- Opowiadanie: Arnubis - Etz HaDa'at. Drzewo poznania

Etz HaDa'at. Drzewo poznania

W ramach wprawki dla rozpisania po wakacyjnej przerwie postanowiłem odgrzebać jeden ze starszych tekstów i popracować nad nim. Tekst powstał kiedyś w ramach warsztatów z narzuconym tematem “Apokalipsa”.

Wielkie dzięki dla drakainy za pomoc podczas bety.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Etz HaDa'at. Drzewo poznania

Siedziałem z czarką w dłoni w ulubionym bujanym fotelu na tarasie. Rozkoszowałem się subtelnym, wyrafinowanym napojem pieszczącym kubki smakowe. Zamknąłem oczy, wdychając cudownie orzeźwiający aromat naparu. Zdecydowanie warto było zapłacić fortunę za sprowadzenie tego delikatesu z zapomnianej chińskiej prowincji. Jaka szkoda, że tak późno odkryłem ten gatunek i nie będę miał więcej okazji, żeby go spróbować. Nie wiedziałem nawet, czy Chiny wciąż jeszcze istniały.

Leniwie podniosłem powieki i uśmiechnąłem się. Szeroko i paskudnie, tak jak tylko ja potrafię. Mogłem zarzucić Staremu naprawdę wiele, ale tego dnia postarał się jak nigdy. Wszystko było perfekcyjnie wręcz dopięte na ostatni guzik. Zawsze lubiłem amerykańskie kino, ale żaden film nie mógł równać się z tym, co rozgrywało się przed moimi oczami.

Wszystko zaczęło się od słońca. Początkowo wyglądało to na zwykłe zaćmienie. Co bardziej wykształceni ludzie dziwowali się, jakim cudem mogło zajść to zjawisko, nieuwzględnione przecież w żadnych wyliczeniach. Do tego księżyc, który w całej swej okazałości wisiał po drugiej stronie nieba, najwidoczniej nie chciał mieć nic wspólnego z tą anomalią. Tak, naukowcy z pewnością rwali sobie włosy z głów, ale reszta ludzi po prostu cieszyła się, że może zobaczyć coś niezwykłego. I patrzyli tak, z zachwytem wymalowanym na naiwnych twarzach, jak ich słońce powoli gaśnie, pożerane przez ciemność.

Gdy zniknęło całkowicie, ze skupieniem czekali na pierwszy promień światła, który miał rozpocząć powrót dnia. Nic takiego się nie stało. Zamiast tego księżyc, dominujący teraz na ciemnym niebie, postanowił także zaskoczyć ludzkość i przybrał kolor krwi. Nie był po prostu czerwony, nie, on wyglądał jak kałuża obrzydliwej, cuchnącej juchy. Chyba wtedy ludzie załapali, że coś jest nie tak.

Tych, którzy kojarzyli trochę wolniej, ostatecznie przekonały trąby. Mówię wam, anielskie trąby zapowiadające Koniec to dopiero coś. Ich ryk miał moc, z którą nie mogły się równać żadne ziemskie huragany. Wieżowce waliły się jak domki z kart, lasy kładły się jak pola pszenicy, a góry trzęsły się w posadach.

A potem Staremu znudziła się zabawa w zwiastuny i walnął wszystkim, co miał przygotowane w zanadrzu. To dopiero był widok! Niebiosa pękły. Ba! Eksplodowały, kąpiąc cały świat w deszczu ognia i siarki. Morza zawrzały, a wulkany wybuchały jeden po drugim, jakby do rytmu jakiejś melodii. Ja akurat, cholernie oryginalnie, słuchałem „Highway to Hell”. Może i słaby żart, zważywszy na okoliczności, ale Staremu chyba się spodobał, bo kolejne erupcje zachodziły w idealnych momentach, wspaniale podkreślając bit Phila Rudda.

Muszę przyznać, że bawiłem się wtedy wyśmienicie. Wyłem z uciechy i klaskałem głośno w dłonie, obserwując zagładę świata. Może to i niezbyt normalne, ale kto oczekuje ode mnie normalności? To był po prostu piękny widok i nic na to nie poradzę. A apogeum nastało, kiedy przybyli Czterej Jeźdźcy. Zawsze lubiłem chłopaków i dobrze wiedziałem, że całą wieczność czekali na ten dzień, więc i ja przygotowałem się odpowiednio. Znaczy się, wyciągnąłem z kieszeni ajfona i wszystko nagrałem. Kiedy spadli na ziemię na tych swoich przerażających rumakach, wywijając tymi swoimi mieczami i niszcząc wszystko, co tylko spotkali, po prostu się popłakałem. To było tak piękne, że nawet ja nie mogłem powstrzymać łez wzruszenia.

Świat był jednak cholernie wielki i słudzy Pana, nawet działając na taką skalę, potrzebowali wiele czasu, aby go zniszczyć. A ja mam taką słabość, że dość szybko się nudzę, dlatego też po pierwszym wybuchu dzikiej radości dość szybko straciłem zapał. Świat się walił, ale nie cieszyło mnie to aż tak, jak na to liczyłem. Ot, ładny widoczek do obserwowania, coś jak ogień tańczący w kominku. Poszedłem więc zaparzyć herbatę.

Odstawiałem właśnie czarkę na stolik, by sięgnąć po ciastko, kiedy zobaczyłem, że ktoś się zbliża. Nie, nie Stary oczywiście, on by się nie fatygował. Ma od tego swoich ludzi. Na początku przybysz był tylko punkcikiem na tle czarnych dymów płonącego świata. Może i wziąłbym go za jakiegoś gołębia, ale ptaki chyba zdążyły już wyzdychać. Poza tym leciał zdecydowanie za szybko i zdecydowanie za bardzo w moim kierunku. Po chwili mogłem wyraźnie zobaczyć trzy pary ogromnych, śnieżnobiałych skrzydeł miarowo młócących powietrze. Anioł leciał pewnie, nic nie robiąc sobie z siekącej dookoła niego ognistej ulewy. Nic dziwnego, w końcu niósł wolę swego Pana.

– Witaj, Gabrielu – powiedziałem uprzejmie, gdy tylko doleciał na mój taras. – Usiądziesz?

– Nie tym razem, Lucyferze. Pan wzywa cię do siebie – odparł archanioł.

– Niczego innego się po nim nie spodziewałem. – Skrzywiłem się i upiłem łyk herbaty dla poprawy nastroju. – Klapnij sobie, przecież czas nie robi ci różnicy.

– W zasadzie chwilka odpoczynku mi nie zaszkodzi.

– No jasne. Nie każemy mu przecież czekać w nieskończoność. – Zachichotałem pod nosem i wskazałem Gabrielowi fotel po drugiej stronie stolika. Anioł usiadł na nim z wdzięcznością, owinął się trzema parami skrzydeł i zaczął powoli się bujać. Ja zaś wstałem, żeby odpowiednio go ugościć. Zniknąłem na chwilę w domu, a po chwili wróciłem z pustą czarką i kolejną paczką ciastek.

– O ile dobrze pamiętam, zawsze lubiłeś delicje, prawda? – Posłałem mu szeroki uśmiech, kładąc słodycze na stole i nalewając herbaty.

– Nie pogrywaj sobie ze mną, przecież wiem, że ty niczego nie zapominasz. – Gabriel parsknął, ale przyjął ode mnie czarkę. Z pewną dozą satysfakcji obserwowałem podziw malujący się na jego twarzy, gdy upił pierwszy łyk.

– To co tam słychać? Ciężki dzień? – spytałem beztrosko, zataczając ręką łuk obejmujący większość spektaklu rozgrywającego się poniżej nas.

– Nawet sobie nie wyobrażasz. – Archanioł westchnął. – Kto by pomyślał, że niszczenie Bożego Dzieła może być takie męczące.

– Miło, że ktoś w końcu docenia moją pracę. – Wyszczerzyłem się.

Przez kilka długich chwil siedzieliśmy w milczeniu, rozkoszując się pyszną herbatą i otaczającym nas spokojem. Jak za starych, dobrych lat. Oczywiście nie wytrzymałem za długo.

– Możesz mnie już wysłać do Starego? – zapytałem, nie zwracając uwagi na grymas, który wykrzywił jego oblicze po moim ostatnim słowie. – Oczywiście nie wyganiam cię. Siedź tu ile chcesz, czuj się jak u siebie i w ogóle. Jeśli chcesz, to w lodówce masz kilka browców, a jak zgłodniejesz, to może nawet znajdziesz gdzieś pół niezłej pizzy. Ale mnie wyślij, chcę to mieć już za sobą.

Gabriel powoli kiwnął głową. A potem znalazłem się w Pańskim Ogrodzie. Od mojej ostatniej wizyty Stary nieźle zapuścił to miejsce. Z większości drzew pozostały jedynie smętne kikuty, soczyście zielona trawa pożółkła, a po kwiecistych łąkach nie pozostało nawet wspomnienie. Szemrzące niegdyś wesoło strumyki powysychały, pozostawiając puste, kamieniste koryta. Nawet niebo, wcześniej tak boleśnie błękitne, miało barwę popiołu. Nie muszę chyba dodawać, że teraz o wiele bardziej mi się tu podobało.

Pewnie ruszyłem przed siebie. Doskonale wiedziałem, dokąd mam iść. W samym centrum Edenu wznosił się pagórek na którym rosło samotne drzewo. Jako jedyne w ogrodzie nie zmieniło się ani trochę, wciąż było olśniewająco piękne. Wśród zieleni jego korony kusząco połyskiwały czerwone owoce. Bez liczenia wiedziałem ile ich tam jest – o jeden za mało. Uśmiechnąłem się, zaraz jednak zmarszczyłem brwi ze zdziwienia. Kilka kroków przed pniem rósł krzak, którego nie pamiętałem. Krzak płonący jak pochodnia. Podszedłem do niego i kucnąłem. Wyciągnąłem z kieszeni dżinsów paczkę fajek i odpaliłem jedną od gorejącego krzewu.

– Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, w którym stoisz, jest ziemią świętą. – Usłyszałem melodyjny głos dobiegający zza moich pleców.

– Jakie znowu sandały? To przecież oryginalne conversy – zawołałem z oburzeniem i odwróciłem się. A potem wybuchnąłem śmiechem.

Przede mną stał siwiejący czarnoskóry mężczyzna w białym garniturze. Jego twarz zdobiły piegi, których nie mógłbym pomylić z niczym na świecie. Cholerny Morgan Freeman. Zdążyłem zapomnieć, że staruszek ma całkiem niezłe poczucie humoru.

– Miło znów cię zobaczyć, Lucyferze – powiedział Bóg.

– Ciebie także – odparłem i zaciągnąłem się dymem z papierosa, by ukryć swoje zdumienie faktem, że mówię całkowicie szczerze.

– Usiądziesz? – Pan wskazał mi miejsce na stojącej obok krzewu ławce, której jeszcze przed chwilą tam nie było. Nie widziałem powodów, żeby odmówić.

– I co teraz? Zagramy w szachy, żeby dopełnić obrazu? – zażartowałem.

– Niezły pomysł, ale myślę że to bardziej ci się spodoba – odpowiedział Bóg, podając mi kijek z nabitą na czubku pianką.

Wyszczerzyłem się jak dziecko. Spędziliśmy kilka długich chwil, przypiekając łakocie nad gorejącym krzewem i zjadając je z krakersami. W końcu jednak Pan wstał z ławki i spojrzał na mnie poważnie.

– To już koniec, co? – Westchnąłem głęboko.

– W istocie, Lucyferze. Już czas, żebyś wyruszył. Przywołaj Beliala, Samaela, Belzebuba i resztę swych piekielnych legionów. Przyjmij postać Bestii i poprowadź ich do walki. Już czas na Ostateczną Bitwę.

– Wiesz… może być z tym pewien problem – zacząłem powoli. – Rozpocząłeś zabawę trochę wcześniej, niż się spodziewałem i jakoś tak wyszło, że nie miałem czasu się dobrze przygotować. Nie mam jeszcze Antychrysta i w ogóle…

– Nie żartuj sobie ze mnie – żachnął się Bóg. – Przecież wiem, że zawsze masz ich kilku w zapasie. Weź tego Mansona – i tak większość ludzi jest przekonana, że to o niego chodzi.

– Meh. Manson zawsze był dobry tylko w gębie. Poza tym nie mam chwilowo kogo wzywać, dałem dziś wszystkim chłopakom wolne. – Uśmiechnąłem się niewinnie i przepraszająco zarazem.

– To Armageddon, Lucyferze. Musisz stanąć do walki. – Bóg nie poddawał się.

– Wiesz, chyba jednak sobie daruję. Nigdy nie podobał mi się ten pomysł. Wielka bitwa z siłami światłości o losy świata, to brzmi strasznie tandetnie. Zresztą kiedyś już walczyłem z Michałem i dostałem niezły wpierdol, pamiętasz? Ja nigdy nie zapominam. Tak więc wybacz, Panie, ale ja w to nie wchodzę.

Odłożyłem patyk, którym bawiłem się podczas całej rozmowy i powoli wstałem z ławki. Popatrzyłem jeszcze tęsknie na niedojedzoną paczkę pianek, ale w końcu zadowoliłem się kolejnym papierosem.

– Jak ty to sobie wyobrażasz, Lucyferze? Apokalipsa bez Ostatecznej Bitwy? – zapytał Stwórca, gdy zamierzałem już odejść.

– Powiesz wszystkim, że to była metafora. Do tej pory działało, prawda? – Roześmiałem się głośno. – Dzięki za ognicho, było super. Musimy to kiedyś powtórzyć, przy jakiejś weselszej okazji.

– Myślisz że tak po prostu pozwolę ci teraz odejść? – W głosie Pana zabrzmiało niebezpiecznie echo grzmotów nad górą Horeb. Ja jednak wzruszyłem tylko ramionami.

– Mam nadzieję, że mi wybaczysz. – Ruszyłem w dół pagórka. – W końcu jesteś Miłością, prawda?

Koniec

Komentarze

Sam nie wiem co powiedzieć. Ładnie napisane, miejscami nawet trochę zabawnie. Jednak bez pomysłu. liczyłem na jakieś zaskoczenie, dziwny zwrot akcji, słowem na “coś”. A tam było nic. motyw że diabeł nie jest zły został niemiłośniernie wyświechtany przez serial “Lucyfer”. A ty Arnubisie dałeś nam to samo. Ale podkreślę narracja ładnie poprowadzono i miejscami “śmieszno”.

Jak na wprawkę to ładnie napisane, więc nie będę marudził, że odgrzewane w mikrofalówce ziemniaki robią się gumowe.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że “Lucyfera” nie widziałem (chociaż gdzieś tam się o uszy obił), a pierwsza wersja tego tekstu powstała jeszcze przed premierą serialu :) No i fakt, to głównie wprawka. Ot, luźne przemyślenia na temat tego, że cała Apokalipsa w ogóle nie jest na rękę Lucyferowi, ubrane w możliwie zgrabną formę. Cieszę się więc, że doceniacie wykonanie :D

Nie za bardzo widzę, jak tytuł ma się do tekstu. 

O ile generalnie lubię motyw Lucyfera, który opuszcza piekło bo ma dosyć, to ten Twój jest jakiś roztelepany.

Może nie trafia do mnie luzacka otoczka i śmieszkowanie z pianek.

Może to przez te delicje.

Nie znoszę delicji ;P

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

A mnie się spodobało.

No, szału nie ma – IMO, masz zaburzoną kompozycję. Najpierw długo opisujesz apokalipsę. OK, lekko i przyjemnie opisujesz, ale to nie wnosi nic nowego. Jak dla mnie, akcja zaczyna się dopiero z przybyciem posłańca, czyli mniej więcej w połowie tekstu. Przeciągnąłeś wstęp. Za to końcówka fajna. Ja takiej koncepcji nie znałam.

Babska logika rządzi!

wybranietz

Najbardziej bezpośrednie odniesienie tytułu – najważniejsza część akcji dzieje się pod samym Drzewem. Do tego z pełnej nazwy Drzewa poznania dobra i zła obciąłem końcówkę, bo nie o samo dobro i zło chodzi, a poznanie/uświadomienie sobie istoty rzeczy. Jak na przykład Lucyfer uświadamiający sobie, że tęsknił za Bogiem. A przede wszystkim bardzo podoba mi się hebrajska nazwa :D

Co rozumiesz przez to, że Lucyfer jest roztelepany? :D Bo chętnie mogę porozmawiać o jego kreacji, ale nie jestem do końca pewien, co mu zarzucasz.

Luzacka otoczka i śmieszkowanie z pianek, to istota mojego Lucyfera. Pytanie brzmi, na ile ta luzacka otoczka jest autentyczna, a na ile to tylko oszukiwanie wszystkich dookoła i samego siebie.

Ja tam delicje lubię, a Gabriel uwielbia. Twoja strata, więcej dla nas.

 

Finkla

Cieszę się ogromnie, że ci się spodobało :D Tak, zdaje sobie sprawę z tego, że wstęp jest przeciągnięty. Jak zaznaczałem w przedmowie, to była w zasadzie wprawka, którą potem tylko oszlifowałem do konkretniejszego kształtu opowiadania. Więc chciałem sobie trochę pobawić się takimi apokaliptycznymi opisami. Pewnie przydałoby się okroić ten fragment, nie przeczę, bo faktycznie dopiero przybycie Gabriela napędza całość.

W zasadzie też takiej koncepcji nie znałem przed pisaniem, co wcale nie znaczy, że nikt na takie pomysły nie wpadł, po prostu niezbyt się zgłębiałem. Zasadnicza koncepcja powstała z dwóch założeń. Po pierwsze, Bóg kocha wszystkie swoje stworzenia, nawet te zbuntowane, stąd też cała jego relacja z Lucyferem. Po drugie, Lucyfer jest zbyt inteligentny żeby bez powodu wdawać się w wielką bitwę, której nie ma szans wygrać. Tak więc mój Lucyfer to taki ostateczny syn marnotrawny, który jednak nigdy się nie nawróci i nie wróci do ojca, bo jest na to za pyszny i za daleko już w tym zaszedł, chociaż w głębi duszy trochę żałuje. Tak mniej więcej :D

Ja tam delicje lubię, a Gabriel uwielbia. Twoja strata, więcej dla nas.

Ależ żadna strata, z przyjemnością oddam mój hipotetyczny przydział. Tylko idźcie z tym do innego pokoju ;P

 

To roztelepanie – to przez te papierosy, conversy no i pianki właśnie. Takie to trochę nastoletnie wyobrażeniu o byciu kul, ale bez ryzyka szlabanu.

Choć może to kwestia tego, że jestem przyzwyczajona do innych kreacji Lucyfera ;)

 

Może brakuje mi rozwinięcia poważniejszego wątku:

Tak więc mój Lucyfer to taki ostateczny syn marnotrawny, który jednak nigdy się nie nawróci i nie wróci do ojca, bo jest na to za pyszny i za daleko już w tym zaszedł, chociaż w głębi duszy trochę żałuje. _ to, że ze zdziwieniem uświadamia sobie, że tęsknił. Z tego byłby fajny monolog ;)

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

No widzisz, Lucyfer to tutaj też pierwowzór wszystkich zbuntowanych nastolatków, arcynastolatek, więc jest sobie roztelepanym, egoistycznym, kul kolesiem. Przynajmniej we własnym mniemaniu :D Każda kreacja Lucyfera nie może być taka sama, bo byłoby nudno, trzeba podchodzić od różnych stron. Z ciekawości, do jakich kreacji jesteś przyzwyczajona? :D

Jeśli chodzi o końcówkę… przede wszystkim, nie lubię monologów, sorki :D Dużo bardziej wolę dialogi. Niech Lucyfer nie mówi o tym jaki jest, tylko chociaż trochę tego pokaże. Jasne, że nie wszystko, ale wychodzę z założenia, że bohaterowie, żeby być realistyczni, muszą w mojej głowie być bardziej skomplikowani niż pokazują to w opowiadaniu :D Wtedy dialogi i ich akcje powstają dużo naturalniej i spójniej.

No ta arcynastolatkowośc mi nie podchodzi. Coś podobnego zrobiła Kossakowska – Lucek PÓJDZIE i WYTŁUMACZY Jasności o co mu chodziło i dlaczego ON ma rację ;P

Ja tam lubię mojego Lucyfera w wersji jazzowej lub cierpiącej, na elegancko, nie kulersko.

 

muszą w mojej głowie być bardziej skomplikowani niż pokazują to w opowiadaniu

a niech sobie będą, tylko w tym opowiadaniu nie pokazujesz tego, co w postaci (dla mnie) byłoby najciekawsze.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Bo i w tym krótkim opowiadaniu skupiałem się na innym aspekcie Lucyfera, czyli jego podejścia do Apokalipsy i ponownego, małego, spokojnego buntu z nią związanego, plus trochę jego relacji z Panem. Obiecuję ci, że jeśli postanowię kiedyś zabrać się za jakiś dłuższy tekst z Lucyferem, to przedstawię go szerzej, z kilku perspektyw i dam mu więcej pola do popisu :D

Podrzuć mi tytuł, to zerknę chętnie na twojego Lucyfera :)

No i oczywiście, że Lucyfer ciągle sądzi, że to on ma racje, na tym przecież polega jego pycha. Żałuje tego, że się z Bogiem pokłócił, a nie tego, że nie miał racji.

Jest w porządku. Mi się nie podobało, ale to kwestia gustu, a nie jakości. Gdzieś w trakcie lektury rzuciły mi się w oczy jakieś nieładne zdania, ale nie chciałem przerywać lektury, żeby je wynotowywać, a nie były to znowu jakieś rzeczy aż tak warte zaznaczenia. Z błędów rzuciła mi się w oczy jedna rzecz, bo była w pierwszym zdaniu. To znaczy, jestem prawie pewien, że to błąd.

Siedziałem na tarasie w ulubionym bujanym fotelu z czarką w dłoni.

Czy mi się wydaję, czy ze zdania wynika, że fotel ma czarkę w dłoni?

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Obiecuję ci, że jeśli postanowię kiedyś zabrać się za jakiś dłuższy tekst z Lucyferem, to przedstawię go szerzej, z kilku perspektyw i dam mu więcej pola do popisu :D

Trzymam za słowo ;)

 

Lucyfer – to na pewno Gaimanowski ;)

Serialu nie widziałam, ale w Snadmanie daje radę.

U Kossakowskiej na początku cyklu o aniołach też było ciekawie, ale potem coś poszło nie tak.

No i Milton ;D

 

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Madej90

Dzięki za przeczytanie i opinię. Widzę, że do paru osób treść nie bardzo trafiła, ale cieszę się, że doceniasz samą jakość. Jako, że ten utwór to głównie wprawka, to sama jakość wykonania jest tu w zasadzie najważniejsza. Jeśli chodzi o to zdanie, to cóż, chyba masz rację. Poczekam pewnie, aż ktoś lepiej ode mnie rozeznany to potwierdzi.

 

wybranietz

Gaimana póki co czytałem tylko Amerykańskich Bogów, ale w miarę możliwości będę nadrabiał. Lucyfer u Kossakowskiej był w sumie sympatyczny, ale jakoś nie do końca mnie kupował, już Asmodeusza wolałem. I tak, wiem, że mój Lucyfer też w sumie całkiem sympatyczny i mało diaboliczny :D

No cóż, przeczytałam bez przykrości, bo nieźle napisane, ale sama historyjka mnie nie uwiodła. Natomiast zupełnie nie pojmuję, co jest takiego fajnego we wsadzaniu do ognia pianki nadzianej na patyk…

 

Od­kła­da­łem wła­śnie czar­kę na sto­lik… –> Od­stawiałem wła­śnie czar­kę na sto­lik

 

Cięż­ki dzień? – spy­ta­łem bez­tro­sko, za­ta­cza­jąc ręką łuk obej­mu­ją­cy więk­szość spek­ta­klu roz­gry­wa­ją­ce­go się po­ni­żej nas.

– Nawet sobie nie wy­obra­żasz. – Ar­cha­nioł wes­tchnął cięż­ko. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

i od­pa­li­łem jedną od go­re­ją­ce­go ognia. –> Zdaje mi się, że gorzał krzak, nie ogień.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

We wsadzaniu do ognia jeszcze nic, ale w jedzeniu coś się może znaleźć. Fakt, po części dlatego, że jest po prostu słodka, ale konsystencję taka pianka ma fajną.

Babska logika rządzi!

To ja raczej poproszę kanapkę z tatarem i zmrożoną wódeczkę. Czystą. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

To ja raczej poproszę kanapkę z tatarem i zmrożoną wódeczkę. Czystą. ;)

Dla mnie to samo!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Przeczytałam, bo myślałam, że tekst będzie o Poznaniu. No wiecie, drzewo Poznania. A tu apokalipsa z perspektywy Lucyfera. 

Niby wszystko ok, warsztatowo opowiadaniu nic nie dolega, ale jednak zabrakło tego czegoś, co dla mnie dostatecznie wyróżniłoby tę opowieść spośród innych traktujących na podobne tematy. Nawet Bóg jako Morgan Freeman pojawił się już kiedyś na tym forum (a może wtedy był to diabeł…)

Lucyfer jako nastolatek. Okej, jest to nawet jakieś sensowne uzasadnienie jego zachowania i punktu widzenia, ale mimo wszystko jakoś tak… Nie trafiło do mnie. 

regulatorzy

Brak przykrości w czytaniu to głównie zasługa drakainy, która bez łapanki mnie z bety nie wypuściła :D A pianki… no cóż, sam szczerze mówiąc nigdy nie próbowałem, ale sama czynność jest bardzo klimatyczna, więc w połączeniu z gorejącym krzewem nie było szans, żeby ominąć tę scenę :D Dzięki za poprawki.

 

rosebelle

Wiedziałem, że ktoś na Poznań się złapie :D Bóg jako Morgan Freeman to już na tyle twardy element popkultury, że nie dziwię się, że już się tu pojawił. Ale żadna inna postać by tak dobrze nie pasowała do tego konkretnego tekstu. Plus lubię czasem obdarzać niektórych bohaterów twarzami aktorów, którzy ich odgrywali (na portalu pojawił się już mój tekst z Seanem Connerym). A że ogół opowiadania nie trafił… eh, trudno. Tak to już jest z takimi tekstami, że nie do każdego trafia konkretna wizja. Miałem nadzieję, że przekona trochę więcej osób, ale trudno, trzeba z pokorą się z tym pogodzić.

Wydaje mi się, że po prostu wybrałeś sobie niewdzięczny temat, bo sądząc po poziomie warsztatowym tekstu, czymś innych mógłbyś nas tu wszystkich zwalić z nóg ;)

Bardzo dobrze się czytało. Aniołki i inne takie, to nie moje klimaty, ale czekałem na jakiś choć trochę zaskakujący motyw – no i się nie doczekałem. Ale dialogi są okej, ten luźny ton całkiem mi przypasował. 

rosebelle

Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się kilka razy zwalić was z nóg :D

 

Blackburn

Cieszę się, że czytało się dobrze. Trochę szkoda, że treść nie porwała, ale bardzo fajnie, że i dialogi i styl pasują. To one są zasadniczo we wprawkach najważniejsze, więc jestem na dobrej drodze :D

Jako wprawka, rzecz sprawdza się znakomicie. Lubię lekki i nieco żartobliwy styl, zaprzęgnięty do pisania o rzeczach wcale nie lekkich i żartobliwych.

Pierwsze zdanie bym zmienił, bo choć raczej nie jest niepoprawne, to jednak można się na nim potknąć. Gdzieś głęboko w tekście nie miałoby to znaczenia, ale skoro jest pierwsze, no to sam wiesz. 

Kiedy spadli na ziemię na tych swoich przerażających rumakach, wywijając tymi swoimi mieczami i niszcząc wszystko, co tylko spotkali, po prostu się popłakałem.

Zakładamy, że powtórzenie "tych swoich" jest celowe, by wyluzować narrację i wprowadzić delikatne skojarzenia z nastrojem katastroficznych filmów, w których bohaterami nader często są nastolatki, ale jakoś tak nie brzmi dobrze. 

A poza tym czepiać się nie będę, bo w przypadku wyprawki fabuła ma znaczenie drugorzędne. Tutaj jest jakaś fabuła, a to i tak plus :-) Mógłbym sobie pomarudzić, że motyw Lucyfera i jego stosunków z Morganem był ugniatany na tak wiele rozmaitych sposobów, że kolejny może jedynie spowodować wzruszenie ramionami albo przewrócenie oczami. Ale pomysł na drugi, cichy bunt "pierdzielę, końca świata nie robię" nie jest zły. 

Zatem z lektury jestem zadowolony, choć to nie dzieło sztuki, tekst na bibliotekę zasługuje, tym bardziej, że wykracza poza obręby zwykłej stylistycznej wyprawki. Ma pomysł, klimat, fabułę (nawet jeśli bez fajerwerków) i konkretnych bohaterów.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ok, pierwsze zdanie do poprawy, zanotowane. Powtórzenie “tych swoich” jest oczywiście celowe. W narracji trzecioosobowej nie użyłbym takiej konstrukcji, ale w przypadku pierwszoosobowej postanowiłem sobie na to pozwolić, żeby nadać narracji bardziej osobowy rys bohatera, który w ten sposób opisuje scenę, która wzbudziła w nim dużo emocji. Może niekoniecznie dobrze to wyszło, bo nie jestem fanem narracji pierwszoosobowej i staram się jej unikać jak tylko mogę, ale skoro już mamy wprawkę, to chciałem poćwiczyć coś nowego.

O fabule było już powiedziane sporo, ale cieszę się, że podoba ci się motyw na drugi bunt Lucyfera :D Dzięki za przeczytanie, opinię i klika.

Napisane nieźle, więc zadanie wprawki spełniło :) Sama treść taka ni w ząb. Motyw luzackiego Lucyfera do moich ulubionych nie należy, a tutaj trochę za mało humoru jest, bym gościa kupił. Bywa, ale cel wprawienia się został definitywnie spełniony ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

O treści wypowiadałam się w części niewidocznej, ale ponieważ chcę zabibliotekować, to tylko streszczę: podoba mi się klimat tej całkiem sprawnie wykonanej wariacji na znany temat. Też mi się to gaimanowskie wydaje, ale to w sumie zaleta.

 

Reg – pianki z ogniska ostatnio kosztowałam, jak znajomy Amerykanin w Paryżu robił Święto Niepodległości i mogę powiedzieć, że jak dla mnie jest to produkt zdecydowanie przereklamowany. Wolę delicje ;)

 

PS. W kwestii tytułu – zmieniłabym wielką literę na małą, żeby nie było wątpliwości, że to nie o Poznań chodzi ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Reg – pianki z ogniska ostatnio kosztowałam, jak znajomy Amerykanin w Paryżu robił Święto Niepodległości i mogę powiedzieć, że jak dla mnie jest to produkt zdecydowanie przereklamowany. Wolę delicje ;)

Drakaino, choć w jakiś sposób zazdroszczę doświadczeń smakowych, to ja jednak pozostanę przy tatarze i wódeczce. ;)

 

edycja

Jakże mi przykro, Arnubisie, że dopiero teraz dostrzegłam Twój post. Ale też cieszę się, że mogłam pomóc. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tatar tak, ale nie z ogniska ;) Delicje zresztą też nie. Pianki były zdecydowanie jednorazowe.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

NoWhereMan

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Może i treść nie porwała, ale tym razem i tak nie jest tak źle. Kiedy napisałem dawno temu pierwotną wersję tego tekstu, to wywołał awantury na temat obrazy uczuć religijnych :D

 

drakaina

Jeszcze raz dzięki za pomoc :D Może i pianki cię nie porwały, ale i tak chętnie bym spróbował, żeby wyrobić sobie opinię. Poza tym widzisz, z pieczeniem pianek jest jak z tym opowiadaniem – może i treść nie każdego zachwyci, ale za to jaki klimat! :D

 

regulatorzy

Ależ nic się nie stało :)

 

A tak poza tym muszę się przyznać, że chyba nie należę do fanów tatara. O ile wódeczkę jak najchętniej i różne zakąski także, to jakoś tatar nigdy mnie nie pociągał.

Uf, kamień z serca. ;D

 

A tatar, no cóż, zjemy go z Mytriksem. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tatara wam zostawię pod warunkiem, że załapię się na resztę :D

Załapiesz się, załapiesz. I będziesz mógł napić się do syta. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ej, ja też chcę tatara! Mogę zjeść dość dowolną ilość ;P

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, dla Ciebie będzie stosownie wielka porcja z wieloma żółtkami. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Uff ;) Wódkę odstępuję.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Kiedy spadli na ziemię na tych swoich przerażających rumakach, wywijając tymi swoimi mieczami i niszcząc wszystko, co tylko spotkali, po prostu się popłakałem.

Naprawdę trzeba zaznaczyć, że nie wywijali cudzymi mieczami?

– Niezły pomysł, ale myślę[+,] że to bardziej ci się spodoba

Mnie się podobało :)

Jest lekko, ładnie, klimatycznie. I zakończenie też fajne. Ostatecznie trwa apokalipsa, więc jednak spodziewałabym się wielkiej bitwy, walki dobra ze złem, a tu proszę, Lucyfer potrafi zepsuć nawet koniec świata, i to w przyjemnej atmosferze ;)

Fajne :)

Kiedy spadli na ziemię na tych swoich przerażających rumakach, wywijając tymi swoimi mieczami i niszcząc wszystko, co tylko spotkali, po prostu się popłakałem.

Naprawdę trzeba zaznaczyć, że nie wywijali cudzymi mieczami?

– Niezły pomysł, ale myślę[+,] że to bardziej ci się spodoba

Mnie się podobało :)

Jest lekko, ładnie, klimatycznie. I zakończenie też fajne. Ostatecznie trwa apokalipsa, więc jednak spodziewałabym się wielkiej bitwy, walki dobra ze złem, a tu proszę, Lucyfer potrafi zepsuć nawet koniec świata, i to w przyjemnej atmosferze ;)

Fajne :)

Cieszę się, że ci się podobało :) Oczywiście, że nie trzeba zaznaczać tego “swoich” i w narracji trzecioosobowej nigdy bym tego nie zrobił. Ale to jest narracja pierwszoosobowa i charakterystyczne jest w niej ukazywanie osobowości bohatera, dlatego też te wtrącenia miały nadać nieco bardziej stylizowany, osobowy nastrój narracji. W tym momencie oddają emocjonalny sposób opisywania jakiejś sceny. Co prawda nie jestem ekspertem od narracji pierwszoosobowej, to mój pierwszy, max drugi tekst z jej zastosowaniem, dlatego może nie wyszło to najzgrabniej. To też był element wprawki. Bardzo też mi miło, że spodobała ci się sama fabuła i kreacja Lucyfera. Dzięki za komentarz :D

Przyznam, że początek za bardzo mnie nie przekonał, coś tej szatańskiej narracji wydawało mi się być na siłę, taki wymuszony, trochę zblazowany humor. Wydawało mi się tez, że takiego Lucyfera już znam i że w takim wydaniu nie bardzo go lubię. Ale od momentu, w którym trafia do Edenu, podobało mi się znacznie bardziej. Te wszystkie współczesne elementy przestały mnie mierzić, jakoś zaczęły pasować, a zachowania Lucka zupełnie nie przewidziałam – i wtedy stał się dla mnie kompletną postacią i bardzo udana wersją samego siebie. Fajnie wyszło :)

Ogólnie widzę, że wstęp zdecydowanie nie wyszedł najlepiej, bo na to zwraca uwagę sporo osób. Ale cieszę się, że z czasem jest tylko coraz lepiej i Lucyfer zaczyna przekonywać do siebie, a elementy do siebie pasować. Jeszcze bardziej mnie cieszy, że zaskoczyło cię zakończenie. Dzięki, że wpadłaś :)

Nowa Fantastyka