- Opowiadanie: victor - Koty w nas

Koty w nas

Mam nadzieję, że lektura przypadnie do gustu! :) 

Dyżurni:

brak

Oceny

Koty w nas

Maj dwa tysiące szesnaście. Świat nie skończył, a miał się. Jak list gończy ciąży nade mną cień czarny. Weź zasłoń firanki, mówię do koleżanki – nie słyszy mnie. Nie dziwię się. Krużganki pradźni: widziałem je, ona też. Ona zna imiona czternastu wiedźm. Na ramionach jak Tora ma wyryty tekst drobnym maczkiem. To rodzime baśnie, zen naszych ziem (według niej). Właśnie trzęsie się jak przy padaczce, lecz nie dajcie się zwieść. To kosmiczny mecz na planecie-matce. Ona przegrała rundę, ale nie walkę. Błądzi palcem po szafce. Podaję jej paczkę. Ułatwiam jej aplikację. (Sam też nie pogardzę). Za chwilę uśmierzy trzęsawkę. Patrzcie:

– Hej, jestem Agness. Czy mam Fejsa? Jasne! Czy znam wejścia? Tajne. Czy tu mieszkam? Zawsze. A ty nie dasz rady mi nawet po viagrze, bo spalasz się szybko jak kadzidło tajskie. Ja widzę przyszłość tam gdzie popadnie: w tym prześcieradle, w dziwkach na Barskiej, w kanapce z masłem. Nie znalazłam prawdy na Google Maps i na Myspace, choć w szkole lubiłam geografię. Robiłam zadania z gwiazdką. Często nie mogłam zasnąć.

To Polska, nie Bangkok. Tu zamiast porsche masz corsę lub palio. Tu oddech masz ciągle na cardio. Banknot oddajesz na państwo – czyt. gangom. Dzieciaki marzną, gdy budzi się miasto. Nikt ich nie przytulił ostatnio. Nie pytaj mnie o moralność oraz czy warto sprzedawać stuff małolatkom, bo ja mówię na to lekarstwo na plugastwo, dar. Nastąpił czas, kiedy nas tępi szlam po znajomości zdobytych prac i w kolejności rosnącej ponoszonych strat. Ty se grasz na smartphonie wracając z roboty, oni usychają z tęsknoty za stanem, w którym zanika strach i nie jeżą się koty w nas. Kominiarz kalendarzyk, ja daję uśmiech na twarzy i poczucie, że to wszystko coś znaczy, ten świat.

– Oni po prostu nie widzą ludzi. – Młody pod nosem mruczy (Młody też jest tu dziś, ale aż do teraz nie chciał się ocucić) – Nie widzą nas. Nienawidzą. Nie nam widzą widok na dok w Kingston Town. Oni zabiliby nas, bo nie wiedzą, że nasz i ich żywot to staż. Jest z nami brak – Młody wstaje, wstał – możliwości pojęcia nieskończoności kosmosu i patosu codziennych spraw. Ból kończyn napiera z siłą Big Bang. Pogodzić się z tym, to znaleźć skarb. Nie wiem, jak. Ale teraz go mam.

Jednak go ma, choćby na kilka godzin. Lepiej mu go znać niż, zamiast żyć – trwać, jakby się nigdy nie narodził. On jest tego godzien, on i smutni na co dzień, by orzec: sam sobie człowiekiem człowiek na tle energii nazywanej Bogiem. Albo: Bógł zmarł. Albo, że to każdy z nas. Zwał jak zwał – tu chodzi ciągle o s t a n pokoju. Żeby był inny niż w domu. Żeby dom nie był w bloku, a blok z betonu. Żeby miał duży balkon i leżał na piasku z Goa – to zgoła lepsza niż z piasku na ziemi budowa. Słyszę, że ktoś mnie woła. Sąsiad macha przed twarzą rękoma. Pyta, czy mam łoma lub korkociąg, bo stara poczuła pociąg do Chateau Migniona. A niech to. Brecht, co? Nie mam, ale może Sąsiad poczęstuje się wódeczką? Ależ nam nic nie przeszkadza, my jesteśmy zewsząd. Żonę pan zaprasza, wypijemy też z nią.

– Na pewno?

– Na pewno. Za męstwo. Za to, że jest ciężko, a my umiemy się śmiać często. Za trudne obywatelstwo. Za to, że nie dajemy się przestępcom. Mimo że na tarczy, to miecz w ręku dzierżąc wracamy zwycięsko. Za codzienność. – Młody otwiera Lubelską.

Sąsiad zmiękł, bo kto by nie zmięknął? Mam równie wrażliwy punkt w sercu, gdy mowa o kwestiach związanych ze śmiercią przedwczesną. Konieczność. Gdziekolwiek spojrzeć, konieczność. Nie rodzimy się w czepku, lecz w nieszpór – dlatego nie gaśnie nadzieja i ciemność. Sąsiad rozmawia z żoneczką. Uśmiecha się do nas wisielczo. Ma wracać do niej i dziecka. Ale jeszcze zostanie, chce napić się zdziebko.  

– To co? Jeszcze jedną po sąsiedzku.

 Ziemia, zlot sprzętów. Używasz ich zgodnie z licencją: ominie cię piekło, lecz na rzecz obecności jedynie w Tesco myślami i szukania mędrców na półkach z książkami nieopodal kiełbas i marynaty. Coś stracisz na tym i na tym. Staniesz w kolejce do kasy czy zadym z duchami i ściągania ograniczeń z granic, w zamian nie dostając nic, prócz Nirwany? Oczarowany koleżanką Sąsiad dotyka ją w ramię i pyta, co to za czcionka, te dziaby; koleżanka nie odpowiada, bo gada jedynie z ćpunami. Młody rozdaje dawki jak karty. Sąsiad też siada do partii. Sąsiad to nie jest już Sąsiad, a Jancio. Cóż, nie miał zbyt wielu dokonań ostatnio, ale zdrowi są z żoną i zdrowy jest szkrab, to zawsze coś.

– Zapierdalam jak robo-cop. Dzień i noc. Mam tego dość. Strach we mnie jak wąż wije się, a ja karmię go wciąż jak piranię; daję mu zgniliznę w postaci czystej, bo nie wszystko wyśnię, żeby się oczyścić, nie wszystko wyrżnę, za krótki mam sen. Kiedy się stało, że jestem poddańcem? Co to za drag, ej? Moi przodkowie jeździli palcami po Marsie jak statkiem. Moi wrogowie są moim bractwem, bo siedzimy, kurwa, w tym samym bagnie, z angielska: blackness dokładnie. To jest nieważne.

Jancio ujrzał Agness. Spytał, czy ma Fejsa, odparła: jasne! W jego kieszeni telefon wibruje jak w pralce, on czyta z ramion koleżance. Młody stawia drugą flaszkę, odkręca ją właśnie, polewa ją właśnie. Piję pół, bo nie mogę ostatnio; organizm znielubił alko. Czy chcę o tym mówić? Nie bardzo mam jak, bo Młody dał znak, że dzwonek do drzwi dzwoni. To świadkowe Jehowy. Obie niczego sobie. Kaman, mówię do nich, tutaj sami swoi, każdy chce być zbawiony, ale nie potrafi, dlatego latamy w głowie jak drony. Wchodzą z lekka speszone. Witamy je swoim żargonem: Młody podaje każdej kielonek, Jancio wysyła im buzi rękoma, Agness jest goła. Świadkowym Jehowy się to nie podoba. Modlę się z nimi, by Bóg zło pokonał. Wychodzą niezadowolone. Jedna z nich krzyczy, że policje zawoła tutaj. Tylko niech dzwoni, mówię do niej, policjant, nie puka. Niech tłucze w ten dzwonek jak jebany husarz. Dzisiaj nie słyszę delikatnych stukań, zagłusza je żar ducha, bo święcę z bliskimi święto Chanukach. Co siostry takie zdziwione jak Judasz? Zajrzyjcie po pracy, wypijemy brudzia. Po moim domu nie chodzi się w butach.

Z głośników leci Michael Kiwanuka. Młody z zachwytu oczami nie mruga. Janciowi włączył się misio-przytulas. Wyraźnie rozluźnia się Agness i wyraźnie puszczają nerwy Sąsiadce. Jest fajnie.  

– Jak jest?

– Jest tak, że na trakt ten wpadłem przypadkiem w efekcie upadku, który zdawał się być lotem w bańce. Spadając, potłukłem się strasznie. Do dzisiaj odczuwam ból w klatce; gdziekolwiek idę, szukam oparcia, żeby nie znaleźć się znów na posadzce podobnej kształtem do baśni starogermańskiej, gdzie zamiast karmy rządzi śmierć słabszych lub zniewolenie, coby dzieciaki wiedziały, jak się poruszać po trudnym terenie i nie oczekiwały od pól usłanych kwieciem zbyt wiele oświeceń. Pozdrawiam każdego kalekę. Spotkamy się kiedyś w bezkresie. Poznacie mnie po dresie i czapce. Wypijemy whisky starsze niż Ganges. Pogadamy z Kantem o Sartrze przy blancie.

Maj dwa tysiące szesnaście. Dla niektórych wieczór nie znaczy – kolacja. Andrzej Nieznański, lat siedemnaście, osiedle prywatne na Tamce, blok czwarty, piętro – parter, skacze przez okno na trawnik, gniotąc kwiatki starej sąsiadce. Ojciec się nie kapnie, bo śpi po single malcie. Matka się nie kapnie, bo siedzi w Arkadii, a jak wróci – też zaśnie. Ten sam cel ma Andrzej, lecz zamiast chrapać, chce zapomnieć, że koniec miał, a nie nadszedł. Patrzy na ludzi uważnie, próbuje dojrzeć w nich jaźń w ten sposób. Znów zamiast ludzi widzi tysiące osób. Młodsi i starsi, chłopaki, dzierlatki, marzący o życiu jak z fabuł pornosów. Na pierwszy rzut oka różnią się długością kroków i metodą niedopuszczania ich żądz do głosu, na drugi rzut oka – wszystkim po trochu. Rozgląda się wokół: nie ma gdzie iść – idzie do przodu; z dala od ostrych rys i przedmiotów, bo dziś, krojąc chleb najostrzejszym z noży, dłoń uciekała mu dziwnie do oczu. Policjant stoi z rękoma na boku, policjantka (też całkiem ładna), jest w szoku. Młody i Jancio tłumaczą im coś na temat kosmosu. Dzięki Bogu, dopuszczają moich przyjaciół do głosu. Podjeżdża autobus. Kierunek Mokotów. Andrzej siada z przodu. Tuż obok dupka jak bogini bogów. Spotykają się wzrokiem, lecz po co? Otóż łączy ich energia tych samych kotów w nas. I choć dowodów na to brak, patrzą na siebie, jakby się znali cały czas, jakby oboje byli ze świata bez kast i zamiast chodników i miast – traw. Ona mówi: kopę lat, on odpowiada: fakt. Żeby zjeść jabłko, wpierw odgryź parch. Żeby mieć nadto, wpierw oswój brak. Kanary wpadają jak CBA. Ona szepcze: musimy stąd wiać. Andrzej naciska guzik przy drzwiach. Przesiadają się w 172 na Blue City. Kierują się w tamtą stronę bez przyczyn. Czas dla Andrzeja przestaje się liczyć. Posterunkowa to Angie z Dębicy. Mówi, że mieszka gdzieś w okolicy. Codziennie odczuwa ból w potylicy, a powieki opadają jej jak końcowe napisy. Lecz nie w tej chwili.

– Pochodzimy z pyty. Nowi jak nihil. Typowi niczym obietnice z mównicy. Idziemy do piachu wprost z piaskownicy jak Heraklidzi po żniwach do Myken. Puść ten kawałek na cały zycher. – Posterunkowy Waldek się gibie. Wydrapuje skórę powyżej miednicy. Już nie jest zaszyty. Pije Lubelską jak mleczko, jest jak dziecko szczęśliwy. Pogłaśnia muzykę i krzyczy na całe gardło: – Jebać to! Jebać to! Jebać to! – Jancio i Agness podłapują hasło. Z łóżka osuwa się prześcieradło. Przystanek: Bitwy Warszawskiej: handlarze do nocy trzymają tu wartę jak wulkany magmę. Siatki rwą się tu ludziom od jabłek. Matki drą się tu na dzieciaczki, gdy idą w zaparte, że chcą czekoladkę. W pobliżu park jest z siłownią dla babć i mnogością ciemnych plam dla tych, którym marzy się złoty strzał. (Kotański pewnie czuje się tu, jakbyś mu w mordę dał, bo jego imię nosi ten park). Do tego parku spaceruje Andrzej, trzymając za rękę wybrankę. Ona mówi, że lubi ten plac i że to fajne miejsce na randkę, choć nie biegają tu bażanty, a najbliższej hot doga kupisz na stacji lub w Żabce. Tu chodzi o inne atrakcje. Zatrzymują się przy ławce. Ona zdejmuje płaszczyk i zaczyna tańczyć. Andrzej patrzy. Nad niebem warszawskim nie uświadczysz gwiazd i nic zeń nie spadnie, chyba że deszcz w masce gazowej albo ptaszki w locie. Andrzej widzi narodziny gwiazd nad jej głową. Pierwszy raz czuje się dobrą osobą. Puszcza jej oko. Bez słów do niej mówi: „don’t you know I’m loco?”, ona odpiera uśmiechem i rozpostartym ramieniem szeroko. Przyszłość to dzielnie biegnący Shirocco, który nie uraczy nas kwotą, bo stawiamy na klacz obok, zwaną „tęsknotą”. Wyprostuj się, Quasimodo. Angie jeździ seatem cordobą na co dzień (jest spoko, na ropę i części niedrogie). Jej mąż ma problemy z wątrobą i wzrokiem; niedawno powstawiał kraty do okien. Jak była mała, z zawzięciem przed zaśnięciem grała na Wimbledonie; zbierała oklaski od Szarapowej. Wczoraj złapała bandytę pod blokiem. – Jesteś Aniołem. – Wzdycha Młody, na twarzy czerwony, nie wiem: od Angie, czy alkoholi, czy koleżanki, która bawi się z Janciem w: krzycz, kiedy boli. Koleżanka chce więcej niż siny polik. Mówi że pragnie umierać powoli, kiedy będzie dochodzić, bo taka śmierć nie jest zgonem, lecz rozproszeniem jak pył po kosmosie i zaproszeniem do gry w „nieskończone” z własnym aniołem i własnym demonem przy jednym stole. Waldemar kibicuje Jankowi. W drzwi ktoś napiera jak wicher w stodołę. Idę wolno, bo bolą mnie nogi. Napięcie rośnie jak Ruch Narodowy. Na pięć kurw, jedna się spełnia w zawodzie. Palce Andrzeja w jej włosy wtopione. Pragnie w nią wejść jak felgi w oponę i posiąść jej środek jak pustelnik grotę, i już nie wychodzić. Ona chce schować się, bo deszcz zaczął kropić. W pobliżu są tory – mówi, że chce się na torach położyć. Biegną w tę stronę. Bez lęku mijają tłum na peronie. Wchodzą pod wiadukt jak do komory. W powietrzu coś się unosi: mgła, smog albo trotyl. Andrzeja przeszywa jej dotyk na wskroś, serce mu bije jak o stal młot. Ona leżąc wygląda jak Kylie Minogue. Całuje ją, czując, jakby rozgrzeszał ich ksiądz. Intensywne światło rozprasza mrok. Jej szept przebija się przez hałas trąb: „Boże, jak piękny masz dom”. Sąsiadka odpycha mnie jak w Super Bowl. Przebija się z dzieckiem na rękach jak z piłką na front. Jancio zaciska palce na szyi Agness jak wąż. Już Agness nie kwiczy, on wchodzi w nią wciąż. Sąsiadka, widząc, co robi jej mąż, mdleje jakby kopnął ją prąd, lecz nie wypuszcza dzieciaczka z rąk. Nie wiemy co robić, więc robimy coś: dajemy jej dawkę, po której powstałby koń. Sąsiadka już nie jest Sąsiadką, lecz Chloe. Odkłada dzieciaczka na koc zapocony. Pije wódeczkę, odmawia przepoi.

– Gdy byłam mała, wybuchł Czarnobyl. Mój ojciec wziął kabel z Oriona i poszedł na antresolę. Do dzisiaj lękiem zdejmują mnie schody; jak budzę się w nocy, pytam: tato, to ty? Owoce w słoikach puszczają soki. Chcę raz nie obudzić się zlana potem. Chcę mieć coś więcej niż parę złotych i dwa dni pogody na letnim urlopie. Nie umyjemy się w źródlanej wodzie. Że każda podróż jest tylko ucieczką, tego nie powiem, daleka od celu. Żyję jak dziecko i umrę jak dziecko, dlatego ufam na przekór: żadna z podróży nie jest ucieczką. Ponieważ noszę ze sobą konieczność, ogłuchłam na dźwięki eteru, nie znając ramion, które drogę zwieńczą. Nawet gdy pagórki i góry pierzchną, pójdę doliną, nie widząc problemu, że każda podróż jest tylko ucieczką. Dopiero później, gdy wyjdę na zewnątrz i zatrzymam się u celu, powiem: wiedziałam, że każda podróż jest tylko ucieczką, gdy nie ma ramion, które ją uwieńczą. Teraz już wszystko mi jedno. Młody, włącz techno.

Młody włącza składankę Tiesto. Waldek wrzeszczy: jebać straż miejską! Angie kontaktuje ledwo, jej ruchy dają temu świadectwo: wygląda na wniebowziętą. Jancio z żoneczką biorą koleżankę pod rękę i tańczą z jej śmiercią. Na kocu leży zapomniane dziecko. Z nieba jest sygnał o korkach w Zawierciu. Zniewag nie tykam, to prąd pod napięciem. Biedak nie łyka Sirocca, lecz pieści. Gleba zamyka oczy niewieście. Źrebak kopyta wznosi na ścieżce. Niemalże witam w nowym królestwie. Nie ma, że pytam, gdzie koniec kolejki. Żżeramy w zgodzie zasoby, kiełki. Nieład to mrok i mokre chusteczki. Niemały Cygan ograbił cię z gęsi. Nieładnie chodzisz, masz kroki bestii. Wszak wiesz, co to koty są, chłopie, wewnętrzne? „Siema” z Ochoty dla Wielkiej Orkiestry. 

Koniec

Komentarze

Zanim przeczytam: widziałam już różne wiersze, ale takiego napisanego prozą na 14k to jeszcze nie :O

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Przeczytałam z największym trudem. Mam wrażenie, że to jest strumień świadomości rapera. Strumień ten, niestety, zupełnie do mnie nie dotarł.

Czy tu jest fantastyka, czy tylko jaj jej nie dostrzegłam?

Twoje nadzieje wyrażone w przedmowie znowu się nie spełniły, albowiem lektura tego dzieła nie przypadła mi do gustu.

 

edycja

Sugeruję, abyś dodał tag WULGARYZMY.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pierwsze trzy zdania brzmią nieszczęśliwie dopóki się nie zauważy, że to proza poetycka, wtedy widzi się, że to było celowe, co nie zmienia faktu, że nadal brzmią nieszczęśliwie. Przynajmniej zakładam, że miała być proza poetycka, bo do tego brakuje w tekście liryzmu, a i pomijając rymy nie jest zbyt poetycki. W treści za to jest banalny, oparty na różnych stereotypach i wyświechtanych obserwacjach – przez to przebijanie się przez długie, gęste w treść akapity nie daje satysfakcji.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Poddałam się gdzieś w połowie i zgadzam się z Reg.

Ponieważ rap w żaden sposób nie wpisuje się w mój gust muzyczny, trudno mi wypowiedzieć się o Twoim tekście. Może spróbuj napisać coś ”zwyczajną” prozą?

I ja poległam po części tekstu. Częściowo rymowany strumień świadomości rapera, bez akcji i bez wyjaśnienia, o co właściwie chodzi, mnie pokonał.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka