- Opowiadanie: wybranietz - Bracia Mniejsi

Bracia Mniejsi

Betował Staruch i wilk-zimowy, choć pewnie żaden już nie pamięta ;P

 

Było w Białym Kruku  (nr 4) ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Bracia Mniejsi

Paleontolodzy zawsze budzili sensację, choć rzadko kiedy towarzyszyła jej chęć pomocy. W trakcie trwania wykopalisk te proporcje zwykle się odwracały. Pojawiało się współczucie i znudzenie pracą naukowców, którzy całe dnie spędzali klęcząc w upale: dorośli ludzie, profesor i studenci, niby szkoły pokończyli, a grzebią się w ziemi jak dzieci. Tomasz był więc niezmiernie wdzięczny mieszkańcom Laskowic za bezpłatne udostępnienie wiejskiej świetlicy na dwa miesiące. W dużej mierze była to kwestia wakacji: nie odbywały się żadne dodatkowe zajęcia, nikt z niej nie korzystał. W mniejszej części była to ciekawość, bo skoro dali nocleg za darmo, to pewnie będą chcieli przyjść, popatrzeć jak pracują i pouczyć inteligentów jak należy trzymać łopatę.

– Szukając szczątków dinozaurów do niczego pan nie dojdzie. Wiadomo, było zgodnie z wolą Bożą. Może jakby chociaż ropa z tego była, a tak, to co panu przyjdzie z paru kostek, niekompletnych, uszczerbionych, wyglądających jak kamienie? Wziąłby się pan za coś poważnego, panie profesorze – podsumował ich sołtys. Tomasz westchnął w duchu, starając się nie okazać zniecierpliwienia. Bywało gorzej, wąsaty mężczyzna przynajmniej nie mylił go z archeologiem.

– Na szczęście, mamy ten luksus, że możemy szukać wiedzy, a nie tylko jej praktycznych zastosowań – zaryzykował odpowiedź, na wpół spodziewając się tyrady o opłakanym stanie służbie zdrowia, ale sołtys pokiwał z namysłem głową.

– No, może. Słyszałem, że coś specjalnego może być tu, w naszych skromnych Laskowicach? Coś do pokazania turystom, wie pan, taka dinoturystyka?

Tomasz zrozumiał przyczynę ciepłego przyjęcia: dobrze, że nie zaczęli reklamować tej dinoturystyki wcześniej, bo mógłby nie mieć już czego tu szukać. Złodzieje skamieniałości nie cofali się przed niczym, odczuł to na własnej skórze. Na szczęście włosy zakrywały długą bliznę na potylicy.

– Obiecujące miejsce, tak. Przy wstępnym rozeznaniu znaleźliśmy dużo kawałków kości i rybią łuskę, ale nie mogę powiedzieć nic na pewno, najpierw potrzebne są systematyczne badania.

– Ach, no tak, zbierało się tam różne śmieci za dzieciaka. – Tomasz spojrzał na sołtysa z dezaprobatą. Mężczyzna odchrząknął. – Jak się tam chcecie urządzić na tej skarpie w cegielni? Ona chyba stroma jest?

– Na skarpie będziemy tylko pracować. Jedna część, rzeczywiście, jest bardzo stroma, ale zbocze obok nie jest aż tak wybrane. Porobiły się jakby schody, na nich przygotujemy stanowiska. Obóz z narzędziami i resztą sprzętu rozbijemy na górze.

– No dobrze. Pan śpi z młodzieżą, czy woli pan u mnie, na kwaterze? Nic specjalnego – dodał pośpiesznie – mamy przybudówkę, w której pomieszkiwali pracownicy sezonowi, teraz stoi pusta, a dla turystów będzie jak znalazł. – Sołtys zatarł ręce. Tomasz podejrzewał, że w przeciwieństwie do świetlicy, ten nocleg nie będzie darmowy, ale wciąż pamiętał swoje praktyki i był pewny, że studenci woleliby spać bez jego nadzoru.

– Niech będzie kwatera – zadecydował.

 

Jeszcze tego samego dnia rozłożyli obóz. Tomasz zostawił swojego pick-upa na skraju leśnej drogi; z pomocą studentów przeniósł na polanę namiot, stolik, kilka plastikowych krzeseł, parę łopat i szpadli. Miał nadzieję, że nikt się nie połasi na wyraźnie używany sprzęt. Drzewa rosły rzadko, poszycie nie było zbyt gęste, więc droga nie nastręczała im trudności. Polanka, na której mieli rozbić obóz, okazała się niezbyt duża: wąski pas zieleni między lasem a skarpą. Gliniasta niecka poniżej przytłaczała wielkością i ta pustka wydała mu się nie na miejscu.

– Tu jest stromy kawałek, zabezpieczamy to jakoś? – zapytał jeden ze studentów, Adam. Stanął na brzegu, rozstawił ramiona jak strach na wróble, pokazując, gdzie ziemia gwałtownie się urywa. Tomasz przyjrzał się skarpie.

– Nie ma jak. Jeśli wbijemy paliki, to może się obsunąć, a nie bardzo jest co taśmą obwiązać. Trzeba uważać i tyle. Albo – wziął jedno z krzeseł, odwrócił do góry nogami i ustawił przy krawędzi – niech to tu leży. 

Rozłożyli namiot, rozstawili pozostałe krzesła i ostrożnie zeszli na część skarpy uformowaną w dziwne, wielkie stopnie. Tomasz miał wrażenie, że schodzi wprost w przeszłość. Zatrzymał swoich podopiecznych, ustawił ich w półkolu, spojrzał w oczy każdemu Adamowi i każdej Ewie, tak, by poczuli się osobiście odpowiedzialni za powodzenie badań i pokrótce powtórzył raz jeszcze, co spodziewa się znaleźć i jak mają się zachowywać. Wstępnie wyznaczył obszary, od przeszukania których mieli następnego dnia zacząć swoje pierwsze wykopaliska, po czym kazał im wracać na górę. Na polance raz jeszcze spojrzał na nieckę i przez chwilę widział tam ogromne jezioro. Brzegi porastały wysokie na kilka metrów paprocie, których pióropusze odbijały się w wodzie. Trzasnęła za nim gałązka, jakby coś się skradało, obrócił się gwałtownie, ale to tylko Adam poprawiał coś przy namiocie. Triasowy krajobraz zniknął. Tomasz dotknął blizny na potylicy, ktoś coś powiedział.

– Co pan mówił, panie Adamie?

– Wraca pan autem, panie profesorze? – Tomasz znowu pomyślał o swoich praktykach i odpowiedział z lekkim uśmiechem:

– Nie, niech zostanie blisko stanowiska. Do wioski daleko nie jest.

Wracał ze studentami przez las, najpierw na przełaj, potem drogą, która pewnie prowadziła do cegielni. Równolegle do nich, między drzewami, szedł wysoki chłopak. Co chwilę przystawał, schylał się i prostował. Szukał czegoś? W ręce miał pęk roślin. Widocznie zbierał zioła. Tomaszowi wydawało się, że ma wianek na głowie, ale zanim zdążył przyjrzeć się dokładnie, któryś z Adamów go zagadał. Kiedy Tomasz ponownie spojrzał w las, chłopak już zniknął.

 

Wykopaliska zawsze rozpoczynały się w atmosferze nerwowego podniecenia i zapału. Tomasz od dłuższego czasu obserwował jednego ze studentów, który trochę się oddalił od reszty grupy. Najpierw intensywnie coś okopywał i teraz zmiatał ziemię dookoła swojego znaleziska. Nie konsultował wcześniej swoich planów, ale Tomasz nie ingerował w jego działania. Teraz uznał, że już najwyższy czas to ukrócić.

– Panie Adamie. Jestem z pana dumny. Właśnie poświęcił pan pół dnia na staranne odkurzenie kamienia. Niech go pan sobie weźmie na pamiątkę. – Chłopakowi poczerwieniały uszy. Tomasz podniósł głos, niepotrzebnie, i tak wszyscy patrzyli na nich. – Moi państwo, mówiłem, że macie niczego nie dotykać i wołać mnie, zanim zaczniecie coś robić. Ja wiem, że chcecie być samodzielni, ale jak ktoś bardzo chce, to jak pan Adam, dojrzy przełomowe odkrycie w byle kamyku. Szkoda na to czasu. Wracajcie do pracy.

Studenci posłusznie nachylili się nad swoimi stanowiskami.

 

Pierwsze dni przebiegały przyzwoicie. Znaleźli co prawda trochę więcej kamieni, ale pojawiło się też mnóstwo drobnicy: rybie łuski, skamieniałe kawałki paproci oraz małe fragmenty kostek, podobne do kawałków drewna, czarne, trochę pobrużdżone, ale cięższe i w powiększeniu przypominające gąbkę, nie rurki. Byli w domu. Byli w triasie. Studenci byli zachwyceni, więc Tomasz skrzętnie ukrywał przed nimi swoje rozczarowanie. Liczył na coś większego. Te odpryski kości, które przesłał mu pan Bolecki, które zwróciły jego uwagę na cegielnię w Laskowicach, obiecywały coś znacznie ciekawszego. Może nie powinien był być taki surowy wobec Adama i jego kamyka?

Pewnie z tej ekscytacji, z tej niecierpliwości, kiedy schylał się z pędzelkiem nad ziemią i ostrożnie zamiatał pył i piasek, czuł na twarzy podmuchy ciepłego powietrza. Unosiło się znad gruntu pachnące wilgocią, drzewami iglastymi i mchem. Czasem, kiedy podnosił wzrok znad swojego wykopu, nie widział przed sobą wyrobiska cegielni, tylko jezioro i lasy majestatycznych paproci. Chwilami miał wrażenie, że odsłania kolejne warstwy czasu. Fale ciepła przychodziły i odchodziły, jak uderzenia pulsu.

 

Pierwsze odkrycie nie było jego. Racjonalnie rzecz ujmując, odkrycia w paleontologii to głównie kwestia szczęścia, ale i tak coś go kłuło w boku: nie wiedział tylko, czy to zazdrość, czy ojcowska duma. Studentka, Ewa, natknęła się na skamieniałą kość udową jakiegoś gada. Kiedy ją powoli odsłaniała, kość ciągnęła się w nieskończoność, przez całe pięćdziesiąt cztery centymetry. Obmiatała ją delikatnie, od czasu do czasu muskając palcami i Tomasz nie miał w sobie siły, by jej tego zabronić. Sam też nie mógł się powstrzymać, co chwilę podchodził do stanowiska, jakby sam musiał sprawdzić, czy dotknięta kość nie rozwieje się jak dym.

Początkowo nikt nie zwrócił uwagi na dziwne odgłosy. Terkotanie i klekotanie mogli sobie wytłumaczyć, w końcu byli racjonalnymi ludźmi w nieracjonalnym lesie, ale kiedy usłyszeli ryk, wszyscy zamarli. Ewa patrzyła szklistym wzrokiem przed siebie, Tomasz był przekonany, że gdzieś na skraju jego pola widzenia coś się poruszyło. Stali chwilę w milczeniu, niepewni, czy i gdzie uciekać.

– Ptaki nie odleciały. – W końcu ktoś zauważył. Rozejrzeli się, właściwie to nadstawili uszu, ptaki rzeczywiście dalej śpiewały, ukryte w koronach drzew. Gdyby to był niebezpieczny drapieżnik, powinny się zerwać do lotu, czyż nie? Studenci się rozluźnili, a Tomasz po raz pierwszy zauważył, że to w gruncie rzeczy jeszcze dzieci. Zabawne, myślał, jak przesuwa się granica dzieciństwa, kiedy człowiek się starzeje.

To pierwsze odkrycie jakby ośmieliło inne kości do wychynięcia na powierzchnię. Wkrótce Tomasz znalazł kość szczękową, w której zachowały się ostre i długie zęby. Drapieżnik? Fragmenty czaszki mogłyby przynależeć do archozaura. Pierwszy wielki drapieżnik z Polski? Dotychczas znajdowali na tym terenie samą wodną drobnicę. Pracowali od rana do wieczora, w upale i zapale poszukując pozostałych kości tych dwóch ogromnych gadów. Może dlatego cała grupa była bardziej wyczulona na dziwne szelesty i tajemnicze trzaskania gałązek? Co chwilę ktoś coś upuszczał i w końcu Tomasz stanowczo zabronił dotykania im czegokolwiek.

– Słuchajcie, moi państwo. Te kości przetrwały miliony lat, przetrwały zawirowania geologiczne, zawirowania historyczne, przetrwają i wasze praktyki. Od teraz macie je tylko omiatać. Omiatacie, ściągacie wierzchnie warstwy ziemi w promieniu trzydziestu centymetrów dookoła kości, robicie rysunki i zdjęcia, zabezpieczacie wykop po skończeniu. Skutecznie – dodał z naciskiem.

Tomasz miał wrażenie, że ktoś nocą odwiedza ich obóz. Niby jeszcze nic nie zniknęło, ale plastikowe krzesła jakby same się przesuwały. Folia osłaniająca niektóre z kości była rankiem naderwana i trudno stwierdzić, czy to ślady celowego działania, czy skutek gwałtownego podmuchu wiatru.

Obserwował pracujących studentów. Czasem patrzyli w dal, trochę szklistym wzrokiem i Tomasz przypuszczał, że nie widzieli cegielni, tylko jezioro i las paproci. Początkowy optymizm jakby przygasł. Przyzwyczaili się do hałasów, które wciąż rozbrzmiewały co jakiś czas, choć teraz znacznie rzadziej. Kiedy studenci myśleli, że profesor ich nie słyszy, szeptali o cieniu widzianym kątem oka, jakby coś się zbliżało, ale sami nie wiedzieli, co by to mogło być. Może powinien im stanowczo zakazać picia bimberku, którym chętnie, choć za drobną opłatą, raczyli ich miejscowi? Musicie się odkazić, mówili. Kto wie jakie bakterie tam wykopujecie z ziemi. Poczekajcie do pełni, to pozmieniacie się w jaszczurołaki. Śmiali się z pogardą, choć lękliwie oglądali się przy tym przez ramię.

Tomasz w końcu zapytał sołtysa, czy te jaszczurołaki mają jakieś konkretne znaczenie.

– Ach, przykra sprawa. – Mężczyzna westchnął ciężko. – Mam tu jednego chłopca, Witek Jakubek się nazywa, którego rodzice wysłali do miasta na studia. No i tam, nie wiadomo jakich głupot mu do głowy nakładli, no ale wrócił, i opowiadał o ukrytych skarbach, po Żydkach niby, co to ich tam Niemce… Tylko lata mijały, skarbu nie znalazł, to zaczął mówić, że spisek. Że schowali: masońce, jaszczuroludzie, inne gadziny, które niby kontrolują człowieka. Nie był u pana jeszcze? Aż dziwne. Poszedł kiedyś do cegielni z awanturą, że mu skarb ukradli, to pewnie i pana by oskarżył. Włóczy się po lesie z jakimś ustrojstwem do metali. No, zepsuli nam w tym mieście chłopaka. – Łypnął podejrzliwie na Tomasza, w końcu i inteligenta, i miastowego. Naukowiec wzniósł swoją piersiówkę jak do toastu, sołtys wzniósł bimberek, wypili. Mężczyzna dodał ze szczerym oburzeniem w głosie:

– Wianek chłopak nosi, wyobraża pan sobie? Wianek! – Zabrzmiało jak najcięższa obelga. – Mówi też, że zbiera świadectwa o zagładzie, ale jak się go pytam, czy to o Żydów chodzi, to tylko się dziwnie uśmiecha. A my nie chcemy tu takich spraw, nie.

Tomasz polał sołtysowi, pociągnął z piersiówki. Wolał nie myśleć, co by było, gdyby wydało się, że ma tam tylko wodę. Gdzieś nad wioską przemknął cień, zbyt duży jak na sowę. Zaskrzeczał głośno i chrapliwie, jakby od dawna nie używał głosu.

 

Wykopaliska dostarczały im nowej atrakcji sensorycznej, jakby dźwięki przestały wystarczać. Początkowo Tomasz myślał, że tylko on odczuwał te uderzenia gorąca, ale wkrótce okazało się, że przy niektórych wykopach już po paru minutach wszystkim wilgotniały koszule. Pot? Para? Było tam duszno i upalnie, pachniało paprociami. Ktoś śmiał się, że to hotspoty, choć Tomasz czuł, że te miejsca łączą się z przeszłością, nie przyszłością. Tunele w czasoprzestrzeni? Gdyby tylko stanął odpowiednio, znalazłby się w triasie. Pewnie nie pożyłby tam długo. Jacyś inni naukowcy znaleźliby kości homo sapiens między teropodami i archozaurami, i trzeba by pisać całą historię od nowa. Bo kto niby uwierzy w podróże w czasie? Pomyślał o zagładzie, której świadectwa zbierał Witek. Może powinien z nim porozmawiać? Podejrzana kość udowa, znaleziona przez Ewę, wydawała się pochodzić ze szkieletu gada ssakokształtnego. Wielkie kręgowce, żyjące między gadami i ssakami, powinny wyginąć kilkanaście milionów lat wcześniej, podczas innego wielkiego wymierania. Skąd ten jeden wziął się tu, w triasie? Nie znaleziono innych ich przedstawicieli w tych warstwach. Może się nie zachowały? Może ich nie było? Tylko ten jeden, który się zabłąkał w czasie.

Tomasz musiał ignorować takie myśli: był naukowcem, nie filozofem, i operował faktami. Fakt: trafił na trop. Pazurzaste odbicie w ziemi, niedaleko kości drapieżcy, potwierdzało jego przypuszczenia. Miał dinozaura. Część studentów otoczyła go luźnym wianuszkiem, ale radość była jakby przytłumiona przez duszne, wilgotne, triasowe powietrze.

Nagle ciszę przerwał krzyk. Tomasz poderwał się znad tropu i pobiegł w stronę polany, rozpychając studentów. Jedna z dziewczyn, Ewa, siedziała na ziemi, przyciskając rękę do zakrwawionego brzucha; na skraju lasu wciąż kołysały się potrącone gałęzie. Ktoś do niej przypadł, chwycił za rękę, Tomasz już miał wołać, żeby nie ruszał, że jelita, ale wtedy zobaczył dwie głębokie rany na przedramieniu dziewczyny. Odetchnął z ulgą. Nikt jej nie wypatroszył. Wysłał inną Ewę do auta po apteczkę, sam klęknął przy dziewczynie.

– Co się stało?

Studentka zachlipała.

– Najpierw zrobiło mi się ciepło, jakbym była w saunie, to uderzenie gorąca. Potem dotknęłam tego, tego… – Wskazała głową stół. Kość, pomyślał Tomasz. I to z jego stanowiska. Przyniósł ją, ale głupi zapomniał zabezpieczyć. – I właściwie od razu poczułam, jak coś wbija mi się w rękę i potem ból, i krew – usta wygięły się jej w podkówkę, zadrżały – to były jakby pazury, jak haki, nie widziałam dokładnie, bo wszystko się rozmyło, a kiedy się odwróciłam, to widziałam tylko ruszające się krzaki, jakby coś uciekło. – Spojrzeli na już nieruchome gałęzie. Dwóch studentów, Adam i Adam, poczuło w sobie zew przygody i pobiegli w las, szukać winowajcy.

Ewa wróciła z apteczką. Tomasz opatrzył rękę studentki, ale i tak konieczne było szycie.

– Zakryjcie folią stół, zabezpieczcie wykopy, koniec pracy na dziś – powiedział ponuro: ledwo co przecież zaczęli. Poprowadził ranną dziewczynę w stronę auta. Zapomniał, że upał przy wykopach był anomalią i zatrząsł się z zimna, kiedy weszli do chłodnego lasu. Słyszał nawoływania Adamów w oddali.

Zawiózł Ewę do szpitala, gdzie lekarz nie mógł odgadnąć, co mogło ją zranić.

– Niedźwiedź? – Rana była nierówna, na wpół rozcięta, na wpół rozszarpana. Głęboka. Bez wątpienia pozostanie po niej blizna. – Zgłosiliście to na policję?

– Jeszcze nie – odpowiedział Tomasz.

– Nawet nie mamy co zgłaszać – dodała ponuro Ewa. – Nie widziałam, co mnie zaatakowało.

 

Kiedy wrócili do Laskowic, wszyscy czekali na nich w świetlicy. Adamowie wrócili z pościgu.

– Nic nie znaleźliśmy – powiedział ze smutkiem jeden.

– Nic nie złapaliśmy – dodał drugi. 

– Ale w lesie mignęła nam sylwetka tego dziwaka z wykrywaczem metalu. Tak nam się wydaje. Chyba.

Tomasz wątpił, by ten wioskowy dziwak rzucił się na dziewczynę, ale obiecał, że z nim porozmawia.

– Tylko nie mówicie miejscowym, że coś podejrzewacie, skoro nie macie dowodów. Kto wie, jak to by się skończyło – poprosił.

Nie docenił jednak siły plotki i potęgi niedomówienia: wkrótce pod świetlicą zaczęły się pojawiać delegacje. Panowie w różnym wieku, z różnym stanem uzębienia, przynosili większe i mniejsze flaszki z bimberkiem. Trochę częstowali, trochę pili sami i wypytywali, co to się stało tej słodkiej Ewuni. Pytali coraz bardziej natarczywie.

Kiedy pojawił się sołtys, rozejrzał się dookoła, targając wąsa i Tomasz uznał to za znak, że sprawa zrobiła się poważna.

– Gdzie mieszka ten chłopak, Witek? – zapytał cicho.

– Wariat od spisków? – szepnął sołtys. Tomasz pokiwał głową. Niech będzie i tak. Mężczyzna wskazał mu drogę. Dom leżał trochę na uboczu, prowadziła do niego szutrowa droga, na skraju której walały się różne śmieci: stare opony, dziurawe garnki. Samo obejście też nie sprawiało dobrego wrażenia. Właściciele kiedyś pewnie planowali zrobienie płotu, pokopano nawet jakieś rowy, ale stała w nich tylko woda. Widać, że gospodarz był myślami gdzie indziej.

Tomasz zastukał do drzwi starego, parterowego budynku. Usłyszał szuranie dochodzące zza drzwi, które uchyliły się po chwili. Zobaczył wymizerowaną, bladą twarz chłopaka… Witka. Witolda. Z bliska widział, że ten chłopak był już sporo po trzydziestce. Stał w drzwiach i nic nie mówił, tylko patrzył, jakby nie wiedział od czego zacząć.

Zaczął więc Tomasz.

– Dzień dobry, pan Witold Jakubek, tak?

Mężczyzna pokiwał głową.

– Pan z wykopalisk? Po co tu przyszedł? – W jego głosie nie było wrogości, raczej znużenie.

– Nie wiem, czy pan słyszał o dzisiejszym – zawahał się – wypadku. Jedna ze studentek została ranna, najprawdopodobniej zaatakowana. – Witold patrzył na niego bez wyrazu. – Moi studenci, którzy pobiegli szukać winowajcy mówią, że widzieli pana w okolicy… zdarzenia.

– Kłamstwo. Po co mi pan o tym mówi? To kłamstwo – powtórzył na wpół automatycznie. Musiał często używać tego słowa.

– Nie chcę tu teraz tego rozstrzygać. Chciałem tylko pana ostrzec, że nastroje w wiosce są raczej… wzburzone.

Witold patrzył na niego, jakby perspektywa linczu nie robiła na nim najmniejszego wrażenia. Zmarszczył brwi. Stali w otwartych drzwiach i milczeli. Tomasz już chciał się żegnać, kiedy zza Witolda dobiegło drżące:

– Wituś? Czy to pan od duchów?

Drzwi uchyliły się szerzej, obok nieruchomego mężczyzny przecisnęła się niska, drobna staruszka. Uśmiechnęła się ciepło do Tomasza.

– Bo wie pan, mieliśmy ducha kwoki w kuchni. Na swoich kostkach siedziała, jakby wysiadywała. I dziobała, aj, aj… – zajęczała cicho, kiedy Wituś chwycił ją mocno za ramię i wciągnął do środka.

– Niech mama głupot nie gada. Pan wejdzie. – Westchnął ciężko.

Tomasz wszedł do domu. Drzwi zamknęły się za nim ze skrzypieniem. Witold wskazał mu drogę przez zaniedbany pokój dzienny do siebie. Staruszka nie była już w stanie sprzątać, Witold najwyraźniej o to nie dbał. Jego pokój był pełen książek, rozrzuconych w nieładzie. Na biurku leżało grube, pożółkłe tomiszcze.

– Czy ta studentka… ta zaatakowana, była przy kościach?

– To tak jakby idea całego przedsięwzięcia…

Witold machnął ręką.

– Bracia mniejsi bronią swoich kości – powiedział cicho, jakby do siebie.

Tomasz milczał. Czekał, aż Witold powie coś więcej. Przyglądał się książkom – druga wojna światowa, Żydzi, ukryte skarby, historia regionu mieszały się z książkami o zjawiskach paranormalnych i magii. Witold kręcił się po pokoju, od szafki do okna, od okna do szafki. W końcu zatrzymał się, jakby powziął decyzję. Stanowczo podszedł do szafy, otworzył ją i ze środka wyciągnął pudełko po butach.

– Pan patrzy – powiedział i otworzył pudełko.

Tomasz patrzył i nie wiedział po co. W środku było lekko nadpsute ciałko myszy polnej. Brakowało jej jednej łapy. Spojrzał na Witolda, ale ten tylko potrząsnął pudełkiem.

– Pan dotknie.

Tomasz miał zaprotestować, ale nagle uderzył go zapach. Nie czuł smrodu, tylko zapach siana. Dlaczego mysie truchło pachniało sianem? Ostrożnie zbliżył palec wskazujący do futra gryzonia, ale zanim go dotknął, poczuł bolesne draśnięcie. Cofnął rękę. Na opuszce zebrała się kropelka krwi.

– Co do cholery… – Urwał, kiedy uświadomił sobie, że widzi coś jeszcze. Widzi coś więcej. Obraz powoli nabierał ostrości, jakby mózg nie chciał dopuścić do świadomości nowego aspektu rzeczywistości. Nad ciałkiem unosił się bladoniebieski cień myszy, ciekawie węszący dookoła. Wyskoczył z pudełka na dłoń Witolda, który wyciągnął rękę z widmem w stronę Tomasza.

– Pan dotknie – powtórzył, tym razem jakby pieszczotliwie.

Dotknął. Mysia zjawa cała była ciepłem – jakby trzymał dłoń nad płomieniem świeczki, jakby duchem ruchu było ciepło. Pomyślał o dusznej atmosferze na wykopach, o ciężkim powietrzu otaczającym kości. Tamto było ciepłe, triasowe i pachniało iglakami.

Nagle gryzoń syknął i skoczył z powrotem do pudełka. Zwinął się w kłębek tuż nad swoim ciałem. Tomasz stał oniemiały. Witold patrzył na niego z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

– Wcześniej była kura – powiedział. Tomasz zamrugał zdezorientowany. Ach, to o niej pewnie mówiła jego matka. – Też dziobała. – Pokazał małą, okrągłą bliznę na dłoni. – Trzeba było spalić kości, żeby znikła. Nie pojawiła się tam, gdzie ja, gdzie ją. – Mężczyzna zamilkł, jakby się zaciął. Tomasz pośpieszył mu z pomocą:

– Wywołałeś? – Mężczyzna pokiwał głową. – A… jeszcze wcześniej, coś było?

– Kostki. Miałem jakieś w pokoju, się walały, przyniosłem za dzieciaka z wyrobiska. – Witold zamknął pudełko z myszą i schował do szafy. Kiedy obrócił się z powrotem, w rękach trzymał metalowe pudełko po ciastkach. Otworzył je i podsunął Tomaszowi, jakby chciał poczęstować go herbatnikiem. Wewnątrz na podkładce z waty leżały cztery niewielkie kości.

– W książce – wskazał głową na biurko – jest napisane, co trzeba zrobić dla braci mniejszych. Szukałem czegoś, co przyciąga zguby, odsłania zakryte, a tu: skręcić sznurek z ziół, okadzić dymem z gałązek, kamyk, kierunek. Nic specjalnego, więc nie myślałem, że. Najpierw próbowałem te. Nic się nie stało, wziąłem świeże. Kuraka – doprecyzował. – I ten się pokazał tam, gdzie było więcej kości. W kuchni. – Witold znowu się zaciął.

– Czyli te… cokolwiek to jest, też są tam, gdzie jest więcej kości? – zapytał Tomasz. Tam, gdzie jest triasowe powietrze, ryki i skrzeki w oddali, wielkie paprocie, zasłaniające drzewa. Kształty, które widział kątem oka, kiedy dotykał kości. Jezu, pomyślał. Witold pokiwał głową, patrzył gdzieś ponad ramieniem Tomasza. Z trudem powstrzymał się, by się nie odwrócić.

– Trzeba spalić.

– Co?

– Kości. Trzeba spalić. Dziewczyna musiała dotknąć któreś – Witold przechylił pudełko – i się broniło.

– Nie wiemy której. Nie wiemy nawet czy to jest z jednego szkieletu czy z kilku. Nie możemy przecież całej cegielni i lasu puścić z dymem!

Witold tylko wzruszył ramionami.

– Inaczej nie pójdą. Będzie więcej wypadków. W końcu ktoś umrze. – To zabrzmiało prawie jak oskarżenie, jakby Witold wyznaniem przerzucał odpowiedzialność na Tomasza. Ten westchnął ciężko, wciąż oszołomiony. Nie miał wyboru.

– Zaczniemy od kości, przez które dziś był wypadek, co? Może to wystarczy. – Zajrzał do pudełka. Pewnie nie, to nie wyglądało mu na jednego gada, ale nie mógł być pewny. Chwycił pudełko. Witek przytrzymywał je długo, jakby nie chciał go oddać. W końcu puścił. Tomasz kontynuował: – nie mamy tam w obozie nic łatwopalnego. Czy mógłbyś przynieść kanister z benzyną?

Witold przez chwilę myślał, potem pokiwał głową. Na jego policzkach pojawił się lekki rumieniec. Musiało go to męczyć, pomyślał Tomasz. Mieli spotkać się o pierwszej w nocy na polanie. Tomasz kazał mu uważać, obrzucił uważnym spojrzeniem książkę na biurku i wyszedł, po drodze mijając staruszkę. Niosła na tacy dwie szklanki z sokiem. Obejrzała się za nim, jakby trochę rozczarowana.

 

Kiedy naukowiec wrócił do swoich podopiecznych, Ewa już się uspokoiła. Godnie grała rolę ofiary i sensacji wieczoru. Szczegółów wydarzenia wciąż przybywało, ale dziewczyna oparła się pokusie wskazania łatwej ofiary. Bimberek zagasił co gorętsze głowy, reszta uznała, że skoro studenci nic nie znaleźli zaraz po zdarzeniu, to oni nocą tym bardziej niczego nie znajdą. Tomasz dołączył do zgromadzenia w świetlicy. Dziękował za bimber, popijał ze swojej piersiówki. Wspomniał w paru luźnych rozmowach, że był u Jakubka, że Jakubek nie wyglądał na kogoś, kto skrzywdziłby dziewczynę, ale pasjonat, tak, grzebie i szuka skarbów, co prawda innych niż oni, ale chwiejny umysł nie zawsze zna różnicę. Nie musiał mówić o szczegółach: mężczyzna, trochę inny, i tak był już brany za szaleńca. Wymknął się przed północą, znacząco wskazując na piersiówkę i ziewając.

Poszedł do swojej kwatery, zgasił światło, jakby szedł spać, zabrał kostki i wymknął się w cichą noc. Drogę na stanowisko znał bardzo dobrze i kiedy się przyzwyczaił do światła księżyca, szedł całkiem raźnie. Witold z kanistrem już na niego czekał. Stał na polanie, najwyraźniej zdjął folię ze stołu, patrzył to na kość, to w górę, na…

Tomasz zamarł w miejscu. Inaczej wyobrażał sobie drapieżnika. Wielki, musiał mieć z pięć metrów długości, stał na tylnych kończynach, długi ogon kołysał się lekko, hipnotyzująco. Gad wyglądał jak strzała zatrzymana w ruchu, drżąca pod naporem rozsadzającej ją energii. Mięśnie ukryte pod skórą przesuwały się lekko z każdym ruchem i Tomasz był pod wrażeniem ich precyzji. Żadna wizualizacja, żaden rysunek nie mógłby oddać gracji i siły, bijących od gada. Żadnych nerwowych, niespokojnych ruchów. Łuski mieniły się w świetle księżyca. Patrzył na nich uważnie. Od czasu do czasu wysuwał długi język, jak wąż węszący za ciepłem. Wtedy Tomasz widział rząd imponujących zębów. Wszystko pachniało żywicą, tak intensywnie, że kręciło mu się w głowie. Czy to wywołany duch chciał oswoić nowe środowisko?

Spojrzał na kość leżącą na stole. Może zostały tam jakieś prehistoryczne pyłki? Spojrzał ponownie, jakby chciał odnaleźć jej miejsce w majestatycznej kreaturze. O ile łatwiej będzie prowadzić wykopaliska, kiedy wie, czego ma szukać! Witold spojrzał na niego, jakby czekał na potwierdzenie. Tomasz pokiwał głową, wskazał mu skrzynię schowaną w namiocie.

– Tam jest reszta szkieletu.

Mężczyzna wytargał ją na polanę, otworzył ostrożnie, tak, by nie dotknąć kości. Dinozaur pochylił łeb, wyraźnie ciekawiło go, co się dzieje. Prychnął, kiedy Witold oblał kości benzyną. Tomasz rozejrzał się dookoła. Od gada płynęło ciepłe, wilgotne, triasowe powietrze. Wszędzie były paprocie. Westchnął ciężko. Nie miał wyboru. Witold wyjął z kieszeni benzynową zapalniczkę i kiedy miał ją zapalić, Tomasz skoczył do przodu i pchnął mężczyznę z całych sił. Witold przewrócił się w tył, upadł na krzesło leżące na krawędzi polany. Kiedy usiłował wstać, potknął się o nogi – swoje lub krzesła – i spadł z pionowej skarpy na dno wyrobiska.

Tomasz wyjrzał ostrożnie zza krawędzi. Ciało na dole leżało nieruchomo, nienaturalnie wygięte. Podszedł do zjawy dinozaura. Chłopak był naprawdę naiwny, jeżeli sądził, że będzie mógł zniszczyć coś tak wspaniałego. Wyciągnął rękę w stronę głowy, zanurzył dłoń w gorącym powietrzu. Żałował, że nie może poczuć faktury jego ciała. Rozejrzał się dookoła: chętnie schowałby kości z powrotem do namiotu, ale teraz nie mógł przecież tego zrobić. Wrócił na kwaterę. Trochę żałował, że nie zapytał Witka, czemu chodził w wianku.

 

Następnego dnia prace na wykopaliskach zostały wstrzymane. Policja kręciła się, niby zbierała dowody, ale nikt nie miał wątpliwości – nieszczęśliwy wypadek w trakcie próby spalenia znalezisk. Potknięcie się o krzesło. Tomasz pilnował, by nikt nie dotykał jego kości, kiedy trzeba było, robił to sam – zawsze w grubych rękawiczkach. Gad wtedy dmuchał mu w kark, smukła głowa kołysała się z napięciem. Ktoś nieopatrznie stanął zbyt blisko zjawy, poskarżył się na nagłe uderzenie gorącą i zapach żywicy. Tomasz kiwał głową ze zrozumieniem, ale nie pokazywał im, na co mają patrzeć, żeby zobaczyć kształt przemykający tuż na granicy widzenia.

Wieczorem wybrał się do matki Witolda, złożyć kondolencje, wyrazić swoje ubolewanie nad nieszczęściem.

– Wczoraj rozmawialiśmy o książce, w której znalazł pewne informacje. Chciałbym kontynuować jego… poszukiwania. Czy miałaby pani coś przeciwko, żebym jeden wolumin wziął ze sobą? – Staruszka siedziała nieruchomo, jakby go nie słyszała. W końcu machnęła ręką.

– Niech weźmie, czego potrzebuje. Mi tam to na nic, to Wituś… – urwała nagle, załkała.

Tomasz przeszedł do jego pokoju, podniósł tomiszcze z biurka. Obok leżał otwarty zeszyt. Notatki? Witold najwyraźniej dokładnie sprawdzał, co autor miał na myśli, czy znaczenia słów się nie pozmieniały. Naukowe podejście. Spakował książkę i zeszyt do plecaka. Rozejrzał się po pokoju. Ach, jeszcze mysz. Pudełko bez problemu mieściło się w plecaku.

Będzie musiał ją spalić.

Wieczorem poszedł na teren wykopalisk, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Nad cegielnią zachodziło słońce, barwiło niebo na czerwono. Patrzył w przestrzeń, jakby patrzył przez czas. Tomasz wciągnął głęboko powietrze. Było ciepłe, cieplejsze niż powinno być. Pachniało żywicą i wilgocią. Dinozaur przyglądał mu się z ciekawością. Leżał na polanie, nogi wyciągnął w bok, ogon ułożył równolegle do nich. Łeb oparł na kępie trawy. Tomasz patrzył na niego z zachwytem. W promieniach słońca mienił się wszystkimi barwami, jak plama benzyny. Nad lasem rozległo się skrzeczenie. 

To nie jest jedyny szkielet, pomyślał z satysfakcją.

Koniec

Komentarze

Hmm. Pomysł mi się podoba, ale nieco się pogubiłam w motywacjach i charakterze głównego bohatera.

 

Uwaga: uwagi o charakterze merytoryczno-technicznym oparte na doświadczeniu archeologicznym, być może w paleontologii panują odmienne obyczaje (choć wątpię, metodyka badań terenowych jest chyba podobna?)

 

“Tomasz podejrzewał, że w przeciwieństwie do świetlicy, ten nocleg nie będzie darmowy, ale wciąż pamiętał swoje praktyki i był pewny, że studenci woleliby spać bez jego nadzoru.”

Mam wrażenie, mając w pamięci moje praktyki na archeo, że nie wolno zakwaterować studentów bez nadzoru, bo na zorganizowanych praktykach uczelnia czyli w praktyce kierownik praktyk ponosi za nich odpowiedzialność.

 

“Nie ma jak. Jak wbijemy paliki”

 

“Wykopaliska zawsze rozpoczynały się w atmosferze nerwowego podniecenia i zapału. Tomasz od dłuższego czasu obserwował jednego ze studentów, który trochę się oddalił od reszty grupy.”

Nie wiem, jak na wykopie paleologicznym, ale na archeo nie ma szans, żeby studenci wybierali sobie miejsce, gdzie kopią, a już na pierwszym roku albo wręcz zerówkach, no way? (Piszesz, że to ich pierwsze wykopaliska.)

 

“Studenci posłusznie nachylili się nad swoimi stanowiskami.”

Też nie wiem, czy nomenklatura w paleo nie jest inna (choć wątpię), ale zasadniczo stanowisko to cały badany obszar, nie mówi się stanowisko o wycinku, na którym pracuje jedna osoba czy mała grupka.

 

“Pierwsze odkrycie nie było jego.”

Z zastrzeżeniem jak wyżej: odkrycie i tak należy do osoby, która wybrała stanowisko. Kto akurat ma szczęście i machnie łopatą czy pogrzebie innym narzędziem w ziemi, nie jest istotne. Ekipa naukowa zazwyczaj nie pracuje fizycznie, chyba że jest totalnie dużo znalezisk, totalnie mało rąk do pracy i jeszcze mniej pieniędzy ;)

 

“Obmiatała ją delikatnie, od czasu do czasu muskając palcami i Tomasz nie miał w sobie siły, by jej tego zabronić.”

Nie widzę powodu, dla którego miałby jej zabraniać ;)

 

“w końcu byli racjonalnymi ludźmi[-,] w nieracjonalnym lesie”

Niezbyt rozumiem ten nieracjonalny las

 

“– Ptaki nie odleciały – w końcu ktoś zauważył.”

Czy chodzi o to, że długo nikt nie zauważał, że ptaki są, ale w końcu ktoś to zauważył? Wtedy didaskalium z wielkiej litery. Czy też o to, że ktoś się w końcu odezwał? Wtedy chyba lepiej coś w rodzaju “– Ktoś w końcu przerwał milczenie.” Albo: “ – zauważył jeden ze studentów.”

 

“kość szczękową” – osobno częściej znajduje się żuchwową, ale oczywiście szczękowa nie jest niemożliwa

 

“…robicie zdjęcia…” – nie rysuje się oprócz fotografii? W Polsce wszyscy ciągle namiętnie rysują, a już na pewno uczy się tego studentów.

 

“Wianek! – zabrzmiało jak najcięższa obelga.” → Wianek! – Zabrzmiało to jak najcięższa obelga.

 

“Pewnie nie pożyłby tam długo. Znaleźliby kości homo sapiens między teropodami i archozaurami, i trzeba by pisać całą historię od nowa.” – chyba chodzi o to, że jakaś inna ekipa znalazłaby te kości? Bo oni własnych to jednak nie?

 

“operował faktami. Fakt: trafił na trop.” – to celowe?

 

“I dziobała, aj, aj… – zajęczała z cicha, kiedy Wituś chwycił ją mocno za ramię i wciągnął do środka.” → Zajęczała… [i raczej: cicho]

 

“– Co do cholery… – urwał, kiedy uświadomił sobie, że widzi coś jeszcze.” → Urwał

 

“Nie pojawiła się tam, gdzie ja, gdzie ją. – Mężczyzna zamilkł, jakby się zaciął.” – tu na końcu wypowiedzi bardziej pasowałby trzykropek

 

“– Wywołałeś? – mężczyzna pokiwał głową.” → Mężczyzna

 

“Witold najwyraźniej dokładnie sprawdzał[+,] co autor miał na myśli”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Również doceniam pomysł, ale brakło mi wyjaśnienia, dlaczego właśnie w Laskowicach objawiały się duchy. Zrozumiałam, że Tomasz, wcześniej prowadząc wykopaliska w innych miejscach, nie zetknął się z podobnymi przypadkami.

 

pew­nie będą chcie­li przyjść, po­pa­trzeć jak pra­cu­ją i po­uczyć wy­kształ­ciu­chów jak na­le­ży trzy­mać ło­pa­tę. –> Obawiam się, że słowa wykształciuch używasz niezgodnie z jego znaczeniem.

 

Obie­cu­ją­ce miej­sce, tak. Przy wstęp­nym ro­ze­zna­niu zna­leź­li­śmy dużo ka­wał­ków kości i rybią łuskę, ale nie chciał­bym ni­cze­go obie­cy­wać… –> Czy to celowe powtórzenie?

 

To­masz zo­sta­wił swo­je­go pic­ku­pa na skra­ju le­śnej drogi… –> To­masz zo­sta­wił swo­je­go pic­k-u­pa/ pikapa na skra­ju le­śnej drogi

 

Na­uko­wiec wzniósł swoją pier­siów­kę do to­a­stu, soł­tys wzniósł bim­be­rek, wy­pi­li. –> Wzniesienie naczynia z alkoholem to jeszcze nie toast.

Za SJP PWN: toast «krótka przemowa wygłoszona w czasie przyjęcia dla uczczenia kogoś lub czegoś, po której następuje wypicie kieliszka alkoholu»

 

Pa­zu­rza­ste od­bi­cie w ziemi, nie­da­le­ko kości jego dra­pież­cy, po­twier­dza­ło jego przy­pusz­cze­nia. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

ra­dość była jakby przy­tłu­mio­na przed dusz­ne, wil­got­ne, tria­so­we po­wie­trze. –> Literówka.

 

wtedy zo­ba­czył dwie głę­bo­kie szra­my na przed­ra­mie­niu dziew­czy­ny. –> Szrama to ślad po zagojonej ranie.

Proponuję: …wtedy zo­ba­czył dwie głę­bo­kie rany na przed­ra­mie­niu dziew­czy­ny.

 

Wi­told wska­zał mu drogę przez za­nie­dba­ny salon do swo­je­go po­ko­ju. –> Jakoś nie wydaje mi się prawdopodobne, aby w starym wiejskim domku był salon.

 

Wi­told pa­trzył na niego ze swoim nie­prze­nik­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. –> Zbędny zaimek. Czy mógł mieć na twarzy cudzy wyraz?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za czytanie ;)

 

@drakaina

ale nieco się pogubiłam w motywacjach i charakterze głównego bohatera.

hm, możesz doprecyzować co nie jest jasne? bohater nie miał być sympatyczny tylko zorientowany na dinozaury.

 

 Mam wrażenie, mając w pamięci moje praktyki na archeo, że nie wolno zakwaterować studentów bez nadzoru, bo na zorganizowanych praktykach uczelnia czyli w praktyce kierownik praktyk ponosi za nich odpowiedzialność.

Moje doświadczenie mówi, że studenty na wyjazdach śpią bez nadzoru – ale na wykopkach nie byłam.

 

 żeby studenci wybierali sobie miejsce, gdzie kopią

nawet jak się chłopak usunie w nieszkodliwe miejsce? 

 

 ale zasadniczo stanowisko to cały badany obszar, nie mówi się stanowisko o wycinku, na którym pracuje jedna osoba czy mała grupka.

To jak się o tym mówi? wycinek? ;) Zastosowałam analogię do stanowiska pracy.

 

Z zastrzeżeniem jak wyżej: odkrycie i tak należy do osoby, która wybrała stanowisko.

Nawet jakby to moje nazwisko było w artykułach to myślę, że czułabym żal, że to nie ja machnęłam tam łopatą. 

 

zajęczenie nie jest czynnością gębową?

 

@reg

 

ale brakło mi wyjaśnienia, dlaczego właśnie w Laskowicach objawiały się duchy.

przecież o tym jest pół rozmowy z Witkiem:

– W książce – wskazał głową na biurko – jest napisane, co trzeba zrobić dla braci mniejszych. Szukałem czegoś, co przyciąga zguby, odsłania zakryte, a tu: skręcić sznurek z ziół, okadzić dymem z gałązek, kamyk, kierunek. Nic specjalnego, więc nie myślałem, że. Najpierw próbowałem te. Nic się nie stało, wziąłem świeże. Kuraka – doprecyzował. – I ten się pokazał tam, gdzie było więcej kości. W kuchni. – Witold znowu się zaciął.

– Czyli te… cokolwiek to jest, też są tam, gdzie jest więcej kości? – zapytał Tomasz. Tam, gdzie jest triasowe powietrze, ryki i skrzeki w oddali, wielkie paprocie, zasłaniające drzewa. Kształty, które widział kątem oka, kiedy dotykał kości.

 

Witek znalazł zaklęcie, by je wywołać. Dlatego są w Laskowicach.

 

wykształcicuh nie jest złośliwym określeniem dla kogoś po studiach?

 

resztę poprawiałam ;)

 

I would prefer not to.

Moje doświadczenie mówi, że studenty na wyjazdach śpią bez nadzoru – ale na wykopkach nie byłam.

Dopytałam jeszcze koleżankę, która zna nieco lepiej zna się na uczelnianym bhp i innych przepisach i ona mówi, że przepisu może i nie ma, ale każdy opiekun wyjazdu naukowego, który ma odrobinę zdrowego rozsądku nie zostawi studentów samych ;) [Edytka: doprecyzowała, że prawnej odpowiedzialności nie ma, bo studenci są dorośli, ale np. zwyczajowo opiekun odpowiada za zachowanie studentów.] Z wykopkami jest zawsze ten problem, że to są praktyki terenowe i potencjalnie mogące nieść zagrożenie zdrowia, więc nam np. przy wyjazdach na praktyki zagraniczne kazali wykupywać specjalne ubezpieczenie :D Oraz nie znam sytuacji, żeby studenci byli pozostawieni sami sobie. Gdyby byli z nimi doktoranci, ktoś młodszy z ekipy – OK, kierownik może spać gdzie indziej. Bo nigdy też nie jest tak, że jest jeden naukowiec i studenci – wykopy to praca zbiorowa…

 

nawet jak się chłopak usunie w nieszkodliwe miejsce? 

I co – ma się obijać? Nie ma na to czasu…

 

To jak się o tym mówi? wycinek? ;) Zastosowałam analogię do stanowiska pracy.

Nijak się specjalnie nie mówi… Odcinek w archeologii to wydzielona część dużego stanowiska, pod opieką kierownika odcinka. Poszczególne kawałki stanowiska to zazwyczaj wykopy, bo rzadko rozkopujesz całą powierzchnię, z której zdjęto warstwę orną, więc są dziury w ziemi czyli wykopy (numerowane itd.). W przypadku cegielni to może wyglądać nieco inaczej, ale nadal stanowiskiem jest cała cegielnia. Możesz napisać, że zabezpieczali wykopy, tak się mówi.

 

Nawet jakby to moje nazwisko było w artykułach to myślę, że czułabym żal, że to nie ja machnęłam tam łopatą.

To powszednieje ;) Profesura (albo też kierownik wykopalisk, który w firmie może być magistrem) czasem coś poczyści, poeksploruje, jak się pokaże coś ciekawego, ale zasadniczo pilnuje dokumentacji i robi interpretacje tego, co znaleziono. Studentów bezpośrednio doglądają często doktoranci itd., a ekipę woła się, jak tylko pokazuje się coś ciekawego, bo poza wszystkim ktoś z doświadczeniem powinien pokierować dalszą eksploracją – ale to nie znaczy, że będzie kopał. Zresztą kopiący student to w ogóle cecha charakterystyczna krajów z niedofinansowaną nauką, nawet w Grecji kopią robotnicy i to oni “znajdują” większość artefaktów i odkrywają obiekty, podczas gdy studenci dokumentują to, co łatwe do zadokumentowania. Dla mnie to był szok, że siedziałam sobie na krawędzi wykopu z plikiem karteczek i czekałam, aż coś wylezie z ziemi, żeby to opisać :D

zajęczenie nie jest czynnością gębową?

Dopytaj jeszcze Reg, ale wydaje mi się, że w tym przypadku nie. Może gdyby było “jęknęła”, byłoby bardziej gębowo ;)

 

PS.

hm, możesz doprecyzować co nie jest jasne? bohater nie miał być sympatyczny tylko zorientowany na dinozaury

Ta orientacja mi nie wyszła :( Może powinnaś podkreślić jego obsesję?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Bardzo mi się spodobał pomysł na zwierzęce duchy. I to z rozmachem – dinozaury, a nie jakieś tam wróbelki. Taki triassic fantasty park to może być ciekawa sprawa…

Nie rozumiem zachowania naukowca. Po kiego grzyba zabijał chłopaka? Chce spalić kości, to niech sobie spali, woli tego nie robić – proszę bardzo. Że niby usunął jedynego człowieka, który wiedział, o co chodzi? Ale co mu to dało?

Babska logika rządzi!

@drakaina

dzięki za wyjaśnienia.

 

@Finkla

Jak miał naukowiec miał mu pozwolić spalić kości, skoro po te kości tam właśnie przyjechał?

Usunął człowieka, który dalej próbowałby spalić jego dinozaury i zdobył księgę, w której diabli wiedzą co jeszcze jest a której chłopak by mu dobrowolnie nie oddał, a czuje się bezpiecznie, bo nie musi bać się o drobiazgowe śledztwo i może w spokoju prowadzić swoje badania.

I would prefer not to.

Aha, to chłopak bardzo chciał spalić kości dinozaurów. Dlaczego właściwie? Nie jego cyrk, a sam nie był od tego, żeby coś w domu trzymać. Ale po co w takim razie naukowiec do chłopaka polazł? To nadal nie bardzo mnie przekonuje.

Babska logika rządzi!

Ale przecież to wszystko jest w tekście…

 

Dlaczego poszedł do chłopaka:

 

– Ale w lesie mignęła nam sylwetka tego dziwaka z wykrywaczem metalu. Tak nam się wydaje. Chyba.

Tomasz wątpił, by ten wioskowy dziwak rzucił się na dziewczynę, ale obiecał, że z nim porozmawia.

[…]

Trochę częstowali, trochę pili sami i wypytywali, co to się stało tej słodkiej Ewuni. Pytali coraz bardziej natarczywie.

Kiedy pojawił się sołtys, rozejrzał się dookoła, targając wąsa i Tomasz uznał to za znak, że sprawa zrobiła się poważna.

– Gdzie mieszka ten chłopak, Witek? – zapytał cicho.

– Wariat od spisków? – szepnął sołtys.

Jaki był udział chłopaka:

Na biurku leżało grube, pożółkłe tomiszcze.

– Czy ta studentka… ta zaatakowana, była przy kościach?

– To tak jakby idea całego przedsięwzięcia…

Witold machnął ręką.

– Bracia mniejsi bronią swoich kości – powiedział cicho, jakby do siebie.

[…]

Kiedy obrócił się z powrotem, w rękach trzymał metalowe pudełko po ciastkach. Otworzył je i podsunął Tomaszowi, jakby chciał poczęstować go herbatnikiem. Wewnątrz na podkładce z waty leżały cztery niewielkie kości.

– W książce – wskazał głową na biurko – jest napisane, co trzeba zrobić dla braci mniejszych. Szukałem czegoś, co przyciąga zguby, odsłania zakryte, a tu: skręcić sznurek z ziół, okadzić dymem z gałązek, kamyk, kierunek. Nic specjalnego, więc nie myślałem, że. Najpierw próbowałem te. Nic się nie stało, wziąłem świeże. Kuraka – doprecyzował. – I ten się pokazał tam, gdzie było więcej kości. W kuchni. – Witold znowu się zaciął.

– Czyli te… cokolwiek to jest, też są tam, gdzie jest więcej kości? – zapytał Tomasz. Tam, gdzie jest triasowe powietrze, ryki i skrzeki w oddali, wielkie paprocie, zasłaniające drzewa. Kształty, które widział kątem oka, kiedy dotykał kości.

Dlaczego miał kości w domu:

– Obiecujące miejsce, tak. Przy wstępnym rozeznaniu znaleźliśmy dużo kawałków kości i rybią łuskę, ale nie mogę powiedzieć nic na pewno, najpierw potrzebne są systematyczne badania.

– Ach, no tak, zbierało się tam różne śmieci za dzieciaka. – Tomasz spojrzał na sołtysa z dezaprobatą.

 

Dlaczego chciał je spalić:

Witold tylko wzruszył ramionami.

– Inaczej nie pójdą. Będzie więcej wypadków. W końcu ktoś umrze. – To zabrzmiało prawie jak oskarżenie, jakby Witold wyznaniem przerzucał odpowiedzialność na Tomasza. 

– Zaczniemy od kości, przez które dziś był wypadek, co? Może to wystarczy. […] Tomasz kontynuował: – nie mamy tam w obozie nic łatwopalnego. Czy mógłbyś przynieść kanister z benzyną?

Witold przez chwilę myślał, potem pokiwał głową. Na jego policzkach pojawił się lekki rumieniec. Musiało go to męczyć, pomyślał Tomasz.

I would prefer not to.

Hmmm. No to, IMO, pobudki naukowca są takie:

– poszedł do chłopaka, żeby go uchronić przed linczem wioski (głupio, swojemu by raczej nic nie zrobili);

– zdradził wrogo zachowującej się osobie istotnie informacje (nie mam pojęcia dlaczego);

– zwabił na skarpę i zabił, żeby pozbyć się zagrożenia dla zbiorów.

Trzecie jeszcze wygląda na logiczne, chociaż niespecjalnie etyczne. Ale po co w takim razie robił pierwsze, skoro od początku chciał się chłopaka pozbyć? Wszystko dla zdobycia księgi z czarami? Do tego głupio kłamie, że nie mają nic łatwopalnego, chociaż cała wioska widziała, że ma samochód.

A do tego, czy kości się tak łatwo palą, że można je metodami chałupniczymi sfajczyć?

No, im więcej myślę nad tekstem, tym więcej dziur widzę.

Babska logika rządzi!

A do tego, czy kości się tak łatwo palą, że można je metodami chałupniczymi sfajczyć?

Zależy od kości, ale zasadniczo nie. Zwłaszcza dla kości długich potrzeba bardzo wysokich temperatur (nie pamiętam dokładnie liczb), w zwykłych stosach pogrzebowych kości kończyn, ale także czaszki, zazwyczaj się zachowują. Np. w przypadku Filipa II Macedońskiego, mimo że go spalono z wielkim ceremoniałem, zachował się prawie cały szkielet. Duże kości dinozaurów będą jeszcze mocniejsze od ludzkich.

 

Dla mnie chyba największym problemem jest to, że na logikę Tomasz powinien chcieć się pozbyć Witka raczej w sytuacji, gdyby to on, Tomasz, chciał spalić te kości – bo zniszczenie materiału naukowego jest przestępstwem i żeby zwalić na wypadek, nie mógłby mieć świadka, który wie, że się interesował duchami.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

E, nie.

 

(głupio, swojemu by raczej nic nie zrobili);

On tam nie robi za swojego, tylko za dziwaka. Miejscowi popili i mają powód, by mu wreszcie wklepać.

 

– zdradził wrogo zachowującej się osobie istotnie informacje (nie mam pojęcia dlaczego);

nie rozumiem, o co chodzi.

Witek nie zachowuje się wrogo, tylko pokazuje naukowcowi co mogło być przyczyną ataku. Tomasz nie mówi mu niczego, czego ten by nie wiedział.

 

– zwabił na skarpę i zabił, żeby pozbyć się zagrożenia dla zbiorów. […] Ale po co w takim razie robił pierwsze, skoro od początku chciał się chłopaka pozbyć?

Nie jest etyczne, prawda. Zwabił i zabił tak, by upozorować wypadek.

Ale nie chciał się przecież pozbyć chłopaka od początku, bo przecież o książce dowiedział się dopiero jak tam poszedł, by go ratować.

 

chociaż cała wioska widziała, że ma samochód.

miał podjechać na skarpę i przebić bak czy wyssać benzynę przez słomkę?…

 

A do tego, czy kości się tak łatwo palą, że można je metodami chałupniczymi sfajczyć?

Na wzgórzach Nairobi ustawiono w stosy przeszło 105 ton kości słoniowej, rogów nosorożców, kłów lwów. Jak obliczono, kości należały do około 5 tysięcy zwierząt rzadkich, chronionych gatunków. Na polecenie Prezydenta Uhuru Kenyatta zostały oblane benzyną i spalone.

https://natemat.pl/178693,prezydent-kenii-nakazal-spalenie-stosu-kosci-klow-i-rogow-rzadkich-zwierzat-170-mln-dolarow-poszlo-z-dymem

 

Przy czym nigdzie nie napisałam, że kości spłonęły – równie dobrze mogło na panów czekać nieprzyjemne zaskoczenie.

I would prefer not to.

Oblanie benzyną zapewne załatwia kwestię wysokich temperatur do pewnego stopnia. Oczywiście tych bardzo wysokich potrzeba na to, żeby z kości został sam popiół. Na to, żeby były zniszczone, wystarczy mniej – i w większości pochówków ciałopalnych (chyba nawet włącznie z współczesną kremacją, choć to pewnie też zależy od konkretnej technologii) masz właśnie to: popiół wymieszany z kawałeczkami kości. Na to, żeby zniszczyć wartość rynkową tej kości słoniowej itd., nie musi się tego całkiem spopielić.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Zależy od kości, ale zasadniczo nie.

To niech duchom wystarczy posmyranie ogniem dla oczyszczenia ektoplazmy z ziemskiej materii. Chodzi o to, by były w płomieniu. I dotychczas Witek miał styczność tylko z małymi zwierzakami, których kości da się spalić, a tak na dobrą sprawę, to czy da się spalić dinozaury czy nie, nie ma nawet większego znaczenia…

że na logikę Tomasz powinien chcieć się pozbyć Witka raczej w sytuacji, gdyby to on, Tomasz, chciał spalić te kości – bo zniszczenie materiału naukowego jest przestępstwem i żeby zwalić na wypadek, nie mógłby mieć świadka, który wie, że się interesował duchami.

jak pisałam wcześniej – Tomasz chce książkę (jak już o niej wie) i nie chce ryzykować, że wariat będzie plątał mu się pod nogami, straszył ludzi i próbował samemu spalić te kości.

 

edit: przecież nie chodzi o starcie kości z powierzchni ziemi…

I would prefer not to.

Aha. Czyli poszło o książkę. No, to jest jakiś motyw.

Babska logika rządzi!

Z książką to zupełnie odrębna sprawa :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

tu jest raczej próba upieczenia dwóch pieczeni na jednym morderstwie…

I would prefer not to.

Hm, niezbyt udane to opowiadanie. Lub raczej – przyzwyczaiłaś mnie do wyższego poziomu. :)

Początek niezbyt zasysa. Jest rozmowa z sołtysem, studenci, bimber – niewiele się dzieje. Gdy pojawia się coś, co powinno zadziałać jako haczyk – triasowa fatamorgana – odebrałem to raczej jako efekt działania alkoholu, aniżeli faktyczny element fantastyczny. Później jest dość monotonnie aż do rozmowy z Witkiem. I tutaj mam problem, bo sądziłem, że to będzie punkt wyjścia do jakiejś kulminacyjnej sceny, a tymczasem dostałem ognisko, niezrozumiałe morderstwo i napis koniec. Z komentarzy wyciągnąłem, że motywem było pozyskanie książki, ale kompletnie tego nie zauważyłem w tekście. Pozostałem więc skonsternowany i rozczarowany.

Nie mogę jednak nie docenić lekkości, z jaką napisałaś to opowiadanie. Szalenie podobał mi się motyw nazywania wszystkich studentów mianem Ewy i Adama – mówi to o postaci Tomasza więcej niż całe akapity misternych opisów.

Książka była bonusem, w morderstwie chodziło głównie o pozbycie się zagrożenia dla kości w postaci Witka.

Przykro mi, że jak raz się zjawiłeś niesłużbowo to Cię rozczarowało ._.

 

I would prefer not to.

Sami malkontenci?

To ja powiem – bardzo mi się podobało. Nieoczywiste zakończenie, nieoczywisty bohater, oczywiście sprawnie napisane…

Dla mnie – ciasteczko z wisienką :)!

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

Hmm… Początek mało wciągający, niestety tekst się ciągnie. Przydałyby się skróty.

Pozdrówka.

Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję, że Tomasza nie spotkała kara za zbrodnię. Liczyłem, że ten dinozaur na końcu chociaż zrobi mu kuku. A mama Witka chciała poczęstować drania sokiem! 

A tak poza tym, to mnie również bardzo się podobało, zarówno pomysł, jak i wykonanie. Czytało się szybko i przyjemnie. Spodobał mi się również motyw dinozaurów, jest fascynujący, a chyba nie pojawia się aż tak często.

Zbrodnia Tomasza – z jednej strony to świetny, zaskakujący zwrot akcji, z drugiej również dla mnie była ciut niespójna z jego wcześniejszym zachowaniem. Nic bowiem nie wskazywało na to, żeby siedział w nim taki psychopata. Wręcz przeciwnie, zdawał się szczerze dbać o swoich podopiecznych. Rozumiem, że to było na zasadzie “kości ponad wszystko”, ale myślę, że realistycznie byłoby, gdyby miał chociaż jakieś wątpliwosci, rozterki itp.

Nie mam natomiast problemu z ogólną motywacją Tomasza. Właśnie jego chęć spalenia kości, na których przecież tak mu zależy wydała mi się podejrzana. Wyeliminowanie Witka po pierwsze usuwało zagrożenie dla skamieniałości, po drugie dawało dostęp do księgi.

Klik.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nic bowiem nie wskazywało na to, żeby siedział w nim taki psychopata

Ale przecież to cechuje socjopatów – genialna mimikra. Oni doskonale wiedzą, JAK się należy zachować, JAK stwarzać pozory.

Polecam opowiadanie Kinga “Dobre małżeństwo”, które onegdaj przeryło mi beret :).

Zapraszam w czwartki o 19 do proradio.pl. Spora dawka rockowej muzyki + stękania starego dziada ;).

No ja wiem, ale opko było z perspektywy Tomasza, więc znaliśmy jego myśli i motywacje, a w tych nie było tak źle. :)

A “Dobre małżeństwo” czytałem, świetne. Tylko zwróć uwagę, że było napisane z perspektywy żony, więc nie znaliśmy myśli psychopaty, tylko jego mimikrę właśnie, widzianą z zewnątrz.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

A mama Witka chciała poczęstować drania sokiem! 

no ;<

 

Ale obawiam się, że Tomasza czeka świetlana przyszłość ;)

 

Nic bowiem nie wskazywało na to, żeby siedział w nim taki psychopata.

Bo wcześniej nic nie zagrażało jego pracy ;)

Zauważ, że do studentów nie zwracał się po imionach właściwych, z sołtysem też nie chciał się integrować ;) a zamiast dyskretnie naprostować studenta kopiącego dookoła kamyka wolał to zrobić publicznie ;P

No a ewentualne rozterki po zostały skutecznie zepchnięte na bok dinozaurami ;D

 

Dzięki za kliki ^^

I would prefer not to.

No fakt, masz rację. Ale z drugiej strony specjalnie poniósł koszty osobnej kwatery i poszedł pieszo, zostawiając samochód, żeby studenci mieli więcej luzu. Do tego miał wątpliwości, czy dla tego pechowego studenta nie był zbyt surowy. ;) 

Nie żeby ta kwestia była aż tak ważna. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Duchy dinozaurów – ciekawy pomysł… :) A poza tym sprawnie napisane i mimo, iż bym trochę poskracała, to i tak czytało mi się bardzo dobrze. Lekki i przyjemny tekst, jak dla mnie wart kliczka :)

Świetne! Bardzo mi się podobało.

Przede wszystkim jasna i lekko poprowadzona historia, kawałek naszego świata, ale z własnym klimatem, jakąś historią, wsią gdzieś pod lasem. Bardzo ciekawi bohaterowie. I Krzysztof i Witold i sołtys, każdy z innym poglądem na życie, na świat, każdy z innymi celami. Nieśpiesznie, ale intrygująco wszystko razem powiązałaś. I mimo, że od strony naukowej finał mógłby wydawać się jasny, uwierzyłem, że Tomasz spali z Witoldem znalezione kości.

Pełna satysfakcja z lektury.

@ Muy, 

ja nie wiem, czy zostawianie auta daleko od bandy pijanych studentów jest wyrazem troski o auto czy o studentów ;D

 

katia wróciła z kliksztormem! ;D

 

I zadowolony Dracon to też nieczęsty widok ;D

 

Dziękować ;)

 

I would prefer not to.

Duchy dinozaurów?! Count me in :)

Tekst z tych lżejszych. Bohaterowie całkiem fajni, na pewno dla mnie wyraźni. Zakończenie też satysfakcjonujące. Jedyny minus to może czasem czułem, że tempo z lekka spada za mocno. Ale to nie było coś, co szczególnie przeszkadzało.

Podsumowując – naprawdę fajny koncert fajerwerków :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Zabrakło mi rozwinięcia dwóch wątków, które zapowiadały się bardzo obiecująco:

  1. pożenienie tematu Zagłady z dinozaurami. Ryzykowne, brawurowe, ale intrygujące – czytałem, żeby zobaczyć, jak z tego wybrniesz. I co? I nic.
  2. ta niezwykła kość udowa. Nie pasująca do swoich czasów. Zagubiona w historii. Ssakokształtna. I delikatne wzmianki o tunelach czasoprzestrzennych. I temat urwany. To miała być tylko zmyłka?

Dzięki za wizyty.

 

Duchy dinozaurów?!

;D

 

  1. Stułą miało być wywoływanie duchów – Witek po prostu nie trafił na te, których szukał.
  2. To miała być zmyłka – uznałam, że zestawienie dinozaury i podróże w czasie jest mniej ciekawe i bardziej zużyte niż dinozaury i duchy, ale nie chciałam od razu tych duchów wyciągać. Kość udowa była niezwykła z uzasadnieniem:

Identyfikacja drugiego gada, którego kości naukowcy odkopali w Lisowicach – ciężkiego, dużego i masywnego – była jeszcze trudniejsza. Okazało się, że są to skamieniałości dicynodonta, gada ssakokształtnego, czyli zwierzęcia, które teoretycznie nie powinno w tych skałach występować! Kilkanaście milionów lat wcześniej (gdy władzę na Ziemi przejmowały dinozaury) miało przecież wyginąć podczas wielkiego wymierania.

– Żadne inne szczątki gadów ssakokształtnych z tego czasu nie zostały wcześniej znalezione. Zwierzęta te musiały być wówczas bardzo rzadkie – przyznaje prof. Benton. – Wcale gwałtownie nie zniknęły!

http://www.national-geographic.pl/historia/smok-ze-slaska?page=5#article-content 

Tylko opowiadanie nie dochodzi do opisu znalezisk.

1+2 → Żydzi zamiast do gazu i na mydło szliby do lasu i na ropę? Chyba tak można by z tego wybrnąć. Hmm.

I would prefer not to.

Stułą miało być wywoływanie duchów – Witek po prostu nie trafił na te, których szukał.

O, tego nie wychwyciłem. Myślę, że problem leży w tej wypowiedzi Witka:

– W książce – wskazał głową na biurko – jest napisane, co trzeba zrobić dla braci mniejszych. Szukałem czegoś, co przyciąga zguby, odsłania zakryte, a tu: skręcić sznurek z ziół, okadzić dymem z gałązek, kamyk, kierunek. Nic specjalnego, więc nie myślałem, że. Najpierw próbowałem te. Nic się nie stało, wziąłem świeże. Kuraka – doprecyzował. – I ten się pokazał tam, gdzie było więcej kości. W kuchni. – Witold znowu się zaciął.

Chłopak jąka się, zacina (bo to miejscowy głupek po uniwersytecie), ale w rezultacie nie wiadomo o co mu chodziło. No i ci “bracia mniejsi” – dobrzy jako tytuł, ale mówisz, że Witkowi w tej wypowiedzi chodziło raczej o “braci starszych”.

 

» (bo to miejscowy głupek po uniwersytecie)

 

No i tam, nie wiadomo jakich głupot mu do głowy nakładli, no ale wrócił, i opowiadał o ukrytych skarbach, po Żydkach niby, co to ich tam Niemce… Tylko lata mijały, skarbu nie znalazł, to zaczął mówić, że spisek. Że schowali: masońce, jaszczuroludzie, inne gadziny, które niby kontrolują człowieka. Nie był u pana jeszcze? Aż dziwne. Poszedł kiedyś do cegielni z awanturą, że mu skarb ukradli, to pewnie i pana by oskarżył. Włóczy się po lesie z jakimś ustrojstwem do metali. No, zepsuli nam w tym mieście chłopaka.

nie wiem, czy to zarzut, ale na wszelki wypadek się bronię – przed studiami był, hm, normalny ;) Potem zaczęło mu się plątać. 

 

 

I would prefer not to.

To ja jeszcze dołączę swój głos do drakainy i pomarudzę trochę na szczegóły techniczne.

Szkoda, że nie wzięłaś do bety jakiegoś geologa lub paleontologa, bo opowiadanie i pomysł bardzo fajne, a ta strona techniczna kuleje i psuje efekt.

 

Złodzieje skamieniałości nie cofali się przed niczym

Nie przypominam sobie ze studiów, by ktokolwiek używał takiego terminu. Przeważnie mówiło się “poszukiwaczy skamieniałości”.

 

nie mogę powiedzieć nic na pewno, najpierw potrzebne są systematyczne badania

Profesor jadący na poszukiwania w konkretne miejsce w konkretnym horyzoncie geologicznym, wie dokładnie czego się spodziewać i jest w stanie wciągu kilku minut wstępnie zindentyfikować znalezisko. Kość gada triasowego w Polsce sama w sobie już będzie ważnym odkryciem, bez względu na to jakim gatunkiem się on ostatecznie okaże. Systematyczne badania to już tylko ustalenie szczegółów. 

 

Jedna część, rzeczywiście, jest bardzo stroma, ale zbocze obok nie jest aż tak wyeksploatowane. Porobiły się jakby schody, na nich przygotujemy stanowiska.

zbocze obok – nie brzmi dobrze

wyekploatowane może być “złoże” a nie “zbocze”

profesor, ani nawet student nie użyje wyrażenia “jakby schody”, bo są to dla niego “piętra wydobywcze”. 

 

zeszli na część skarpy uformowaną w dziwne, wielkie stopnie.

Wcale nie są dziwne, bo studenci uczą się o nich na górnictwie i większość kopalni tak wygląda. Są bardzo naturalne ;)

 

Brzegi porastały wysokie na kilka metrów paprocie, których pióropusze odbijały się w wodzie. Triasowy krajobraz zniknął.

Triasowy krajobraz to głównie pustynie. Z wilgotnych paprociowych lasów słynie karbon. Trias był już bardzo suchy i roślin ogólnie było mało.

Z flory w triasie dominują już nagonasienne, paprotniki jeszcze są, ale już coraz mniej. Węgli, które wskazują na gorący wilgotny klimat w polskim triasie nie ma. Triasie mamy piaskowce pustynne, potem wapienie morskie, a w górnym (czyli tam gdzie są szczątki gadów) są  czerwonawe łupki/margle/iłowce/mułowce – czyli lądowe/jeziorne warunki i pustynny klimat.

 

Jestem z pana dumny. Właśnie poświęcił pan pół dnia na staranne odkurzenie kamienia. Niech go pan sobie weźmie na pamiątkę.

Profesor geologii raczej by tak nie powiedział. Przede wszystkim najpierw by dobrze obejrzał kamień i użył jego właściwiej nazwy (piaskowiec, łupek, wapień). Powiedzieć “kamień” to jakby nic nie powiedzieć. Poza tym skoro student uznał, że kamień jest tego wart, to widocznie było w nim coś nadzwyczajnego. Nikt by go nie potępił, nawet gdyby znalezisko było niewiele warte. 

 

Moi państwo, mówiłem, że macie niczego nie dotykać i wołać mnie, zanim zaczniecie coś robić.

Nienaturalne zdanie. To nie przedszkole, a studenci to nie dzieci. Skoro się ich zabiera na wykopki, to muszą być już przeszkoleni. Tym bardziej, że na takie badania profesor raczej weźmie swoich doktorantów, czy magistrantów, a nie przypadkową grupę.

 

dojrzy przełomowe odkrycie w byle kamyku.

Z taką pogardą o skale? Serio? ;)

 

Znaleźli co prawda trochę więcej kamieni, ale pojawiło się też mnóstwo drobnicy: rybie łuski, skamieniałe kawałki paproci oraz małe fragmenty kostek, podobne do kawałków drewna, czarne, trochę pobrużdżone, ale cięższe i w powiększeniu przypominające gąbkę, nie rurki. Byli w domu. Byli w triasie.

A gdzie mieli być? Przecież odkrywka była triasowa.

 

Studentka, Ewa, natknęła się na skamieniałą kość udową jakiegoś gada.

To nie będzie “jakiś” gad. Po pięciu minutach zaczną się już domniemania co to takiego. 

 

Fragmenty czaszki mogłyby przynależeć do archozaura. Pierwszy wielki drapieżnik z Polski? Dotychczas znajdowali na tym terenie samą morską drobnicę.

Nie możesz mieć w jednym odsłonięciu kości gadów lądowych i osady morskie. Albo jedno, albo drugie. Tutaj “morska drobnica” jest do wywalenia, bo polski górny trias to osady jeziorne a nie morskie. W morskich osadach kości by się nie zachowały.

 

– Słuchajcie, moi państwo. Te kości przetrwały miliony lat, przetrwały zawirowania geologiczne, zawirowania historyczne, przetrwają i wasze praktyki. Od teraz macie je tylko omiatać. Omiatacie, ściągacie wierzchnie warstwy ziemi w promieniu trzydziestu centymetrów dookoła kości, robicie rysunki i zdjęcia, zabezpieczacie wykop po skończeniu. Skutecznie – dodał z naciskiem.

Znowu nienaturalne sowa profesora. Szczególnie to “skutecznie” na końcu. Profesor to nie manager w korpo.

 

Było tam duszno i upalnie, pachniało paprociami.

Trias to nie karbon – nie ten klimat.

 

wydawała się pochodzić ze szkieletu gada ssakokształtnego. Wielkie kręgowce, żyjące między gadami i ssakami, powinny wyginąć kilkanaście milionów lat wcześniej, podczas innego wielkiego wymierania.

Wielkie wymieranie było na koniec permu, górny trias to kilkadziesiąt milionów lat później. Poza tym zarówno gady jak i ssaki to też kręgowce. 

 

wielkie paprocie, zasłaniające drzewa.

Paprotniki drzewiaste miały max 10 m, nie mogły zasłaniać drzew, bo były od nich mniejsze.

 

– Inaczej nie pójdą. Będzie więcej wypadków. W końcu ktoś umrze. – To zabrzmiało prawie jak oskarżenie, jakby Witold wyznaniem przerzucał odpowiedzialność na Tomasza. Ten westchnął ciężko, wciąż oszołomiony. Nie miał wyboru.

Profesor, który całe życie bada kości, w końcu znajduje coś ponadprzeciętnego, a potem, ot tak w jednej chwili, każe to spalić, bo jakieś wioskowy świr mu tak zasugerował? Nie ma szans. 

 

Dzięki za obszerny komentarz.

 

Niestety, nie mam znajomego paleontologa, którego mogłabym poprosić o betę, więc korzystałam z tego artykułu :http://www.national-geographic.pl/historia/smok-ze-slaska?page=1#article-content i innych materiałów o odkryciu w Liskowicach – stąd paprocie, trias i inne takie.

 

 

Złodzieje skamieniałości nie cofali się przed niczym

Nie przypominam sobie ze studiów, by ktokolwiek używał takiego terminu. Przeważnie mówiło się “poszukiwaczy skamieniałości”.

 

» Analogicznie mamy poszukiwaczy samochodów i portfeli? Jak kradną, to złodzieje.

 

Jedna część, rzeczywiście, jest bardzo stroma, ale zbocze obok nie jest aż tak wyeksploatowane. Porobiły się jakby schody, na nich przygotujemy stanowiska.

» porobiły się poziomy wydobywcze, na nich przygotujemy stanowiska?

zeszli na część skarpy uformowaną w dziwne, wielkie stopnie.

Wcale nie są dziwne, bo studenci uczą się o nich na górnictwie i większość kopalni tak wygląda. Są bardzo naturalne ;)

» tu już ma zaczynać się dziwny klimat.

 

Jestem z pana dumny. Właśnie poświęcił pan pół dnia na staranne odkurzenie kamienia. Niech go pan sobie weźmie na pamiątkę.

Profesor geologii raczej by tak nie powiedział. Przede wszystkim najpierw by dobrze obejrzał kamień i użył jego właściwiej nazwy (piaskowiec, łupek, wapień). Powiedzieć “kamień” to jakby nic nie powiedzieć. Poza tym skoro student uznał, że kamień jest tego wart, to widocznie było w nim coś nadzwyczajnego. Nikt by go nie potępił, nawet gdyby znalezisko było niewiele warte. 

» Tomasz nie jest najmilszym z możliwych ludzi, więc mógł tak powiedzieć. A studenta poniosło.

Moi państwo, mówiłem, że macie niczego nie dotykać i wołać mnie, zanim zaczniecie coś robić.

Nienaturalne zdanie. To nie przedszkole, a studenci to nie dzieci. Skoro się ich zabiera na wykopki, to muszą być już przeszkoleni. Tym bardziej, że na takie badania profesor raczej weźmie swoich doktorantów, czy magistrantów, a nie przypadkową grupę.

» przed chwilą opierdzilił studenta za babranie się z kamykiem, ergo może chcieć ich utemperować.

 

Znaleźli co prawda trochę więcej kamieni, ale pojawiło się też mnóstwo drobnicy: rybie łuski, skamieniałe kawałki paproci oraz małe fragmenty kostek, podobne do kawałków drewna, czarne, trochę pobrużdżone, ale cięższe i w powiększeniu przypominające gąbkę, nie rurki. Byli w domu. Byli w triasie.

A gdzie mieli być? Przecież odkrywka była triasowa.

» znowu – tworzenie klimatu – dosłownie prehistorycznego.

Studentka, Ewa, natknęła się na skamieniałą kość udową jakiegoś gada.

To nie będzie “jakiś” gad. Po pięciu minutach zaczną się już domniemania co to takiego. 

» – W jednym z pierwszych dni pracująca z nami studentka natknęła się na 54-centymetrową skamieniałą kość udową mezozoicznego gada – nie wiedzieliśmy jeszcze, jakiego. (ze strony NG)

 

wielkie paprocie, zasłaniające drzewa.

Paprotniki drzewiaste miały max 10 m, nie mogły zasłaniać drzew, bo były od nich mniejsze.

» wizje/halucynajce to są przecież…

– Inaczej nie pójdą. Będzie więcej wypadków. W końcu ktoś umrze. – To zabrzmiało prawie jak oskarżenie, jakby Witold wyznaniem przerzucał odpowiedzialność na Tomasza. Ten westchnął ciężko, wciąż oszołomiony. Nie miał wyboru.

Profesor, który całe życie bada kości, w końcu znajduje coś ponadprzeciętnego, a potem, ot tak w jednej chwili, każe to spalić, bo jakieś wioskowy świr mu tak zasugerował? Nie ma szans. 

» no przecież on zrzucił Witka ze skarpy.

I would prefer not to.

Przeczytałem ten artykuł z NG, więc rozumiem skąd wzięły się niektóre sformułowania.

Troszkę jest w nim szukania na siłę sensacji, uproszczeń bądź nadinterpetacji, ale tak to już jest w czasopismach popularnonaukowych. 

 

» porobiły się poziomy wydobywcze, na nich przygotujemy stanowiska?

To jest nieco przerysowane, ale generalnie tego typu slang byłby na porządku dziennym. Studenci nawet by nie zdawali sobie sprawy, jak dziwnie to brzmi.

 

» no przecież on zrzucił Witka ze skarpy.

Ale wcześniej pozwolił mu oblać kości benzyną… przecież potem ani analiz chemicznych już się nie zrobi, ani datowań. Niedopuszczalne.

 

» Analogicznie mamy poszukiwaczy samochodów i portfeli? Jak kradną, to złodzieje.

Ten termin pada w NG, ale sprawa nie jest taka jednoznaczna.

 

Polskie prawo pozwala na zbieranie minerałów/meteorytów w celach kolekcjonerskich, stąd też nie można nazywać tego kradzieżą… chyba, że robi się to wbrew woli właściciela terenu.

Co drugi student takie “zbieractwo” hobbystycznie uprawia, i nikt tego nie postrzega to jako kradzieży.

 

Inaczej jest z wszelkimi “skarbami” i znaleziskami archeologicznymi, których amatorom poszukiwać nie wolno, i zgodnie z prawem należy przekazać do muzeum.

 

Nie jestem pewien do której kategorii zaliczają się skamieniałości, zwykle się je zbiera razem z minerałami i robiliśmy to zawsze oficjalnie. Ale być może zezwalał nam na to status studentów geologii (uczelnie wyższe mogą to robić bez koncesji).

Na pewno jak odkryto gady triasowe w Krasiejowie, to stanowisko było pilnowane, by nikt obcy tam nie grzebał, z tym że nie znam podstawy prawnej. Podobno jakiś profesor miał tam wyłączność na prace poszukiwawcze.

Studenci nawet by nie zdawali sobie sprawy, jak dziwnie to brzmi.

Ale czytelnik by zdawał sobie z tego sprawę…

 

Inaczej jest z wszelkimi “skarbami” i znaleziskami archeologicznymi, których amatorom poszukiwać nie wolno, i zgodnie z prawem należy przekazać do muzeum.

Tu chodziło o taką sytuację – ktoś zbiera kości, by je sprzedać na czarnym rynku.

 

Na pewno jak odkryto gady triasowe w Krasiejowie, to stanowisko było pilnowane, by nikt obcy tam nie grzebał, z tym że nie znam podstawy prawnej.

Czy tu podstawą nie byłaby logika? Mamy coś fajnego, więc niech nikt nam nie robi bajzlu?…

 

Coś na pewno poprawie – tę morską drobnicę na przykład, ale generalnie zostanę jednak przy wersji NG, bo jest łatwiejsza do ogarnięcia ;)

Mogę przyznać tez rację co do oblewania benzyną, ale nie będę zmieniać, bo siądzie dramatyzm końcówki ;P 

I would prefer not to.

Z tą drobnicą morską to też nie jest sprawa oczywista, bo wg NG znaleźli tam między innymi zęby rekina, czyli ewidentnie gatunek morski.

Nie podano tu czy to był ten sam horyzont geologiczny, czy inny. Generalnie można to interpetować dwojako:

  1. Jeziora mogły okresowo łączyć się z morzem, przez co fauna jest wymieszana.
  2. Fauna morska jest redeponowana, czyli została naniesiona wtórnie do jezior z innych osadów (np. przez rzeki).

W mojej ocenie raczej skłaniałby się ku opcji drugiej, bo morze łączy się z falowaniem i intensywną erozją, więc te kości mogłyby zostać zniszczone.

Bardzo podoba mi się główna idea za opowiadaniem. Dawno nie czytałam tekstu trochę w klimacie Archiwum X, thrillera etc. Widziałbym w tekście jeszcze więcej szczegółów na temat lasu i zjawisk, ale klimat i tak świetnie podbudowany zmianami temperatury, zapachami. Można było poczuć triasowość ;) Nawet przypadło mi do gustu potraktowanie studentów. Pokazało stosunek profesora do taniej siły roboczej. 

Podsumowując, przyjemna lektura :)

Cieszę się, że się spodobało ;)

O tyle cenne, że zaskoczyła mnie ilość negatywnych opinii…

I would prefer not to.

Nowa Fantastyka