- Opowiadanie: Wilk który jest - Owoce Spalonego Lasu

Owoce Spalonego Lasu

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

mr.maras, Finkla, Użytkownicy III

Oceny

Owoce Spalonego Lasu

Lofty przy Fabrycznej miały już swoje lata, ale lokalizację wciąż uważano za prestiżową. Penthaus zajmowany przez Marka był trzy razy większy od mojego mieszkania, w którym szczęśliwie sobie żyłem z żoną i dziećmi. Nacisnąłem dzwonek, ulokowany obok pancernych drzwi. Kolega otworzył z rozmachem. Na ustach miał wyćwiczony do perfekcji uśmiech. Zlustrował mnie wzrokiem od czubka głowy po obcasy i szerokim gestem zaprosił do środka.

– Dawaj, dawaj, stary! Fajnie, że znalazłeś czas. Wiesz, w naszym zagonianym życiu o to niełatwo! – Zakończył zdanie z mrugnięciem okiem.

– Cześć, Marek – odpowiedziałem, zaskoczony nieoczekiwaną serdecznością. Otwarta przestrzeń, na której progu stałem, musiała mieć ze sto metrów kwadratowych. Całość urządzona była z przepychem i pełna nowinek technicznych, mających na celu maksymalne ułatwienie leniuchowania właścicielowi. Zastanowiłem się, czy nie ściągnąć butów. Gospodarz jakby czytał w moich myślach.

– Właź śmiało! – ryknął, ściskając mi przy tym dłoń twardym chwytem żeglarza.

Wciąż oszołomiony tak spontanicznym powitaniem, wszedłem głębiej, nieoczekiwanie dla samego siebie powłócząc przy tym nogami.

– Rozgość się! – Marek wciąż mówił bardzo głośno. – Zaraz podam do stołu.

Pstryknął palcami. Z głośników poleciała muzyka klasyczna, a rolety opuściły się do połowy wysokich okien, ukrytych w grubych murach. Trzeba przyznać, że dwieście lat temu umiano wybudować z klasą i romantycznym wdziękiem nawet fabrykę.

Gospodarz postawił tacę z sushi. Po chwili przyniósł drewnianą skrzynkę z butelkami kirinu.

– Piwo prosto z Japonii. I nie myśl, że sushi z baru! Sam robiłem!

– Wiem, że z tego słyniesz. – Zdobyłem się na delikatny uśmiech. Nie widzieliśmy się od końca studiów. Każdy poszedł w inną stronę. Drogi się rozeszły. Wcześniej też niewiele nas łączyło: jedno podwórko na Osiedlu Przyjaźni, kopanie piłki pod wieżowcem, przypadkowe spotkania w pubach – to wszystko. O sushi wiedziałem, bo wrzucał zdjęcia swoich wyczynów kulinarnych na wszystkich możliwych kanałach społecznościowych. Czasem coś polubiłem, sam nie wiem, po co i dlaczego.

– Siadaj, zapraszam! – Wskazał mi miejsce i podał pałeczki, zawinięte w gustowną chustkę.

– Mam coś dla ciebie – powiedziałem, przypominając sobie, że wciąż dzierżę w dłoni papierową torbę.

– Nie trzeba było! – Ucieszył się ponad miarę. Wyciągnął z opakowania wręczoną mu butelkę i powiedział: – A, znam! Irlandzka, ale robiona przez starą szkocką rodzinę i według ich receptury, więc smakuje jak szkocka. Solidny trunek, ale nie do sushi. – Mrugnął okiem. W tym momencie jakby się przejął, czy mnie nie uraził. – Piękne dzięki! – dodał. – No, jedzmy!

Połknąłem pierwszy kawałek i z udawanym uznaniem pokiwałem głową. Zdaje się, że ten gest go ucieszył. Otworzył dwa kiriny i przelał do pokali. Podał mi szklankę z zimnym trunkiem. Sushi zwinięte było z wprawą, ale zrobione ze składników kupionych w lokalnym markecie, więc smakowało mi jak każde inne. Cóż, smakoszem nie jestem i już raczej znawcą kulinariów światowych nie zostanę. Jedliśmy przez chwilę w milczeniu. Postanowiłem się odezwać. Poszukałem w pamięci jakiegoś punktu zaczepienia. Przypomniały mi się niedawne komentarze kolegi, zamieszone w cyberprzestrzeni. Nawiązałem do nich prostym pytaniem:

– I jak tam spór z Unią? Wygrywamy?

Liczba mnoga sprawiła mu wyraźną satysfakcję. Dopił piwo. Kolejną butelkę przelał do szklanki i pociągnął spory łyk.

– Wiesz, to nie są czasy Gremplera, który mógł sobie na winie musującym napisać „szampan”.

– Ani Remarque’a, który opisywał calvados jako „normandzki koniak z jabłek”.

– Jasne. – Marek z uznaniem dla mojej pamięci uniósł szkło w moją stronę. – Sprawa stanie przed Komisją Europejską, która będzie rozstrzygać, czy moje produkty to owoce.

– Może być ciężko…

– E, dlaczego? Uznali już za owoc marchewkę, a ślimaka za rybę. Mam potężnego sojusznika – dzieci kanclerz Niemiec!

– O, to fajnie – stwierdziłem ze szczerym uznaniem.

– Wiesz, możliwość pozyskiwania funduszy europejskich, które idą na wsparcie rynku owoców miękkich w rywalizacji z Chinami, ułatwiłaby mi zajęcie całej Europy i podjazd pod Afrykę. Ty znasz „Owoce Spalonego Lasu”?

– Nie… Wybacz, jakoś nie było okazji… Przepraszam… – dodałem z zakłopotaniem.

– Nie szkodzi. W Polsce się nie przyjęły. Na odchodne dam ci paczkę. Na razie leżą w specjalnej chłodziarce. Wiesz, słabo się przechowują. Co o nich słyszałaś?

Dostrzegł chyba, że poczułem się przesłuchiwany, bo dodał pospiesznie:

– Ciekaw jestem, jak dużo muszę ci opowiedzieć w celu wprowadzenia w temat.

– Najlepiej sam opowiedz. Miło posłuchać o cudzym sukcesie – skłamałem gładko. Uśmiechnął się zadowolony.

– „Owoce Spalonego Lasu” są dziś hitem na rynku niemieckim i austriackim. To truskawki na miarę końca XXI wieku!

– Pamiętam banana o smaku mandarynki! – Przypomniała mi się widziana kiedyś reklama.

– Dawne dzieje! – Machnął ręką. – Pierwsza była cytryna o smaku jabłka. Potem gruszka o smaku pomarańczy i tak dalej. Okazało się, że ludzie w sytych społeczeństwach są znudzeni dostępnością produktów z najdalszych nawet zakątków globu. To było coś ciekawego, przyciągało. A kiedy z badań wynikło, jak bardzo nasi odbiorcy łakną być zaskakiwani, postanowiliśmy dawać dowolny smak do dowolnego kształtu. Ludzie są niesamowici! Gotowi są zapłacić duże pieniądze, żeby zjeść owoc, który po ugryzieniu okaże się w smaku czymś innym, niż był z pozoru. Cieszą się, jak dzieci, gdy na imprezach ktoś spróbuje poziomki o smaku grejpfruta. Gotowi są robić meksykańską falę, nawet kiedy banan ma smak banana!

– Tak, żyjemy w sytych czasach. – Zgodziłem się z nim.

– Niestety „Owoce Spalonego Lasu” mają też wady: krótki okres przydatności do spożycia. Z przyczyn niezrozumiałych dla moich inżynierów nie dają się też transportować na dalsze odległości niż mniej więcej dwieście kilometrów. Dlatego stawiam fabryki w Niemczech. Głównie na terenie byłej NRD, bo tam prawie sto lat po upadku komunizmu i tak jest taniej. Wiesz, że w Strefie Aktywności Gospodarczej nie mam już fabryki? Zostawiłem tam siedzibę firmy. Jestem patriotą lokalnym. Podatki płacę w kraju. Laboratoria też mam na Zielonej – odkupiłem część dawnej fabryki wełny i wyposażyłem tak, że Uniwersytet mi zazdrości. Rozbudowuję teraz sieć fabryk na zachodzie. Każda ma swoje centrum logistyczne, które obejmuje detalistów w promieniu do dwustu kilometrów od zakładu. Robimy towar szybko zbywalny, więc nie potrzebuję na szczęście wielkich powierzchni magazynowych. Wszystko wożą autonomiczne ciężarówki, więc kierowców też nie muszę zatrudniać. Zakłady są innowacyjne. Procesy produkcyjne chronione jak w Coca-Coli. Wsparcie z UE by się jednak przydało. A ci się zastanawiają, czy moje owoce to owoce! Nic to – dzieci pani kanclerz mnie obronią! – Mrugnął okiem i napił się piwa.

– Gratuluję ci sukcesu – powiedziałem, unosząc szklankę. – To miłe, że rodzimy producent tak dobrze sobie radzi na europejskim rynku!

– Ta… Nawet władze zaczęły się nami chwalić. Ale, wiesz, w biznesie trzeba zawsze do przodu i dlatego chciałem z tobą pogadać.

– Słucham – powiedziałem, ciesząc się, że cel mojego zaproszenia wreszcie się objawi.

– Mogę liczyć na twoją dyskrecję? – Spojrzał mi głęboko w oczy.

– Jasne! Nie zamierzam zacząć nagle przerabiać bananów na banany – zakończyłem z uśmiechem. On jednak był poważny. Lustrował mnie przez chwilę wzrokiem, po czym rzucił, jakby do siebie:

– Jak nie koledze z Przyjaźni, to komu zaufać? – Wstał. – Poczekaj tu chwilę. Zaraz wrócę. – Nacisk położył na słowo „tu”.

– Jasne, nie ruszę się z miejsca! – zapewniłem pospiesznie. Gospodarz ruszył w stronę odległych, pancernych drzwi. Wszedł za nie i zamknął za sobą. Usłyszałem metaliczny szczęk rygli. Po kilku minutach wrócił, niosąc w dłoni ciężką kasetkę. Postawił ją przed sobą, odsuwając uprzednio szklankę i resztę naczyń. Przez chwilę po prostu na nią patrzył. Wyglądał, jakby się wahał. Wreszcie podjął decyzję.

– Odwróć się! – nakazał.  

Uczyniłem, czego żądał. Usłyszałem, jak stuka palcami w klawiaturę.

– Już – powiedział cicho.

Wróciłem do poprzedniej pozycji. Marek siedział na swoim miejscu, kasetka przed nim była otwarta, ale wieko zasłaniało przede mną zawartość. Gospodarz rozpoczął opowieść o nieznanym mi jeszcze przedmiocie.

– Wizytowałem ostatnio nowo otwartą fabrykę w Lipsku. Wiesz, nudny raut, obowiązkowe spotkania i tak dalej. Pogoda była marna. Pojechałem sam i zaczęła doskwierać mi nuda. Na lokalnym portalu znalazłem informację o aukcji antykwarycznej. Na życie towarzyskie nie miałem ochoty, a pomyślałem, że jak kupię coś drogiego, to dziennikarze i organizatorzy to zauważą – słowem: publicity murowane. Były inkunabuły, starodruki, rzadkie słowniki, stare mapy o kunsztownych różach wiatrów. Nic mnie jednak specjalnie nie poruszyło, aż do momentu, w którym zaczęto licytować jedną tylko kartę nieznanego średniowiecznego rękopisu. Za czas powstania podano koniec ósmego wieku i państwo Karola Wielkiego. Treści nie zrozumiałem, ale zaciekawiła mnie ilustracja. Zobacz sam!

Marek obrócił kasetę w moją stronę. W środku leżała karta zapisana wyraźnie minuskułą karolińską. Na ilustracji widniał wąż i naga niewiasta trzymająca w dłoni gruszkę.

– Widzisz, co trzyma Ewa?! Gruszkę, a nie jabłko! Co ty na to?! – dokończył z triumfem w głosie.

– Wiesz, kolego, ja jestem mediewistą niepraktykującym, ale z tego, co jeszcze pamiętam, to w tamtej części Europy często malowali gruszkę. Aron Guriewicz o tym wspominał w którejś swojej dużej pracy.

– Serio? Ale jednak dominowało jabłko.

– Tak i dominuje w chrześcijaństwie do dziś.

– Dasz to radę odczytać?

– Nie wiem. Mogę spróbować. Słownik jakiś w domu masz?

– A nie ma dobrego online?

– Nie.

– Powinienem mieć Jougana. Zaczekaj. – Po tym słowie zatrzasnął kasetkę i wyszedł. Wrócił z zakurzonym tomem i, zasłaniając dłonią klawiaturę, wpisał kod dostępu do rękopisu.

– Ostrożności nigdy dość – rzucił w przestrzeń.

Bogato zdobiona ilustracja wypełniała prawie całą stronę. Tekstu było niewiele. Napisany był wyraźnie, a to nie był jeszcze czas rozwoju abrewiacji. Nie musiałem się więc martwić brakiem wprawy w rozwijaniu średniowiecznych skrótów, które z liter „ecce” z poziomą kreską u góry, czyniły w rozwinięciu: „ecclesiae”.

– To jest jakaś apokryficzna wersja Księgi Rodzaju, bo autor podaje lokalizację ziemskiego raju. Umiejscowił go mianowicie w pobliżu Etiopii.

– OK! Tyle to się domyśliłem z obrazka. – Znów mrugnął okiem. – A jest coś o samym owocu?

– Jest. Zaczekaj – Zacząłem wertować stronice „Słownika łaciny kościelnej” w poszukiwaniu zapomnianych wyrazów. – O ile rozumiem, to w zakończeniu opisano smak owocu z drzewa poznania dobra i zła. Tylko tekst się urywa. Brzmi mniej więcej tak: „w jej ustach owoc miał smak najsłodszego wina, który po chwili zamienił się w cierpki, przypominający zabójczy wywar z jagody krzaku…” i to koniec. Reszta pewnie była na kolejnej karcie, o ile ten apokryf ukończono.

– Jesteś pewien?

– Raczej tak…

– Raczej?! Potrzebna mi pewność! Rozumiesz, o co mi chodzi?

– Nie… – wyznałem szczerze.

– Przy możliwościach moich laboratoriów jestem w stanie go odtworzyć. Chcę wypuścić na rynek owoc z drzewa poznania dobra i zła!

Zamarłem. Milczeliśmy przez chwilę. Wreszcie zebrałem się na odwagę, przywołałem wszystkie przemyślenia na temat istoty grzechu i buntu wobec Boga i powiedziałem:

– Wiesz przecież, jak ponuro ta historia się kończy. Nie można starać się dorównać stwórcy! To się nam nie udaje. Ciągle nie potrafimy uczynić, by blond włosy stały się czarne i na odwrót. Owszem, możemy je pofarbować, ale to wszystko. Nie zmienia to przecież istoty włosa. Nie wynoś się ponad Boga! To superbia – pycha, najstraszliwszy z siedmiu grzechów głównych!

Patrzył na mnie z nieukrywanym zdumieniem.

– Zwariowałeś? Tworząc moje produkty, nie sprawiam, że banany na świecie stają się mandarynkowe. Są sobie, jakie są – bananowate. Moje Owoce Spalonego Lasu to dobry towar, zabawny i dobrze się sprzedający. Nie stworzę drzewa poznania dobra i zła. Nie odtworzę istoty tamtego owocu, ale mogę odtworzyć jego smak i sprzedać go za duże pieniądze wszystkim, którzy nie myślą tak, jak ty, a gwarantuję ci, że tych jest większość. Oni już czują się lepsi od Boga, którego, jak im się zdaje, nie potrzebują. Mój towar to tylko wzmocni. Będą go jeść kilogramami, ostentacyjnie, w miejscach publicznych, a jego zdjęciami zaleją cały Internet! Powiedz mi tylko, czy dobrze rozumiesz ten tekst i czy wiesz, jak znaleźć ciąg dalszy?

– Nie wiem… Poproś jakiegoś średniowiecznika z Uniwersytetu Zielonogórskiego. Może profesora Zgrewińskiego. Jak słyszałem, przeszedł właśnie na emeryturę, będzie miał czas…

– A on się nie zajmował Bizancjum?

– Owszem, na poziomie doktoratu, ale potem zmienił specjalizację i pisał o Merowingach. To blisko powstania tego apokryfu.

– Królowie o długich włosach… – powiedział Marek w zamyśleniu. – Może, pomyślę. Jak sądzisz, da się to znaleźć?

– Co?

– No, ciąg dalszy, cały opis smaku.

– Nie wiem. Antykwariusze pewnie zapisali w katalogu, że to fragment nieznanego rękopisu. Nie wspominałeś, żeby ktoś z tobą o tę kartę rywalizował. Gdyby reszta była w rękach prywatnych lub w zbiorach bibliotek, pewnie miałbyś konkurentów. Z prawa pierwokupu też nikt nie skorzystał. Łatwo ci poszło, więc pewnie reszta zaginęła, a tę stronicę ktoś zachował ze względu na ilustrację, a nie treść.

– Łatwo?! Rzuciłem od razu ofertę pięć razy wyższą od ceny wywoławczej!

– OK, zainwestowałeś. Mimo wszystko sądzę, że gdyby ktoś miał resztę, albo by z tobą walczył, albo przynajmniej spróbował złapać kontakt i dogadać się jakoś później.

– To komplikuje sprawę…

Zawahałem się przez chwilę, po czym powiedziałem:

– Właściwie nie.

– Jak to?

– Nikt tego owocu od czasów Adma i Ewy nie kosztował.

– I?

– Możesz pokazać tę stronicę, na której uczeni odczytają sobie, że najsłodsze wino na początku, a potem cierpki posmak jagody z jakiegoś krzewu. Powiesz, że wiesz, jaki to krzak, a twoi inżynierowie zrobią smak, który będzie odpowiadał opisowi. Ja bym to puścił z odrobiną alkoholu, żeby lekko poprawiało nastrój, jak Kirin. – Spojrzałem na pustą butelkę. – I dodał dopisek, że dozwolone od osiemnastu lat. Wiesz, taki prawdziwy owoc zakazany. Jakby ktoś pytał o ciąg dalszy źródła, zasłonisz się tajemnicą handlową.

– Genialne! Ja chyba ciągle za uczciwy jestem. – Po raz kolejny mrugnął do mnie.

Marek otworzył kolejne butelki japońskiego piwa. Z wprawą przelał zawartość do pokali i wzniósł toast:

– Za nowy „Owoc Spalonego Lasu” i podbój Europy!

– Za! – podchwyciłem.

Gospodarz zamknął kasetkę. Odłożył na stolik obok i powiedział:

– Co tam u ciebie?

– Dzięki, leci.

Wieczór potoczył się dalej już normalnym rytmem. Wspominaliśmy dawne czasy, kumpli z osiedla, kolegów ze studiów. Na koniec puszczaliśmy stare piosenki na wspaniałym stereo gospodarza. Przy okazji okazało się, że lekko zleżałe sushi to świetna zakąska do irlandzkiej whisky robionej przez Szkotów. Wracając chwiejnym krokiem do siebie, na Ptasią, myślałem o smaku owocu z drzewa poznania dobra i zła. Może anonimowy twórca apokryfu nawiązał do istoty samego grzechu, który jest słodki z pozoru, a już po chwili staje się cierpki? Nie zdziwiłbym się, gdyby na kolejnej karcie wspomniano o goryczy, która pojawiała się w ustach na sam koniec. Przypomniało mi się uzasadnienie czarnego koloru skóry diabła, które zostawił nam św. Ambroży. Porównał on szatana do owocu morwy, który na początku jest biały, potem czerwony a na końcu czarnieje. Tak samo z upadłym aniołem. Na początku był biały i wspaniały, potem błyszczał czerwienią w swej sile, na końcu sczerniał od grzechu. Trzy barwy diabła i trzy smaki zakazanego owocu – to brzmi logicznie. W końcu „Boh trojcu lubit”.

Koniec

Komentarze

 

Troszkę się rozminąłem z Autorem. A szkoda. Przez dłuższy czas i spora ilość znaków narrator opowiada ze szczegółami przebieg spotkania ze starym kolegą, nie omija detali dotyczących wystroju wnętrza, jedzenia, trunków i sprzętów itp.. I w sumie bez powodu. Wszystko to wygląda jak wprowadzenie do właściwej akcji i wydarzeń. W pewnym momencie dwaj bohaterowie zapowiadają, czy może raczej ledwo wspominają o zagadce/pomyśle, który mógłby zainteresować czytelnika i spotkanie dobiega końca, a narrator wraca do domu, rozmyślając. Także te rozmyślania jakoś się jednak rozmywają bez wyrazistej punety. Zresztą nie tylko punety brak. Brak także finału, podsumowania, punktu kulminacyjnego czy nawet rozwinięcia. Wspomniany pomysł pozostaje tylko wspomnianym w rozmowie pomysłem. A czytelnik czuje się lekko zdezorientowany.

Sam pomysł odtworzenia smaku owocu zakazanego ciekawy, ale zupełnie niewykorzystany. Nie wiem też, jak się ma tytuł i nazwa produktu (owoce spalonego lasu) do rzeczywistej działalności Marka.

Fantastyka bardzo bliskiego zasięgu i przez to praktycznie niezauważalna. Troszkę razi encyklopedyczną wiedza, którą popisują się przed czytelnikiem postaci występujące w tekście. Brzmi to nieco sztucznie (np. długowłosi królowie).

Napisane sprawnie, chociaż nieco "sztywnym", jakby przesadnie poprawnym językiem.

Tekst z potencjałem, ale Autor postanowił zadowolić się przydługim wstępem i samym przedstawieniem swojej idei, a potem zakończyć opowiadanie. Byłaby ode mnie biblioteka, ale kompozycyjnie to strasznie niewyważone dzieło… No dobra, za pomysł i dosyć sprawne pióro dam klika.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Przykro mi to powiedzieć, ale rozczarowałam się – liczyłam na coś ciekawszego jako fantastyka, no i przede wszystkim lepiej napisanego. Opowiadanie składa się niestety głównie z infodumpu podawanego w nieprzekonująco, nienaturalnie brzmiących dialogach, a właściwie w monologu, bo kwestie narratora pełnią głównie funkcję zwaną fatyczną, czyli podtrzymywania rozmowy, by nie rzec wręcz, bo to literatura: stwarzania pozoru dialogu.

Sam pomysł masz całkiem zacny i dałoby się go rozwinąć w opowiadanie ze zwyczajną akcją albo – może jeszcze lepiej – skrócić w szort.

Szwankują nieco realia – o aukcjach napisałam poniżej, w ramach łapanki, prawie na samym końcu.

Tytułu też nie rozumiem, bo nie chodzi przecież o te tytułowe owoce.

 

Przecinki wyglądają, jakby automatycznie wstawiła je jakaś rozchwiana emocjonalnie wersja worda, który ma fetysza na punkcie zaimka “jaki” we wszelkich odmianach ;) Albo jakbyś wykupił wielki pakiet przecinków w hurtowni i musiał je wszystkie wykorzystać pod groźbą kary pieniężnej ;)

 

“Penthaus zajmowany przez Marka[-,] był trzy razy większy od mojego mieszkania”

 

“Dawaj, dwaj, stary! Fanie, że znalazłeś czas.“ – literówka x2

 

“w naszym zaganianym życiu” – zaganianym do zagrody? ;) chyba zagonionym

Uwaga ogólna: wypowiedź Marka brzmi jak z polskiego serialu: nienaturalnie…

 

“Gospodarz[-,] jakby czytał w moich myślach.”

 

“– Nie trzeba było! – Ucieszył się ponad miarę. Wyciągnął z opakowania wręczoną mu butelkę i powiedział:

– A, znam!” → wszystko w jednym akapicie

 

“W tym momencie[-,] jakby się przejął, czy mnie nie uraził.”

 

“smakowało mi[-,] jak każde inne”

 

“Poszukałem w pamięci[-,] jakiegoś punktu zaczepienia.”

 

“Przypomniały mi się niedawne komentarze kolegi” – to sprawia wrażenie, jakby była mowa o jakimś innym człowieku, nie Marku

 

“który opisywał Calvados[-,] jako”

 

“– Jasne – Marek z uznaniem dla mojej pamięci uniósł szkło w moją stronę.” – kropka na końcu wypowiedzi

 

“przed Komisją Europejska” – literówka

 

“czy moje produkty[-,] to owoce.”

 

“– Nie… Wybacz, jakoś nie było okazji… Przepraszam… – dodałem z zakłopotaniem.” – dlaczego “dodałem”? Wcześniej mówi Marek

 

“Na odchodne dam Ci paczkę.” – zaimek małą literą, bo to nie list

 

“Dostrzegł[-,] chyba[+,] że poczułem się przesłuchiwany” – może raczej odpytywany ?

 

jak dużo muszę ci opowiedzieć[-,] w celu wprowadzenia w temat

 

“ludzie w sytych społeczeństwach[-,] są znudzeni”

 

“jak bardzo nasi odbiorcy łakną być zaskakiwani” – pragną

 

“postanowiliśmy dawać dowolny smak[-,] do dowolnego kształtu”

 

“ktoś spróbuje poziomki[-,] o smaku grejpfruta”

 

“nawet kiedy banan ma smak banana” – nie rozumiem, miało być, że kształt nie odpowiada smakowi, a tu już chyba jesteśmy o krok dalej?

 

“– Tak, żyjemy w sytych czasach. – Zgodziłem się.” → albo “Zgodziłem się z nim.”, albo “… czasach – zgodziłem się. [lepiej: przytaknąłem.]”

 

“czy moje owoce[-,] to owoce”

 

“Nic to – dzieci pani kanclerz mnie obronią” – w dialogach lepiej jest unikać używania półpauz w obrębie wypowiedzi (było już raz wcześniej, ale nie wypisałam; potem też się zdarza)

 

“chciałem z Tobą pogadać” – zaimek z małej

 

“cel mojego zaproszenia wreszcie się ukaże” – niezgrabne stylistycznie, prędzej: objawi

 

“odległych[-,] pancernych drzwi” – to nie jest wymienianie cech drzwi, ale odlegle określają drzwi pancerne (zresztą byłoby lepiej tak właśnie napisać).

Skądinąd podkreślasz, niemal przesadnie, że je zamknął i zaryglował za sobą, a potem po prostu wraca, jakby przez te drzwi przeniknął

 

publicity murowane – dla mnie publicity jest rodzaju żeńskiego, zapewne przez łacinę, ale też reklama/popularność i wiele innych ze spektrum tego słowa to rodz. żeński

 

“Były inkunabuły…” → Były tam, a może lepiej: Znalazłem/zobaczyłem tam…

 

“W środku leżała karta zapisana wyraźnie minuskułą karolińską.“ ZGRZYYYT. Nigdzie wcześniej nie dajesz informacji czy choćby drobniutkiej zapowiedzi, że narrator zna się na starodrukach i średniowiecznym piśmie (albo choćby jest historykiem, nawet niekoniecznie mediewistą), a tu nagle bęc, rzuca specjalistyczną wiedzą i fachowym terminem. Owszem, wyjaśniasz to w następnym zdaniu, ale uczucie deusexmachinowości pozostaje. W sumie wystarczy, jeśli tam, gdzie jest “Nie widzieliśmy się od końca studiów.“ dodasz coś o tych studiach.

 

“Aron Guriewicz o tym wspominał[-,] w którejś swojej dużej pracy.” – to wyjątkowo nie jest zaimek względny, otwierający zdanie podrzędne

Skądinąd infodump do potęgi n+1

 

“A nie ma dobrego online?“

Nie kupuję. Do greki są online prawie wszystkie ważne słowniki, więc do łaciny raczej też się coś znajdzie. A specjalista raczej nie zna wyłącznie polskiego?

 

“Powinienem mieć Jugana.” → Jougana.

Ten Marek też mediewista? Jest to jedna z najbardziej nieoczekiwanych książek w domu biznesmana od owoców, który nie deklarował się jako zbieracz starych książek, mediewista itd. I w ogóle dalszy ciąg sugeruje, że jeśli nawet bohater jest mediewistą niepraktykującym, to do tego tekstu nie powinien potrzebować słownika.

 

“Zaczekaj – po tym słowie zatrzasnął kasetkę i wyszedł. “ → Zaczekaj. – Po tym słowie zatrzasnął kasetkę i wyszedł.

 

“średniowiecznych skrótowców” – zły termin

skrótowiec «wyraz pochodny utworzony w wyniku skrócenia jednego wyrazu lub grupy wyrazów, np. żelbet (żelazobeton), ZUS (Zakład Ubezpieczeń Społecznych)»

 

OK.! – kropka zbędna

 

“Tyle to się domyśliłem z obrazka” – tyle, czyli ile? Że to Raj, czy że Etiopia, czy że apokryf?

 

“Przy moich laboratoriach“ – w

 

“drzewa poznania dobra i zła” – nie wystarczyłoby samo poznania? Oni nie rozmawiają, oni deklamują kwestie…

 

“Nie można starać się dorównać stwórcy!” – zgrzyta mi ta modalność. Można – bo jest to możliwe, jak pokazała opowieść biblijna. Raczej: nie wolno, nie powinno się, nie należy. I w tej konkretnej narracji chyba powinno być “Stwórcy”

 

“Ciągle nie potrafimy uczynić, by blond włosy stały się czarne i na odwrót.” – sprawić zamiast uczynić ?

 

“To superbia – pycha, najstraszliwszy z siedmiu grzechów głównych!” – byłabym za zapisem łacińskiego słowa kursywą

 

“i[-,] czy wiesz,”

 

“Poproś jakiegoś średniowiecznika z Uniwersytetu Zielonogórskiego. Może profesora Zgrewińskiego.” – i dalszy ciąg. Facet o koneksjach Marka może poszukać superspecjalisty od apokryfów karolińskich w dowolnej części świata, więc troszkę ta lokalność śmieszy. Z kolei jeśli to się dzieje w Zielonej Górze, to żaden z nich nie będzie raczej wymieniał całej nazwy uczelni, ale powie “z uniwerku/uniwersytetu/naszego uniewersytetu”.

 

“Królowie o długich włosach…” – ?? Wiem, do czego nawiązujesz, ale po co? Zwłaszcza że zabytek ma być późniejsi, więc ci Merowingowie w ogóle tu ni z gruszki, ni z pietruszki

 

“Rzuciłem od razu ofertę pięć razy wyższą od ceny wywoławczej!” – profesjonalne aukcje na żywo tak nie działają, licytuje się zawsze wg progów domu aukcyjnego. Duże przebicie możesz dać, owszem, jeśli dajesz domowi aukcyjnemu upoważnienie do licytowania za ciebie, pod twoją nieobecność, do określonej sumy, albo jeśli zostawiasz taką dyspozycję online. Na żywo jest to niemożliwe. W przypadku istnienia takich dyspozycji od potencjalnych nabywców aukcja nadal idzie swoim torem, a ktoś oczywiście może przebić taką ofertę, a ktoś, kto dał wysoki limit i wygrał, kupuje za tyle, do ile doszła aukcja, nie za limit.

 

“albo by z tobą licytował” – albo by też licytował/albo by z tobą rywalizował

 

“Na koniec puszczali stare piosenki na wspaniałym stereo gospodarza.” → puszczaliśmy/puściliśmy

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

@Mr.Maras

Dziękuję za obszerny zbiór uwag. Będę miał o czym pomyśleć, a to wyjątkowo cenne. „Królowie o długich włosach” – o Merowingach studentowi historii powinno choć tyle utkwić w pamięci. Mamy też gatunkową tendencję, do demonstrowania, że nie jesteśmy ignorantami w dowolnym temacie, który nam się przynajmniej obił o uszy. Na ile to „story” można było jeszcze ciągnąć? Nie wiem. :-D Dan Brown niechybnie sieknąłby kolejną powieść, w której okaże się, że teza Fernanda Braudel’a o długim trwaniu zjawisk historycznych ma się świetnie. :-)

 

@Drakaina

Pięknie dziękuję za dokonanie sprawiedliwej rzezi! Napisałem kiedyś opowiadanie o Titivillusie i od tamtej pory mści się bestia. Najpewniej wolałby, żeby świat zapomniał o jego knowaniach. Rumienię się z powodu popsucia nazwiska księdzu Alojzemu. To się nie powinno było zdarzyć. Słowniki online – łacińsko-angielskie bardzo fajne. Tym fajniejsze, że nie stronię od wyrazów wulgarnych, które trudno znaleźć w naszych wydawnictwach. Może jest teraz jakiś solidny słownik łasińsko-polski online. Ja nie kojarzę.

Wydało mi się oczywiste, że to koledzy ze studiów historycznych. Jeden fascynował się kiedyś średniowieczem i dlatego drugi go zaprosił. Dlaczego nie wynajął „płatnego mordercy”? Jest nieufny. Nie był mu też potrzebny ktoś, kto na podstawie tej karty zechciałby napisać komunikat. Jeszcze kwestia aukcji antykwarycznych. Dawno na żadnej nie byłem, a w Lipsku nie byłem nigdy. Dopuszczam jednak opisaną możliwość.

 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i dziękuję za bogaty zbiór interesujących uwag,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Ostatnio dość mocno śledzę rynek antykwaryczny z powodów zawodowych i współczesne aukcje wszędzie wyglądają tak, jak opisałam. Można jeszcze licytować przez telefon – to bardzo fajna opcja. Takie aukcje, że padało “kto da więcej” i ktoś z sali rzucał cenę zaporową, to chyba już wszędzie przeszłość. Zresztą w sumie to i tak byłoby nielogiczne: jeśli kupujący jest na sali i widzi, że nie ma zainteresowania – po co wtedy przebijać tak wysoko? Zastanawiam się, czy to w ogóle nie wymysł literacko-filmowy ;) Licytacja i tak trwa dopóki ktokolwiek podbija, więc Marek mógłby sobie do tego pięciokrotnego przebicia spokojnie licytować, a nawet wyżej. A on chyba kupił za wyjściową?

 

A w kwestii Merowingów – tak, to taka chwytliwa informacja nawet jak człowiek się średniowieczem nie interesuje. Chodzi mi raczej o to, że oni są w opowiadaniu kompletnie niepotrzebni. A na dodatek akurat pójście w trochę danobrownowatą fabułę o tym, że to jest właśnie merowiński rękopis i jakaś merowińska tajemnica mogłoby być fajne. Tak – niewybuchająca strzelba, sorry…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Współczesny rynek antykwaryczny – wierzę. Postawiłem już na Karolingów, więc nie planowałem strzelać z Merowingów. ;-)

P.S. Kilka lat temu sam tak licytowałem. Faktem natomiast jest, że nie chodziło o książkę.

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

No więc po co ci Merowingowie, skoro nie strzelają? ;) Nie są nawet zmyłką, są po prostu kolejnym kawałkiem encyklopedycznego infodumpu, niczemu niesłużącego. Po prawdzie dla opowiadania to, z jakiej konkretnie epoki pochodzi rękopis, jest bez znaczenia (niestety).

A co do studiów to po prostu daj na początku, że studiowali historię i wtedy minuskuła będzie mniej deusexmachinowa, a i powód, dla którego Marek zaprosił akurat tego kolegę, bardziej czytelny.

 

Btw też w najmniejszym stopniu śledzę na rynku antykwarycznym książki, aczkolwiek bywa, że się zdarzy.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Niby jasno wyłożyłeś, Wilku, o co chodzi w opowiadaniu, ale opisawszy spotkanie kolegów z dawnych lat, uatrakcyjnione oglądaniem kupionej na aukcji karty, pozostawiłeś niedosyt. Także niedosyt fantastyki.

 

Po chwi­li przy­niósł drew­nia­ną skrzyn­kę z bu­tel­ka­mi Ki­ri­nu. –> Dlaczego wielka litera? Ten błąd pojawia się także pod koniec opowiadania.

http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

– Ani Re­ma­rque’a, który opi­sy­wał Ca­lva­dos, jako „nor­mandz­ki ko­niak z ja­błek”. –> Jak wyżej.

 

– Jasne, nie drgnę z miejsca! –> Raczej: – Jasne, nie ruszę się z miejsca!

 

Przy moich laboratoriach jestem w stanie go odtworzyć. –> Raczej: Przy możliwościach moich laboratoriów jestem w stanie go odtworzyć.

 

– Po raz kolejny mrugnął do mnie okiem. –> Mrugają powieki, nie oczy.

Proponuję: – Po raz kolejny mrugnął do mnie. Lub: – Po raz kolejny puścił do mnie oko.

 

Na koniec puszczaliśmu stare piosenki… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kolejną butelkę[-,] przelał do szklanki i pociągnął spory łyk.

– E dlaczego?

To na pewno tak miało być? Widziałabym tu raczej: A dlaczego? albo E, dlaczego?

– Wiesz, możliwość pozyskiwania funduszy europejskich, które idą na wsparcie rynku owoców miękkich w rywalizacji z Chinami, ułatwiłyby mi zajęcie całej Europy i podjazd pod Afrykę.

Możliwość […] ułatwiłaby.

Rozbudowuję teraz sieć fabryk za zachodzie.

Literówka.

 Co ty na to!

To chyba jest pytanie ;)

Na koniec puszczaliśmu stare piosenki na wspaniałym stereo gospodarza.

Literówka.

 

Mnie się podobało :)

Początek rzeczywiście wyszedł nieco przydługi, w zasadzie niewiele się dzieje, ot, kolega odwiedził kolegę, a tak naprawdę można to opowiedzieć w kilku zdaniach. Dobra, kilkunastu. Ale fajny pomysł na gruszkę zamiast jabłka. 

I podoba mi się tytuł, raz, że ładny, a dwa, że pasuje do treści ;) Skoro owoce są ze spalonego lasu, wiadomo, że (już) nie istnieją.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Właściwie mogłabym się podpisać pod komentarzem Marasa. Ogólnie fajnie, ale wstęp bardzo przeciągnięty. To naprawdę ma znaczenie dla fabuły, że gospodarz własnoręcznie przyrządził sushi ze składników nabytych w sklepie?

Dodatki średniowieczne mi się podobały. Wzbogaciły tekst.

– „Owoce Spalonego Lasu” są dziś hitem na rynku niemieckim i austriackim. To truskawki na miarę końca XXI wieku!

W dialogach liczby raczej pisze się słownie.

Babska logika rządzi!

Komentarz Marasa po raz trzeci. Sam pomysł na smaki jest fajny, ale po wstępie tego koncertu fajerwerków niestety nie dostałem nic. Trochę szkoda.

Na plus także dodatki o średniowieczu. To one najbardziej narobiły mi smaka na coś większego. Aż szkoda, że wszystko się tak nagle skończyło. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

@Drakaina

Skończ z tą karolińską propagandą! :-P

 

@Regulatorzy

Cieszę się, że coś dla Ciebie, Bogini, zostało. Bo bałem się, że po (pozytywnym) najeździe Drakainy już nic nie ma do ulepszenia. :-D

 

@Anet

Dziękuję za uwagi i korektę! Widziałaś reklamę na drzwiach Biedry? „Ziemniaki, które smakują jak ziemniaki”? Ubawiłem się na ten widok setnie. :-D Potem napłynęły ponure refleksje.

 

@Finkla

Dzięki za dostrzeżenie woli ubogacenia tekstu. Składniki na sushi są ważne. Takie drobiazgi, które pokazują, co kryje się pod angielskim zapisem S.Nob. ;-0

 

@NoWhereMan

Cieszę się, że średniowieczne dodatki wypadły dobrze. Może następnym razem w historii umieszczę uczonych przyjaciół. Narażając się na ewentualne procesy o zniesławienie. ;-)

 

Całkiem serio na koniec – serdecznie wszystkim Wam dziękuję za przeczytanie tego tekstu, ale też za czas i energię poświęconą na to, by go uczynić lepszym. Miałem o czym pomyśleć, a myślenie jest dobre i miłe!

 

Z wilczym błogosławieństwem,

Wilk który jest

P.S. Dodatek – świat dziwaczeje na naszych oczach.

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka