bo jak inaczej nazwać owe niełatwe do wytłumaczenia zjawisko, odciskała teraz swoje znamię na ciele zuchwalca. A ten, całkiem zrozumiale, zaczął się znamienia obawiać.

Nie udało się Eso ukryć ręki przed spostrzegawczym Daakmanem. Postanowił więc wyprzedzić jego pytanie:

– Jak myślisz, co to jest?

– Nie dziwota, że ci spuchła, skoroś przydzwonił w ścianę z taką siłą.

Eso szykował się na to kilka tygodni, wyczekując odpowiedniego momentu. Aż wreszcie zjawił się i on!

– Szlag by z ręką, nie pytam o nią. – Eso pokierował swój wzrok wprost ku zielonym oczom skazańca, ku zwierciadle jego duszy, która z pewnością pojmie, do czego zmierza kasztelan.

Daakman zawahał się. Nie było wątpliwości, że rozumie. Jedynie czy znajdzie się na tę odwagę…

Eso nie było łatwo pojąć jaką sposobnością uświadomił sobie to, co sobie uświadomił – zapisać to tutaj będzie zatem wielką sztuką. Łączyła go z Daakmanem więź, jedyna w swoim rodzaju, niezaznana z nikim innym nigdy wcześniej: nie nazwie tego ni przyjaźnią, tym bardziej miłością czy nawet podobieństwem dusz. Prawdę mówiąc, jako że Eso był raczej kreaturą powściągliwą w relacjach międzyludzkich, nie czuł nawet specjalnego sentymentu do skazańca, choćby i nawet tenże skazaniec był wyjątkowo interesujący. Ta więź, która właśnie plątała mu się pomiędzy mózgowymi niciami, a którą usilnie próbował ubrać w transparentną myśl była czymś w rodzaju niewytłumaczalnego przeczucia. Nie było to przeczucie hałaśliwe – przeciwnie, bardzo subtelne, jakby głęboko wryte w insynkt, niechętne do sygnalizowania swojej obecności świadomości. Z rzadka to jednak czyniło, pozwalało się odkryć, zauważyć, i właśnie wtedy podpowiadało szeptem: ufasz mu i znasz go. Tylko tyle i jednocześnie aż tyle – wybrzmiała z jednego zdania moc kierowała Eso jak nic innego. Zabrzmi to co najmniej zabawnie, ale zdaje się, że właśnie to zdanie, wybąknięte przez nieznany byt, stanowiło podporę odczuwalnej dla Eso więzi pomiędzy nim a Daakmanem. I ta właśnie więź zadecydowała o posiądnięciu przez kasztelana Pholla przeświadczenia: Daakman był tknięty przez tę dziwaczną, niezrozumiałą moc, jak i tknięty był Eso.

O tak! To było jak olśnienie! Blask prawdy spłynął na kasztelana niczym nieokiełznany potop aż Eso się nim zakrztusił! Tyle lat wyobcowania, poczucia osobliwości, któremu nigdy nie znalazł właściwego słowa, nigdy nie przekształcił go w myśl! Jakże okrutne były dla niego inne dzieciaki: chłopcy odmawiali mu wspólnej zabawy, dziewczynki odrzucały go obrzydzone! A rodzice! – ich rodzice patrzyli na niego jak na wynaturzenie! Tylko jeden – ten przeklęty rzep Maryn – upatrzył w nim sobie towarzysza! Toż to był jaki wycofaniec! Czubek! Tyle miał właśnie Eso: nigdy przyjaciela, nigdy dziewuszki, ledwie upierdliwego czubka u swego boku (i tylko jeden Agaf wie jak skończył Maryn). A przecież Eso nie był złym człowiekiem. Nie dokuczał innym, nie znęcał się, zawsze sypał żartami, był błyskotliwy, a gdyby nie był leniem, to by pewno dobrze się też uczył. Ale coś było z nim nie tak. A te małe, okrutne istotki spoglądając nań wyczuwały to. Tak też teraz Eso spoglądał na Daakmana i już rozumiał: wiedział, co trzeba, już gdy poznał Daakmana – tak, tak, tak! Eso wiedział to od zawsze! Potrzebował tylko naprzeciw siebie ciała, które słowem by się stało!

Ufasz mi. Eso nie odrywał wzroku od zagubionego skazańca, chcąc swymi ślepiami przekazać mu te słowa otuchy.

– Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. – Daakman spojrzał nieśmiało na ścianę. Zaczął bezpiecznie, niejednoznacznie, pozostawiając sobie drogę wyjścia, jeśli miałoby się okazać, że to nieporozumienie. – Nic mnie jeszcze tak nie poruszyło, jak to coś. Nic.

Eso mógł patrzeć w Daakmana jak w lustro. Nie tylko dlatego, że spocone włosy przyklejały się skazańcowi do czoła, twarz miał rozgrzaną, czerwoną, ręce trząsły mu się, a biała koszula, którą nosił, była mokra od potu.

– Lękam się tego, co mi dolega – mówił Daakman.

– To nie choroba. – Eso poderwał się momentalnie, niemalże urażony tym, co usłyszał. Ale w jego środku pojawiła się i ulga, nawet satysfakcja bowiem wszystko wskazywało na to, że się nie pomylił: Daakman był jak on.

Był już pozbawiony wszelkich wątpliwości. Teraz przyszedł czas na niedowierzanie i rodzący się zalążek lęku. Po tylu latach jego jestestwa, spotyka podobnego sobie dopiero teraz, wcześniej żyjąc w ponurym przekonaniu, że być może jest jedyny. Już wyobrażenie sobie tylko jakie to uczucie dokonać takiego cudownego odkrycia wypełnia człowieka szczęśliwością, a przynajmniej jej namiastką. Jest taki etap w życiu żywej istoty – być może Eso właśnie go doświadcza, a może jest on już za nim – kiedy wydaje się jej, że jest szczególnym przypadkiem, absolutnym ewenementem, skazanym na wiecznie niezrozumienie i odrzucenie, pogrążonym w nigdy nie kończącej się samotności. Taka chwila jak ta – kiedy pojawia się taki Daakman, z pozoru nikt nadzwyczajny, a jednak okazujący się podzielać pewne cechy – tę właśnie słodką chwilę spija się z kojącym poczuciem nadzwyczajnego spełnienia. Trwa jednak ona tylko krótki moment, może jedno mrugnięcie – potem przepyszna słodycz przemienia się już tylko w cierpki płyn i powoduje nudności. Albowiem okazuje się, że dusza cierpiąca wyjątkowość jest szlachetna i naprawdę wielka. Uświadamiasz sobie tym samym, że poznawszy podobnego sobie zostałeś pozbawiony swej wielkości – teraz jesteś już tylko taki jak inni. Niech tylko pojawią się kolejni, a wkrótce objawi się tobie gorzkie zrozumienie, żeś ledwie mierny, nic poza tym.

– Nieważne, jak to nazwiesz – nie jest to normalne.

– Ale jakże przyjemne!

Nie było to słowo właściwe, by opisać rzeczywiste rozmiary odczuwanej przyjemności – Eso wiedział to i skarcił się w myślach, że posłużył się akurat tym spośród najbardziej prymitywnych, zamiast zajrzeć w głąb swojej wyobraźni i użyć piękniejszego, choćby miało to i trwać całe wieki, jako że retorem nigdy nie był. Ta moc, którą czuł – powoli rozumował, że należy się jej szacunek jak niczemu innemu, że trzeba mówić o niej jak artyści wypowiadają się o sztuce, jak kapłani głoszą swą prawdę o bogach, jak mężczyzna odpływa, dywagując o kobiecych kształtach. Na to sobie właśnie zasługuje: rozpływać się w jej mocy, tulić ją, kochać, popadać nawet i w szaleńczy, a jakże i romantyczny obłęd. Jeśli dobrze by się zastanowić, to Eso brzmiał jak zakochany, a do tego zawsze mu było daleko.

– Co nam po tym, jeśli ma nam zaszkodzić?

– Zaszkodzić? – Eso powtórzył najpierw z pewnym oburzeniem w głosie, nie bardzo rozumiejąc co skazaniec ma dokładnie na myśli – na szczęście w porę się opamiętał. Temat był drażliwy – jego uniesienie nijak nie pomoże mu w jego prowadzeniu. Zresztą widmo szkody iście nad nimi wisiało i to wcale nie od teraz, gdy drzemiąca w nich moc dokonuje swoistego przebudzenia. Ona gnieździ się w nich już dość czasu, by poczęli sobie wyobrażać jakie piętno mogłaby odcisnąć na ich życiu, gdyby podjęli się pewnych kroków. Chociażby uzmysłowić sobie co by było, gdyby tak ktoś dowiedział się jakąś sposobnością o ich pokręconych zdolnościach. Mało to kasztelan Pholl w domu rodzinnym nasłuchał się o czarownicach i wiedźmach, co to je czym prędzej obracano w zwęglone szczątki, ażeby nikt nie potruł się ich skazą? A słyszeliście o Wyliniałym Wzgórzu – miejscu, gdzie wszystkie się podobnież spotykały i odprawiały swe straszliwe czary? Ojciec opowiadał, że zebrało się kiedyś dwudziestu uzbrojonych w łopaty i grabełki wieśniaków – przekopali wzgórze, przegrabili, następnie całe wypalili i wcześniejsze dwie czynności jeszcze powtórzyli. Wierzyli, że takim sposobem wykurzą stamtąd raz na zawsze czarownice i całą szpetotę jaką po sobie pozostawiły. Podobno podziałało. Czyż nie jest to szkoda? Ha! „Szkoda” to za mało, by opisać niebezpieczeństwo krążące nad nim i Daakmanem. Eso zaprawdę myśl formował po stokroć potężniejszą, aniżeli słowa, w które ją ubierał. A, no i trzeba jeszcze dodać, że Wyliniałe Wzgórze od tamtej pory było wzgórzem Wypalonym.

Naprawdę byli takimi przeklętymi wyrzutkami jak te czarownice?, wstrząsnęła nim nagle niepokojąca refleksja. Tak źle to jeszcze chyba się sobie nie jawił. „Zabity przez nienawiść”, wyobraził sobie swoje epitafium, gdyby przypadkiem niedługo miał sczeznąć, zamordowany przez rozwścieczony motłoch. Czy może lepiej wpasowałoby się tu słowo „strach”? Nie do wiary, że tak deliberuje nad słownictwem! Ale przecież to strach owładnął tych wieśniaków. Strach przed nieznanym.

– Ja tu widzę drogę. I pójdziemy nią. Ja na pewno – odrzuciwszy wszelkie wcześniejsze rozważania, Eso oznajmił.

– Czy… mówiłeś o tym komuś? Twoi rodzice? Brat? Czy oni…? – Daakman zastanawiał się.

– Nigdy.

Jeszcze miałbym ojca dzieciobójcę – Eso mówił w myślach z przekąsem.

– Nie byłem wiele starszy jak ty teraz, kiedy zaczęło się to we mnie odzywać. – Daakman spoczął na skałce obok i zaczął opowiadać. – Ledwie zaczęło szumieć mi pod nosem. – Przeczesywał sobie gęste wąsy i brodę. – Stawałem się wtedy mężczyzną, toteż początkowo uznałem to za naturalną kolej rzeczy. Starałem się wierzyć w to, że to zupełnie normalne, że moi rówieśnicy doświadczają tego samego, chociaż podświadomie chyba czułem, że coś jest nie tak. Wracając do tamtych wspomnień widzę teraz jak długo to już trwa. Aż do tej chwili myślałem, że…

– Jesteś sam. – Eso znał już zakończenie.

– Tak… Czuję się jakbym zrzucił z siebie ciężar, który dźwigałem tak długo, że o nim zapomniałem.

– Nie możemy nikomu o tym powiedzieć – Eso oznajmił z całą stanowczością, tak by Daakman mógł być pewien, że musi potraktować go śmiertelnie poważnie.

– I tak nie planowałem.

– Nie o to chodzi. – Eso pokiwał głową. Wcale nie zapomniał o tej książce, którą czytał w drodze do Alcharium. „O czystej krwi”, brzmiał jej tytuł. Zamyślił się bardzo głęboko: czy winien opowiedzieć o niej Daakmanowi? Wyznać mu swe domniemywania? Że zgraja wieśniaków z widłami czy innym żelastwem to wcale nienajgorsze, co może ich spotkać?

– Czytałem niedawno taką jedną książkę. No dobra, nie czytałem – szukałem obrazków i akurat mi się poszczęściło, że wpadł mi w oko fragment, który o dziwota mnie zainteresował…

Nie. To głupie. Że niby napisali o nich książkę? To co zdążył wyczytać, miałoby być o nich? Jak naiwny Eso musiał być, by w ogóle tak pomyśleć? Ta Czysta Krew, czy jak jej tam to pewno kolejna bajka, opowiadanie mające dostarczyć odrobinę rozrywki wszelakim zamożnym i oświeconym. Gdyby jakiś poeta czy prozaik oznajmiłby Eso, że tworzy o nim dzieło, ten uznałby to za niesmaczną kpinę wymierzoną w jego skromną osobę. Dobrze, już dobrze! Skromny to on akurat nie był – prędzej butny i zarozumiały! Ale że aż tak miałby struć się tą pychą, że poddawał się takim iluzjom? Nie, to wykluczone. Dosyć tej błazenady.

– Wiesz, rozmyśliłem się, już nieważne.

Aż zacisnęły się Daakmanowi pięści.

– Jakież to do ciebie podobne! Zaczynasz coś bełkotać, a potem urywasz i każesz mi się z tym pogodzić. Robisz to umyślnie? Takeś sobie umiłował mnie frustrować?

– Bardzo możliwe. – Eso zaspokoił Daakmana dając mu tę odpowiedź, której najbardziej się spodziewał.

– Powiedz mi no – kasztelan przykucnął naprzeciw wznoszącej się teraz przed nim monumentalnie ściany i zaczął badać ją wzrokiem kawałek po kawałku – jakie to dla ciebie jest? To coś.

– Sam nie wiem. Ciężko ubrać to we właściwe słowa.

– Dajże spokój. Tyle sam spostrzegłem. To jest jak ogień, prawda? Jakbyś był tuż obok ognia.

– Ogień? – Daakman wyglądał na zaskoczonego. – Może i tak.

Skazaniec nie mówił tego tak, jakby rzeczywiście tak mu się to objawiało. Był taki zagubiony i niezdecydowany czy może postanowił zachować powściągliwość w wymianie spostrzeżeń? Nie ufał kasztelanowi dość, by wyjawić mu choćby odrobinę?

– Zwykle więcej paplasz. Spodziewałem się raczej, że przytłoczysz mnie gadaniną. – Eso nie będzie go egzaminować. Na razie pozostanie delikatny – co będzie dalej jeszcze się zobaczy.

Skazaniec nie odpowiedział.

– Ta moc sprawia, że staje się jej głodny. Chcę więcej. I powoli zaczyna frustrować mnie, że rzuca mi ledwie ochłapy swojego potencjału – Kasztelan zdecydował się nie czekać zbędnie i sam wypowiedział na głos towarzyszące mu odczucia.

– Za ścianą jest to, czego szukasz – Daakman skwitował ponuro.

– Też tak mi się wydaje. Czy również tego pragniesz? Będę potrzebował twojej pomocy, by przebić się przez nią.

– Nie trzeba mieć wcale dobrego nosa, by zwietrzyć kłopoty. Chcesz się w to pakować?

Eso walczył ze sobą, by nie stracić cierpliwości. Skazaniec był upierdliwy jak brzęcząca obok nosa mucha. Czy on nie chce od życia więcej? Naprawdę wystarcza mu ten nędzny żywot, jaki teraz prowadzi? Zgadzałoby się – przecież wahał się nawet wtedy, gdy kasztelan złożył mu ofertę wyciągającą go z tamtych zakurzonych kopalnianych chodników. Co jest z nim nie tak? Aż taki z niego tchórz? A może jeden z tych budzących politowanie delikatnych słabiaczków, których to pełno teraz w dużych miastach? Daakman, zarazo, opamiętaj się!

– Niczego tak nie jestem dzisiaj pewien – Eso odrzekł z werwą.

Wystarczyło tylko rzucić okiem na Daakmana. Z głową pochyloną ku ziemi prowadził właśnie wewnętrzną walkę.

– Nie będzie drugiej szansy, stawiam na to całe swoje złoto. To jedyna okazja – Eso przekonywał skazańca.

Spędzili w ciszy kolejne minuty. Kasztelan Pholl zdążył przez ten czas przekonać się, że nie uzyska od skazańca zdecydowanej odpowiedzi. Przestał na nią liczyć.

– Nie traktuję cię jak powinienem – zaczął więc. – Jesteś… za blisko. A oni to widzą. Przyjdzie taki moment, że się zbuntują. Może nie pracujesz już w kopalni, ale wciąż jesteś skazańcem. A ja zarządcą, przedstawicielem władzy. To niezdrowe.

– Co chcesz powiedzieć? – Daakman spojrzał na niego spode łba.

– Może będziemy zmuszeni do ograniczenia kontaktu i współpracy – na Daakmana sfrunął niespodziewany powiew przeszywającego chłodu. Skazaniec zdawał się już rozumieć.

– Możliwe, że będę musiał odsunąć cię od tej sprawy na jakiś czas – kontynuował Eso. – To tyle. Możesz iść. Dogoń Drake'a.

– To ma być zemsta, tak? – Usta Daakmana wykrzywiły się. – Za niezupełne opowiedzenie się po twojej stronie. Powinienem bezrefleksyjnie zgodzić się na twoje warunki.

– Skąd. Cenię sobie każdy przejaw niezależności.

Na nieszczęście to, co sobie cenił, a to czego obecnie potrzebował nie wiązała żadna korelacja.

Villeryan pewnie by posłuchał. Przeszedłby wraz z nim przez tę furtkę ku przygodzie, jeśliby tylko miał ku temu okazję. Spełniłby oczekiwania Eso. Może wcale nie był taki zły. Może trzeba lepiej rozważyć kandydatów na fuchę włodarza.

 

Izbę rozjaśniał mu tylko delikatny płomień świeczki, spokojny i pełen gracji jak ten wieczór, którego Eso wreszcie się doczekał. Za nim był długi dzień. W końcu mógł rozsiąść się wygodnie na swoim ledwie trzymającym pion trójnożnym krześle, wlać w siebie kufel zalatującego szczynami piwa, dokończyć znalezioną na ziemi kromkę chleba i zwieńczyć wszystko bezpretensjonalnym beknięciem. Absolutnie nie zamierzał zaprzątać myśli tym zbierającym kurz stosem papierów na samym szczycie szafy, który przez krótką chwilę przykuł jego wzrok. Stoggia czeka na te dokumenty już dwa tygodnie, toteż absolutnie nie odczuje różnicy, jeśli poczeka jeszcze jeden dzień. Eso z pewnością zrobi co trzeba jutro. O tak, zaraz po tym jak przedostawszy się przez zaklętą ścianę pozna ukrywany za nią artefakt. Jeśli to artefakt…

Może książki, które otrzymał od ojca pomogłyby mu w znalezieniu poszukiwanych odpowiedzi. Niestety stracił je, miejmy nadzieję, iż nie bezpowrotnie. Inkwizytor postanowił je mu odebrać bez wcześniejszego uprzedzenia. Tam musiało być coś niewygodnego dla tych ogromnych skurwielów. Kogo w końcu tak okrutnie potraktowali na polecenie prawdopodobnie samego króla? Dlaczego społeczeństwo znienawidziło tak tę tajemniczą grupę? Nie było nocy, w której Eso by o tym nie myślał. Robił to ostatnio za często, chociaż nie miał w zwyczaju zamartwiać się zanadto. Było zostać ignorantem – takim się na pewno lepiej śpi.

Ktoś zapukał do drzwi. O tej porze?

Wyjrzał przez okno. Na schodach przed jego domem stało kilka osób, ale w tych ciemnościach nie był w stanie dokładniej ich rozpoznać. Na wszelki wypadek wziął ze sobą pierwszy lepszy stalowy pręt, którego upatrzył pośród tego straszliwego barłogu. Nie należało pytać skąd takowy w jego chacie…

– Przyszliśmy pogadać, kasztelanie. Wyjdź do nas. – Usłyszał znajomy głos wydobywający się zza drzwi. Obuch i jego bandycka ekipa złożyli mu wizytę. Jakąś sposobnością przemknęli strzegącym grodu wojom, bowiem ci nigdy by ich nie wpuścili. Zatem zdolni są nawet i do tego? Czy Eso winien być zaskoczony? Skiba – zuchwały złodziejaszek, Gradeś – tęgi chlejus i rozrabiaka, Błaż – obślizgły gwałciciel, Kiper – mikrus, lecz znamienity łobuz, Olwest – ćpun, ale patriota, wreszcie Obuch – ichniejszy przywódca i bezwzględny morderca. Jako byli rasowymi skrzywieńcami, by przetrwać w tym pogardliwie obchodzący się z nimi świecie, z pewnością musieli dysponować szerokim wachlarzem umiejętności. Eso miał tylko nadzieję, że jego wojom nie stało się nic poważnego.

Uchylił lekko drzwi. Teraz widział już co nieco.

– Czego chcecie? – Nie ukrywał, że nie sprawia mu żadnej przyjemności patrzenie na ich krzywe, poobijane mordy. Nie powodowały nim tylko kwestie estetyczne, ale też strach. Daakman morderca zdawał się być przy nich uroczą, potulną owieczką. Czarną i z krwią na pysku, lecz nadal owieczką. Oni zaś byli jak wilcy. Nawet gdy spały, człeki przyglądały się im z ostrożnością. Podobnież każdy wilk lęka się ognia. Myślcie głęboko co to może znaczyć!

Najsamprzód wypatrzył Obucha. Ten, jeśli nie liczyć półgiganta Gradesia, był najszerszy i najgrubszy. Dzięki temu zawdzięczał swe przezwisko. Eso nie pamiętał jego imienia, ale było paskudne, skoro nikt się do niego przez nie nie zwracał. Obok stał Gradeś – wielki jak drzewo, z włosami gęstymi i kruzowanymi. Najpewniej z ich wszystkich najbystrzejszy – może gdyby tyle nie pił, osiągnąłby coś więcej w swym nędznym życiu. Obuch potrzebował go, by doradzał mu, co winien mówić. Zawsze tak było, odkąd Obuch i Gradeś trzymali się razem.

– Wyjdźże, kasztelanie, skorośmy już tu zawinęli.

– Nie czeka cię od nas żadna krzywda – odezwał się Gradeś.

– Nie liczcie na to. Będziemy rozmawiać przez drzwi. Mówcie czego chcecie!

– Eee… – Obuch zawahał się na chwilę, acz szybko powróciły do niego zagubione słowa. – Przybyliśmy z ofertą.

Gdyby Eso nie trząsł się teraz cały ze strachu i walczył ze sobą, by nie okazać tego poprzez łamiący się głos, zapewne musiałby wówczas powstrzymywać się od śmiechu.

– Jakąż to ofertę dla mnie mogłyby mieć osobniki waszego pokroju?

– Taką, której nie sposób odrzucić, kasztelanie – wtrącił się Gradeś. – Qunus i Badon… Dwóch twoich wojów…

– Wiem kim są Qunus i Badon! Gadaj co z nimi!

– Mamy ich! – zaczął Obuch. – Trochę obiliśmy im buźki, choć opierali się nam dzielnie. Jeśli będzie trzeba, dokończymy to, cośmy zaczęli. Nie są jednak skazani na ten los. Wiele zależy od ciebie.

– Chcecie okupu… – odpowiedział wprost Eso.

– Tak, lecz nie byle jakiego! Podobno…

W Eso wstąpiła jakby znikąd niezwyczajna odwaga:

– Kończcie czym prędzej, szczędźcie sobie wstydu. Czego chcecie? Złota? Ledwie mam go dla siebie, co dopiero dla takich obszczańców jak wy. Chatę? Spójrzcie jeno na moją, niewiele lepsza od waszych! A może ziemię? Pracujcie ciężko w kopalni, to przydzielę wam jaką – otóż wolnej ziemi jest tu pod dostatkiem.

– Kasztelanie… – Obuch chciał coś powiedzieć.

Eso ujrzał na moment twarze swych wojów – Qunusa i Badona, kierując ku nim swe myśli. Byli to młodzi, żywotni obrońcy grodu. Lecz czy wobec tego ambitni i gorliwi? Mało było takich w Buckerish – większość robiła tylko tyle, ile musiała, kombinując i sprytnie unikając dodatkowych zadań. Zaprawdę szkoda ich przyjemnych twarzyczek, lecz jeśli majątek kasztelanii na to nie pozwala, by opłacić za nich okup, to niech tak będzie! Niechże ich uroda stanie się walutą w tym kolejnym, bezsensownym sporze!

Zatrzasnął drzwi przed ich nosem. Bądźmy szczerzy – znaleźli się na zatrważającą odwagę, przychodząc pod jego dom i sugerować coś podobnego. Nie żeby Eso siał postrach w wiosce – przeciwnie, jego młody wiek, brak doświadczenia, niewielka postura i urocza, czerwono-pultyniasta mordka budziły nawet i politowanie. Lecz Eso miał do zaoferowania znacznie więcej aniżeli tylko swój niegroźny wygląd. Obuch i jego ferajna mogą być pewni, że nie przejdzie to bez echa. Będą pracować więcej i ciężej. Jeśli będzie trzeba połączy ich między sobą grubym, niewygodnym łańcuchem.

– Kasztelan Pholl pożałuje. – Usłyszał zza drzwi jeszcze czyjś głos.

Czyżby?

Spoczął na krześle i zadumał się. Wydawało mu się, że postąpił właściwie. Takich jak oni trzeba trzymać bardzo krótko, inaczej będą pozwalać sobie na więcej i na więcej. Obuch i banda nie byli pierwszymi w swoim rodzaju, którzy stanęli mu na drodze. Bez tytułu kasztelana nie tak łatwo było stawiać im opór. Zwykle mieli mięśnie, przewagę liczebną i bezwzględność w poczynaniach. On miał wówczas jedynie rozum i cięty język. Ileż z tego ma użytek w bezpośredniej konfrontacji?

To potworne upokorzenie, gdy opuszcza się już pole bitwy, a do głowy dociera w końcu, że poniosło się kolejną porażkę. Ze spuszczonym łełbem, ślepiami zalanymi jeszcze strachem, spoconymi dłońmi i dygoczącymi nogami przychodzi zostać świadkiem tej odrzucającej mizerności. Poprzedniej nocy kładło się jeszcze spać z postanowieniem, a że przy najbliższej okazji położy się ostateczny kres własnemu cherlactwu. Cóż można jednak rzeczywiście zdziałać: ja sam – ledwie przemądrzalec wobec beztrwożnego, co za tym idzie bezmyślnego, dzikusa? Nawiedziły nie raz te wyrzutne myśli Eso, nawiedziły i każdego w jego rodzaju. To tragedia wszystkich przykościwych inteligentów. Albo tchórzy.

Co się zmieniło, a że kasztelan Pholl odważył się tak przepędzić obuchowych oprychów? Teraz była jeszcze władza – znane lekarstwo na małego kutasa. Na pewno zapisana w prawie, lecz czy realna? To się jeszcze okaże, teraz było tylko ważne to, że smakowała. I właśnie w takich chwilach przynosiła najwięcej przyjemności. Eso czuł przez chwilę, jakby posiadał to bydło na własność. Było to poczucie równie słodkie, co mroczne.

Uśmiechnął się pod nosem, zdmuchując świeczkę, a następnie przykrył się kołdrą i zamknął wreszcie swe ślepia. W izbie nie zapanowała jednak kompletna ciemność, wciąż tliło się tam światło…

Koniec

Komentarze

Tylko cze­kać aż przyj­dzie Reg lub Fin­kla i na­pi­szą, że frag­men­ty nie są po­pu­lar­ne wśród czy­tel­ni­ków i ko­men­ta­to­rów na por­ta­lu, i że pew­nie nigdy nie po­zna­my ca­ło­ści. No bo jaki sens wrzu­cać po­wieść całą na por­tal? Kto to wyda, gdy okaże się hitem, po udo­stęp­nie­niu w in­ter­ne­cie? Sam tutaj kie­dyś wrzu­ci­łem pierw­szy roz­dział po­wie­ści fan­ta­sy. I zaraz usu­ną­łem. Poza tym, pierwszy rozdział na 77 tys. znaków? Serio?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, nie czekaj, Reg tu nie przyjdzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A no tak. Wspominałaś o tym pod tratwą. No właśnie. Jeśli nawet Reg tego nie przeczyta (z ogromną stratą dla Autora) to znaczy, że mało kto przeczyta.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przykro mi, że odparcie zarzutów, z którymi się nie zgadzałem, sprawiło, że zniechęciłem do siebie @regulatorzy. Być może powinienem wtedy wyrazić swoje zdanie inaczej. Tak czy inaczej, podziwiam za konsekwencję i pamięć. Minęło już pewnie z pół roku – w życiu nie pomyślałbym, że do tego czasu będę jeszcze pamiętany tutaj za jedną, krótką meduzią tratewkę.

 

Być może mało kto to przeczyta, lecz możliwe, że będzie to i tak ktoś, a to już więcej niż nikt. Że wyście się już tu zjawili, jest to dla mnie bardzo dużo.

Mylisz się Daakmanie, zniechęciłeś mnie do lektury swoich dzieł nie tym, że odparłeś zarzuty, a sposobem, w jaki to zrobiłeś – a ja nie mam zwyczaju pomagać komuś, kto i tak wie lepiej i jest odporny na próby sprawienia, aby jego zdania były poprawne, brzmiały lepiej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

No tak, to niestety brzmi jak ja.

 

Daruj tamto, jeśli możesz. Od tamtego czasu trochę spokorniałem – mam taką nadzieję, znaczy się.

Mogę, Daakmanie i niniejszym puszczam przeszłość w niepamięć. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam fragment do pierwszej przerwy w tekście i nie mogę powiedzieć, żeby początek zachęcił mnie do lektury dalszego ciągu, tym bardziej, że i tak nigdy nie poznam całości dzieła. Nie znam świata, do którego trafiłam, jego bohaterowie są mi obcy i na pewno nie przybliżył mi ich opis pogrzebu, części wierzeń czy przemyśleń Eso.

Mr.maras ma rację, uważam że prezentowanie fragmentów/ prologów/ wstępów/ pojedynczych rozdziałów nie jest dobrym pomysłem.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Usterki, w tym nie zawsze poprawnie złożone zdania i słowa użyte niezgodnie z ich znaczeniem, nie ułatwiały lektury.

Mam wrażenie, Daakmanie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Dość miała zmar­twień, a on przy­spo­rzył jej ko­lej­ne­go swoim dzie­cin­nym za­cho­wa­niem. –> Zmartwienie jest rodzaju nijakiego, więc: …a on przy­spo­rzył jej ko­lej­ne­

 

Cza­sem obej­rze­li się tylko na niego oskar­ży­ciel­sko… –> Nie bardzo wiem, na czy polega oskarżycielskie oglądanie się na kogoś.

Może: Cza­sem spojrzeli tylko na niego oskar­ży­ciel­sko

 

Eso – młod­szy, traci spo­sob­ność ku zdo­by­ciu wyż­sze­go wy­kształ­ce­nia… –> Eso – młod­szy, traci spo­sob­ność do zdobycia wyż­sze­go wy­kształ­ce­nia

 

Ro­dzi­na Phol­lów wy­ło­ży­ła sporą kwotę, by za­pew­nić jej gło­wie godny po­chó­wek. –> …by za­pew­nić swojej gło­wie godny po­chó­wek.

 

o na­rzu­co­nym przez nie­bio­sa celu ich mar­nych eg­zy­sto­wań… –> …o na­rzu­co­nym przez nie­bio­sa celu ich mar­nych egzystencji/ marnego egzystowania

Egzystowanie nie ma liczby mnogiej.

 

Po­ra­dził­by sobie i god­nie re­pre­zen­to­wał­by peł­nio­ną funk­cję. –> Funkcję można pełnić, ale nie można jej reprezentować.

Proponuję: …i god­nie peł­nił powierzoną funk­cję.

 

i do­brej, nie­stru­dzo­nej dużym wy­sił­kiem za­ba­wie. –> Można się strudzić dobrą zabawą, ale nie można strudzić ani zabawy, ani wysiłku.

Proponuj: …i do­brej, niewymagającej dużego wy­sił­ku, za­ba­wie.

 

Całe zda­rze­nie na­zwał nie­for­tun­nym wy­pad­kiem przy pracy, za­pie­ra­jąc się jed­no­cze­śnie, że oso­bi­ście nigdy nie do­pu­ścił się cze­goś po­dob­ne­go. –> Zapierać się to przeczyć czemuś.

Proponuję: Całe zda­rze­nie na­zwał nie­for­tun­nym wy­pad­kiem przy pracy, twierdząc jed­no­cze­śnie, że oso­bi­ście nigdy nie do­pu­ścił się cze­goś po­dob­ne­go.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy

Dziękuję za wskazanie popełnionych przeze mnie usterek.

 

“Nie znam świata, do którego trafiłam, jego bohaterowie są mi obcy i na pewno nie przybliżył mi ich opis pogrzebu, części wierzeń czy przemyśleń Eso.” Co masz na myśli? Wybacz, lecz czy przeczytany przez Ciebie fragment, nie będący nawet jedną czwartą całego rozdziału, to dość, bym mógł wprowadzić czytelnika w stworzony przeze mnie świat i zaangażować go weń w pełni? Szczerze mówiąc, to sam obawiałem się raczej, że pośród tych nieszczęsnych 77 tys. znaków zbyt wielki procent stanowi to, co służy wprowadzeniu do świata przedstawionego, a za mało jest tam akcji właściwej.

Zdaje mi się, że fakt, iż jest to właśnie pojedynczy rozdział powieści, która najpewniej nigdy się tu w całości nie pojawi, niesłusznie wpływa na podejście do zapoznania się z tym fragmentem. To niesprawiedliwe. Może jeśli ktoś czuje się zniechęcony do lektury poprzez takie względy, winien rzeczywiście z niej zrezygnować.

 

Daakmanie, nie ma się co dąsać na niesprawiedliwość forumowiczów. Przecież poświęcają swój czas i pracę i uwagę zupełnie dobrowolnie. Fragmenty powieści, pierwsze rozdziały, pojawiają się tutaj dosyć często i nigdy nie przyciągają większej uwagi. Zdarzają się osoby, które przejrzą, ocenią, wskażą błędy, jak np. Tarnina, Drakaina czy czasem Regulatorzy. Ale tak szczerze mówiąc, na temat fragmentu całości, której się nigdy nie pozna, nie można powiedzieć zbyt wiele. Jak ocenić konstrukcję dzieła, gdy to tylko fragment? Jak docenić pomysł na fabułę skoro to pierwszy rozdział? Jak wypowiedzieć się na temat rozwoju i konstrukcji postaci, kiedy to tylko wstęp? Nie ma szans na ocenę twista, zaskoczeń, zwrotów akcji, kreacji świata, budowania klimatu – wszystko jest przecież ledwo wprowadzeniem. I nie ma też sensu poprawiać błędów stylistycznych, gramatycznych, interpunkcyjnych itp. skoro to tylko kawałek, który poprawiony będzie odstawał od reszty utworu pozbawionej korekty. A Twój pierwszy rozdział ma prawie 80 tys. znaków! Toż to jedna czwarta powieści (standardowej)

Inna sprawa to fakt, że zazwyczaj autorzy, którzy wrzucają tutaj swoje fragmenty, obiecując, że to pierwszy rozdział, nigdy nie kończą swoich dzieł. Znamy to tutaj doskonale. Napisać (tzn. zacząć i skończyć) powieść jest niezwykle trudno. Dlaczego więc nie ćwiczysz swojego pióra na szortach, opowiadaniach? Stwórz coś skończonego, z wprowadzeniem, rozwinięciem i zakończeniem, zamkniętą fabułę – na niej łatwiej będzie ocenić i styl i technikę i zdolności pisarskie. I łatwiej szlifować. A i sama lektura będzie miała więcej sensu, bo czytelnik pozna całą historię, a nie jakieś kawałki oderwane od całości. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Daakmanie, wypowiedziałam się wyłącznie o przeczytanym urywku, nie o całym tekście. Nic nie poradzę, że to, co przeczytałam, nie zainteresowało mnie zbytnio, nie obudziło chęci zgłębiania zaprezentowanej części Hymnu Podpalacza.

W moim profilu od dawna wisi komunikat, że autorzy fragmentów nie powinni mieć wobec mnie nadmiernych oczekiwań. Nie ukrywam, że wolę czytać skończone opowiadania, tym bardziej, że fragmenty nie są wliczane do grafiku dyżurnych, nie mają szansy ani na piórko, ani na dostanie się do Biblioteki – takie są zasady tej strony. Czy sprawiedliwe? Moim zdaniem tak.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Będę szcze­ry, że nie je­ste­ście pierw­si, któ­rzy pro­po­nu­ją mi spró­bo­wa­nie z czymś krót­szym. Ale ja, baran, je­stem głu­chy na te uwagi i za­wzi­nam się przy swoim. Wła­ści­wie można po­wie­dzieć, że rzu­ci­łem się na głę­bo­ką wodę – przez sześć lat pra­cu­ję nie­mal­że przy tej jed­nej po­wie­ści, nie two­rząc pra­wie nic poza tym i mając zni­ko­me do­świad­cze­nie. Efekt tego jest taki, że co mie­siąc ulep­szam to, co zdą­ży­łem już na­pi­sa­ć, przez co bar­dzo po­wo­li zbli­żam się do końca. Bar­dzo po­wo­li. Będę mu­siał roz­wa­żyć po­pra­wę.

Dzię­ku­ję za wasze spo­strze­że­nia.

Witaj

Jak na pierwszy rozdział to rzeczywiście ciut za długie, dlatego po przeczytaniu początku, dalej czytałam tylko fragmenciki. Ogólnie całkiem spoko. Mam wrażenie, że chciałeś zrobić klimatyczny początek i nawet mnie kupił, choć jest przegadany. Jeśli byś trochę poskracał, sądzę że co fajniejsze elementy uwypukliłyby się a i szybciej nastąpiłoby przybliżenie postaci i sytuacji w jakiej się znalazły. Później przemknęło mi w tekście, że minęło kilka miesięcy odkąd bohater trafił do tej miejscowości. Może właśnie w tym momencie najlepiej zrobić kolejny rozdział. Czy mi się wydaje, czy Eso nie jest zbyt pozytywnym bohaterem? smiley Nie wiem czy bym go polubiła, ale jest przez to ciekawszy. Chyba nawet zaciekawiły mnie jego dalsze losy. Osobiście nie przepadam za przekleństwami w tekście, ale to już kwestia gustu.

 Jako radę powiem Ci, że samemu zbytnio nie poprawisz tekstu. Dobrze dać to osobie zaufanej, która spojrzy na tekst z innej perspektywy, wyłapie nieścisłości, czy niestylistyczne zdania.

Życzę powodzenia w pisaniusmiley

@Monique.M

Dziękuję za komentarz!

 

Z tą długością to jest tak, że kiedyś to faktycznie były dwa rozdziały i dzielił je właśnie ten przeskok czasowy. Któregoś razu postanowiłem je połączyć w jeden, sądząc, że pierwszy zawiera w sobie zbyt mało akcji, ale najwyraźniej powinienem zastanowić się nad ponownym ich rozłączeniem.

 

Tak, poskracanie to coś, co brałem pod uwagę. Dokładniej, to myślałem albo przenieść niektóre fragmenty w inne miejsca, gdzieś w dalsze partie rozdziału albo w ogóle wyciąć je z rozdziału i w podobnej formie umieścić w kolejnych. Na pewno przez Twoją uwagę zajmę się tym już na poważnie.

 

Co do Eso – bardzo się cieszę, że to wychwyciłaś. O tak, Eso to szczwana bestia. Przyznam się, że moim wielkim marzeniem jest opowiedzieć historię, której żadnego z bohaterów nie sposób nazwać pozytywnym. A ryzyko tego jest właśnie takie, że mogą oni nie zyskać sobie szerokiej sympatii czytelnika, co nie jest do końca pozytywnym skutkiem.

Cieszę się, że choć trochę mogłam pomócsmiley Sądzę, że to ciekawy pomysł odnośnie nie do końca pozytywnych bohaterów. Da się takich choć trochę polubić, ale musisz im dać coś co przykuje uwagę czytelnika, albo pokaże, że nie zawsze są tacy anty. Wiem, że to nie łatwesad Ale sama spotkałam się z postaciami nawet złymi, które jednak zaciekawiały.

 

Co do przeniesienia fragmentów – uważam, że to dobry pomysł. Po latach pisania przekonałam się, że przycinanie tekstu daje dobry efekt, choć nie raz było ciężkosmiley​. Ostatnio przewróciłam pół powieści do góry nogami, po kilku latach odsuwania tego od siebie . Ale teraz jestem zadowolona z efektu.

Nie domykasz zdań wtrąconych (przecinki).

Gdzieś masz “Jidź”.

Rzeczywiście dałeś nam długaśny fragment, w którym niewiele się dzieje.

Bohater w trakcie podróży uczy się wielu rzeczy/czyta o wielu rzeczach, “liznął kilku języków”, potem w bardzo krótkim czasie ze zwykłego lenia przeistacza się praktycznie w specjalistę od wszystkiego, otaczają go sami niekompetentni idioci – zadbaj o wiarygodność.

Nie bardzo rozumiem, co chodzi ze ścianą. W porządku, ma jakąś moc, ale jaką – no właśnie, to jest podstawowy minus fragmentów. Co z tego, że wszystko się wyjaśni osiemdziesiąt tysięcy znaków później, skoro ich nie przeczytam?

Ogólne wrażenie: długie i w zasadzie nie wiem o czym.

Znam tylko pięć liter ;)

@Anet

Liczyłem się z tym, że będę musiał zmierzyć się z przeróżnymi zarzutami, ale takiego – o Eso specjaliście od wszystkiego – zupełnie się nie spodziewałem. Czy mogłabyś rozwinąć swoją myśl? Co sprawiło, że dopatrzyłaś się takiego przeistoczenia? Myślałem, że na każdym kroku, aż do przesady, starałem się zaznaczyć leserstwo i brak szeroko rozumianego obycia u Eso. Nie zmienia się to w żadnym punkcie rozdziału. To znaczy, do tej pory tak mi się wydawało.

Co do niekompetentnych idiotów – zgodzę się, że niekompetentni, ale czy aż idioci? Eso trafił do zapomnianej dziury na krańcu świata, nieprzynoszącej żadnej znaczącej korzyści niemal nikomu. Ludzie są tu niewykształceni, zrezygnowani i skupieni wyłącznie na sobie. Większość z nich to skazańcy. Wybór naprawdę jest niewielki, a Eso musi skompletować swoją załogę. Dla mnie brzmi to jak sytuacja, która mogłaby mieć miejsce w prawdziwym życiu. Okej, rozumiem, że widzisz to inaczej. Chętnie wdam się w głębszą dyskusję, jeśli zechcesz się do tego jeszcze odnieść.

“Jidź”, tak jak “łełbem”, należy do moich intencjonalnych przeinaczeń. Nie odnalazłem w internecie niczego, co wskazywałoby, że słowa te prezentowały się kiedykolwiek w historii języka w takiej formie, nie przeszkodziło mi to jednak, by zdecydować się na taki zapis. Dla mnie brzmią one, jakby pochodziły z ust człowieka co najmniej z poprzedniej epoki. Nazwijmy to… zarchaizowanymi neologizmami…

Do reszty nie muszę się chyba odwoływać, jako jest to kontynuacja mającej tu miejsce polemiki czy warto udostępniać fragmenty powieści.

Dziękuję za Twój komentarz.

 

“Jidź” rzuciło mi się w oczy, myślałam, że niechcący dobiłeś literkę. Natomiast rzeczywiście dialogi rządzą się swoimi prawami, ludzie mogą wysławiać się w różny sposób, to jest w porządku.

A co do niekompetencji…

Zobacz.

Eso Pholl był tylko rozpieszczonym i rozwydrzonym bachorem, myślącym jedynie o przyjemnościach i dobrej, niestrudzonej dużym wysiłkiem zabawie

I nagle ten chłopak zostaje kasztelanem. To poważna funkcja, która wymaga wiedzy i umiejętności, przy czym część z nich (jeśli nie większość) zdobywa się w trakcie pracy, również od tych, którzy już to wcześniej robili, mają doświadczenie. Nie da się wszystkiego nauczyć samemu.

Tymczasem okazuje się, że tak naprawdę do tej pory nikt nie wiedział dobrze, co robi. To niewiarygodne, bo przecież ludzie jakoś funkcjonowali, ktoś musiał to ogarniać, zarządzać. W każdej społeczności znajdzie się ktoś, kto ma zdolności przywódcze, organizacyjne, handlarze i tak dalej. Źle zarządzane grupy rozpadają się albo są wchłaniane przez silniejsze.

Nie bardzo rozumiem podejście Eso. Nie ma przecież swoich doradców, którzy by go wspierali. Nie za bardzo wie, co powinien robić (nie zna specyfiki nowego zajęcia, miejsca, dopiero uczy się wszystkiego). A to cała reszta jest niekompetentna?

Nagle okazuje się, że Eso jest wyjątkowy (choć nie wiem, w jaki sposób, w czym), ma jakiś ukryty plan i ogólnie robi się z niego cwaniak. Cóż. Dla mnie pozostaje niezrozumiały.

Znam tylko pięć liter ;)

Eso stanowisko kasztelana odziedzicza w spadku po ojcu. A władni w królestwie wcale nie są z tego powodu zadowoleni. Takie słowa kieruje do niego wojewoda Stoggia:

Najchętniej oddałbym tę kasztelanię w ręce kogoś innego, bardziej doświadczonego. Ale nie mam wyboru, odziedziczyłeś to po swoim ojcu. 

 

Z jakiegoś powodu wojewoda uznał, że “nie ma wyboru”. Myślę, że tego powodu można się domyślić (znajomość z ojcem Eso – być może sentyment, być może coś innego?) czy nawet sobie dopowiedzieć. Głównym założeniem nadal jest to, że miglanc Eso dostaje po ojcu ziemie i tytuł, na które sobie kompletnie nie zasługuje. Nie jestem specem od historii, lecz czy podobna sytuacja naprawdę nie mogła wydarzyć się kiedyś w rzeczywistości? 

 

Eso pomagali i doradzali mu wojewoda Stoggia i jego matka. Rzeczywiście, nie poświęciłem wiele tekstu na wyeksponowanie tego faktu (na pewno nie w pierwszym rozdziale, choć w kolejnych pojawiają się nowe wątki), ale przy uważnej lekturze również można to sobie dopowiedzieć. Czy wszystko winienem podawać czytelnikowi na tacy? W bezpośredni sposób rozwiewać każdą rodzącą się wątpliwość? Nie ma chyba takiej twórczości (szczególnie złożonej, jak powieści), która nie prowokowałaby momentami do zakwestionowania pewnych rozwiązań. Oczywiście, rozumiem do czego zmierzasz i zgadzam się, że wiarygodność jest niezwykle istotna. Sądziłem, że chociaż stworzyłem jej wrażenie, ale tu pojawia się Twoja interpretacja i tyle z mojego osądu.

 

Cała wspomniana trójka [włodarz, geolog, skarbnik], można by rzec, że dopiero odnajdywała się w swoim przeznaczeniu – w niejasnych okolicznościach przejęli schedy po fachowcach wiernych Ronadowi, którzy to zostali oddelegowani po jego śmierci w miejsca bardziej godne ich kompetencjom.

Otóż kasztelania Buckerish miała w swej historii kompetentnych zarządców. Byli to ludzie ojca Eso. Natomiast w momencie pierwszego przybycia Eso do kasztelanii (nieopisanego w rozdziale) nowa, niedoświadczona ekipa pełniła swe funkcje może ledwie przez tydzień. To niewystarczająco długo, by nastąpił upadek takiej maluteńkiej kasztelanii. Cztery miesiące mogą budzić już wątpliwości, trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że nieprzygotowanie, brak doświadczenia i szeroko rozumiana niekompetencja nie musi oznaczać tego, że nieszczęśni nowi zarządcy potykali się co krok o własne nogi. Było ciężko, ale jakoś to szło. Geolog Drake był w końcu na uniwersytecie i chociaż nie dokończył swej edukacji na nim, czegoś musiał się tam nauczyć. Dla skarbnika Smoka nie był to pierwszy raz na tym stanowisku – zresztą, bardzo dobrze liczył i dokonywał jeszcze lepszych przekrętów, czegóż więcej potrzeba, by zostać takim urzędasem?

 

Jeśli odwołujesz się do fragmentu, w którym Eso przemyśliwuje swą wyjątkowość, to rozumie się ją w kontekście odzywającej się w nim tajemniczej mocy. W tym sensie Eso rzeczywiście jest wyjątkowy (przynajmniej tak mu się na razie wydaje), toteż spotkanie podobnego sobie prowokuje ten potok różnych, wzniosłych myśli.

Odnosząc się do ukrytego planu: rozdział tyle ma najróżniejszych refleksji Eso, aby właśnie w płynny i spójny sposób ukazać, wyłaniające się z tego chaosu w jego głowie, postanowienia. Eso to leń i nie widzi mu się podejmować się żadnych zobowiązań, jednak jeśli podjęcie się nowych obowiązków stanie się dla niego zaczątkiem ku przygodzie – której bardzo pragnie – to jest w stanie im ulegnąć. Więcej! Odważy się nawet zostać podpalaczem! Dokładnie jak to czynią dzieci – wzniecają ogień, byle dla zabawy spalić coś i doświadczyć mocy żywiołu. Ściana natomiast to tylko kolejna okazja ku temu, by zobaczyć więcej ognia – dlatego też Eso postanawia dostać się do niej i zagarnąć dla siebie jak najwięcej z tego, co za nią znajdzie. Tyle z jego “ukrytego” planu.

 

Tak, tak, rozpisałem się. Ale przypomniało mi się jeszcze coś, mianowicie odnośnie “liźnięcia języków”. To też był intencjonalny zabieg, ot igraszka słowna, choć jak dobrze się jej przypatrzeć, to wtryniona tak, że budzi podejrzenie popełnionego błędu.

Dziedziczenie stanowisk rozumiem, więc tu bym się nie czepiała ;)

A co do interpretacji – każdy czytelnik znajdzie swoją i mnie się to podoba ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Jak i mi. Ja oczywiście przedstawiłem tylko swoją domyślną, wcale nie jest powiedziane, że to jedyna słuszna i prawdziwa.

Ja też nie twierdzę, że moja jest najlepsza ;)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka