- Opowiadanie: Ćwikiełka - Paciorek

Paciorek

Opowiadanie zainspirowane rodzinną historią o tym,  jak to kiedyś się dzieci do modlitwy zachęcało.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

thargone

Oceny

Paciorek

– Dzieci, do spania! – zakomenderowała ciotka Bronia stanowczo.

Słowa trafiły w próżnię. Szóstka jej siostrzeńców i siostrzenic biegała po pokoju za nic mając polecenia cioci. Okładali się poduszkami wzniecając tumany gęsiego puchu. Bronisława bezskutecznie starała się zaprowadzić porządek w tym harmidrze, przekrzykując piski dziewczynek i bojowe wrzaski chłopców.

– Miruś! Leszek! – zawołała. – Złazić mi z tego stołu! Matko Boska, Aluniu, nie wchodź na parapet, spadniesz i rozbijesz sobie głowę! Krysiu, natychmiast przestań bić Staszka! O, zobacz co mu zrobiłaś, na pewno będzie mieć jutro guza… Basiu, proszę położyć poduszki na łóżku. Nie z tej strony, z tej drugiej, tam gdzie kładziesz głowę… Mirek, schodźże, mówię…

Pomstowała w duchu na to, że ponownie dała się namówić swojej młodszej siostrze na pilnowanie jej pociech. Za każdym razem przyrzekała sobie, że był to ostatni raz. I oczywiście zawsze łamała dane słowo. Na szczęście siostra ze szwagrem już jutro wracali, będzie więc mogła odsapnąć po tym tygodniu męczarni. To już ostatni wieczór… Nawet nie zawracała sobie głowy sprawdzaniem, czy dzieci umyły nogi i uszy.

"Mogą mieć sobie nawet najczarniejsze stopy na świecie" – myślała zmordowana, pomagając dziewczynkom założyć nocne koszule. Nie było to łatwe zadanie, bo dwie najmłodsze, Ala i Krysia, zupełnie nie chciały współpracować. Po kilkunastu minutach szarpania się z maluchami, były w końcu gotowe do snu.

"O błogosławiona godzino…" – zanuciła w myślach Bronisława, postanawiając na rozluźnienie zapoznać się bliżej ze szwagrowym zapasem bimbru. Oczywiście dopiero kiedy te bębny będą już leżeć.

– A teraz dzieci – zwróciła się do swojej rozhasanej trzódki. – Klękamy i mówimy paciorek.

Pośród chichotów i trącania łokciami dzieci uklękły zgodnie przed drewnianym krucyfiksem wiszącym nad drzwiami do pokoju. Kobieta z nagłym wzruszeniem popatrzyła na jasne dziecięce główki wzniesione do krzyża Panajezusowego.

– Najpierw "Ojcze nasz” – zakomenderowała.

Niestety, srodze zwiódł ją niewinny widok, gdyż dzieciom nadal były psie figle w głowie. Zamiast odmawiać wieczorną modlitwę, Lesio jął trącać siostry i ciągnąć za warkocze, Mirek zaś kuksańcami zaczepiał młodszego Staszka, który bronił się ze śmiechem. W pobożnej Bronisławie krew zawrzała. Pięty mogły być nieumyte a paznokcie czarne, ale wygłupy przy pacierzu były w jej oczach najgorszym przestępstwem.

– A co wy tu, hultaje zatraceni, robicie? – zawołała wielkim głosem, szarpiąc urwipołci za czupryny. – Panu Bogu nie chcecie za nic podziękować, a? Pokłonić się Panu Jezuskowi to nie łaska? Modlić się ładnie, ale już! – huknęła nad ich głowami.

Dzieciarnia, zdziwiona nieco tym wybuchem, przycichła. Byli przyzwyczajeni do ciocinej łagodności i pobłażliwości, więc szemrając między sobą i zezując w jej stronę, pośpiesznie zaczęli odprawiać wieczorne modły.

Zrozpaczona Bronisława zauważyła, że dzieci, niepomne jej całotygodniowych nauk, nadal popełniają błędy przy nabożnych formułkach, ba! Niektóre zwroty pomijają zupełnie. Tak więc zamiast odmawiać modlitwy zgodnym chórkiem, każde z dzieciątek swój pacierz skończyło mówić o innym czasie.

– Teraz "Zdrowaś Mario" – nie poddawała się ciocia Bronia. Może pierwsza modlitwa była dla nich za trudna?

Jednak zdrowaśka wcale nie poszła rodzeństwu lepiej. Najmłodsza z dzieci Ala, robiąc maślane oczy, zaczęła przysypiać, opierając czoło o krawędź krzesełka. Leszek śledził oczami ćmę miotającą się po pokoju. Basia nie potrafiła powstrzymać się od szerokiego ziewania i wcale się z tym nie kryła.

Serce Bronisławy zadrżało. Coś musiała z tym zrobić! Nie może pozwolić, aby jej siostrzeńcy i siostrzenice nie znali pacierza! O! To dopiero byłoby gadanie na wsi! Ciotka aż się spłoniła rumieńcem gdy pomyślała, ze ksiądz dobrodziej mógłby usłyszeć, jak dzieci jej rodzonej siostry mówią "Ament", akcentując jeszcze to nieszczęsne "t" na końcu! Oczyma wyobraźni zobaczyła swoją matkę nieboszczkę, patrzącą na nią z oskarżeniem wypisanym na twarzy i ze słowami na ustach: "Tyś nie dopilnowała, by wnuki moje pacierze znali…". Z nagłym postanowieniem zwróciła się ponuro do podopiecznych:

– Tak brzydko się modlicie, dzieci… Nie wiem doprawdy, co to będzie z wami. Kiedy ja byłam mała, brat mój cioteczny Witek pacierza odmawiać nie chciał. Przyszedł po niego upiór. Boję się, żeby z wami nie stało się podobnie.

Jej słowa trafiły na podatny grunt. Sześć par oczu zwróciło się ku niej z ciekawością i (czyżby dobrze dojrzała?) lękiem.

– Ależ ciotko, co też mówicie – powiedział najstarszy i najrozsądniejszy Miruś. – Przecież upiorów i duchów nie ma, ojciec mówili.

– Mówił tak, mówił, aby was nie martwić. – Ciotka Bronia nie chciała wypaść z roli. – Witek też nie wierzył, póki nie przylazł po niego jeden… Przez okno do izby się dostał i porwać go chciał. Jeno padł Witek na kolana i błagać Anioła Stróża o pomoc zaczął, to gadzina się przelękła i odleciała.

Dzieci były już poważnie zaniepokojone. Zaczęły z trwogą wpatrywać się w ciemne okna.

– A wrócił ten upiór jeszcze kiedy? – zapytała drżącym głosem Basia.

– Wracał za każdym razem, gdy Witek niegrzeczny był, rodziców nie słuchał lub modlitwy wieczornej nie odmawiał. – Ciocia Bronia pogratulowała sobie pomysłu. Nawet największy hultaj Leszek złożył pilne rączki do pacierza. Jedynie Mirek wydawał się nie do końca przekonany.

– Ja żem nigdy upiora nie widział. – powiedział buńczucznie.

– Jeśli nie zmówisz ładnie "Aniele Boży" to może jakiś do ciebie w nocy przyjść – odparła ciocia Bronia podstępnie.

– Ale ojciec mówili, że duchów nie ma – powtarzał z uporem chłopiec. Ciotka widziała wyzwanie kryjące się w jego błękitnych oczach.

– Mirku, Mirku, prosimy, pomódl się z nami! – Błagały płaczliwie Ala z Krysią, obie wystraszone nie na żarty.

Mirek uległ prośbom najmłodszych sióstr i ukląkł przy nich, jednak Bronisława zauważyła, że nie odmawia pacierza razem z rodzeństwem, tylko patrzy w jej stronę z podejrzliwością. Kobieta wiedziała, że jej autorytet w oczach najstarszego siostrzeńca zostanie poważnie nadszarpnięty, jeśli upiora rzeczywiście nie ujrzy. W jej umyśle zaczął kiełkować pomysł.

 

Minęły dobre dwie godziny od kiedy dzieciaki były już w łóżkach. Dom pogrążył się w błogiej ciszy. Bronisława, starając się stąpać jak najostrożniej, podeszła pod drzwi izby, w której spały dzieci. Ich równe, spokojne oddechy upewniły ją, że rodzeństwo śpi twardym snem. Delikatnie chwyciła za klamkę i starając się uniknąć skrzypnięcia zawiasów zamknęła drzwi. Równie ostrożnie wsunęła haczyk wiszący przy framudze w metalowy uchwyt znajdujący się przy klamce. Teraz drzwi mogły zostać otwarte tylko od zewnątrz. Nadal poruszając się na palcach podążyła w kierunku kuchni, gdzie przez ostatnią godzinę dopracowywała swój plan. Oto nadszedł czas jego realizacji. Pokrzepiona i ośmielona dzięki kilku kieliszkom śliwowicy znalezionej w kredensie, zabrała się do roboty. Z mąki, wody i smalcu przyrządziła gęstą, białą pastę, którą nałożyła sobie na twarz, włosy i dłonie. Kawałkiem węgielka wyciągniętym z paleniska narysowała sobie dwie grube krechy w miejsce brwi. Stojąc przed lusterkiem ostrożnie operowała węglem wkoło oczu, domalowując czarne cienie na powiekach. Postanowiła poświęcić jedno z prześcieradeł siostry ("Szwagier dobrze w mieście zarabia to kupi jej nowe", pomyślała bez żalu) i wycięła w nim otwory na głowę oraz ręce. Przygotowawszy w ten sposób strój zarzuciła go na siebie i ponownie przejrzała się w lustrze. Ujrzała bladą, ponurą postać, doskonale widoczną w zimnym świetle księżyca wpadającym przez okno.

"Upiór, jak mateczkę kocham" – pomyślała zachwycona sama sobą. "Chyba nawet Anula z Jędrkiem by się nabrali!" Zachichotała, łyknąwszy z kieliszka resztkę wódki. Ściągając z szyi medalik ze Świętą Rodziną (przecież upiory złota nie noszą…) pospiesznie podreptała przez sień na podwórze, unosząc wysoko prześcieradło, by nie przydeptać swojej upiornej szaty. Obeszła dom i stanęła pod oknem dzieci.

“Już ja ich moresu nauczę i modlić się zaczną tak jak przystoi” – myślała podniecona alkoholem, wdrapując się na ławkę stojącą przy ścianie.

Uzbroiwszy się w uschłą gałąź urwaną z krzewu bzu zabrała się do dzieła. Zrazu delikatnie, później coraz mocniej zaczęła smagać witką szybę, zerkając co chwila do środka, czy aby dzieci się już nie przebudziły i czy może przejść do sedna całego przedsięwzięcia. Pierwszy zaczął wiercić się Staszek, mający łóżeczko najbliżej okna. Widziała, jak porusza się niespokojnie pod pierzyną, by w końcu obudzony uderzeniami gałązki o szybę obrzucić ją nieprzytomnym spojrzeniem.

Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania ciotki Bronki. Oczy dziecka zrobiły się okrągłe jak talerze. Chłopiec w mgnieniu oka zeskoczył z tapczanu by znaleźć się jak najdalej od zjawy za oknem, po czym wrzeszcząc wniebogłosy schował się za szafę. Pozostałe dzieci, obudzone krzykiem brata rozglądały się oszołomione. Gdy tylko dostrzegły białą postać wpatrującą się w nie przez szybę, wpadły w panikę. Młodsze dziewuszki z wielkim płaczem wpadły do łóżka starszej Basi, szukając ochrony w jej ramionach. Lesio podbiegł do drzwi, lecz widząc, że nie da się ich otworzyć, począł kopać w nie i tłuc pięściami. Najstarszy Mirek stał osłupiały, z otwartą buzią i wytrzeszczonymi oczyma i tylko poruszające się nerwowo gardło wskazywało, że nie jest w stanie wydobyć z siebie głosu. Ponad tumult przebijały się szlochy i okrzyki:

– Ciociu Broniu! Ciociu Broniu! Ratuj, ciotko! Na pomoc! – Zawodziły dzieci.

Bronisława przelękła się, że wrzaski sprowadzą sąsiadów, postanowiła więc, nie wychodząc z roli, zaprowadzić porządek.

– Cicho tam! – powiedziała najbardziej grubym głosem, jaki mogła z siebie wydobyć. – Ciotka Bronka do was nie przyjdzie, śpi.

– Upiór do nas mówi! Upiór nas porwie, tak jak wujka Witka! – Płakały dzieci.

– Który z was pacierza nie mówił, hę? – Zaburczała grobowym głosem. – Tego ze sobą zabiorę.

Rodzeństwo ponownie rozryczało się wniebogłosy, wzywając ojca i matkę, i wszystkich świętych, i Boga jedynego na pomoc.

– Mówiliśmy, wszyscy mówiliśmy! – Zapewniły dzieci gorąco– łzawymi głosikami.

– Nie wierzę! – odrzekła upiorzyca Bronia posępnie. – Musicie mi udowodnić, że modlitwy znacie.

W pokoju aż huknęło od uderzenia kościstych kolanek w podłogę, z taką trwogą i siłą siostrzeńcy Bronisławy rzucili się do modlitwy. Złożyli zgodnie i ręce i pięknie jak nigdy w życiu, pomodlili się.

– Oj-cze Nasz któ-ryś jest w nie-bie… – Wyrzucały z siebie słowa z całą mocą i żarliwością.

– Zdro-waś Ma-rio łas-ki peł-na Pan z To-bą…– Podjęły jeszcze głośniej, pociągając nosami i starając się nie patrzeć na straszną postać stojącą pod ich oknem.

– A-nie-le Bo-ży stró-żu mój…– W głosikach było słychać skrajne przerażenie. Co, jeśli upiór uzna, że się źle modlili?

Zjawa kiwnęła jednak trupio białą głową.

– Tym razem wam odpuszczę i żadnego ze sobą nie wezmę. Ale niech tylko się dowiem. – Pogroziła palcem zza szyby. – Że sobie żarty podczas modlitwy robicie albo rodziców i ciotki nie słuchacie, to tu wrócę i inaczej się z wami porachuję, hultaje zatraceni.

Kobieta uznała, że rodzeństwo ma już na dzisiaj dosyć przeżyć, zeskoczyła więc niezgrabnie ze stołka i czym prędzej ukryła w krzewach.

"Tej nauczki nie zapomną na pewno przez długi, długi czas." – myślała z satysfakcją.

Dzieci tymczasem płakały cichutko, przytulone do siebie z przerażenia i ulgi jednocześnie. Duch zniknął, byli więc bezpieczni. Kiedy tylko poczuli się na tyle pewni, aby wstać z klęczek, chłopcy przepchnęli szafę zastawiając okno na wypadek, gdyby zjawa się rozmyśliła i jednak po któreś z nich wróciła. Drzwi zostały zabarykadowane stolikiem i dwoma krzesłami. Dziewczynki w tym czasie wyłożyły wszystkie materace i kołdry na środek pokoju, tworząc wspólne posłanie dla całej szóstki. Drżąc ze strachu, ułożyli się razem na podłodze, dzierżąc w łapkach święte obrazki Matki Boskiej i Pana Jezusa, ofiarowane im podczas kolędy przez księdza proboszcza, a wyciągnięte teraz naprędce z czeluści komody. Mając po swojej stronie moce niebiańskie oraz braci i siostry leżących u boku, dzieci powoli uspakajały się, powtarzając co chwila pobożne formułki, póki sen ich, jednego po drugim, nie zmorzył.

 

Tymczasem ciocia Bronia skierowała się do studni stojącej na podwórzu. Chciała zmyć białą pastę ze skóry i doprowadzić się do porządku, zanim wróci do domu. Nie zdejmując narzuconego na siebie prześcieradła, zaczerpnęła do drewnianego wiadra. Postawiła je na ziemi i nabrawszy lodowatej wody w dłonie zaczęła czyścić twarz. Chłód przeszył jej skórę tysiącem igieł, jednak rozgrzana krążącymi jeszcze w jej krwi resztkami alkoholu zignorowała to, szorując się dokładnie.

Noc wokół niej robiła się coraz zimniejsza. Zapadła zupełna cisza. Ani pies we wsi nie zaszczekał, ani nie trzasnęły drzwi, ani też wiatr liśćmi nie poruszył. Pomyślałbyś: sam zostałem na świecie i nie ma oprócz mnie nic innego. Jednak Bronisława nie zwracała na to uwagi, pogrążona w rozmyślaniach o swoim niedawnym dziele. Była rozdarta między poczuciem winy, jakie wzbudziło w niej skrajne przerażenie dzieci, a zadowoleniem z dobrze wykonanego zadania wychowawczego, które przed sobą postawiła.

"O, teraz dzieciaczki na pewno wieczornego pacierza nie opuszczą!" – myślała.

Rozchlapując wkoło wodę i rozmyślając, zauważyła w końcu, że jej oddech zmienia się w biały obłoczek pary. Mimo, że umysł miała przytępiony zmęczeniem, sennością i alkoholem – w tej właśnie kolejności – zdołała się zdziwić, że koniec sierpnia przyniósł już ze sobą przymrozek. Czym prędzej wylała resztkę wody z wiadra i obróciła się na pięcie zamierzając iść w kierunku domu.

 

Jednak między nią a domem ktoś był. Wystraszona kobieta byłaby krzyknęła, lecz nienaturalnie niska temperatura zmieniła jej krzyk w ochrypły jęk. Ciotka Bronka poczuła, iż mróz ściska również jej członki, tak że nie jest w stanie ruszyć nogą ani ręką. Ciarki obrzydzenia przeszyły ją od stóp do słów, elektryzując wszystkie drobne włoski na ciele. Istota – bo człowiekiem nie można było tego nazwać – wpatrywała się w Bronisławę pustymi oczodołami, z których wysypywały się larwy much. Dwie szponiaste łapy miała wyciągnięte wzdłuż postrzępionych resztek czegoś, co niegdyś prawdopodobnie było sukienką. Zza podartego gorsetu wysunęła się jedna wyschnięta, pomarszczona pierś. Z szerokich ust zwieszał się długi język, odsłaniając dziesiątki zębów ostrych jak igły. Przerażona Bronisława zauważyła, że stworzenie węszy jej zapach resztkami swojego nosa.

Zjawa powoli sunęła w jej kierunku. Kobieta w nienaturalnej ciszy nocy słyszała chrzęst kości poruszających się pod obślizgłą skórą upiora oraz szelest sukni. Bardzo chciała zamknąć oczy, aby nie patrzeć na to, co się do niej zbliżało, jednak powieki również były jakby przyklejone do zimnej twarzy. Stęchły odór bijący od istoty wypełnił jej nozdrza. Po policzkach cioci Broni spłynęły dwie duże łzy.

Cuchnący oddech zjawy owionął jej twarz. Umierając Bronisława pomyślała, że jej przebranie upiora nie było nawet w połowie tak straszne, jak rzeczywistość.

 

Krew starszej kobiety nie mogła nasycić wiecznego apetytu topielicy na długo. Swoim niezawodnym instynktem wyczuwała w pobliżu sześć młodych, ciepłych, pełnych życia ciałek. Powykręcane resztki jej własnego ciała przeszedł spazm ohydnej rozkoszy, gdy do świadomości dotarła obietnica wielkiej uczty. Podjęła dalszą mozolną wędrówkę w kierunku domu, porzucając trupa swojej ostatniej ofiary. Podniecona perspektywą żeru, zignorowała instynkt, który ostrzegał ją przez niebezpieczeństwem. Pod samym domem wyraźnie poczuła, że coś jest nie tak z tym miejscem, jednak było już za późno na ucieczkę. Zjawa ugięła się przed mocą, która buchnęła od strony chaty. Ogrom znienawidzonej wiary w Boga Jedynego falami wylewał się z izby, w której spały dzieci. Każde słowo modlitwy, wyszeptane z żarliwością i ufnością przez rodzeństwo, było dla niej prawdziwą męczarnią. Pacierz wwiercał się w jej ciało, sprawiając ból nie do wytrzymania. Święte obrazki ściskane w spoconych rączkach świeciły nieznośnym dla niej światłem, parzącym skórę do kości. Drewniany krucyfiks pulsował czystym bożym blaskiem. Oto nadchodzi Pan, by pomóc swoim owieczkom, gdy wzywają go w potrzebie.

Pokrytymi liszajami dłońmi złapała się za głowę, nie mogąc znieść siły, z jaką uderzała w nią uświęcona moc Jedynego. Okaleczona cierpieniem i spętana strachem wycofała się spod domku. Ból nadal pulsował w jej ciele, gdy skomląc czym prędzej uciekała hen na łąki i w pola, byle dalej od tych krzyży, obrazków i domostw chronionych miłością, której ona się bała.

 

Zostały po niej ślady szronu na trawie.

 

Następny ranek przyniósł rześkie powietrze i słońce. Anna i Jędrek wracali do domu na bujającej się po wertepach drogi bryczce, która kursowała między wsią a stacją kolejową. Cieszyli się na myśl o reakcji dzieci, kiedy zobaczą prezenty, które kupili dla nich w mieście. Dla Bronki też mieli upominek – korale z bursztynu. Bardzo im, poczciwa Bronia, zawsze pomagała, należało się jej!

Zza zakrętu wyłoniła się ich chałupa. W oczy rzucał się tłumek ludzi kręcących się przy płocie domu. Zaglądali przez sztachety na podwórze, podnieceni głośno rozmawiali. Małżonkowie nie mogli jednak rozróżnić z tej odległości słów. Ktoś z ciżby wskazał palcem ich bryczkę, na skutek czego tłumek zamilkł. Spotęgowało się za to napięcie wyczuwalne w powietrzu.

Annę przeszedł dreszcz niepokoju.

– Matko Boska, co się tu dzieje? Coś z dziećmi? – zwróciła się do sołtysa, który wyszedł im na spotkanie.

Sołtys milcząco pokręcił głową, co powitała z chwilową ulgą. Niepokój jednak nadal nie mijał.

– Co tu robita, ludzie? O co chodzi? – pytał niezadowolony Jędrek, ściągając z bryczki walizki i tobołki z zakupami.

– To Bronka… – szepnął współczująco sołtys przygryzając wąsy.

Anna, targana strachem, zeskoczyła z wozu bez pomocy męża i pobiegła w stronę domu, wołając w panice imiona dzieci. Zaraz któraś kumoszka przyprowadziła je, owinięte kocami, nadal w koszulach nocnych, nadspodziewanie ciche i spokojne. Matka przytuliła swoje pociechy do obfitej piersi i wycałowała po czółkach. Dopiero widząc całą szóstkę w zdrowiu mogła zacząć myśleć o siostrze. Otoczona wianuszkiem dzieci, podeszła do studni, gdzie stał już jej mąż z sołtysem, księdzem dobrodziejem i miejscowym lekarzem.

Bronia leżała w wysokiej, pożółkłej trawie, zimna jak lód. Jej usta i paznokcie były sine, a ręce szeroko rozłożone, jakby zamierzała zaraz wszystkich ich przytulić. Zęby miała wyszczerzone w ostatnim, pośmiertnym uśmiechu, który kłócił się z wyrazem skrajnego przerażenia widniejącego w wytrzeszczonych oczach. Otulona była, co dziwne, białym prześcieradłem.

Anula zakryła usta dłonią, aby powstrzymać narastający w jej piersi szloch.

Jędrek spojrzał na żonę i na chowającą się w fałdach jej sukni szóstkę braci i sióstr. Doktor zdążył mu już zrelacjonować, że na ciele kobiety nie ma żadnych śladów tego, co mogło być przyczyną jej nagłej śmierci. Nie została uduszona, otruta, zadźgana, uderzona ani zastrzelona. Z wiedzy doktora wynikało też, że Bronisława mogła poszczycić się sercem zdrowym jak mało kto. Nie nadużywała również alkoholu. Teraz medyk zwrócił się do rodzeństwa:

– Czy któreś z was widziało może – zapytał z całą łagodnością. – Co się wydarzyło wczoraj z ciocią Bronią? Czy któreś z was, dzieci, coś wie?

Odpowiedzi udzieliła mu najmniej spodziewana osoba – maleńka Ala. Popatrzywszy poważnie na starszego mężczyznę, odparła sepleniąc jeszcze po dziecinnemu:

– Jak to co? Pacierza pewnie nie zmówiła.

Koniec

Komentarze

OK, jest jakiś pomysł, chociaż na kolana nie rzucił. Od pewnego momentu wiadomo, że albo nie będzie fantastyki, albo jakaś zjawa pofatyguje się do ciotuni.

Przewidywalnie, czyli.

A okłamywanie dzieci w takich kwestiach zawsze uważałam za wyjątkowo podłe.

Napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

No cóż, Ćwikiełko, tym razem Twoje opowiadanie nie spodobało mi się. Powiem więcej, opowiadanie bardzo mi się nie spodobało.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

– Dzie­ci, do spa­nia! – Za­ko­men­de­ro­wa­ła ciot­ka Bro­nia sta­now­czo. –> – Dzie­ci, do spa­nia! – za­ko­men­de­ro­wa­ła ciot­ka Bro­nia sta­now­czo.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Sugeruję, byś jednak skorzystała z poradnika, do którego link podałam Ci w komentarzu pod pierwszym opowiadaniem.

 

Mirek, schodź­żeż mówię… –> Mirek, schodź­że, mówię…

 

"Mogą mieć sobie nawet naj­czar­niej­sze stopy na świe­cie." – my­śla­ła zmor­do­wa­na… –> "Mogą mieć sobie nawet naj­czar­niej­sze stopy na świe­cie" – my­śla­ła zmor­do­wa­na

Nie zawsze poprawnie zapisujesz myśli. Sugeruję, byś jednak skorzystała z poradnika, do którego link podałam Ci w komentarzu pod pierwszym opowiadaniem.

 

– A teraz dzie­ci. – zwró­ci­ła się do swo­jej roz­ha­sa­nej trzód­ki.– Klę­ka­my i mó­wi­my pa­cio­rek. –> Zbędna kropka po wypowiedzi. Ten błąd pojawia się w tekście wielokrotnie.

Brak spacji przed trzecią półpauzą.

 

wznie­sio­ne do krzy­ża pa­na­je­zu­so­we­go. –> …wznie­sio­ne do krzy­ża Pa­na­je­zu­so­we­go.

 

w oczach. Ko­bie­ta wie­dzia­ła, że jej au­to­ry­tet w oczach naj­star­sze­go… –> Powtórzenie.

 

Za­chi­cho­ta­ła, łyk­nąw­szy z kubka reszt­kę wódki. –> Z czego Bronisława piła trunek, bo wcześniej przeczytałam, że była: …ośmie­lo­na dzię­ki kilku kie­lisz­kom śli­wo­wi­cy…?

 

Ścią­ga­jąc z szyi me­da­lik z Świę­tą Ro­dzi­ną… –> Ścią­ga­jąc z szyi me­da­lik ze Świę­tą Ro­dzi­ną

 

by w końcu obu­dzo­ny ude­rze­nia­mi ga­łąz­ki o szybę ob­rzu­ca ją nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem. –> …by w końcu, obu­dzo­ny ude­rze­nia­mi ga­łąz­ki o szybę, ob­rzu­cić ją nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem.

 

że nie jest w sta­nie wy­krze­sać z sie­bie głosu. –> …że nie jest w sta­nie wydobyć z sie­bie głosu.

 

Za­pew­ni­ły dzie­ci go­rą­co łza­wy­mi gło­si­ka­mi. –> za­pew­ni­ły dzie­ci go­rą­co-łza­wy­mi gło­si­ka­mi.

 

sen­no­ścią i al­ko­ho­lem– w tej wła­śnie ko­lej­no­ści– zdo­ła­ła się zdzi­wić… –> Brak spacji przed półpauzami.

 

Isto­ta– bo czło­wie­kiem nie można było tego na­zwać– wpa­try­wa­ła się… –> Jak wyżej.

 

Zza po­dar­te­go gor­se­tu wy­su­nę­ła się jedna wy­schnię­ta, po­marsz­czo­na pierś. Z sze­ro­kich ust wy­su­wał się długi język… –> Powtórzenie.

 

Dla Bron­ki też mieli upo­mi­nek– ko­ra­le z bursz­ty­nu. –> Brak spacji przed półpauzą.

 

Od­po­wie­dzi udzie­li­ła mu naj­mniej spo­dzie­wa­na osoba– ma­leń­ka Ala. –> Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Widzę cień pomysłu, ale opowiadanie kompletnie do mnie nie trafiło. Napisane dość topornie, jak na grozę zbyt rozwlekłe, a realizacja pomysłu jak dla mnie rozczarowująca. Jakieś takieś to łopatologiczne, choć gdyby przyjąć inną poetykę, może sprawdziłoby się jako makabreska.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Mnie się tam podobało. Fakt, jest trochę chropowatości, wychwyconych bezbłędnie przez Reg, ale jakoś niespecjalnie mi to przeszkadzało. Wyraźna, ale nieprzesadna "wiejska" stylizacja, całkiem przewrotna końcówka (Bronisława, choć nieświadomie, uratowała im wszystkim życie i to było bardzo fajne) powodowała, że tekst, mimo horrorowatości, był dość lekki i z pewną dozą humoru. Choć rzeczywiście – pewnie to nie horror, tylko – bo ja wiem – rural legend. Którą czytało się bardzo przyjemnie. 

Popraw babole to dam klika. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Jest tu niezły pomysł. Stylizacja wyszła interesująco, choć czasem zbyt usilnie. I choć horroru tu nie uświadczyłem zbyt mocnego, to jednak całość ma w sobie pewien urok przez swój humor i lekkość. I jak u Thargone’a – popraw babole wykazane przez Reg, a dostaniesz klika :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dopisuję się do frakcji Thargona i NWM – mi też czytało się dobrze i chętnie kliknę bibliotekę, jak poprawisz, co trzeba. Dorzucę Ci jeszcze jedno powtórzonko:

 

Zaglądali przez sztachety na podwórze, podnieceni głośno rozmawiali. Małżonkowie nie mogli jednak rozróżnić z tej odległości słów. W głosach wyczuwało się olbrzymie podniecenie.

 

Całe to ostatnie zdanie można wywalić, bo powtarzasz nie tylko słowo, ale całą informację – to niepotrzebne.

Konwencja kojarzy mi się ze słuchanymi za dzieciaka opowieściami o duchach. Dziś może nie nazwałabym ich horrorami, ale kiedyś uwielbiałam się ich bać. Według mnie bardzo sprawnie przywołałaś taki klimat. W ogóle kwestia klimatu tutaj wypada bardzo dobrze. Może to jeszcze nie groza ale… no, ma to coś.

Wypowiedź małej Ali na koniec uśmiechnęła mnie. Bardzo fajnie domknęłaś ten tekst.

Uważam, że zgrabnie napisane, odpowiednio dobrany do opowiadania język. Historia może i prosta, ale końcówki się nie spodziewałem. Ja tekst doceniam. 

Dziękuję bardzo za wskazanie “baboli” (he he, lubię to słowo:D) oczywiście niezwłocznie poprawię. @drakaina, @regulatorzy, przykro mi, że nie trafiło w Wasz gust. Mam nadzieję, że kolejne (które jest w przygotowaniu) bardziej Wam się spodoba.

@regulatorzy, poza tym szacunek wielki za to, jak Ty niesamowicie drobiazgowo analizujesz każdy tekst cool

 

Ćwikiełko, czuję się zażenowana, ale bardzo dziękuję za uznanie. :

No i podzielam Twoją nadzieję, że kolejne opowiadanie przypadnie mi do gustu. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przewidywalne, ale przyjemne, dobrze się czyta :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka