- Opowiadanie: Xander - Sfery

Sfery

Witam, zamieszczam tutaj pierwszą część swojego opowiadania. Jako, że jest to również pierwsza taka moja interakcja z tym portalem prosiłbym o zwrócenie uwagi w komentarzach jeśli zrobiłem coś nie tak. Zapraszam do czytania :)

Oceny

Sfery

Sfery Elementarne – sześć odrębnych wymiarów opisanych przez doświadczonych magów na podstawie przywołanych przez nich istot oraz notatek znalezionych przy ciałach nieszczęśników, którzy mieli niewątpliwego pecha tam trafić. Wyróżnia się następujące sfery: ognia, wody, powietrza, ziemi, życia i śmierci. Każda z nich zamieszkana jest przez zróżnicowane stworzenia, które przy odpowiedniej wiedzy i sile magicznej można przywołać do naszego świata. Dodać należy, że istoty te najczęściej zachowują się skrajnie agresywnie i traktują ludzi jako intruzów.

Wielu naukowców uważa, że sfery te są powiązane w jakiś sposób z Aer – światem ludzi, jednakże nie wykazano jeszcze jednoznacznie w jaki sposób miałyby one wpływać na nasz świat.

 

Data: nie do określenia, Miejsce: niewątpliwie Sfera Ognia

Pamiętam tylko oślepiający błysk… ile czasu jestem już poza Aer nie potrafię tego powiedzieć… sądząc po niemiłosiernie wysokiej temperaturze i krajobrazie znajduje się w Sferze Ognia. Notatki te sporządzam dla osób, które może kiedyś odnajdą moje ciało… gdyby były owe osoby zainteresowane jak tutaj trafiłem to jedyne co mogę napisać to nie mam pojęcia. Nie zamierzam jednak się poddawać, z tekstów, które miałem okazje przeczytać dawno temu pamiętam, że aby wydostać się ze Sfer należy przejść przez 6 portali. Każda Sfera ma swój portal i prowadzi do kolejnej Sfery, brzmi mało skomplikowanie… szkoda tylko, że ten kto napisał te mądrości nie dołączył do tego żadnej mapy, bo jak do cholery znaleźć mały portal po środku cholernego buchającego lawą, ciągnącego się w nieskończoność spalonego pustkowia… i jak poradzić sobie z tym gigantycznym ognistym bydlakiem który właśnie [dalej tekst jest nieczytelny]

Cor Odkrywca, mag renegat z Lazurowego Pałacu

 

 

Mag uciekał tak szybko jak tylko pozwalała mu na to jego fizyczna forma, jednakże dystans między nim a Ognistym Molochem z każdą sekundą się zmniejszał. Kierował się w stronę góry, u podnóża której z daleka zauważył niedużą jaskinie, czy mogła ona ochronić go przed gniewem tytanicznego potwora, tego nie miał czasu przemyśleć. Do celu pozostało na oko pół kilometra, sęk w tym, że coraz bardziej odczuwał efekty pościgu w okół siebie… zastygła lawa po której biegł zaczęła pękać przy każdym kroku Molocha, czemu towarzyszyły efektowne wybuchy pary. Kilka oddechów później czuł, że grunt zaczyna coraz bardziej drgać, a pod nogami zauważył gwałtownie rosnący cień, przyspieszył tak mocno na ile pozwalało mu jego zmęczenie… cudem uniknął zmiażdżenia jednak siła z jaką gigant stąpał odrzuciła go w przód na kilka metrów. Nie miał czasu ocenić obrażeń, które spowodował upadek, do jaskini pozostało niewiele ponad sto metrów, a czasu było coraz mniej. Na domiar złego ziemia pod wpływem gargantuicznego ciężaru Ognistego Molocha zaczęła dosłownie rozrywać się co spowodowało utworzenie się szczelin wypełnionych buchających lawą. Teraz nie tylko musiał uważać, aby nie zostać zgniecionym ale także nie wpaść do piekielnych czeluści. Szybkimi susami przeskakując nad tworzącymi się rozpadlinami dotarł na wyciągnięcie ręki do wejścia do jaskini, potwór nie zamierzał jednak się poddawać, ostatni raz próbował zmiażdżyć intruza. W ostatniej chwili, resztkami siły Cor uskoczył przed atakiem, lecz jego siła wyrzuciła go w głąb upragnionej jaskini jednocześnie powodując zawalenie się wejścia…

– Dobra, chyba jeszcze żyje… przydałoby się jakieś światło… – po krótkiej inkantacji nad jego głową rozbłysła kula jasnego światła

– Teraz znacznie lepiej… albo i nie… kurwa… – lewe przedramię Cora obficie krwawiło, było poszarpane do żywego mięsa i prawdopodobnie złamane.

– Światło już jest, czas naprawić tą nieszczęsną cielesną powłokę – mag zamknął oczy, skupił się i cicho zaczął recytować słowa z odległych krain – cóż za ironia, w magie leczenia największy wkład włożyli nieumarli kapłani z Krain Śmierci, jak to mówią życie potrafi zaskakiwać. Po kilku chwilach ręka wyglądała na zupełnie zdrową, nie było nawet śladu po deformacji związanej ze złamaniem, a w ciało wstąpiły nowe świeże siły.

Z zewnątrz dochodziły wściekłe pomruki Molocha zawiedzionego ucieczką niedoszłej ofiary. Po chwili mag wyczuł oddalające się kroki potwora manifestujące się w formie mini trzęsień ziemi w skutek czego niektóre z mniejszych skał stropu zaczęły kruszeć i opadać. Renegat musiał teraz wydostać się jakoś ze swojego tymczasowego azylu, pytanie tylko jak… wejście do jaskini zostało zawalone i nawet gdyby udało się usunąć torujące je głazy na zewnątrz wciąż był rozjuszony gigant. Jedynym wyjściem była podróż w głąb góry w nadziei na znalezienie wyjścia, o ile takowe istnieje oczywiście…

Jaskinia ciągnęła się długo w postaci zwężających się bądź rozszerzających tuneli. Sama wędrówka jednakże nie należała do ciężkich, magiczne światło stwarzało wystarczający komfort widoczności, zresztą sama pieczara zapewniała jego źródło w postaci malowniczych kryształów różnej wielkości usytuowanych gdzieniegdzie na ścianach, stropie i dnie jaskini. Mając nieco czasu Cor postanowił przyjrzeć się bliżej intrygującym tworom, swoim kolorem przypominały zatrzymany w czasie płomień. Jasność, którą generowały rzucała blado pomarańczową poświatę. Biło od nich kojące delikatne ciepło, które z każdą chwilą wpatrywania się w kryształ coraz bardziej wypełniało ciało, płomień jakby ożywał, a powieki stawały się coraz cięższe… nie było już nic oprócz kojącego ciepła… wszystko przestało być ważne, liczył się tylko płomień… nic nie jest ważne… płomień…

Brunatny strop jaskini przesuwał się powoli nad pozbawionym czucia ciałem maga. Zanim otworzył oczy czuł, że się przemieszcza, a w zasadzie jest ciągnięty, kiedy udało mu się je otworzyć spostrzegł przed sobą kilka niskich humanoidalnych popielatych istot, dwie z nich ciągnęły go za nogi. Spojrzał jeszcze raz do góry i poczuł jak ponownie ogarnia go nieodparty sen…

Obudził się oparty o ścianę rozległej pieczary, do której został przywleczony. Odzyskał także możliwość poruszania, z wyjątkiem rąk, które były silnie skrępowane czymś co przypominało linę o karmazynowym kolorze. Rozglądnął się wokół i jakieś dziesięć metrów od siebie zauważył czerwone niczym łuna w nocy po wielkim pożarze niebo. Teraz wiedział którędy się wydostać, lecz nie wiedział jeszcze jak… z rozmyśleń wyrwały go intensywniejsze niż dotąd rozmowy małych stworzeń, o ile to pokrzykiwanie i popiskiwanie między sobą można nazwać rozmową. Czego owa debata dotyczyła nie miał pojęcia ale usłyszał jak głosy zbliżają się do niego i po kilku sekundach stało już przed nim kilku popielatych jegomościów o zwierzęcych twarzach kontynuując swoją konwersacje i wpatrując się małymi czerwonymi oczkami w dziwnego przybysza. Jeden z nich, nieco wyższy od pozostałych przysunął swój szczurzy łeb do twarzy maga i począł łapczywie go wąchać. Kiedy już zaspokoił swój zmysł węchu odwrócił się do reszty i oznajmił coś w ichnim języku, o co chodziło można się tylko domyślać, jednakże sądząc po reakcji szczurzego towarzystwa bardzo im się to spodobało. Jedyne co przyszło wtedy Corowi do głowy to to, że wkrótce może stać się którymś z dań szczurzej szajki ludojadów, cóż… sytuacja nie rysowała się zbyt optymistycznie…

Będąc ponownie ciągnięty tym razem na środek pieczary próbował przypomnieć sobie jakiekolwiek zaklęcie, które mogłoby pomóc mu w jego obecnym położeniu. Problem polegał głównie na tym, że większość potężniejszych zaklęć do rzucenia wymagała używania gestów, a on nie posiadał teraz takiej możliwości.

– Myśl, myśl… – mówił cicho sam do siebie mag, na co uradowane myślą o przyszłym posiłku stwory zupełnie nie zwracały uwagi.

– Skoro te potwory istnieją tylko w Sferze Ognia to teoretycznie tak jak żywiołaki ognia ich słabością powinna być magia powiązana z lodem… hmm… magia obszarowa… lód… no tak!!! Fala lodu… – zaklęcie lodowej fali było głównie używane w celu unieruchomienia wrogów wokół na niedużym obszarze, obrażenia zadawane przez to zaklęcie nie należały do wysokich, nie licząc lekkich odmrożeń, które zresztą szybko ustępowały. Jednakże w tej sytuacji mogła ona uratować życie maga.

Był już na miejscu, otoczyła go szczurza grupka do której dołączyły nowe stwory do tej pory czające się w mroku.

-Teraz albo nigdy… – Cor zaczął recytować formułę zaklęcia z taką siłą z jaką tylko mógł. Popielate stworzenia odsunęły się kilka kroków w tył ze zdumienia, nie rozumiały tego co się zaraz stanie, a także tego, że ich jedzenie mówi… i to całkiem głośno. Kiedy czarodziej wypowiedział ostatnie słowo formuły w okół niego wystrzeliła potężna fala mrozu, która przy napotkaniu oporu w postaci spragnionych ludzkiego mięsa bestii nie zamroziła ich, lecz natychmiastowo zabiła. W chwili krótszej niż oddech cała banda padła trupem, a jeśli któraś z istot pozostała przy życiu, uciekła tak daleko jak tylko jej krótkie nóżki pozwolą. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane, przynajmniej na jakiś czas. Wciąż pozostał jednak skrępowany, na szczęście na dnie pieczary nie brakowało stożkowatych wystarczająco ostrych skał aby przeciąć o nie linę. Odzyskując w końcu pełnię ruchów mag niezwłocznie udał się w stronę wyjścia, niewielki tunel był wysokością idealnie dopasowany do martwych już istot, za niski jednak dla człowieka, by wyjść musiał przecisnąć się przez niego na czworaka. Gdy tylko wydostał się z jaskini do jego nozdrzy doszedł silny zapach siarki. Postanowił rozejrzeć się trochę i ustalić kierunek marszu. W okolicy nie było żadnego charakterystycznego punktu, do którego mógłby się odwoływać w swojej podróży lub ku któremu powinien podążać. Teren wszędzie wydawał się być taki sam, czerwono – pomarańczowe niebo pokryte gdzieniegdzie żółtymi chmurami, wysokie góry i niższe pagórki w kolorze czarnym lub brunatnym i spalona ziemia również tych kolorów. W krajobraz Sfery Ognia wpisywały się również liczne rozpadliny i swego rodzaju jeziora wypełnione lawą i buchającym ogniem. Jeśli chodzi o faunę zamieszkującą to miejsce to nie napawała optymizmem… na horyzoncie malowało się wiele większych lub mniejszych płomiennych sylwetek, które za pewne należały do ognistych golemów, żywiołaków i innych stworzeń istniejących w tym wymiarze. W oddali przy wysokiej górze słychać było ciężkie kroki Ognistego Molocha, być może był to ten sam, który próbował zabić maga, a może i inny… z zadumy wyrwał go ogłuszający ryk dochodzący za chmur, istota która go z siebie wydała zdawała się być jeszcze bardziej nierealna niż cała reszta. Latający gad nawet z tak dużej odległości z jakiej obserwował go Cor wydawał się być wciąż niemożliwie kolosalny, jak coś tak wielkiego mogło oderwać się w ogóle od ziemi pozostawało dla niego tajemnicą. Kolejny ryk smoka, tym razem wiele głośniejszy omal go nie przewrócił i spowodował bolesne dzwonienie w uszach. „Cholera, gdybyśmy w naszym świecie mieli takie monstrum nasz gatunek z pewnością nie przetrwał by zbyt długo… czas ruszać w dalszą drogę, być może idąc wzdłuż podnóża tej góry znajdę cokolwiek co pozwoli mi ustalić położenie portalu”.

Ustalenie czasu w tym miejscu wydaje się niemożliwe, brak cyklu dobowego czy chociażby gwiazd lub innych obiektów niebieskich sprawia, że człowiek traci tu zupełnie rachubę. Widok z każdym krokiem pozostał taki sam, brunatna ściana po lewej, a w okół oddalające się lub zbliżające wzniesienia i wzgórza. Czy przebył kilometr, czy dziesięć renegat tego nie wiedział, jedyną pociechą w całej tej sytuacji było to, że potężna magia tego miejsca zdawała się wypełniać jego ciało co pozwalało mu iść bez zmęczenia. Zapomniał także o tak przyziemnych potrzebach jak jedzenie czy picie, co jest dosyć osobliwe biorąc pod uwagę temperaturę panującą w Sferze. Nurtowała go natomiast kwestia tego jaki wpływ ma ten wymiar na jego zaklęcia… „Zaiste w ciekawym miejscu się znalazłem, tak silnej fali lodu jeszcze nigdy nie udało mi się ani zaobserwować, a tym bardziej rzucić, a to uleczenie… z taką szybkością potrafią leczyć tylko najwyżsi kapłani i to w miejscach które przesiąknięte są śmiercią co pozwala im czerpać niemal nieograniczoną moc. Jednakże sądzę iż nie powinienem ulegać swego rodzaju podnieceniu związanemu z tymczasową potęgą. Nie mądrze jest igrać z ogniem i to w jego najczystszej postaci… wszystko ma swoje granice, a przekroczenie swoich w takim miejscu może spowodować nieprzewidziane skutki… oho… albo myli mnie mój wzrok albo to coś w oddali przypomina sporą chatkę, kolorem może nie wyróżnia się za bardzo na tle reszty krajobrazu ale nie wydaje się być naturalnym tworem. Mam nadzieję, że moja ciekawość nie sprowadzi na mnie jeszcze większych kłopotów…”

Rzeczywiście to co zauważył Cor przypominało chatkę, choć może biorąc pod uwagę wymiary owej konstrukcji lepszym słowem byłaby chata… wykonana była w całości z materiału przypominającego obsydian, nie było widać w niej żadnych okien, jedynie około sześciu-metrowe wejście bez jakichkolwiek drzwi. Pomimo braku wspomnianych już okien wydawało się, że w środku jest dosyć jasno, a wręcz można by powiedzieć, że pali się tam jakieś światło. Ciekawość maga nie pozwoliła mu zignorować tak osobliwej budowli, powoli i ostrożnie podszedł do wielkich wrót zastanawiając się cóż za istota może być jej mieszkańcem. Na odpowiedź nie musiał czekać długo, kiedy tylko przekroczył próg domu usłyszał gardłowy głos „Podejdź człowieku, nie bój się”. Cor przez chwilę zawahał się jednak po raz kolejny ciekawość zwyciężyła i wszedł głębiej do chaty, aby ustalić do kogo należał ów głos. Rozejrzał się w okół i spostrzegł przy jednej ze ścian stos hipnotyzujących kryształów, na które natknął się w jaskini, jednakże to nie one rozświetlały dom, z sufitu zwisał sporo większy od reszty kryształ święcący jasnym, żywym światłem. Usłyszał chrząknięcie po lewej stronie tylnej ściany i skierował tam swój wzrok. Przy wielkim jak na ludzkie standardy stole siedziała na stołku pięcio-metrowa, barczysta i umięśniona postać. Jej skóra była koloru popielatego, a długie włosy i broda kruczoczarne.

– Co takie wielkie oczy robisz, jakbyś nigdy throga nie widział – powiedziała tajemnicza istota

– Yyy… ni… nie… nie widziałem nigdy throga… – odpowiedział mag

– Nie? Hehe… no to masz okazje. Powiedz no człeczyno co cię tu sprowadza, rzadko mamy tu ludzkich gości, a jeszcze rzadziej można z nimi porozmawiać hahaha…

– Ja…

– A widzisz tu kogoś innego? No mówże ktoś ty za jeden i nie bój się, wiem, że widok gadającego giganta to dla waszej rasy może nie codzienność ale nie zrobię ci żadnej krzywdy, przysięgam na swój młot – throg wskazał na swój ogromny młot leżący w rogu.

– Jestem… Cor Odkrywca i jestem magiem…

– Faktycznie niezły z ciebie odkrywca hahaha… ja natomiast nazywam się Alghar, miło mi cię poznać. Pozwolisz, że uścisk dłoni sobie darujemy, mogłoby się to źle skończyć… – odparł serdecznie gigant.

– Skąd znasz naszą mowę..? – z ciekawością zapytał mag.

– Wy ludzie jeszcze dużo rzeczy nie wiecie, a tłumaczenie tego zajęło by naprawdę długo haha… Wspomniałeś, że jesteś magiem, prawda to?

– Tak, w rzeczy samej.

– Tak się składa, że możemy sobie pomóc nawzajem… zapewne chcesz wydostać się z tego miejsca i jak może wiesz jedynym wyjściem jest portal, a ja mogę cię do niego zaprowadzić.

– Co mam zrobić..? – zapytał z nieukrywanym podnieceniem Cor.

– Myślę, że nie będzie to dla ciebie żadnym problemem, chcę abyś użyczył nam nieco swej magii.

– Wam?

– Tak, nam. Nie jestem jedynym przedstawicielem swojego gatunku haha. Od bardzo długiego czasu pracujemy nad idealną bronią, jednak zawsze czegoś brakowało… sądzę, że ty będziesz w stanie to zmienić.

– Chyba nie mam innego wyjścia, zresztą chętnie pomogę i przy okazji może bliżej was poznam.

– Ha wyśmienicie. Zaiste zaprawdę ciekawski z ciebie człowiek… – powiedział uradowany Alghar.

– Jeszcze tylko jedno pytanie… do czego służą te kryształy..?

– Te kryształy? – wskazał palcem na stertę pod ścianą. – Zbieramy je aby wzmocnić nasze wytwory ich magią, ale dość już tu przesiedzieliśmy. Zbieraj się przyjacielu, daleko nie jest ale dokończyć rozmowę możemy na miejscu.

 

Dla kogoś rozmiarów throga droga może faktycznie nie była daleka i mimo, że olbrzym szedł powoli Cor musiał prawie że biec, aby dotrzymać mu kroku. Pomimo takiego dyskomfortu podróż z Algharem miała swoje zalety, niejednokrotnie przechodzili obok istot zamieszkujących tę płaszczyznę i ku ździwieniu maga nie były one w żaden sposób agresywne. Sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej ciekawa kiedy mijali grupę ognistych olbrzymów, throg z uśmiechem wypowiedział w ich kierunku jakieś słowo w nieznanym języku na co wspomniana grupka odpowiedziała skinięciem głowy i niezrozumiałym pomrukiem. Całe to zajście bardzo zaintrygowało Cora, nie mógł przepuścić takiej okazji, aby dowiedzieć się czegoś więcej.

– Co to było..? – zapytał podniecony mag

– Co? Aaa tak… pozdrowienie w dawno już zapomnianej mowie olbrzymów – odpowiedział Alghar

– Dlaczego te wszystkie stworzenia nas nie atakują? Kiedy się tu znalazłem cudem uniknąłem rozdeptania przez jedno z tych kolosalnych monstrów… – dociekał dalej Cor

– Widzisz przyjacielu, to wszystko tylko z pozoru wydaje się chaotycznym i niezorganizowanym miejscem. W rzeczywistości wszystko to zostało dokładnie przemyślane i zaprojektowane zanim jeszcze ty kroczyłeś po waszym świecie, ba nawet nie było cie jeszcze w planach hahaha – tłumaczył ze śmiechem throg

– Ja i moja rasa jesteśmy opiekunami tego miejsca, dbamy o nie i zajmujemy się istotami zamieszkującymi ten świat. Ten gigantyczny skrzydlaty jaszczur, którego może już widziałeś to Strażnik tego wymiaru, Prastary Smok R’ok. Potężna moc zawarta w jego sercu odpowiada za istnienie tego wymiaru, kiedy Smok zginie miejsce to zniknie jak gdyby nigdy nie istniało, jednakże do tego nigdy nie dojdzie. Stary poczciwy R’ok jest nieśmiertelny na nasze szczęście hehe… – ciągnął dalej przyjazny olbrzym

Mag szedł dalej w milczeniu rozmyślając o tym co usłyszał od Alghara. „Zaprawdę słuszne są słowa, że jeszcze bardzo mało wiemy… magowie z Aer obwołują się mędrcami świata z powodu przywołania byle bezmyślnego golema… a tu czeka taka wiedza, której ja jestem naocznym świadkiem… tyle tajemnic do poznania… myślałem, że wiem wiele o tym co mnie otacza, jednak nie wiedziałem nic…”

– No mój mały przyjacielu, rozchmurz się, powoli dochodzimy. Widzisz tę wielką górę przed nami? Właśnie tam zmierzamy. – powiedział throg wyrywając z kontemplacji Cora i delikatnie szturchając go palcem.

– Co to za góra? – renegat spojrzał w kierunku wskazanym przez Alghara

– Nazywamy ją Sercem Wulkanu, w jej wnętrzu znajduje się ogromna kuźnia. Jest też naszą siedzibą. Z jej zbocza rozciąga się wspaniały widok na Khal’Un czyli wielkie morze lawy.

Przy ścieżce prowadzącej na Serce Wulkanu przy dwóch sporych obsydianowych filarach mag spotkał kolejnego olbrzyma. Alghar przywitał się z nim serdecznie w starożytnym języku, po czym strażnik skierował swój wzrok na Cora.

– Witaj człeczyno, w czym możemy ci pomóc? – zapytał przyjaźnie

– Hehe to on ma nam pomóc Tagarze, nasz mały koleżka jest magiem. – odpowiedział za maga z uśmiechem Alghar

– Prawda to? – z nieukrywaną ciekawością zapytał Tagar

– Jak najbardziej – odpowiedział renegat prostując się dumnie

– Wchodźcie zatem czym prędzej, Anathor z pewnością wielce się uraduje na wieść o takim gościu.

– Bywaj Tagarze! – pożegnał się pierwszy throg i razem z Corem ruszyli w górę

Droga ku Sercu Wulkanu usiana była wieloma zakrętami i stromymi podejściami. Mag był jednak zbyt podekscytowany aby zwracać uwagę na te przeciwności, żałował jedynie że tempo narzucone przez jego wielkiego przyjaciela nie pozwala mu na podziwianie widoków rozciągąjących się pod nimi. Po wędrówce trwającej w odczuciu Cora około kilku godzin znaleźli się na szczycie. Przed nimi rysowały się kolejne dwa czarne filary przy których stały dwie masywne sylwetki należące do throgów. Za nimi widać było coś na kształt ludzkiej wioski, jednakże z kilka razy większą zabudową wykonaną z obsydianu. Kiedy mijali dwóch strażników ci przywitali się z nimi skinieniem głowy. Renegat był coraz bardziej podniecony tym w jakim miejscu się znalazł, on mały człowieczek w siedzibie opiekunów Sfery Ognia… „Gdybym tylko dożył aby komuś o tym opowiedzieć… to by było coś…” Wioska przypominała ludzką nie tylko ze względu na budynki, ale również na ruch w niej panujący. Cor rozglądając się w okół doliczył się kilkunastu osobników tej tajemniczej rasy, wykonywali oni swoje codzienne zajęcia lub rozmawiali ze sobą nie zwracając za bardzo uwagi na niecodziennego gościa. Mag i olbrzym stanęli w końcu przed chatą wyróżniającą się na tle innych wielkością i kunsztem wykonania.

– To dom Anathora – wyjaśnił Alghar i jak na zawołanie z jego wnętrza wyłonił się właściciel, górujący wzrostem nad swoimi braćmi jak i posiadający nieco ciemniejszą skórę oraz śnieżno białą brodę i włosy.

– A kogóż to nam przyprowadziłeś stary przyjacielu? – zapytał z ciekawością wódz opiekunów

– Jestem Cor…

– I jest magiem! – dokończył throg za zakłopotanego renegata

– Magiem powiadasz? Czy potwierdzasz te słowa człowieczku?

– Tak… i słyszałem, że mogę wam w czymś pomóc…

– A więc Alghar się już wygadał… – stary throg popatrzył się z uśmiechem wyrozumiałości na towarzysza Cora, który na chwilę spuścił wzrok

– Owszem możesz… jeżeli faktycznie jesteś tym za kogo się podajesz nie powinno stanowić to dla ciebie żadnego problemu. – ciągnął dalej Anathor

– To ja może sprawdzę jak idzie obróbka kryształów… a wy ustalcie między sobą szczegóły… – powiedział zakłopotany Alghar i oddalił się w stronę wielkiego wejścia do środka Serca Wulkanu

– Chodź mały przyjacielu, siadaj – pozostały olbrzym chwycił delikatnie maga i postawił na ławce obok swojej chaty, rzecz jasna ławka była zdecydowanie za duża dla renegata

– Czy on powiedział coś nie tak..? – zapytał Cor zaintrygowany zaistniałą sytuacją

– W żadnym wypadku, ten throg po prostu za dużo gada hahaha… wracając jednak do tego co już za pewne wiesz, chcemy wykuć broń idealną, nie żadną popierdułkę jak dotychczas…

– Cóż… z mojej krótkiej obserwacji wywnioskowałbym coś zupełnie innego… nigdy nie widziałem takich arcydzieł…

– Mało w życiu widziałeś chłopcze, od niepamiętnych czasów wytwarzamy broń, na początku były to wręcz prostackie wytwory, lecz z biegiem przetopionego obsydianu stawały się one coraz bardziej i bardziej wyrafinowane… jednak zawsze dojdzie do takiego momentu, w którym niezależnie co robisz czegoś zaczyna brakować… czujesz, że powinieneś zrobić coś jeszcze ale pomimo starań to ciągle nie jest to… zrozumiałem co jest brakującym elementem… natura tego miejsca nie pozwalała nam na zdobycie czegoś co nie należy do tego świata. Jak już możesz się domyślać chodzi mi o lód…

– Pomóc wam będzie dla mnie zaszczytem, jednakże mam jedno pytanie, o ile mogę je zadać oczywiście…

– Pytaj chłopcze.

– Po co wam tyle broni..? Podróżując tutaj z Algharem zauważyłem, że żadna z istot zamieszkujących tę płaszczyznę nie jest agresywna w stosunku do nas, pomimo, że wcześniej omal dwa razy nie zginąłem właśnie przez owe stworzenia… Alghar mi wszystko wytłumaczył i wiem, że jesteście opiekunami tego miejsca ale to dalej nie tłumaczy dlaczego potrzeba wam tyle broni…

– Na to pytanie są dwie odpowiedzi. Jedna bardzo prosta, wręcz prozaiczna, a druga to odpowiedź, którą prawdopodobnie poznałbyś prędzej czy później zważywszy na to, że z pewnością chcesz wydostać się z tego miejsca… – powiedział Anathor zamyślony

– Zatem chcę poznać obie… – odpowiedział wielce zaciekawiony Cor

– Cóż innego mamy robić na takim zadupiu chłopcze hahaha – wyjaśnił roześmiany throg, lecz jego twarz nagle spochmurniała

– A tym drugim ważniejszym powodem jest… hmm… jakby ci to powiedzieć… nie wszystko jest takie jak się wydaje… nie wszystko jest tak jak być powinno… kiedy powstawały Sfery nikt nie spodziewał się, że Ciemność, która nie miała wtedy praktycznie żadnych wpływów odciśnie swe piętno na takich miejscach… pierwsi ulegli Strażnicy Portali, jak na ironię byli tymi których powołano by strzec lecz nie potrafili obronić samych siebie… stali się oni wypaczeni, ich umysły spowił Mrok doprowadzając tym samym do szaleństwa. Jedynie Śmierć oparła się mocy nieprzyjaciela… no i nasz Strażnik nie upadł do końca… później wiele pomniejszych istot przeszła na stronę Ciemności, wywiązały się bratobójcze walki, jednak finalnie udało się nam pokrzyżować plany zniszczenia Strażników Sfer… pomimo tego potęga wroga wciąż ma swój wpływ na Sfery, od czasu do czasu któraś z istot traci swoją wolę i pogrąża się w Mroku stanowiąc wielkie zagrożenie dla nas opiekunów i innych stworzeń. Właśnie dla tego potrzebna nam broń, nie możemy dopuścić aby wydarzenia z przeszłości powróciły… – kończąc Anathor wstał, spojrzał na zamyślonego maga i dodał ze smutkiem – jeśli naprawdę chcesz się stąd wydostać będziesz musiał stawić czoło tym prastarym Strażnikom…

Cor podniósł głowę do góry i spojrzał prosto w oczy giganta:

– Jeśli innej drogi nie ma… niech i tak będzie…

– Odważnyś mały człowieku… oby twoja podróż zakończyła się szczęśliwie… – powiedział stary throg i ostrożnie odstawił Cora na ziemię

– Zaczekaj chwilę – Anathor wszedł do swojej chaty i po chwili wyszedł z niej z kryształem w ręku, był on jednak inny od tych, które widział mag. Był niemal całkowicie przezroczysty, trzeba było się dobrze przyjrzeć aby zobaczyć jego zarys

– Co to za kryształ? – zapytał zaciekawiony renegat

– To mój przyjacielu jest jedyny pusty kryształ, który udało nam się znaleźć. Nie jest w nim zawarty żaden z elementów, a to znaczy, że możemy naładować go magią lodu – odpowiedział z uśmiechem olbrzym

Przywódca throgów położył kamień na lekkim podwyższeniu oddalił się nieco i z zapałem krzyknął do Cora:

– Do dzieła chłopcze!

Renegat doskonale wiedział jakiego zaklęcia należy użyć, był to podstawowy czar z dziedziny magii wody. Wyciągnął przed siebie obie ręce i skupił się koncentrując na celu. Po chwili z jego dłoni wystrzelił promień lodu uderzając w kryształ, który zdawał się pochłaniać moc zaklęcia. Mag kontynuował bombardowanie kamienia lodem, który stawał się powoli coraz bardziej wyrazisty, nabierał biało-błękitnej barwy. Ostatnia potężna wiązka wypełniła go w pełni, emitował teraz mdławe białe światło, a jego powierzchnia wyglądała jakby był uformowany z prawdziwego lodu. Całej sytuacji przyglądała się reszta olbrzymów, których wspaniałe widowisko oderwało od codziennych czynności. Na twarzy Anathora malowało się wielkie szczęście:

– Ha! Doskonała robota! Zaprawdę doskonała! – głośno podsumował wynik pracy Cora stary throg i podszedł aby obejrzeć kryształ z bliska

– O jasna cholera! Ależ zimny… dokładnie taki jaki potrzebujemy. A wy co się tak patrzycie? Wracać do roboty, jeszcze nie czas na świętowanie! Torn przynieś mi moje rękawice, trzeba zabrać to cacko do kuźni… a ty chłopcze odpocznij, zasłużyłeś sobie hehe. Idź za moją chatę, zobaczysz coś co z pewnością chciałbyś zobaczyć – dokończył przywódca i oddalił się z kamieniem do wnętrza góry

 

Data: nie do określenia, Miejsce: Sfera Ognia

Miejsce to z każdą chwilą coraz bardziej zaskakuje. Jeszcze niedawno walczyłem o przeżycie i kroczyłem bez celu po tym świecie, a teraz bezpieczny odpoczywam w siedzibie opiekunów delektując się cudownym widokiem Khal’Un – wielkiego morza lawy. Najważniejsze jednak, że dzięki pomocy udzielonej throgom będę miał szanse się stąd wydostać… choć nie sądzę aby było to prostym zadaniem, szczególnie biorąc pod uwagę to co usłyszałem od Anathora… Wracając jednak do przyjemniejszego tematu czyli krajobrazu, zupełnie zmieniłem o nim zdanie. Nie jest to żadne pustkowie czy „zadupie” jak to delikatnie określił wymieniony wcześniej z imienia przywódca throgów. Miejsce to idealnie oddaje naturę ognia – niszczycielskiej potęgi, jednakowo pięknej co zabójczej. Ze szczytu Serca Wulkanu przede mną rozpościera się zdające nie posiadać żadnego końca morze żywego ognia i buchającej lawy, na którym gdzieniegdzie dryfują samotne wysepki przypominające brązowe plamki. Czasem nad warstwę płynnej magmy wyłoni się kolosalny czarny niczym noc wij, by za chwilę ponownie pogrążyć się w piekielnych odmętach. Kierując swój wzrok w prawo widzę niekończące się pole spalonej ziemi poprzecinane wąwozami, rozpadlinami i rzekami wypełnionymi lawą. Wszystko to usłane niezliczoną ilością brunatnych, a nawet przechodzących w czerwień wzgórz, pagórków oraz gór. Po rozpalonym niebie pełnym chmur kolorem przypominających siarkę szybują wielkie karmazynowe skrzydlate ziejące ogniem gady, jednak wydają się one być niczym w porównaniu do Ro’ka Prastarego Smoka, którego ryk wprawia nawet najpotężniejsze góry w drżenie.

Jeśli uda mi się stąd wydostać wiedza o tym co dzieje się w okół Aer może ulec diametralnej zmianie. Jeśli… Pozostaje mi jedynie życzyć sobie powodzenia.

Cor Odkrywca, mag renegat z Lazurowego Pałacu

 

Ognisty olbrzym – stworzenie przypominające człowieka, jednak dużo od niego większe – mierzy od 4 do 6 metrów. Posiada skórę popielatego koloru oraz bujne owłosienie barwy czarnej. Uważane są za istoty prymitywne, porozumiewające się między sobą w niezrozumiałych dla człowieka pomrukach. Nie wykazują agresji względem ludzi, choć sprowokowane mogą być bardzo niebezpieczne, szczególnie w grupie. Często spotykane w Aer w pobliżu wulkanów.

Ognisty gigant – uważany za gatunek spokrewniony z ognistym olbrzymem, jest on jednak od wspomnianego o wiele wyższy – osiąga nawet do 15 metrów i masywniejszy. Jego skóra jest barwy ciemno czerwonej, a oczy, włosy i długa broda wydaje się płonąć żywym ogniem. Ognisty gigant wykazuje skrajną agresje w stosunku do ludzi i większości stworzeń co w połączeniu z jego siłą i wzrostem stwarza ogromne zagrożenie dla wszystkiego wokół. Żyją na szczęście tylko w pobliżu czynnych wulkanów.

Ognisty Moloch – Pierwsze i jedyne w Aer spotkanie człowieka z tą bestią zostało zarejestrowane kiedy jeden z kultów poświęconych ogniu odprawił rytuały mające przyzwać istotę, która w zamyśle kultystów miała „oczyścić świat z niewiernych”. Głupcy naiwnie myśleli, że to co wyłoni się z portalu będzie posłusznie wypełniać ich wolę, jakże bardzo się mylili. Potwór zabił niemal natychmiast tych którzy zakłócili jego spokój, a jego mrożące krew w żyłach ryki było słychać dziesiątki kilometrów od miejsca przywołania. Zanim połączone siły najpotężniejszych ówcześnie magów zniszczyły piekielną bestie zdążyła spustoszyć ponad sto wiosek i kilka mniejszych miast, nie wspominając o ogromnych pożarach, które spowodowała.

Monstrum owe mierzyło około 80 metrów i zdawało się być w całości stworzone z płynnej magmy. Biorąc pod uwagę jego wzrost nie trzeba nadmiernie rozpisywać się o niewyobrażalnej sile Molocha. Na szczęście dla Aer incydent ten już nigdy się powtórzył.

Throg – prastara humanoidalna rasa zamieszkująca tylko Sferę Ognia. Wyglądem przypominają ogniste olbrzymy są jednak od nich masywniejsze i bardziej muskularne. Osiągają wysokość około 5 metrów, z wyjątkiem ich przywódcy, którego wzrost sięga 7 metrów. Za odzienie służą im tuniki ze skóry wija, niektóre osobniki posiadają również bogato zdobione obsydianowe pancerze. Jako broni używają najczęściej wielkich młotów, choć zaobserwowano również topory i miecze. Posługują się biegle mową ludzką i starożytnym językiem olbrzymów. Są przyjaźnie nastawione do wszystkich istot, a ich funkcją jest opieka nad Sferą, którą zamieszkują. Przeważnie zajmują się kowalstwem, sztukę tę doprowadzili do perfekcji. Pierwszy raz zostały opisane przez maga Cora Odkrywcę podczas jego podróży po Sferach.

Wij – kolosalne wężopodobne istoty zamieszkujące głównie Sferę Ognia, choć bardzo rzadko można je też spotkać na wielkich pustyniach w Aer, są one jednak dużo mniejsze i słabsze. Posiadają czarną twardą skórę odporną na ekstremalnie wysokie temperatury. Świadczy o tym miejsce ich bytowania – Khal’Un czyli wielkie morze lawy. Nie zaobserwowano u nich oczu, ani innych narządów pozwalających na orientację toteż tajemnicą jest w jaki sposób polują. Większa odmiana została po raz pierwszy opisana przez maga Cora Odkrywcę.

 

Dotychczasową względną ciszę na którą składał się gwar rozmów olbrzymów, uderzenia młotów, wybuchy lawy w oddali i ciężkie kroki ociężałych istot na co Cor nie zwracał już zbytniej uwagi przerwał gromki okrzyk Anathora:

– Ruszcie swoje wielkie tyłki! Żwawo!

Mieszkańcy wioski porzucili swoje dotychczasowe zajęcia, aby sprawdzić co się dzieje, również mag zaintrygowany poruszeniem wyszedł przed chatę. Wokół górującego nad resztą przywódcy zebrała się cała gromada throgów.

– Panowie, nadszedł ten dzień w którym nasze marzenie się ziściło! Broń idealna łącząca w sobie potęgę dwóch żywiołów! Ogień i lód w jednym! Oto Rhan’Dun! – olbrzym wysoko wzniósł jedną ręką kunsztownie zdobiony wielki młot, jego powierzchnia błyszczała na przemian płomieniem i lodem

Prezentacji oręża towarzyszyły gromkie wiwaty zgromadzonych.

– Gdzie nasz gość? Przepuśćcie go! – wydał rozkaz Anathor szukając wzrokiem maga

Throgowie rozstąpili się torując drogę dla renegata, który z ciekawością ruszył w kierunku tego który go wzywał.

– Tu jesteś chłopcze, doskonale! Oddałeś nam wszystkim wielką przysługę, nigdy tego nie zapomnimy. Wiemy też co jest celem twej podróży i nie będziemy cię dłużej zatrzymywać. Na dole czeka Alghar, on pomoże ci dostać się do portalu.

– Anathorze..? – zapytał mag

– Tak?

– Co znaczy nazwa tej broni..?

– Przyjaźń. Imię tego młota to przyjaźń chłopcze – odpowiedział serdecznie throg

– Dziękuje… Czas już na mnie… Bywajcie! – na twarzy Cora pojawił się szczery uśmiech, po czym odwrócił się w stronę zejścia z góry

– Zaczekaj… – odparł zaskoczony niespodziewanym pożegnaniem przywódca

– Tak?

– Mam coś dla ciebie – stary throg schylił się i otworzył dłoń pośrodku której spoczywał mały piękny karmazynowy klejnot – to kamień z wnętrza góry, może kiedyś ci się przyda

– Dziękuję przyjacielu… – renegat wyciągnął rękę po drogocenny podarunek i przyjrzał mu się uważnie, kryształ zdawał się emanować potężną mocą

– Bywaj magu, obyś cało zakończył swą wędrówkę!

Zgodnie ze słowami Anathora Alghar czekał na niego u podnóża góry przy filarach, które mijali już wcześniej. Olbrzym wyglądał jednak na strapionego, jego twarzy malował smutek i swego rodzaju strach…

– Chodźmy – powiedział lakonicznie throg

Cor bez słowa udał się za swoim przewodnikiem czując, że coś jest nie tak, przez głowę przelatywało mu wiele myśli lecz jeszcze nie ukształtowały się w dostateczną odpowiedź. Szli w stronę wielkiego morza lawy, rodziło się kolejne pytanie… Dlaczego akurat tam? Czyżby portal znajdował się na jednej z wysepek, które wcześniej zaobserwował mag? Podczas tej podróży rozglądał się uważnie wokół, wiedział, że być może widzi to miejsce po raz ostatni… być może jest to ostatni widok jaki w ogóle zobaczy. Spalona ziemia i brunatne góry… czerwone niczym krew niebo… Niedaleko od dwójki towarzyszy ścierały się w walce płonące żywym płomieniem żywiołaki ognia. Zmaganiom towarzyszyły głośne wybuchy i syki. Alghar zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi, widocznie nie było to dla niego czymś wyjątkowym, dla renegata wręcz przeciwnie… podziwiał uważnie tytaniczne starcie potworów do chwili aż nie stracił ich z wzroku, a po bitwie został tylko dźwięk dochodzący do jego uszu. Nie zauważył nawet, że dotarli już na wybrzeże, na którym stała duża czarna łódź. Throg zatrzymał się przed nią i posępnie powiedział:

– Jesteśmy…

„Więc jednak jest na morzu…” pomyślał Cor – Co teraz? – zapytał

– Podejdź mały przyjacielu – olbrzym delikatnie podniósł go i położył na łodzi po czym odepchnął ją lekko, wszedł na pokład i chwycił wielkie wiosła

Powoli płynęli przed siebie mijając nieduże wysepki. Panowała cisza, którą nagle przerwał wyskakujący spod płynnej magmy gigantyczny wij. Mag z podnieceniem przyglądał się majestatycznej istocie skąpanej w buchającej lawie.

– Cholerne wije… zawsze wyskakują przed łodzią… – skomentował całe zajście throg

Renegat postanowił wykorzystać okazję i dowiedzieć się czegokolwiek o Strażniku Portalu:

– Co możesz mi powiedzieć o Strażniku? – zapytał nie do końca przekonany czy tak bezpośrednie pytanie zostanie dobrze odebrane

– Ehh… Więc jednak zapytałeś… wolałbym uniknąć tej rozmowy ale racja, masz prawo wiedzieć… Strażnik to prastare stworzenie, niegdyś bezsprzecznie oddane sprawie, teraz walczące same ze sobą w bitwie, której nigdy nie wygra… bitwie o swoją własną dusze… Najważniejsze co powinno cię jednak interesować to to, że jest skrajnie niebezpieczny, nawet my nie wchodzimy mu w drogę…

– Słyszałem, że jest jednym z niewielu którzy nie upadli do końca…

– Tak ale właśnie dlatego może być jeszcze bardziej niebezpieczny niż reszta, szaleństwo które go trawi powoduje, że jest nieprzewidywalny…

– Można go jako… – Cor nie zdążył dokończyć, przeszkodził mu opętańczy krzyk jakiejś udręczonej istoty, mimowolnie odwrócił się w kierunku kakofonii. To co zobaczył na zawsze utkwiło mu w pamięci… okołu stu metrów na lewo od łodzi dryfowała samotna wyspa, jej mieszkańcem było potwornie zdeformowane i okaleczone stworzenie. Wyglądem przypominało ognistego giganta jednak co najmniej raz przewyższało go wzrostem. Z oczu i z tego co kiedyś było ustami wypełzały plugawe macki. Ręce olbrzyma były spętane wielkimi łańcuchami wrzynającymi się w skórę przy każdym szarpnięciu. Jego nieustanne szaleńcze wycie mroziło krew w żyłach.

– Uprzedzę twe pytanie… to Awatar Boga Ognia… – powiedział ze spuszczoną głową Alghar

– Co… co mu się stało… – zapytał przerażony mag

– To nasz największy błąd… nie uchroniliśmy go… ale kto mógł przypuszczać, że ktoś taki podda się Ciemności…

– Dlaczego jest zakuty tutaj, na samotnej wyspie… i dlaczego po prostu tego nie skończycie… to szaleństwo… – dociekał dalej Cor czując jak krzyki świdrują mu mózg i przeszywają ciało na wskroś

– Tutaj nie stanowi zagrożenia. Nie możemy pozwolić aby ponownie pojednał się z Ogniem, to mogłoby doprowadzić do katastrofalnych konsekwencji… musi tu zostać na wieki… – throg odwrócił głowę od makabrycznego widoku, sądząc po wyrazie jego twarzy nie chciał już odpowiadać na więcej pytań

Renegat również odwrócił wzrok, choć groteskowe dźwięki wciąż dochodziły do jego uszu. Zamknął oczy i spróbował skoncentrować się na czymś innym lecz odczuwał tylko narastający ciężar, uczucie zamknięcia… pogłębiające się szaleństwo… własne myśli zastąpił demoniczny głos szepcząc bez ustanku „Porzuć nadzieję… Zabij się… Śmierrrć… Morderssstwo… Stań się jednym z Ciemnością… Jest tylko Mrrrok”. Mag czuł jakby cała chęć do życia uciekała z niego z każdym słowem… z każdym słowem stawał się coraz bardziej zniewolony… Wstał powoli i podszedł ku lewej burcie szepcząc za piekielnym głosem. Alghar z przerażeniem obserwował to co dzieje się z jego przyjacielem, próbował go wołać ale Cor zdawał się nic nie słyszeć. Ostatkiem wolnej woli jaka mu została wsadził dłoń do swojego tobołka i i wymacał kryształ otrzymany od przywódcy throgów. „Nieee!! Głupcze! Puść to!!” głos nagle stał się nie do zniesienia choć ciemność powoli ustępowała jasnemu płomieniowi, zacisnął kamień z całej siły jaka mu tylko została. Plugawe wycie ustało, ciało Cora przeszło delikatne ciepło uwalniając go ostatecznie spod mrocznej uwięzi. Wysiłek ten kosztował jednak tak wiele, że padł nieprzytomny na pokład wciąż trzymając klejnot w ręku…

Obudziło go uderzenie łodzi o coś twardego, coś co okazało się wyspą, ostatnią po której stąpał… Kiedy otworzył oczy zauważył klęczącego nad nim olbrzyma

– Ha! Myślałem, że już się nie obudzisz mały przyjacielu – odetchnął z ulgą throg, na jego twarzy zagościła radość której Cor już tak dawno nie widział u swojego towarzysza

– Gdzie… jesteśmy… – zapytał mag ostrożnie wstając

– Na wyspie z Portalem, nasze drogi wkrótce się rozejdą… – odpowiedział Alghar – schowaj kryształ, może Ci się jeszcze przydać… – dodał

– Ach… no tak… – renegat zorientował się, że dalej trzyma go w ręku – Nie pójdziesz dalej? – zapytał

– Wybacz mi ale nie mogę… nie powinniśmy tu przebywać… – spuścił głowę throg

– Rozumiem… pomożesz mi?

– Aaa tak, zapomniałem – olbrzym wysiadł z łodzi i przeniósł Cora na ląd

Mag rozejrzał się po pustkowiu przed sobą, nie widział niczego oprócz brunatnej ziemi.

– Cóż… Jakieś rady..? – zapytał bardziej by podnieść się na duchu niż z chęci uzyskania odpowiedzi

– Nie daj się zabić hahaha… nie daj się zabić… – odparł żartobliwie Alghar pojmując zamysł towarzysza

– Jak to mówią, pożyjemy zobaczymy… hahaha – zaśmiał się mag

Throg zaśmiał się gromko lecz nagle spoważniał

– To co cie tam czeka… to nie będzie łatwe…

– Wiem, przyjacielu. Nie doszedłem tak daleko tylko po to aby dać się zabić… – przerwał Cor ze spokojem

– Mam nadzieję, że wiesz co robisz… Żegnaj przyjacielu, niezależnie od tego co się stanie raczej już się nie zobaczymy – pożegnał się throg z wyraźnym smutkiem na twarzy

– Też mam taką nadzieję… Żegnaj, dziękuję… za wszystko… – po wypowiedzeniu ostatnich słów renegat odwrócił się i ruszył ku swojemu przeznaczeniu…

Wędrówka bardzo się dłużyła, na horyzoncie nie było widać żadnego charakterystycznego punktu. Mag zawiesił swój wzrok na czerwonym niebie, intensywnie rozmyślał o tym co go czeka, przypomniał sobie formuły wszystkich zaklęć jakie mogły przydać mu się w walce, zastanawiał się również czy będzie mógł przywołać swój oręż do tego świata. Do tej pory podróżował z pustą pochwą, gdyż miecz na niewiele by się zdał, teraz jednak zimna niczym lód rękojeść działałaby uspokajająco w walce. Przystanął na chwilę, wyciągnął rękę i wypowiedział odpowiednią formułę, długie zdobione tajemniczymi symbolami ostrze pojawiło się w jego dłoni w eterycznej mgle. „Tak… tego mi było trzeba…” Cor zamachnął się kilka razy mieczem sprawdzając czy pamięta dalej jak korzystać z broni. Każdemu cięciu towarzyszyła wielka gracja i świst przecinanego powietrza. Schował miecz i kontynuował drogę. Nie uszedł jednakże daleko nim zauważył przed sobą duży owalny kształt, wydawał się być wypełniony płynną magmą, lecz mogło mu się tylko wydawać, od obserwowanego obiektu wciąż dzieliło go na oko dwa kilometry. Przyspieszył kroku w chęci ustalenia czym ów obiekt jest. Kiedy dotarł już wystarczająco blisko aby z pewną dokładnością dostrzec szczegóły był pewien, że znalazł się tam dokąd zmierzał. Przed Portalem wykonanym z czarnego pochłaniającego wszelkie światło nieznaego materiału stała potężna postać co najmniej raz przewyższająca go wzrostem. Strażnik o głowie i nogach byka z ludzkim tułowiem chronionym zbroją wykonaną z prawdopodobnie tego materiału co Portal stał nieruchomo jak kamień, jakby czekając na kolejny ruch intruza. Wokół niego bielały kości różnej wielkości, w tym ludzkie… Cor zatrzymał się, czuł podniecenie i zarazem strach… Minotaurowi towarzyszyła aura podświadomej grozy… prymitywnego instynktu, który przeszywał i paraliżował ciało… Mag wiedział, że nie może teraz zawrócić choć bardzo tego chciał, tak bardzo jak spragniony wody na pustyni… Wziął głęboki oddech i po kolei wypowiadał wszystkie formuły wzmacniające jakie znał, jego zmysły wyostrzyły się nadprzeciętnie, czuł ogromną siłę jaką teraz posiadał. Wyciągnął ostrze i powoli przejechał po nim dłonią inkantując zaklęcie. Klinga stała się blado-niebieska, roztaczała wokół siebie przeraźliwy mróz. Pewnie zacisnął dłoń na rękojeści i ruszył przed siebie, w oczach miał ogień. Po kilku krokach Strażnik wyrwał się z uśpienia lecz nie poruszał się jeszcze, otworzył tylko swoje czerwone niczym dno piekła oczy uważnie obserwując renegata.

– Odstąp… Nie będzie kolejnego ostrzeżenia… – potwór otworzył swą paszczę i wydał rozkaz, jego niski bezlitosny głos niósł się w powietrzu jak echo

Cor ani myślał ustępować, przeciwnie wręcz parł do przodu z zaczarowanym ostrzem w ręku. Nagle minotaur znikł w ognistym wybuchu, kiedy wyłonił się z czarnej mgły dzierżył w potężnej ręce wielki topór o dwóch ostrzach i szarżował z pochylonymi rogami na renegata. Zaskoczony mag w ostatniej chwili odskoczył w bok, nim się spostrzegł Strażnik stał już nad nim szykując się do wykonania kolejnego ataku, ostrze wbiło się w gwałtownie w ziemię tuż przed nim powodując przy tym eksplozje ostrych odłamków, jeden z nich prawie pozbawił go oka brutalnie rozcinając policzek, mag syknął z bólu podnosząc się natychmiastowo na nogi. Potwór w szaleńczej furii nacierał dalej, po jednym z ataków, które z łatwością pozbawiłyby go głowy wystrzelił lodowy pocisk w kierunku głowy napastnika. W ułamku sekundy minotaur uniósł topór i rozciął pocisk na dwoje. Po czym przystąpił do kontrataku, z jego pyska wydobył się piekielny płomień buchający w stronę maga, jedynym co przyszło mu wtedy do głowy było przyklęknięcie co uratowało mu życie, choć czuł jak blisko niego jest żar, a w powietrzu unosił się zapach spalonych włosów. Niewiele myśląc wykonał przewrót w stronę wroga, podniósł się natychmiastowo i skracając dystans ciął olbrzyma z tyłu pod kolanem przecinając mu ścięgna. Strażnik uklęknął na zranioną nogę, Cor zamierzał iść za ciosem lecz potężny ryk odrzucił na kilka metrów. Kiedy otworzył oczy potwór ku jego zdziwieniu stał już na nogach i utykając zmierzał zemścić się za zadane mu rany. Renegat podniósł się szybko i wykorzystując fakt, że może w końcu bezpiecznie czarować i ma dwie wole ręce, bo jego broń leżała obok wyciągnął dłonie w kierunku minotaura i głośno wypowiadał formułę zaklęcia, wielki lodowy sopel wyleciał z gigantyczną prędkością w stronę klatki piersiowej Strażnika. Lodowa chmura towarzysząca uderzeniu przez chwilę przesłoniła widok, lecz po jej opadnięciu wróg jeszcze stał, pod nogami walały się rozerwane strzępy zbroi. Olbrzym zawył szaleńczo kolejny raz i z uniesionym toporem biegł aby unicestwić intruza. Mag oddychając głęboko stał w miejscu czekając na odpowiedni moment, minotaur poziomo ciął powietrze tuż nad głową renegata, który tylko na to czekał, w chwili krótszej niż mrugnięcie oka podniósł ostrze i z impetem rozciął brzuch minotaura, po czym odskoczył obserwując reakcje przeciwnika. Rana nie była na tyle głęboka by wnętrzności wydostały się na zewnątrz lecz obficie krwawiła czarną juchą. Strażnik dyszał szybko, topór wypadł mu z ręki i padł na kolana. „Doskonale…” pomyślał Cor i z rozbiegu frontalnym kopnięciem powalił go na plecy. Dyszał ciężko nad pokonanym Strażnikiem z uniesionym mieczem, nagle potwór przemówił:

– Dobij… Niech moja dusza pojedna się z Ogniem… – z pyska sączyła mu się ciemna krew

Mag stał nieruchomo tylko chwilę… zaledwie kilka szybkich oddechów lecz chwila ta wydawała się wiecznością… słowa olbrzyma odbijały się echem w jego głowie, spojrzał w udręczone oczy bestii proszącej o śmierć… nie wahał się już, chwycił miecz w dwie ręce i z rykiem wbił w klatkę piersiową Strażnika… Potwór zamknął oczy i odetchnął głęboko po czym wypowiedział swoje ostatnie słowa – Dziękuję… śmiertelniku…

Cor upuścił miecz i usiadł bez sił obok zwłok, jego pusty wzrok wpatrywał się gdzieś w dal. Delikatny powiew ciepła przeszedł mu po poranionej twarzy. Kiedy odwrócił się w prawo Strażnika już tam nie było…

Długo obserwował tajemniczy portal zdobiony intrygującymi płonącymi symbolami, tafla płynnej magmy zdawała się go przyciągać, zupełnie tak jakby mówiła „przejdź wędrowcze”. Kiedy był zaledwie parę kroków magicznej budowli zauważył, że nie bije od niej żadne ciepło, a wręcz czuł lekki chłód, jakby powiew morskiej bryzy. Wyciągnął długie ostrze z pochwy, wziął głęboki oddech i niepewnie ruszył ku nieznanemu. „No cóż, raz się żyje…”

 

„Panie i Panowie, z nieukrywanym smutkiem… nie, zbyt oficjalnie… Czarodzieje i Czarodziejki… cholera też nie… Drodzy przyjaciele… O! To jest w sam raz…” Stary mag krążył w kółko przygotowując mowę na jutrzejsze zebranie. Wpatrywał się w piękną lazurową podłogę, gdy nagle naszło go dziwne przeczucie, zupełnie tak jak gdyby miał otrzymać straszne wieści. „Nie… to niedorzeczne, zrobiłem się ostatnio za bardzo przewrażliwiony…” Usiadł na czerwonym skórzanym fotelu i położył ręce na złotych zdobieniach. Skierował wzrok ku dużemu kominkowi, w którym buchał ogień „Ha! W końcu ten młokos dostanie to na co zasłużył… a teraz muszę się nieco zdrzemnąć, dzisiejsze lekcje były bardzo męczące…” Stary mag odchylił głowę i zamknął oczy. Chwila relaksu nie trwała jednak długo, niemal od razu usłyszał nerwowe kroki na schodach swojej wieży. „Cudownie… zaraz się zacznie…” i jak na zawołanie do pokoju wpadł zziajany młody czarodziej „Kurwa… jednak dobrze myślałem…”

– Co się stało?! – gniewnie zapytał arcymag

– Cor… on uciekł… Panie… – wydyszał przestraszony posłaniec

Alexander wyglądał tak jakby zobaczył ducha, wypiętego ducha z opuszczonymi gaciami wykrzykującego „Pocałuj mnie!”… wiadomo w jakie miejsce… Podniósł się powoli trzęsąc ze złości.

– Powtórz to! – Stary poczciwy arcymag za straszliwego uchodzić nie mógł, na mocarza nie wyglądał, a i jego długie włosy i broda było koloru błękitnego, co było nieco zabawne w jego wieku jednak dla młodzieńca w drzwiach wyglądał teraz jak wcielenie terroru

– Cor zniknął… Wybacz mi Panie… – powtórzył młody mag ze łzami w oczach

– Kurwaaa! Na wielkie cyce Matki Opiekunki! – starzec głośno zaklął i uderzył o prosty drewniany stół kontrastujący z przepychem panującym w pokoju

Posłaniec widząc to padł na kolana i skulił się ze strachu.

Jasna cholera! Wstawaj i mówże szybko jak to się stało – powiedział już nieco spokojniej

– Nikt tego nie wie Panie… Strażnicy nic nie zauważyli, jedna z nowicjuszek doniosła nam, że jego pokój jest pusty pomimo wyraźnego zakazu opuszczania go…

– A co ona do do stu diabłów tam robiła? Zresztą nieważne… Zamelduj Matowi, że ma jak najszybciej wysłać za nim pościg, mają go przyprowadzić żywego! A i jeszcze jedno… przekaż, że rozkazuję zwolnić strażników przy wejściu do pałacu.

– Tak jest Panie! – młodzieniec odetchnął z ulgą, że może już wyjść, ukłonił się nisko i ruszył biegiem w dół

„Wiedziałem… Wiedziałem, że coś się stanie… czy ten cholerny Cor musi tak działać mi na nerwy, czy nie mógł po prostu grzecznie zaczekać na wyrok wydalający go z uczelni…” Arcymag wyłożył się w fotelu pogrążony w myślach.

 

Koniec

Komentarze

Xandrze, skoro to pierwsza część opowiadania, bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na FRAGMENT.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg słusznie prawi. A w ogóle to lepiej wstawiać całe teksty, fragmenty nie cieszą się dużym wzięciem.

Babska logika rządzi!

Finklo, podejrzewam, że całość, której pierwszy fragment ma ponad 50k, też nie cieszyłaby się wielkim wzięciem ze względu na objętość czyli tak źle i tak niedobrze.

Skądinąd usiłowałam przeczytać i nie bardzo wiem, po co te infodumpowe słowniczki w dwóch miejscach – dodają x znaków. Jeżeli to taki pomysł na narrację, to ja jednak wolę, żeby fabuła wyjaśniała mi, czym są elementy świata przedstawionego. A jeśli ma to robić słowniczek, to niech on będzie z większym wdziękiem wpleciony w treść.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

A to już inna sprawa.

Mnie się nie spodobała sztuczność notatek maga. Jeśli chce, żeby komuś przyniosły pożytek (a jak właściwie, po śmierci ciało samo wróci do własnej sfery?), to nie powinien pisać o rzeczach już znanych. Brak dużych liter na początku zdań też nie pomagał.

Babska logika rządzi!

Wybacz, Xandrze, ale zdołałam doczytać tylko do momentu obudzenia się maga. Dalej nie dam rady – niezmiernie trudno czytać tekst, w którym zlekceważono interpunkcję, a zdania są składane w sposób uniemożliwiający ich właściwe zrozumienie. Do tego dochodzą błędy i usterki. Nie sposób wskazać wszystkie, bo poprawienia wymaga niemal każde zdanie.

Resztę tekstu tylko przejrzałam, ale zauważyłam, że przecinki stawiasz tak rzadko, jakby były reglamentowane, natomiast z upodobaniem nadużywasz wielokropków. Często zapominasz o postawieniu kropki na końcu zdania, a nowe rozpoczynasz małą literą. W dalszym ciągu tekstu także pojawiają się liczne błędy, literówki i inne usterki.

Xandrze, mam wrażenie, że może zainteresuje Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Sugeruję też, abyś nie porzucał pisania, ale wydaje mi się, że chwilowo powinieneś zawiesić działalność twórczą, a zyskany czas przeznaczyć na poznanie przynajmniej podstawowych zasad rządzących językiem polskim.

 

są­dząc po nie­mi­ło­sier­nie wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­rze i kra­jo­bra­zie znaj­du­je się w Sfe­rze Ognia. –> Literówka.

 

że ten kto na­pi­sał te mą­dro­ści nie do­łą­czył do tego żad­nej mapy… –> …że ten, kto na­pi­sał te mą­dro­ści, nie do­łą­czył do nich żad­nej mapy…

 

bo jak do cho­le­ry zna­leźć mały por­tal po środ­ku cho­ler­ne­go bu­cha­ją­ce­go lawą… –> …bo jak, do cho­le­ry, zna­leźć mały por­tal pośrod­ku cho­ler­ne­go, bu­cha­ją­ce­go lawą

 

z da­le­ka za­uwa­żył nie­du­żą ja­ski­nie –> Literówka.

 

Do celu po­zo­sta­ło na oko pół ki­lo­me­tra, sęk w tym, że coraz bar­dziej od­czu­wał efek­ty po­ści­gu w okół sie­bie… za­sty­gła lawa po któ­rej biegł… –> Dlaczego pierwsze zdanie kończy wielokropek, a kolejne zaczynasz małą literą? Takie przypadki powtarzają się w opowiadaniu wielokrotnie.

Czy mag znał system metryczny?

 

pod wpły­wem gar­gan­tu­icz­ne­go cię­ża­ru Ogni­ste­go Mo­lo­cha… –> Na czym polega gargantuiczność ciężaru?

Za SJP PWN: gargantuiczny «rubaszny, nadnaturalnie wielki i niezwykle żarłoczny»

 

– Dobra, chyba jesz­cze żyje… przy­da­ło­by się ja­kieś świa­tło… – po krót­kiej in­kan­ta­cji nad jego głową roz­bły­sła kula ja­sne­go świa­tła –> – Dobra, chyba jesz­cze żyje… przy­da­ło­by się ja­kieś świa­tło… – Po krót­kiej in­kan­ta­cji nad jego głową roz­bły­sła kula ja­sne­go świa­tła.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zapis-partii-dialogowych;13842.html

 

– Świa­tło już jest, czas na­pra­wić nie­szczę­sną cie­le­sną po­wło­kę – mag za­mknął oczy… –>

– Świa­tło już jest, czas na­pra­wić nie­szczę­sną cie­le­sną po­wło­kę.Mag za­mknął oczy

 

a w ciało wstą­pi­ły nowe świe­że siły. –> Noweświeże to synonimy.

 

w for­mie mini trzę­sień ziemi w sku­tek czego… –> …w for­mie mini trzę­sień ziemi, wsku­tek czego

 

wej­ście do ja­ski­ni zo­sta­ło za­wa­lo­ne i nawet gdyby udało się usu­nąć to­ru­ją­ce je głazy… –> …i nawet gdyby udało się usu­nąć blokujące je głazy

Za SJP PWN: torować 1. «usuwając przeszkody, robić przejście lub wolny przejazd» 2. «pomagać komuś w osiągnięciu jakiegoś celu» 3. «ułatwiać zaistnienie lub rozwój czegoś»

 

Sama wę­drów­ka jed­nak­że nie na­le­ża­ła do cięż­kich… –> Sama wę­drów­ka jed­nak­że nie na­le­ża­ła do trudnych

 

Ja­sność, którą ge­ne­ro­wa­ły rzu­ca­ła blado po­ma­rań­czo­wą po­świa­tę. –> Ja­sność, którą ge­ne­ro­wa­ły, rzu­ca­ła bladopo­ma­rań­czo­wą po­świa­tę.

 

Biło od nich ko­ją­ce de­li­kat­ne cie­pło, które z każdą chwi­lą wpa­try­wa­nia się w krysz­tał coraz bar­dziej wy­peł­nia­ło ciało… –> Czy dobrze rozumiem, że to ciepło wpatrywało się w kryształ?

 

Bru­nat­ny strop ja­ski­ni prze­su­wał się po­wo­li nad po­zba­wio­nym czu­cia cia­łem maga. Zanim otwo­rzył oczy czuł, że się prze­miesz­cza… –> A tutaj mam wrażenie, że to przesuwający się strop otworzył oczy i czuł, że się przemieszcza. Dalszy ciąg zdania też mówi o odczuciach stropu.

 

za­uwa­żył czer­wo­ne ni­czym łuna w nocy po wiel­kim po­ża­rze niebo. –> To pożar sprawia, że na niebie pojawia się łuna. Po pożarze łuny nie ma.

 

z roz­my­śleń wy­rwa­ły go… –> Z roz­my­ślań wy­rwa­ły go

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję bardzo za uwagi i na pewno się do nich zastosuję. Z tą interpunkcją to faktycznie przyznaje rację. Czasami za dużo się tego kłębi w głowie i człowiek sam nie wie jak napisać to co chciałby przekazać :D

Xandrze, a może zamieścisz krótkie, skończone opowiadanie. Łatwiej takie ocenić, łatwiej też wskazać ewentualne błędy i niedociągnięcia. No i przeczyta je więcej osób.

Musisz wiedzieć, że mało komu chce się czytać długaśny tekst nowego użytkownika, szczególnie że nigdy nie wiadomo, czy prolog/ pierwszy rozdział w ogóle będzie miał dalszy ciąg.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sęk w tym, że niczego krótszego nie mam. Przez jakiś czas pracowałem tylko nad tym opowiadaniem, drugą część już skończyłem, ale ona jest jeszcze dłuższa. No i szczerze mówiąc to nie wiedziałem, jakiej wielkości opowiadania przyjmują się tu najlepiej.

Można powiedzieć, że im krótsze opowiadanie, tym więcej osób je przeczyta. Długie opowiadania, jeśli są ciekawe i porządnie napisane, rzecz jasna, też cieszą się powodzeniem.

Przypuszczam, że pomysłów Ci nie brakuje, więc kiedy skończysz pracę nad ukończonym dziełem, może zaprezentujesz jakieś nowe, niedługie opowiadanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, jest problem z interpunkcją (przecinki!), literówkami, pisownią:

w okół

w skutek

nie mądrze

ździwienie

Przy tym niektóre edytor sam podkreśla.

Nie rozumiem też, po co opisy różnych ras – pokaż je w tekście i tyle.

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka