- Opowiadanie: Fasoletti - Pokrzywdzony

Pokrzywdzony

Tekst ukazał się pierwotnie w XXVII numerze Magazynu Histeria, został napisany na konkurs “I Ty możesz zostać zombie”. 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Pokrzywdzony

 

Hieronim umierał. Proces ów rozpoczął się całkiem niedawno, przed ledwie kilkoma dniami. Zapoczątkowało go trzaśnięcie drzwiami, tuż po tym, jak Julka wykrzyczała chłopakowi co myśli o nim oraz o ich związku. Wrzeszczała, że ma tego wszystkiego dość, że doskonale rozumie, iż Hieronim miał ciężkie dzieciństwo, że cierpi na nerwicę, depresję i syndrom DDA.  Że tak, kocha go, ale już po prostu nie wytrzymuje jego ciągłego czepiania się o pierdoły, scen zazdrości, ciągłych awantur i następujących po nich cichych dni. Oznajmiła, że rozstanie wyjdzie obojgu na dobre. Potem wyszła.

Hieronim umierał. Pierwszym symptomem nadchodzącej nieuchronnie śmierci był nieświeży oddech. Niby nic takiego, jednak smrodu z ust nie dało się niczym zamaskować. Nie pomagały specjalne pasty do zębów, wychwalane w reklamach cudowne specyfiki ani babcine receptury. Tydzień później, podczas porannej toalety chłopak zauważył, że gniją mu dziąsła, a zęby czernieją. Cera stała się jakby bledsza, skóra sucha i papierowa. Do tego doszło drętwienie kończyn oraz pogłębiające się uczucie otępienia. Stany depresyjne nasilały się, aż w końcu przeszły w jeden, nieustający, psychiczny dół. Hieronim zaległ na łóżku, a jego jedynym zajęciem stało się wpatrywanie w sufit, rozmyślanie oraz picie. Mieszkanie opuszczał rzadko i tylko po to, by zaopatrzyć się w zapas tanich win.

Hieronim umierał. Po miesiącu pojawiły się pierwsze rany. Początkowo miały postać niepozornych, czerwonych kropek wykwitających w różnych miejscach na ciele Hieronima, z upływem czasu przekształcających się w ropiejące czyraki. Te pękały, a wylewająca się z nich cuchnąca ciecz wymieszana z krwią doprowadzała do zapalenia skóry, która gniła i odchodziła płatami od mięśni.

Hieronim umarł. Trzy miesiące od wystąpienia pierwszych objawów dopadła go śmierć. Wywlekła z niego duszę, gdy leżąc na łóżku dopijał najpodlejsze wino. Nie konał długo. Wstrząsnął nim jeden niezbyt silny spazm. Zwieracze rozluźniły się gwałtownie i na pościeli, i tak utaplanej ropą, pojawiła się dodatkowo plama ekskrementów. Kostucha z obrzydzeniem otarła ostrze kosy rękawem, po czym ruszyła ku kolejnej ofierze.

***

Hieronim zmartwychwstał. Pierwszym, co zobaczył po otwarciu oczu, były muchy. Całe tabuny, unoszące się nad nim. Jedna, skłębiona, czarna masa. Ich uporczywe brzęczenie każdego normalnego człowieka doprowadziłoby na skraj szaleństwa. Tyle, że Hieronim nie był już normalnym człowiekiem i widok setek tysięcy owadów nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Chłopak najpierw usiadł  na łóżku, następnie opuścił stopy na podłogę i na zdrętwiałych nogach powlókł się do łazienki. Gdy dotarł na miejsce, stanął przed lustrem. Widok własnego odbicia nie wzbudził w nim żadnych emocji, choć jeszcze jakiś czas temu, gdyby je ujrzał, uciekłby z krzykiem. Beznamiętnym wzrokiem obrzucił pozbawione skóry ciało. Pobieżnie zlustrował pasma gnijących, nadżartych przez czerwie mięśni oplatających zżółknięte kości. Musnął spojrzeniem wijące się w trzewiach robactwo. Na dłużej zatrzymał się tylko przy sercu. Sercu z kamienia. Sercu poznaczonym setkami blizn. Sercu poprzebijanym tysiącami igieł. Złapał jedną z nich, pociągnął, ale tkwiła mocno. Nie zdołał jej wyrwać. Za to w jego umyśle wykrystalizował się obraz.

Dom rodzinny. Duży pokój. Stół. Na stole wódka. Rodzice na zmianę opróżniający z gwinta butelkę za butelką. On, mały, może dwulatek. Podchodzi do matki, szarpie ją za rękaw. Wyciąga ręce, chce się przytulić. Głośne plasknięcie. Łapie się za policzek. Płacze. Matka wyzywa go, krzyczy, by dał jej spokój. Każe spierdalać.

Szarpnął kolejną, wywołując kolejną wizję.

 On, w wieku trzech lat, przewieszony przez ojcowskie kolano. Kabel od odkurzacza ze świstem przecina powietrze. Uderza w nagie, fioletowe już pośladki. Kolejny cios rozcina skórę, na ścianę bryzga krew. Ojciec nie przerywa. W jego oddechu czuć alkohol.

Spróbował z jeszcze jedną. I tym razem pojawiły się wspomnienia.

Znów dom. Matka z ojcem cały dzień pili. Całą noc awanturowali się. Nie spał, musiał stać pod ścianą z rękoma uniesionymi w górze. Teraz krzyczą na niego, bo dostał uwagę. Zasnął na lekcji. Matka uderza w twarz, ojciec wali pod żebra. Hieronim pada. Boli go brzuch, ale ten ból jakoś znosi. Tego drugiego, psychicznego, nie może wytrzymać.

Następna.

On, chory. Leży w łóżku z gorączką. Ma dreszcze, chce mu się pić. Płacze, ale nikt go nie słyszy. Rodzice śpią na podłodze, w kałuży moczu i wymiocin. Wypełza spod kołdry. Czołga się do kuchni. Na kuchence stoi czajnik z wodą. Nie sięgnie. Tak blisko, a tak daleko. Mdleje. Budzi się i znów odpływa. Nikt nie kupił dla niego leków, bo nie byłoby na wódkę.

Chłopak złapał jeszcze za kilkanaście igieł, a każda z nich ujawniła jedną drzemiącą w nim traumę. Oglądał siebie poniżanego przez rodziców, bitego, maltretowanego psychicznie. Zobaczył swoich kolegów, wytykających go palcami, śmiejących się, dogadujących. Ubliżali mu od biedaka, łajzy, syna lumpów. On przemykał jak cień między blokami, tak, by nikt go nie dostrzegł. Marzył wtedy, żeby stać się niewidzialnym. Nie rozumiał, czym zasłużył na tak podłe życie. Poczucie winy, tłumiony gniew, bezsilność, strach – te i inne emocje wyniszczały go. Czuł się jak tykająca bomba, która nie może wybuchnąć. A może tylko bał się wreszcie eksplodować?

Nagle pojawił się głód. Nie ludzkiego mięsa, czy mózgów. Nie krwi ani zemsty. Na razie pozostawał nieokreślony. Umiejscowił się nie w żołądku, ale pod mostkiem, w okolicy splotu słonecznego. Wiedziony tym nieokreślonym pragnieniem, Hieronim opuścił łazienkę i skierował się ku drzwiom wyjściowym. Wyszedł na świat.

***

Wiódł go zew. To było tak silne uczucie, że nie mógł się oprzeć. Nie wiedział dokładnie ku czemu zmierza, ale parł naprzód jak pies, który wywąchał ciekającą sukę. Pod obnażonymi żebrami coś płonęło. Coś domagało się zaspokojenia. Nadal nie domyślał się, czym nasycić ten zwierzęcy głód, ale zaufał instynktowi. Zresztą, instynkt to jedyne, co mu zostało. Śmierć pozbawiła go wszelkich wyższych uczuć. Był jak wyciśnięty z soku owoc, w dodatku solidnie nadżarty pleśnią. Sama skórka z odrobiną miąższu, pokrytego zielonkawym nalotem.

Mijani ludzie zerkali na niego ukradkiem, pokazywali palcami, bądź odwracali wzrok z obrzydzeniem. Niektórzy przechodzili na drugą stronę ulicy, zatykając nos. Hieronim nie zwracał na nich uwagi. Z wyciągniętymi przed siebie rękoma kroczył tam, gdzie czuł, że musi. Choć nogi miał sztywne i poruszał się niczym drewniana kukiełka, nie poddawał się. Nie mógł.

***

Jacek i Agata poznali się jeszcze w podstawówce. Już wtedy coś między nimi iskrzyło, ale nie potrafili tego nazwać. On był dla niej ulubionym kolegą, ona dla niego ulubioną koleżanką. Zawsze siedzieli razem w ławce, a po lekcjach wspólnie odrabiali zadania domowe. Potem szli na podwórko. Byli nierozłączni. Im stawali się starsi, tym mocniejsza więź ich łączyła. W liceum zrozumieli, że to miłość wzięła ich pod swe skrzydła i otuliła ciepłym puchem. Na studiach zaręczyli się. Teraz, siedząc nad brzegiem płynącej nieopodal miasta rzeczki, ulubionym miejscu ich dziecięcych zabaw, planowali jak będzie wyglądać mające się odbyć już za niecały miesiąc wesele. Wtuleni w siebie przekomarzali się, czy wujka rozwodnika posadzić koło kuzynki, starej panny, czy lepiej, dla hecy, usadowić zgryźliwego dziadka naprzeciw znienawidzonej przez niego stryjenki. Rozmowa pochłaniała ich całkowicie.

Wieczór był piękny, zachodzące słońce zalewało okolicę intensywnym, pomarańczowym światłem. Niebo nabrało koloru soczystej czerwieni. Wydawać by się mogło, że nic nie jest w stanie zmącić sielanki dwojga zakochanych.

Niespodziewanie Agata głośno westchnęła, przesłoniła usta dłonią, a drugą rękę wyciągnęła w kierunku pobliskich zarośli. Jacek zmrużył oczy, by lepiej dojrzeć to, co pokazywała. Jemu też na chwilę zaparło dech w piersi.

Obok krzewów stał człowiek, a raczej coś, co mogłoby zostać z człowieka po kilku tygodniach leżenia w trumnie. Gnijące, pozbawione skóry ciało cuchnęło rozkładem. Wytrzeszczone, zmętniałe oczy poruszały się powoli, lustrując okolicę. Nad istotą unosiły się muchy, których uporczywe brzęczenie zagłuszało wszelkie odgłosy przyrody. Monstrum uczyniło krok naprzód.

Jacek i Agata wstali. Trzymali się za ręce. Zapragnęli uciec, ale jakaś siła nie pozwoliła im ruszyć się z miejsca.

Hieronim podszedł do nich. Czuł, że dzięki tej dwójce zaspokoi swój głód. To tu, do nich sprowadził go zew. Każdemu położył nadgryzioną rozkładem dłoń na splocie słonecznym i rozpoczął ucztę. Nie trwała długo. Gdy skończył, oboje padli nieprzytomni, a on odszedł. Wiedział, że ten posiłek, to kropla w morzu potrzeb, że głód powróci.

Jacek i Agata ocknęli się późną nocą. Nie pamiętali dziwnego spotkania. Za to doskonale wiedzieli, że coś się w nich wypaliło. Że to, co kiedyś spajało ich serca, bezpowrotnie pękło. Po prostu nie pasowali do siebie. Tydzień później rozstali się i odwołali ślub.

***

Rodzina pięcioletniego Piotrka była tą jedną na milion, czyli normalną. Ojciec, dyrektor banku, umiał doskonale wyważyć czas pracy i czas dla rodziny, dzięki czemu jego stosunki z najbliższymi oraz podwładnymi układały się w zasadzie bezproblemowo. A nawet jeśli jakieś kłopoty się pojawiały, Henryk potrafił rozwiązywać je w sposób mądry, tak, by nikogo nie skrzywdzić. Był wymagającym i surowym, ale sprawiedliwym przełożonym. Wśród kadry pracowniczej cieszył się ogromnym szacunkiem.

Matka chłopca, główna księgowa w międzynarodowej firmie, spełniała się zarówno jako pracownik jak i matka. Piotrek był jej oczkiem w głowie. Aby lepiej wychowywać syna ukończyła kilka kursów z psychologii oraz pedagogiki.

To wszystko sprawiało, że życie chłopca było beztroskie. Malec cieszył się spokojnym dzieciństwem. Nie znał takich uczuć jak lęk, nienawiść, agresja, nieufność. Dlatego, kiedy bawiąc się w przydomowej piaskownicy, zobaczył na swoim podwórku dziwnego pana, nad którym unosiło się mnóstwo owadów, nie uciekł z krzykiem ani nie podszedł do niego. Wstał i przyglądał się z zainteresowaniem. Dopiero, gdy nieznajomy uczynił ku niemu kilka kroków, postanowił zawołać tatę. Tata zawsze powtarzał, że jeśli zobaczyłby na posesji kogoś obcego, ma natychmiast o tym poinformować. Niestety, głos jakby uwiązł mu w gardle. Chciał pobiec do domu, jednak jego nogi stały się zupełnie bezwładne.

Dręczony palącym głodem, Hieronim podszedł do malca i położył mu dłoń na piersi. Przez jego ciało przebiegł przyjemny dreszcz, a zżerający od środka ogień nieco przygasł, gdy Piotruś stracił przytomność.

Zemdlonego syna znalazła matka. Natychmiast zadzwoniła po pogotowie. Po przeprowadzeniu serii szczegółowych badań i wykluczeniu chorób, pacjent został wypisany do domu. Fizycznie było z nim wszystko w porządku, jednak w psychice malca zaszły poważne zmiany. Nagle zaczął myśleć o tym, że życie jest kruche. Że rodzice mogą mieć wypadek lub się pochorować. Że i on nie jest bezpieczny. Dręczyły go wizje wojen i kataklizmów. Stał się nieufny i skryty w sobie.

***

Bliźniacy Tomek i Paweł skoczyliby za swoim dziadkiem w ogień. Stary Dionizy był typem człowieka, który dobro innych przedkładał nad swoje własne. Zawsze miły i uczynny, ciepły i przyjacielski. Poproszony o pomoc, nigdy nie odmawiał. Chętnie dzielił się życiowym doświadczeniem, dlatego chłopcy, gdy mieli jakiś problem, zamiast do rodziców, szli po radę do niego. Był dla nich wzorem do naśladowania. Szanowali go jak nikogo innego.

Także dzisiaj, tuż po tym jak matka urządziła im karczemną awanturę o późne powroty z imprez, pędzili do dziadka, by zwierzyć mu się ze swojego problemu. Wiedzieli, że Dionizy nawet nie tyle stanie po ich stronie, co chłodnym okiem doświadczonego życiem nestora obejrzy sytuację z zewnątrz. I podsunie rozwiązanie. Polegali na jego słowie i zawsze starali się jakoś odwdzięczyć za udzieloną pomoc. Choćby tabliczką gorzkiej czekolady, którą uwielbiał.

Droga do dziadkowego domu wiodła przez niewielki lasek. To tu drogę zastąpiła im dziwna postać. Początkowo nie widzieli jej, ponieważ stała skryta w cieniu, za to ich nosy wykrzywiły się od smrodu, jakiego nie czuli nigdy w życiu. Potem do uszu młodzieńców doszedł wibrujący dźwięk wydawany przez setki tysięcy skrzydeł. Wystraszeni, chcieli uciec, lecz nie mogli. Dosłownie skamienieli.

Hieronim wychynął z cienia. Podszedł do chłopców, których twarze na jego widok wykrzywiły się w grymasie niemego przerażenia i posilił się, przykładając im gnijące dłonie do piersi. Potem odszedł, pozostawiając obu nieprzytomnych na środku ścieżki.

Gdy przebudzili się, nie wiedzieli, co się wydarzyło. Do dziadkowego domu wyszli wcześnie rano, lecz teraz słońce chyliło się ku zachodowi i wiedzieli, że powinni wracać. Zresztą, jaki był sens odwiedzać dziadka? Przecież to tylko zramolały, stary człowiek, wymądrzający się wiecznie tetryk, uważający, że tylko on ma rację. Stwierdzili, iż szkoda ich cennego czasu na wizyty u tego nudnego zgreda. Obraz Dionizego zbrzydł w ich umysłach. Wyblakł, zszarzał. Więcej nie odwiedzili mężczyzny, który jeszcze w tym samym roku pożegnał się ze światem. Tomek i Paweł nie pojawili się na pogrzebie.

***

Ignacy był pewnym siebie maklerem, odnoszącym sukcesy na światowej giełdzie. Teraz, wracając do domu po sfinalizowaniu niezwykle korzystnej transakcji, postanowił nieco skrócić sobie drogę. Wszedł w ciemną uliczkę ciągnącą się miedzy dwoma kamienicami. Wtedy poczuł ten smród. Przypominał odór trupa. Słodkawy i mdlący. Dobrze wiedział, jak cuchną rozkładające się zwłoki. Kiedyś, po powrocie z wakacji, znalazł w swojej piwnicy martwego bezdomnego. Nieszczęśnik, tuż po tym, jak włamał się do willi Ignacego, zszedł na zawał. Leżał ponad miesiąc w czterdziestostopniowym upale. Ten „aromat” wbił się maklerowi w umysł jak gwóźdź w deskę.

Ignacy zatkał nos i chciał zawrócić, ale wtedy coś lepkiego uderzyło go w pierś. Świat zawirował. Zapadła ciemność.

Po tym dziwnym zdarzeniu jakby opuściło go szczęście. Stracił siłę przebicia, intuicję. Nie działał już tak pewnie, bał się ryzykować. Partnerzy przestali z nim współpracować, klienci odeszli i Ignacy zbankrutował. Jego domem stała się ulica.

***

Po ostatnim posiłku Hieronima olśniło. Dotarło do niego kim jest i co się tak naprawdę z nim dzieje. Zrozumiał, że łaknie czegoś, czego zabrakło mu w dzieciństwie – miłości, poczucia bezpieczeństwa, szacunku oraz pewności siebie. I wiedział już, że pewne rzeczy nie wrócą, że nie można zdobyć ich, krzywdząc innych. Nawet nieświadomie.

Uzmysłowił sobie, że może zostać wskrzeszony, jednak zależeć to będzie tylko od niego.

***

Było ich dziesięcioro. Dziesięcioro umarłych. Dziesięć cuchnących, gnijących trucheł, obdartych ze skóry wraków, na widok których każdy spluwał z obrzydzeniem. Dziesięć poznaczonych bliznami, poprzekłuwanych igłami kamiennych serc. Siedzieli w półokręgu na drewnianych krzesłach. Wśród nich, ona jedna. Ta, która wskrzesza. Uśmiechała się i jako jedyna nie spoglądała na zombie. Jej oczy widziały ludzi. Wskazała palcem na jednego z nich. Mężczyzna zabrał głos.

– Mam na imię Hieronim. Odkąd pamiętam, moi rodzice pili…

KONIEC

Koniec

Komentarze

Oryginalne podejście do tematu zombie. Nawet ciekawe.

Przydałoby się jeszcze, IMO, wyjaśnić wątek tej wskrzeszającej – skąd się wzięła, dlaczego ma takie cudowne moce?

Za to można spokojnie skrócić litanię ofiar Hieronima. Szybko stało się jasne, w którą stronę ciągnie go instynkt, ale ciągnąłeś temat dalej. Czy ostatnie historie coś wnosiły?

Babska logika rządzi!

Nie przepadam za opowieściami o zombie, jednak Pokrzywdzony okazał się na tyle odbiegać od znanych mi historii, że w dziejach Hieronima i jego pośmiertnej działalności znalazłam coś nowego, by nie rzec, świeżego. ;)

 

Po­le­ga­li na jego słowu i za­wsze sta­ra­li się… –> Po­le­ga­li na jego słowie i za­wsze sta­ra­li się… Lub: Ufali jego słowu i za­wsze sta­ra­li się

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dzięki, ominąłem. 

Finkla, naprawdę nie domyśliłaś się, kim jest wskrzeszająca? Hmmm, może inni czytelnicy wyłapią ;)

 

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

W tekście wielu kobiet nie ma, więc pewnie Julka. Ale i tak nie wiadomo, skąd te moce wzięła.

Babska logika rządzi!

Fasoletti, bardzo proszę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zacny tekst, w stylu Autora, ale, jak zwykle, ciekawy i dobrze napisany. A potraktowanie tematu konkursu bardzo nietypowe i tym bardziej interesujące.

A magazyn, w którym opowiadanie opublikowano, także zacny bardzo.

Pozdrawiam.

Finklo. ta, która wskrzesza, to terapeutka. 

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Czyli to tylko alegoria?

Babska logika rządzi!

Smutne opowiadanie, ale i zacna lektura. Mi się podobało. 

Finklo, tak, ten tekst to przenośnia. 

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Są tutaj elementy bizzaro, z którego jesteś znany, ale jakkolwiek to zabrzmi, dla mnie przynajmniej mają one stężenie całkiem znośne i do przełknięcia. Bardzo spodobała mi się koncepcja zombie. Szczerze, powoli cuchnęło mi banałem, ale wtedy zaczęło się klarować, czym żywi się Hieronim i przyznam, że byłem pod wrażeniem pomysłu. Moim zdaniem efekt psuje akapit gdzieś pod koniec, gdzie łopatologicznie wyjaśniasz zdolność bohatera – to naprawdę jest oczywiste po bodajże pięciu przykładach, więc takie tłumaczenia tylko bez potrzeby rozwadniają tekst.

Końcówka z zombie na terapii całkiem sympatyczna. Interpunkcja mogłaby być lepsza.

Podobało mi się.

Fajne :)

Podobało mi się, nawet bardzo. Był taki moment, że zastanawiałem się, czy dociągniesz z poziomem do końca, abym mógł nominować do piórka. I warsztatowo było w porządku, nawet fabularnie, tylko mój zapał ostudziły dwie, drobne sprawy. 

Cztery fragmenty, poczynając od Jacka i Agaty, mówią o tym samym, poznałem “sposób działania” już w pierwszym i kolejne, oprócz tego, że ciekawie napisane, nic specjalnie nie wnosiły. Drugim drobiazgiem jest zbyt słaba puenta. Zrobiłeś świetny wstęp i liczyłem na coś bardziej, hm, chyba głębszego, o większym wymiarze emocjonalnym, może moralnym.

Ale to porządne opowiadanie, bez dwóch zdań.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Wciągający, wyjątkowo intersujący tekst. Oryginalny pomysł na zombie, przeczytałam z przyjemnością. Może bym odrobinę poskracała, ale nie to nie jest duży problem. Tak czy inaczej bardzo mi się podobało i daję ostatniego kliczka :)

Opowieść o zombie z oryginalnym podejściem i “świeżym” spojrzeniem. Bardzo mi się podobało, jak to u Fasolettiego dobrze napisane. Tym razem bez natłoku obrzydliwości, a bardziej klimatycznie, refleksyjnie i skłaniające do przemyśleń. Ciekawy tekst :)

Ja z kolei bym wydłużyła, może nie listę ofiar, ale samo fabularne tło. Przeczytałam szybko, sprawdziłam swoją interpretację z tą w komentarzach, kiwnęłam głową i siedzę teraz zastanawiając się, “co, to tyle?”. Na moje oko tekst zasługuje na coś więcej, ale to wciąż moje spaczone oko przedłużacza (nie mylić z kablem), więc pozostaje mi tylko pożałować, żeś bardziej nie ubarwił.

 

Oczywiście, że para gołąbków to Jacek i Agatka :>

Dobre. Myślałem, że z zombie nie da się wycisnąć nic więcej, ale mnie przyjemnie zaskoczyłeś :)

Do tego dobrze napisane, z klimatem. I świetnym zakończeniem. Wciągnęło bez reszty.

Tak więc bardzo jestem kontent z tego koncertu fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Fajne opko, ciekawy pomysł.

 

Jak dla mnie za dużo tych fragmentów z ofiarami, lub są do siebie zbyt podobne. Choć rozumiem czemu akuat tyle. Końcówka pozytywna. Dobrze napisane.

I co tu więcej powiedzieć, podobały mi się sceny traumatyczne.

 

Początek też dobry, mocny.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka