- Opowiadanie: mr.maras - Czysta formalność

Czysta formalność

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Czysta formalność

Jestem gotów – powtórzył w myślach, rozglądając się co jakiś czas po niewielkiej sali. Za oknami była tylko ciemność. Jaskrawe oświetlenie odbijało się w dużych szybach witryny i nie pozwalało dostrzec świata na zewnątrz. Robert Wertych widział za to wyraźnie, niczym w lustrze, rozjaśnione białymi ledowymi lampami wnętrze lokalu: neon nad barem, błękitny blask telewizora, który zgubił sygnał, refleksy na pokrytych chromem elementach sprzętów. W tle za tym wszystkim czaił się mrok. I przez chwilę zdawało mu się, że w tym mroku błyskają gwiazdy.

Robert zdał sobie sprawę, że nawet gdyby podszedł do okna, przytknął nos do zimnego szkła i zasłonił oczy przed światłem lamp, dojrzałby niewiele więcej poza ciemnością. To naprawdę ostatni bar na Ziemi, a ja jestem jego ostatnim klientem – pomyślał. Absurd tego stwierdzenia wcale go nie rozbawił.

Jeśli ktokolwiek zajrzałby w tej chwili do ostatniej knajpy, zobaczyłby postawnego barmana pucującego pokale i jedynego gościa w kącie sali. Szczupłego, z lekko posiwiałymi skrońmi i ciemnymi kręgami pod oczami. Ubranego w dobrej jakości tweedową marynarkę, teraz ubrudzoną i sfatygowaną, w koszuli rozpiętej pod szyją i z niedokładnie ogolonym lewym policzkiem. A gdyby przypadkiem zerknął pod stolik, zauważyłby też bose i pokaleczone stopy.

Wertych siedział z rękami splecionymi na blacie i wpatrywał się w bursztynową zawartość kielicha. Zrezygnowany i pogodzony ze swoim losem wyglądał, jakby zapadał się w sobie. Barman zerkał w jego stronę od czasu do czasu, być może upewniając się, czy gość nadal tam jest. Jednak znacznie częściej spoglądał w kierunku drzwi wejściowych.

I właśnie wtedy ktoś zajrzał.

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał smętnie i Robert podniósł wzrok. Wpatrywał się przez chwilę w szare oczy śniadego i wysokiego przybysza. A jednak przedostatnim – stwierdził z goryczą.

Mężczyzna skinął mu głową i wkroczył przez oszklone drzwi, otrzepując pył z rękawów szarego płaszcza.

Robert wstał, rozejrzał się raz jeszcze po lustrzanym wnętrzu i ruszył w kierunku wyjścia.

– Zgoda – rzekł, nie czekając na pytanie. Głos miał pewny i spokojny, a wypowiadając to jedno słowo, poczuł prawdziwą ulgę.

Innego rozwiązania nie było. Wszystko, co przeżył w ostatnich kilkudziesięciu godzinach, prowadziło do tego właśnie punktu, tego baru i tego jednego słowa.

Przybysz, który z ręką wyciągniętą na powitanie, zmierzał właśnie w jego stronę, przystanął i uśmiechnął się pod nosem. Także w jego oczach nie było widać zaskoczenia. Wyrażały ulgę.

– Wiedziałem, że to powiesz – stwierdził z dziwnym akcentem. Wysunięta dłoń zatoczyła łuk, jakby zapraszając z powrotem do stolika: – Usiądź, proszę. Nie musimy się już nigdzie spieszyć.

Barman sięgnął po szklankę dla nowego gościa. On także wyglądał na zadowolonego.

– Zróbmy to teraz. Dosyć się naczekałem – odparł Robert i wyminął mężczyznę w płaszczu, kierując się do wyjścia.

– Poczekaj!

Wertych przystanął. Przyjrzał się przybyszowi w szklanym odbiciu. Czekał w napięciu.

– To tam – oznajmiło odbicie, skinąwszy głową w kierunku baru, za którym znajdowały się drzwi na zaplecze.

Jakie to wymowne, kulisy świata mieszczą się na tyłach knajpy. – Wertych uśmiechnął się mimowolnie na tę myśl.

 

***

 

Wszystko zaczęło się dwa dni wcześniej. Dokładnie o siódmej czternaście rano rzeczywistość zatrzęsła się w posadach i straciła resztki przyzwoitości. Dla Roberta Wertycha, który akurat golił się w łazience przed wyjazdem na lotnisko, właśnie o tej godzinie świat runął i na zawsze przestał być starym, dobrym światem, który znał i rozumiał.

A przecież zaledwie chwilę wcześniej wypił swoją poranną flat white i wyprasował koszulę, podśpiewując beztrosko, gdy z radia w kuchni sączyło się ulubione “In the Air Tonight”:

 

Well I've been waiting for this moment for all my life Oh Lord

I can feel it coming in the air tonight…”

 

Już od przebudzenia myślał o swojej żonie, Barbarze, i wspominał ich ostatnie spotkanie. Przed wyjazdem do matki uparła się, by jej nie odprowadzał na lotnisko. A gdy na pożegnanie spróbował pocałować w usta, nadstawiła policzek.

– To nie moja wina – wyznała w odpowiedzi na spłoszone spojrzenie. – Wolisz, żebym udawała?

Zaprzeczył ruchem głowy i bez słowa umknął do salonu. Jak zawsze. Uciekał od takich chwil, ponieważ wiedział doskonale, że to wyłącznie jego wina. Zapomniał zadbać o miłość w domu państwa Wertychów. Zapomniał się starać i podsycać tlące się jeszcze iskierki uczucia. A jeśli ich domowe ognisko już dawno wygasło i pozostał tylko wystygły popiół?

To właśnie wtedy obiecał sobie, że po powrocie Barbary wszystko się zmieni.

Od kilku dni Roberta rozpierała energia i szczery zapał. Przekonał sam siebie i uwierzył, że jeszcze wszystko naprawi. Że mogą zacząć od nowa, a płomień ich miłości rozpali się nowym żarem i Robert znów poczuje to ciepło, za którym tęsknił.

Pierwszy, mały krok, wykonał dzień przed planowanym powrotem żony. Zadzwonił do domu teściowej. Jednak Basi tam nie było i szybko się rozłączył, nie pozostawiając żadnej wiadomości na sekretarce. Jak się domyślał, zapewne zasiedziała się w szpitalu, przy łóżku matki.

A tam wolał nie dzwonić. Nie chciał, by do telefonu córki dobrała się uszczypliwa i wścibska pani Zagańczyk. Kobieta tak ciekawska, że pewnie nawet na łożu śmierci wypytywać będzie co u sąsiadów i czy jej zięć wreszcie zrobił coś, jak należy.

Poza tym Robert nie lubił, gdy żona rozmawiała z nim przy swojej matce. Zawsze czuł się jak uczniak na dywaniku dyrektora szkoły, gdy obie kobiety na przemian wypowiadały się o nim bezosobowo lub wprost do niego, ale w tonie głębokiego rozczarowania. Dlatego wysłał tylko krótkiego SMS-a: „Przyjadę po ciebie na lotnisko. Twój mąż”.

 

Wreszcie nadszedł pierwszy dzień nowego początku. Robert obudził się wcześniej niż zwykle. Wyjął z szafy i odprasował swoje ulubione ubranie – eleganckie i zarazem na luzie. Wypił kawę i zjadł tost, z trudem przełykając kęsy.

Co jest grane? – zganił się w myślach. To śmieszne, ale od kilku dni czuł tremę przed spotkaniem z własną żoną. Spojrzał na rodzinne zdjęcie, stojące na komodzie w przedpokoju i przypomniał sobie o dzieciach: Ani i Piotrku.

Nie było ich zaledwie kilka dni, ale już za nimi tęsknił. Gdy wyjeżdżały na swój pierwszy letni obóz, był równie przerażony jak Barbara. Z tym że on musiał to skrzętnie ukrywać. Nic się nie zmieniło od tamtego razu, nawet gdy dzieci podrosły, a wakacyjne wyjazdy stały się normą. Taka widać rola ojca.

Zaśmiał się w duchu i poszedł do łazienki. Wziął szybki prysznic i włożył ubranie. Bez skarpet – nie chciał ich zmoczyć na wilgotnej terakocie. Na sam koniec, jak zawsze, zostawił golenie. Ledwie dwa razy przejechał maszynką po lewym policzku, gdy poczuł nagły i nieuzasadniony strach, który spłynął zimnym potem po plecach.

Chwilę potem pękło lustro, a na głowę Roberta posypał się tynk z sufitu. Z trudem ustał na nogach, przytrzymując się umywalki, ale drugi wstrząs był znacznie mocniejszy i powalił go na podłogę.

To nie Los Angeles! W Poznaniu nie ma trzęsień ziemi! – skonstatował zdumiony, gdy na czworakach dreptał do drzwi wyjściowych. Jakby zadając fałsz wyrażonej w myślach opinii, ziemia zatrzęsła się ponownie, jeszcze mocniej.

Po chwili, solidny, podpiwniczony dom państwa Wertychów rozpadł się niczym dziecięca budowla z klocków.

 

***

 

Robert cudem uniknął śmierci, w ostatniej chwili uciekając z walącego się budynku. Zanim wyskoczył na trawnik przed domem, zdążył jeszcze zerwać marynarkę z wieszaka w przedpokoju i chwycić w locie zdjęcie z komody. Kiedy opadł kurz, wygrzebał spod gruzu kurtkę. Jednak nigdzie nie mógł znaleźć swoich butów. Ale gdy rozejrzał się po okolicznych posesjach, uznał, że niektórzy sąsiedzi mieli znacznie mniej szczęścia.

Zniszczeniu uległa ponad połowa domów w dzielnicy. Wszędzie wokół unosił się pył i czarny dym z licznych pożarów. Otępiali ludzie wychodzili na ulicę z budynków, które cudem nadal stały, prawie nietknięte. Nieliczni rzucili się z pomocą sąsiadom z zawalonych domów, inni siadali po prostu na krawężniku. Wertych słyszał zewsząd okrzyki bólu i rozpaczy oraz pełne strachu nawoływania i głośne przekleństwa.

W tym niezsynchronizowanym chórze żalu i boleści wyróżniał się wyraźnie jeden ton. Gdzieś bardzo blisko płakało dziecko i Robert pobiegł boso w tamtą stronę.

Miejsce, z którego dochodził słabnący, piskliwy głos, zlokalizował dosłownie w ostatniej chwili. Gdy tylko stanął na stercie gruzu, połamanych desek i potłuczonych dachówek, płacz ucichł. Robert pospiesznie odgarnął stertę cegieł, odsunął na bok powyginaną framugę okienną i podniósł z trudem ciężki, żeliwny grzejnik. Pod spodem dostrzegł fragment jasnej, zielonej tkaniny – rękaw bawełnianej koszulki. Nie zważając na odłamki szkła, boleśnie kłujące dłonie, rozgrzebał zmiażdżone resztki gipsowej płyty. Ozdabiała ją tapeta ze wzorem przedstawiającym postacie z dziecięcych bajek. Gdy wreszcie skończył, zamarł z przerażenia.

Chłopiec. Być może w wieku Piotrka. Wertych sprawdził tętno na szyi. Nic. Spóźnił się dosłownie o sekundy.

Gwałtownym ruchem zdjął z ramion kurtkę i drżącymi dłońmi narzucił ją na pokryte krwią ciało dziecka. Potem blady i na sztywnych nogach wycofał się ostrożnie z rumowiska.

Gdy stanął na powrót na swoim podwórku, wsparł dłonie o uda i z trudem zaczerpnął kilka głębszych oddechów.

Z makabrycznym widokiem, wyświetlającym się pod powiekami niczym krwawy slajd, rozejrzał się ponownie wokół. Ujrzał chaos i cierpienie.

W pierwszej chwili umysł i ciało Robert zalała fala bezsilności. Z drugą falą spłynęła na niego rezygnacja. Głos uwiązł w gardle, a oczy zaszkliły się od łez. Nigdy nie wiedział, co należy robić. W kościele podczas ceremonii ślubnej, w górskim schronisku w środku nocy, gdy rodzina czekała przemoknięta, za oknem szalała burza, a facet w recepcji twierdził uparcie, że nie ma wolnych pokoi. Albo u mechanika, który zapewnia, że nie da się nic zdziałać na czas i jednocześnie mruga okiem. Zapamiętał z tych wszystkich razów spojrzenie Barbary.

Zawsze takie samo. Nawet gdy jej nie było w pobliżu, odczuwał na sobie ciężar tego spojrzenia. Czuł je również w tej chwili.

Okolica pogrążona była w chaosie i nie miał pojęcia, co mógłby zrobić, żeby go w najmniejszym stopniu opanować. Starał się uratować tego chłopca, prawda? Uczynił zatem więcej niż się po sobie spodziewał. Teraz pozostawało tylko oczekiwanie na pomoc. Straż pożarna lub wojsko powinny zjawić się już niedługo.

Niedługo – przytaknął sobie w duchu. Zaraz jednak zakręciło mu się w głowie. Jestem w szoku – uświadomił sobie. Jednak poza tym, że czuł, jak jego ciało się trzęsie, nie potrafił skupić się na sobie. Myślał teraz o żonie i dzieciach.

Jak daleko jest stąd do Ławicy? Z osiem, może dziewięć kilometrów?

Był pewny, że na taksówkę nie ma co liczyć, podobnie jak na autobus, kolej podmiejską czy inny środek komunikacji. Ich własne auto, zaparkowane w garażu, a teraz przygniecione przez zrujnowany dom, nadawało się na złom. Podobnie jak większość samochodów parkujących przy ulicy, na które pospadały słupy lub pod którymi rozstąpił się asfalt.

Komórki nie zdążył zabrać podczas gwałtownej ewakuacji, ale szczerze wątpił, by któraś z sieci działała po tym, co wydarzyło się dziś rano. Jego przypuszczenia potwierdziła przechodząca opodal kobieta w koszuli nocnej, wykrzykująca w kółko: „Halo! Halo!” do błyszczącego pozłacaną obudową smartfona.

Nie miał zatem szans dojechać na lotnisko i w żaden sposób nie mógł powiadomić o tym swojej żony – uspokajał swoje sumienie. Za to bierność była bezpieczna. Z biernością na sztandarze kroczył przez całe swoje życie, dlatego i tym razem postanowił zaczekać przed zrujnowanym domem.

Na pomoc. Na jakiś cud. Na dzieci i Basię.

Zapewne wiedziała już, że ich rodzinne okolice dotknął kataklizm. Bez wątpienia przeżyje szok, gdy dowie się, co stało się z ich domem. Być może jednak, miał taką nadzieję, ucieszy się, że jemu nic się nie stało. Może nawet w obliczu niedoszłej tragedii odrodzą się wygasłe uczucia Barbary?

Siedział więc roztrzęsiony na połamanym krześle, wygrzebanym spod gruzu, korzystając z tej chwili spokoju, jaką oferował czas tuż po katastrofie, gdy nic nie zależało od Roberta i żadne jego działanie nie wpływało na dalsze losy świata. Przynajmniej w jego mniemaniu.

I czekał.

Czekał rozważając, czy nie poprosić któregoś z ocalałych sąsiadów o papierosa. Co prawda, rzucił palenie kilka lat temu, ale nagle zatęsknił za spokojem, jaki oferował trzymany w dłoni papieros. Może gdyby zapalił, ręce przestałyby tak drżeć, a spod powiek zniknąłby powracający, koszmarny obraz?

Po głębokim namyśle odrzucił tę po części fizyczną tęsknotę. Jeśli umrę, to nie od palenia fajek – powtarzał sobie przez pierwsze pół roku po rzuceniu nałogu.

Pomogło i tym razem.

 

***

 

Służby ratownicze nie zjawiały się podejrzanie długo, ale wysoko na tle błękitu dostrzegł dwa helikoptery, które krążyły nad zniszczoną okolicą, jak muchy nad stertą śmieci.

W powietrzu dało się wyczuć narastające napięcie. Z początku delikatne, potem coraz większe. Słońce pięło się mozolnie na szczyt nieba, tak samo, jak wczoraj i przedwczoraj, rozjaśniając krajobraz po apokalipsie. Jednak Robert czuł każdym włoskiem na skórze, że coś się zmieniło. I nie chodziło tylko o sam kataklizm, który dotknął świat o poranku. To było oczywiste i realne. Teraz nadchodziło coś dziwacznego.

Coś, od czego jeżyły się włosy.

Usiłował właśnie sprecyzować źródło trudnego do opisanie napięcia, gdy w przedpołudniowym blasku, na zgliszczach podwórza, pojawił się wysoki i szczupły mężczyzna, ubrany w wypłowiały płaszcz i garnitur. Wmaszerował znienacka długimi krokami chudych nóg i przystanął przed Robertem. Wyglądał trochę jak pracownik jakiegoś urzędu, tyle że wyciągnięty z szafy na strychu. Nieco przydługie, zmierzwione i pokryte pyłem włosy przybysza opadały na kark i kołnierz grafitowego płaszcza. Poza dzikim błyskiem w szarych oczach przykurzony wygląd intruza nie wzbudzał jednak podejrzeń – Robert sam wyglądał, jakby ktoś wygrzebał go z przysypanej gruzem piwnicy.

– Robert? Robert Wertych, prawda? – zapytał, a raczej stwierdził nieznajomy. Akcent miał dziwny. Równie dziwne były jego wyblakłe źrenice i oliwkowy odcień skóry. Dopiero po chwili Robert zauważył w prawej dłoni nieznajomego grubą, oprawioną w czerwoną skórę książkę.

– A kto pyta? – Zmrużył oczy. Okulary, podobnie jak krawat i skarpety, zostały gdzieś w zniszczonym domu. Czuł się bezbronny, a nawet żałosny, gdy tak siedział bezczynnie w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj rósł zadbany trawnik. Na resztkach krzesła, kupie kamieni, w pogniecionych spodniach, boso, i w marynarce zarzuconej na nieświeżą już koszulę. Ale dzisiaj cały świat był przecież sfatygowany i przykurzony.

– Nazywam się Albert Łebski.

– Łebski… – Robert z pewnością nie znał nikogo o takim nazwisku. – Kogo pan reprezentuje? Towarzystwo ubezpieczeniowe? Kancelarię adwokacką? – Pojawienie się intruza w niewyjaśniony sposób zirytowało go i rozdrażniło. Nie miał ochoty na rozmowę.

Rozejrzał się ostentacyjnie wkoło i dorzucił z drwiną: – A może jakieś cholernie szybkie i obrotne przedsiębiorstwo budowlane?

Obcy uśmiechnął się szeroko i zaprzeczył ruchem głowy.

– Chodź ze mną, Robercie. Nie czas na kiepskie dowcipy. Jesteś nam potrzebny.

Wertych drgnął zaskoczony i niespokojnie powiódł wzrokiem po okolicy, jakby szukając wsparcia. Kto to mógł być? Agent rządowy? Oficer policji w cywilu? Z taką cerą i akcentem? A może członek sąsiedzkiej samopomocy? Trochę emigrantów by się w Poznaniu znalazło. I skąd wiedział jak się nazywam?

– Ja? – zapytał zdumionym głosem. – Nic z tego. Nie mam pojęcia o udzielaniu pierwszej pomocy. Na gaszeniu pożarów też się nie znam. Poza tym czekam na żonę. Powinna wrócić dzisiaj od swojej matki…

– Daj spokój, człowieku – przerwał mu nieznajomy. – Barbara nie żyje.

Łebski powiedział to tym samym tonem, jakim znudzony sprzedawca oznajmia klientowi, że paszteciki z pieczarkami właśnie się skończyły.

– Za to szanowna teściowa ma się zdecydowanie lepiej – dodał po chwili.

Robert spadł z krzesła. Dosłownie.

 

***

 

Gdzieś daleko wyły syreny. Karetki, straży pożarnej, policyjnego radiowozu. Wszystkie jednocześnie. Na niebie zbierały się teraz ciemne chmury, za to Robert nie mógł zebrać myśli.

– Jak to nie żyje? Basia nie żyje? To jakieś bzdury.

– Połowa świata nie żyje – poprawił go mężczyzna w szarym prochowcu. – Myślisz, że to jakaś lokalna, wielkopolska katastrofka? To, co widzisz tutaj, to ledwie malutki fragment globalnej apokalipsy, Robercie. Świat dostał potężnego kopa w jaja, ale informacja o tym nie zdążyła jeszcze dotrzeć do mózgu. Ludzkość nie ma pojęcia, jaka jest skala zniszczeń. Nie działa internet, telefony, radio i telewizja. Spora część samolotów pospadała na ziemię jak zestrzelone kaczki. W tym także lot o szóstej pięćdziesiąt z Warszawy. To był lot Barbary, prawda? Niestety, żaden z pasażerów lecących tym samolotem nie przeżył.

Mówiąc te słowa, obcy oglądał z zainteresowaniem rumowisko powstałe w miejscu, gdzie jeszcze niedawno stał dom państwa Wertychów.

Robert przyglądał mu się z niedowierzaniem. Skąd się biorą tacy szaleńcy? A może to zwyczajny oszołom? Albo oszust? Za chwilę zaoferuje swoją pomoc, opowie jakąś dramatyczną historyjkę i poprosi o pieniądze. A jeśli to jakiś dowcipniś z wypaczonym poczuciem humoru? Jak można żartować z czyjeś tragedii, choćby nawet wyimaginowanej, w takich okolicznościach?

Tymczasem tamten nadal kręcił się po zgliszczach, jakby oceniając skutki katastrofy. Czerwona księga wypychała teraz kieszeń przybrudzonego płaszcza. Wreszcie Łebski odwrócił się w stronę Roberta. Wykrzywił twarz i przymknął lewe oko.

– To prawdziwy Armageddon, przyjacielu. Zagłada, jakiej nie było od czasów dinozaurów. Jak powiedziałem, zginęła dokładnie połowa ludzkiej populacji. W tym twoja żona i ojciec, szwagier Mariusz, szef z pracy, a nawet twój najlepszy przyjaciel Grzegorz, na wakacjach w Egipcie. Ojciec dostał zawału przy pierwszym wstrząsie, padł w kuchni podsmażając kaszankę. Lubił kaszankę, prawda?

– Mój ojciec?! Romek? I Grzesiek też? – Robert aż podskoczył. Gdzieś na dnie głębokiej irytacji błysnęła iskierka niepokoju. Skąd ten człowiek wiedział takie rzeczy?

– Jak to możliwe? Zwyczajnie. Nagle, w jednej chwili, świat legł w gruzach. Dosłownie i w przenośni. Przeżyła połowa.

– Skąd pan to wie? – Wertych poczuł się nieswojo. Dreszcz przebiegł po jego karku.

I wtedy, niespodziewanie, Łebski spojrzał mu prosto w oczy. Jakby zaglądał wprost w głąb duszy. I Robert najpierw zwątpił w swoje zdanie na ten temat, a potem pozbył się wątpliwości co do słów Łebskiego. I w nie uwierzył. A gdy już pojął, co to oznacza, poczuł przeraźliwie zimną bryłę, która rosła w brzuchu i podchodziła coraz wyżej, uciskając żebra i wypychają pierś.

Przerażenie. Paraliżujący lęk przebiegł z wrzaskiem przez korytarze umysłu, po drodze waląc we wszystkie drzwi i zapalając wszystkie lampy ostrzegawcze: Ania! Piotrek! Basia! Tata! Co się dzieje!?

I dlaczego akurat jego spotkał koniec świata?! Był przecież kimś zupełnie nieważnym. Był także tchórzem. Nie miał pojęcia co robić, od czego zacząć i jak zareagować. Nie chciał i nie potrafił reagować. Nie był w tym dobry. Jedyne czego w tej chwili chciał, to uciekać, schować się, zapomnieć. A najlepiej obudzić jeszcze raz, ale w normalnym, przewidywalnym świecie.

– A dzieci?! Ania? Piotruś? Mów, co z moimi dziećmi? – Złapał obcego za klapy płaszcza i pchnął, niemal wywracając na ziemię. Pod powiekami ujrzał syna. Wyobraził go sobie w zielonej koszulce, przygniecionego fragmentem muru i żeliwnym grzejnikiem. Potrząsnął głową, żeby przegnać ten widok i mocniej zacisnął palce na ciemnoszarym materiale.

– Co z nimi!

– Uspokój się. – Mężczyzna w prochowcu strącił dłonie Wertycha z zaskakującą łatwością. Jednym ruchem, jakby strzepywał dwie natrętne muchy. Potem przyczesał dłonią tłuste włosy, niesforne kosmyki zawijając za uszy i schylił się, sięgając po coś leżącego pod nogami. To było zdjęcie, które Robert zabrał, uciekając z domu. Łebski przyjrzał się mu uważnie, a potem oddał je właścicielowi.

– Skup się proszę. Powiedziałem połowa ludzkości. Dzieci żyją. Twoja żona i ojciec nie.

– Ale jak to, dlaczego? – zapytał raz jeszcze Robert załamującym się głosem. Łzy nabiegły mu do oczu. Kolana się pod nim ugięły. Czuł jednocześnie ulgę i rozpacz. To jakiś obłęd. Basia? Tata? Kto jeszcze?

Moja Basia… Stał z zaciśniętymi pięściami, wpatrzony tępo w zasnute chmurami niebo. Jego dzieci straciły matkę. Musi je odnaleźć! Opowiedzieć wszystko! Jak to przyjmą? Jak im to powie? Jak teraz da radę? Musi być delikatny. Będzie musiał się nimi zająć. Już zawsze będzie się nimi zajmował. Sam.

A świat, jak okiem sięgnąć, przeistoczył się właśnie w jakiś dymiący krajobraz z filmu katastroficznego. I to amerykańskiej produkcji z ogromnym budżetem.

Serce waliło mu jak młot, czuł tępy ból w skroniach, gdy krew uderzała z każdym skurczem pompy, rozrywającej klatkę piersiową. Ze strachu. Z gniewu na własną bezsilność.

Basia. Przecież mieli zacząć wszystko od nowa.

Obcy przyglądał się mu z obojętnością. Poruszył wargami, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko zacisnął usta. Na śniadej twarzy wyglądały jak sina szrama. Robert wodził wzrokiem od oczu do warg nieznajomego, szukając najmniejszej oznaki świadczącej, o tym, że tamten żartuje, zmyśla, nabiera go. Zbyt łatwo mu uwierzył. Skąd ta pewność, że mówi prawdę? Właściwie kim mógł być ten człowiek? Nie jest z policji. I raczej na pewno nie pracuje dla żadnych służb. Zatem kto to jest? I skąd to wszystko wie? A jeśli jednak kłamie, to jaki ma w tym interes?

Tylko że Robert czuł i wiedział, że Basia nie żyje.

 

***

 

– Dlaczego!? Na Boga! Dlaczego? – powtarzał te słowa jak jakąś mantrę. Osunął się na kolana i ukrył twarz w dłoniach. Czoło zaryło w stertę gruzu, wzbijając obłok pyłu. Potem zasłonił głowę rękami i głośno załkał.

Po krótkiej chwili poczuł lekkie kopnięcie w bok. Po nim drugie, mocniejsze.

– Posłuchaj mnie, Robercie – w głosie obcego dało się wyczuć irytację. – Nie możesz się teraz rozklejać. Nie mamy na to czasu. Poza tym nie jest jeszcze za późno. – Łebski wydawał się zupełnie nie przejmować faktem, że czyjeś życie właśnie runęło w bezdenną przepaść.

Wertych spojrzał zza rękawa na stojącego nad nim mężczyznę. Czy potrafiłby go zabić? Inaczej – czy zdołałby to zrobić? – Zupełnie obce i zaskakujące pytania tłukły się w skołatanej głowie. Po chwili jednak dotarł do niego sens ostatnich słów nieznajomego.

– Zaraz… Na co nie mamy czasu?

Łebski nie odpowiedział.

– Na co nie jest za późno? – zapytał Robert, rozpaczliwie łapiąc się ulotnej nadziei.

Pytania były jak dmuchnięcia, które rozpalają płomień z małej iskry. Może to tylko sen? I może właśnie ten człowiek wie, jak się obudzić? Za moment w jego głowie szalał już pożar myśli.

Przybysz przyglądał mu się z dziwnym uśmiechem na twarzy.

– Możesz to jeszcze zmienić, człowieku. To twój wybór.

W głowie Roberta Wertycha zrobiło się nagle pusto i cicho. Oddech schował się w piersi, a serce zatrzymało w wyczekiwaniu.

Cały zamienił się w słuch.

 

***

 

– Wybieraj. Musisz zadecydować. Tu i teraz. Połowa za połowę. – Głos obcego był stanowczy i natarczywy.

Przystanęli przy końcu Zielonej Alei, pod jedynym ocalałym kasztanowcem. Słońce stało już wysoko na niebie. Obok nich przechodzili jacyś ludzie. Zapewne moi sąsiedzi – pomyślał Robert. Mrużąc oczy, próbował wypatrzyć jakieś znajome twarze, lecz wszyscy wydawali się mu obcy. Niektórzy byli półnadzy, inni w piżamach i szlafrokach, jeszcze inni ubrani w eleganckie garsonki lub garnitury, w jakich wybierali się do pracy. Wielu wyrwanych ze snu, z porannych kąpieli, od kuchennych stołów ze śniadaniem. Błądzili wśród zgliszczy, szukając bliskich. Nawołując żałośnie. Płacząc i lamentując.

Połowy z nich nie znajdą – przemknęło mu przez głowę, a po ciele prześlizgnął się zimny dreszcz.

– Jaka jest twoja decyzja? – nalegał zniecierpliwiony Łebski.

Głos wyrwał Roberta z zamyślenia. Szok już chyba minął. Uspokoił się i opanował strach. Ulotniła się również pewność, jaką poczuł pod miażdżącym spojrzeniem dziwnych oczu nieznajomego. Może to wszystko było tylko wytworem umysłu? Może jest w większym szoku, niż mu się wydawało? Może walący się sufit jednak spadł mu na głowę i teraz mózg go zwodzi? Czy nie powinien, tak jak pozostali, poszukać rodziny? Barbary? Na lotnisku, na trasie do domu? Choćby pieszo. Właściwie, dlaczego słuchał tych bzdur? Dlaczego w ogóle słuchał obcego faceta? To na pewno mistyfikacja. Ten cały Łebski w sprytny sposób próbuje wykorzystać kilka nieznanych mi informacji i nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Gra na emocjach i bawi się moim kosztem… Jestem skołowany i nie odróżniam prawdy od fałszu – zdiagnozował. I niemal słyszał, jak zdrowy rozsądek kołacze do bram rozchwianej świadomości. Jednocześnie, gdzieś znacznie głębiej, czuł mimo wszystko, że dziwny przybysz w szarym płaszczu mówi prawdę. Jakby zasiane w duszy Roberta przekonanie zapuściło już korzenie. A to oznaczało, że Basia nie wróci.

– Tak – powiedział na głos.

– Co znaczy „tak”? – Łebski wydał się jeszcze bardziej zniecierpliwiony.

– Pytałeś, czy chciałbym dokonać zamiany. A więc tak. Chcę to cofnąć. Chcę, żeby moja żona żyła, żeby ojciec żył. Niech tak się stanie.

Łebski wykrzywił cienkie wargi w dziwacznej parodii uśmiechu i odwrócił się na pięcie.

– Dobra. To chyba wystarczy.

Robert patrzył długą chwilę za odchodzącym mężczyzną. To już wszystko? Co miało oznaczać, że chyba wystarczy?

I nagle coś sobie przypomniał. Coś bardzo ważnego.

– Poczekaj!

Cała krew spłynęła mu do nóg, ale ruszył niezdarnie w pogoń za szarym płaszczem. Łebski przystanął, pozwalając się dogonić. Robert potykał się, zataczał, wreszcie przewrócił pod nogami obcego. Zaraz jednak się podniósł i otrzepał kolana. Potem chwycił za ubrudzony rękaw palta i gwałtownym szarpnięciem odwrócił obcego w swoją stronę.

– A nasze dzieci? Piotrek i Ania? Co będzie z nimi?

Albert Łebski wzruszył ramionami.

– Widzę, że nadal nic nie rozumiesz. Powiedziałem przecież wyraźnie. Ty wybierasz.

Dopiero teraz Robert uprzytomnił sobie, co to oznacza. Na skraju myśli, na samym ich obrzeżu, zamajaczyła jasnozielona tkanina.

– Chcę to odwołać.

Boże! Co ja narobiłem! Zabiłem swoje dzieci! – głos w głowie zawył z przerażenia.

– Odwołuję to, co powiedziałem! Słyszysz?! Albo nie, czekaj… Tak! Odwołuję! Cofam swoje słowa! Rozumiesz?! Co ja, kurwa, narobiłem! Zatrzymaj to! – wykrzyczał, szarpiąc płaszcz Łebskiego.

Tamten znowu strząsnął ręce Wertycha z równie dziecinną łatwością i cofnął się o krok. Z błyskiem w oku, włosami rozwianymi na wietrze i grubą księgą ściśniętą w szponiastych palcach, wyglądał jak szalony kaznodzieja. Spojrzał w niebo, a wzrok Roberta powędrował śladem tego spojrzenia. Nad ich głowami atramentowe chmury gnały na wschód z niespotykaną prędkością. Słońce jakby zadrżało od własnego gorąca. Miało teraz wyraźnie pomarańczową barwę.

Wydawało się, że Łebski będzie krzyczał, jednak niespodziewanie odezwał się delikatnym szeptem.

– Naprawdę mi przykro, Robercie. Jest już za późno.

Wertych zbladł i z wrażenia aż siadł na ziemię.

 

***

 

Gdy drzwi jeepa zatrzasnęły się za Barbarą, Robert wciąż kucał, na przysypanym gruzem ganku, z twarzą ukrytą w dłoniach. Nie mógł jechać z żoną. Oprócz Basi poobijane auto sąsiada, którego nazwiska nie pamiętał, zabrało jeszcze cztery bardziej poszkodowane osoby. Wertych był niemal pewny, że jeszcze wczoraj były wśród tych, którym podczas trzęsienia ziemi nie spadł włos z głowy. Jak dowiedział się od kierowcy, ze Świętego Wojciecha zostały zgliszcza, ale Szpital Wojewódzki jakimś cudem przetrwał katastrofę. Ogólne zniszczenia były ogromne, a ofiary liczono prawdopodobnie w milionach. – To już szósty kurs jeepa i zapewne nie ostatni. Basię zawiozę po znajomości, nie wygląda przecież na potrzebującą pomocy – powiedział bezimienny sąsiad, wyraźnie przejęty i dumny z tego, co robi.

Wertych nie miał zamiaru wyprowadzać go z błędu. Według wiedzy Roberta ofiar było nie mniej niż kilka miliardów, a kataklizm ogarnął całą planetę.

Nie próbował również wyjaśniać, że to właśnie on, we własnym mniemaniu, odpowiada za śmierć tych, którzy zginęli i ocalenie pozostałych. Z pewnością wzięliby go za nieszkodliwego wariata. Przecież sam zaczął podejrzewać siebie o szaleństwo.

Jednocześnie jednak, po raz pierwszy od dłuższego czasu, w głowie Wertycha zapanował spokój. Czuł również, że gniew i rozpacz wyostrzyły umysł i zmysły.

Przypomniał sobie dokładnie wszystkie wydarzenia od chwili, gdy na jego głowę posypał się sufit w łazience. Także okoliczności, w jakich dokonała się zamiana. Gdy jednym nierozważnym słowem zdecydował, że Barbara będzie żyła, a życie stracą jego dzieci.

Pamiętał, że stracił przytomność, a gdy się ocknął, ponownie siedział na stercie gruzu przed zawalonym domem. Świat wyglądał nieco inaczej, ale nadal był to świat po kataklizmie.

Nowy poranek różnił się od poprzedniego jeszcze jednym szczegółem – w prawej dłoni Robert ściskał pogniecioną ulotkę reklamową jakiejś knajpy. Nazywała się „U Bertiego” i mieściła przy Alei Wierzbowej. A pod fikuśnym logiem ktoś dopisał ołówkiem trzy słowa: „Przyjdź przed północą”.

Zapewne Łebski ma dla mnie kolejną propozycję – domyślił się, gniotąc kartkę w palcach.

Przypomniał sobie, że w tamtej właśnie chwili coś odwróciło jego uwagę od ponurych myśli. Podniósł się wtedy na dźwięk kroków i zmrużył oczy – kilka metrów dalej stała kobieta. Wyglądała, jakby przed chwilą wygrzebano ją z grobu – sztywne od pyłu, sterczące na wszystkie strony włosy, eleganckie przedtem ubranie miała w strzępach, wykrzywione buty na połamanych obcasach zmuszały ją do przyjęcia pokracznej, przechylonej postawy. Jej twarz pod rozmazanym od płaczu makijażem wydała mu się znajoma.

– Pan Wertych? Tata Ani i Piotrusia? – zapytała.

Robert przytaknął skinieniem głowy. W gardle rosła mu powoli wielka kula, która zapychała mu usta od środka. Nie był w stanie wypowiedzieć słowa.

Z trudem rozpoznał tę kobietę. Mieszkała niedaleko i była matką wrednego i wrzaskliwego chłopca, z którym Ania chodziła do klasy. I który, jak sobie wtedy uświadomił, pojechał na ten sam obóz co jego dzieci. Pamiętał nawet, że rozmawiała z Barbarą, gdy odprowadzali Anię i Piotrka do autokaru.

– Słyszał pan, co się stało? Czy Basia wie, co się stało? – głos jej się łamał. Miała zdarte gardło i targały nią spazmy jakby po długim, wyczerpującym płaczu.

Nie słyszał. Wiedział. I dopóki tylko wiedział i nie usłyszał wprost od nikogo, kto byłby prawdziwy, rozpoznawalny i pochodził ze znanego mu świata sprzed kataklizmu, potrafił sobie z tym radzić. Zagłuszać i nie zwariować.

Kobieta wciąż mówiła, ale nie chciał tego słuchać. Odwrócił się i zaczął iść przed siebie. Wciąż krzyczała, gdy minął zakręt ulicy. O psie. Pamiętał, że krzyczała o jakimś psie i nadziei.

Pozbądź się nadziei, głupia kobieto. Zabiłem nasze dzieci. A jeśli będą znów żyły, ty ich na pewno nie zobaczysz.

Szedł dalej, nie oglądając się za siebie. Przystanął na chwilę zaskoczony, gdy tuż przed jego nosem przebiegł kilkuletni wyrostek z odtwarzaczem DVD pod pachą. Miał na sobie jasnozieloną koszulkę. Coś wtedy pękło w Robercie i zapłakał głośno nad losem swoim, dzieci i całego świata.

Długo krążył po okolicy, unikając kolejnych spotkań i uciekając od ludzi. Nie chciał słuchać tego, co mają mu do powiedzenia. Ich wieści, lamentów i próśb.

Aż wreszcie wrócił pod swój dom. Okazało się, że w samą porę – Barbara zjawiła się niedługo potem. Nie miał pojęcia, jak dotarła tutaj z lotniska i nie chciał pytać. Gdy zobaczył jej sylwetkę na końcu ulicy, zerwał się z miejsca i pobiegł, nie zważając na ostre odłamki kaleczące bose stopy. Ale gdy wziął ją w ramiona, stała sztywno i bez ruchu. Kiedy opowiadał, jak bardzo się cieszy na jej widok, tylko przytakiwała głową. Nie reagowała, gdy obsypywał pocałunkami jej twarz i włosy. Bez wątpienia była w szoku.

A potem zesztywniała jeszcze bardziej w uścisku męża, jakby nad męskim ramieniem ujrzała coś, co sparaliżowało jej ciało. Ducha lub upiora. Robert wypuścił ją z objęć i spojrzał za siebie. Kilkanaście metrów za nim stała ta sama kobieta, która zaczepiła go wcześniej. Jej wykrzywiona w grymasie rozpaczy twarz i czerwone, zapłakane oczy opowiedziały Basi wszystko, czego on sam nie zdążył powiedzieć. I o czym bał się powiedzieć w tej chwili.

Bo o swoim udziale w tym, co się stało, nie powiedziałby jej nigdy.

Przypomniał sobie teraz, że zanim wsiadła do jeepa, jadącego do szpitala, pożegnał ją tylko krótkim uściskiem i nie powiedział nawet słowa. Nie mógł patrzeć na jej cierpienie i nie potrafił przebić się przez mur, jaki postawiła wokół siebie. Od dawna rósł między nimi, ale teraz był niebotycznie wysoki i grubszy niż kiedykolwiek.

Za to w myślach pożegnał ją tak, jakby mieli się już nigdy nie spotkać. Przecież jego nadzieją na przywrócenie do życia dzieci była jej śmierć. Nic dziwnego, że poczuł się wówczas, jakby planował zabójstwo Barbary. Jakby upragnione zmartwychwstanie Ani i Piotrka było również alibi dla pozbycia się kobiety, którą kochał, a która przestała kochać Roberta…

Pamiętał to wszystko jak przez mgłę i nie miał pojęcia, jak długo kucał z twarzą w dłoniach po odjeździe żony. Ale teraz uznał, że już wystarczy i pora coś z tym wszystkim zrobić. I miał nadzieję, że starczy mu sił i odwagi. Cokolwiek to miałoby być.

 

***

 

Dom Wertychów wciąż był zniszczony. Tymczasem budynki, które widział wcześniej w ruinie, teraz znów stały w większości, bez poważniejszych śladów kataklizmu. Za to inne legły w gruzach.

Zupełnie jak on sam.

Nie potrafił zebrać myśli i pogodzić się z wydarzeniami ostatnich godzin. A gdy wracał w okolice rumowiska, w które obróciło się jego życie, ogarniał go niewypowiedziany, paniczny strach. Nie miał już na kogo czekać, dlatego wolał spędzić ten czas z dala od znajomych miejsc i błąkał się godzinami po zdewastowanym parku i ruinach najbliższego kwartału. Wypłakując oczy i zdzierając gardło.

Po drodze spotkał jeszcze kilka osób, ale żadna z nich nie zwróciła na niego uwagi. Ludzi zrozpaczonych stratą kogoś bliskiego było dziś w okolicy całe mnóstwo.

Tak jak mówił Łebski, nie działały telefony, internet, media i transport publiczny. Władze milczały, a policja i wojsko działały na własną rękę, kierując się zapewne jakimiś instrukcjami na wypadek kryzysu. Robert miał to, szczerze mówiąc, w dupie. Podobnie jak nie pojmował, jakim cudem to wszystko było możliwe. Jakie moce – kosmiczne czy boskie – zdolne były do takich transformacji otaczającej go rzeczywistości? I kim, do diabła, jest Albert Łebski? – zastanawiał się gorączkowo. Zostaw to, myśl o swoich bliskich – upominał się zaraz w duchu.

Być może powinien ruszyć pieszo, w ślad za jeepem sąsiada – od szpitala dzieliło go zaledwie kilka kilometrów. Jednak, zamiast skupić się na ocalonej żonie, w głowie miał tylko jedno – dorwać Łebskiego i odkręcić to wszystko raz jeszcze. Uratować Anię i Piotrka.

I pewnie dlatego nie miał odwagi, by ponownie spotkać się z Barbarą.

Zaczął biec. Z początku niezdarnie, przystając za każdym razem, gdy bosa stopa trafiła na coś ostrego lub kanciastego. Potem szybciej i pewniej. Po chwili biegł już bez wytchnienia przez zgliszcza i ruiny czerpiąc siłę z bezsilności, przetwarzając swoją wściekłość w dżule czystej energii. A moc mięśni rosła wraz z rosnącą w sercu rozpaczą.

Nogi same poprowadziły Roberta w okolice Alei Wierzbowej.

Zapadał wieczór. Silny wiatr szumiał w liściastych koronach nielicznych ocalałych drzew. Po krzywym chodniku toczyła się pusta puszka.

Podobnie jak w okolicach domu Wertychów, część latarni ulicznych z niewiadomych przyczyn wciąż błyskała przerywanym światłem, mimo że zniszczone miasto pogrążone było w ciemnościach. Mogło być około dziewiątej wieczorem, większość ocalałych posesji pogrążona już była w ciszy i mroku. Zamilkły płacze i gniewne okrzyki, które słyszał wcześniej podczas wędrówki przez piekło. Zapewne ich mieszkańcy ze strachu pozamykali drzwi, pozaciągali żaluzje i kotary w oknach, i przy świecach, w milczeniu, rozpaczali w gronie najbliższych – pomyślał. Sam jednak nie miał zamiaru zamykać się w jakiejś norze, licząc na łaskę i niełaskę losu, Boga czy innych mocy sprawczych odpowiedzialnych za zniszczenie jego życia. Jeśli ma się ponownie spotkać z człowiekiem, który za tym wszystkim stoi i zawalczyć o swoich bliskich, musi mieć po swojej stronie jakieś argumenty. A przynajmniej jednego asa w rękawie.

Kilkadziesiąt metrów dalej, w miejscu, gdzie aleja krzyżowała się z jedną z bocznic prowadzących do kolejnego szeregu zniszczonych domków, znajdował się komisariat policji. Wyglądało na to, że wyszedł z katastrofy bez większego szwanku. Front również skrywał mrok, jednak Robert zauważył, że w oknie na tyłach jednopiętrowego budynku pali się mdłe światełko. Prawdopodobnie świeca. Nie namyślając się długo, potruchtał w tamtą stronę.

Posterunek wydawał się opuszczony. Wertych minął schody prowadzące na taras i trzema długimi susami przemierzył trawnik rosnący wzdłuż bocznej ściany budynku. Gdy przeskakiwał nad ogródkiem skalnym, zahaczył nogą o coś miękkiego i bezwładnego i stracił równowagę. Wylądował na kolanach, rękoma amortyzując upadek. A gdy spojrzał za siebie, zamarł ze zgrozy. W słabym świetle sączącym się z okna rozpoznał kształt przeszkody.

Potknął się o czyjeś ciało.

Od czasu, gdy zobaczył zwłoki chłopca w zielonej koszulce, Robert obserwował skutki katastrofy jak przez mgłę, albo raczej filtr nałożony przez zszokowany mózg. Mówiąc dokładniej, umysł Roberta nie analizował zarejestrowanych obrazów apokalipsy i nie rozkładał ich na elementy. Syntetyzował martwe i okaleczone ciała, które znalazły się w polu widzenia w jeden rozmazany obraz, razem ze zgliszczami, rumowiskiem, wrakami samochodów i całą resztą. W tej swoistej znieczulicy bardzo pomocny okazywał się również brak okularów.

Teraz było jednak inaczej. Kolejne martwe ciało leżało tuż przed jego nosem. Dotknął je. Poruszył. I teraz skoncentrował się wyłącznie na tym widoku. Wstrzymując oddech, Robert poczłapał na czworaka bliżej głowy leżącego. Dostrzegł mundur, siwe, gęste bokobrody. Młodszy inspektor Zygmunt Poręba. Komendant.

Robert nie miał pojęcia, co zabiło leżącego na trawniku mężczyznę i nie chciał tego wiedzieć. Może zawał, może wylew. Żadnych obrażeń zewnętrznych nie dostrzegł.

Porębę spotkał tylko raz, w oficjalnych okolicznościach. Zapamiętał go jako aroganta o niczym niezmąconej pewności siebie. Zastanowił się nad tym przez moment, wpatrzony w zimne ciało. I na co mu ona przyszła? Leżał teraz z twarzą w grządce kwiatków.

Właśnie. Ostatnia myśl zaniepokoiła Roberta. Jak to się stało, że do tej pory nikt nie zauważył ciała policjanta leżącego kilka metrów od posterunku? Żaden z jego podwładnych nie zajrzał tutaj po katastrofie? Robert rozejrzał się nerwowo na boki. Pogrążona w półmroku aleja i podwórze były puste i ciche. Tylko gdzieś daleko ujadał pies. Cały ten wieczór, gwiazdy na niebie, dziwne napięcie wiszące w powietrzu – świat wydawał się jeszcze bardziej obcy i nie do końca realny. Robert namyślał się tylko przez chwilę. Naciągnął rękawy marynarki na dłonie i przez materiał otworzył skórzaną kaburę przytroczoną do policyjnego pasa. Stary gliniarz nosił walthera P-99.

– Pomszczę cię – wyszeptał, czym zaskoczył samego siebie. Potem wygrzebał ze spodni martwego Poręby paczkę pall malli i zapalniczkę. Łup ukrył w kieszonce koszuli.

Buty policjanta okazały się o numer za małe i z trudem wcisnął je na obolałe stopy. Na razie musiały wystarczyć.

Następnie podniósł się z kolan i kuśtykając wrócił na chodnik przed budynkiem. Otrzepał spodnie, wytarł ubrudzone dłonie. Przylizał zmierzwione włosy. Broń schował do kieszeni marynarki i ruszył na poszukiwanie Alberta Łebskiego.

 

***

 

Knajpę z ulotki znalazł niedługo potem, pośrodku niekończącego się rumowiska. Zobaczył ją z daleka. Ku zaskoczeniu Roberta, “U Bertiego” otoczona była łuną białego światła sączącego się przez szeroką witrynę oraz rzęsiście oświetlona przez w pełni sprawną latarnię uliczną. Jak to było możliwe? – przeleciało mu przez głowę. Nie znalazł jednak sensownej odpowiedzi.

Lokal mieścił się na parterze jednopiętrowej kamieniczki wciśniętej między zabity dechami urzędowy budynek z czerwonej cegły i opuszczony komis samochodowy z powybijanymi szybami wystawowymi. Reszta zabudowań w okolicy legła w gruzach. Co było najdziwniejsze, kamienica stała zaledwie cztery przecznice od domu Wertychów. I chociaż przysiągłby, że wcześniej jej tutaj nie widział i nigdy nie słyszał, by ktoś ze znajomych bywał „U Bertiego”, czy nawet wspomniał tę nazwą przypadkiem, to w przeciwieństwie do otaczającego ją krajobrazu była jak najbardziej realna i prawdziwa.

Jak mogłem ją wcześniej przegapić? – zastanawiał się, zmierzając w stronę rozświetlonego frontu. A kiedy ostatnio zabrałeś Basię na spacer po swojej dzielnicy? – odpowiedział sam sobie pytaniem na pytanie. Kiedy trzymałeś ją pod rękę lub szedłeś ramię w ramię pod parasolem, gdy wokół padał deszcz? A dzieci? Kiedy ostatnio byłeś z nimi w parku? Albo w kinie? Z parkowych placów zabaw chyba już wyrosły.

Poczuł autentyczne zażenowanie.

Ale pójdźmy jeszcze dalej. Kiedy przemierzałeś te uliczki podczas porannego joggingu? Sześć? Siedem lat temu? – nie pamiętał. Okolica się zmieniała, jednak ścieżki, którymi Robert przemieszczał się przez ostatnie lata, nie wiodły takimi uliczkami. Omijał podobne zakątki, dociskając pedał gazu swojego citroena. Właściwie jego świat zaczynał się i kończył przy trawniku przed domem.

Ta właśnie myśl towarzyszyła mu, gdy pchnął szklane drzwi i wszedł do knajpy tuż przed północą.

 

***

 

Albert Łebski siedział przy barze na chromowanym stołku i pił piwo z butelki. Na widok Roberta uśmiechnął się od ucha do ucha i zerknął na postawnego barmana, stojącego za ladą.

– Mówiłem, że przyjdzie na czas, Berti.

Barman przytaknął skinieniem głowy i trzasnął o blat wielką dłonią, spod której wystawał banknot stuzłotowy.

– I tak zaraz wróci do kasy – mruknął. Miał taki sam dziwny akcent jak jego kompan.

– Jak tam żona? – zapytał jak gdyby nigdy nic Łebski, odwracając się na obrotowym siedzeniu w stronę Wertycha. Stówę upchał do kieszeni płaszcza.

– Wysłałem ją do szpitala – odparł Robert, siadając obok.

– Coś się stało? – Długowłosy chudzielec zmarszczył brwi, przyglądając mu się z powagą.

Wertych poczuł, jak krew nabiega mu do twarzy. Czy coś się stało?! – dłoń ukryta w kieszeni kurtki zacisnęła się na chłodnym metalu. Muszę się uspokoić – pomyślał Robert. – Zanim go zabiję, odpowie mi na kilka pytań.

– Kórnik… Miasteczko, w którym znajdował się obóz naszych dzieci, dosłownie zapadło się pod ziemię. Trwają poszukiwania. Na razie znaleźli tylko żywego psa. Mówią, że trzeba mieć nadzieję… – Zamilkł na chwilę, jakby zasłuchał się w ostatnie wypowiedziane słowo. – Ale Basia się załamała i odesłałem ją do szpitala.

– I?

– Jeszcze nie wróciła. Tam pewnie też panuje niezły chaos – odpowiedział bezbarwnym głosem.

– Ale widzę, że ty się jakoś trzymasz. – Łebski upił z butelki.

Rzeczywiście. Robert uzmysłowił sobie, że może i jest przerażony, i załamany, ale jednocześnie dziwnie spokojny. Ania i Piotrek, jego dzieci, nie żyją. Na to wspomnienie znowu zrobiło mu się niesamowicie zimno w piersiach – nie pogodził się z tą myślą, ale już nieco ochłonął. Świadomość, że być może już nigdy ich nie zobaczy, dotarła do niego znacznie wcześniej. Przecież sam o tym poniekąd zadecydował. Ale nie dam sobie wmówić, że to moja wina – przekonywał samego siebie. Tak naprawdę wyrok wydał ktoś inny. Jednak z drugiej strony, po ostatnich niewytłumaczalnych wydarzeniach przestał traktować śmierć jako coś nieodwracalnego.

Pamiętał, jak modlił się, gdy dzieci były jeszcze małe, jak prosił Boga i wszelkie kosmiczne siły, aby wszystkie złe rzeczy, choroby, wypadki, które mogłyby dotknąć ukochane skarby, spadły na niego. Gdyby je stracił bezpowrotnie… Nie, nigdy nie potrafił sobie nawet wyobrazić, co by się stało, gdyby je stracił. A teraz przed obłędem ratowała go wyłącznie nadzieja na ponowne odwrócenie kolei zdarzeń oraz tląca się gdzieś głęboko z tyłu głowy ulotna myśl, gorące pragnienie, by to wszystko okazało się złym koszmarem. A ten facet obok był jego częścią.

Tylko Łebski mógł to wszystko odkręcić – przekonywał sam siebie.

– Kim ty właściwie jesteś? – zapytał na głos i położył rękę z pistoletem na wypolerowanym barze.

Łebski westchnął ciężko.

– Na tak, powinienem to przewidzieć. – Uśmiechnął się pod nosem i znowu łyknął piwa. Potem odstawił butelkę i odwrócił się powoli w stronę Roberta.

Teraz wydał się już mniej szczupły. Był raczej żylasty. Można by nawet rzec, dobrze zbudowany i wysportowany – stwierdził w myślach Wertych.

– I co chcesz wskórać z tym żelastwem, Robercie? Pomyśl lepiej. Świat się wali, twoja załamana żona jest w szpitalu, a waszych dzieci szukają w jakimś kraterze. Jeśli ktoś w ogóle szuka. A ty przychodzisz tutaj i wymachujesz gnatem w miejscu publicznym. – W głosie Łebskiego dało się wyczuć kpinę.

– To ma być rozwiązanie twoich problemów? – zapytał i skinął w kierunku baru.

Robert spojrzał na swoją dłoń. Zamiast wysłużonego policyjnego walthera trzymał w niej otwartą butelkę heinekena. Barman zerkał w ich stronę, uśmiechając się pod niegdyś złamanym i źle nastawionym nosem. Twarz o grubych rysach pokiereszowana była bliznami. Zanim stanął za barem, Berti musiał być wcześniej wykidajłą – pomyślał Robert.

Łebski wyciągnął nogi i wyprostował się na taborecie.

– Jak widzisz, na pewne sprawy nie masz wpływu. Masz jednak ogromny wpływ na inne, o wiele ważniejsze. Jak już ci mówiłem, połowa świata jest martwa. I nie dotyczy to tylko ludzi. To ty zdecydowałeś, która połowa, Robercie. Może nieco zbyt pochopnie. Może nie przemyślałeś sprawy do końca. Zapewne, jak się domyślam, kierowały tobą emocje.

– Ty wredny skurwielu… – zaczął Wertych, ale Łebski powstrzymał go, przykładając palec do cienkich ust.

– Ucisz się, człowieku. Zanim powiesz coś, czego będziesz żałował. I daj mi skończyć. Otóż jak już wspomniałem, masz poważny wpływ na sprawy znaczące. Nie pytaj, dlaczego i przestań wreszcie się nad sobą rozczulać. Jak na razie bardzo mnie rozczarowujesz i naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego wybrano akurat ciebie.

Wybrano? Kto wybrał? I dlaczego akurat mnie to spotkało? Czym zawiniłem? Jakie grzechy muszę odkupić? – płomień w głowie Roberta rozpalał się na nowo.

Tymczasem tamten mówił dalej:

– Ale muszę wierzyć, że wybrano słusznie. Jak do tej pory nie było jeszcze żadnej pomyłki. Bo gdyby się zdarzyła, na pewno nie rozmawialibyśmy sobie teraz przy piwie. – Łebski spojrzał na Bertiego przysłuchującego się ich rozmowie.

Barman wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „A kto to wie?”.

– Nieistotne. Z twojego punktu widzenia decyzja powinna być oczywista. Widziałeś, co się dzieje na zewnątrz. Po prostu zacznij myśleć.

Robert Wertych słuchał w odrętwieniu.

– Myślę, że to wszystko twoja sprawka, tylko nie wiem, jak tego dokonałeś.

Szary mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy.

– Mylisz się. I to bardzo. Pytasz, kim jesteśmy? Odpowiadam: a jakie to ma znaczenie? Może myśl o nas jak o mediatorach. Rozjemcach. Pośrednikach pomiędzy wami a czymś, czego nie jesteście w stanie ogarnąć. – Łebski aż się wzdrygnął. – A ja i Berti… Jakby to ująć… My tylko robimy swoje, aby nadal było tak, jak jest. Pilnujemy tego pieprzonego status quo od bardzo dawna. I musisz pogodzić się z faktem, że w tej sytuacji nie przewidziałem odpowiedzi na twoje pytania. To ja od ciebie oczekuję odpowiedzi. A tak na marginesie, nie uważasz, że decydowanie o losach świata, rozporządzanie czyimś życiem i śmiercią, to wredne zajęcie?

– Słucham? – Robert ocknął się z zamyślenia.

– Decydowanie o losach świata. Pytałem, czy nie uważasz, że to wredne zajęcie.

– Czy uważam? A jakie to ma teraz znaczenie? – zapytał zrezygnowany.

– To chyba oczywiste. Zamierzam dać ci jeszcze jedną szansę. – Mężczyzna w płaszczu zawiesił głos i pociągnął z butelki.

Robert spojrzał w wyblakłe oczy. Głębokie. Czasem szare, a czasem pozbawione konkretnej barwy. Nieludzko zimne. W co chce mnie wrobić tym razem? – zastanawiał się gorączkowo.

– Zastanawiasz się zapewne, po co to wszystko. Mogę ci tylko zdradzić, że całe to widowisko nie jest przygotowane dla jednego uczestnika. Być może właśnie teraz ktoś podejmuje zły wybór i całe twoje poświęcenie pójdzie na marne. Ale na to ty i ja nie mamy wpływu. Mnie interesuje tylko Robert Wertych i wyłącznie jego decyzje. Poznałeś już wagę swoich wyborów. Znasz reguły. Jednak żeby się dokonało co ma się dokonać, nieco je zmienimy. Dlatego tym razem radzę się poważnie zastanowić przed podjęciem ostatecznej decyzji. Jej konsekwencje będą o wiele poważniejsze, niż ci się może wydawać. Zresztą… – Łebski uśmiechnął się ponuro. – Zawsze są takie, uwierz mi. Zrobiliśmy wszystko, żeby ułatwić ten wybór i powinna to być czysta formalność. Lecz jeszcze raz powtarzam, tym razem stawka będzie znacznie wyższa. Bo teraz zagramy o pełną pulę. Oczywiście niczego nie mogę sugerować, wybór będzie należał wyłącznie do ciebie. To bardzo ważne, żeby to był twój wybór. Ty też możesz coś na tym ugrać, ale to musi być twoja i tylko twoja decyzja. – Pomimo pozornie swobodnego tonu, Robert wyczuwał olbrzymie napięcie w głosie rozmówcy i poczuł, że włosy stają mu dęba, a na ciele pojawia się gęsia skórka.

Obcy zajrzał w oczy Wertycha, jakby chcąc się upewnić, że wypowiedziane przed chwilą słowa dotarły gdzie trzeba z odpowiednią mocą.

– Przespaceruj się człowieku, rozejrzyj, przemyśl sprawę dokładnie. Wpadnij tu jutro wieczorem. Bez obaw, Berti na nas poczeka.

Obaj spojrzeli na barmana. Berti skinął potakująco i uśmiechnął się życzliwie. Potem wyjął spod lady butelkę wody oraz trzy batony czekoladowe i podsunął je pod nos zaskoczonego Roberta.

– Weź to. Przyda się na spacerze – szepnął konspiracyjnie niskim głosem.

Gdy Wertych wyszedł, Łebski został w barze, aby dopić w spokoju piwo.

Barman spoglądał dłuższą chwilę w stronę drzwi, za którymi zniknął mężczyzna w tweedowej marynarce.

Damiq* – odezwał się wreszcie kierując spojrzenie na Łebskiego.

Tamten przytaknął głową, podniósł się z taboretu i odparł:

I-nu-ma ilu ib-nu-u a-wi-lu-tam mu-tam iš-ku-nu a-na a-wi-lu-tim**.

Berti westchnął ciężko. Następnie uniósł ruchomą część blatu i wpuścił swojego partnera za bar. Potem naparł dłonią na drzwi prowadzące na zaplecze knajpy.

Ba-la-tam i-na qa-ti-šu-nu ic-ca-ab-tu*** – rzekł, zanim mężczyzna podający się za Alberta Łebskiego, zniknął w półmroku panującym za drzwiami, pokrytymi łuszczącą się, białą farbą.

 

Zaraz za drzwiami zaczynały się schody prowadzące w dół. Mimo ciemności Łebski doskonale orientował się w ich położeniu, ilości stopni, rozmiarach i kształtach. Obok Bertiego był jedyną osobą, która przemierzała te schody w obie strony. Jednak wszystkie wgłębienia i wytarcia w kamieniu wydeptali wspólnie z tymi, którzy przez długie tysiąclecia schodzili po tych stopniach i nie wracali.

Kiedy dotarł na sam dół, przystanął i zamknął oczy, chociaż w absolutnej czerni, jaka go otaczała, zdawało się to bezsensowne. Jednak gdy je ponownie otworzył, otaczający go mrok uległ zmianie.

Stojąc na granitowym podeście rozejrzał się wokół, wstrzymując oddech z wrażenia. Robił tak za każdym razem, gdy oglądał ów niezwykły widok: miliardy gwiazd w bezmiarze kosmosu, otaczającego ze wszystkich stron wyspę z kamienia.

Nie cieszył się długo tym widokiem.

Jego obecność została zauważona. Wzdrygnął się, gdy wszechświat zafalował, a pod powierzchnią usianej punktami światła przestrzeni prześlizgnęły się monstrualne cienie. Rzeczywistość jest jak wierzchnia warstwa – odkrył to już pięć tysięcy lat temu. To nie kwestia innych wymiarów czy wszechświatów. To kwestia poza pojmowaniem naukowym. Chyba że zmieni się samo pojęcie tego, czym jest nauka.

Uniósł obie ręce w górę ukazując puste i otwarte dłonie.

A potem opadł na kolana.

 

***

 

Minęła północ, gdy w złowrogiej ciszy ponownie zadźwięczał dzwoneczek i szklane drzwi zamknęły się za Robertem z głuchym plasknięciem. Ruszył przed siebie w ponury mrok rozjaśniany tylko bladym księżycem i słabymi, żółtopomarańczowymi skupiskami żaru, z którego wiatr podrywał w powietrze małe roje iskier. Kilkaset kroków dalej Wertych rozejrzał się wkoło i osunął z przerażenia na ziemię.

Tym razem nie przetrwał nikt i nic. Krajobraz był niemal płaski. Jak okiem sięgnąć otaczały Roberta zgliszcza i ruiny. Z trudem rozróżniał kształty pod nogami, części z nich raczej się domyślał: martwe ciała zmieszane z betonem, szkłem i stalą. Na ciemnym niebie widział jeszcze czarniejsze słupy dymu wznoszące się nad tym pogorzeliskiem. Po chwili podniósł się, otrzepał spodnie i ruszył w dal na sztywnych nogach.

Otępiały z przerażenia, godzinami wędrował przez scenerię pozbawioną jakichkolwiek oznak życia. Świat zupełnie martwy i zniszczony. Nie było już ulic, nie było parków. Aż po horyzont ciągnęła się panorama gruzowiska pełnego wraków samochodów i kikutów wypalonych drzew. W powietrzu snuły się chmury sadzy i śmierdziało spalenizną. Zrobiło się też niesłychanie zimno. Robert postawił kołnierz marynarki i przykrył dłonią odkrytą część szyi. Po kilku godzinach marszu kapało mu z nosa, a stopy miał zdarte do krwi.

Zaśmiał się w duchu: naprawdę zrobili wszystko, by ułatwić mu decyzję. Wiedział już dokładnie, czego się od niego oczekuje. I nawet poczuł swego rodzaju ulgę, że może wreszcie wziąć sprawy w swoje ręce. Nurtowało go tylko, co Łebski miał na myśli, gdy wspomniał, że także Robert może coś na tym wygrać.

Ale to już nieistotne.

Widział zaledwie fragment tego piekła, ale miał nieuzasadnioną pewność, że tak jest wszędzie. Pusto i martwo. To znaczy prawie wszędzie. W swoim marszu podświadomie zatoczył wielkie koło i wrócił do punktu wyjścia. Bar Bertiego stał na swoim miejscu. Z wnętrza sączyło się ciepłe światło i przytłumiona muzyka.

Robert przysiadł na stercie gruzu naprzeciwko knajpy i przez dłuższą chwilę gapił się na migoczący neon. Potem zdjął z ulgą ciasne buty, dopił wodę i zjadł ostatni baton. Następnie wyjął paczkę papierosów skradzionych Porębie i zapalił, zaciągając się z dawno zapomnianą przyjemnością. Było mu wszystko jedno jak umrze.

Wreszcie wstał, dogasił niedopałek, odetchnął parę razy głęboko i podszedł do frontu ostatniego ocalałego budynku. Pchnął szklane drzwi, a gdy się otworzyły, ponownie odezwał się zawieszony nad wejściem dzwonek. Ze starej szafy grającej, postawionej w kącie sali po prawej, dobiegały dźwięki „Golden Brown” The Stranglers. Kulawy walczyk właśnie się kończył.

 

Golden brown, finer temptress

Through the ages she's heading west

From far away

Stays for a day

Never a frown with golden brown …”

 

Berti powitał późnego gościa skinieniem głowy. Uśmiechał się. Robert podszedł niepewnym krokiem do baru. Wybrał taboret stojący na wprost barmana. Berti znów się uśmiechnął. Jedną ręką wyjął spod lady smukłą szklaneczkę z cienkiego szkła, przypominającą kształtem tulipana, drugą sięgnął po krągłą butelkę. Przez chwilę przyglądał się jej z nabożną czcią.

Balvenie Islay Cask. Na specjalne okazje. Podejrzewam, że to ostatnia butelka na świecie – wyszeptał konfidencjonalnym tonem i nalał bursztynowej cieczy. W powietrzu zapachniało torfem, kwiatami, i morzem.

– Nie macie tu zbyt wielkiego ruchu. – Wertych sięgnął po szklankę i wypił jednym haustem.

– Wręcz przeciwnie – odparł Berti, dolewając mu trunku. – Miałem mnóstwo klientów. Chociaż nie więcej niż jednego dziennie. I jak na razie, interes nadal się kręci.

– Od dawna?

Barman w zamyśleniu podrapał zarost pokrywający wydatną żuchwę.

– Wiem, że to nie jedyne takie miejsce, ale jest chyba tylko jedna taka knajpa. Pamiętam czasy, gdy zamiast ledów oświetlały ją lampy naftowe, wcześniej świece, a przed nimi pochodnie. Jeszcze wcześniej był tu tylko kamienny krąg pod gwiazdami z ogniskiem pośrodku. To wtedy przybyłem do tej krainy z dalekiego południa.

Jego słuchacz poruszył się niespokojnie na stołku. Berti mówił dalej:

– To było na długo przed tym, zanim pewien dobry człowiek złożył siebie w ofierze, dając przykład poświęcenia i nauczając o miłości do bliźniego. Bardzo nam wtedy pomógł w ciężkiej sytuacji. A kolejne wieki były łatwym czasem dla nas i naszej misji. Ale teraz znów jest trudniej. Do tego siły, z którymi negocjujemy utrzymanie status quo, stają się coraz bardziej zachłanne. Sam rozumiesz. – Berti potarł czubek krzywego nosa i zamilkł. Potem zakręcił butelkę i schował ją za barem.

Robert siedział dłuższą chwilę, z trudem przyswajając zasłyszane słowa. Wreszcie skinął na znak, że zrozumiał.

– Dziękuję – powiedział głębokim głosem i wstał, zabierając ze sobą szklankę.

Skierował się w kąt sali i usiadł przy chromowanym stoliku. Jestem gotów – stwierdził w myślach.

Był gotowy.

I tym razem przemyślał swoją decyzję bardzo dokładnie.

 

***

 

Kierowca stuknął w przycisk na desce i zmienił stację radiową.

– „… co roku na świecie ginie bez śladu kilkaset tysięcy ludzi. Część z tych osób znika w nigdy niewyjaśnionych i zupełnie niezrozumiałych okolicznościach…” – informował spiker „Zetki”.

Głos wyrwał Barbarę z zamyślenia. Spojrzała jeszcze raz na czerwoną księgę, którą taksówkarz trzymał w schowku między przednimi fotelami, Wreszcie udało jej się odczytać tytuł na grzbiecie. To była tylko książka telefoniczna. Dziwne wydanie. Nigdy nie widziała podobnego. W tej chwili kątem oka dostrzegła znajome kształty i wyjrzała przez okno. Byli już niemal na miejscu.

Kiedy wjeżdżali w Zieloną Aleję, na skrzyżowaniu minął ich radiowóz. Barbara pozdrowiła Zygmunta Porębę szerokim uśmiechem, a komendant odwzajemnił uśmiech i pomachał ręką. Żółta taksówka zjechała z drogi łagodnym łukiem i przystanęła na żwirowanym podjeździe pod domem państwa Wertychów.

Gdy Barbara gramoliła się z trudem z tylnego siedzenia, zadzwoniła jej komórka.

– Cześć, kochanie. Nie. Jestem już w domu. Właśnie wysiadłam z taksówki… Nie mam pojęcia. Tak. Będzie dobrze. Czuje się już lepiej i lekarze mnie pogonili. Znasz babcię, lubi sobie pohisteryzować. Porozmawiamy, jak wrócicie. A gdzie Piotrek? Przecież on nie ma pojęcia o łowieniu ryb… Tata? Tata niczego go nie nauczył. Zresztą nie chcę teraz o tym rozmawiać. Daj spokój, skarbie… To przykre, ale twój ojciec nawet po mnie nie wyjechał…

– Czterdzieści złotych.

– Słucham? – Barbara oderwała telefon od ucha i spojrzała zaskoczona na kierowcę. No tak, zapomniała zapłacić. Dopiero teraz przyjrzała się mu uważniej. Wyglądał na imigranta. Dziwny akcent, śniada cera. Przód koszuli ubrudzony był tynkiem, tłuste kosmyki ciemnych włosów wypadały zza ucha.

– Należą się cztery dychy.

Gdy wyciągała portfel z torebki, mężczyzna nacisnął klakson. Spojrzała na swoje tobołki, potem na frontowe okna domu. Nikt nie zareagował.

– Może ja pomogę? – Kierowca zawinął niesforny kosmyk za ucho.

Uśmiechnęła się i zaprzeczyła ruchem głowy. Zaraz, przecież miała jakieś drobne na dnie torebki.

– Dziękuję. Dam sobie radę… – Cholera. Gdzie jest Robert? W domu go raczej nie ma. A może minęli się w drodze na lotnisko?

– Przepraszam bardzo. – Taksówkarz wyrósł jak spod ziemi za jej plecami.

Odwróciła się przodem do mężczyzny i cofnęła o dwa kroki. Dłoń szukająca monet natrafiła na pojemnik z gazem, który po wyjściu z lotniska przezornie przełożyła z walizki do podręcznej torby. Obejrzała się jeszcze raz przez ramię na przysłonięte żaluzjami okna. Omiotła szybkim spojrzeniem okolicę. Ulica była pusta. Jednak Barbara pamiętała, że komendant kręci się w pobliżu. To dodało jej nieco odwagi.

– Czego pan chce? – zapytała w miarę pewnym głosem.

– Nazywasz się Barbara Wertych, czyż nie tak?

Powoli wyciągnęła rękę z gazem i zerknęła do torebki. Dokumenty były na miejscu. Skąd zatem…

– Nie mam pojęcia, kim jesteś, ale dla nas obojga lepiej będzie, jak wsiądziesz do swojego samochodu i stąd odjedziesz.

Nieznajomy uśmiechnął się smutno.

– Nic z tego. Musimy porozmawiać. Może wejdziemy do środka? – Spojrzał w górę. Po niebie, aż po linię widnokręgu toczyły się ciężkie, niczym odlane z ołowiu, chmury.

 

 

 

 

 

* damiq (cytaty z eposu o Gilgameszu; jęz. akadyjski – język z grupy semickiej, używany w Mezopotamii od połowy III tysiąclecia p.n.e.) – on jest (był, będzie) dobry;

 

** i-nu-ma ilu ib-nu-u a-wi-lu-tam mu-tam iš-ku-nu a-na a-wi-lu-tim – Kiedy bogowie stworzyli ludzkość śmierć położyli na ludzkość.

 

*** ba-la-tam i-na qa-ti-šu-nu ic-ca-ab-tu – Życie w rękach swych trzymają.

Koniec

Komentarze

Dobry pomysł (choć gdzieś w połowie tekstu można się domyślić, jaki musi być trzeci wybór – to nie wada), dobre wykonanie, ale jednak paru rzeczy się czepnę.

 

Głównie jednego szczegółu, a raczej jego dwóch aspektów – technicznego i merytorycznego. Bardzo nie lubię w literaturze przypisów, zwłaszcza oznaczonych w tekście. Uważam, że jeśli wprowadza się szczegół całkowicie niezrozumiały dla czytelnika, to albo należy go sprawnie wyjaśnić w tekście, albo pozostawić do guglania. Gwiazdki czy numerki w tekście literackim są okropnie irytujące. A na dodatek mam wrażenie, że to, co mówią Berti i Łebski ma być dla bohatera niezrozumiałe, więc dlaczego zachęcasz czytelnika do zjazdu na dół tekstu, żeby sprawdzić, co mówią? Samo wyjaśnienie pod tekstem by wystarczyło. A informacja, że teksty są z Gilgamesza, nad wszystkimi cytatami. Skądinąd akadyjski sensu stricto, czyli ten, w którym zapisano najbardziej znane wersje Gilgamesza, był używany 3 tys. – 1 tys., w czasie dominacji akadyjskiej w Mezopotamii, a uwaga sugeruje, że do dziś ;) Pomijając już fakt, że bohaterowie tego eposu powinni mówić po sumeryjsku, bo zapis akadyjski jest nieoryginalny dla eposu, to troszkę tak, jakbyś kazał jakiemuś powiedzmy Abrahamowi mówić po grecku albo po łacinie.

 

Troszkę z początku nie spasowało mi też to nagłe przejście do punktu widzenia “Łebskiego” po tych wtrętach gilgameszowych. Oczywiście, wypada czytelnikowi coś wyjaśnić (zrobić kawałeczek infodumpu) i trudno to zrobić inaczej. Ale ponieważ do tego czasu wszystko masz bardzo konsekwentnie tylko z punktu widzenia Roberta, to troszkę razi, zwłaszcza zapisane tak samo jak reszta tekstu i po raz pierwszy pojawiające się dopiero tutaj. A ponieważ jest to punkt zwrotny w sensie dosłownym, może warto by to jakoś wyróżnić w tekście.

 

Nie podobają mi się też wtręty z angielskimi piosenkami, uważam, że nic nie wnoszą, a są lekko pretensjonalne.

 

Łapanka zapewne niepełna, bo tekst długi i dobrze się czytający, więc nie chciałam skupiać się na każdym przecinku, wolałam czytać.

 

Dokładnie o siódmej czternaście rano rzeczywistość zatrzęsła się w posadach i straciła resztki przyzwoitości. Dla Roberta Wertycha, który akurat golił się w łazience przed wyjazdem na lotnisko, właśnie o tej godzinie świat runął…” – podejrzewam, że to celowe, ale mimo że przysłówki są różne, miałam wrażenie powtórzenia. Nie jestem pewna, czy to źle, zwracam tylko uwagę.

 

“wypił swoje poranne flat white” → swoją poranną, bo to kawa

 

“płomień ich miłości rozpali się nowym żarem“ – pomijając być może celowe wyświechtanie metafory, coś mi tu frazeologicznie nie gra

 

“był równie przerażony[-,] jak Barbara”

 

“Z makabrycznym widokiem[+,] wyświetlającym się…”

 

“Nigdy nie wiedział[+,] co należy robić.”

 

“Nawet gdy jej nie było w pobliżu[+,] odczuwał na sobie ciężar tego spojrzenia.”

 

“Nigdy nie wiedział co należy robić. W kościele podczas ceremonii ślubnej, w górskim schronisku w środku nocy, gdy rodzina czekała przemoknięta, za oknem szalała burza, a facet na recepcji twierdził uparcie, że nie ma wolnych pokoi. Albo u mechanika, który zapewnia, że nie da się nic zrobić na czas i jednocześnie mruga okiem. Zapamiętał z tych wszystkich razów spojrzenie Barbary.

Zawsze takie samo. Nawet gdy jej nie było w pobliżu odczuwał na sobie ciężar tego spojrzenia. Czuł je również w tej chwili.

Okolica pogrążona była w chaosie i nie miał pojęcia, co mógłby zrobić, żeby go w najmniejszym stopniu opanować. Starał się uratować tego chłopca, prawda? Zrobił zatem więcej niż się po sobie spodziewał.

Celowe to powtarzanie?

 

“gwałtownej ewakuacji” – nagłej?

 

“Być może jednak[+,] miał taką nadzieję, ucieszy się, że jemu nic się nie stało”

 

“Mówiąc te słowa[+,] obcy oglądał z zainteresowaniem rumowisko“

 

“Tymczasem tamten nadal kręcił się po zgliszczach[+,] jakby oceniając skutki katastrofy.”

 

“Także okoliczności, w jakich dokonała zamiana.“ → dokonała się

 

“Nie miał pojęcia[+,] jak dotarła tutaj z lotniska…”

 

“Wypłakując oczy i zdzierając gardło.” – domyślamy się, że się błąkał, to robiąc, ale nie wygląda to najlepiej, zwłaszcza od nowego akapitu

 

“Ludzi zrozpaczonych stratą kogoś bliskiego było dziś w okolicy całe mnóstwo.” – tu mam wątpliwość natury “logicznej”. Skoro zginęła połowa ludzkości, to chyba jednak każdy kogoś stracił, a nie tylko mnóstwo ludzi?

 

“zahaczył nogą o coś miękkiego i bezwładnego[-,] i stracił równowagę.”

 

“Buty policjanta okazały się o dwa numery za małe i z trudem wcisnął je na obolałe stopy.” – o dwa numery za małych raczej nie ma szans w ogóle wcisnąć, zwłaszcza na obolałe, a zatem i opuchnięte stopy

 

“U Bertiego”[-,] otoczona była

 

“Jak to było możliwe? – przeleciało mu przez głowę. Nie znalazł jednak sensownej odpowiedzi.”

Tu już mam wrażenie, że jakkolwiek Robert ma pełne prawo być w szoku, jest jednak dziwne, że nie dostrzega w tym wszystkim jakiejś nierzeczywistej siły ;)

 

“Być może właśnie teraz[-,] ktoś podejmuje zły wybór”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Serdecznie dziękuję, Drakaino, za lekturę i wszystkie uwagi. Oczywiście poprawki techniczne wprowadzę jak najszybciej (interpunkcja, powtórzenia).

Odnośnie do przypisów – być może warto usunąć gwiazdki, muszę nad tym pomyśleć. Język, jakim posługują się Łebski i Berti to najstarszy tłumaczony język, jaki znalazłem w sieci. A zależało mi, żeby był naprawdę starożytny, a cytaty miały jakieś sensowne nawiązanie do sytuacji fabularnej.

Zarzut headhoppingu przyjmuję na klatę. Narrator towarzyszy Robertowi, potem go pozostawia dla Łebskiego (na chwilę) i Barbary (w finale). Tak mi się to kompozycyjnie złożyło i wyobraziło.

Dzięki również za miłe słowa dotyczące pomysłu i wykonania. Cieszy mnie, że tekst jest Twoim zdaniem "dobrze czytający się", a także fakt, że z miejsca zauważasz to, co chyba najistotniejsze w tekście – trzeci wybór bohatera.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Opisujesz wypadki osobliwe, wręcz nadprzyrodzone, a ponieważ, jak zalecał Hitchcock, zacząłeś od trzęsienia ziemi, spodziewałam się, że napięcie będzie rosło. Niestety, zawiodłam się, bo choć Czystą formalność czytało się naprawdę nieźle, to szczególnych zaskoczeń nie było. Zastanawiam się tylko, dlaczego do tej misji wybrano właśnie Roberta Wertycha…

 

po­wtó­rzył w my­ślach, roz­glą­da­jąc co jakiś czas…–> …po­wtó­rzył w my­ślach, roz­glą­da­jąc się co jakiś czas

 

Ja­skra­we oświe­tle­nie od­bi­ja­ło się w du­żych szy­bach wi­try­ny i nie po­zwa­la­ło do­strzec świa­ta na ze­wnątrz. Ro­bert Wer­tych wi­dział za to wy­raź­nie, ni­czym w lu­strze, roz­świe­tlo­ne bia­łym świa­tłem… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

– Zgoda – od­po­wie­dział, nie cze­ka­jąc na py­ta­nie. –> Skoro nie było pytania, to dlaczego jest odpowiedź?

Przypuszczam, że rzecz wyjaśni się w dalszym ciągu opowiadania, ale tu brzmi to dziwnie.

 

„Przy­ja­dę po cie­bie na lot­ni­sko. Twój mąż.” –> Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Rozumiem jednak, że to SMS i mógł zdarzyć się błąd.

 

Wypił kawę i zjadł tosta… –> Wypił kawę i zjadł tost

 

W Po­zna­niu nie ma trzę­sień ziemi! – skon­sta­to­wał w zdu­mie­niu… –> Na czym polega bycie w zdumieniu?

Proponuję: W Po­zna­niu nie ma trzę­sień ziemi! – skon­sta­to­wał zdumiony

 

a facet na re­cep­cji twier­dził upar­cie… –> …a facet w re­cep­cji twier­dził upar­cie

 

Sie­dział więc roz­trzę­sio­ny na po­ła­ma­nym krze­śle… –> Skoro krzesło było połamane, to jak mógł na nim siedzieć?

 

włosy przy­by­sza opa­da­ły na kark i koł­nierz be­żo­we­go płasz­cza. –> Wcześniej płaszcz był szary.

 

Zła­pał ob­ce­go za poły płasz­cza i pchnął… –> Raczej: Zła­pał ob­ce­go za klapy płasz­cza i pchnął

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

Ro­bert wo­dził wzor­kiem od oczu do warg nie­zna­jo­me­go… –> Literówka. Jedna z moich ulubionych. ;)

 

Czoło za­ry­ło w ster­tę gruzu, wzbi­ja­jąc obłok pyłu. –> Skoro zarył czołem w stertę gruzu, to powinien poharatać sobie czoło do krwi.

 

wy­krzy­czał, szar­piąc za poły płasz­cza Łeb­skie­go. –> Musiałby się schylać, żeby szarpać za poły.

 

Gdy drzwi jeepa za­trza­snę­ły się za Bar­ba­rą… –> Raczej: Gdy drzwi dżipa za­trza­snę­ły się za Bar­ba­rą

Używamy pisowni spolszczonej.

 

ubra­nie miała w strzę­pach, po­ła­ma­ne i wy­krzy­wio­ne buty na ob­ca­sach… –> Chyba dość trudno jest połamać buty.

Proponuję: …ubra­nie miała w strzę­pach, wy­krzy­wio­ne buty na połamanych ob­ca­sach

 

miesz­kań­cy ze stra­chu po­za­my­ka­li zamki w drzwiach–> Zamykamy drzwi, używając do tego zamków/ zasuw/ kluczy.

Proponuję: …miesz­kań­cy ze stra­chu po­za­my­ka­li drzwi na zasuwy/ na zamki/ na klucze

 

A gdy obej­rzał się za sie­bie, za­marł ze zgro­zy. –> Masło maślane. Czy mógł obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: A gdy obej­rzał się, za­marł ze zgro­zy. Lub: A gdy spojrzał za sie­bie, za­marł ze zgro­zy.

 

i nie roz­kła­dał ich na ele­men­ty skła­do­we. –> Nie brzmi to z byt dobrze.

 

Ko­lej­ne mar­twe ciało le­ża­ło tuż przed jego nosem. Do­tknął go. –> Piszesz o ciele, które jest rodzaju nijakiego, więc: Do­tknął je.

 

Stary gli­niarz nosił Wal­the­ra P-99. –> Stary gli­niarz nosił wal­the­ra P-99.

Nazwy broni piszemy małymi literami. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Za­miast wy­słu­żo­ne­go po­li­cyj­ne­go Wal­the­ra trzy­mał w niej otwar­tą bu­tel­kę He­ine­ke­na. –> Za­miast wy­słu­żo­ne­go po­li­cyj­ne­go wal­the­ra trzy­mał w niej otwar­tą bu­tel­kę he­ine­ke­na.

Nazwy piwa też zapisujemy małymi literami.

 

Wer­tych ro­zej­rzał się w koło i osu­nął… –> …Wer­tych ro­zej­rzał się wkoło i osu­nął

 

Po kilku go­dzi­nach mar­szu sią­pi­ło mu z nosa… –> Siąpić może deszcze, ale chyba nie z nosa Roberta.

Proponuję: Po kilku go­dzi­nach mar­szu kapało mu z nosa… Lub: Po kilku go­dzi­nach mar­szu sią­kał/ pociagał nosem

 

Część z tych osób znika w nigdy nie nie­wy­ja­śnio­nych–> Część z tych osób znika w nigdy nie­wy­ja­śnio­nych

 

Głosgło­śni­kach wy­rwał Bar­ba­rę z za­my­śle­nia. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Słowa w gło­śni­kach wy­rwał Bar­ba­rę z za­my­śle­nia.

 

pod domem pań­stwa Wer­tych. –> …pod domem pań­stwa Wer­tychów

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Regulatorzy. Za wizytę i wszystkie uwagi i poprawki. Bardzo pomocne i już oczywiście naniesione.

Napięcie rzeczywiście siadło, ale tak już bywa w naturze, że po burzy nadchodzi spokój (jak śpiewali klasycy polskiego rocka). Roberta Wertycha wybrano, bo był zwykłym, przeciętnym człowiekiem. I miał coś do udowodnienia. Poza tym był pewnie w książce telefonicznej ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hmmm. To nie jest zły tekst, ale nie zagrał mi bohater. No, nie przemawia do mnie facet zbyt tępy, żeby zrozumieć, co mówi. A z takim nastawieniem to już nie mogłam mu kibicować… A i nie miałam żadnej ochoty babrać się w jego psyche i przejmować rozterkami.

Zakończenie też do mnie nie przemówiło. Wolałabym, żebyś urwał wcześniej albo później. Bo na razie otwierasz drzwi do ciemnego korytarza. To trochę tak, jakbyś na zakończenie jednego odcinka dał zajawkę, co będzie na początku następnego. Ale bez szans na poznanie końca pierwszej sceny.

I może się czepiam, ale czy bohater nie powinien umrzeć po pierwszej decyzji?

Babska logika rządzi!

Roberta Wertycha wybrano, bo był zwykłym, przeciętnym człowiekiem.

Ja w ogóle miałam wrażenie, że te decyzje to jakaś globalna sprawa, tylko może nie każdy ma świadomość, że je podejmował? Taka dziwaczna wariacja na temat światów równoległych? Ale może to nadinterpretacja?

 

I miał coś do udowodnienia.

A to mi umknęło albo nie chwytam tego konkretnego sformułowania odnośnie tekstu, możesz trochę więcej?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ro­ber­ta Wer­ty­cha wy­bra­no, bo był zwy­kłym, prze­cięt­nym czło­wie­kiem. I miał coś do udo­wod­nie­nia.

Marasie, mogę starać się zrozumieć, dlaczego wybrano zwykłego, przeciętnego człowieka, ale nie pojmuję, dlaczego musiał to być, za przeproszeniem, człowiek-dupa, który właśnie postanowił sobie, że naprawi relacje z żoną, po czym się nagle ocknął i uprzytomniwszy sobie, że jest nie tylko mężem, ale także ojcem dwojga latorośli, postanowił poświęcić się dla ludzkości. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni to taki przypadek, bo napisałeś wszak, że knajpiane schody prowadzące w dół, były bardzo wydeptane i wiodły tylko w jedną stronę, dlatego tym bardziej nie rozumiem decyzji tych, którzy podejmowali decyzje.

 

Poza tym był pew­nie w książ­ce te­le­fo­nicz­nej

Czy chcesz powiedzieć, Marasie, że w czasach telefonów komórkowych, ci, którzy decydowali, posługiwali się książką telefoniczną?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oczywiście odpowiem na wszystkie pytania i wątpliwości gdy dorwę się do laptopa. Dziękuję za Wasze cenne uwagi i klika (Reg).

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo dobre opowiadanie, biblioteczne. Ale potwierdzam to, co napisali już inni – bohater musiałby być skończonym idiotą, by nie zrozumieć od razu, że ceną za żonę są dzieci. A to mi rozwaliło dobrą połowę lektury i zmniejszyło o 90 procent początkowy ponury (bo pełen zawiści;))) zachwyt nad pomysłem.

Finkla. Oczywiście, masz rację. Facet to dosyć nierozgarnięty dupek, ale to miał być bohater, który nie budzi sympatii. Wiem, że bez tej sympatii (nawet do drania) trudno wciągnąć czytelnika. Zaryzykowałem. Potrzebny był mi nijaki facet, nieudolny i pasywny, który przejdzie pewną przemianę w finale. Podejmie decyzję, weźmie sprawy w swoje ręce, poświęci się i zostanie anonimowym "bohaterem". Nawet jeśli wszystko to okazałoby się mistyfikacją, on nie może ryzykować, na wypadek, gdyby było jednak prawdą. Jeśli masz na myśli śmierć bohatera po pierwszy wyborze ponieważ był w tej “drugiej” połowie ludzkości, to nie, wybrany do wybierania, w zasadzie wybrany na ofiarę, był poza tym procesem. Dziękuję za lekturę i opinię.

Drakaina. Interpretacji nie komentuję. Ten tekst miał w mojej głowie sporo interpretacji i zostawiam go, jak jest, bez komentarza. Ale faktycznie, jest wspomniane w tekście, że widowisko skierowane było do większej grupy wybrańców. Odnośnie tego, co Robert mógłby ugrać, odpowiedź zawiera się w powyższym wyjaśnieniu skierowanym do Finkli.

Regulatorzy. Tak. Książka telefoniczna miała być takim gadżetem tajemniczym, który okazuje się banalny i nie zawiera żadnej tajemnicy. Książka jest spisem osób, telefony komórkowe nie oferują takiego spisu, chyba że w formie elektronicznej książki telefonicznej… Ten trop miał podsuwać jedną z możliwych interpretacji, że osoby wybierane były zupełnie przypadkowo.

Rybak. Trudno. Ale ubolewam nad tym, że traciłem Twój zachwyt ;) Drugi wybór był mi potrzebny do zbudowania napięcia, nawiązywał w pewien sposób do wyboru Zofii, a poza tym facet był roztrzęsiony, zszokowany, zdezorientowany i palnął głupotę, która niosła ze sobą ogromne konsekwencje.

Dziękuję za wizytę i komentarz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie do końca wiem, co sądzić o tekście. Zaskoczyło mnie przede wszystkim to, że to jedeno z nielicznych opowiadań, które wydało mi się za długie. Najczęściej za przeróżne, pozastylowe i pozatechniczne niedociągnięcia winię skrótowość i (niemożność lub brak ochoty na należyte rozpisanie się). A tutaj mam wrażenie, że i klimat, i fabułę i przekaz dałoby by się pomieścić w znacznie mniejszej objętości, bez straty, a może i nawet z zyskiem dla wszystkich powyższych. Nie twierdzę, że precyzyjnie budowany klimat katastrofy jest zły, nie uważam, że szczegółowo przedstawione emocje bohatera są niepotrzebne, nie mogę też w powiedzieć, że wiem gdzie ciąć i sam zrobiłbym to lepiej. Po prostu po lekturze pozostało wrażenie, iż krótsza forma uwypukliłaby przekaz i wzmocniła wymowę istoty tekstu, jaką jest ciężar wyboru pana Wertycha. 

Właśnie, sam wybór… Bo o ile postawienie kogoś przed koniecznością wyboru między żoną a dziećmi (z całą resztą ludzkości w tle) przytłacza swoją wagą i możliwymi konsekwencjami, o tyle, gdy pojawiła się trzecia opcja, całe napięcie szlag trafił. Bo co to w końcu była za decyzja? Czy normalny, posiadający rodzinę facet, niezależnie jak bardzo dupowaty, zrobiłby inaczej? Czy wyborodawcy, mając do dyspozycji takiego Wertycha a nie, dajmy na to, jakiegoś egocentrycznego socjopatę, mieliby choć cień wątpliwości co do jego ostatecznej decyzji? 

Rozmył mi się też (może przez nieuwagę) cel tego wszystkiego. Mam wrażenie, że chodziło o coś w rodzaju biblijnego "jeśli znajdę choć dziesięciu sprawiedliwych, oszczędzisz Sodomę i Gomorę?". 

Ogólnie tekst jak najbardziej dobry, choć nie miał ani pomysłowości "Kewella", ani klimatu "Godów", ani warsztatowej znakomitości "Huzara", ani też nieskrępowanej, odjechanej wspaniałości opisów tego o czarnej dziurze. Dlatego, muszę szczerze przyznać, zastanawiałem się nad bibliotekowym klikiem. No bo to przecież Maras, który potrafi dużo więcej. Doszedłem jednak do wniosku, że niekliknięcie byłoby nieuczciwe – gdyby autorem był jakiś X (albo gdybyś, he he, puścił tekst jako anonim) nie zastanawiałbym się wogóle :-) 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Tak właściwie to mogłabym podpisać się pod postem thargone.

 

Sama pierwsza decyzja wyszła bardzo naturalnie – facet w szoku, nie wie o co chodzi, miesza i musi żyć z konsekwencjami – czyli pozostaje mu niepewny związek i chłopak z domu obok, który żyje zamiast jego syna.

Druga decyzja, no to właśnie – formalność. Za dużo romantyzmu w narodzie i traci się przez to dramatyzm sytuacji.

 

Inna rzecz, czy to naprawdę jest bohaterstwo? Jakby nie patrzeć nie musi ponosić konsekwencji swojej pierwszej decyzji, robi to, czego się od niego oczekuje i na dobrą sprawę nie ma alternatywy, bo zostałby sam na zgliszczach – czy to nie inny rodzaj bierności?

 

 

 

I would prefer not to.

Thargone. Gratuluję kolejnego piórka, Thargone! :). Muszę wreszcie skomentować Twój tekst, a tymczasem dziękuję za obszerne omówienie powyższego opowiadania. Zgadzam się z wieloma uwagami. Podobne padły z ust innych komentatorów. Ta opowieść musiała jednak się uwolnić i opuścić moją głowę.

Wybór Wertycha. Cóż. Ostatni wybór, pozornie oczywisty, miał być nieunikniony. Ta ulga i zarazem rezygnacja bohatera miała to podkreślać. To jak składnie ofiary z zachowaniem pozorów wolnej woli tej ofiary. Taka pogańska nieco metafora. Zresztą i para z baru, historyczna perspektywa – to miało nieść taki pogański rys. Czym lub kim jest siła(y), która zdolna jest zgładzić ludzkość lub pozwolić jej istnieć? I która wymaga takich codziennych ofiar? Nie powiem.

Cel, o którym wspominasz, jest bliski prawdy, ale i daleki. Może ta siła jest po prostu obca, niezrozumiała, bezlitosna i niepojęta? (I dzięki za klika! :))

Ps. Serio czytałeś w “Miesiącu godów”?

 

Wybranietz. Tobie również gratuluje piórka! :) Zajrzę do "Czerwia" bo nie czytałem jeszcze.

Jestem niezwykle zadowolony, że dotarłaś do tej interpretacji o kolejnej formie bierności. Cieszy mnie odzieranie tej historii z pewnych "warstw". Słyszałem już komentarze, które widziały w tekście klimaty i tropy "Donnie Darko", kingowszczyzny, była nawet interpretacja, tłumacząca to wszystko alkoholizmem Roberta. Opiera się na rozpadzie rodziny Wertychów, serii nieprawdopodobnych wydarzeń przypominających majaki alkoholika i scenie z pistoletem i pytaniem Łebskiego o… piwo.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Zgadzam się z opiniami Thargone w całości. Nie czułem napięcia wyboru. Ogólnie porządnie napisane ale szału nie ma.

Dzięki, Dalekopatrzący, za wizytę i komentarz. No szału nie ma, jak widzę. Ale uwagi zbieram cenne pod tym tekstem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Powiem tak, trzeba mieć dryg, żeby pisać obyczajówki. Wplecenie mniej lub bardziej fantastycznego wątku pomaga, ale koniec końców to wciąż jest przydługa obyczajówka. Wprawdzie fabuła niezbyt mnie porwała, doceniam jednak, że potrafisz snuć niezobowiązującą narrację o rzeczach mniej ważnych, nie gubiąc mnie gdzieś pośród opisów ulic i baru.

Nie kupuję nagłego heroizmu Roberta, choć jestem fanką tych podejrzliwych typów, które pojawiają się nagle, żeby coś proponować. Twój może wydać się zbyt sterotypowy, ale mnie to w żadnym razie nie przeszkadza. Jednak niezbyt rozumiem powód wplatania tutaj Gilgamesza – bo zamysł długowieczności baru jest wystarczająco jasny i ciekawy bez mamrotania czegoś tam po akadyjsku – nie podoba mi się też skurczenie postaci Łebskiego do malutkiego pionka klęczącego przed wiekopomną czernią (choć rozumiem zamysł). Końcówki, jak już wspomniano, idzie się domyślić.

Miałam skojarzenia z Pozostawionymi (”The Leftovers”), no i oczywiście Thanosem, co to pstryknięciem zrewolucjonizował ludzkość i rozwiązał problem globalizacji…. Pozostawieni szeptali do mnie silniej, więc od razu poczułam klimat, co zwiększyło moją przyjemność z czytania – wydaje mi się, że bez tego konkretnego skojarzenia czytałoby mi się trudniej.

 

Podsumowując, najbardziej podoba mi sie wątek baru, przez co początek opowiadania jest wg mnie najmocniejszym i najciekawszym elementem całości. Bardzo dobry wstęp do opowieści, jest subtelnie metaforycznie i plastyczne, w oczy rzuca się odpowiednio wyważony humor i widmo czegoś straszliwego w tle. Potem jest już niestety gorzej, ale mimo tego drobnego rozczarowania, lektura mi się podobała ;)

 

Dziękuję za lekturę mojego opowiadania i obszerny komentarz. Najważniejsze, że lektura się podobała. Rozczarowania biorę na klatę. Wszystkie uwagi i interpretacje są dla mnie cenne.

Obyczajówki… Hmm. Ja piszę programowo albo fantasy, albo fiction, bardziej lub mniej science. Obyczajowy entourage popełniłem w tym tekście i nieprędko do niego wrócę (no może "Husarz…" był nieco obyczajowy, ale też była to obyczajowość nieco inna).

Cieszę się bardzo, że nie zgubiłem Żonglera wśród uliczek i barów. No i z tego, że znalazłaś kilka elementów, które przypasowały i spodobały się, także w odniesieniu do innych fabuł czy historii.

Wtrącenie akadyjskiego i Gilgamesza miało dodać perspektywy czasowej i dobitniej uzmysłowić czytelnikowi, że owe codzienne poświęcenie to proces sięgający tysięcy lat wstecz. Łebski jako mały pionek, miał być ledwie pośrednikiem, negocjatorem z siłą potężną i niepojętą. Nie chciałem, żeby ktoś kojarzył mi postać Łebskiego z jakimś diabłem czy innym czortem. Tam w tle miała się czaić siła, "coś straszliwego, wiekopomna czerń” jak to zręcznie ujęłaś.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nie chciałem, żeby ktoś kojarzył mi postać Łebskiego z jakimś diabłem czy innym czortem.

To może być trudne… Bardzo mocno podkreśliłeś motyw pokusy, w naszym kręgu kulturowym trudno od tego uciec. A jakkolwiek opowieść o Hiobie jest prawdopodobnie dużo, ale to duuużo starsza niż jakakolwiek redakcja Biblii i ma całkowicie dla nas nieczytelne oryginalne znaczenie, to i ona weszła do powszechnej świadomości europejskiej via tradycja judeochrześcijańska, a tu przy wszystkich różnicach to echo też zdaje się pobrzmiewać.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A myślałem, że nikt nie zwróci uwagi na "pokusę". Masz rację, podrzuciłem taki motyw. Ale jest też w tekście fragment, który nawiązuje do chrześcijaństwa i stawia moją historię jakby obok, poza tym nurtem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tak, ten fragment jak dla mnie nawet trochę za bardzo łopatologicznie rzuca się w oczy…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Masz chyba rację, Drakaino.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ale biblioteczny tekst to to jest, więc jak już siedzę przy zwykłym kompie, to dorzucę do zgłoszeń :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A dziękuję bardzo, Drakaino. Miło mi, że Ty i kilka innych osób uznało go, za nadający się do biblioteki

Po przeczytaniu spalić monitor.

Też dorzucę kamyczek do bibliotecznego ogródka ;)

I would prefer not to.

Dobrze, że nie w biblioteczne okna ;p. Dzięki!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tymczasem budynki, które widział wcześniej w ruinie, teraz znów stały w większości, bez poważniejszych śladów kataklizmu.

Ten drugi przecinek na pewno powinien być w tym miejscu?

– Ucisz się[+,] człowieku.

W co chce mnie wrobić tym razem? – zastanawiał się gorączkowo.

Zastanawiasz się zapewne, po co to wszystko.

Kiedy dotarł na sam dół, przystanął i zamknął oczy, chociaż w absolutnej czerni, jaka go otaczała[+,] zdawało się to bezsensowne.

Jedną ręką wyjął spod lady smukłą szklaneczkę z cienkiego szkła, przypominająca kształtem tulipana, drugą sięgnął po krągłą butelkę.

Literówka.

Daj spokój[+,] skarbie…

Bardzo fajne opowiadanie, klimatyczne, ładnie poprowadzone.

Mamy apokalipsę w kilku wydaniach i rzeczywiście ostateczny wybór Roberta wydaje się czystą formalnością. Nawiasem mówiąc, wydaje i się, że większość osób raczej nie chciałaby żyć w pustym świecie, jednak potrzebujemy innych ludzi wokół siebie, żeby normalnie funkcjonować.

Podoba mi się zakończenie – to przejście do spojrzenia ze strony Barbary, nie mówisz niczego wprost, a i tak wiadomo, o co chodzi.

Fajne, podobało mi się :)

Dziękuje za wizytę, bardzo miłe słowa i głos na nominację (!), Anet. Także za łapankę. Cieszę się niezmiernie, że opowiadanie się podobało. Wcześniej różnie z tym bywało ;). Radość podwójna, bo pozostawiłaś naprawdę obszerny komentarz.

To jest czysta formalność. Codzienna ofiara dla ciemnych mocy. I masz rację, nikt nie chciałby żyć w pustym świecie. 

I fajnie, że doceniłaś klimat i zakończenie :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jak się chce nominować, to trzeba się odnieść do treści, samo “fajne” nie przejdzie, sprawdzałam ;)

A że różnie bywało… oj tam, przecież dobrze piszesz, czytelnikom się podoba, jedną marudą nie musisz się przejmować ;)

Tak czy inaczej, dziękuję serdecznie. A w końcu napiszę opowiadanie, które spodoba się wszystkim ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

A ja postaram się nie krytykować, bo w mojej ocenie przedpiścy wykorzystali cały limit krytyki na jaki to opowiadanie zasłużyło. Jest dobre. Nawet więcej niż dobre. Podobały mi się opisy bardzo umiejętnie wplecione w dialogi. Z jednej strony barwne i tworzące klimat, a z drugiej nie na tyle ciężkie, by męczyć. Bardzo dobrze wychwycony balans tych zdań.

 

Fabuła szybko mnie wciągnęła i czytało się bardzo przyjemnie. Językowo praktycznie już bez niedociągnięć, zaimponowałeś mi tym, choć teraz widzę, że to raczej przez drakainę i Reg, które maczały w tym swoje palce. Znalazłem może jedną literówkę i ze dwa lekko kulawe fragmenty, ale fabuła wciągnęła mnie na tyle, że nie warto było odrywać się od lektury, by je wynotowywać. I słusznie.

 

Główny bohater i jego “dupowatość” wcale mi nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, nadaje mu realizmu. Dużo więcej znam ludzi z podobnymi rozterkami, niż superbohaterów. 

Podobnie pierwszy jego wybór, nieco pochopny, nie zgrzytał mi i wydał się naturalny. Człowiek w szoku, zrozpaczony, nie do końca rozumiejący co się mu proponuje, a na dodatek robi to jakiś dziwak, który w zaistniałej sytuacji może być równie dobrze halucynacją.

 

Nie rozumiem natomiast końcówki (chyba trochę liczyłem na jakiś twist lub inny grzmot). W jakim celu Łebski przybywa do Barbary i chce z nią rozmawiać? Robert się poświęcił w zamian za resztę świata… cóż jeszcze zostało do zrobienia? Czy Barbara też musi się poświęcić? Czy to właśnie miał Robert ugrać dla siebie? 

 

Podsumowując: 5/6. Rozważam nominację do piórka, ale poczekam jeszcze kilka dni.

A to kolejne zaskoczenie. Pozytywne oczywiście, Chroscisko. Dziękuję za wszystkie uwagi i wyczerpujący komentarz. Jeśli czytało się przyjemnie, a fabuła wciągnęła, tekst jest Twoim zdaniem dobry, także opisy się podobały i nawet mój dupowaty bohater (taki miał być) został doceniony – to jako autor jestem bardzo usatysfakcjonowany. Cieszę się z tego, co napisałeś o pierwszym wyborze – takie były moje intencje. I tak pewnie trzeba tłumaczyć “błąd” bohatera.

Oczywiście pomoc Reg, Drakainy i Anet doceniam i chętnie korzystam z takich uwag i porad korekcyjno-redaktorskich.

Końcówki nie chcę tłumaczyć, być może Barbara jest kolejną (losową) ofiarą, a wcześniejsze wybory Wertycha miały też inny sens. A może te ofiary wybierał sam łebski? A może Łebski chciał jej tylko opowiedzieć, co się stało z Robertem. Ale czy by mu uwierzyła?

Dziękuję za wysoką ocenę i poczekam razem z Tobą te kilka dni, na Twoją decyzję odnośnie głosu na nominację. Jestem jej ciekaw, jak się domyślasz ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję za wysoką ocenę i poczekam razem z Tobą te kilka dni, na Twoją decyzję odnośnie głosu na nominację. Jestem jej ciekaw, jak się domyślasz ;)

Jeszcze Mytrixowe Uroniłem Szyszkę chodzi mi po głowie. Trudny wybór. 

Można dać głos na nominację nieograniczonej liczby tekstów. Niczego nie sugeruję. Każdy tekst musi uzbierać odpowiednią liczbę głosów (minimum 5) od czytelników oraz(lub) dyżurnych żeby dostać nominację i trafić pod głosowanie Loży. To jest bardziej skomplikowany proces. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Można dać głos na nominację nieograniczonej liczny tekstów. 

A widzisz. Tego nie wiedziałem. To rozwiązuje mój dylemat :)

Dobry pomysł i dobry bohater. Tytuł przypomniał mi “Una pura formalita” i wyobraziłem sobie Roberta z twarzą Romana Polańskiego.

Zrezygnowałbym ze sceny w podziemiach knajpy – rzeczywiście łamie konsekwencję narracji. Umieściłbym ją na końcu, z perspektywy Wertycha, zamiast sceny z Barbarą i Łebskim, bo ten dalszy, zasugerowany ciąg wyborów troszkę psuje mi logikę wcześniejszych. Poza tym wolałbym zostać z przeświadczeniem, że Łebski może w każdej chwili odwiedzić losowo wybraną osobę, a nie trzyma się jednej rodziny. 

Językowo poprawnie, ale momentami zbyt banalnie. Raziły mnie takie melodramatyczne fragmenty, z wyświechtanymi frazeologizmami jak:

Ujrzał chaos i cierpienie.

W pierwszej chwili umysł i ciało Robert zalała fala bezsilności.

Spróbuj też uciekać od ogólników, wrzucając szczegół, konkret. To świetnie się sprawdza w małych apokalipsach:

Wyjął z szafy i odprasował swoje ulubione ubranie – eleganckie i zarazem na luzie.

czyli jakie? Bo na razie nijakie.

a zwłaszcza tu:

Ozdabiała ją tapeta ze wzorem przedstawiającym postacie z dziecięcych bajek.

gdybyś mi pokazał Rumcajsa albo kaczory Donaldy, zapamiętałbym ten obraz na wiele dni. Zobacz, jak to robi Cerleg ;)

Dzięki, Coboldzie, za cenne uwagi. Oczywiście także za lekturę i obszerny komentarz również dziękuję. Dobrze, że pomysł i bohater widzą Ci się w porządku. Nawet z twarzą Polańskiego. Muszę spojrzeć na Wertycha jeszcze raz. Może serio wygląda na Romana.

Jak się domyślasz, nie zrezygnuje już z żadnej sceny i nie zmienię perspektywy narracji. To byłoby pisanie opowiadania na nowo. Być może końcowa scena burzy nieco logikę wyborów, a może po prostu Wertych miał naprawdę wielkiego pecha? ;)

Z tym melodramatyzmem też masz pewnie rację. Tak się wczułem w tego dupowatego bohatera, że aż przesiąkłem razem z nim tym ckliwym melodramatem w obliczu wielokrotnej apokalipsy ;)

Z ogólnikami również przyznaję rację. Muszę się pilnować z ogólnikami i wyświechtanymi frazami. Zdarza mi się nadużywać. A Ty kolejny raz zwracasz mi na to uwagę.

Odnośnie nijakiego ubrania. Opisałem je w pierwszej scenie w barze. Nie chciałem się powtarzać.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Będzie musiał się niemi zająć.

literówka :-)

 

Mi się podobało. Chociaż na początku było przerażenie – O nie! To jedno z tych opowiadań, gdzie dostajemy bohatera, który od razu ma nic niemówiące imię i nazwisko! – na szczęście przerażenie bezpodstawne. Otwarte zakończenie ciekawe, bo pokazujesz, że historia pana R. się skończyła, a co dalej to dalej. I to pytanie "co mógł ugrać pan R?" pozostawione bez odpowiedzi, oj niegrzeczny ty, niegrzeczny.

A i Roberto Carlos też spoko. Jedyne, czego zabrakło mi w tym tekście, to trochę większej więzi z bohaterem. Pewnie, fajnie zacząć od trzęsienia Ziemi, Marsa czy innej zamieszkałej gwiazdy, ale może gdybyś tak dodał kilka scen ze zwyczajnego (rodzinnego?) życia pana R. No może by tempo siadło itd. ale wtedy bardziej przejmowałbym się tym, co mu się przytrafia. A może nie mam racji, pal licho!

Cobold słusznie prawi, wystraczyły by te drobiazgi i sceny które przytoczył, byłby dwa albo i pięć razy mocniejsze. Zapadające w pamięć. To tak jak z tymi baby shoes, never worn, Hemingwaya. Gdyby napisał że ma komplet dziecięcy i łóżko i meble i śpiworek i wózek, albo ogólniej, że ma rzeczy po dziecku do sprzedania, nieużywane, to dalej mogło by być smutno, ale już by nie było tej mocy. A z tak wyrazistej sceny z martwym dzieckiem trzeba wycisnąć do maksimum, albo się jej pozbyć i zostawić pod gruzem leżało martwe dziecko.

Przyznam się, że tylko pobierznie przejrzałem resztę komentarzy. Były poprawki, uwagi, byli betujący, ale mnie to tam wsio ryba, bo produkt końcowy satysfakcjonuje, i pierwsza scena też się podobała – choć za cholerę miałem problem bo połowa opisów w pierwszej scenie fajnie weszła a połowa nie – nie potrafiłem sobie wyobrazić lustra odbicia wuje muje dzikie węże – ale to pewnie mój problem.

Tak więc językowo miodzio. Ja nie mam cierpliwości do pisania długich scen ze sporą ilością opisów. Mnie osobiście męczy w mózgu, że muszę pchać historię do przodu, że jeszcze tyle do opowiedzenia, a Ty na spokojnie pojechałeś z każdą sceną i to bez przynudzania :-)

No i to tyle. Z lektury jestem kontent.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przeczytałem ponownie po sporym czasie od bety. Nie wiem też, co tu za bardzo powiedzieć, czego nie powiedziano już wcześniej.

Jak poprzednio, wpadł mi w oko bohater. Fajnie wypada bohater, nasuwa mi skojarzenia z Donnie Darko. A że ten film lubię, to tylko wyszło na zdrowie. Początek mocny, co też definitywnie na plus. Jednak w połowie tempo zwolniło – nieznacznie, ale zawsze – a to już wpłynęło na odbiór końcówki.

Zgadzam się też z Coboldem co do wyłuskanych drobiazgów. Te w tekście wypadają dobrze, ale definitywnie mocniej zapisuje się w pamięci .

Podsumowując: porządny koncert fajerwerków w Twoim wykonaniu.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Mytrix. Bardzo mnie cieszy, że się podobało. Jak zauważyła Reg, skoro zacząłem od trzęsienia Ziemi, to wypadało podbijać emocje, a tu tempo siadło. Hmm. Nauczka.

Z Coboldem się zgadzam odnośnie tych ogólników. Nie będę pisał jak Carleg (nie tylko nie potrafię ale i nie chcę), ja zawsze podkreślałem, że dla mnie bardziej liczą się dobre pomysły, fabuła, niż kunsztowne zdania. Ja chcę pisać przezroczystym językiem i sprzedawać tyle książek co Lee Child ;)

Ale fakt, macie rację z tymi emocjami, które po części uciekły z tekstu przez ogólniki. Popracuję nad tym. Tutaj chyba za późno na zmiany. Przykład z Hemingwayem wyborny. A skoro jesteś kontent z lektury, to ja też. Dziękuję za głos na nominację!

Popracuj cierpliwie nad scenami, bo ja czekam na to obiecane science-fiction. No i tekst w Silmarisie.

 

NoWhereMan. Znasz ten tekst w starszej wersji. Tak, to Tobie się kojarzył z Donnie Darko. Gary widział tu kingowszczyznę trochę. Jesteś kolejną po np. Chroscisku, Coboldzie i Mytrixie osobą, której taki bohater się spodobał. Że niby prawdziwy taki chyba. A Finkla i Reg nie polubiły nijakiego i dupowatego Roberta. Czyli panie chyba nie lubią takich facetów po prostu… ;)

No i tempo siadło także Tobie, niestety.

Powiedz jak tam prace nad słuchowiskiem?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Robert jest dupowaty w chwili, kiedy go poznałam. Wcześniej pewnie taki nie był, skoro Barbara wyszła za niego i urodzili sobie dwoje dzieci. Zdupowaciał pewnie później, tylko nie wiem, dlaczego. Może dopadł go kryzys wieku średniego. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wcześniej pewnie taki nie był, skoro Barbara wyszła za niego i urodzili sobie dwoje dzieci. Zdupowaciał pewnie później, tylko nie wiem, dlaczego. Może dopadł go kryzys wieku średniego. ;). 

Na pewno taki był od początku, tylko Barbara zaślepiona miłością tego nie widziała ;) A potem przyszedł macho Zygmunt i czar prysł… Życie.

Chrościsko, skoro twierdzisz, że Robert był taki od zawsze, to podejrzewam, że z czasem jego przypadłość mogła się tylko pogłębić.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na wstępie wybacz, Mr. Marasie, jeśli część moich uwag będzie o kant tyłka potłuc, ale czytałem opowiadanie na raty w ciągu kilku dni i mogło to wpłynąć na odbiór.

Napisane bardzo dobrze, bardzo podobał mi się początek, był intrygujący. Później niestety mniej, bo napięcie opadło, jak już zauważyła Reg.

Jeśli chodzi o rozterki wewnętrzne bohatera, to IMO najpierw było ich zbyt dużo i właściwie do niczego konkretnego nie prowadziły (rozmyślania na gruzach świata), później zaś zabrakło mi ich przed ostateczną decyzją Roberta.

Natomiast bez problemu potrafię sobie wyobrazić niezdecydowanie bohatera i to, że nie do końca wiedział, co mówi. Kiedy pewnego dnia ktoś wstaje rano i widzi, że połowa świata leży w gruzach, jego żona i ojciec nie żyją, a do tego on sam ma podjąć decyzję, kto będzie przeżyje, a kto nie, to można być w lekkim szoku. I wcale nie trzeba być dupowatym. Robert i tak był odporny, że nie zwariował.

Chyba bardziej podobałoby mi się, gdyby nie było trzeciej możliwości dla Roberta. Dlatego, że była ona w pewnym sensie zbyt łatwa. Przy dwóch pierwszych było napięcie – kto ma żyć, jedna połowa świata, czy druga? Dzieci, czy żona, z którą ledwo co zaczął poprawiać relacje, oraz ojciec? Trzecia możliwość wyboru była bardzo “ekonomiczna” – Robert poświęci się dla całego świata. Przeżyją wszyscy, tylko nie on. I o ile musiało to być trudne dla bohatera, to nie przedstawia moralnej rozterki, na której, tak zrozumiałem, oparty jest ten tekst.

Zabrakło mi też szerszego tła opowieści, kim są ci “negocjatorzy” itp.

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Ale tam jest szersze tło.

Jest jakies złe i ono chce ofiar lub weźmie sobie świat. A mediatorzy pilnują by zło dostało swoją dobrowolną ofiarę i tak bierze przez wieki np. Jezusa – zwykłego cieślę. Zupełnie jak zwykły był nasz bohater. Tyle że oni są starsi niż chrześcijaństwo pewnie powstali z początkiem człowieka albo i wcześniej.

Co więcej chciałbyś znać jako tło? Co lubią jeść? :D

Wiem, że to nie jedyne takie miejsce, ale jest chyba tylko jedna taka knajpa. Pamiętam czasy, gdy zamiast ledów oświetlały ją lampy naftowe, wcześniej świece, a przed nimi pochodnie. Jeszcze wcześniej był tu tylko kamienny krąg pod gwiazdami z ogniskiem pośrodku. To wtedy przybyłem do tej krainy z dalekiego południa.

Ciekawe czy to dalekie południe ma jakieś znaczenie czy tak tylko autor palnął. A może bóg-słońce?

Jezus to tylko inna wersja wiary w boga słońce. Tak samo się go przedstawia ^^

– To było na długo przed tym, zanim pewien dobry człowiek złożył siebie w ofierze, dając przykład poświęcenia i nauczając o miłości do bliźniego. Bardzo nam wtedy pomógł w ciężkiej sytuacji. A kolejne wieki były łatwym czasem dla nas i naszej misji. Ale teraz znów jest trudniej. Do tego siły, z którymi negocjujemy utrzymanie status quo, stają się coraz bardziej zachłanne. Sam rozumiesz.

 

Marasie, Silmaris jeszcze się nie określił do którego numeru mnie wrzucą :D A opowiadanie obiecałem na czwartek, więc równo za tydzień lub równo za dwa tygodnie.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jest jakies złe i ono chce ofiar lub weźmie sobie świat. 

 

Co więcej chciałbyś znać jako tło? Co lubią jeść? :D

 

Myślę, że między informacją, że jest “jakieś złe i weźmie sobie świat” a “co lubią jeść” jest jeszcze trochę pytań. Fakt wyboru Jezusa pomijam, bo nic nie mówi o ich naturze.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Mesjasze czy bóstwa rzadko mają dużo o sobie do powiedzenia.

Raczej czego chcą i jak ma być.

Próba wyjaśniania czym są, skąd itd. może wyjść opowiadaniu bokiem :-) Głównie dlatego, że tekst jest nie o tym i może to wyjść śmiesznie. Całość widzimy mocno z perspektywy głównego bohatera – z kilkoma odstępstwami – bo to o nim, jego walce ze sobą (i ze światem) i jego wyborze tekst. Więc albo wszechwiedzący narrator musiałby nam wszystko objawić, albo Łebski z Barmanem się wygadać.

Łebski nie ma w natutrze opowiadać o sobie, skupia się na mediacjach, a Barman i tak sporo wyjaśnił.

 

Film ma o tyle łatwiej, że często jak zobaczymy ten ruchomy obraz to przyjmujemy rzeczy bez pytań. Bohater skoczył nad przepaścią – ok. A pisarza zaraz zapytają, a ile metrów miała przepaść, a wysportowany był? A a w piątym akapicie palił papierosa to chyba nie dałby rady.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ale co ja poradzę, że dla mnie to mało. :) Czytając, nie zastanawiam się: “no tak, mesjasze rzadko mówią dużo o sobie, więc nie powinno mi to przeszkadzać”, tylko albo coś gra (dla mnie), albo nie. Tym bardziej, że informacji czego oni chcą i jak ma być też brakuje. W Starym Testamencie Bóg mówi: ja stworzyłem świat i ludzi, a jak nie będziecie mnie słuchać to będzie niewesoło (upraszczając ;)). I to jest jakiś kontekst.

Tutaj nagle, z dnia na dzień, pojawia się katastrofa i jakieś nowe nadprzyrodzone siły. Wolałbym mieć jakiś punkt zaczepienia dla tego wszystkiego, może – nie wiem – nawiązanie do czegoś, co już znamy, np. astronomii, magii, innych religii, czegokolwiek.

Nie popadajmy też w skrajności. Wyjaśnienie więcej nie musi oznaczać wyjaśniania wszystkiego. 

W tej chwili opowiadanie wybrzmiewa jak alegoria. Jest właśnie nieokreślone “coś złego” i człowiek, który musi podejmować trudne decyzje. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Ma trochę racji NoWhereMan, porównując ten tekst do "Donnie Darko". Mi także zależało na pokazaniu "cichego i anonimowego bohatera". U mnie przybiera on postać szaraka z problemami małżeńskimi, który po cichu, na zapleczu jakiejś knajpy, ratuje cały świat poświęcając życie. I dokonuje tej jedynej wielkiej rzeczy w swoim życiu, ale nie będzie mu dane cieszyć się swoim "zwycięstwem". 

W pierwszej wersji tekstu nie było nawet sceny na zapleczu knajpy i nie było opowieści Bertiego. Dodałem je aby nieco rozjaśnić czytelnikowi co dzieje się za kurtyną tego dramatu. 

Jak słusznie podejrzewa Mytrix, chciałem bardziej skupić się na tym dupkowatym bohaterze i jego wyborach. Tajemne Zło, które trzyma ludzkość za gardło ma być Wielkim Sekretem. Tajemnicą. A czytelnik, podobnie jak Robert, ma kontakt tylko z pośrednikami. Ukryte zło ma być ukryte, niedopowiedziane, prastare (wskazówką jest dialekt pary z baru). Bo czy starożytni "bogowie" nie mogli być np. istotami spoza naszej rzeczywistości? Czymś poza wszelkimi wymiarami i pojmowaniem? 

A same wybory? Hmm. Ostatni wybór był w moim przeczuciu konieczny. Najpierw wybierasz między połówkami świata, ludzkości i rodziny. Potem stawką jest cały świat. Co możesz postawić cenniejszego niż własne życie, gdy na drugiej szali są już istnienia wszystkich ukochanych osób?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Rozumiem, że tak to odbierasz el Lobo, a dla mnie tekst na tym nie traci :-)

 

Od życia własnego dziecka na szali, szczególnie takiego w przedziale noworodek – 18 chyba nie ma większego poświęcenia. No jeszcze ukochana osoba.

Swoje własne życie w tym rozrachunku wypada blado, choć napewno nie dla każdego.  ;D No ale skądś jest tytuł, że wobec szali wszyscy – ja, pozostała czysta formalność.

Ponadto nie jest tak, żeby Robert był całkowicie przegrany, bo skoro istnieją jakieś rzeczy niepojęte to i śmierć nie musi być końcem.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Podoba mi się Twoja ostatnia myśl, Mytrixie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Rzeczywiście tytuł świetnie pasuje do ostatecznego wyboru.

Cóż, jak widać wszystko opiera się o kwestię gustu. :) Dla mnie w tej formie tekst jest bardziej alegorią niż opowiadaniem fantasy i nawet jeśli osobiście wolałbym to drugie, to nie jest to wada, a kwestia upodobań właśnie.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Tak, El Lobo, tytuł odnosi się do tej właśnie kwestii. Ja rozumiem Twoje rozczarowanie i punkt widzenia. Ale też to nie miało być w zamierzeniu opowiadanie fantasy. W podtekście bardziej fiction. Jeśli odbierasz je jako alegoryczne, to też nie będę protestował. Chociaż zastanawia mnie czego w sumie dotyczy taka alegoria.

 

Edit. No i oczywiście serdecznie dziękuję El Lobo i Matrixowi za wszystkie uwagi i spostrzeżenia. Na pewno są dla mnie ważne i cenne. Wszystkie, El Lobo :) 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Niniejsze opowiadanie zaliczyłbym do średnio udanych adaptacji postapokaliptycznych, lecz głębia wyzierająca z postaci Roberta ma dość dramatyczne przesłanie. Ogółem jest to świetnie skonstruowany i dający do myślenia tekst, w jaki sposób odczuwamy utratę kogoś bliskiego. Według mnie, pozostawienie Barbary samej po nagłym, niespodziewanym spotkaniu było błędem.

Uważam, że każdy koniec jest początkiem, a więc dla mnie, myślenie kategoriami “iż pół świata zostało zniszczone” jest dopiero wstępem do samej apokalipsy. Tak naprawdę, nic nie jest godne, aby stało się ponownie – jeśli bierzemy pod uwagę kategorię samych ruin. Reszta zależy wyłącznie od człowieka.

Dziękuję za twoje opowiadanie, gdyż posiada spory zapas mocy. Będę z pewnością często tutaj powracał, aby spotkać się z Robertem ponownie.

Pozdrawiam

Koniec życia, ale nie miłość

Dziękuję, Marinerze79, za miłe słowa, krytykę i wszystkie uwagi i cieszę się, że będziesz wracał, by spotkać się z Robertem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka