- Opowiadanie: Mitsumenaide - Aizen

Aizen

Jest to jeden z rozdziałów książki, nad którą pracuję. Jak wam się podoba?? Czy zachęcił on Was do przeczytania innych częścij książki ?? Z góry dzięki za wszystkie komentarze :P

Oceny

Aizen

To była jedna z najbardziej spokojnych nocy, jakie pamiętał. Niebo ponad nim było czyste, żadne chmury nie zasłaniały gwiazd, bo nie było chmur. Liście drzew, rosnących pod nim, stały bez ruchu, żaden wiatr nimi nie poruszał, bo nie było wiatru. Rzeka, daleko przed nim, nie płynęła, ale zdwała się stać w miejscu niczym nie wzruszona i była jak budząca  strach czarna otchłań, ale on się nie bał, bo nie było strachu.

Stał na skraju jaskini, wydrążonej wysoko w potężnej skale, ukrytej pośród licznych wodospadów i roślin, potrafiących znieść najcięższe warunki. Patrzył tam, na tą spokojną rzekę, płynącą przed spokojnym lasem w najspokojniejszą noc, jaką pamiętał i był zły, wściekły, rodrażniony tym spokojem. Dlaczego tak jest? Dlaczego tak jest, jakby ta noc niczego nie zapowiadała, jakby za dnia nic miało się nie wydarzyć, choć to właśnie w ten dzień wydarzy się tak wiele? Czy świat o tym nie wiedział?? Dlaczego trwał taki niewzruszony, kiedy on w środku cały drżał? Głowa paliła go od natłoku tych wszystkich myśli i pytań, które wciąż sobie zadawał i nie potrafił znależć na nie odpowiedzi. Wszystkie mięśnie go bolały od tak długiego stania w bez ruchu, a jego oczy stały się suche i przekrwione od ciągłego patrzenia raz na Księżyc, wędrujący wysoko na niebie, raz na jego odbicie w spokojnej wodzie. Wlepiał w niego wzrok z pełną koncentracją, jakby siłą umysłu próbował zatrzymać go w miejscu już na zawsze.

Ale Księżyc się nie zatrzymał. Przesuwał się powoli, lecz nieubłaganie, coraz bardziej na zachód.

– Czy w bibliotece elfów, w którejś księdze napisane jest, jak zatrzymać czas? – zapytał.

– Nie w tych, które ja znam, a przeczytałem ich setki, jeśli nie wszystkie – odpowiedział głos za jego plecami. Należał do elfa wysokiego rodu, jednego z nielicznych, którym udało się przetrwać, jasnowłosego księcia Aithana, jego najlepszego przyjaciela.

– Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co musisz teraz czuć, Aizenie. Ja nie umiałbym… żyć ze świadomością, że mogę stracić…

– Może nie będę musiał. – Przerwał Aizen.

–  Ty wciąż wierzysz?

– To jedyne, co mi teraz pozostało. Wiara to cenna rzecz, wiara to nadzieja. Dawno temu ktoś dał mi nadzieję, że w ciemności ujrzę światło. Uwierzyłem. I widziałem je za każdym razem, kiedy mrok był blisko. I wiem, że zobaczę je znów, jeśli będę go potrzebował.

– Więc dlaczego teraz jej tutaj nie ma? – zapytał Aithan. Aizen milczał. Słowa niosące prawdę zawsze bolały go najbardziej.  Nie potrafił odpowiedzieć.

– Oby tylko to światło nie uczyniło z ciebie ślepca – podjął elf.

– Obawiam się, że już to zrobiło.

 Nastała cisza. Przyjaciele stali obok siebie i patrzyli na Księżyc, który teraz był już daleko na zachodzie i lada chwila miał zniknąć sprzed ich oczu.

– Na mnie już czas – powiedział Aizen.

– Pozwól mi, towarzyszyć ci…

– Nie tym razem, Aithanie, tam, dokąd teraz zmierzam, muszę iść sam. Ty zostań i przygotuj się na dłuższą, o wiele bardziej niebezpieczną podróż, jeśli nadal będziesz chciał ze mną wędrować.

– Za tobą przyjacielu, wejdę nawet do płonącego lasu i nie będę czuł strachu.

– Ufam twoim słowom, bo być może czekają nas gorsze wyzwania niż płonące drzewa. Jeszcze się z tobą nie żegnam.

– Więc wkrótce chcę znów zobaczyć twoją twarz.

Aizen zwrócił się w kierunku wyjścia i już był u szczytu schodów, kiedy Aithan rzekł:

-Tak naprawdę to przyszedłem do ciebie, żeby się dowiedzieć, w jaki sposób zamierzasz w tak krótkim czasie przebyć dolinę, przedrzeć się przez rzekę, pokonać umarłą ziemię pustyni Naeth i znaleźć się w oddalonym o prawie trzysta kilometrów lesie Leriedel? Nie żebym w ciebie wątpił, ale…

-Więc nie wątp! – krzyknął Aizen schądząc po schodach i zniknął z pola widzenia Aithana.

Bystre oczy elfa, stojącego wciąż na skraju jaskini, dostrzegły go kilka chwil później, jak z mistrzowską zręcznością, jadąc konno, szybko i sprawnie manewrował pomiędzy drzewami, zmierzając w kierunku rzeki. Kiedy był już blisko wody, zrobił gest ręką, jak gdyby rzucał czymś o ziemię… i zniknął. Już go nie było. Pozostała po nim tylko chmura Zielonego Pyłu, którą teraz już przecinały pierwsze promienie Słońca. Pierwsze promienie pierwszego dnia lata.

 

 

********

 

Ta sama chmura Zielonego Pyłu pojawiła się też w innym miejscu, daleko na południu, w samym środku Lasu Leriedel, a wraz z nią Aizen na swoim wierzchowcu. Nowe otoczenie, w którym znalazł się tak nagle, nie stanowiło dla niego żadnej przeszkody. Mknął między drzewami szybko i lekko, jak wiatr, bo znał to miejsce, już kiedyś tu był. Dawno temu. Tylko raz. Ale zapamiętał wszystko, każde drzewo, każdą ścieżkę i zakręt, bo wiedział, że kiedy wróci tu po osiemnastu latach będzie miał tylko jedną szansę, żeby zdążyć przed nią.

 Teraz już wiedział, że szansę tą utracił. Zrobił to specjalnie. Pomimo tego, o co go prosiła, bez względu na to, co jej obiecał. Świadomie zwlekał z pojawieniem się w wyznaczonym miejscu na czas. Zaplanował to. Więc dlaczego śpieszył się teraz, czując na plecach palące ciepło złotych promieni Alasse? Dlaczego jego serce drżało ze strachu. Dlaczego zaczynał wątpić w słuszność swoich decyzji, których był tak bardzo pewny, aż do teraz, kiedy znalazł się w samym sercu lasu Leriedel, tak blisko życia, które kochał i pragnął ocalić, i które teraz ryzykował, bo tylko w ten sposób mógł również uratować życie istoty, która miała je odebrać.

 

Nie zrobiła tego. Stała tam, w cieniu drzew, na skraju polany, gęsto porośnietej zieloną trawą. Patrzyła przed siebie na osobliwy drewniany dom o dziwacznym kształcie, ukryty w gęstwinie niezwykłych roślin, tak rzadkich, że nawet ona nigdy ich nie widziała.

Aizen zeskoczył z konia, przeszedł kilka kroków w jej kierunku i zatrzymał się. Minęło tyle lat odkąd ostatni raz ją widział. Jej długie śnieżnobiałe włosy, opadające na smukłe ramiona, jej jasne, delikatne stopy, teraz trawione przez czerwone ogniste znaki. Ona cierpiała. Wiedział o tym. Wiedział też, że przez niego. Bo sprawiał jej ból za każdym razem, kiedy się spotykali i za każdym razem jego serce krzyczało, bo w prawdzie on cierpiał dużo bardziej.

-Okłamałeś mnie, Aizenie… – dźwięk jej głosu przeszył jego ciało jak grot ropalonej włóczni. Tak piękny, tak dawno nie słyszany, tak bardzo utęskniony. Aizen nic nie odpowiedział. Zapomniał mowy. W tej chwili pragnął tylko patrzeć i słuchać. Patrzeć oczami, które nie zauważały ognia na jej ciele i słuchać uszami, które nie wyczuwały drżenia i rozpaczy w jej głosie. Ale nie potrafił.

– Ja… ja… – tylko tyle zdołał wydusić z siebie, zanim mu przerwała.

– Obiecałeś, że będziesz na czas, że nie dopuścisz do naszego spotkania, że nie pozwolisz mi… – zamilkła. Nie mogła dokończyć zdania, bo płynące łzy nie pozwoliły jej mówić. Zwróciła się w kierunku Aizena. Wtedy zobaczył jej twarz. Jasną, zimną i przepiękną. Ten widok go ucieszył. I wtedy zobaczył jej oczy, koloru złota, pełne łez. Ten widok go zasmucił.

– Dlaczego nie dotrzymałeś danego mi słowa? Dlaczego skłamałeś?! – Krzyczała, nie potrafiąc tłumić dłużej swoich uczuć. Cienkie strugi palącego ognia wspinały się już po jej deliktnych dłoniach. – Mogłam pójść za nią, a wtedy jej dusza należałaby do mnie, jej życie, należałoby do mnie!

– Więc dlaczego tego nie zrobiłaś? – Zapytał Aizen. Ogniste znaki zapiekły ją ze zdwojoną siłą. Nie odpowiedziała.

– Jeśli nadal ważne jest dla ciebie jej życie…

– A jeśli ważne jest dla mnie wasze życie? – przerwał Aizen.

– Nie pozwól, byśmy się znów spotkały. – Nie słuchała go. Pragnęła go nie słuchać. -Dziś straciłam swoją sznasę, następnym razem nie będę już taka słaba. Jeśli będzie kierowała mną Czarna moc, nie powstrzymam jej.

Ruszyła w kierunku Aizena. Chciała jak najszybciej odejść z tego miejsca, znaleźć się gdzieś indziej, gdzieś daleko, gdzie będzie sama, bez niego.

Gdzie nie będzie go kochała.

 Bez uczuć nie będzie bólu, bez myśli nie będzie bólu, bez słabości nie będzie bólu.

Musiała uciec. Już. Teraz. Żeby znów móc skuć swoje serce lodem, aby nie paliło już jej ciała żywym ogniem. Aizen wiedział o tym. Wiedział, że jej skóra płonie dlatego, że w tej właśnie chwili, jej miłość do niego jest większa niż nienawiść, która zawsze przejmuje nad nią kontrolę, nie mógł znieść świadomości, że to przez niego teraz tak cierpi. Ale nie mógł też pozwolić jej odejść, nie tym razem, kiedy ryzykował wszystko, co było dla niego ważne. Dziś nie mógł tak łatwo odpuścić. Dlatego, kiedy Hara go mijała, zmusił się, by złapać jej rozognioną dłoń i tym samym zmusić ją, by trwała w tym cierpieniu jeszcze dłużej. Wtedy również jego rękę przeszył okropny ból, bo teraz ogień, który trawił ciało Hary, rozpalał skórę Aizena i na jego starych bliznach wypalał nowe głębsze rany.

Nie puszczając jej ręki odwrócił się, ku niej i spojrzał w jej oczy.

– Nigdy w to nie uwierzę.  – powiedział – Nigdy nie uwierzę, że mogłabyś ją skrzywdzić. Dziś też w to nie wierzyłem. Dlatego pozwoliłem ci przyjść pierwszej, bo nie nienawiść jest twoją największą potęgą. Masz rację mówiąc, że nie jesteś słaba, dlatego nigdy nie przejmiesz jej duszy, bo jesteś zbyt silna, żeby to zrobić.

– Aizenie, puść mnie, to pali Twoją skórę – wyszeptała Hara, widząc, jak ogniste znaki powoli rozprzestrzeniają się po przedramieniu Aizena.

– Jeśli to jest cena za miłość do ciebie, jestem gotów ją płacić, Haro. Każdego dnia cierpię dużo bardziej, nie trzymajac twojej ręki.

Hara odwróciła wzrok. Ogniste znaki wspinały się teraz powoli po jej smukłej szyi.

– Moje blizny wkrótce znikną, twoje nie.

– Nie dbam o to, każda kolejna blizna to jedna cenna chwila spędzona z tobą dłużej.

Hara jeszcze nigdy nie znajdowała się pod wpływem ognistej klątwy przez tak długi czas, ból stawał się okropny, a świadomość, że teraz, przez nią, Aizen cierpi tak samo, stawała się nie do wytrzymania. Musiała odejść, ale on nie puszczał jej ręki.

– Nie wiesz tego! – Krzyknęła Hara. Teraz całe jej ciało przeszywał promieniujący ból, którego już nie mogła nie czuć. Jej głowę nawiedzały okrutne myśli, że rani Aizena tym samym okropnym bólem. Jej ciało było poza jej kontrolą i próbowało spazmatycznie wyrwać się z uścisku Aizena. Jej wzrok jak oszołomiony wędrował po jego ramieniu, jakby chciał siłą woli zatrzymać klątwe, która teraz na niego przeszła.

– Nie możesz tego wiedzieć, bo ja sama nie wiem. Nie znam tej klątwy, nie potrafię nad nią panować! Nie mogę ryzykować jej życia, nie mogę ryzykować ciebie! Jeśli naprawdę ważne jest dla ciebie jej życie – powtórzyła Hara – nigdy nie dopuść do naszego ponownego spotkania i nigdy więcej mnie nie ratuj, bo nie chcę was starcić! – Odwróciła się i znów podjęła próbę odejśćia, ale Aizen nie puszczał jej ręki. Więc zatrzymała się, ale już nie spojrzała na niego, nawet sie nie odwróciła, tylko patrzyła prosto przed siebie  

– Allehel… – zawołał ją imieniem, którym nazywał ją zawsze, dawno temu, kiedy jeszcze świat był inny – Nie przestanę, dopóki nie odnajdę czasu, w którym będziesz znów szczęśliwa!

 

 Hara stała jeszcze przez chwilę. Już wiedziała, że jej nie posłucha. Potem puściła rękę Aizena, teraz nie stwaiał oporu, i nie mówiąc nic zniknęła w gęstwinie drzew.

Znów odeszła.

Patrzył jeczecze przez moment na szeleszczące liście gałęzi i krzewów, ostatnich świadków jej obecności tutaj. Po czym otarł łzy, odwrócił się i ruszył w kierunku drewnianego domku.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Tylko czekać aż przyjdzie Reg lub Finkla i napiszą, że fragmenty nie są popularne wśród czytelników i komentatorów na portalu, i że pewnie nigdy nie poznamy całości. No bo jaki sens wrzucać powieść całą na portal? Kto to wyda, gdy okaże się hitem, po udostępnieniu w internecie? Sam tutaj kiedyś wrzuciłem pierwszy rozdział powieści fantasy. I zaraz usunąłem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jeden z rozdziałów książki, pewnie gdzieś ze środka, bo nie sposób zorientować się, o co tu chodzi. Po raz kolejny zastanawiam się, co Autorka miała nadzieję osiągnąć, prezentując fragment, który nic nie mówi i w dodatku jest fatalnie napisany.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rzeczywiście, jest to fragment wybrany dość niefortunnie, bo czytelnik nie bardzo wie co się dzieje. To niby dla fragmentów normalne, ale można zawsze wybrać taki, który ma choć lekkie znamiona przymkniętego (bo nie zupełnie zamkniętego, oczywiście) opowiadania, jakąś popisową akcję, coś co wciąga i nie pozwala się oderwać. 

U ciebie bohaterowie cierpią, strasznie dużo myślą, mędzą, i jeszcze bardziej cierpią. W dodatku starasz się nadawać temu wszystkiemu podniosły, nieco nawet poetycki klimat, co nie wychodzi dobrze. Ot, choćby początek:

To była jedna z najbardziej spokojnych nocy, jakie pamiętał. Niebo ponad nim było czyste, żadne chmury nie zasłaniały gwiazd, bo nie było chmur. Liście drzew, rosnących pod nim, stały bez ruchu, żaden wiatr nimi nie poruszał, bo nie było wiatru. Rzeka, daleko przed nim, nie płynęła, ale zdwała się stać w miejscu niczym nie wzruszona i była jak budząca strach czarna otchłań, ale on się nie bał, bo nie było strachu.

Rozumiem zamysł, stojący za tymi opisowymi powtórzeniami, zamysł niczego sobie, ale efekt po prostu nie brzmi dobrze. Zbyt patetycznie, zbyt niezgrabnie. Plus milion niepotrzebnych zaimków. 

Mam dwie rady, raczej standardowe i oczywiste – po pierwsze, zaczekaj z powieścią. Nie jesteś jeszcze twórcą na tyle doświadczonym, nie masz jeszcze wprawy i na tyle dojrzałego stylu, żeby porywać się na książki. Za parę lat, może nawet wcześniej, Twój styl wykształci się na tyle, że wszystko, co napiszesz teraz, wyda Ci się do bani i będzie wymagało napisania od nowa. Szkoda czasu na powieści. Najpierw opowiadania, szorty, jeśli masz wymyślony świat to jak najbardziej umieszczone w owym świecie, ale zamknięte fabularnie, stanowiące całość. Szlifuj umiejętności, umieszczaj teksty w sieci, kto wie, może i zamęczaj redaktorów. A gdy teksty zdobędą jakieś uznanie, będzie czas na powieści. 

A po drugie – pisz prosto. Im prościej, tym lepiej, nie stylizuj, nie baw się w charakterystyczne style, ani w poetyckie klimaty. Skupiaj się na pomysłach i fabule. Buduj wprawę i doświadczenie, takie stylistyczne "oko i ucho", taką pisarką czułość, polegającą na tym, że zaraz po napisaniu zdania będziesz bezbłędnie rozpoznawać, czy jest wystarczająco fajne, czy zgrzyta. A wtedy będzie czas na budowanie pięknych metafor i odjechanych ornamentów. 

Pozdrawiam! 

P. S. 

Nie usuwaj tego fragmentu. Po pierwsze to okropnie denerwujące :-) 

A po drugie, nawet jeśli Tobie już do niczego się nie przyda, to są jeszcze inni, którzy zaglądają do tekstu i może nie czytają dokładnie całości, ale zwracają uwagę na komentarze. I wyciągają wnioski – "o, całkiem fajny tekst, a został skrytykowany za to, tamto i jeszcze owamto. To może ja jeszcze popracuję nad swoim, zanim opublikuję, przynajmniej wiem na co zwrócić uwagę." 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo dużo słów, z których niewiele wynika :(

Nowa Fantastyka