- Opowiadanie: Zielonka - Pewne Menu Z Ziaren Historii

Pewne Menu Z Ziaren Historii

Witam. Jest to pierwszy tekst, który tu umieszczam. Samo opowiadanie jest interpretacją hasła z tegorocznego festiwalu jednego opowiadania. Moim zamiarem jest rozwinąć tekst. Mam nadzieję, że komentarze, które otrzymam, dadzą mi do myślenia. Pozdrawiam

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pewne Menu Z Ziaren Historii

Opowiadanie: Pewne Menu z Ziaren Historii

 

*Na powitanie – Jedna z Wielu* Wraz z *Radosnym Drinkiem Antycypacji*

 

Nie wiem, a raczej nie rozumiem, o jakiej planecie mowa. Czym wy wszyscy się tak bardzo ekscytujecie? Tańczę już w myślach w jasno oświetlonej sali, pijana pierwszy raz w życiu odczuwaną radością i myślą o wielkiej uczcie. Wszystko pozostałe przestaje mnie obchodzić. Nasza Ta Pierwsza, zarazem moja matka, zapewne szykuje się do ogłoszenia szczęśliwego zakończenia. Nagle przypominam sobie sen. Więc to ta planeta i stąd ma radość. Ty zaś patrzysz się na mnie z jakimś wyjątkowo intensywnym – niech pomyślę – uwielbieniem, widzianym przeze mnie na twej twarzy pierwszy raz.

– To tylko sen, jeden z wielu zresztą – mówię, a ty dalej patrzysz się na mnie. Wszyscy się na mnie patrzycie. Zwykle z trudem nawiązuję kontakt z kimkolwiek.

– Jak to „jeden z wielu”? – pytasz. – Dlaczego nie mówiłaś. Te, jak twierdzisz, tylko sny, stanowią podstawę całego naszego dalszego istnienia. – w twoim głosie słychać oburzenie. Musisz być naprawdę mocno poruszony, skoro pokazujesz świadomie, wiem to na pewno, emocje. Emocje znane są tylko wysoko postawionym, bogaczom, albo takim jak ty. Można rzecz paradoksalnie, że dla większości Wszystkich Nas stanowią mrzonkę, starą baśń z dawno zapomnianych światów, niemodną wśród wszelkich organizmów i ich układów nerwowych.

– Nikt z was nie pytał. –

– Nie musiał. Przecież to jest aż za oczywiste.-

– Zapominasz, że stanowię tylko Model Wersja W. czyli Jedną z Wielu. Sądziłam, że to usterka, albo działanie recesywnego do tej pory genu przodków.– mówię.

– Skąd wiesz o Przodkach?-

– Przecież żyjemy, dlatego że spożywamy Ich.– odpowiadam. W głowie zaś myślę: Wariat.

 

*Gość honorowy – Ta Pierwsza *

 

Przed samym bankietem, już po defiladzie, dowiedziałam się, że dawno, dawno temu zwano by mnie Prezydentem, a może Panią Prezydent. Jeśli chodzi zaś o sam bankiet, to zbyt wiele się działo, abym mogła dokładnie przytoczyć szczegóły. Chociaż wtedy byłam tak zwaną „P.”, Tą Pierwszą – ma się rozumieć dużą tłustą i błyszczącą się od smalcu, co mimowolnie do dziś napawa mnie dumą – prawdziwe kwiaty pierwszy i ostatni raz zobaczyłam tamtego dnia. Miały płatki o niespotykanej delikatności i kolorystyce. Otaczała je aura zarazem intensywnej i ulotnej woni, oraz wilgoć kropel rosy. Widocznie przed chwilą zostały zerwane. Nagle dociera do mnie gorzka prawda. Kim Ja jestem? A raczej byłam – dodaję w myślach. Wręczają mi właśnie kwiaty, pierwszy raz widzę i czuję zapachy oraz kolory. Kwiaty te to tak zwane późnowiosenne żonkile. Tyle wody, kwiaty można by zjeść. Jeśli zerwano je przed chwilą, to być może jest ich pełno. Nagle pomiędzy płatkami gęsto upchanych kwiatów dostrzegam złotą kopertę. Kwiaty wręczał mi mój stary przyjaciel Bankier, więc to może od niego. Jako jedyny potrafi uzyskać i korzystać z papieru. Używa do produkcji różnych barwników, a nawet metali szlachetnych. Nie mam pojęcia, skąd je bierze. W kopercie tak zwany blankiet z rubrykami do wypełnienia. Jestem zdziwiona, ponieważ spodziewałam się czegoś innego. Na pewno nie rubryk. Stałam się niespodziewanie dla mnie samej właśnie Jedną z Wielu. Ten ostatni bankiet na moją cześć wywraca życie do góry nogami. Wierzyłam przecież w każde swoje słowo, a wszyscy pozostali wierzyli mi. Kwiaty, złota koperta, rubryczki do wypełnienia. Zapomniałam dodać, że nawet ja Ta Pierwsza nie potrafię czytać i pisać, więc udaję przed pozostałymi zgromadzonymi, że odczytuję jakieś tajemnicze słowa. Zdaje się, że robię przez chwilę wrażenie nawet na Bankierze. Chwila mija. Tak naprawdę podpisujemy się wszyscy swoją krwią odciśniętą na czymś, co stanowi podstawę do zobowiązania i czujemy się przy tym jak ślepi. Dawno temu poznałam słowa pewnego myśliciela. Słowa te zawierały pojęcie gwiazd na niebie – których i którego nikt z nas nigdy nie widział – oraz prawa moralnego. Nie znalazłam nikogo, kto mógłby wytłumaczyć mi jego znaczenie. Bankier w takiej sytuacji powtarza, że jest tu dla niego za ciemno, aby mógł o tym ze mną mówić. Tłumię łzy, napływające z coraz większą mocą. Wytrącona z własnych myśli widzę po chwili, że oto zbliża się do mnie – patrząc od lewej do prawej – Naczelny Klucznik, Uznawacz Myśli oraz Rozdawca Jadła. Otaczają ich Żniwiarze Umysłów. W ich obecności krople wody zaczynają parować, płatki kruszą się niczym drobno cięte konfetti. Przybysze pachną, w odróżnieniu od codziennych zapachów mięsiwa powstałego ze zmarłych. Z niejakim zdumieniem odkrywam, że kluczowe znaczenie odgrywa w ich aurze pewna przestrzeń gotowa na zapach. Na wchłonięcie kogoś lub czegoś przez pewnego rodzaju osmozę, o której często mówi Bankier. To, co dochodzi powoli do mojego umysłu pomimo Żniwiarzy: oni nie jedzą się. Nie zjadają się. Oni jedzą tylko nas. Z szoku wytrąca mnie podsunięty mi nagle pod nos krwawy Owoc. Chcą, żebym została Matką.

Tłumię strach, zasłaniam się strumieniem łez, mam też świadomość, że nie wiedzą o mojej córce. Można mieć tylko jedno dziecko. Moje powstało z miłości, bez udziału krwawych ziaren. Jego ojcem jest dawno zmarły człowiek. Wiem, że zaraz zginę, gdyż im odmówiłam. Jestem wciąż Tą Pierwszą przez kilka następnych chwil, więc zabiją mnie z honorami, bez udziału Żniwiarzy. Jakie to jest zadziwiająco absurdalne. Wierzę w prawa tego świata, w pewne konieczności (Bankier rzekłby paradygmaty), a robię to wszystko, gdyż poczułam miłość, której stworzenie chronione przeze mnie wcale w sobie nie ma. Wiem już tylko, że to koniec. Przykro mi, gdyż próbowałam uratować, to co ludzkie w tym dziwnym świecie, i nie zdążyłam. Nie stanowi dla mnie pocieszenia nawet to, że przez ucztę i tak będę zajmować honorowe miejsce, a wy wszyscy się najecie. Mimo woli jestem ciekawa, czy ktokolwiek z was mnie rozpozna.

 

*Uczta trwa – Jedna z Wielu*

 

Moja mama zawsze powtarzała „Jesteśmy tym, co zjesz”. Najzdrowsze zawsze były rośliny, świeża woda. Te jednak się skończyły. Aby przetrwać, świętowaliśmy każdą śmierć. W tym: śmierć starego zasłużonego człowieka, noworodka zmarłego w trakcie ciąży lub porodu, a nawet przypadku dysfunkcjonalnego zwanego „opóźnionym zapłonem” w skrócie OP, nazwa jak dźwięk czkawki, który stanowił zbytnie obciążenie dla życia tak zwanych Wszystkich. Zjadaliśmy ich. My Wszyscy, aby przetrwać dalej i żyć, zjadaliśmy samych siebie. Pamiętam głowy zmarłych, w tym przeznaczonej dla mnie głowy mojej matki, ułożone na honorowym miejscu w centrum wielkich półmisków, pełnych mięsiwa. Pełnych i wielkich, jeśli Wszystkich było dużo. Czasami wręcz – Za Dużo. W tamtych czasach nawet to było możliwe. W dobre lata półmiski przypominały wręcz płótna dawnych mistrzów, wspaniałych malarzy albo opisy poetów. Wiem, ponieważ o nich też śniłam. Najbardziej smakowite, a może najtrudniej dające się usunąć smakiem z pamięci, były dzieci, wyciągane z jeszcze gorących ciał ich zmarłych matek, zjadanych przez inne matki. Takiego dnia, kiedy wśród wielu innych znajdowało się ciało mojej matki, co prawda na bankiecie na jej cześć leżące po rozczłonkowaniu i wymieszaniu z innymi na półmisku, wraz ze zjadaniem jej, z krążącym w głowie „Jesteśmy tym, co zjesz” przestałam czuć raz na zawsze głód. Zaczęłam śnić.

Mogłabym tylko dodać, że nikt nie okazał w trakcie uczty, że ją rozpoznał. Wszystko wydawało się takie naturalne. Miałam szczęście, że uciekłam w sen. Inaczej zdradziłyby mnie wymioty. Zatrułam się darem życia, który właśnie otrzymałam od matki. Następne były łzy. Czy poczułam miłość?

 

*Sen*

 

Zadziwiające jest, że pamiętam czas sprzed poczęcia, stąd znam swego ojca. Znam czas też swojej śmierci, chociaż jej obraz przeskakuje z jednej rzeczywistości do następnej. Nawiguję po morzu swoich wspomnień, tak aby śmierć zniknęła. To dla mnie ważne. Lubię żyć. W jednej z wersji, pamiętam, jak olbrzymi cień pada na nasze wtedy jeszcze ludzkie twarze. Nie rozumiemy, kiedy w pełnym słońcu ukazuje się tułów bestii. Gad przesuwa się bezszelestnie między domami chwytając szczękami tych, którzy są nieostrożni. Jest to nasza Zagłada. Śmierć mi jednej jednak nie grozi. Coraz bardziej jednoczę się z bestią. Nie wiem dlaczego nie udało mi się tam pozostać. Pamiętam przebudzenie przez wściekłą na mnie matkę, wściekłą pierwszy i ostatni raz w życiu – jawnie.

Gdy byłam młodsza traciłam nieraz kontrolę nad sobą. Od czasu, gdy na jednej z Dróg zabiłam Słońce tego świata, staram się ukrywać swoje zdolności. Matka tylko wiedziała. Wszyscy poszukują Drogi. Jak mam powiedzieć, że nie dam nikomu innej drogi niż jest. Tylko w tym świecie i takim życiu nie umieram. To, że zapłakałam i zatrułam się własnymi łzami, to był czysty przypadek. Nawet nieżywa już matka nie mogła mieć na to wpływu. On? To prawda, mogłabym rzec, że jest teraz Księżycem tego świata, jednakże zaledwie nim jest, nawet gdy oświetla Wszystkich wprost z Dachu Nieba. O co pytasz? Tak, już podaję wytyczne. Mam wrażenie, że senna osnowa jest kiepskim materiałem dla przeprowadzenia rozmowy. Dopiero dociera do mnie, że przez warstwy wspomnień i snów ktoś ze mną rozmawia. Ten ktoś nie jest sam. Patrzę na wielu, zadziwiająco podobnych do mojego gatunku sprzed wieków. To niezwykłe podobieństwo aż rani. Nasz plan spotkania z nimi tego nie przewidywał.

 

*Łzy – Ta Pierwsza i Jedna z Wielu*

 

Otwieram znów oczy i patrzę na jej głowę dostojnej matki obrończyni, jak na wizerunku tarcz naszych wojowników. Całą w szarości, gdy spoczywa na półmisku, wśród równie szarych kończyn oraz innych fragmentów ciał. Wszyscy jemy. Nie czuję jednak swego własnego ciała, przeżuwającej szczęki, mlaszczącego języka, chrzęstu kości i mięsa, zapachu. Świat podzielił się na dwie rzeczywistości. W tej drugiej (dla mnie pierwszej) siedzę nieruchomo wpatrując się w matkę, która właśnie otwiera oczy. Wszystko jest tak intensywnie szare. Dopiero dociera do mnie, że to wszystko, co było nami, jest sine, martwe i zwie się zwłoki. Jemy się. To nasza uczta. Ostatnia, jaka może być, nasza nagroda i nasza kara.

Matka zawsze powtarzała „Jesteśmy tym, co (Ty) zjesz”. Czuję łzy. Próbuję je ukryć. Naturalne emocje są rzadkością. Na chwilę przymykam powieki. Zapominam o Wszystkim. Otwieram znów oczy. Siność zmienia się. Zwłoki naszych zmarłych zdają się wypełniać moimi łzami. Szary wybucha przeistaczając się w ogień. Patrzę na jedzących. W tym wszystkim to oni są najbardziej martwi. Nagle oczy matki patrzą w bok. Ja również patrzę w bok. Widzę dziwny wodnisty błysk z trudem ukrywanych łez w kącikach oczu i na policzkach mężczyzny, którego imienia nie znam. Matka znów patrzy na mnie.

Zanim powtórnie usypiam dochodzi do mnie, że podczas uczt nigdy nie widać krwi. Jest zarezerwowana wyłącznie dla Ojców i Matek. Mama zabroniła spożywania mi jej. Dlatego zawsze jem tylko tu. Nie wiem, czy ludzie otaczający mnie różnią się od pozostałych. Wydają się być nie do końca ciałem, nie do końca rzucającymi cień. Nie nęcą ich krwawe ziarna historii. Z powodu emocji, do których nie jestem przyzwyczajona, podchodzę do mężczyzny bez imienia. On także robi rzecz niezwykłą. Pyta mnie o Sen.

 

*Szczęśliwe Zakończenie – Popularny Tradycyjny Deser*

 

To byłby koniec fragmentu pewnej historii. Ocaliliśmy wszystko, co można było, a przed nami ziemia i niebo planety nie tylko ze snów. Stoimy teraz obok siebie patrząc na ciemną wręcz ziejącą czernią pustkę. Tak naprawdę pustka trwa tu od zawsze.

– Jak myślisz, co teraz zrobimy? – pytasz. Przełykam ślinę. Próbuję przywołać uczucie miłości. Nie mogę. Jedyne co odczuwam to głód. Pierwszy raz od śmierci matki powraca uczucie głodu. Nie wiem, co ci odpowiedzieć.

– Dlaczego milczysz? – pytasz ponownie. Twoje oczy błyszczą z napięcia. Nie patrzę w nie.

– Nie wiem, co zrobimy. – mówię.

– Jestem głodna. – dodaję. G.Ł.O.D.N.A. Litery tego słowa są jak rzucane w czyjąś głowę kamienie. Bledniesz. Podejrzewam, że głód powrócił przez połknięcie tamtego jedynego krwawego ziarna Owocu. Tak bardzo wtedy kochałam i chciałam być matką. Jednakże jestem tylko jak te wszystkie modele seria W. czyli Jedna z Wielu, przystosowane ewolucyjnie do przeżycia za wszelką cenę. Najprawdopodobniej wszelka miłość jest efektem zatrucia. Co do ciebie: nie wiem, które z nas będzie szybsze. Przykro mi.

 

Koniec

Komentarze

Nie wiem, Zielonko, jakie były wymagania konkursu, w którym brałaś udział i nie wiem czy im sprostałaś, ale nie ukrywam, że do mnie Twój tekst nie trafił. Przykro mi to pisać, ale nie mam pojęcia, co miałaś nadzieje opowiedzieć, prezentując tę historię.

W tekście nie zauważyłam niczego, co usprawiedliwiłoby oznaczenie opowiadania tagiem SF. :(

Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

 

Czym wy wszy­scy się tak bar­dzo eks­cy­tu­je­cie. –> Czym wy wszy­scy się tak bar­dzo eks­cy­tu­je­cie?

 

Ty zaś pa­trzysz się na mnie… –> Ty zaś pa­trzysz na mnie

 

– To tylko sen, jeden z wielu zresz­tą. – mówię, a ty… –> Zbędna kropka po wypowiedzi.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

Sta­łam się

nie­spo­dzie­wa­nie dla mnie samej wła­śnie Jedną z Wielu. –> Zbędny enter.

 

Ten ostat­ni ban­kiet na moją cześć wy­wra­ca moje życie do góry no­ga­mi. –> Czy oba zaimki są konieczne?

Miejscami nadużywasz zaimków.

 

Jakie to

jest za­dzi­wia­ją­co ab­sur­dal­ne. –> Zbędny enter.

 

Do­pie­ro do­cie­ra do mnie, że przez war­stwy

wspo­mnień i snów ktoś ze mną roz­ma­wia. –> Jak wyżej.

 

Te nie­zwy­kłe po­do­bień­stwo aż rani. –> To nie­zwy­kłe po­do­bień­stwo aż rani.

 

Mama za­bro­ni­ła spo­ży­wa­nia mi jej. –> Mama za­bro­ni­ła mi jej spo­ży­wa­nia.

 

Nie wiem, czy lu­dzie ota­cza­ją­cy

mnie róż­nią się od po­zo­sta­łych. – Zbędny enter.

 

– Dla­cze­go mil­czysz. – py­tasz po­now­nie. –> – Dla­cze­go mil­czysz? – py­tasz po­now­nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarz. Bardzo przydatne.

Ja niestety też odpadłam. Wielkie, źle sformatowane bloki tekstu nie ułatwiają lektury, a na dodatek nie wiem, o czym właściwie jest ten tekst. Może gdybyś zdradziła hasło konkursu, na który był pisany, cokolwiek by to rozjaśniło. No i typ absurdu czy groteski mało jak dla mnie fantastyczny, nie tylko science.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja też nie zrozumiałam, o co tu chodzi. Mamy strumień świadomości jakiejś nietypowej istoty. Nie wiem, kim ona jest ani do kogo się zwraca.

Najbardziej rzucają się w oczy zbędne entery, wielkie bloki tekstu i zapis dialogów do totalnego remontu.

Te niezwykłe podobieństwo

To podobieństwo, te podobieństwa.

Edytuj tekst i poprawiaj wskazane błędy.

Babska logika rządzi!

 Nicią przewodnią jest hasło “ostatni bankiet prezydenta”, który zinterpretowałam właśnie w taki sposób. Narracja w trakcie opowieści przechodzi z córki na matkę i na odwrót. Dziękuję za zainteresowanie. 

Wszystko na temat wykonania i tematu już napisano. Ja też do końca nie zrozumiałem tekstu, a błędy niestety mocno utrudniają czytanie. Chwytaj przydatne linki, pomogą oszlifować następne teksty:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

No, niestety, nadal nie czyta się dobrze :(

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka