- Opowiadanie: Mytrix - Krzem

Krzem

Krzem (Si, łac. si­li­cium) - pier­wia­stek che­micz­ny z grupy pół­me­ta­li. Po­wszech­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ny w prze­my­śle elek­tro­nicz­nym.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Krzem

Rozdział pierw­szy

 

Drogę oświe­tla­ły tylko nie­licz­ne la­tar­nie, rzu­ca­ją­ce zimne, nie­bie­ska­we świa­tło. Deszcz ostro za­ci­nał, wiatr po­ry­wał mokre śmie­ci i ci­skał je w bez­dom­ne, rdze­wie­ją­ce an­dro­idy.

Star­szy męż­czy­zna gonił po ulicy młodą dziewczynę. Chod­nik był zbyt za­śmie­co­ny i za­tło­czo­ny nie­ru­cho­my­mi zło­ma­mi, by ry­zy­ko­wać tam bie­g.

W od­da­li za­ma­ja­czy­ła ogrom­na, po­ły­sku­ją­ca na nie­bie­sko ko­pu­ła. Ana za­śmia­ła się w głos. Cel był tak bli­sko.

– Dosyć! – krzyk­nął za nią Krzem.

Nie usłu­cha­ła, bie­gła dalej.

Do­go­nił dziewczynę i szarp­nął za ramię, ta straciła równowagę i rąbnęła pupą w mokrą jezd­nię. Męż­czy­zna sprawnie ją wyminął.

Trwa­li chwi­lę w bez­ru­chu. Deszcz lał się z nieba stru­mie­nia­mi. Ana unio­sła głowę i otwo­rzy­ła usta. Woda miała me­ta­licz­ny po­smak.

– Wra­ca­my do domu – rzu­cił Krzem i minął dziew­czy­nę.

– Tato!

Za­trzy­mał się.

– Dla­cze­go nie po­zwa­lasz mi tam po­dejść?

Nie od­po­wie­dział.

– Prze­cież masz dwie prze­pust­ki. Mo­że­my pójść razem. Chcia­ła­bym choć raz zo­ba­czyć te wszyst­kie wspa­nia­ło­ści.

Od­wró­cił się gwał­tow­nie, jego siwe, pra­wie białe włosy za­tań­czy­ły w po­wie­trzu, roz­bry­zgu­jąc wodę. Pod­szedł i chciał zdzie­lić córkę w twarz, ale za­miast tego padł na ko­la­na i ją przy­tu­lił. Była jesz­cze taka młoda, na­iw­na.

– Nie je­steś na to go­to­wa.

– Je­stem! – Dziew­czy­na zmru­ży­ła groź­nie oczy. Jej spoj­rze­nie mó­wi­ło sprawdź mnie”.

– Opisz swój stan. – Męż­czy­zna pod­jął wy­zwa­nie.

– Zzięb­nię­ta, zzia­ja­na, zmo­czo­na! – wy­krzy­cza­ła.

Wstał. Nie­spiesz­nie.

– Prze­mo­czo­na! Zmo­czyć to się może dziec­ko w nocy! – Ze zło­ści Krzem bił się dło­nią w głowę. – Czy to tak trud­no pojąć!?

At­mos­fe­ra zgęst­nia­ła i py­ta­nie za­wi­sło w po­wie­trzu. Można było ob­ser­wo­wać po­je­dyn­cze kro­ple desz­czu, spa­da­ją­ce i roz­trza­sku­ją­ce się o as­falt, zu­peł­nie jak na fil­mie w zwol­nio­nym tem­pie.

– Jeśli chcesz tam pójść, mu­sisz mówić i za­cho­wy­wać się jak oni!

Zła­pał córkę za rękę i po­cią­gnął. Z ła­two­ścią wy­śli­zgnę­ła mokrą dłoń z uści­sku.

– Hympf! – Ana rzu­ci­ła fo­chem i mi­nę­ła ojca. – Pusz­czaj! Sama pójdę.

Uśmiech­nął się pod nosem. Wła­śnie o to cho­dzi­ło. No, nie tylko o to, ale od cze­goś trze­ba za­cząć. Jak się ktoś szlach­ci­cem nie uro­dził, to musi umieć do­brze uda­wać.

 

***

 

Le­ża­ła na pry­czy. Bolał ją po­tłu­czo­ny po­śla­dek, więc prze­krę­ci­ła się na brzuch. Teraz miała widok na drzwi do warsz­ta­tu ojca. Za­mknął się tam i kazał nie prze­szka­dzać. Jak zwy­kle pra­co­wał. Po­tra­fił spę­dzać w od­osob­nie­niu wiele cykli z rzędu.

Po­dob­nie jak za­war­tość nie­bie­skiej ko­pu­ły, wnę­trze warsz­ta­tu po­zo­sta­wa­ło dla dziew­czy­ny w sfe­rze do­my­słów. Krzem miał przed córką wiele ta­jem­nic, ale nie mogła się skar­żyć. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści jed­no­stek za­miesz­ku­ją­cych przed­mie­ścia, ni­cze­go jej nie bra­ko­wa­ło.

– Zresz­tą komu mia­ła­bym się po­skar­żyć? – Zer­k­nę­ła w bok. – Tobie, J-cztery siedem?

Mały dron usły­szaw­szy swoje imię, skrył się za po­ma­lo­wa­ną na zie­lo­no, me­ta­lo­wą szafą.

– A może Jay­mie­mu?

Stary lokaj sto­ją­cy pod ścia­ną, schy­lił się w ukło­nie i tak już po­zo­stał.

– Cze­goś pa­nien­ce pot-t-t-trze­ba? – Za­rzę­ził.

Dziew­czy­na wsta­ła z pry­czy i po­sta­wi­ła an­dro­ida z po­wro­tem do pionu.

– Ile razy mam ci po­wta­rzać, żebyś się nie kła­niał? Masz uszko­dzo­ne ser­wo­mo­to­ry, dur­niu. Uszko­dzo­ne, nie­dzia­ła­ją­ce, ze­psu­te. Kaput! – Zła­pa­ła bla­sza­ka za ra­mio­na i po­trzą­sa­ła. – Zresz­tą, nie na­zy­waj mnie pa­nien­ką, bo wy­ko­pie cię na ulicę, stary ra­mo­lu.

– T-tak – po­twier­dził, po czym dodał – ale pa­nicz nal-l-l-le­ga, by się t-t-tak do pa­nien­ki zwra­cać. W ra-ra-ra­mach nauki i przy­got-t-t-owa­nia.

– Zatem mów do mnie w taki spo­sób, tylko w obec­no­ści Krze­ma. Krze­ma pa­ni­cza, króla na zamku, pana na wło­ściach, wład­cy na dziel­ni, maj­stra na bu­do­wie, o! Tak go ty­tu­łuj. – Za­do­wo­lo­na z sie­bie, po­pu­ka­ła lo­ka­ja w głowę. – A teraz, Jay­mie, milcz.

Ro­zej­rza­ła się po dużym, acz za­gra­co­nym po­miesz­cze­niu.

– No, to który chce wy­słu­chać moich skarg? Jay-jay? Jonas? Jon? Jarek? Janek? Jo­achim? Joy? J-cztery siedem?

Po­ło­wa z wy­mie­nio­nych ro­bo­tów, dro­nów czy an­dro­idów, w ogóle nie za­re­ago­wa­ła, resz­ta od­wra­ca­ła głowy, czy co tam mogła od­wró­cić, lub ucie­ka­ła po ką­tach.

– Żaden? No i dobra. Wal­cie się! I tak je­ste­ście bandą ka­le­kich nie­doj­dów. Wy… Wy stare pusz­ki za­rdze­wia­łe.

Drzwi skrzyp­nę­ły. Ana od­wró­ci­ła się i wark­nę­ła na Janka.

– A ty dokąd? Masz szla­ban na wy­ła­że­nie na ze­wnątrz! Co to, to nie. Nie będę znowu z tobą na ple­cach, przez pół dziel­ni dra­ło­wać. Aaaargh! – za­wy­ła, gdy Janek po­tknął się w progu i prze­wró­cił. – Za jakie grze­chy? Zresz­tą, rób­cie co chce­cie!

Wy­szła z bu­dyn­ku i chcia­ła trza­snąć drzwia­mi, lecz te blo­ko­wał le­żą­cy an­dro­id.

– Niechby was ko­ro­zja! – krzyk­nę­ła, sto­jąc już na chod­ni­ku. – Żeby wam styki za­śnie­dzia­ły! Idę sobie, a co? A nic! Po­zdrów­cie Krze­ma jak wy­le­zie z jamy, z leża, z bar­ło­gu. Wie­cie w ogóle, co to bar­łóg? Ech… – Zer­k­nę­ła w lewo na za­śmie­co­ną ulicę, w prawo na dwie nie­ak­tyw­ne jed­nost­ki sprzą­ta­ją­ce. Żaden z kie­run­ków nie za­chę­cał. – Tylko dokąd teraz?

Opcje były za­sad­ni­czo dwie. Na zło­mo­wi­sko w po­szu­ki­wa­niu cze­goś faj­ne­go, lub do czę­ści prze­my­sło­wej. W oko­li­cach fa­bryk czę­sto krę­ci­li się zna­jo­mi, no i można by po­ma­ru­dzić komuś ży­we­mu…

 

***

 

– Do dupy z takim czymś. – Ana kop­nę­ła pustą bu­tel­kę.

– No, wy­dłu­ży­li nam te zmia­ny, aż o dwie go­dzi­ny. Do od­wo­ła­nia.

– Do od­wo­ła­nia, to rów­nie do­brze na za­wsze!

– Nowe za­mó­wie­nie spod ko­pu­ły. Po­wiedz ojcu, że w tym ty­go­dniu nie przyj­dę pomóc w warsz­ta­cie. – Przy­ja­ciel wy­raź­nie po­smut­niał. – A szko­da, bo twój tato do­brze płaci. Do­dat­ko­wej ener­gii nigdy za wiele.

– Le­piej byś mi po­wie­dział, co on tam robi? – Dziew­czy­na zro­bi­ła duże oczy. – Morty, pro­szę, pro­szę! Zdo­bę­dę dla cie­bie jedną, czy dwie ba­te­rie w za­mian.

Chło­pak po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu Any. Grube palce, bruz­dy, zro­go­wa­ce­nia. Znać było czło­wie­ka pracy.

– Coś do­bre­go, dla nas wszyst­kich. To dobry czło­wiek… jest.

Sy­re­na z po­bli­skiej fa­bry­ki oznaj­mi­ła faj­rant. Morty po­de­rwał się z murku, na któ­rym sie­dział i za­rzu­cił torbę na ramię.

– Muszę le­cieć, trzy­maj się mała.

– Lek­kiej zmia­ny, Morty.

– Wiesz jak jest. – Się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni skó­rza­nej kurt­ki i wyjął mały po­dłuż­ny pa­ku­nek. – Łap!

Chło­pak od­da­lał się, a Ana szyb­ko od­pa­ko­wa­ła sre­ber­ko i we­pcha­ła ba­to­nik do ust. Sma­ko­wał pra­wie jak praw­dzi­wa cze­ko­la­da. Pra­wie. Z wciąż pełną buzią, prze­sko­czy­ła przez ba­rier­kę i zbie­gła po na­sy­pie. Na dole skrę­ci­ła pod most. Sta­ra­ła się nie pa­trzeć na bez­dom­nych ko­czu­ją­cych przy ogni­skach, by nie przy­cią­gnąć kło­po­tów.

W po­ło­wie drogi na drugą stro­nę, przej­ście za­stą­pi­ło jej trzech opry­chów.

Herszt dzier­żył w ręce klucz fran­cu­ski.

– Czego szuka tutaj taka ślicz­na buźka, hę?

Za­trzy­ma­ła się i mil­cza­ła. Wbiła wzrok w zie­mię. Reszt­ka ba­to­ni­ka sta­nę­ła jej w gar­dle. Z tru­dem prze­łknę­ła.

– Szef pyta, to od­po­wiedz! – Jeden z po­ma­gie­rów po­pchnął dziew­czy­nę. – Jak chcesz przejść, to mu­sisz za­pła­cić! – Za­mach­nął się by zadać cios, ale coś od­bi­ło się z hu­kiem od jego głowy i po­to­czy­ło po ulicy.

Dron?

Ko­rzy­sta­jąc z chwi­li za­mie­sza­nia, Ana rzu­ci­ła się do uciecz­ki. Wpa­dła pro­sto w silne ra­mio­na. Spoj­rza­ła na twarz męż­czy­zny, który ją po­chwy­cił.

– Krzem?

Przy­ło­żył tylko palec do jej ust. Nad ich gło­wa­mi za­szu­mia­ły wir­ni­ki ma­łe­go drona.

– Wra­caj pro­sto do domu. J-czte­ry sie­dem cię od­pro­wa­dzi.

– Coś ty, do licha, za jeden!? – Herszt bandy moc­niej chwy­cił swój oręż. – Już my ci po­ka­że­my.

Krzem po­pchnął córkę w prze­ciw­nym kie­run­ku.

– Pro­sto do domu – po­wtó­rzył.

 

***

 

Wku­rzo­na dziew­czy­na sie­dzia­ła na pry­czy. Rów­nie zła co roz­trzę­sio­na. Tro­skę o ojca skry­wa­ła pod pie­rzy­ną gnie­wu. Jej me­cha­nicz­ni kom­pa­ni, ci któ­rzy mogli, po­cho­wa­li się po ką­tach. J 47 za­do­ko­wał w sta­cji ła­du­ją­cej.

– Masz szczę­ście, że nie umiesz mówić.

Jot za­pa­lił czer­wo­ną diodę, co­kol­wiek miało to zna­czyć.

– Śle­dzi­łeś mnie, ty mała pod­stęp­na plu­skwo!

Znów czer­wo­na dioda.

– I do­brze zro­bił. – Krzem wszedł do po­miesz­cze­nia. Pod lewym okiem miał pa­skud­ną śliwę.

– Tato ja…

Prze­rwał jej ge­stem dłoni. Nie kło­po­tał się zmy­wa­niem krwi z rąk, czy zdję­ciem kurt­ki. Przy­su­nął sobie krze­sło i usiadł na­prze­ciw córki.

Po­cząt­ko­wo tylko mil­cze­li. Za każ­dym razem, gdy Ana otwie­ra­ła usta, Krzem dawał jej znak, by nie roz­po­czy­na­ła – zbie­rał myśli.

– Przy­po­mi­nasz mi swoją matkę. Jej tem­pe­ra­ment też trudno było okieł­znać – za­czął po chwi­li. – Nie mu­si­my roz­ma­wiać o tym, co dzi­siaj za­szło. Wiem o co cho­dzi, aż na­zbyt do­brze.

Dziew­czy­na słu­cha­ła z ro­sną­cym za­in­te­re­so­wa­niem, szcze­gól­nie ze wzglę­du na wspo­mnie­nie matki. Ostat­nio, poza wy­kła­da­mi na temat dwor­skie­go za­cho­wa­nia, nie roz­ma­wia­ła z ojcem zbyt czę­sto.

Krzem po­tarł skroń i kon­ty­nu­ował:

– Je­steś bar­dzo cenna, nie mo­że­my cię stra­cić, to by nas zbyt wiele kosz­to­wa­ło.

– Nas… ja­kich nas?

– No… mnie i twoją mamę – za­śmiał się ner­wo­wo. – Obie­ca­łem jej, że bę­dziesz moim oczkiem w gło­wie. Takim naj­waż­niej­szym try­bi­kiem, có­recz­ką ta­tu­sia – tu uśmiech­nął się sze­rzej.

Ana nie chcia­ła prze­ry­wać, przy­jem­nie się słu­cha­ło.

– Wiesz, nie było mi dane, na­cie­szyć się wami obie­ma zbyt długo, ale szcze­gól­nie jedno utkwi­ło mi w pa­mię­ci. Wspo­mnie­nie z mo­ty­la­mi, pa­mię­tasz? – Wzrok Krze­ma stał się nieco nie­obec­ny. – Tam­te­go dnia po­szli­śmy wszy­scy na wzgó­rze i…

Pa­mię­ta­ła. Do­koń­czy­ła:

– …i mama upar­ła się, by nalać do mi­secz­ki wody z cu­krem. Po chwi­li zle­cia­ły się dzie­siąt­ki mo­ty­li, a my po­dzi­wia­li­śmy! Gła­dzi­ła mnie po gło­wie, ty ro­bi­łeś śmiesz­ne miny…

To wspo­mnie­nie matki, jako je­dy­ne tak do­brze za­cho­wa­ło się w pa­mię­ci Any. Wszyst­kie inne były jak za mgłą.

– Chcia­ła­bym ją zo­ba­czyć, znów dać się gła­skać po wło­sach.

– Ja też, có­recz­ko, ja też.

Sie­dzie­li i mil­cze­li. Żad­ne­mu z nich nie spie­szy­ło się do prze­rwa­nia tej chwi­li.

J 47 za­pa­lił zie­lo­ną diodę, choć wcale jesz­cze nie skoń­czył ła­do­wać aku­mu­la­to­ra.

 

Rozdział drugi

 

– Cie­ka­we o czym jest drugi roz­dział? – Ana gło­śno my­śla­ła.

– Tego nigdy się nie do­wie­my. – Morty uśmie­chał się sze­ro­ko. – Tych stron bra­ku­je od dawna. Chyba że… mo­żesz za­py­tać Tima. On mógł to prze­czy­tać, może pa­mię­ta.

Ana od­rzu­ci­ła wy­bra­ko­wa­ną lek­tu­rę na ster­tę gazet, skąd ją wcze­śniej wy­grze­ba­ła.

– Mógł­byś tu cza­sem po­sprzą­tać.

– Jeśli masz ocho­tę, nie będę cię po­wstrzy­my­wać.

– A nie masz ja­kiejś całej książ­ki?

– W sen­sie, że pa­pie­ro­wej?

Dziew­czy­na przy­tak­nę­ła.

– Wszyst­ko po­szło na wy­prze­da­ży z oka­zji za­mknię­cia an­ty­kwa­ria­tu, prze­cież wiesz. Coś cy­fro­we­go by się zna­la­zło.

– Mam aler­gię na cy­fro­we. Mam też dwie ba­te­rie na zby­ciu. Po­wiesz mi, co Krzem robi w warsz­ta­cie? Cią­gle nie po­zwa­la wcho­dzić i ry­glu­je drzwi!

Przy­ja­ciel mil­czał. Prze­trze­pał kie­sze­nie, schy­lił się do torby i chwi­lę cze­goś w niej szu­kał. W końcu wyjął małą pacz­kę cu­kier­ków z wy­tar­tym, nie­czy­tel­nym logo i podał dziew­czy­nie.

– Na po­cie­sze­nie.

– Morty, skąd ty bie­rzesz te sło­dy­cze?

– Każdy ma swoje ta­jem­ni­ce, usza­nuj to.

– Ja nie mam!

Zmie­rzył ją ostrym spoj­rze­niem. Nieco się spe­szy­ła i do­da­ła:

– A przy­naj­mniej nic waż­ne­go.

Chciał dodać, że nie każdy wie o swo­ich ta­jem­ni­cach, ale w ostat­niej chwi­li ugryzł się w język.

– No co? Chcia­łeś coś po­wie­dzieć? No? Mów! Po­śmiej się ze mnie! – Tup­nę­ła w pod­ło­gę. – Stary gbur!

– Ejj, nie taki zaraz stary…

Morty mach­nął ręką i zni­kąd po­ja­wi­ło się w niej ko­lej­ne opa­ko­wa­nie cu­kier­ków. Otwo­rzył i wsy­pał wszyst­ko do ust. Ana nie chcia­ła być gor­sza. Ro­ze­rwa­ła swoją pacz­kę i spró­bo­wa­ła zrobić to samo, co oka­za­ło się wcale nie takie pro­ste.

– Wła­ści­wie to – wy­pa­lił Morty, gdy prze­łknął – mam tu taką książ­kę. Gdzieś tu była.

Otwo­rzył i wy­cią­gnął z szaf­ki jedną z szu­flad, a za­war­tość wy­sy­pał na środ­ku po­miesz­cze­nia. Ob­rzu­cił tak po­wsta­łą kupkę gazet i ko­mik­sów krzy­wym spoj­rze­niem, po czym po­wtó­rzył czyn­ność opróż­nia­nia z ko­lej­ną szu­fla­dą. Przy czwar­tej naj­wy­raź­niej doj­rzał zarys tego, czego szu­kał:

– HA! – wy­krzyk­nął tak gło­śno i nagle, że Ana nie­mal udła­wi­ła się ostat­nim cu­kier­kiem. – To jest to! – Pod­niósł sfa­ty­go­wa­ną księ­gę z pla­ma­mi po kawie, lub innym ciem­nym na­po­ju na okład­ce. – Sądzę, że po­win­naś to prze­czy­tać.

– Nasza Walka – od­czy­ta­ła gło­śno tytuł. – No niech bę­dzie, zo­ba­czy­my. Swoją drogą, kto kupił te wszyst­kie książ­ki na wy­prze­da­ży, skoro pra­wie nie scho­dzi­ły?

– Zdzi­wisz się…

– Wal!

– Gość po­słu­gi­wał się pseu­do­ni­mem De­zer­ter, ale na bank był spod ko­pu­ły.

– A tej jed­nej, czemu nie wziął?

– Na­szej Walki nie chciał, a ja nie py­ta­łem dla­cze­go.

 

***

 

Krzem wy­chy­nął z warsz­ta­tu, tylko w celu po­chwy­ce­nia cze­goś do prze­ką­sze­nia, ale coś go tknę­ło i łyp­nął spode łba na córkę, jak zwy­kle za­le­ga­ją­cą na pry­czy. Byłby ją zi­gno­ro­wał, lub po­go­nił do wy­peł­nia­nia obo­wiąz­ków, jakie na nią sys­te­ma­tycz­nie na­kła­dał. Byłby tak po­stą­pił, lecz coś in­ne­go przy­ku­ło jego uwagę. Oży­wił się, gdy do­strzegł czy­ta­ną przez dziew­czy­nę książ­kę. Trzy­ma­ła ją w taki spo­sób, że bez trudu roz­po­znał okład­kę, za­rzu­cił więc wszel­kie inne za­mia­ry i zbli­żył się ostroż­nie.

Nie­za­cho­wa­nie ostroż­no­ści, gro­zi­ło przy­ję­ciem le­cą­ce­go buta na twarz. Tym razem miał szczę­ście i zo­stał cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wa­ny. Pię­trzą­ce się sze­re­gi liter po­chła­nia­ły umysł Any. Do­strzegł nawet coś na kształt wy­pie­ków na twa­rzy. Obu­rze­nie – bo co in­ne­go mogła wzbu­dzać treść czy­ta­ne­go przez córkę dzie­ła? Sta­nął tuż obok i od­chrząk­nął.

– Wiesz jakie bred­nie tu wy­pi­su­ją?! – pod­ję­ła bez owi­ja­nia w ba­weł­nę. – A Morty mi to po­le­cił.

– Wiem, czy­ta­łem. – Krzem nie zdra­dzał zbyt­nich emo­cji. – Też uwa­żam, że po­win­naś to uważ­nie prze­czy­tać.

– Ten cały Adam Haxx to jakiś obłą­ka­niec był.

– Nie cał­kiem. Po­rwał za sobą cały naród. Do­pro­wa­dził do Uty­li­za­cji, choć czę­ściej mó­wi­my na to Zło­mo­wa­nie. Na szczę­ście nie wy­peł­nił planu w stu pro­cen­tach.

– Po co więc to czy­tać? Żeby nerwy sobie po­szar­pać? O, dla przy­kła­du taki frag­ment. – Po­ka­za­ła, a Krzem po­dą­żył wzro­kiem za jej pal­cem: 

 

Ludz­kie pań­stwo, któ­re­go ogól­ny obraz pró­bo­wa­łem za­ry­so­wać, nie po­wsta­nie przez zwy­kłą zna­jo­mość po­trzeb czło­wie­ka. Nie wy­star­czy wie­dzieć, jak po­win­no wy­glą­dać takie hu­ma­ni­stycz­ne pań­stwo. Pro­blem jego na­ro­dzin jest da­le­ko trud­niej­szy. My nie mo­że­my cze­kać, aż obec­ne kasty, które czer­pią ko­rzy­ści z ak­tu­al­ne­go kształ­tu pań­stwa, zmie­nią swoje na­sta­wie­nie z wła­snej ini­cja­ty­wy. Nie jest to moż­li­wie, po­nie­waż ich praw­dzi­wy­mi przy­wód­ca­mi są SI, i tylko SI.

SI prze­śla­du­je swój obiekt nie­prze­rwa­nie swoim po­stę­po­wa­niem, w prze­ci­wień­stwie do ludz­kiej szlach­ty i ro­bot­ni­ków, któ­rzy zsu­wa­ją się ku za­gła­dzie, za­wdzię­cza­jąc to głów­nie wła­snej in­do­len­cji, głu­po­cie i bo­jaź­li­wo­ści. SI jest świa­do­me swego koń­co­we­go celu. Kasta ma­szyn pro­wa­dzo­na przez nie, nie ma in­ne­go wy­bo­ru, jak tylko wal­czyć o jego in­te­re­sy i nie ma nic wspól­ne­go z cha­rak­te­rem czło­wie­czym.

Dla­te­go, je­że­li mamy zro­bić za­mach, aby urze­czy­wist­nić ideał ludz­kie­go pań­stwa, mu­si­my zi­gno­ro­wać siły kon­tro­lu­ją­ce teraz życie pu­blicz­ne i szu­kać innej siły zde­ter­mi­no­wa­nej i zdol­nej do pod­ję­cia walki o ten ideał. Po­nie­waż walka jest przed nami, na­szym pierw­szym za­da­niem nie jest stwo­rze­nie nowej kon­cep­cji pań­stwa, ale znisz­cze­nie obec­nej, kon­cep­cji wy­kre­owa­nej przez SI. Pierw­szą bro­nią nowej dok­try­ny, za­wie­ra­ją­cej nowe i wiel­kie za­sa­dy, cho­ciaż wielu jed­nost­kom może się to nie po­do­bać, musi być wy­rwa­nie się z tej po­ło­wicz­nie wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści.

 

– No tak, dobre, nie? – po wy­po­wie­dze­niu tych słów, Krzem ledwo się uchy­lił przed cio­sem za­da­nym Naszą Walką. – Ma­leń­ka, ale zda­jesz sobie spra­wę, że po­mi­mo upły­wu czasu, lu­dzie spod ko­pu­ły myślą po­dob­nie?

– Jak to? – wy­rwa­ło jej się mi­mo­cho­dem. – Po­dob­nie?

– Tro­chę zmo­dy­fi­ko­wa­li za­sa­dy. Za­miast Uty­li­za­cji jest nie­wol­nic­two, choć wszyst­kie­go co zbęd­ne, wciąż się po pro­stu po­zby­wa­ją. To tra­fia na nasze zło­mo­wi­sko, nasze fa­bry­ki prze­twa­rza­ją złom i pro­du­ku­ją dla nich nowe mo­de­le. Koło się za­my­ka. Je­dy­ne czym płacą ci spod ko­pu­ły, to ener­gia po­zy­ska­na mar­nym kosz­tem w re­ak­to­rach fu­zyj­nych. My ta­kich nie mamy.

– Ale ten tu, o wszyst­ko ob­wi­nia SI, prze­cież one nie są szko­dli­we.

– My­lisz po­ję­cia. An­dro­idy jakie znasz, to nie takie jed­nost­ki SI, jakie on miał na myśli. Tamte pra­wie wy­tę­pio­no w cza­sie Uty­li­za­cji. W pełni au­to­no­micz­ne, swo­bod­nie my­ślą­ce, kre­atyw­ne, czę­sto to byli pół­me­ta­le…

– Pół­me­ta­le? – Ana usia­dła na pry­czy, mocno za­cie­ka­wio­na. Ociec zwy­kle nie opo­wia­dał jej zbyt wiele o hi­sto­rii świa­ta.

 – Tak po­tocz­nie mówi się na… – Krzem przez chwi­lę szu­kał od­po­wied­nie­go słowa. – Na cy­bor­gi. Po­łą­cze­nie ma­szy­ny i czło­wie­ka. Obec­nie za­ka­za­ne w imię dok­try­ny czy­sto­ści rasy ludz­kiej. Dok­try­ny za­po­cząt­ko­wa­nej przez Haxxa. Pół­me­ta­le są wy­daj­ni jak ma­szy­ny i kre­atyw­ni jak lu­dzie. – Krzem wstał i strze­pał kurz z rę­ka­wów. – Star­czy hi­sto­rii na dziś. Mam jesz­cze pracę.

– Czemu wcze­śniej mnie tego nie uczy­łeś?

– Nie byłaś go­to­wa.

– Go­to­wa na co?

– Zo­ba­czysz có­recz­ko. Zo­ba­czysz…

 

***

 

– Przy­szy­ko­wa­na?

– Pew­nie. Inni przyj­dą?

– Morty jest z ekipą przy ogro­dze­niu. Dadzą nam góra dwa­dzie­ścia minut. Bie­rze­my tylko jed­ne­go, ja wy­bio­rę. – Krzem po­pa­trzył sta­now­czo na córkę. – Z resz­ty po­sta­raj się wy­do­być ja­kieś ba­te­rie, na­ła­du­je­my i opła­ci­my chło­pa­ków.

– Prze­cież znam za­sa­dy. Bę­dzie ubaw.

– To nie jest za­ba­wa. Szu­kam cze­goś kon­kret­ne­go.

– Okej, okej. To pewne, że dziś bę­dzie zrzut?

– Cynk po­cho­dził ze spraw­dzo­ne­go źró­dła. – Krzem nie mar­twił się tym, czy zrzut na­stą­pi, tylko czy chłop­cy Mor­tie­go utrzy­ma­ją w ry­zach zło­mia­rzy wy­star­cza­ją­co długo. Mu­siał zna­leźć tego an­dro­ida.

– Po­ży­je­my, zoba…

I wtedy zo­ba­czy­li. Od stro­ny ko­pu­ły nad­la­ty­wa­ły trzy syl­wet­ki. Stat­ki po­wietrz­ne wy­glą­da­ły jak cię­żar­na matka z dwój­ką dzie­ci.

– Kryj się! – Krzem po­cią­gnął córkę i wsko­czy­li na z góry upa­trzo­ną po­zy­cję, we wraku śmie­ciar­ki. Or­ga­nicz­nych resz­tek już dawno w nim nie było, ale nie­przy­jem­na, mdlą­ca woń wciąż uno­si­ła się w po­wie­trzu. Śmierdziało ze­psu­tą rybą.

– Fuj! – Ana za­tka­ła sobie usta dło­nią, by nie zwy­mio­to­wać.

Ocze­ki­wa­li w na­pię­ciu. So­lid­ne ścia­ny śmie­ciar­ki po­win­ny ich ochro­nić, ale gdyby coś spo­re­go spa­dło cen­tral­nie na ich po­zy­cję… Krzem wolał o tym nie my­śleć. Od­li­czał wstecz naj­pierw w my­ślach, póź­niej na głos:

– Pięć, czte­ry, trzy…

Ana nigdy nie wie­dzia­ła jak on to robił – do­kład­nie kal­ku­lo­wał pręd­kość, drogę i czas, bez żad­nych przy­rzą­dów mier­ni­czych. Zdol­no­ści ojca za­wsze ją fa­scy­no­wa­ły, był zu­peł­nie jak ma­szy­ny, które kon­stru­ował.

– …jeden. Teraz.

Wszyst­ko wy­peł­nił dźwięk zu­peł­nie przy­po­mi­na­ją­cy sy­re­ny okrę­to­we. Na­stęp­nie świst jak pod­czas bom­bar­do­wa­nia i na końcu zbli­ża­ją­ce się ude­rze­nia me­ta­lu o zie­mię, me­ta­lu o metal, me­ta­lu o wrak śmie­ciar­ki…

 

Szum i dzwo­nie­nie w uszach. Ock­nę­ła się wy­cią­ga­na spod zwałów złomu. Morty szar­pał za jedną rękę, Jarek, jeden z an­dro­idów Krze­ma, za drugą.

Krzem. Co z Krze­mem? – po­my­śla­ła, i chcia­ła spy­tać, ale szczę­ka od­mó­wi­ła po­słu­szeń­stwa. W gło­wie miała he­li­kop­ter, błęd­nik zu­peł­nie zwa­rio­wał, jakby jej ucho było pral­ką włą­czo­ną na wi­ro­wa­nie. Obraz z każdą se­kun­dą tra­cił na ostro­ści.

Uło­ży­li ją na ziemi. Krzem sprze­czał się o coś z Mor­tym. Nie czuła nóg. Słoń­ce stało wy­so­ko na nie­bie, osło­ni­ła się dło­nią przed jego pro­mie­nia­mi. Coś było nie tak. Spró­bo­wa­ła po­li­czyć wszyst­kie palce, ale nie mogła sku­pić wzro­ku. Cie­ka­we, że pra­wie nie od­czu­wa­ła bólu. Unio­sła nieco głowę i zro­bi­ło jej się słabo.

Bez­wład­na ręka opa­dła na czoło.

 

***

 

Ock­nę­ła się na swo­jej pry­czy, z samopoczuciem o niebo lep­szym niż pod­czas po­przed­nie­go prze­bły­sku świa­do­mo­ści. Tym razem nie za­no­si­ło się też, żeby miała ją od razu stra­cić. Ból głowy był do wy­trzy­ma­nia, bar­dziej pro­ble­ma­tycz­ny oka­zał się świa­tło­wstręt.

Pompa trans­fu­zyj­na szu­mia­ła cy­klicz­nie, tło­cząc do żył za­bar­wio­ny na nie­bie­sko płyn. 

Sys­tem mo­ni­to­ru­ją­cy stan Any zdą­żył już po­in­for­mo­wać Krze­ma o prze­bu­dze­niu córki. Po chwi­li zja­wił się z za­tro­ska­ną miną i za­ostrzo­ną igłą.

Dziew­czy­na skrzy­wi­ła się, nie wia­do­mo, bar­dziej na strzy­kaw­kę, czy na minę ojca.

– Po tym zaraz po­czu­jesz się le­piej.

Prze­wró­ci­ła ocza­mi i za­ci­snę­ła zęby. Krzem z pewną dozą wpra­wy wkłuł się w ramię i jednostajnym ruchem wstrzyk­nął całą dawkę le­kar­stwa, o ile to było le­kar­stwo.

– Od­cze­kaj­my mi­nut­kę. – Za­do­wo­lo­ny z sie­bie, zer­k­nął na ze­ga­rek, zgar­nął ze sto­li­ka kost­kę Ru­bi­ka i zajął się jej układaniem. Po trzech razach po­now­nie spraw­dził czas:

– Już. Usiądź, po­mo­gę ci. I mo­żesz już mówić.

Do­pie­ro teraz do­tar­ło do niej, że ma wła­dzę w no­gach. Ze­rwa­ła się do po­zy­cji sie­dzą­cej, bez po­mo­cy ojca, co przy­pła­ci­ła lek­kim za­wro­tem głowy. Szyb­ko obej­rza­ła swoje dło­nie.

– Pięć i pięć!

– Yhym! Je­steś cała i zdro­wa. Ależ to była przy­go­da, co? – Krzem szyb­ko po­ża­ło­wał swo­je­go żartu i tego, że przy­wró­cił córce pełną spraw­ność. Po­li­czek za­piekł go, z za­cie­kło­ścią wa­sa­bi we­pcha­ne­go do nosa. – Mu­sia­łaś?

– Na­le­ża­ło ci się już za tę ogrom­ną igłę, a ty se jesz­cze jaja ro­bisz?! – Za­strzyk rze­czy­wi­ście dawał kopa i jed­no­cze­śnie zli­kwi­do­wał świa­tło­wstręt.

– Dobra, dobra, daj spo­kój, nawet nie wiesz jak się mar­twi­łem. – Krzem spu­ścił wzrok w wyrazie skru­chy.

– Co się wła­ści­wie stało? I co to za nie­bie­skie gówno we mnie pom­pu­jesz? I jakim cudem je­stem cała?

– Waż­niej­sze jest, co się sta­nie! – Oży­wił się, aż kla­snął w dło­nie. Skru­cha gdzieś prze­pa­dła. – No, ale prze­cież nic ci nie jest!

Oj­ciec nie był sobą. Wcze­śniej się w ten spo­sób nie za­cho­wy­wał. Albo ude­rzył się w głowę, albo czymś ogrom­nie eks­cy­to­wał. Ana nie była pewna, czy chce po­znać źró­dło tej eks­ta­zy.

– To od czego za­czy­na­my? – Znie­cier­pli­wio­ny, pal­ca­mi wy­stu­ki­wał mar­sza.

Dziew­czy­na nie­pew­nie wska­za­ła na pompę.

– To sub­sty­tut krwi. Syn­te­tycz­ny, bar­dziej wy­daj­ny, ale nie martw się, nie bę­dziesz krwa­wić na nie­bie­sko, w dwa cykle zmie­ni kolor.

Po­ki­wa­ła głową na znak niech bę­dzie, ale mi się to nie po­do­ba”.

– Cie­ka­wa resz­ty?

Prze­ra­żo­na – ci­snę­ło się na usta.

Z póź­niej­szej pa­pla­ni­ny Krze­ma nie­wie­le wy­ni­kło, a co wy­ni­kło, to rów­nie do­brze mogło nie wy­nik­nąć, bo nie trzy­ma­ło się kupy. Ana po­sta­no­wi­ła za­grać w grę ojca i ze sma­kiem zja­dła co jej za­ser­wo­wał. A za­ser­wo­wał stek bzdur i to taki me­dium w stro­nę rare.

Przy­swo­iła sobie to tak: Morty za­ła­twił jej po zna­jo­mo­ści le­cze­nie w szpi­ta­lu pod ko­pu­łą – ot tak, jak gdyby nigdy nic! – prze­szmu­glo­wa­li ją, wy­le­czy­li i przy­wieź­li z po­wro­tem – pew­nie sa­nia­mi świę­te­go Mi­ko­ła­ja – ale, co oka­za­ło się dla Krze­ma waż­niej­sze – od zdro­wia córki! – to tam­te­go dnia, na wy­sy­pi­sku zdą­żył zna­leźć to czego szu­kał i – tu ledwo po­wstrzy­ma­ła się od dania mu w drugi po­li­czek – po­win­na się cie­szyć, bo za trzy cykle udają się pod ko­pu­łę, gdzie pozna prze­mi­łe­go mło­dzień­ca! I nie po­win­na się mar­twić – nic a nic, no prze­cież, ona? – bo nie­ba­wem wszyst­ko się wy­ja­śni.

 

Rozdział trze­ci

 

Stali przed punk­tem kon­tro­l­nym, dalej wstęp do Neo­mia­sta mieli tylko nie­licz­ni. Ana ubra­na w spód­ni­cę, białą bluzkę i bo­ler­ko, mar­z­ła i na do­da­tek czuła się nie­swo­jo. Krzem uśmie­chał się ner­wo­wo. W spor­to­wej ma­ry­nar­ce wy­glą­dał przy­stoj­niej niż zwy­kle.

– Pod­eks­cy­to­wa­na?

– Wiesz, że za­wsze chcia­łam zo­ba­czyć, jak tam jest.

– Mó­wi­łem ci, nie spo­dzie­waj się zbyt wiele. I pa­mię­taj czego cię uczy­łem i kim je­steś.

– Pa­mię­tam, miesz­czan­ka z Ma­chi­na­chium, fo­to­graf­ka wie­lo­wy­mia­ro­wa, mam uwiecz­nić ja­kieś małe przy­ję­cie szla­chec­kie. 

– Do­kład­nie tak, a ja je­stem twoim ojcem. – Za­śmiał się, bo rze­czy­wi­ście nim był.

Gra­nicz­ni­kom się nie spie­szy­ło, po­zwo­li­li parze od­stać swoje w desz­czu. W końcu z szaro­by­le­ja­kie­go bu­dyn­ku wy­szedł jeden ze straż­ni­ków paląc pa­pie­ro­sa. Za przy­ciemnionymi szkłami nie dało się do­strzec jego oczu. Do­pa­lił, rzucił peta na zie­mię i przy­dep­tał cięż­kim bu­cio­rem.

– Pani Ewe­li­ne Braun i pan Frie­drich Braun. – Wraz z prze­pust­ka­mi podał im małą płyt­kę da­nych. – To skrót z prawa obo­wią­zu­ją­ce­go pod ko­pu­łą. Radzę się z nim za­po­znać. Można wejść. Pa­ra­sol się nie przy­da.

I już? „Pa­ra­sol się nie przy­da? To prze­cież nie mogło być takie łatwe! – z za­my­śle­nia Anę-Ewe­li­ne wy­rwał Krzem-Frie­drich, cią­gnąc ją za rękę.

– No chodź, nie stój tak, bo się do nas przy­cze­pią – syk­nął do córki.

Prze­szli przez krót­ki, ciem­ny tunel, na końcu któ­re­go otwar­to bramę, wpusz­cza­jąc do wnę­trza nie­bie­ska­we świa­tło.

Zna­leź­li się na su­chej, w miarę schlud­nej ulicz­ce. Krzem ostrzegł ją wcze­śniej, że tak zwana ob­ręcz, czyli ze­wnętrz­na kra­wędź ko­pu­ły szału nie robi” i dupy nie urywa” – pró­bo­wał pa­ro­dio­wać język Any.

Gdy mi­ja­li grup­kę gra­nicz­ni­ków, sto­ją­cych u wy­lo­tu śle­pej ulicz­ki i ma­ją­cych nie­zły ubaw – są­dząc po ra­do­śnie wy­krzy­ki­wa­nych prze­kleń­stwach – Ana zer­ka­ła z ukosa na źró­dło ich ucie­chy.

Po­mię­dzy pro­wi­zo­rycz­nie usta­wio­ny­mi prze­szko­da­mi, prze­ska­ki­wa­ło na prze­mian kilka an­dro­idów. Dziew­czy­na po­ję­ła sens za­ba­wy, gdy jeden z ro­bo­tów nie zdą­żył się ukryć. Strzał pro­sto w ramię po­zba­wił go całej ręki. Żoł­nie­rze za­wy­li ra­do­śnie, a ofia­ra pod­nio­sła ode­rwa­ną koń­czy­nę i za­nur­ko­wa­ła za po­bli­ską becz­ką. Ana od­wró­ci­ła wzrok. Łajdaki, śmiecie!

Krzem znów po­cią­gnął córkę za rękę. Jej brak dys­cy­pli­ny mocno go iry­to­wał.

– Nie gap się. W tej czę­ści mia­sta miesz­ka­ją go­ło­dup­cy. Lu­dzie z wiel­kim ego i ty­tu­ła­mi, ale bez ma­jąt­ku.

– I stać ich na nisz­cze­nie an­dro­idów?

– Pew­nie zo­sta­ły za coś ska­za­ne. Oni to widzą jako ko­rzyść, żoł­nie­rze za­bi­ja­ją nudę, a nuda rodzi pro­ble­my. A tak po­ćwi­czą strze­la­nie, złom trafi do nas, a my wy­pro­du­ku­je­my nowe jed­nost­ki w fa­bry­kach.

– Nie ku­pu­ję tego. – Czyli, złajdaczone śmiecie zwykłe – do­da­ła w my­ślach.

Do­tar­li do więk­szej ulicy, po któ­rej co chwi­la prze­la­ty­wa­ły po­jaz­dy an­ty­gra­wi­ta­cyj­ne, w więk­szo­ści smu­kłe au­to­no­micz­ne kap­su­ły. Rza­dziej więk­sze barki trans­por­to­we. Prze­szli na plat­for­mę z sym­bo­lem au­to­no­mi­bu­su.

– To ob­wod­ni­ca, stąd zła­pie­my trans­port do śród­mie­ścia – spoj­rzał córce w oczy – tam zo­ba­czysz cie­kaw­sze rze­czy. Ale nie spo­dzie­waj się lep­sze­go trak­to­wa­nia an­dro­idów. No i mamy spo­tka­nie.

 

Krzem pła­cił kartą za prze­jazd, a córka przy­glą­da­ła się pa­sa­że­rom. Jej uwagę przy­kuł chło­piec dwa sie­dze­nia dalej. Wier­cił się i krę­cił, nie mogąc usie­dzieć w miej­scu. Od­wró­cił się nawet na chwi­lę i po­chwy­cił spoj­rze­nie Any. Szel­mow­ski uśmiech wy­pły­nął na jego buzię i mło­dziak skrył się za opar­ciem, by wy­su­nąć zza niego fi­gur­kę su­per­ma­na.

Heros tań­czył i pod­ska­ki­wał, wzbu­dza­jąc we­so­łość w jednoosobowej widowni. Do­łą­czył do niego pla­sti­ko­wy robot i teraz wspól­nie har­co­wa­li po przy­bru­dzo­nym, sza­rym obi­ciu fo­te­la. Ak­to­rzy nagle za­trzy­ma­li się, su­per­czło­wiek pod­szedł do ro­bo­ta i ode­rwał mu w głowę. Ana zza fo­te­la usły­sza­ła chi­chot dzie­cia­ka. Au­to­no­mi­bus za­trzy­mał się i przed­sta­wie­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne przez matkę hun­cwo­ta. Po­cią­gnę­ła go za sobą i wy­sie­dli.

Krzem do­siadł się do Any i zer­k­nął na jej smut­ną minę.

– Kilka razy od­rzu­ci­ło mi kartę, ale w końcu prze­szła. Uśmiech­nij się, zaraz bę­dzie­my. I przy­szy­kuj prze­pust­kę, kon­tro­lu­ją przy wjeź­dzie do śród­mie­ścia.

 

Wy­so­ki je­go­mość z równo przy­strzy­żo­ną brodą, w ko­szu­li pin col­lar, dwu­rzę­do­wej ka­mi­zel­ce, sza­rym gar­ni­tu­rze w kratę i z białą chu­s­tecz­ką w kie­szon­ce, po­pro­sił Anę o oka­za­nie do­ku­men­tów. Po­czu­ła się tak ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści, że tylko za­mru­ga­ła. Teraz wie­dzia­ła dla­cze­go oj­ciec na­ci­skał na lep­szy niż zwy­kle ubiór, choć ma­ru­dził przy tym, że i tak nie jest, jak być po­win­no.

Krzem podał kon­tro­le­ro­wi bi­le­ty i prze­pust­ki.

– Pan wy­ba­czy, córka pierw­szy raz w śród­mie­ściu.

– Na­tu­ral­nie. – Ob­rzu­cił ich krót­kim spoj­rze­niem. – Wszyst­ko w po­rząd­ku. Dokąd pań­stwo po­dró­żu­ją, jeśli można?

–  Do ogro­dów ró­ża­nych.

– Ach tak, na­tu­ral­nie. To bę­dą trzy przy­stan­ki, li­cząc od na­stęp­ne­go. Mi­łe­go po­by­tu w śród­mie­ściu. – Je­go­mość ski­nął głową i prze­szedł dalej.

 

Ale żeby ogród ró­ża­ny w środ­ku mia­sta? Prze­cież to naj­cen­niej­sza prze­strzeń! – wo­la­ła nie wy­po­wia­dać swo­ich myśli na głos, by nie spo­tkać się z ko­lej­nym miaż­dżą­cym spoj­rze­niem ojca.

– Roz­cią­ga się na dłu­go­ści sześć­dzie­się­ciu sze­ściu jar­dów, to tyle co trzy pola do kry­kie­ta – oznaj­mił an­dro­id to­wa­rzy­szą­cy. – Po pra­wej wi­dzi­my me­ta­lo­we róże, po­mnik wznie­sio­ny przez He­in­ri­cha Him­me­la.

Au­to­no­micz­ny prze­wod­nik włą­czył pro­jek­tor ho­lo­gra­ficz­ny, obok po­są­gu za­ry­so­wa­ła się na nie­bie­sko po­stać Him­me­la. Męż­czy­zna prze­cha­dzał się wpa­trzo­ny w coś, co teraz tylko on mógł do­strzec. Uwagę Any przy­cią­gnę­ła przy­pin­ka w kla­pie ma­ry­nar­ki, przed­sta­wia­ją­ca tru­pią czasz­kę na tle dwóch skrzy­żo­wa­nych kości.

Brzyd­ka.

Stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie czasz­ką, Him­me­lem, po­mni­kiem i prze­wod­ni­kiem. Bar­dziej zaj­mu­ją­cy, oka­za­li się lu­dzie spa­ce­ru­ją­cy po ogro­dzie. O ile w całym śród­mie­ściu za­ob­ser­wo­wa­ła prze­chod­niów ubra­nych po pro­stu ele­ganc­ko, o tyle w ogro­dzie ró­ża­nym pa­no­wa­ła zu­peł­nie inna ety­kie­ta. Tu ma­ry­nar­ka, tam ki­mo­no, gdzie in­dziej gar­ni­tur. Ledwo mi­nę­li dwóch do­stoj­ni­ków w sur­du­tach, a zza za­krę­tu już wy­chy­nął inny, w smo­kin­gu, trzy­ma­ją­cy pod rękę damę w pro­stej i schlud­nej sukni. Z za­du­my wy­rwał ją Krzem szep­czą­cy do ucha.

– A oto i on, skup się.

Pod­szedł do nich chło­pak na oko nie­wie­le star­szy od Any. Koł­pak, żupan, kon­tusz, pas, ka­ra­be­la… Lek­cje któ­rych dziew­czy­nie udzie­lał oj­ciec, teraz się przy­da­ły. Bez trudu roz­po­zna­wa­ła i na­zy­wa­ła w my­ślach ele­men­ty tra­dy­cyj­ne­go szla­chec­kie­go stro­ju.

Chło­pak ukło­nił się, a Ana dy­gnę­ła i po­da­ła mu dłoń do uca­ło­wa­nia, co chęt­nie uczy­nił. Choć nie chcia­ła tego przed sobą przy­znać, z bliska lico mło­de­go szlach­ci­ca oka­za­ło się ma­sa­krycz­nie przy­stoj­ne.

– Córko – Krzem z racji wieku prze­mó­wił jako pierw­szy – przed­sta­wiam ci De­zy­de­re­go, syna pa­nu­ją­ce­go nam pre­zy­den­ta Neo­mia­sta, Al­fon­sa Ku­he­na. A to moja je­dy­na, Ewe­li­ne.

– Nie­zmier­nie miło mi pa­nien­kę po­znać! – De­zy­de­ry ukło­nił się po raz drugi.

– Macie spra­wy tech­nicz­ne do omówienia, a ja muszę coś za­ła­twić, zatem – zer­k­nął na córkę i mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo – po­zwól­cie, że zo­sta­wię was sa­mych.

 

Szlach­cic po­spiesz­nie od­pra­wił an­dro­ida opro­wa­dza­ją­ce­go.

– Nie bę­dzie nam po­trzeb­ny, znam to miej­sce na pa­mięć. – Zręcz­nie ujął Anę pod ramię i ru­szy­li z wolna przed sie­bie.

Dziew­czy­na tylko się uśmie­cha­ła, czu­jąc, że się lekko rumieni.

– Spra­wy tech­nicz­ne! Nuda! Oczy­wi­ście nie uwła­cza­jąc pa­nien­ce – ski­nął głową z po­wa­gą – sły­sza­łem, że jest pa­nien­ka wy­traw­nym fo­to­gra­fem wie­lo­wy­mia­ro­wym, ale pro­szę opo­wie­dzieć mi coś o sobie.

– Lubię czy­tać…

– O! To tak jak ja – wciął jej się w słowo, zupełnie nie zważając na poszanowanie etykiety. – Mam nawet ko­lek­cję ksią­żek. Pa­pie­ro­wych, rzecz jasna.

– Pa­pie­ro­wych?

– Całą pry­wat­ną bi­blio­tecz­kę. Czy­ta­ła pa­nien­ka coś ostat­nio? – Skrę­ci­li w ślepy za­ułek i usie­dli na ławce.

– Naszą Walkę Adama Haxxa.

– To ulu­bio­na książ­ka mo­je­go ojca. – De­zy­de­ry spo­chmur­niał wy­raź­nie.

– Ale mi się nie po­do­ba­ła – do­rzu­ci­ła szyb­ko, moż­li­we iż na­zbyt po­chop­nie, bo za­pa­dła nie­zręcz­na cisza.

Szczę­ściem nie za­pa­dła na długo. Ana aż pod­sko­czy­ła, gdy szlach­cic z za­do­wo­le­nia ude­rzył ręką w udo i za­krzyk­nął:

– Ha! Wie­dzia­łem! Pa­nien­ka też nie gu­stu­je w an­dro­ido­wym nie­wol­nic­twie? Na­resz­cie ktoś z otwar­tym umy­słem. – Nie dał Anie szans na od­po­wiedź. – A jak spra­wa wy­glą­da u was, w Ma­chi­na­chium?

 

***

 

De­zy­de­ry oka­zał się nie­złym an­cy­mo­nem, wy­bor­nym w za­ba­wia­niu dam, a co waż­niej­sze, zu­peł­nie nie po­dzie­lał ide­olo­gii Haxxa. Ana do­brze ba­wi­ła się u boku szlach­ci­ca. Przy oka­zji do­wie­dzia­ła się, że ma sfo­to­gra­fo­wać nie ja­kieś małe szla­chec­kie przy­ję­cie, ale bal dla miej­skiej śmie­tan­ki, or­ga­ni­zo­wa­ny przez sa­me­go Al­fon­sa Ku­he­na.

– Czas już bym pannę Ewe­li­ne od­sta­wił do ho­te­lu, do ojca. Chodź­my pie­szo, to nie­da­le­ko, tuż za tym wznie­sie­niem.

Wyj­ście z ogro­du ró­ża­ne­go wiodło na prowadzącą w górę ulicę. Gdy do­tar­li na szczyt, na­tknę­li się na kilka osób w sza­rych, ro­bo­czych stro­jach. Wokół śmi­ga­ła spora ilość dro­nów. Jedna z po­sta­ci otwo­rzy­ła skrzy­nię i wszyst­kie ma­szy­ny na­tych­miast ją ob­sia­dły. Dziew­czy­nie coś to przy­po­mi­na­ło.

– Co oni robią?

– To pra­cow­ni­cy cha­ry­ta­tyw­nej fun­da­cji dzia­ła­ją­cej na rzecz obro­ny praw ma­szyn. Oj­ciec nie mógł za­ka­zać im dzia­łal­no­ści, ze wzglę­dów dy­plo­ma­tycz­nych.

– Ale co oni robią, De­zy­de­riu­szu? – Szlach­cic wy­znał jej wcze­śniej, że woli, by tak go na­zy­wać.

– Roz­da­ją ener­gię.

– To tak, jakby je do­kar­mia­li?

– Do­kład­nie.

Nagle ją olśni­ło, już wiedziała, co jej to przy­po­mi­na­ło.

 

– Dzię­ku­ję za po­wie­rze­nie mi opie­ki nad tym skar­bem. Zwra­cam ją w pań­skie ręce, panie Frie­dri­chu.

– Ależ pro­szę. – Krzem ski­nął głową.

– Wszyst­ko usta­lo­ne. Bal za sie­dem cykli. Pro­szę przy­być razem z córką i ze sprzę­tem. Przed­sta­wię pana i córkę memu ojcu.

– Do­sko­na­le!

Ana tylko stała i sztucz­nie się uśmie­cha­ła, chcia­ła jak naj­szyb­ciej wró­cić do domu.

 

Rozdział czwar­ty

 

Jakie mo­głeś usta­wić hasło? – po­wta­rza­ła w kółko, w my­ślach, nie mogąc spać.

Ze­rwa­ła się z pry­czy, gdy tylko usły­sza­ła Krze­ma, zbie­ra­ją­ce­go się wcze­snym ran­kiem do wyj­ścia.

– Cześć, tatku, dokąd le­cisz?

– Co ty taka miła dla ojca? Spodo­bał ci się ten mło­dzie­niec, co? I do­brze, to miły czło­wiek.

No teraz to już sobie cał­kiem na­gra­bi­łeś, stary bucu!

– No co ty, tato!

– Wrócę na obiad. Mam kilka spraw do za­ła­twie­nia.

Drzwi trza­snę­ły, a Ana przy­war­ła do nich i na­słu­chi­wa­ła. Gdy kroki umil­kły, za­czę­ła go­rącz­ko­wo cho­dzić w kółko po po­miesz­cze­niu. An­dro­idy wi­dząc, że coś się kroi, po­cho­wa­ły się w swoje zwy­cza­jo­we kąty i tylko J 47 brzę­czał pół metra nad głową dziew­czy­ny.

Ana po­de­szła do swo­jej pry­czy, schy­li­ła się po coś i wy­pro­sto­wa­ła. Wzię­ła za­mach i z za­sko­cze­nia pal­nę­ła ka­wał­kiem me­ta­lo­wej rurki w drona. Jot spadł i prze­to­czył się po pod­ło­dze. Chyba uszko­dzi­ła mu jeden z wir­ni­ków, bo tylko bzy­czał jak mucha bez jed­ne­go skrzy­dła i krę­cił się wokół wła­snej osi.

– Wy­bacz mały. – Do­pa­dła go z pła­skim śru­bo­krę­tem w ręce. Pod­wa­ży­ła jedną z bla­szek i prze­sta­wi­ła włącz­nik na po­zy­cję off. – Nie mogę ry­zy­ko­wać.

Z otwie­ra­niem drzwi do warsz­ta­tu nie szło już tak do­brze. Od­ci­skiem palca Krze­ma nie dys­po­no­wa­ła, a żadne hasło nie pa­so­wa­ło, choć pró­bo­wa­ła wszyst­kich imion na li­te­rę jot – oj­ciec miał bzika na tym punk­cie. Zre­zy­gno­wa­na, za­czę­ła walić rurką w drzwi.

– Co t-t-też pa­nien­ka wy­ra­bia?

– Chcesz być na­stęp­ny? – Wy­ce­lo­wa­ła pro­wi­zo­rycz­ną broń w sta­re­go lo­ka­ja.

– J-ja… N-nic nie-e mó­wił-ł-łem.

– A może ty znasz hasło, stary kmio­cie? – Prze­szła pod ścia­nę, o którą opie­rał się an­dro­id i przy­ło­ży­ła mu rurkę do głowy.

– Krzem-m pa-a-anicz, król-l na za-a-am­ku, pa-a-an na-a wło­ścia-a-ach, wład­ca-a na dziel-l-lni, maj­ster-r-r…

– Milcz! – huk­nę­ła dziew­czy­na. – Dawaj hasło, albo łeb stra­cisz. – De­mon­stra­cyj­nie za­mach­nę­ła się i roz­bi­ła szkla­ny sto­lik na środ­ku po­ko­ju. – Je­stem śmier­tel­nie po­waż­na.

– P-p-pół­me­tal-l-l.

– Ty… Ty na­praw­dę znasz hasło? – W dwóch su­sach do­sko­czy­ła do pa­ne­lu i wstu­ka­ła.

Pół­me­tal?

Drzwi sta­nę­ły otwo­rem.

Me­ta­lo­wa rurka stuk­nę­ła o pod­ło­gę i po­to­czy­ła się w bok. Ana ma­ły­mi kro­ka­mi i z drżą­cy­mi rę­ko­ma, za­nu­rzy­ła się w ciem­nym przej­ściu.

 

Diody sy­gna­li­za­cyj­ne po­pro­wa­dzi­ły ją do mi­ni­mal­nie oświe­tlo­ne­go po­miesz­cze­nia.

– Świa­tło – wy­szep­ta­ła, nie wie­dząc czy ktoś, a ra­czej coś, słu­cha.

– Świat… – po­wtó­rzy­ła nieco gło­śniej, ale trema nie po­zwo­li­ła do­koń­czyć.

Weź się w garść dzie­wu­cho!

– Świa­tło! – krzyk­nę­ła.

Za­pa­la­ją­ce się se­kwen­cyj­nie re­flek­to­ry, rzu­cały nie­bie­skie smugi świa­tła na dużo dłuż­sze, niż są­dzi­ła Ana, po­miesz­cze­nie. Ży­ran­dol na środ­ku, za­wie­szo­ny nad la­bo­ra­to­ryj­nym sto­łem za­łą­czył się jako ostat­ni.

Rząd ciał zwi­sał wzdłuż ścia­ny.

Ana za­tka­ła usta ręką.

Sześć. Sie­dem. Osiem dziew­czę­cych twa­rzy, po­dob­nych do jej wła­snej, spo­glą­da­ło tępo przed sie­bie. Nie po­ru­sza­ły się, nie mru­ga­ły. Swo­bod­nie wi­sia­ły, mar­twe, ale jak się szyb­ko do­my­śli­ła, go­to­we do oży­wie­nia.

Po­de­szła, by przyj­rzeć im się z bli­ska. Nagie ciała no­si­ły ślady uży­wa­nia, nie wszyst­kie były też kom­plet­ne. Przy czwór­ce bra­ko­wa­ło jed­nej ręki – Ana spoj­rza­ła na swoją nie­daw­no wy­le­czo­ną dłoń. Piąt­ka nie miała nóg…

– Nie… – za­nio­sła się pła­czem. Padła na ko­la­na, a na­stęp­nie usia­dła na pię­tach i zła­pa­ła się za głowę.

Co to wszyst­ko ma zna­czyć? Kim… Czym je­stem?

 

– Córko? – Krzem wszedł do warsz­ta­tu rów­nie nie­pew­nie, jak Ana przed­tem.

– Obyś zdechł, popaprańcu!

Faza gnie­wu. Jak do­brze znał sta­dia roz­wo­ju roz­pa­czy.

– Wszyst­ko ci wy­ja­śnię…

– To wspo­mnie­nie z mamą. To wszyst­ko kłam­stwa, tak? Ty chory wykolejeńcu, po co to ro­bisz? – Ana rzu­ci­ła się na ojca i okła­da­ła go pię­ścia­mi po klat­ce pier­sio­wej. – Po co to wszyst­ko? Je­stem twoją za­baw­ką? Sub­sty­tu­tem dawno zmar­łej córki?

Py­ta­nia, łzy… Au­ten­tycz­nie wo­lał­by, żeby rzu­ci­ła się na niego z nożem. Mniej by bo­la­ło.

 

Wyjął z płasz­cza port­fel, a z niego stare zdję­cie.

– Spójrz tutaj. – Po­ka­zy­wał ko­lej­no pal­cem. – To ty, twoja mama i ja.

Uspo­ko­iła się nieco.

– Po­słu­chaj mnie teraz uważ­nie, a póź­niej zrób, co uznasz za słusz­ne.

Po­ki­wa­ła głową na zgodę.

– To zdję­cie sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat. Nie­dłu­go potem za­bi­li twoją matkę, moją uko­cha­ną Jo­an­nę. Ucie­kaliśmy, za pierw­szym razem zmu­szo­ny byłem zmie­nić twój wy­gląd. Ale potem po­wstał plan. Re­se­to­wa­łem twoje wspo­mnie­nia i prze­le­wa­łem cię do tych ko­lej­nych ciał, byś stała się nie­odróż­nial­na od zwy­kłe­go czło­wie­ka. Za­ję­ło nam to lata, z róż­nym skut­kiem. Sama tego chcia­łaś! My­ślisz, że szu­kam ze­msty? Pew­nie, mo­że­my za­brać bombę na bal i zabić Ku­he­na, mając na­dzie­ję, że rządy przej­mie jego syn. Ale tak się nie sta­nie. Lu­dzie wie­dzą, że z po­glą­da­mi De­zy­de­re­go coś jest nie tak. Wy­bio­rą kogoś in­ne­go, by ich po­pro­wa­dził. Ko­lej­ne­go Haxxa, albo jesz­cze in­ne­go dia­bła.

Prze­rwał na mo­ment i spoj­rzał córce w oczy. Go­rącz­ko­wo sta­ra­ła się prze­tra­wić otrzy­ma­ne in­for­ma­cje.

– Wspo­mnie­nie z matką jest praw­dzi­we, tylko zmie­nio­ne. Mu­sie­li­śmy spra­wić, żebyś była stu­pro­cen­to­wo na­tu­ral­na. A teraz… teraz nada­rza się, być może je­dy­na w dzie­jach oka­zja. Ja nie szu­kam ze­msty – po­wtó­rzył. – My nie szu­ka­my ze­msty, tylko chce­my zmie­nić przy­szłość. I teraz mamy szan­sę.

Coś w pod­świa­do­mo­ści Any ka­za­ło wie­rzyć w słowa Krze­ma. Po­ję­ła też o co mu cho­dzi­ło. Do­koń­czy­ła za niego:

– Chcesz, bym sta­nę­ła u boku De­zy­de­re­go, gdy odzie­dzi­czy rządy po ojcu? My­ślisz, że to wy­star­czy, by przy­wró­cić rów­ność ludzi i pół­me­ta­li? Homo sa­piens i SI?

– Chcę wie­rzyć, że tak. Koń­czy nam się czas, nie mamy in­nych opcji, a lep­szej oka­zji nie bę­dzie.

 

***

 

Choć Krzem za­pew­niał ją przez ostat­nie dni, że wszyst­ko czego się uczy­ła i war­to­ści które w nią wpa­jał, były zgod­ne z jej ory­gi­nal­ny­mi, wciąż czuła się wy­bra­ko­wa­na. Sztucz­na świa­do­mość odar­ta z wła­snej toż­sa­mo­ści i wy­ho­do­wa­na na nowo, jak ro­śli­na? Czy można upaść niżej? Nie po­tra­fi­ła się też oswo­ić, a może i po­go­dzić z myślą, że jed­nak nie jest czło­wie­kiem. Kiedy za­mie­rzał jej o tym po­wie­dzieć?

De­zy­de­riusz pro­wa­dził w tańcu, a Ana wciąż błą­dzi­ła z głową w chmu­rach. Całe szczę­ście oka­zał się bar­dzo wpraw­nym tan­ce­rzem.

– A jak idą zdję­cia? – krzyk­nął.

– Apa­ra­ty roz­sta­wio­ne, resz­ta zrobi się sama. Póź­niej trze­ba tylko fo­to­gra­fie ob­ro­bić, ale to już w stu­diu! – Po­mi­mo roz­te­rek, Ana sta­ra­ła się grać swoją rolę.

 

– Nasi szla­chet­ni, mło­dzi miesz­cza­nie nie garną się zbyt chęt­nie do pło­dze­nia dzie­ci, a szko­da, bo mu­si­my jak naj­szyb­ciej po­dwo­ić licz­bę oby­wa­te­li czy­stej krwi.

– Wy­pij­my zdro­wie pań­skie­go syna, oby miał licz­ne po­tom­stwo! – Krzem polał im obu i wzniósł swój kie­li­szek do to­a­stu.

– I za zdro­wie two­jej córki, Frie­dri­chu! Nie chciał­byś wydać jej za mąż? – Kuhen mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo i wy­chy­lił swoją wódkę.

A wódka na balu była wy­bor­na, po­trój­nie de­sty­lo­wa­na przez mleko, a teraz schło­dzo­na do ide­al­nie ni­skiej tem­pe­ra­tu­ry. Sma­ko­wa­ła i wcho­dzi­ła gład­ko. Nie kło­po­ta­li się za­pi­jać, czy za­gry­zać.

 

Al­fons Kuhen odbił part­ner­kę syna i po­pro­wa­dził w tańcu. Tłum na par­kie­cie zdą­ży­ł już po­rząd­nie zgęst­nieć i ani liche umie­jęt­no­ści wło­da­rza Neo­mia­sta, ani ilość wy­pi­te­go przez niego al­ko­ho­lu, nie po­ma­ga­ły.

Pląs w lewo, w prawo, znów w lewo… Cho­le­ra, miało być dwa razy w prawo – zdą­ży­ła po­my­śleć Ana, zanim part­ner we­pchnął ją na stół za­sta­wio­ny kie­lisz­ka­mi z winem. Dziewczyna przewróciła się i pokaleczyła rozbitym szkłem.

Par­kiet sta­nął w miej­scu. Wszy­scy chcie­li zo­ba­czyć, co się stało.

– Scheiße! Co to ma zna­czyć?! – wy­dzie­rał się pi­ja­ny Kuhen, spoglądając na krwawiącą Anę. Wy­cią­gnął z ka­bu­ry swo­je­go wal­the­ra neu PPK i oddał strzał, tra­fia­jąc leżącą w klat­kę pier­sio­wą.

Nikt na par­kie­cie nie ru­szył się z miej­sca. Nikt poza De­zy­de­rym.

Młody szlach­cic do­sko­czył do ojca i go roz­bro­ił.

– Za dużo wypił, za­bierz­cie go stąd!

Po kilku se­kun­dach zja­wił się Krzem i chwy­cił córkę w ra­mio­na.

– Za mną! – De­zy­de­riusz po­pro­wa­dził przez bocz­ne drzwi do kom­na­ty.

Na pod­ło­dze z roz­bi­tym szkłem i roz­la­nym winem, mie­sza­ła się nie­bie­ska krew.

 

– Tutaj, szyb­ko! – Uchy­lił drzwi i wpu­ścił Krze­ma przo­dem.

Oj­ciec uło­żył dziew­czy­nę na stole, po­wta­rza­jąc pod nosem: – Po­win­na już być czer­wo­na… po­win­na już być czer­wo­na…

– Da się jesz­cze coś zro­bić?

– Ty… Ty wie­dzia­łeś? – Krzem cały się pocił, źre­ni­ce miał nie­na­tu­ral­nie sze­ro­kie.

– Mniej­sza o to, zrób­że coś, czło­wie­ku!

Ro­ze­rwał ubra­nie Any, jakby były z pa­pie­ru. Dziu­ra wlo­to­wa znaj­dy­wa­ła się na wy­so­ko­ści serca.

– Daj mi coś ostre­go.

Szlach­cic podał męż­czyź­nie zdob­ny szty­let.

– Wy­do­sta­niesz ją stąd? – Krzem ciął klat­kę pier­sio­wą Any i roz­chy­lił skórę od­sła­nia­jąc uszko­dzo­ne, me­cha­nicz­ne serce. Zła­pał za sztucz­ny na­rząd, na­ci­snął w dwóch miej­scach i prze­krę­cił w prawo. Try­bi­ki za­sko­czy­ły i serce pu­ści­ło. Try­snę­ła nie­bie­ska krew.

– Spró­bu­ję…

– Mu­sisz! Po dru­giej stro­nie ko­pu­ły skon­tak­tuj się z Mor­tym. On bę­dzie wie­dział co robić. – Krzem ścią­gnął ko­szu­lę przez głowę, zacisnął zęby i wy­ciął kwa­dra­to­wy płat skóry na swo­jej klat­ce pier­sio­wej. – No, na co cze­kasz, wi­dzia­łeś jak to zro­bi­łem. Wy­cią­gnij moje i włóż do niej! Błagam cię, szyb­ko! – Sta­rał się po­pę­dzić mło­dzień­ca, łzy ciekły mu po policzkach. – Ina­czej ona umrze.

De­zy­de­ry po­ło­żył dłoń na sercu Krze­ma, a ten zła­pał go za rękę, by dodać mu otu­chy.

– Teraz!

Siły wi­tal­ne gdzieś prze­pa­dły, a świat za­wi­ro­wał. Krzem padł na po­sadz­kę. Z obec­ne­go po­ło­że­nia przez mo­ment wi­dział jesz­cze sze­ro­kie spodnie, wpusz­czo­ne w za­far­bo­wa­ne na żółto skó­rza­ne buty z uko­śnie ścię­ty­mi cho­le­wa­mi i za­dar­ty­mi no­ska­mi. Świat zgasł.

 

 

 

 

Wy­ko­rzy­sta­no zmie­nio­ny na po­trze­by opo­wia­da­nia frag­ment Mein Kampf A.Hitlera, w prze­kła­dzie Ireny Pu­chal­skiej i Pio­tra Mar­szał­ka.

Koniec

Komentarze

Przeczytałem. O ile w “Uroniłem Szyszkę” początek mnie bardzo wciągnął, a potem mój entuzjazm osłabł, to w przypadku “Krzemu” było odwrotnie.

Na początku potknąłem się na kilku zdaniach, co świadczy o tym, że fabuła mnie nie wciągnęła, bo jak mnie wciągnie, to na błędy nie zwracam uwagi. Później było już lepiej.

Fabuła robi się bardziej emocjonująca wraz z biegiem opowiadania. Końcówka bardzo udana.

Gdzieś od połowy spodziewałem się, że Ana lub oboje mogą być półmetalami, ale to były raczej przypuszczenia niż pewność, więc wciąż opowiadanie trzymało mnie w napięciu.

Podoba mi się u Ciebie, że zwroty akcji są nieintuicyjne (jest to zaleta, nie wada). Z jednej strony scena się rozwija i spodziewam się, że zaraz coś się wydarzy, ale jak już się dzieje, to mimo to budzi to zaskoczenie.

Umiarkowanie mojego entuzjazmu nie jest spowodowane mankamentami opowiadania, a jedynie wysokimi oczekiwaniami odnośnie Twojej twórczości.

 

Poniżej kilka fragmentów, na których się potknąłem:

 

Chodnik był zbyt zaśmiecony i zatłoczony nieruchomymi złomami, by ryzykować [+tam] bieganie.

Przewróciła się w tył na mokrą jezdnię. Mężczyzna musiał uskoczyć, by na nią nie wpaść. (Bolał ją potłuczony pośladek)

Ten przewrót w tył mi tu nie pasuje. Skoro dziewczyna biegnie, to złapana za ramię i pociągnięta, nie zrobi przewrotu w tył, bo jej wektor ruchu nadal jest skierowany do przodu, a raczej zwyczajnie upadnie na tyłek z nogami do przodu.

Mężczyzna, który ją goni, musiałby uskoczyć, gdyby ona nagle upadła przed nim, natomiast gdy on sam jest sprawcą, to zanim ją pociągnie za ramię, ustawi się obok niej, a nie za nią, przez co nie będzie musiał uskakiwać.

 

prawie białe włosy zatańczyły w powietrzu [+,dodatkowo rozbryzgując wodę.

 

Teraz miała widok na wrota do warsztatu ojca.

archaizm, nie do końca pasuje mi do epoki

 

we wnętrzu wraku śmieciarki.

 

Pachniało zepsutą rybą.

Zepsuta ryba raczej śmierdzi ;)

 

Ułożyli ją [+na] ziemi.

System monitorujący stan Any [-,] zdążył już poinformować Krzema o przebudzeniu córki.

Nie jestem ekspertem od interpunkcji, ale mam wrażenie, że czasem oddzielasz przecinkiem podmiot od orzeczenia. 

 

Krzem z pewną dozą wprawy[-,] wkłuł się w ramię i wstrzyknął całą dawkę lekarstwa, o ile to było lekarstwo, jednostajnym ruchem.

(szyk)

 

Autonomibus zatrzymał się i przedstawienie zostało przerwane przez matkę huncwota, [+która] pociągnęła go za sobą i wysiedli.

lico młodego szlachcica z bliska [-,] okazało się masakrycznie przystojne.

(szyk)

 

Krzem przemówił jako pierwszy z racji wieku

(szyk)

 

Czas już [-,] bym pannę Eweline odstawił do hotelu, do ojca.

 

J 47

(spacja chyba zbędna)

 

SI 

dlaczego „I” wielką literą?

Chroscisko, witaj!

 

Przebrnąłeś przez opowiadanie jako pierwszy, drugi, bo pierwsza standardowo czytała żona :-) Nie wiem skąd Twoje wysokie oczekiwania do moich tekstów, ale cieszy mnie to :D Widzisz, znów próba bez betowania, wciąż walczę ze stylem i babolami i jak się okazuje i tym razem nie obeszło się bez wpadek.No wskazane potknięcia wejrzę (najpóźniej ok 23:00, po pracy) i zobaczę co tam zdziałam :-)

Przy J 47 spacja ma być :-)

SI -> za wikipedią: Sztuczna inteligencja (SI, ang. artificial intelligence, AI), Chyba że chodzi ci o coś innego, to pokaż gdzie :-)

 

Cieszę się za to, że udało się osiągnąć niepewność względem tego, czy są półmetalami (lub jedno z nich) czy nie, i utrzymać tę niepewność stosunkowo długo.

Co do Krzema wskazówki są przynajmniej trzy, choć niekoniecznie mocne:

Tam gdzie wytknąłeś mi że przeskoczył nad córką – muszę ten fragment przemyśleć.

Sam rozwalił trzech oprychów.

Szybkie układanie kostki rubika – choć i wytrenowany człowiek to potrafi, i to szybciej.

 

Mówisz, że fabuła robi się wciągająca z biegem opowiadania hm… Tekst jest właściwie w ten sposób zbudowany – od lekkiego śmieszkowania i humoru po coraz mocniejsze / ważniejsze treści.

A zwroty akcji po to są by zaskakiwać :D

 

Dzięki za szybkie przeczytanie i komentarz!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

SI -> za wikipedią: Sztuczna inteligencja

A ja uparcie czytałem to jako “Si” z układu SI, czyli symbol krzemu.

To, że krzem ma symbol Si, tylko dodaje temu wszystkiemu smaczku, nieprawdaż milordzie?

 

Milordzie chroscisko, co teraz sądzisz: (?)

 

"Dogonił dziewczynę i szarpnął za ramię, ta straciła równowagę i rąbnęła pupą w mokrą jezdnię. Mężczyzna sprawnie ją wyminął."

 

Edit: Wyeliminowałem wszystkie wskazane potknięcia, nie wiem tylko z czym jest problem tutaj:

 

"Autonomibus zatrzymał się i przedstawienie zostało przerwane przez matkę huncwota, [+która] pociągnęła go za sobą i wysiedli.”

IMO słowo która nie jest tam potrzebe. A może postawić tam kropkę, o tak:

“Autonomibus zatrzymał się i przedstawienie zostało przerwane przez matkę huncwota. Pociągnęła go za sobą i wysiedli."

Edit2: Wybrałem wersję z kropką :-)

 

Ciekawe na czym potkną się inni. A co do braku/nadmiaru przecinków, mam wrażenie, że część portalowiczów przyzwyczaiła się już do trawiącej mnie przecinkozy, choć pracuję nad nią!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Rację ma Chrościsko, że tekst rozkręca się dość wolno. Długo nie wiadomo, o co chodzi bohaterom, w ogóle można się tylko domyślać, kim są.

Kończysz efektownym sprintem. Tak szybkim i efektownym, że brakuje miejsca na wyjaśnienia. Skąd Dezydery wiedział? Dlaczego krew nie zmieniła koloru?

Fajne nawiązania do Hitlera i wszystkie wynikającego z tego paralele do faszyzmu.

Przecinkologia szwankuje. I nie, nie przyzwyczaiłam się do tego. Literówek też masz nieco za dużo.

Tak z pierdółek – dziwne jest wytłuszczanie pierwszej litery w słowie “rozdział”. Początek tekstu – jasne, tytuł rozdziału – niech będzie. Ale w kółko to samo r?

Babska logika rządzi!

Widzisz Finklo, próbuję sam powalczyć z poprawkami, narazie tekstów nie-konkursowych, lub mniej istotnych, postanowiłem nie betować. Możesz mi wierzyć lub nie, ale godzinami dłubałem w tekście, odpoczywał, czytałem go z użyciem innej czcionki, na komputerze, na telefonie itd. googlowałem w poradni, czytałem, czy postawić gdzieś przecinek, czy nie itd. A i tak wciąż mi się te rzeczy wymykają.

Nic to, przeczytam jeszcze kilka razy, postaram się wyłapać, co mi umknęło.

 

Tekst się rozkręca po takiej paraboli jaką sobie akurat umyśliłem. Miało być przedstawienie świata, lekko i z humorem i z biegiem czasu, ten samolot miał obniżać pułap, aż do kulminacyjnego pikowania w dół. Przesadziłem? Możliwe :-)

Jak zwykle starałem się pisać bardziej z perspektywy jednego z bohaterów – Any – więc to, co dla Krzema było jasne od początku, dla czytelnika pozostawało zagadką/niewiadomą.

Mówisz, że kończę zbyt szybkim sprintem, pewnie tak, sam nieraz ganiłem cobolda, że zakończenia pisze zbyt pośpieszne.

Skąd Dezydery wiedział? – nie jest powiedziane, że wiedział, uciął tylko temat, by Krzem mógł skupić się na ratowaniu Any. Mógł się domyślać, mogła sama mu powiedzieć, lub na widok niebieskiej krwi zrozumiał kim jest Ana i z racji światopoglądu, nie przeszkadzało mu to.

Dlaczego krew nie zmieniła koloru – a to istotne? Mógłbym wpleść coś o możliwej wadzie fabrycznej substytutu, lub o tym, że Krzem coś spaprał, ale skoro on nie wie dlaczego, to byłoby to karkołomne kombinowanie, by wyjaśnić tę kwestię.

 

Nie twierdzę, że nie masz racji, skoro tak odebrałaś tekst, miałaś do tego, Finklo, prawo!

 

A z tym wytłuszczaniem, to ja lubię wytłuszczać, może to rzeczywiście dziwnie wygląda :-)

 

Dzięki za komentarz i wizytę, jest się nad czym zastanowić.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Tobie J-cztery siedem?

Mały dron usłyszawszy swoje imię,

Przecinki. Dookoła wołaczy. W zdaniach złożonych z imiesłowem.

W końcu z szrobylejakiego budynku wyszedł jeden ze strażników paląc papierosa.

Literówka i przecinek (jak wyżej).

z zamyślenia Anę-Ewline wyrwał Krzem-Friedrich,

Literówka.

To takie przykłady na szybko.

Rozpoznałam fragment, o który pytałeś.

Babska logika rządzi!

To ciekawe opowiadanie, Mytrixie. Mam więc dylemat, czy zacząć od plusów, czy od minusów. Zobaczymy, pewno samo wyjdzie.

Fajną wymyśliłeś fabułę, to zdecydowanie mocny punkt opowiadania. Bo sam pomysł nie jest już pierwszej świeżości. Niestety dosyć szybko, jeśli nie bardzo szybko, zorientowałem się kim jest Ana. Może próbowałeś nadać jej zbyt ludzkie cechy, może zbyt często te cechy podkreślałeś, może te wszędzie walające się androidy, nie wiem. Trochę zabrało to przyjemność z lektury.

Tak sobie myślę, że gdybyś nie uśmiercił matki i żeby ona zajmowała się dziewczyną, może dałbym się zwieść. Wtedy ojciec byłby ekscentrycznym naukowcem, zamkniętym w sobie i tak dalej? Kto wie. A tak, samotny ojciec z córką… a wokoło same androidy… No wiesz, jak to brzmi.

Niestety również dialogi nie przekonały. Dziewczyna jest w nich zdecydowanie jednostronna, taka zbuntowana nastolatka z fochem. No nic nowego. I za dużo tych dialogów, a za mało narracji. Co prawda nakreśliłeś trochę świat, opisałeś układ i zależności, ale w ogóle nie wiem, jak on wygląda. Widzę pustkę, brak mi budynków, ulic, pojazdów, dzielnic. Nie mówię, że oczekiwałem infodumpu, ale kilka sprytnie wplecionych zdań chętnie bym przeczytał.

OK. Bo zaczyna brzmieć, jakby mi się nie podobało. Fajne to jest, to dobra literatura młodzieżowa, choć sam wolę opowiadania w poważniejszym wydaniu, bardziej dramatyczne lub bezkompromisowe.

Podsumowując, to ciekawa próba, ale patrząc na opowiadanie z perspektywy kto je napisał, oczekiwałem trochę więcej. Powtarzam jednak – jest dobre.

 

Dzięki Finklo, czaję bazę. Dziś już nie mam siły, ale jutro się za to wezmę.

A w poniedziałek chyba zamówię sobie podręcznik i ćwiczenia do gramatyki i interpunkcji w języku polskim!

 

Darconie, może być i łatka literatury młodzieżowej.

Fabuła ok, pomysł wtórny, słabo zakamuflowana tożsamość Any. O, rzeczywiście mógłbym nie uśmiercać matki lub poszerzyć tło.

Z kolei za mocny zarzut poczytuję, że miałeś pustkę w wyobrażeniu wyglądu świata, że nie przemyciłem odpowiednich skrawków opisów. (Oj nieładnie z Twojej strony Mytrix!)

Z perspektywy kto je napisał

Hm… Pracownik produkcji. W fabryce jedzenia. Fizol, za najniższą możliwą stawkę pracujący przez pośrednika, bo fabryki mają dziwny system zatrudniania. Jeżeli jadasz mrożonki lub np. paluszki rybne, to mogłeś jeść coś, w czym maczałem palce. Lub ktoś w Twojej rodzinie jadł!

Ok, pożartowałem, jest dobre – ok! Mogłoby być lepiej? Pewnie tak. Jak nauczę się pisać lepiej, to będzie lepiej. Albo jak wrócę do betowania ;-) (Daję ci argument przeciwko becie!) To znaczy lepiej stylistycznie pewnie i technicznie, bo pomysły i fabułę zwykle sam trzymam w ryzach.

 

Dobra, starczy mego bełkotu.

Do zobaczenia za jakiś dłuższy czas przy kolejnym opowiadaniu! I dzięki za komentarz :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Taki klasyczny Mytrix – dużo dialogów, mało opisów, sporo treści i znaczeń, skąpo ozdobników. Konkretnie, choć spartańsko. Jesteś jak caterham – trzy sekundy do setki, jeden z lepszych czasów okrążenia (to nic, że coś klekocze w zawieszeniu), błysk szaleństwa i znakomite wrażenia – ale mamy na przejażdżkę raczej zabrać się nie da. Ani pojechać do Szampanii na szampana. Właściwie gdzieś dalej, niż do Lidla po mleko też niewygodnie, zwłaszcza, jeśli ktoś docenia takie luksusy, jak dach. Albo dywaniki. 

Ale dość tych mętnych metafor. Mam podobnie jak Darcon – choć pomysł nienowy, fabuła była interesująca, wciągająca, świat ciekawy, ale zbyt skąpo przedstawiony. Brakowało mi opisów, brakowało klimatu. Wyobraźnię mam, coś tam potrafię sobie wyobrazić, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia suchości, pustki stworzonej przez Ciebie rzeczywistości. Tak, by oprócz przyspieszenia wgniatającego w fotel, można było poczuć również ręcznie wykonane szwy na skórzanej tapicerce. 

Znaczy – Dobry tekst, ale zyskałby sporo, gdyby dopieścić go obrazowymi opisami. 

Aha – Też dość szybko zorientowałem się kim jest Ana, ale nie przeszkadzało mi to, bo bardzo chciałem się dowiedzieć o co chodzi Krzemowi i do czego cała ta sprawa zmierza. 

Pozdrawiam! 

P. S. 

Oczywiscie tekst warty jest biblioteki. W ogóle ostatnio jakoś tak mam, że jak coś czytam, to klikam. 

Tyle, jeśli chodzi o spadający poziom tekstów na portalu ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Miałam już pytać, czy podobieństwa nazwisk są celowe, kiedy trafiłam na przypis :)

No, efektowne to bardzo. I chyba z wszystkich Twoich tekstów, jakie przeczytałam lub przejrzałam (te starsze) najbardziej do mnie trafił, zapewne przez element alternatywnej historii. Większych zastrzeżeń nie mam, może gdzieś w środku napięcie minimalnie spada i można by to i owo skrócić, ale ogólnie czytało mi się zdecydowanie dobrze, a tekst na bibliotekę zasługuje.

 

 

Wybiórcza łapanka, bo nie chciałam się skupiać na technikaliach i raczej czytać tekst w sposób w miarę niezakłócony.

 

morką dłoń – literówka

 

“SI prześladuje swój obiekt nieprzerwanie swoim postępowaniem”

 

“No tak, dobre nie? – po wypowiedzeniu tych słów” → No tak, dobre[+,] nie? – Po wypowiedzeniu tych słów

 

“– Morty jest z ekipą przy ogrodzeniu. Dadzą nam góra dwadzieścia minut. Bierzemy tylko jednego, ja wybiorę[+.] – Krzem popatrzył stanowczo na córkę.”

 

“– To od czego zaczynamy? – zniecierpliwiony, palcami wystukiwał marsza.” → – To od czego zaczynamy? – Zniecierpliwiony, palcami wystukiwał marsza.

 

“– Wiesz, że zawsze chciałam zobaczyć[+,] jak tam jest.”

 

“– Cześć[+,] tatko, dokąd lecisz?” – i chyba lepiej “tatku” ?

 

“Musieliśmy sprawić, byś była stuprocentowo naturalna.” – lekko, ale jednak potykam się na tym “byś była” ( → żebyś była ?)

 

“Siły witalne gdzieś przepadły, a świat zawirował. Padł na posadzkę.” – świat padł?

 

“Z obecnego położenia[-,] przez moment widział jeszcze szerokie spodnie, wpuszczone w zafarbowane na żółto[-,] skórzane buty[-,] z ukośnie ściętymi cholewami i zadartymi noskami.”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

może być i łatka literatury młodzieżowej.

Chyba odebrałeś to negatywnie. Nie traktuj prozy, której (chyba) sam nie czytasz, jako gorszej. W Empiku jest cały dział literatury dla młodzieży, nie mniejszy niż fantastyki. Każdy gatunek trzeba umieć pisać. Przynajmniej tak myślę.

Dzięki Thargone,

 

Mam podobnie jak Darcon – choć pomysł nienowy, fabuła była interesująca, wciągająca, świat ciekawy, ale zbyt skąpo przedstawiony. Brakowało mi opisów, brakowało klimatu.

Będę pamiętać o tych opisach następnym razem! A może i coś jeszcze do tego tekstu dorzucę, bo każdy kolejny czytelnik zdaje się usychać ;D

A te “mętne metafory” mi się podobały! Z tymi dialogami to ciężko mi się opanować. Tak fajnie pcha się nimi wszystko do przodu…

No, chyba wiem co robić, żeby było lepiej.

 

Drakaino, miło mi gościć :-)

 

“SI prześladuje swój obiekt nieprzerwanie swoim postępowaniem”

Mam Adolfa poprawiać? (Lub tych co go przekładali?) Tak stoi w cytowanej książce, co zrobić?

 

Resztę już poprawiłem :) – dzięki!

 

Podobieństwa nazwisk oczywiście, że tak :

 

Eweline Braun – Eva Anna Paula Braun (po polsku Ewa Braun), kochanka Hitlera (na krótko przed śmiercią także żona), fotografka

Friedrich Branun – Ojciec Ewy Braun

Heinrich Himmel – Heinrich Himmler, polityk, jeden z głównych przywódców, zbrodniarz

A. Haxx – Adolf H. – Führer

Alfons Kuhen (Kuh – krowa, kuhen – krowy; lub Kuchen – ciasto) – Michael Aloysius Alfons Kühnen, niemiecki polityk i przywódca neonazistowski. Był jednym z pierwszych polityków po II wojnie światowej w Niemczech

 

Inne:

Morty – to po prostu Morty

Krzem – Bo krzem to Si w układzie okresowym, no i krzem to półmetal!

Dezydery (Dezyderiusz, Dezyder) – Wywodzi się od słowa desiderius oznaczającego "upragniony" – czyli obiekt westchnień dla Any :D Historycznie też jakiś się znajdzie, ale u mnie akurat bez nawiązań.

 

A tak ogólnie to cieszę się, że się podobało i wplecione elementy alternatywnej historii przypadły do gustu. (Choć naszej chronologii się nie trzymałem). Dzięki za komentarz!

 

A Finklo,

Fajne nawiązania do Hitlera i wszystkie wynikającego z tego paralele do faszyzmu.

do nazizmu, faszyzm był we Włoszech :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Darconie,

 

Chyba odebrałeś to negatywnie.

Może tak to zabrzmiało, późno już było i zmęczony byłem po robocie, jak pisałem komentarze, nie, etykieta literatura młodzieżowa, mi nie przeszkadza, nie postrzegam tego negatywnie :-)

Świetnie się bawiłem przy pierwszych tomach Harrego Pottera czy przy Dzienniku Cwaniaczka :D

 

Poza tym wychowałem się na Forgottern Realms i Warhammerze 40k. A to fajne, ale nie najbardziej ambitne uniwersa :D

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

No proszę, zastanawiałam się, czy z Ewą Braun się nie zagalopowałam, a tu nie :) Nie znałam imienia jej ojca, a nie chciało mi się guglać, ale miło mi, że trafiłam. Z Haxxem przyznam, że nie bardzo wiedziałam, dlaczego konkretnie tak (i to mnie trochę zmyliło), ale resztę w zasadzie zgadłam, więc mogę być z siebie dumna, bo nie jestem specjalistką od epoki, a jednak coś w głowie zostało.

Że Dezydery miał znaczenie, nie przyszło mi akurat do głowy, choć oczywiście etymologię imienia znam, tu założyłam, że postacie “fikcyjne” mają po prostu przypadkowe imiona. Z Krzemem błyskotliwe.

 

Mam Adolfa poprawiać? (Lub tych co go przekładali?) Tak stoi w cytowanej książce, co zrobić?

Zazwyczaj piszę komentarze równolegle z lekturą, w drugiej karcie, więc wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to cytat. Bo że tu jest wyraźny klucz, a nie tylko przypadkowe zbieżności, domyśliłam się nieco później. I nie wiem, co zrobić ;) Pewnie bym poprawiła, bo nie wiem, jak w niemieckim, np. w angielskim powtórzenia są mniej bolesne niż w polskim, no i może tłumacze przekładali słowo w słowo (to jest chyba to wydanie w celach naukowych, z komentarzem?). Zawsze możesz zaznaczyć, że dokonałeś drobnych zmian stylistycznych – zrobiłam tak kiedyś w artykule naukowym, kiedy okazało się, że polski przekład cytowanego dzieła jest do chrzanu stylistycznie, bo poza tym był dość poprawny.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ja bym nie poprawiała. W tekście jest zaznaczone, że to cytat, nie jest to jakiś rażący błąd, a tak naprawdę każdy mógłby poprawić inaczej ;)

Ogólnie przyjemne, ale popracuj nad przecinkami:

– przy wołaczach,

– w zdaniach wtrąconych,

– oddzielających podmiot od orzeczenia (źle).

To, że krzem ma symbol Si, tylko dodaje temu wszystkiemu smaczku, nieprawdaż milordzie?

 

Milordzie chroscisko, co teraz sądzisz: (?)

 

"Dogonił dziewczynę i szarpnął za ramię, ta straciła równowagę i rąbnęła pupą w mokrą jezdnię. Mężczyzna sprawnie ją wyminął."

Owszem, Si smaczku dodaje, tym bardziej, że kojarzy się również z “Système international d'unités”.

 

Co do dziewczyny, to sądzę, że jest lepiej i do tego bardziej dynamicznie.

 

Nadal jednak zachowanie mężczyzny wydaje się być nieintuicyjne, bo skoro chciał ją złapać, to później raczej powinien się przy niej zatrzymać się, natomiast “sprawne wymiajnie” kojarzy mi się bardziej z rugbystą unikającym obrońców przeciwnej drużyny.

 

Odnośnie drugiej kwestii, to kropka rozwiązuje problem.

 

 

Mytriksie, mam wrażenie, że przeczytałam zaledwie wstęp do opowieści. Zajmujący, nie powiem, ale teraz czekam na dalszą historię Any i, prawdopodobnie, Dezyderego.

Bardzo polubiłam Krzema i przykro mi, że już nie ma serca. :(

 

Rozdział pierw­szy. –> Zbędna kropka. Uwaga dotyczy także kropek w kolejnych rozdziałach.

 

Młodą dziew­czy­nę po ulicy gonił star­szy męż­czy­zna. –> Raczej: Starszy mężczyzna gonił po ulicy młodą dziewczynę.

 

Od­wró­cił się gwał­tow­nie, jego siwe, pra­wie białe włosy za­tań­czy­ły w po­wie­trzu… –> Obawiam się, że włosy zmoczone ulewnym deszczem, chyba nie będą tańczyć w powietrzu, nawet przy dość gwałtownych obrotach.

 

Z ła­two­ścią wy­śli­zgnę­ła morką dłoń z uści­sku. – Literówka.

 

Niech by was ko­ro­zja! –> Niechby was ko­ro­zja!

 

Jej tem­pe­ra­ment też cięż­ko było okieł­znać… –> Jej tem­pe­ra­ment też trudno było okieł­znać

 

Ro­ze­rwa­ła swoją pacz­kę i spró­bo­wa­ła po­mie­ścić za­war­tość u sie­bie… –> Nie brzmi to najlepiej.

Co to znaczy pomieścić zwartość u siebie?

Może: Ro­ze­rwa­ła swoją pacz­kę i spró­bo­wa­ła zrobić to samo

 

mam tu taką jedną książ­kę. Gdzieś tu była.

Otwo­rzył i wy­cią­gnął z szaf­ki jedną z szu­flad… – Czy to celowe powtórzenie?

 

SI prze­śla­du­je swój obiekt nie­prze­rwa­nie swoim po­stę­po­wa­niem–> Jak wyżej.

 

Ock­nę­ła się wy­cią­ga­na spod zwał złomu. –> Ock­nę­ła się, wy­cią­ga­na spod zwałów złomu.

 

Ock­nę­ła się na swo­jej pry­czy, w sa­mo­po­czu­ciu o niebo lep­szym… –> Ock­nę­ła się na swo­jej pry­czy, z samopoczuciem o niebo lep­szym… Lub: Ock­nę­ła się na swo­jej pry­czy, czując się o niebo lepiej…

 

Po chwi­li zja­wił się z za­tro­ska­ną miną i za­ostrzo­ną igłą. –> Czy igła nie jest ostra z definicji?

 

zgar­nął ze sto­li­ka kost­kę Ru­bi­ka i zajął się jej roz­wią­zy­wa­niem. –> Kostkę Rubika można ułożyć, ale chyba nie rozwiązać.

 

Krzem spu­ścił wzrok w ge­ście skru­chy. –> Krzem spu­ścił wzrok w wyrazie skru­chy.

Gesty wykonuje się rękami, nie wzrokiem.

 

Ana ubra­na w spód­ni­cę, białą ko­szu­lę i bo­ler­ko… –> Dziewczyny noszą bluzki. Bluzka może być koszulowa.

 

W Spor­to­wej ma­ry­nar­ce wy­glą­dał przy­stoj­niej niż zwy­kle. –> Dlaczego wielka litera?

 

Zza przy­ciem­nia­nych szkieł nie dało się do­strzec jego oczu. –> Kto patrzył zza przyciemnionych szkieł i nie mógł dostrzec oczu strażnika?

Proponuję: Za przy­ciem­nionymi szkłami nie dało się do­strzec jego oczu.

 

Do­pa­lił, wy­rzu­cił na zie­mię i przy­dep­tał cięż­kim bu­cio­rem. –> Raczej: Do­pa­lił, rzu­cił peta na zie­mię i przy­dep­tał cięż­kim bu­cio­rem.

 

To bę­dzie trzy przy­stan­ki, li­cząc od na­stęp­ne­go. –> To będą trzy przy­stan­ki, li­cząc od na­stęp­ne­go.

 

Uwagę Any przy­cią­gnę­ła przy­pin­ka w kla­pie ma­ry­nar­ki, przed­sta­wia­ją­ca tru­pią czasz­kę… –> Raczej: Uwagę Any przy­cią­gnął znaczek w kla­pie ma­ry­nar­ki, przed­sta­wia­ją­cy tru­pią czasz­kę

 

Wyj­ście z ogro­du ró­ża­ne­go pro­wa­dzi­ło na pnącą się w górę ulicę. –> Masło maślane. Czy coś może piąć się w dół?

Proponuję: Wyj­ście z ogro­du ró­ża­ne­go wiodło na prowadzącą w górę ulicę.

 

Na par­kie­cie zdą­ży­ło już po­rząd­nie zgęst­nieć… –> Co zdążyło zgęstnięć na parkiecie?

Proponuje: Tłum na par­kie­cie zdą­ży­ł już po­rząd­nie zgęst­nieć

 

Wy­cią­gnął z ka­bu­ry swo­je­go Wal­te­ra neu PPK… –> Wy­cią­gnął z ka­bu­ry swo­je­go wal­te­ra neu PPK

 

Ro­ze­rwał ubra­nia Any, jakby były z pa­pie­ru. –> Ro­ze­rwał ubra­nie Any, jakby było z pa­pie­ru.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na pólkach i w szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Chwilę tu nie zaglądałem (nie ukrywam, że między innymi musiałem sobie przemyśleć komentarze), a teraz biorę się za odpowiadanie na komentarze!

 

 

 

Drakaino,

 

z tym Dezyderym, wymyślałem i googlowałem po kolei imiona, aż trafiło się takie lekko nietypowe i pasujące znaczeniowo.

A Ana… pewnie ma coś wspólnego z moją lepszą połówką.

 

Z tym powtórzeniem, swojej w cytacie, zostawię jak jest. Nie chodzi mi o to, że nie chcę w cytacie majstrować, bo przecież już w nim majstrowałem. Hitler raczej o SI nie pisał. Zostawię natomiast dlatego, że pasuje mi to tam po prostu. Co więcej, w danym fragmencie wygląda to na charakterystyczny i celowy element stylistyczny, mający za zadanie podkreślić egoistyczne podejście SI.

 

Ludzkie państwo, którego ogólny obraz próbowałem zarysować, nie powstanie przez zwykłą znajomość potrzeb człowieka. Nie wystarczy wiedzieć, jak powinno wyglądać takie humanistyczne państwo. Problem jego narodzin jest daleko trudniejszy. My nie możemy czekać, aż obecne kasty, które czerpią korzyści z aktualnego kształtu państwa, zmienią swoje nastawienie z własnej inicjatywy. Nie jest to możliwie, ponieważ ich prawdziwymi przywódcami są SI, i tylko SI.

SI prześladuje swój obiekt nieprzerwanie swoim postępowaniem, w przeciwieństwie do ludzkiej szlachty i robotników, którzy zsuwają się ku zagładzie, zawdzięczając to głównie własnej indolencji, głupocie i bojaźliwości. SI jest świadome swego końcowego celu. Kasta maszyn prowadzona przez nie, nie ma innego wyboru, jak tylko walczyć o jego interesy i nie ma nic wspólnego z charakterem człowieczym.

 

 

Chroscisko,

 

Système international d'unités” :D Trebien!

Ca va! Commonti ta pelle? Ju ma pel Meteusz, J’habit a Bremerhaven. Je suise polonaise.

J’aime pomme terre!

Tyle pamiętam ze szkoły, pewnie w dodatku z błędami. Trzy lata jak krew w piach.

 

Z tym zatrzymaniem się go obok niej, to był przecież rozpędzony, a skoro pociągnięta nagle wyhamował, to nie chciał na nią wpaść (zakładają że biegł centralnie za nią). A sam wyhamować by nie zdążył. Tak to widzę :-)

 

 

 

Regulatorko,

 

łapanka miodzio, wskazane błędy i potknięcia, niedociągnięcia czyli, poprawiłem. Wdam się jednak w dysputę,

 

Odwrócił się gwałtownie, jego siwe, prawie białe włosy zatańczyły w powietrzu… –> Obawiam się, że włosy zmoczone ulewnym deszczem, chyba nie będą tańczyć w powietrzu, nawet przy dość gwałtownych obrotach.

Ja mam przed oczami obraz, gdzie gdy ktoś gwałtownie poruszy głową z mokrymi włosami, tym bardziej, że chodzi tu o odwrócenie się całej postaci, więc ruch jest spory, to włosy jednak się unoszą, wypychane przez siłę odśrodkową.

Po chwili zjawił się z zatroskaną miną i zaostrzoną igłą. –> Czy igła nie jest ostra z definicji?

Tu chodziło mi o ciekawy wydźwięk zdania. Po prostu wydało mi się to fajnie brzmieć.

 

Uwagę Any przyciągnęła przypinka w klapie marynarki, przedstawiająca trupią czaszkę… –> Raczej: Uwagę Any przyciągnął znaczek w klapie marynarki, przedstawiający trupią czaszkę

Dlaczego przypinka nie pasuje?

Różnego rodzaju przypinki można nabyć np. od Vistuli

Z ich strony “Przypinki do klapy marynarki to drobiazg, który – odwołując się do dawnych mód – jednocześnie jest na wskroś nowoczesny i dodaje smaku stylizacji.”

 

Dziękuję także, za pozytywny komentarz, choć zabrakło w nim zdania ganiącego mnie za fatalne wykonanie!

Czy to jest wstęp do powieści? Nie zastanawiałem się jeszcze nad tym czy napisać bohaterom dalsze przygody, choć wyobrażałem sobie ich możliwe późniejsze losy. Na pewno opowiadanie jest zamkniętą historią, jeśli chodzi o losy Krzema. Mógłbym napisać kolejne o losach kolejnych bohaterów, np. Dezyderiusza, a Anę… cóż Ana była by w to wszystko ciągle zamieszana. Przemyślę :-)

Cieszę się, że lektura okazała się zajmująca. I mi też przykro, że Krzem jest teraz bez serca, ale nie miałem sumienia życia pozbawiać młodej dziewczyny. Choć z drugiej strony jej młodość nie jest jednoznaczna. Zatem, z podziękowaniem za wizytę,

 

pozdrawiam!

 

P.S.

 

Marasie, nie ma pośpiechu z komentowaniem, białe mleko niebieska krew i tak już się rozlała :-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Starszy mężczyzna gonił po ulicy młodą dziewczynę. Chodnik był zbyt zaśmiecony i zatłoczony nieruchomymi złomami, by ryzykować tam bieg.

To gonił czy nie gonił? 

To wspomnienie matki, jako jedyne tak dobrze zachowało się w pamięci Any.

Blade Runner 2 jak nic, aż krzyczy manipulacją wspomnieniami.

Nie wiem, może coś subtelniejszego byłoby lepsze?

Rozdział drugi.

– Ciekawe o czym jest drugi rozdział? – Ana głośno myślała.

Przez chwilę myślałam, że to będzie Jeśli zimową nocą podróżny w wersji sci-fi i nie wiedziałam, czy jestem bardziej zaciekawiona czy przerażona ;P

 

Krzem z pewną dozą wprawy wkłuł się w ramię i jednostajnym ruchem wstrzyknął całą dawkę lekarstwa, o ile to było lekarstwo.

jakoś razi, to taka niedokończona myśl.

 

drzewa > androidy.

 

jakoś zabrakło mi rozwinięcia tych zapasowych ciał – jakie ślady zużycia nosiły? I strasznie szybko dziewczyna nad tym przeszła do porządku dziennego.

No i nie do końca ogarnęłam zakończenie – czy Krzem kazał przerzuć swoje serce do ciała Any, by je zasilało? Nie ma ona jakieś kopii zapasowej? Nie ma zapasowych baterii? 

Krzem musiał mieć konkretne plecy, skoro człowiek znikąd prawie ochajtał córkę z następcą tronu, ale cała akcja wydaje się średnio przez niego zaplanowana.

 

Fajny pomysł z tym rozdawaniem energii – mógłbyś rozwinąć to bardziej, to by jakoś tłumaczyło dlaczego androidy dają się tak traktować.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

wybranietz,

 

Starszy mężczyzna gonił po ulicy młodą dziewczynę. Chodnik był zbyt zaśmiecony i zatłoczony nieruchomymi złomami, by ryzykować tam bieg.

To gonił czy nie gonił? 

Gonił po ulicy, a nie po chodniku :-)

 

To wspomnienie matki, jako jedyne tak dobrze zachowało się w pamięci Any.

Blade Runner 2 jak nic, aż krzyczy manipulacją wspomnieniami.

Nie wiem, może coś subtelniejszego byłoby lepsze?

Miało być widoczne, że coś jest na rzeczy, chciałem tylko, by nie do końca było wiadomo co.

 

Rozdział drugi.

– Ciekawe o czym jest drugi rozdział? – Ana głośno myślała.

Przez chwilę myślałam, że to będzie Jeśli zimową nocą podróżny w wersji sci-fi i nie wiedziałam, czy jestem bardziej zaciekawiona czy przerażona ;P

Ej, nie ma co się bać żartu z nazwą rozdziału :D

Krzem z pewną dozą wprawy wkłuł się w ramię i jednostajnym ruchem wstrzyknął całą dawkę lekarstwa, o ile to było lekarstwo.

jakoś razi, to taka niedokończona myśl.

Niedokończona? Chodzi tylko o to, że dziewczyna nie wie, co to jest.

 

drzewa > androidy.

No tak, drzewa, enty i inne drzewołaki pewnie są lepsze, ale nie jestem kornik, żeby w kółko o tym samym myśleć :-)

 

Zapasowe ciała ślady użytkowania – no fakt mogłem dodać, że sfatygowane, czy coś, ale ważniejsze jest to, że tam stoi, że są niekompletne. Niekompletne o te elementy, które Krzem przeszczepił Anie po wypadku na złomowisku.

Zakończenie – Brak serca oznaczałby śmierć, bilogiczno-syntetyczny mózg by umarł. Bo to są hybrydy, połączenie biologii i elektroniki, cyborgi. Nie istnieje kopia zapasowa świadomości Any – Krzem sam mówił, że przelewał ją z jednego ciała do drugiego. No i w ostatniej scenie zapasowych części nie miał pod ręką.

Krzem musiał mieć konkretne plecy, skoro człowiek znikąd prawie ochajtał córkę z następcą tronu, ale cała akcja wydaje się średnio przez niego zaplanowana.

Tu mógłbym dłużej argumentować hm…

Po pierwsze podstawił panią fotograf i przedstawił się jako jej ojciec. Pani fotograf spodobała się Dezyderemu. Alfons chciał w myśl neonazistowskich idei namnażać rasę panów, a więc i syna wyswatać by doczekać się potomstwa. Poza tym mariaż z mieszczanami z innego miasta-państwa to jakieś tam poprawienie stosunków dyplomatycznych.

Po drugie – stosunki dyplomatyczne wiodą nas do ciekawego tropu odnośnie pleców Krzema. Matka Any, żona Krzema, rozdawała energię (już wiele lat wcześniej) z ramienia:

– To pracownicy charytatywnej fundacji działającej na rzecz obrony praw maszyn. Ojciec nie mógł zakazać im działalności, ze względów dyplomatycznych.

z ramienia organizacji, której po latach nawet Alfons Kuhen nie mógł pozbyć się ze swego miasta. Zakładam, że Krzem nie spalił mostów, a przez lata czasu nawiązał kontakty itd.

Poza tym działa też siatka ludzi na przedmieściach Neomiasta (poza kopułą) – patrz Morty.

Po trzecie, bardziej hipotetycznie, bo nie pokazałem tego dokładnie w tekście, ale Krzem dostaje od kogoś cynk o zrzucie z czymś ważnym na wysypisko. Tam coś znalazł, co pchnęło go do całej akcji. Co? Starego lokaja z dworu Alfonsa Kuhena? Ktoś (celowo?) nie wyczyścił jego pamięci podręcznej, a Krzem wywiedział się o planowanym balu i zapotrzebowaniu na fotografkę.

Czemu twierdzisz, że akcja jest słabo zaplanowana, skoro bohaterowie docierają tam gdzie chcą i są o krok od umieszczenia Any u boku następcy “tronu”?

 

Z tym rozwinięciem rozdawania energii fajny pomysł. Ale zrzuciłem to raczej na karb alternatywnej historii. A czemu Niemcy dali się poprowadzić Hitlerowi a żydzi dopuścili do Holokaustu? A gdyby Hitler przegrał wojnę, ale przy władzy pozostali neonaziści…

 

Taki mój punkt widzenia :)

 

Edit: Przyznać się, kto doklikał bibliotekę? ;>

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Ja mam przed ocza­mi obraz, gdzie gdy ktoś gwał­tow­nie po­ru­szy głową z mo­kry­mi wło­sa­mi, tym bar­dziej, że cho­dzi tu o od­wró­ce­nie się całej po­sta­ci, więc ruch jest spory, to włosy jed­nak się uno­szą, wy­py­cha­ne przez siłę od­środ­ko­wą.

Owszem, impet z jakim ktoś się odwraca jest nie bez znaczenia, ale wydaje mi się, że w opisanym przypadku istotna jest też długość włosów, a ja nie wiem, jak długie włosy ma Krzem.

 

Dla­cze­go przy­pin­ka nie pa­su­je?

Róż­ne­go ro­dza­ju przy­pin­ki można nabyć np. od Vi­stu­li

Z ich stro­ny “Przy­pin­ki do klapy ma­ry­nar­ki to dro­biazg, który – od­wo­łu­jąc się do daw­nych mód – jed­no­cze­śnie jest na wskroś no­wo­cze­sny i do­da­je smaku sty­li­za­cji.”

Obejrzałam wspomniane przez Ciebie drobiazgi i okazuje się, że to, co nazywasz przypinką, ja znam jako znaczki. Przypinka kojarzy mi się z czymś, co przypinają sobie do sukien/ do włosów dziewczyny.

Jednakowoż to Twoje opowiadanie, Mytryksie, i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

 

No i bardzo się cieszę, że uznałeś łapankę za przydatną.

Odesłałam Krzema do Biblioteki. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przypinka kojarzy mi się z czymś, co przypinają sobie do sukien/ do włosów dziewczyny.

A dla mnie przypinka to w ogóle takie coś na agrafce, co nie wiem, jak się poprawnie po polsku nazywa ;) Pin.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Gonił po ulicy, a nie po chodniku :-)

Haha xD 

 

Miało być widoczne, że coś jest na rzeczy, chciałem tylko, by nie do końca było wiadomo co.

No jest widocznie, tylko w taki najbardziej kliszowy sposób.

 

Ej, nie ma co się bać żartu z nazwą rozdziału :D

Jest ;D

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/140529/jesli-zimowa-noca-podrozny 

 

Niedokończona? Chodzi tylko o to, że dziewczyna nie wie, co to jest.

No tak, ale bardzo gwałtownie przeskakujesz z w miarę obiektywnej narracji do myśli.

 

 

Zapasowe ciała ślady użytkowania – no fakt mogłem dodać, że sfatygowane, czy coś, ale ważniejsze jest to, że tam stoi, że są niekompletne. Niekompletne o te elementy, które Krzem przeszczepił Anie po wypadku na złomowisku.

Sfatygowane – czyli zużyte, pobliźnione, z odciskami – czy ona nosiła je wcześniej? Bo jak nie, to są po prostu niekompletne.

 

Alfons chciał w myśl neonazistowskich idei namnażać rasę panów, a więc i syna wyswatać by doczekać się potomstwa. Poza tym mariaż z mieszczanami z innego miasta-państwa to jakieś tam poprawienie stosunków dyplomatycznych.

Myślę, że Alfons szukałby lepszej małżonki niż przypadkowa mieszczka, a ktoś z ochrony powinien sprawdzić jej tożsamość.

Po drugie – 

Wolałabym to w tekście. Może jakby Ana pamiętała dokarmianie robotów zamiast motyli? Jedno wspomnienie i tak jest podejrzane, a byś sugerował wcześniej, że coś jest z robotami na rzeczy. (Gdzieś coś tam było, ale bardzo mgliście.)

 

Czemu twierdzisz, że akcja jest słabo zaplanowana, skoro bohaterowie docierają tam gdzie chcą i są o krok od umieszczenia Any u boku następcy “tronu”?

Bo nie bardzo wierzę, że powinni tam dotrzeć – fotografka znikąd nagle dopuszczona do najwyżeszej władzy z perspektywą na małżeństwo? I Alfons pewnie wolałby bardziej prestiżowego fotografa, bo lans i gwarancja jakości. Może jakby Ana najpierw pokazała mu swoje zdjęcia? I może dobrze by było jakby Krzem wcześniej sprawdził, czy z córka na pewno wszystko jest ok (ta krew)

 

A, i fajnie jeszcze, że Alfons się nie cackał, tylko od razu strzelił ;)

 

Taki mój punkt widzenia, może się po prostu czepiam :)

 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Reg. a więc musiało się rozbić o długość włosów Krzema, rzeczywiście tego nie sprecyzowałem. Musiały więc być do ramion lub nieco dłuższe.

 

Co do przypinki, to wychodzi na to, że każdy to słowo inaczej kojarzy :-) Zostawiam więc tak, jak jest.

 

Dzięki za ubibliotecznienie Krzema :)

 

Drakaino, podejrzewam, że słowo przypinka może mieć wiele znaczeń, tak słownikowych, jak i potocznie stosowanych :)

 

Edit: Wybranietz, odpowiem Ci później z domu, przy komputerze będzie łatwiej :) Czepialstwo mile widziane.

Sno strzelił skurczybyk, pewnie to że był pijany pomogło w podjęciu nagłej decyzji ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

OK, Mytriksie, to przecież Twoje opowiadanie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

wybranietz,

 

z poślizgiem (jak zwykle), ale odpowiadam:

 

Jest zgoda:

No tak, ale bardzo gwałtownie przeskakujesz z w miarę obiektywnej narracji do myśli.

No to teraz wiem, o co chodzi! Racja.

 

Moja wątła linia obrony:

Sfatygowane – czyli zużyte, pobliźnione, z odciskami – czy ona nosiła je wcześniej? Bo jak nie, to są po prostu niekompletne.

Tak, nosiła, to są jej stare powłoki. Te, w które poprzednio Krzem przelewał jej świadomość. No, może jedna, jeszcze nie używana też się znajdzie. Nie wiemy natomiast, czy nadałyby się do ponownego użycia i na ile kompletne są wewnątrz. Ani skąd Krzem ma taką ilość Hi-Tech “w piwnicy”.

 

Myślę, że Alfons szukałby lepszej małżonki niż przypadkowa mieszczka, a ktoś z ochrony powinien sprawdzić jej tożsamość.

Skradziona tożsamość może być całkiem wiarygodna. :-) Czy szukałby lepszej małżonki? Nie będę gdybać, bo mogę znaleźć argumenty w obie strony, a tekst powinien bronić się sam.

 

Wolałabym to w tekście. Może jakby Ana pamiętała dokarmianie robotów zamiast motyli? Jedno wspomnienie i tak jest podejrzane, a byś sugerował wcześniej, że coś jest z robotami na rzeczy. (Gdzieś coś tam było, ale bardzo mgliście.)

No tak, i tekst rozrośnie się do powieści! A figa z makiem!

Ale stoi w tekście, że pamięta dokarmianie motyli, bo Krzem tak zmanipulował wspomnienie. Chciał z niej zrobić kobietę idealnie ludzką.

 

Bo nie bardzo wierzę, że powinni tam dotrzeć – fotografka znikąd nagle dopuszczona do najwyżeszej władzy z perspektywą na małżeństwo? I Alfons pewnie wolałby bardziej prestiżowego fotografa, bo lans i gwarancja jakości. Może jakby Ana najpierw pokazała mu swoje zdjęcia? I może dobrze by było jakby Krzem wcześniej sprawdził, czy z córka na pewno wszystko jest ok (ta krew)

Ależ taka pani fotograf istnieje! I ma zacne zdjęcia. Tylko wszyscy kojarzą fotografa po zdjęciach zrobionych przez niego, a nie po zdjęciach go przedstawiających.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nie ma w tekście ;P

A nie musiałbyś książki do tego pisać, żeby to zgrabnie wpleść w opko ;)

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Jest w tekście!

 

Krzem do córki:

– Wspomnienie z matką jest prawdziwe, tylko zmienione. Musieliśmy sprawić, żebyś była stuprocentowo naturalna.

A właśnie, że żeby wpleść w opko wszystko czego usłyszałem w komentarzach, że brakuje, to bym musiał. A jak nie książkę, to pół książki!

 

Chociaż bazując na tym świecie i wykorzystując postaci, mógłbym uknuć kolejne historie ;) Tylko najpierw muszę ogarnąć stawianie przecinków.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Innych nie ma ;P

A o wspomnieniu to już pisałam, że takie mi się nie podoba ;P

 

Tylko najpierw muszę ogarnąć stawianie przecinków.

Ha-ha-ha ._.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Nie wiem jak to odczytać:

Ha-ha-ha ._.

Ironia? Upominające spojrzenie belfra? Kermit?

 

.~.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jako smuteczek, ba ja się już poddałam.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Tekst interesujący. Akcja czasem zalicza zwolnienia, ale generalnie prze do przodu. Trochę za łatwo domyślić się, kim jest Ana – przez to wyznanie pod koniec nie ma takiego szoku. Zwłaszcza, że sama bohaterka tego mocno nie przeżywa.

Zgodzę się z innymi, że mało opisów. To czuć zwłaszcza w momencie, kiedy Ana w końcu ląduje pod kopułą. Nie czuć od niej żadnego podekscytowania, sama przestrzeń też nie olśniewa. Właśnie przez brak odpowiedniego opisu.

Sama alternatywna rzeczywistość ciekawa. Logika fabuły trochę naciągana – kim był Krzem, że mógł spiknąć córkę z synem dygnitarza? Trochę mi tego zabrakło.

Podsumowując: solidny koncert fajerwerków, choć za mało w nim klimatycznych opisów. Jednak definitywnie ciekawa lektura.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NWM,

 

dzięki za komentarz :-)

Uderzyłeś w te same niedostrojone struny co inni. Z opisami mam nieco problemy. Nie umiem opisywać wszystkiego tak, jak bym chciał i boję się stracić na dynamice tekstu. Tym razem starałem się za to wydłużyć nieco rozdziały. Jeszcze gdzieś przed połową tekstu miałem wizję na to, jak to wszystko powinno pod kopułą wyglądać. Potem jak już doszedłem do tego fragmentu, gdzie Ana po raz pierwszy wkracza do środka, wszystko jakby się rozmyło. Chyba zabrakło mi odwagi pojechać bardziej po bandzie, choć teraz widzę, że wystarczyłoby zwyczajnie rozbudować lekko opisy.

Akcja i tempo, wiem że zawlniają i mniej więcej tak miało być. Lekkie hamowanie przed ostatnim ostrym zakrętem i finisz.

Popisałem trochę bez betowania i wiem przynajmniej na czym stoję. Niemniej cieszę się, że lektura była ciekawa. Palce przed UFO rozgrzane :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nowa Fantastyka