- Opowiadanie: PawelM - Inwazja

Inwazja

Głównym motywem przewodnim opowiadania jest Monster erotica. Mam nadzieję, że jak na pierwsze, nie zmiażdżą mnie wasze opinie, jednak proszę o wszystkie. I te pozytywne i negatywne. Jeśli idę w dobrym kierunku postaram się o kolejne części. Liczę, że pomożecie mi ulepszyć moje pisanie, albo zasugerujecie, że powinienem odpuścić. . Miłej lektury.

Oceny

Inwazja

Rozdział I.

Nowa kryjówka.

 

 Joe pędził co sił. Wiedział, że jest szybki, ale nie może się potknąć. Najważniejsze teraz to ostrzec swoich towarzyszy w jaskini. Miał niecały kilometr. Młode latynoskie ciało sunęło przeskakując w ciemności kamienie i gałęzie. Już przestał ich słyszeć. Na szczęście byli powolni.

On też trochę zwolnił. Z ulgą dojrzał dziurę między głazami. Wśliznął się do środka.

– Lars! Lars! Znowu idą?

W jaskini zapanowało poruszenie. Postacie miotały się w świetle ogniska rzucając na ściany ruchome cienie.

– Ilu ich? Dużo?

– Nie wiem. Chyba kilku. – dyszał chłopak.

– Mike i Steven. Bierzcie strzelby i ze mną. – Lars zachowywał zimną krew. Podobnie jego kobieta, Luna.

– Zbiorę kobiety w małej sali. – powiedziała.

Joe ruszył za mężczyznami.

– Pomogę. – rzucił do Larsa.

– Nie Joe. Idź z Luną. My tu damy radę. Są też te z mackami?

– Nie widziałem. Zauważyłem tylko te duże dwunożne.

– To dobrze. One tu nie wejdą. Mamy szansę.

Lars wyjrzał na zewnątrz. Księżyc był dziś dla nich sprzymierzeńcem. Zauważył w oddali zbliżającego się pokracznie Oroka i wycelował. Rozległ się huk broni. Orok zatrzymał się i przykucnął.

– Cholera. Pudło.

– Czego te bestie od nas chcą? – spytał Steven.

Lars nie odpowiedział. Czekali. Las przed jaskinią wydawał się pusty i głuchy. Ale oni gdzieś tam byli.

– Przyszliśmy porozmawiać. – Głos z lasu był dziwny, trochę sztuczny.

Lars uniósł brwi w zdziwieniu.

– Znają nasz język. – zkwitował Milke. – Myślałem, że są dość tępe.

– Szybko się uczą.

– Odejdźcie. Nie mamy o czym rozmawiać. – odpowiedział Lars.

– Mylisz się. Są z wami kobiety. Wyślijcie wszystkie do nas a przeżyjecie.

Lars dostrzegł łeb jednego z potworów. Wycelował. Tym razem strzał był celny. Pocisk trafił w oko. Za czaszką pojawiła się krwawa chmura.

– Odejdźcie. – powtórzył. – Wystrzelamy was co do jednego.

Zanim skończył obok jego ucha przeleciała długa dzida i uderzyła w skałę. Księżyc zaszedł i zapadła ciemność. W tych warunkach broń stała się bezużyteczna.

– Chodźmy głębiej. I tak za nami nie wejdą. Przeczekamy.  

Dołączyli do kobiet w głębi jaskini. Było ich kilkunastu. Łącznie kobiet i mężczyzn. Niektórzy drżeli z zimna lub ze strachu. Milczeli. Lars łudził się, że intruzi odejdą i zostawią ich w spokoju. Szmer i stukot kamieni rozwiał jego nadzieje. W wejściu do sali pojawiły się macki.

– Szybko. Do drugiego wejścia. Luna. Weź kobiety i pędźcie do łodzi. Idź z nimi Joe. My ich chwilę zatrzymamy.

 Lik stojący w progu jaskini tylko trochę przypominał ziemską ośmiornicę. Przyleciały wraz z Orokami i były chyba czymś w rodzaju ich zwierząt służących do polowania na ludzi. Ten okaz był duży. Do jaskini mógł dostać się dzięki elastycznej budowie. Stanął na dwóch mackach a cztery inne uniósł i wymachiwał w kierunku mężczyzn. Lars strzelił, ale kule przechodziły przez macki zwierzęcia jak przez gumę, prawie nie zostawiając śladu. Rozdrażniony Lik ryknął. Otwór gębowy między mackami rozszerzył się mocno. Otaczał go rząd długich na piętnaście centymetrów zębów lub pazurów. Rozwarły się szeroko a z wnętrza wysunęła się mniejsza paszcza z zębami dookoła. Te były wygięte do wnętrza. Z pyska kapało coś lepkiego. Mike i Steven wymachiwali dzidami w kierunku bestii. Kobiety prawie już wyszły. Jedna z Macek złapała Joego w pasie i zaczęła oplatać. Lars wystrzelił cały magazynek w ramię. To wystarczyło. Joe się wyswobodził i wybiegł za kobietami. Po nim pozostali mężczyźni.

– Musimy się spieszyć. Oby łódź odpaliła.

– Lars! Tu też są! – rozległ się krzyk.

To była Luna. Drugie wyjście było kontrolowane przez Liki. Byli otoczeni.

– Do tunelu podwodnego. To nasza jedyna nadzieja.

Na szczęście jaskinia była spora i kręta. Lars liczył, że dzięki temu zyskają trochę czasu zanim bestie ich odnajdą. Wiedział, że kobiety będą potrzebowały trochę czasu na pokonanie wyjścia zatopionego pod wodą na odcinku prawie dziesięciu metrów. W razie czego będą musieli powstrzymać napastników na dystans. Sprawdził magazynek. Nie było dobrze.

 Szli z pochodniami jeden za drugim gęsiego skalnym labiryntem. Każdy z nich znał

go jak własną kieszeń. Ukrywali się od dnia najazdu, czyli już prawie pół roku.

 Doszli do szerszej komnaty z małym stawem, który był tak naprawdę tajemnym wyjściem. Prowadził prawie pod samą łódź. Jeszcze chwila i będą ocaleni. Ale kryjówka przepadła raz na zawsze. Nurkowali na przemian. Mężczyzna, kobieta. Lars poszedł ostatni. Łódź stała na miejscu a dookoła nie było śladu obcych. Odetchnął z ulgą wchodząc jako ostatni na pokład.

– Przeliczmy się. – Powiedział.

– Może odpłyńmy dalej. – zasugerowała Luna.

– To będzie chwila. Ustawcie się w szeregu.

Zanim zaczął odliczanie odezwał się Mark. Był przerażony.

– Nie ma Lisy! Nie ma mojej Lisy. Idę tam!

– Poczekaj. Uspokój się. Ja po nią pójdę. Jak jej nie zauważyłem?

Wskoczył do wody i zniknął pod powierzchnią, by po chwili wynurzyć się w jaskini. Na ścianie wciąż paliły się pochodnie. Usłyszał dziwne odgłosy i ruszył w kierunku pierwszego zakrętu, za którym był długi korytarz. Wyjrzał ostrożnie i zamarł.

 Na końcu korytarza stał ogromny Lik i trzymał Lisę. Walczyła, ale nie krzyczała.

Próbowała rozgiąć oplatające ją ramiona. Podbiegł i gdy do bestii miał kilka metrów, uświadomił sobie, że nie ma przy sobie broni. Zostawił ją już na łodzi. Stanął jak wryty i rozglądał się za czymś twardym. Jedyne co mogło posłużyć za broń, to pochodnia. Wyjął ją z uchwytu w ścianie.

 Bestia zdążyła unieruchomić nogi Lisy, oplatając macki wokół kostek. Mimo oporu

Lisy bez problemu rozwarła jej uda do szpagatu. Lars oparzył jedną z macek. Bestia głośno zapiszczała. Inna z macek, której nie zauważył nadleciała z boku. Poczuł silny ból w ramieniu. Pochodnia wypadła i uderzyła o ścianę.

 Lisa nie miała sił. Przestała walczyć. Potwór wysunął podwójny rząd pyska.

Z jego środka wysunął się długi na metr czerwony i wijący się jęzor. Tak pomyślał Lars,

ale po chwili przekonał się, że jest w błędzie. To dziwne coś okazało się narządem

rozrodczym potwora. Oplótł nim majtki Lizy i zerwał. Była zrezygnowana. Patrzyła przed

siebie niewidzącym wzrokiem, gdy czerwona macka wsunęła się do wnętrza. Lars nigdy nie czuł się taki bezradny. Myślał o ucieczce, ale liczył jeszcze na jakiś cud. Stał i czekał na

rozwój wypadków. A nóż jakoś ocali Lisę. Patrzył z przerażeniem. Macka wsuwała się

w nią powoli ale coraz głębiej. To musiało boleć. Nagle Lisa drgnęła, jakby ugodzona nożem, ale nie krzyknęła. Macka zatrzymała się i było widać jak pulsuje. Brzuch Lisy stał się większy i z całą pewnością wciąż się powiększał. Dziewczyna była spokojna.

 Cud na który liczył Lars w końcu się zdarzył. Bestia rozplotła macki i sam nie

wiedział czemu po prostu odeszła zostawiając jego i Lisę. Kucała a z jej łona wypływał

lepki zielonkawy śluz.

– Chodź. Zabiorę cię do łodzi.

Nie zareagowała. Nie było czasu. Lars wziął ją za rękę i ciągnął za sobą. Doszli do

stawiku.

– Liso. Zaufaj mi. Wszystko będzie dobrze. Teraz musimy zanurkować. Za chwilę będziesz z Markiem.

Wszedł do wody po pas i wyciągnął ręce ku niej. Lisa pokręciła głową.

– Nie. Mark nie może mnie takiej zobaczyć.

Podniosła z podłogi ostry kawałek skały, przypominający nóż.

– Nie rób głupstw Liso. Pomożemy ci. Chodź tu do mnie.

– Powiedz Markowi, że go kocham.

Skała trafiła w środek brzucha nad pępkiem. Lisa upadła na kolana. Wzrok zastygł. Chwilę walczyła, po czym upadła w dużą kałużę zielonego płynu.

 

 Mark trochę się uspokoił po godzinie rejsu. Gdy zobaczył Larsa samego wchodzącego na pokład padł na kolana. Lars nie powiedział nic. Płynęli środkiem kanału wśród gór i lasów. Okolica roiła się od jaskiń, ale tu nie byliby bezpieczni.

– Poszukamy czegoś na zachodnim wybrzeżu.

– To nie ma sensu Lars. Będziemy się całe życie ukrywać? – Mark był wściekły. – Powyrzynam te ścierwa do ostatniego!

– Wiem co czujesz. – poklepał go po ramieniu. – Zrobimy to Mark. Zrobimy. Ale musimy poczekać na właściwy moment.

– Wiem. – ochłonął. Po chwili się rozpłakał. Lars przytulił przyjaciela.

 Płynęli całą noc i dzień. Krajobraz stał się jeszcze bardziej górzysty. Wpłynęli w wąski

kanał między pionowymi skałami.

– Stąd nikt nie zauważy łodzi. Podzielimy się na trzy grupy i rozejrzymy.

Lars z żoną Luną i jej młodszą siostrą Aniką wyruszyli na północ. Towarzyszył im Joe. Nie było żadnych ścieżek ani innych śladów cywilizacji. Do zmierzchu pozostały trzy godziny.

– Dobrze gdybyśmy coś znaleźli. Wolałbym nie spać na łodzi.

Joe wykazywał największą aktywność. Skakał po skałach jak kozica wypatrując ewentualnych

wejść do jaskini. Lars zauważył jak Anika na niego spogląda i skinął porozumiewawczo na Lunę.

Ta uśmiechnęła się i przybliżyła, żeby móc szeptać na ucho.

– Nie dziwię jej się. Jest przystojny.

– A ja? – spytał Lars.

– Ty nie.

– A i tak zdobyłem najpiękniejszą kobietę jaką znam.

 Idąca z przodu Anika wrzasnęła. Rzucili się biegiem w jej kierunku i zatrzymali nagle.

Otaczający ich z trzech stron mężczyźni mieli łuki i mierzyli w ich kierunku. Lars podniósł ręce do góry a kobiety zrobiły to samo w ślad za nim.

– Spokojnie. Nie mamy złych zamiarów.

– Nie śledzą was?

– Płynęliśmy długo łodzią. Nie sądzę?

– Ilu was jest?

– Łącznie siedemnastu. Opuść łuk. Nawet nie mamy broni.

Brodaty mężczyzna opuścił i skinął na towarzyszy.

– Musicie odejść. – powiedział.

– Macie tu kryjówkę?

– Tak. I nie wiedzą o nas. Nie możemy ryzykować. Mamy tu kobiety.

– My też. Napadli nas w poprzedniej kryjówce. Rozejrzymy się za czymś, ale pozwól nam

 zostać na noc.

Brodacz spojrzał na najstarszego mężczyznę stojącego trochę z tyłu i również brodatego.

Tamten skinął głową.

 

 Wieczorem siedzieli przy ognisku w dużej i wysokiej sali jaskini. Grupa którą spotkali liczyła około stu osób. Lars zasiadł przy starcu z brodą, który był liderem grupy. Podano mięso i pędzony alkohol. Lars przechylił do dna i skrzywił się, wycierając usta rękawem.

– Mocne. Ale dobre.

Starzec i kompani zaśmiali się.

Wiecie coś więcej? – spytał Lars.

– Opanowali chyba cały świat. Mamy kontakt w mieście za górami. Miasto jest przez nich opanowane. Żyją tam ludzie, ale są w niewoli.

– Ważniejsze są chyba te na dwóch nogach. Słyszeliśmy ich. Nauczyły się mówić po naszemu.

– To same osobniki męskie. Do rozmnażania potrzebują samic innych gatunków. Nasze kobiety nadają się dla nich idealnie. Dlatego na nie polują.

– Służymy im do reprodukcji? – spytał Mark.

– Tak. I te duże, dwunożne i te ośmiornice są w stanie zapłodnić kobietę. Widziałem to na własne oczy. Straszne.

– Jak to w ogóle możliwe? To inny gatunek! Z kosmosu.

– Nie potrzebują naszych komórek. Kobieta służy tylko jako inkubator i środowisko. Widziałem jak kobieta rodzi Oroka. Przeżyła. Gorzej z Likami. Gdy ten zapłodni, to wyrok śmierci dla kobiety.

I to w męczarniach. Płód sam wychodzi rozrywając kobietę.

 Przysłuchująca się opowieści Anika chwyciła się za usta. Była przerażona. Lars objął ją

jak córkę.

– Spokojnie. Tu jesteście bezpieczne. Nie pozwolimy was skrzywdzić.

– Powiesz co się stało Lisie?

Lars milczał patrząc tępo w płomień ogniska. Nie chciał trafić na wzrok Marka.

– Będziemy z nimi walczyć! – powiedział pewnym, energicznym głosem. – Jeszcze nie wiem jak alesię dowiem. Poznamy ich słabe punkty i odzyskamy nasze domy. Od jutra działamy. Nie stracimy więcej ani dnia! Ani jednego towarzysza!

Koniec

Komentarze

PawleM, jeśli to tylko pierwszy rozdział, a nie skończone opowiadanie, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chwilowo tekstu nie da się komfortowo czytać z powodu złego formatowania.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

PawleM, zmień jeszcze w swoim profilu kobietę na mężczyznę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

PawelM z tego że piszę na telefonie nie będę wskazywał poszczególnych błędów a jest ich bez liku. Sam pomysł nie jest zbyt oryginalny dodatkowo idea porywania naszych kobiet w celu zapłodnienia jest smieszno-straszna. To ma być główny wątek? Brakuje opisów. Nie wiem jak wyglądają bohaterowie poza jednym co ma brodę. Na tym odcinku jest dramatycznie źle Nie wiem w jaki h czasach się to dzieje. Raz strzały raz wlocznie. Nie wiem czemu nie ma broni. Nic nie tłumaczysz. Ja mam się domyślać o co chodzi jak kto wygląda bo Tobie nie chciało się tego napisać? Nie czułem emocji gdy opisywales strzelaninę. Nuda. No i zapomniał broni. Weeeź. Proszę Cię, naprawdę? W takim świecie zapomnieć broni. Wiem że potrzebowałeś uzasadnić jego bierność podczas zapładniania ale to był najinfantylniejszy punkt tego opowiadania. Na plus. Nie ma dluzyzn.

Przykro mi to pisać, PawleM, ale zaprezentowany fragment nie zachęcił mnie do poznania dalszego ciągu opowieści.

Opisałeś ucieczkę przed obcymi, nie wyjaśniając choćby słowem, kim są obcy i skąd pochodzą. Jeśli do rozmnażania potrzebne są im kobiety, to jak sobie radzili z tym problem wcześniej?

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Na szczę­ście byli po­wol­ni. On też tro­chę zwol­nił. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Nie wiem. Chyba kilku. – dy­szał chło­pak. –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Po­dob­nie jego ko­bie­ta, Luna.

– Zbio­rę ko­bie­ty w małej sali… –> Powtórzenie.

 

– Znają nasz język.zkwi­to­wał Milke. –> – Znają nasz język – skwi­to­wał Milke.

 

Otwór gę­bo­wy mię­dzy mac­ka­mi roz­sze­rzył się mocno. Ota­czał go rząd dłu­gich na pięt­na­ście cen­ty­me­trów zębów lub pa­zu­rów. –> Czy dobrze rozumiem, że długie zęby/ pazury, skoro otaczały otwór gębowy, mieściły się na zewnątrz niego?

 

Szli z po­chod­nia­mi jeden za dru­gim gę­sie­go skal­nym la­bi­ryn­tem. –> Masło maślane. Iść gęsiego znaczy to samo, co iść jeden za drugim.

 

Każdy z nich znał

go jak wła­sną kie­szeń. –> Zbędny enter. Ten błąd występuje wielokrotnie w dalszym ciągu tekst i bardzo utrudnia czytanie.

 

Do­szli do szer­szej kom­na­ty z małym sta­wem… –> Komnaty są w pałacach i zamkach, ale nie w jaskiniach.

 

A nóż jakoś ocali Lisę. –> A nuż jakoś ocali Lisę.

Poznaj znaczenie słów nóżnuż.

 

Pły­nę­li całą noc i dzień. Kra­jo­braz stał się jesz­cze bar­dziej gó­rzy­sty. Wpły­nę­li w wąski

kanał… –> Powtórzenie.

 

Nie było żad­nych ście­żek ani in­nych śla­dów cy­wi­li­za­cji. –> Czy ścieżka jest oznaką cywilizacji?

 

Opa­no­wa­li chyba cały świat. Mamy kon­takt w mie­ście za gó­ra­mi. Mia­sto jest przez nich opa­no­wa­ne. –> Powtórzenia.

 

– Jesz­cze nie wiem jak ale­się do­wiem. –> – Jesz­cze nie wiem jak, ale ­się do­wiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wszystkie komentarze. Pokazują mi jak lekko, żeby nie powiedzieć lekceważąco, podszedłem do napisania tego fragmentu. Raczej porzucę to opowiadanie i spróbuję czegoś krótszego i prostego. Chętnie przekonam się, czy jestem w stanie iść do przodu.

To dobrze, PawleM, że potrafisz dostrzec wady i niedostatki Inwazji. Słuszna też wydaje się Twoja decyzja, aby ten pomysł odłożyć i spróbować napisać krótkie opowiadanie. Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Powodzenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka