- Opowiadanie: Mithrill - Placówka G-67354-11

Placówka G-67354-11

Najkrócej mówiąc, industrialna dystopia w klimatach mroczno-steampunkowych, jeden bardziej znaczący bohater, niewiele ważnych rzeczy poza tym. Pisane na Pomieścia

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy V

Oceny

Placówka G-67354-11

Jan podskoczył ze strachu, gdy pociąg, którym jechał, zatrząsnął się groźnie. Rozejrzał się nerwowo, ale nic się nie działo. Wszyscy nadzorcy siedzący z nim w wagonie zachowywali się absolutnie spokojnie. Dopiero spojrzenie za okno przypomniało mu, że przed chwilą wyjechali z portalu.

Zrugał się za brak ostrożności. Dał się ponieść emocjom, co mogło go zdradzić. Na szczęście nikt nie zainteresował się jego wybrykiem. Odetchnął głęboko i skupił się na swoim planie. Dziś zamierzał uciec.

Jeszcze raz sprawdził dokładnie, czy zabrał wszystko. Duża, metalowa puszka, zawierająca zapas jedzenia na pięć dni, spoczywała w płóciennej torbie razem z dwoma szczelnie zamkniętymi słoikami z wodą i kilkoma krótkimi żelaznymi prętami. Sama torba była bezpiecznie ukryta pod obszerną połą munduru. W kapeluszu miał komplet zapasowych filtrów do maski oddechowej i małą butelkę ze środkiem do czyszczenia szkieł. Sięgnął jeszcze do wewnętrznej kieszeni kamizelki. Szperał chwilę, i już zdjął go strach, że zapomniał o najważniejszym, ale dwie złożone kartki papieru leżały tam, gdzie powinny. Dopiero wtedy usiadł spokojnie. Dziś ucieknie.

Pociąg stanął z głośnym sykiem. Jan wstał i razem z resztą nadzorców skierował się do wyjścia. Powoli, noga za nogą, równym, mechanicznym krokiem.

Za drzwiami powitały go, jak zawsze, gorąco, ciemne niebo i para. Metalowy pomost dudnił od kroków setek nóg udających się na stanowiska pracy. Jan przelotnie rzucił okiem w dół, na wylewającą się z dolnego poziomu wagonu rzekę robotników. Jedynie blade, łyse głowy w maskach oddechowych pozwalały odróżnić od siebie poszczególnych ludzi.

W porównaniu z nimi Jan mógł uchodzić za szczęśliwca. Przysługiwały mu, jako nadzorcy, mieszkanie na dwusetnym poziomie bloku osiedlowego, pełen kombinezon ochronny, mundur (kamizelka, cylinder i trencz), trzy przyzwoite posiłki i dziesięć litrów czystej wody dziennie oraz ograniczenie godzin pracy do czternastu na dobę; praca jego polegała zaś na pilnowaniu tempa  działania fabryki oraz wykrywaniu i eliminowaniu nieprawidłowości na stanowiskach roboczych, co w praktyce ograniczało się do regularnych obchodów i okazjonalnego machnięcia batem. Zapracował sobie na to czternastoma latami lojalnej pracy robotniczej, najpierw przez pół roku w wytwórni części zamiennych, a potem na świecie rolniczym. Dziesięć lat temu podczas wizyty kontrolnej został zaprezentowany menedżerowi, który wynagrodził go tą posadą.

Z wcześniejszego życia niewiele pamiętał. Nie żeby jakoś specjalnie go to obchodziło, liczyło się przede wszystkim tu i teraz. Umiejętności wypychania z umysłu nieważnych myśli nauczył się dawno temu. Wszystko, co potrzebował wiedzieć, mógł w każdej chwili przeczytać w archiwach. Miało to dla niego sens, więc nie kwestionował swojego stylu życia, tak jak nie kwestionował swojej pracy i swoich przydziałów.

Dwa miesiące temu zaczął.

Dwa miesiące temu jeden z robotników w jego sekcji, starszy już operator wytłaczarki śrub, odmówił pracy. Jan, podążając za swoimi wytycznymi, poinstruował go, pouczył, przyganił, pogroził, wreszcie przeszedł do bata. Gdy mimo to uparciuch nie ustępował, sprawa została przedłożona starszemu nadzorcy. Ten był mniej cierpliwy i nakazał przeniesienie starca do kopalń w trybie natychmiastowym. Zanim jednak winny został sprowadzony do szybu, podbiegł do Jana, złapał go za połę munduru i wyszeptał:

– Słuchaj mnie, chłopcze, błagam cię… Pamiętam cię… Pamiętam , jak byłeś małym chłopcem. Pamiętam… I widzę tego chłopca cały czas. Słuchaj… Znam cię, znam cię od dawna… Nie pozwolę… Słuchaj… Zejdź na dół, na dół… Ulica Podmiejska sto siedem, Podmiejska. Zapamiętaj. Idź tam i obejrzyj…

Po tych słowach wcisnął mu w dłonie świstek papieru i oddalił się. Nadzorcy wprowadzili go do szybu i nikt nigdy więcej o nim nie usłyszał.

Janowi jednak słowa starca nigdy nie dały spokoju, podobnie jak ów papier. Po powrocie z pracy obejrzał go dokładnie. Nie przedstawiał niczego poza kolorowymi plamami, głównie niebiesko-zielonymi, choć w rogu widział sporo żółtego. Z jakiegoś powodu obraz ten wydawał mu się znajomy i nie mógł przestać o nim myśleć. Starzec wrył mu się w pamięć i teraz wspomnienia o nim gryzły go od środka, choć on sam dziwił się temu uczuciu. Zaczął zauważać rzeczy, z których nigdy nie zdawał sobie sprawy. Zaczął zauważać cierpką woń unoszącą się w powietrzu, której nie zatrzymywały filtry. Zaczął zauważać czarne ślady na ubraniach i skórze robotników. Zaczął zauważać bladość ich ramion, szorstkość ich kombinezonów, fatalną jakość masek, przygarbione postawy i powłóczące nogi. Zaczął zauważać opadający z nieba pył, oleistość kropel deszczu, gorąco bijące od maszyn i ciemnobrunatną barwę nieba.

Dlatego postanowił uciec. Kilka razy rozmawiał z innymi nadzorcami pracującymi na niskich poziomach kompleksu i dowiedział się o położonych u dna fabryk dawnych drogach, noszących nazwę ulic. Zaczął oszczędzać żywność i wodę, sprawił sobie też hermetycznie zamknięte pojemniki. Wyprosił u starszego nadzorcy potrzebny sprzęt. Wszystko z myślą o tym dniu.

Skręcił na rozwidleniu w prawo. Strumień nadzorców rozdzielał się, kierując każdego z nich do jednego z wejść. Jan szedł na końcu swojej grupy, zmierzając do odlewni płyt pancernych. Zanim wszedł, odwrócił się i obejrzał w pełnej krasie placówkę G-67354-11 Konsorcjum Midgaardu.

Horyzont ginął w gęstej, brunatnej mgle. Jak okiem sięgnąć, wokół rozciągał się pejzaż żużlowych cegieł, stali i pary. Podstawowy element krajobrazu stanowiły spadziste dachy wielopiętrowych hal fabrycznych pełnych maszyn, trybów, tłoków i linii produkcyjnych. Nad nimi pięły się w górę iglice kominów, równie czarne jak dym, który wypluwały w i tak już mroczne niebo. Powietrze falowało od żaru, sączącego się razem z parą z każdej szczeliny między zabudowaniami. Jedynymi słyszalnymi odgłosami było ponure dudnienie młotów, zarówno parowych, jak i tych w rękach robotników oraz stłumiony huk płomieni bezustannie szalejących pod kotłami.

Przez moment Jan poczuł, że słabnie. Ten brutalny, mechaniczny krajobraz przypominał o wszechobecności i wszechmocy Konsorcjum oraz daremności jakiejkolwiek próby oporu. Oparł się jednak poczuciu beznadziei, odwrócił się i wszedł do hali, zatrzaskując za sobą metalowe drzwi. Ucieknie.

*****

Wnętrze odlewni było ciemne, zadymione i gwarne. Jedynymi źródłami światła były piece oraz rynny ze stopionym metalem. W wypełniających ogromną halę oparach majaczyła plątanina taśmociągów, rur i pasów transmisyjnych, z której co jakiś czas wyłaniała się bryła młota parowego, silnika lub innej dużej maszyny. Całość opierała się na nie mniej gęstej sieci kratownic, między którymi wiły się chodniki i pomosty. Wszystkie mechanizmy pozostawały w ciągłym ruchu, przez całą dobę bez przerwy. Panował nieopisany hałas.

Jan stanął na jednym z podestów umieszczonych tuż pod sufitem, skąd miał ogląd na całe wnętrze. Już kilka tygodni temu, gdy pomysł ucieczki zaczął nabierać kształtów, zaplanował sposób wydostania się bez wzbudzania podejrzeń. Szybki rzut oka na pomieszczenie upewnił go, że jest na razie bezpieczny. Wyciągnął z kieszeni pęk kluczy. Każdy nadzorca miał taki do dyspozycji, aby w razie potrzeby rozkuć jednego z pracowników. Po chwili poszukiwań znalazł ten właściwy. Otwierał zamek w łańcuchu kowala pracującego przy hartowaniu metalu. Stał on teraz bezpośrednio pod Janem. Nadzorca zdjął klucz i upuścił, celując w jego ramię. Potem pośpiesznie udał się w swoją stronę.

Robotnik klucza nie zauważył, ale poczuł uderzenie. Obrócił się nieco, obawiając się spadających elementów konstrukcji, i zauważył na podeście drobny błysk. Wciąż waląc młotem w przesuwające się na taśmie płyty, przysunął się. Gdy spostrzegł kształt klucza, uśmiechnął się pod maską. Upuścił narzędzie, chwycił swoje wybawienie i otworzył zamek, po czym upojony szczęściem zerwał się do biegu. Jeden z nadzorców zobaczył to i natychmiast popędził włączyć alarm. Po minucie wycie syreny zagłuszyło nawet odgłosy pracujących młotów.

Jan też to usłyszał i ucieszył się w duchu. Na razie plan działał. Chaos pozwoli mu bezpiecznie zniknąć. Przez pewien czas biegł po schodach do stanowiska hartowania, ale potem odbił w lewo, w stronę walcowni. Przemknął między cylindrami dwóch ogromnych silników cieplnych, poruszających machiny na dole, zanurkował w plątaninę rur i po kilku minutach szaleńczego kluczenia po korytarzach technicznych dopadł do ściany fabryki.

Wyciągnął torbę. Gdyby teraz go znaleźli, nic by już nie pomogło. Wyjął jeden z prętów oraz kilka metalowych tulejek. W każdej z nich znajdował się prosty materiał wybuchowy. Wyprodukował go sam z przemyconych ze świata rolnego chemikaliów. Nie miał pojęcia jak silny będzie wybuch, ale liczył, że wystarczy do skruszenia cegieł ze sprasowanego żużlu, będącego podstawowym budulcem w Konsorcjum. Po drugiej stronie ściany, jak pamiętał, biegła rura odprowadzająca szlam poprodukcyjny z pobliskiej huty.

Dziury na ładunki wybuchowe wydrążył już wcześniej, w trakcie tygodni przygotowań. Teraz tylko wsunął w nie tulejki. Następnie oderwał kawałek materiału z munduru, owinął nim pręt i przytknął do jednej z gorących rur w pobliżu. Po kilku nerwowych chwilach szmata zajęła się ogniem. Wetknął ją w szparę, przyciskając do wystających tub z materiałem wybuchowym i czekał, szepcząc cicho:

– Oby to zadziałało, oby to zadziałało.

Wybuch nastąpił nieoczekiwanie szybko.

Gdy pył opadł, Jan szybko wstał i ocenił sytuację. Ściana popękała, ale zamiast dziury na wylot zrobiła się w niej szpara wypełniona odłamkami cegieł.

– Niech to – zaklął uciekinier, zabierając się do usuwania kamieni. Miał może pół minuty, zanim przybędą pierwsi nadzorcy.

Gdy oczyścił przejście, usłyszał odgłos kroków – odległy, ale złowieszczy. Na ułamek sekundy ogarnęła go panika, ale wziął się w garść, położył swoją torbę w dziurze i, pchając ją przed sobą, sam się wczołgał. Wystawił głowę na zewnątrz i o mało nie spadł.

Rura, owszem, była tam, ale sporo niżej. Tymczasem kroki się zbliżały. Jan odwrócił głowę i zobaczył cień wychodzącego zza rogu człowieka. Nie miał czasu do namysłu, więc zrobił pierwszą rzecz, na którą wpadł. Zebrawszy wszystkie siły odepchnął się od ściany i skoczył, pozorując samobójstwo. Dopiero po chwili przypomniał sobie, jak wysoko się znajduje.

Uratował go rozpięty między odlewnią a pobliskim budynkiem drut. Był na tyle gruby i luźny, że nie przeciął go wpół, a wystarczył do wyhamowania na tyle, by uderzenie o kratownicę trzy metry niżej było jedynie bolesne, a nie śmiertelne.

Wstał powoli, rozmasowując plecy. Z dziury na szczęście nikt się nie wychylał. Jan podejrzewał, że po skoku stracili nim zainteresowanie. Martwy na nic się nie przyda, więc po co marnować czas i środki na znalezienie ciała?

Do ziemi było wciąż daleko, ale na ścianie w pobliżu biegła rura zewnętrznego komina. Jan zaczął po niej schodzić, opierając stopy i dłonie na wystających śrubach oraz rozglądając się dookoła. Nadzorcy praktycznie nigdy nie zapuszczali się dalej niż było im to potrzebne do pracy, więc nie znali świata innego niż przydziałowe mieszkanie na świecie osiedlowym, kolej oraz drobna część fabryki między stacją a jedną z hal produkcyjnych. Świat klaustrofobicznie wąskich rozpadlin przecinających molochy ze stali i żużlu, biegnących gdzieniegdzie rur i kratownic znaczonych rdzą, czarnych łat popiołu na ścianach oraz bijącego z murów przeraźliwego gorąca w zasadzie dla nich nie istniał.

Jakieś osiemdziesiąt metrów niżej Jan zatrzymał się. Z odgłosów wnioskował, że za ścianą pracuje jeden z dużych silników, jak ten przy spustach stali w odlewni. Logika podpowiadała mu, że gdzieś w okolicy powinien biec tubing dostarczający tlen i wodę. Rury tubingu natomiast z reguły leżały dość nisko, gdyż silniki lokowano blisko dna fabryk. Po krótkiej chwili znalazł jedną w rozsądnej odległości od jego komina. Przeskoczył na nią, a potem opuścił się na ziemię.

 Lądowanie złagodziła hałda popiołu. To była pierwsza rzecz, którą zauważył. Wszystko pokryte było grubą warstwą czarnego pyłu. Sypał się z chmur dymu wypełniających niebo. Na górze natychmiast go usuwano, ale tu nikt nie sprzątał. Więcej, właśnie do tych szczelin zrzucano bezużyteczne odpady z dachów i pomostów. Gdzieniegdzie dostrzec można było czarne, oleiste kałuże szlamu poprodukcyjnego, który zapewne wyciekł z rur ściekowych. Nie przejmowano się nim, tak samo jak popiołem, więc z biegiem czasu odpady nawarstwiły się do postaci jednolitej masy – nieruchomej rzeki czarnej materii.

Jan spojrzał wyżej i zaniemówił.

Tu kiedyś było miasto, przynajmniej zanim Konsorcjum zaanektowało ten świat. Kiedy rozpoczęto wznoszenie zakładów przemysłowych, dawną zabudowę obdarto ze wszystkich wartościowych surowców i rozebrano. Dla zaoszczędzenia materiałów pozostawiono jednak ściany nośne i fasady, aby służyły za fundamenty molocha. Teraz trwały tu, ponure pamiątki nieokreślonej przeszłości.

Mimo lat spędzonych w kontakcie z popiołem, sadzą i zatrutym powietrzem wciąż dało się rozpoznać ślady kolorów, głównie białego. Wyraźnie odcinały się ciemniejsze plamy żużlowych cegieł, którymi zamurowano otwory po drzwiach i oknach. Popiół sięgał do połowy wysokości drzwi.

Szczelina okazała się też być szersza niż wydawała się z góry – Jan policzył, że mógł zrobić piętnaście dużych kroków od ściany do ściany. Podejrzewał, że im wyżej, tym bardziej budynki wychylały się nad dawną drogą. Rzut oka w górę potwierdził jego przypuszczenia – gdy stanął tuż przy ścianie, widział nad sobą jedynie fabrykę.

Uspokoił się. Tak daleko na dole nikt już nie powinien go ścigać. Nawet jeśli ktoś by próbował, miałby problem ze znalezieniem go pośród mnóstwa dróg do wyboru. Jego ślady po niedługim czasie znikną, zasypane świeżym popiołem. Jeśli postara się nie rzucać w oczy, powinien dotrzeć do miejsca, o którym mówił stary robotnik.

Wyjął spod kamizelki kartki, które zabrał ze sobą w drogę. Jedna z nich była podarunkiem od starca, drugą sporządził sam. Zdobycie papieru i kawałka węgla do rysowania kosztowało go sporo, ale była ona dla niego jedynym wiarygodnym drogowskazem.

Przeszukując archiwa dowiedział się, że ów starzec mieszkał przed zwerbowaniem na tym świecie, dokładnie w miejscu, gdzie miała powstać placówka. Posiłkując się tym, znalazł kilku innych robotników z tego obszaru. Przekupiwszy ich odrobiną swoich przydziałowych racji żywnościowych, wyciągnął od nich drogę. Według tej relacji po ucieczce powinien znaleźć się na ,,ulicy”, która dawniej nosiła nazwę ,,Piotrkowska”. Miejsca na ,,ulicy” były numerowane, a on powinien udać się w kierunku rosnących numerów. Potem miał dojść do miejsca gdzie ,,ulica” skręca w prawo i zmienia nazwę na ,,Pabianicka”. Dalej nakazano mu podążać wzdłuż niej, przejść ,,rondo” (,,miejsce, gdzie kilka ulic łączy się, tworząc koło”, jak się dowiedział) i iść wciąż prosto.

Następna część instrukcji była bardziej skomplikowana, więc zatrzymał się w tym miejscu. Złożył kartkę i wsunął ją za pas, a następnie zaczął rozglądać się za numerami. Dawniej na numery wskazywały tabliczki na budynkach, ale po aneksji Konsorcjum najwyraźniej zdemontowało je i przetopiło, gdyż nigdzie nie mógł ich znaleźć. Po kilku minutach błądzenia znalazł jednak prawie nienaruszoną kamienną tablicę, wmurowaną w ścianę. Choć przyszło mu to z trudem, odczytał napis: ,,Ulica Piotrkowska 45-29”. Podejrzewał, że to był właśnie numer tego miejsca. Zapamiętał to i ruszył dalej. Minęło kolejnych kilkanaście minut, zanim znalazł kolejny numer, tym razem w postaci śladu po wcześniej wiszącej dekoracji. Przedstawiała liczbę 66.

Jan ucieszył się w duchu. Jeśli dobrze odczytał znaki, zmierzał w dobrą stronę. Schował kartki z powrotem do kieszeni w kamizelce i ruszył w drogę.

Szedł powoli, cały czas się rozglądając. Miasto, mimo porzucenia, miało w sobie fascynujący go czar. Niektóre budynki zachowały część dawnej urody, którą dało się wciąż zobaczyć pod warstwami brudu. Deszcze zniszczyły wprawdzie sztukaterie, ale część rzeźbionych dekoracji przetrwała, w całości lub w części. Ozdobne wzory wycięte w ścianach, choć ledwo widoczne, pobudzały wyobraźnię uciekiniera. Nawet w tym stanie miasto stanowiło przyjemną odmianę od jednolitych bloków mieszkalnych światów osiedlowych, bezkresnej monotonii krajobrazu światów rolnych czy drapieżnego i tłocznego chaosu fabryk. Architektura Konsorcjum przytłaczała potęgą. Architektura dawnego miasta musiała przytłaczać cudownością.

Jan tak się zamyślił, że dopiero po kilku godzinach marszu dotarło do niego, jak bardzo jest głodny i zmęczony. Usiadłszy pod jednym z na wpół pokruszonych balkonów, otworzył dużą blaszaną puszkę. Kupił ją przed trzema tygodniami za cenę piętnastu litrów wody od jednego z żołnierzy, którzy zatrzymali się w placówce po zaopatrzenie.

Wnętrze puszki było podzielone na dziesięć hermetycznych, oddzielonych od siebie komór. Każda z nich mieściła porcję mączki zbożowej i trochę twarogu – tyle stanowiło jeden posiłek.

Jan machinalnie złapał za filtr od maski i już chciał go odkręcić, ale zatrzymał się w połowie. Był na zewnątrz, w praktycznie nienadającym się do oddychania powietrzu. Wielokrotnie ostrzegano go, że bez maski z dobrze przeczyszczonym filtrem człowiek umiera w ciągu minuty. W fabryce problem rozwiązywało oddzielne, szczelne pomieszczenie służące jako stołówka, w którym utrzymywano znośną jakość powietrza. Tutaj nie mógł liczyć na takie luksusy.

Przez moment zawahał się. Świat poza warstwami zabezpieczeń utrzymywanych przez Konsorcjum był śmiertelnie groźny. Tam miał jedzenie, czystą wodę, czyste powietrze i bezpieczne schronienie. Tam zapewne czekałoby go długie, spokojne życie, zagrożone jedynie chorobą lub starością. Uciekając, skazał się na pewną śmierć.

Nagle przed oczami znów stanął mu stary robotnik, którego słowa wysłały go tutaj. Im dłużej się nad nimi zastanawiał, tym bardziej miał wrażenie, że coś podobnego słyszał już wcześniej. Nie wiedział czemu, ale podświadomie czuł, że niosą one ze sobą coś wielkiej wagi.

Nagle wahanie znikło. Skoro i tak już przypieczętowałem swój los, pomyślał, to równie dobrze mogę spróbować coś zrobić. Nałożył trochę mączki na łyżkę i odkręcił filtr.

Zaledwie odsłonił usta, skóra zapiekła go, jakby przypalono ją żywym ogniem. Wziął kęs i natychmiast poczuł drapanie w gardle. Z trudem powstrzymał kaszlnięcie do momentu, gdy założył filtr z powrotem. Przełknął szybko mączkę i wydmuchał z płuc całe zatrute powietrze.

Odetchnął głębiej kilka razy i oparł się o ścianę. Spodziewał się problemów, owszem, ale czegoś takiego nie przewidział. Na zewnątrz było groźniej niż przypuszczał.

Spojrzał w górę, na czarne niebo i czarny cień górujących nad nim zabudowań fabryki. Znowu ogarnęła go beznadzieja. Jak śmiał przypuszczać, że jego plan ma jakiekolwiek szanse powodzenia? Może zdołałby uciec z fabryki niezauważony, przetrwałby zejście w dół, ale i tak najpewniej wkrótce straciłby życie na tym zapomnianym przez cywilizację śmietnisku. Ledwo był w stanie jeść, a co z wyzwaniami, jakie nastąpią dalej?

Westchnął i spojrzał na swoją puszkę. Komora z jego posiłkiem była otwarta. Poświęcił całe trzy tygodnie, odkładając niewielkie skrawki swoich przydziałowych porcji i zbierając resztki, żeby teraz na nich przeżyć. Jak obliczał, zapasy wystarczą mu na pięć dni. Pięć dni katorgi.

Znów westchnął.

– Do licha – powiedział do siebie. – Przecież jeść trzeba.

Bez wyraźnego entuzjazmu sięgnął po łyżkę.

Skończenie niewielkiego posiłku zajęło mu pół godziny. Gardło swędziało go okrutnie, a na ustach czuł lekko kwaśny posmak, ale przynajmniej na jakiś czas zaspokoił głód. Będzie się musiał do tego przyzwyczaić.

Wstał i ruszył dalej, szukając powoli miejsca do spania.

Po jakichś trzech kwadransach znalazł leżącą na boku ulicy dużą, nieco zaokrągloną bryłę. Przypominała beczkę, nie miała ona jednak dna, a pokrywa była w środku nieco wypukła. Na ścianach zewnętrznych zachowały się ślady przeźroczystego śluzu, który przykleił się do dłoni Jana, gdy go dotknął. Beczka nie była metalowa – nie zabrzęczała pod uderzeniem – ale miała podobną twardość. Choć była częściowo zakopana w popiele, zawsze było to lepsze niż spanie pod gołym niebem. Uciekinier wpełzł do środka, podciągnął nogi pod siebie i zasnął.

 

Obudził go potwornie głośny świst pary. Niemalże podskoczył, ale uderzył głową o beczkę. Wypełzł powoli na zewnątrz, odgrzebując popiół, który w międzyczasie opadł.

Świst powtórzył się. Jan dobrze znał ten dźwięk. Był to gwizdek sygnalizujący koniec zmiany. Robotnicy i nadzorcy, którzy przepracowali swoje godziny, udawali się na stacje kolejowe, skąd pociągi miały ich zabrać na właściwe światy osiedlowe.

Oczywiście nie oznaczało to zatrzymania pracy. W Konsorcjum produkcja trwała całą dobę bez przerwy, każdego dnia, wciąż i wciąż, aż do końca wszechświata.

Świsty nie ustawały, co nieco zaniepokoiło Jana.  Z reguły zmianę ogłaszano trzy razy, tymczasem dałby głowę, że słyszał już co najmniej siedem. Rozejrzał się z niepokojem, gdy zorientował się, że odgłos narasta. Odwrócił się za siebie, spojrzał w górę i aż zadygotał z przerażenia.

W powietrzu, dokładnie w jego stronę, sunął powoli ogromny sterowiec. Choć widoczny był tylko przód cygara i cień na ziemi, Jan nie wątpił, że został wysłany za nim. Natychmiast ruszył biegiem wzdłuż ulicy. Nie miał szans na ucieczkę latającego pościgu, ale liczył na to, że póki jednostka się nie rozpędzi, zdoła oddalić się na tyle, by się ukryć.

Biegł długo. Kilka razy prawie przewrócił się po potknięciu o jedną z hałd popiołu, kilka razy cudem uniknął wpadnięcia w kałużę szlamu. Z początku odgłosy sterowca cichły, potem jednak powróciły. W pewnym momencie był pewien, że słyszy stukot tłoków w silnikach. Zaczął tracić nadzieję.

Po około kwadransie dostrzegł przed sobą wiadukt kolejowy Konsorcjum. Wytężył siły i zerwał się do biegu. Sterowiec był coraz bliżej.

Wskoczył pod wiadukt i padł na płask. Odgłosy z góry powoli zaczęły cichnąć, by wreszcie zniknąć zupełnie. Sterowiec przeleciał nad wiaduktem, pozostawiając po sobie jedynie smugę gęstego dymu.

Jan wstał powoli. Cały drżał ze strachu i zmęczenia. Bieg wiele go kosztował, ale przynajmniej umknął przed pościgiem. Gdyby został schwytany, najpewniej na miejscu by go zdegradowano i wysłano do kopalń. Jeśli miał tego uniknąć, musiał podwoić czujność, a także przyspieszyć. Bez dłuższego namysłu zjadł porcję prowiantu i ruszył w drogę.

Drugiego dnia przeszedł znacznie więcej niż pierwszego. Zaczął wcześniej – a przynajmniej tak myślał, bo nie miał do dyspozycji żadnego sposobu określenia pory dnia – i podkręcił tempo marszu. Wprawdzie konieczność wyglądania strażników oraz ukrywania się przed patrolami powietrznymi spowalniała go, ale między przymusowymi postojami szedł forsownym marszem, a nie spacerem.

Nie oznaczało to, oczywiście, że zrezygnował z podziwiania widoków. Były to już tylko przelotne spojrzenia, starał się jednak odnotowywać szczegóły otoczenia. Budynki były tu nieco bardziej kolorowe, ale nie tak bogato dekorowane. Przypominały bardziej te, które znał ze światów osiedlowych, choć i tak znacznie lepiej wyglądające. Widział też sporo konstrukcji zbudowanych wyłącznie z żużlowych cegieł, co oznaczało, że wzniesiono je od podstaw. Były to, jak przypuszczał Jan, głównie bloki silnikowe, choć dwa razy zauważył wieżę tubingową, a raz – stację pomp.

Jeszcze zanim przyszedł czas na drugi posiłek dnia zobaczył wspominane przez instrukcje miejsce, gdzie ,,Piotrkowska” skręcała łagodnie w prawo. Po obu stronach drogi wznosiły się bloki wybudowane przez Konsorcjum. Między nimi, nad głową Jana, przebiegało kilkanaście taśm transportowych. Rozglądając się, uciekinier dostrzegł na dachu dźwigi.

– Magazyn – pomyślał. – Dobre miejsce na chwilę odpoczynku.

Usiadł na jednej z hałd popiołu i wyciągnął słoik z wodą. Szczęściem nie musiał odkręcać filtra – maski miały specjalne szczelne zawory na napoje. Pociągnął trzy łyki i przez chwilę trzymał wodę w ustach, delektując się jej chłodną świeżością. W zasadzie ciężko byłoby tę czynność nazwać delektowaniem się, gdyż zwykli nadzorcy nie mieli nic, czym mogliby się delektować. Niemniej, Jan pił, czerpiąc z tego tyle przyjemności, na ile pozwalało mu życie.

Odstawił słoik. Już miał iść dalej, gdy usłyszał kroki.

Natychmiast przeszył go impuls czystego strachu. Czyżby straż? Czyżby go znaleźli? Może sterowiec go dostrzegł i przekazał informacje do nadzorców na dole?

Przywarł do ściany, nasłuchując. Odgłos zbliżał się. W pewnym momencie usłyszał strzęp rozmowy:

– …nie rozumiem, jaki był cel tak drastycznych kroków.

– To była decyzja szefa, nie moja – odpowiedział nieco metaliczny głos.

Jan podniósł wzrok i zobaczył dwóch rozmówców. Szli nieśpiesznie pomostem między budynkami magazynów. Jeden z nich był starszym nadzorcą, a przynajmniej na to wskazywał długi płaszcz z błyszczącymi guzikami, cylinder oraz wystający zza pasa bat. Strój drugiego, choć o podobnym kroju, był bogatszy i składał się z kilku warstw tkaniny. Pomiędzy połami płaszcza widać było delikatne lśnienie pancerza. Podobny musiał osłaniać buty, sądząc z brzęku kroków. Ozdobna kryza skrywała dwa dymiące wentyle. Cylinder zastąpił kapeluszem trójgraniastym. Jan wnioskował, że musiał on być co najmniej kierownikiem.

– Nadal nie jestem w stanie tego pojąć – powiedział pierwszy. – Z powodu jednej ucieczki robić taki raban?

– Z powodu zwykłej ucieczki nie robilibyśmy rabanu. Ale nie dość, że uciekł nadzorca, to jeszcze podrzucił jednemu z robotników klucz, żeby zatrzeć ślady! Przez ten chaos musieliśmy zatrzymać pracę na całe dwie godziny! I teraz mamy, zgnilizna i rdza, opóźnienia!

Kierownik huknął opancerzoną pięścią w barierkę.

– Zatem zezwoliliście straży strzelać bez rozkazu od razu po zauważeniu uciekiniera? 

– Już mówiłem, to nie moja decyzja. Uznano, że groźba śmierci wystarczy, by odstraszyć potencjalnych buntowników, a w razie czego sprawa zostanie szybko rozwiązana, bez zbędnego chaosu.

– I, jak rozumiem, jesteście w stanie pozwolić sobie na zwiększone zużycie siły roboczej, nawet mimo że cały sektor przeżywa kryzys w tej materii?

– Pewnie szefowie to wkalkulowali. Ja nie wnikam.

Rozmowa zeszła na trudności wywołane spadkiem zapasu robotników, a dwaj dyskutanci oddalili się. Jan, który przysłuchiwał się wymianie zdań z zapartym ze strachu tchem, dopiero teraz wypuścił powietrze z płuc. Kierownik mówił o jego ucieczce, nie miał wątpliwości. Oznaczało to, że znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Choć wiedział, że Konsorcjum może wysłać za nim pogoń, nagle groźba stała się realna i przerażająco konkretna.

Odszedł spod magazynu zrezygnowany. Słowa kierownika wciąż krążyły mu po głowie, niczym nieubłagane memento. Potęga Konsorcjum zwaliła się na niego ciężarem setek tysięcy kontrolowanych przezeń światów.

Kilkanaście metrów dalej zobaczył kilka ,,ulic”, zbiegających się w jednym punkcie, połączonymi okrężną drogą. Zapewne to miał na myśli jego informator, mówiąc o ,,rondzie”. Na środku stała wieża tubingowa, pnąc się ponad smog i tłocząc ze świstem czyste powietrze do pieców. Z dachów budynków wokół sypał się pył węglowy, zapewne sprzątacze zaczęli już swoją zmianę.

Jan usiadł w zrujnowanej budce z szarego – kiedyś zapewne białego – pseudometalu, przeżartej przez deszcz i pogrzebanej w odpadach. Spojrzał jeszcze raz na instrukcję. Nie dotarł nawet do połowy drogi, a już był ścigany. Ściągnął torbę i zatopił się w myślach.

Po jakimś kwadransie westchnął ciężko. Podjął decyzję. Wstał i odkręcił filtr maski.

*****

Robotnik w rozdartym kombinezonie wrzasnął bezgłośnie, gdy jego rękę przeszył pocisk strażnika. Płócienna torba bujnęła się przed nim. Krzyki jego prześladowców, potwornie zniekształcone przez maski, wypełniły mu uszy. Z trudem podniósł głowę – był zmęczony biegiem i czuł ślad po strzale. Krajobraz przed nim cierpiał tak samo – było to puste, brunatne pole, poorane lejami po bombach i pociskach artyleryjskich, poznaczone wrakami machin wojennych i ruinami domów, przysypane popiołem.

Kolejna kula uderzyła w ziemię tuż obok niego. Stalowy krok strażników zbliżał się z każdą chwilą.

Wpadł do jednego z lepiej zachowanych budynków przez dziurę w ścianie. Z dawnego wiejskiego domu ostały się wprawdzie jedynie gołe mury i kawałek sufitu, lecz wciąż forma pozostała względnie nienaruszona, czego nie dało się powiedzieć o startym z powierzchni ziemi sąsiedztwie. Wybrał na chybił trafił jeden z pokoi.

Strop zerwano, ściany oskubano z farb, a meble wyniesiono, jednak ślady mieszkającego tu kiedyś chłopca tkwiły niezatarte. W rogu, pod stertą gruzu, stała plastikowa skrzynia. Robotnik zbliżył się i otworzył ją, ignorując ból.

W całości wypełniały ją rysunki, niemal nietknięte mimo ponad trzech dekad opuszczenia. Kredkami świecowymi nieznana ręka namalowała karykaturalne, lecz barwne domki, patyczkowe ludziki, trawę, drzewa, niebieskie niebo i żółte słońce w rogu kartki.

Padł kolejny strzał. Robotnik odwrócił się. Zanim ból w brzuchu stłumił wszystkie uczucia wydało mu się, że widzi w oddali miasto. Dwa stare miasta, Łódź i Pabianice, na których wyrosła placówka G-67354-11 Konsorcjum Midgaardu. Widział bloki z wielkiej płyty, niebiesko-żółty budynek starego młyna i pnące się w oddali biurowce Politechnicznej. Radość z tego drobnego buntu ukoiła go.

 Gdy ciemność powoli ogarniała świat przed nim, zdążył jeszcze wspomnieć tego nieszczęsnego nadzorcę, którego ciało znalazł w ruinach sklepiku na rondzie Lotników. Szanował go za odwagę, choć jednocześnie mu zazdrościł. On był bezpieczny, a na mnie polują, pomyślał. Gdyby tylko tamten wiedział, że nikt go nie goni, być może teraz oglądałby ten pejzaż sprzed lat niezauważony. Być może poszedłby dalej, być może rozpaliłby nadzieje na opór, być może istniałaby jeszcze nadzieja dla tej cichej rebelii, której ostatni poplecznik teraz oddawał ducha.

Tymczasem strażnik, który uśmiercił buntownika, podszedł i zdarł mu z twarzy maskę. Ze zdziwieniem stwierdził, że pod nią, na starej i pomarszczonej twarzy, malował się uśmiech.

Koniec

Komentarze

Wiesz, że tekst ukazał się ze starą datą i w związku z tym niewiele osób go tu znajdzie?

Babska logika rządzi!

Podejrzewam też, że opowiadanie w ogóle nie trafi do grafiku dyżurnych, przez co szanse, że zostanie przeczytane, mogą zmaleć do zera. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie znam założeń konkursu, w którym brało udział Twoje opowiadanie, ale to co przeczytałam raczej średnio przypadło mi do gustu. Zupełnie nie rozumiem, co sprawiło, że – otrzymawszy kartkę od starego robotnika – ustawiony, jak by nie było, nadzorca zdecydował się na ucieczkę.

Wędrówka uciekiniera pozwala zorientować się, które miasto jest areną wydarzeń, ale czy coś z tego wynika?

Zachodziłam w głowę, dlaczego do pościgu użyto tak znacznych sił i środków i poczułam się zdezorientowana, kiedy okazało się, że to nie bohater był celem ścigających, bo zupełnie nie wiedziałam, skąd się wziął robotnik.

Zakończenia też nie rozumiem – czy ktoś postrzelony, z kulami w plecach, dałby radę wpaść przez okno do domu, wejść do jakiegoś pokoju, dostrzec skrzynię, otworzyć ją i kontemplować zawartość, a potem umrzeć z uśmiechem na ustach?

 

Duża, metalowa puszka, zawierająca zapas jedzenia na pięć dni, spoczywała w płóciennej torbie razem z dwoma szczelnie zamkniętymi słoikami z wodą i kilkoma żelaznymi sztabami. Sama torba była bezpiecznie ukryta pod mundurem. –> Nie pojmuję, jak, w sposób niezauważalny dla innych, można pod mundurem schować torbę z wymienioną zawartością.

Jestem też ciekawa, jak ciężka była rzeczona torba, skoro zawierała kilka żelaznych sztab?

 

Ulica Pod­miej­ska 107… –> Ulica Pod­miej­ska sto siedem

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach.

 

Chaos po­zwo­li mu bez­piecz­nie wy­mknąć. –> Chaos po­zwo­li mu bez­piecz­nie się wy­mknąć.

 

Wszyst­ko przy­sy­pa­ne było grubą war­stwą czar­ne­go pyłu. Na górze wszyst­ko, co sy­pa­ło się… –> Powtórzenia.

 

Kiedy roz­po­czę­to tu bu­do­wę za­kła­dów prze­my­sło­wych, dawną za­bu­do­wę ob­dar­to ze wszyst­kich war­to­ścio­wych su­row­ców i ro­ze­bra­no. Dla za­osz­czę­dze­nia ma­te­ria­łów bu­dow­la­nych po­zo­sta­wio­no… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie miał szans prze­ści­gnąć la­ta­ją­ce­go po­ści­gu… –> Jak wyżej.

 

Strój dru­gie­go, choć w po­dob­nym kroju… –> Strój dru­gie­go, choć o po­dob­nym kroju

 

Po­mię­dzy po­ła­mi płasz­cza widać było de­li­kat­ne lśnie­nie pan­ce­rza. Jego kroki do­no­śnie brzę­cza­ły. –> Czy dobrze rozumiem, że brzęczały kroki pancerza?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czy na dodatek konkurs Pomieścia nie zakłada aby niepublikowania wcześniej tekstów? To nie jest konkurs portalowy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Hmmm. Mnie też nie przekonało. Ale miło, że wszystko dzieje się w Łodzi.

Powód do ucieczki wydaje mi się kiepski. No, ale niech będzie, że bohater taki sentymentalny. Powodu buntu robotnika w ogóle nie widzę.

Słoiki z wodą, sztabki, zapas jedzenia na pięć dni… Facet to wszystko schował pod ubraniem i nikt się nie kapnął?

Potem idzie Piotrkowską chyba ze dwa dni. No, długa ulica, ale bez przesady. Czołgał się? I nie wiem, gdzie znalazł ten wiadukt. Może na Piłsudskiego, ale to niezupełnie to…

Końcówka niejasna. Znaczy, rozumiem, co zrobił bohater i że ktoś został zabity, ale skąd się wzięły te rysunki?

Ogólnie z fabułą cienko. Uciekł, ma jakieś problemy, ale nic z tej ucieczki nie wynika.

Babska logika rządzi!

No cóż, Finklo, odpowiadając na pierwsze pytanie: nie wiedziałem, ale nie sądzę, by był sens kasowania tego i wrzucania jeszcze raz. Choć z drugiej strony… 

 

Powód do ucieczki: starałem się sugerować (i zapewne wyszło fatalnie), że na kartce był rysunek, który nadzorca namalował w dzieciństwie, a który teraz sobie podświadomie przypomniał i wytrząsnęło go ze strefy komfortu, metaforycznie mówiąc. Robotnik z końcówki jest postacią totalnie anonimową i taką miał być – zaraz powiem więcej.

 

Czy coś wynika z tego jakie to miasto: nie, równie dobrze mogłoby się to dziać gdziekolwiek. Ze wszystkich dużych miast jedynie Łódź znam na tyle dobrze, by wrzucić tam jakąś fabułę, a założenia konkursu wymagały użycia polskiego miasta.

Właśnie, konkurs: widziałem, Drakaino, że kilka innych osób również wrzucało tutaj utwory konkursowe, więc nie widziałem w tym nic złego.

 

Torba: tu przyznaję, wyszło nieładnie z mojej strony. Miałem w głowie obraz munduru zbliżonego w formie do trencza, a taki krój pozwala co nieco ukryć. Powinienem to bardziej zaakcentować.

 

Pościg: tu znowu kuleją moje umiejętności sugerowania. Ani sterowiec, ani dyskusja nie były związane z głównym bohaterem. Powiedziałem w zakończeniu, że ,,gdyby wiedział, że nikt go nie goni”, ale racja, skojarzenie ciała z nadzorcą jest zbyt mało oczywiste.

 

Długi ,,spacer” Piotrkowską: tłumaczyłem to sobie, że uciekł późnym popołudniem. Moja culpa, że nic nie mówię. Wiadukt natomiast wybudowało już Konsorcjum.

 

Zakończenie… tu odzywa się inna sprawa. Pierwotny plan na opowiadanie zakładał, że dociągnę Jana do domu, tam zobaczy obrazki (które były tam od początku, nikt ich nie zabrał przez 30 lat między inwazją Konsorcjum a wydarzeniami), zorientuje się, że to jego dom rodzinny i popełni samobójstwo. W trakcie pisania jednak doszedłem do wniosku, że wleczenie go przez pół Łodzi i całe Pabianice zmieniłoby opowiadanie w telenowelę i niepotrzebnie zwalniałoby tempo. Dlatego uciąłem historię głównej postaci i wprowadziłem poboczną, o której wiemy tylko tyle, że jest robotnikiem i członkiem rebelii oraz pamięta stary świat. Zdaję sobie sprawę, że ta wersja nie jest idealna, ale lepszej nie mam.

 

Tyle. Więcej grzechów nie pamiętam.

 

A błędy stylistyczne to święta racja, też to zmienię.

Teraz, jak już dostałeś trochę komentarzy, chyba nie ma sensu.

Czas ucieczki. Wydawało mi się, że zwiał na początku zmiany, więc powinien mieć sporo sił. Ale że nie potrafił określić pory dnia, to trudno mi uwierzyć.

Babska logika rządzi!

No cóż, taki ,,urok” tego tekstu, faktycznie dużo rzeczy jest tu niepewnych i pozostawionych do wyobraźni czytelnika. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy to dobrze.

Uprzejmie donoszę o zakończonej edycji. Poprawiłem błędy i postarałem się poprawić sugerowanie tła.

Jan podskoczył ze strachu, gdy pociąg, którym jechał, zatrząsnął się groźnie.

zatrząsł

Nie podoba mi się akcja z wyskakiwaniem z budynku – bohater spada na jakiś drut, nic mu się nie dzieje, do ziemi ma jeszcze osiemdziesiąt metrów. To samobójca?

Wyjął spod kamizelki kartki, które zabrał ze sobą w drogę. Jedna z nich była podarunkiem od starca, drugą sporządził sam. Zdobycie papieru i kawałka węgla do rysowania kosztowało go sporo, ale była ona dla niego jedynym wiarygodnym drogowskazem.

Drugiej kartki nie sporządził, ale ją zdobył. I podejrzewam, że nie mogła być drogowskazem (pusta kartka?). Coś jest nie tak z tym fragmentem.

Przekupiwszy ich odrobiną swoich przydziałowych racji żywnościowych, wyciągnął od nich drogę.

Raczej informacje o drodze ;)

Potem miał dojść do miejsca[+,] gdzie ,,ulica” skręca w prawo i zmienia nazwę na ,,Pabianicka”.

Może zdołałby uciec z fabryki niezauważony, przetrwałby zejście w dół, ale i tak najpewniej wkrótce straciłby życie na tym zapomnianym przez cywilizację śmietnisku.

Zdołał już uciec, przetrwał “zejście w dół” – tryb przypuszczający jest w tym miejscu bez sensu.

Nie miał szans na ucieczkę latającego pościgu, ale liczył na to, że póki jednostka się nie rozpędzi, zdoła oddalić się na tyle, by się ukryć.

Raczej: nie miał szans na ucieczkę przed latającym pościgiem.

Myślę, że warto prześledzić logikę.

Ludzie w ciągu trzydziestu lat stracili pamięć.

Bohater pod wpływem impulsu podejmuje nieprzemyślaną do końca ucieczkę, a kiedy mu się udaje, poddaje się. 

Ale napisane jest bardzo dobrze, mnie wciągnęło.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka