- Opowiadanie: Nawka - Czwórka z Międzygórza cz. I

Czwórka z Międzygórza cz. I

Dzieci mają nieograniczoną wyobraźnię, jednak to, co przydarzyło się czwórce przyjaciół z Międzygórza, przekraczało jej granice i mknęło poza ich wioskę, krainę, poza Ziemię.

Oceny

Czwórka z Międzygórza cz. I

 

 

Czwórka z Międzygórza cz. I

 

Wodospad Wilczki w Międzygórzu to nie jakaś tam stróżka czy leniwy potoczek, tylko olbrzymia ściana wody, którą górska rzeka spada do głębokiego jaru. Aż trudno w to uwierzyć, ponieważ spod Śnieżnika, najwyższego szczytu w Sudetach Wschodnich, wypływa zaledwie niewielki strumień. Początkowo toczy się głęboką doliną, wśród lasów i skał, zbierając po drodze wiele potoczków spływających z gór. Coraz szybszy i silniejszy mknie w kierunku wioski Międzygórze, aż na swej drodze napotyka głęboki na kilka pięter wąwóz. Nie może zwolnić, ani ominąć tego miejsca, więc leci w dół na złamanie karku. W tym momencie zwykły strumień jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeistacza się w białą, pienistą kaskadę, gwałtowną, groźną i magiczną, podziwianą zarówno przez okolicznych mieszkańców jak i turystów. Zmienia się w zależności od pogody, a to połyskuje w słońcu, a to ciemnieje w deszczu, a zimą tworzy na skałach lodowe figury, miliony sopli i sopelków we wszystkich odcieniach bieli i błękitu. W każdej porze roku przyciąga tłumy podróżników, fotografów, artystów oraz poszukiwaczy przygód, na wszystkich robiąc piorunujące wrażenie.

 

Pewnego sobotniego poranka czwórka miejscowych dzieciaków schodziła z mostku nad wąwozem na taras widokowy, pod którym kryła się tajemna grota osłonięta skalnym daszkiem. Przyjezdni nie dostrzegali jamy, gdyż szlak przechodził kilka metrów obok, a wejście skrywały krzaki i skałki, ale dla miejscowych dzieciaków od pokoleń stanowiła miejsce spotkań. Dla czworga ośmiolatków jaskinia, choć niewielka, była bazą, w której spotykali się bardzo często, prawie codziennie, żeby obgadać najlepsze pomysły i tajemnice. Byli jak papużki nierozłączki, razem chodzili do przedszkola, a później do szkoły. Mieszkali blisko siebie, niemal u stóp wodospadu. Każdego ranka, idąc do szkoły, pozdrawiali Śnieżnik. Chyba nie było takiego mieszkańca wioski, który choć raz w życiu nie wszedłby na jego szczyt. Obowiązkowo należało też zajść do schroniska, napić się herbaty i zjeść najlepszą na świecie szarlotkę jabłkowo-jagodową albo naleśniki z serem i bitą śmietaną.

Tonia, a właściwie Antonina, była dobrym duchem tej czwórki. Ze swoimi niemal białymi włosami, spod których wystawały lekko odstające uszy, z bladą buzią i wielkimi, zielonymi oczami, wyglądała jak elfka albo leśna nimfa. Rodzice Toni uczyli w miejscowej podstawówce. Trochę głupio być w klasie, którą prowadzi mama, ale Tonia nie miała wyjścia, innych szkół w najbliższej okolicy nie było. Poza tym trójka jej przyjaciół chodziła do klasy razem z nią.

Całą grupkę prowadził Michał zwany Miśkiem. Ten to miał ciekawe życie, jego rodzice byli ratownikami Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Od najmłodszych lat uczyli go wspinaczki, a czasem nawet zabierali na ćwiczenia. Prowadzili też szkolenia z pierwszej pomocy w ich szkole – to było coś. Ósme urodziny Miśka odbyły się w schronisku na Śnieżniku. Najpierw wspinaczka z plecakami, później lekcja ratowania Miśka, który grał rolę rannego, a na końcu przyjęcie. W każdym razie Tonia uważała się za szczęściarę. Nie dość, że mieszkała w tak pięknym miejscu, to jeszcze miała najfajniejszych na świecie przyjaciół.

Już wcześniej planowali sobotnią wycieczkę do wodospadu. Szkoła zamknięta, toteż cały dzień mieli dla siebie. Spotkali się zaraz po śniadaniu i ruszyli w stronę rzeki. Czerwcowe słońce grzało mocno, pogoda wymarzona na wędrówkę, jednak ani Tonia, ani jej serdeczna przyjaciółka Zuzia, nie wykazywały wielkiego entuzjazmu. Wszystko przez dziwne obawy koleżanki. Nigdy nie lekceważyli jej przeczuć, ponieważ nachodziły ją w najmniej spodziewanych momentach i zawsze się sprawdzały. Tym razem postanowili jednak nie posłuchać, w końcu mieli do obgadania bardzo dużo pomysłów na przyszły tydzień.

Misiek obejrzał się na Pawełka od piekarzy, jak go nazywali w szkole z powodu piekarni, którą od pokoleń prowadziła jego rodzina.

– Jak tam, chłopie, też się trzęsiesz jak dziewczyny? – próbował zażartować Misiek, jednak wyszło głupio, bo Pawłowi jakoś nie było do śmiechu.

Tonia była jak wieszczka, kiedy nachodziły ją złe przeczucia, oni przyjmowali to za pewnik. Niepokój całej czwórki wzrósł, gdy stanęli na mostku nad urwiskiem. Coś dziwnego wisiało w powietrzu. Znali to miejsce od zawsze, ale tak wzburzonej wody nie widzieli nigdy wcześniej. Wilczka pokazywała swoją moc, huk niósł się po skałach jak gromy podczas burzy, a spienione bałwany tłukły w kamienne ściany z taką siłą, jakby chciały zabrać ze sobą całą górę. Chłopcy szli przodem, udając bohaterów, ale ich odwaga malała z każdym krokiem. W końcu Misiek stanął w miejscu. Rozglądał się z bezradną miną, jakby nie wiedział, co robić dalej. Drżącymi rękami przegarnął przemoczoną grzywkę. Po chwili Pawełek też zawrócił i dołączył do Miśka.

– Co, strach was obleciał? – spytała ciemnowłosa Zuzia z lekką drwiną. Odwrotnie do cichutkiej i łagodnej koleżanki, ona była pyskata i zawsze mówiła prosto z mostu to, co miała na myśli. – Tonia, popatrz na tych dwóch? Z nas się naśmiewają, a sami trzęsą portkami. – krzyknęła do koleżanki człapiącej na szarym końcu.

– Jak chcesz wiedzieć, w ogóle się nie boję, tylko opryskała mnie woda – odburknął Misiek.

– Jasne, jasne, ty byś się bał? Ty? Przecież to niemożliwe – kpiła już na dobre Zuzia. – Ale z nas to łatwo się nabijać, co? My przynajmniej nie udajemy, że to od wody. W każdym razie ja się boję.

– Ja też – przyznała Tonia. – Powinniśmy chyba wracać.

– No dobra, niech wam będzie. Faktycznie trochę strasznie, ale żeby zaraz wracać? – zaprotestował niepewnie Misiek. Głupio było się przyznać, ale gdyby wszyscy zdecydowali o powrocie, nie miałby nic przeciwko?

– Zróbmy naradę – rzucił Pawełek – albo głosujmy. Jako jedyny z całej czwórki był bardzo praktyczny i nigdy nie gadał po próżnicy. – Kto chce iść dalej?

Wszyscy oprócz Toni podnieśli ręce, nawet Zuzia, choć ociągała się z decyzją przez dłuższą chwilę.

– Przegłosowane, trzeba iść, nie ma rady – zakomunikował Pawełek.

Ruszyli w dół, trzymając się blisko siebie. Wkrótce dotarli do groty, gdzie mogli się skryć. To miejsce dawało im poczucie bezpieczeństwa. Rozsiedli się wygodnie, wyciągnęli z plecaków kanapki, butelki z wodą, a Pawełek jak zawsze świeżutkie drożdżówki, i wkrótce strach odszedł w nieznane. Narada trwała w najlepsze, kanapki znikały, a czas mijał niepostrzeżenie. Nawet nie zauważyli, jak niebo zaciągnęło się chmurami. Dopiero, kiedy grotę rozświetlił ostry błysk, a po nim nastąpił grzmot, aż zadrżały kamienie pod nogami, cała czwórka zerwała się z miejsc. Szybko zdecydowali, by wracać, ale w tym momencie zerwała się wichura, pioruny biły coraz częściej, a z nieba lunęły strugi deszczu.

– Co robimy? – spytała Tonia mocno przestraszona.

– Musimy stąd uciekać – zarządził Misiek. – Rodzice ciągle powtarzają, że góry są bardzo niebezpieczne podczas burzy.

– No to nie możemy wychodzić, w naszej grocie jest bezpieczniej niż na zewnątrz. Tak myślę. – Zuza nie miała co do tego pewności, ale nie zamierzała wyjść za żadne skarby świata. Błyskało raz po raz, lało jak z cebra, zrobiło się ciemno, a na dodatek te grzmoty. Straszne.

– Ja też nigdzie nie idę. Mówiłam, żeby dziś nie przychodzić? – zaczęła pochlipywać Tonia.

– Dobra. – Nadspodziewanie szybko zgodził się Misiek. – Ale ze mnie gapa, przecież mam telefon, zadzwonię do rodziców. Wyciągnął komórkę z plecaka, spojrzał i… zbladł.

– Co? – spytała Zuzia.

– Nie ma zasięgu, nawet jednej kreski.

– Schowaj go, a najlepiej wyłącz, słyszałam w telewizji, że może ściągać pioruny – poprosiła Tonia.

Misiek rzucił telefon na ziemię, jakby oparzył go w rękę. Zuzia milczała, a Tonia rozpłakała się na dobre.

– Oj tam, posiedzimy trochę, burza szybko przejdzie. Tonia, nie becz, razem damy radę – pocieszał Pawełek. On jeden zawsze wiedział, co powiedzieć. Te dwa zdania dodały wszystkim odwagi. Tonia nawet uśmiechnęła się przez łzy.

Skulili się na samym końcu groty, tam przynajmniej nie lało. Dziewczyny przytulone do siebie drżały przy każdym uderzeniu pioruna. Czekali na koniec burzy, ale nie nadchodził, nawałnica wręcz nabierała sił, a przynajmniej tak wyglądało.

Nagle u wylotu groty zamigotało światło, jakby latarka. Rzucili się w jego kierunku, a Zuzia zaczęła wzywać pomocy:

– Ratunku, jesteśmy pod tarasem. Widzicie nas? Halo, jesteśmy tutaj.

Odpowiedzi jednak nie było, a światełko przeleciało na drugą stronę wodospadu.

– Co to było? – szeptem zapytał Misiek.

– A skąd mamy wiedzieć? – odburknęła Zuzia. – Może to świetlik.

– W taką ulewę? – wątpił Pawełek. Burza najwyraźniej nie zamierzała odpuścić. Po kolejnym grzmocie natychmiast wycofali się w głąb jamy zrezygnowani i porządnie wystraszeni.

– Pewnie już nas szukają, moja mama wiedziała, gdzie idziemy. – Tonia mówiła to bez przekonania, ale pozostali uczepili się tej myśli jak deski ratunkowej.

– Moja też – potwierdziła Zuzka.

– I mój tata – dodał Misiek.

Jedynie Pawełek nic nie mówił, tylko wpatrywał się w przestrzeń nad wąwozem.

– Widzieliście? – krzyknął nagle, aż podskoczyli.

– Co? – wrzasnęli chórem.

– To światełko, mignęło po tamtej stronie – odpowiedział trochę ciszej, a właściwie prawie szeptem. – Widziałem wyraźnie, popatrzcie. Mignęło i zgasło. O znów się pokazało.

– Ja tam nic nie widziałem – powątpiewał Misiek.

– Teraz, teraz, no patrz! – przekonywał zirytowany Pawełek.

– Jest, jest, faktycznie – wykrzyknęły dziewczyny niemal jednocześnie z nadzieją i radością, że jednak ktoś ich szuka. Zaczęły wołać, machać, a Misiek migał latarką, którą zawsze miał w plecaku.

Światełko pojawiało się i znikało nad wodospadem. W końcu ruszyło w ich kierunku. Dzieci cofnęły się pod samą ścianę. Przestały nawet zwracać uwagę na błyski i grzmoty, mimo że pojawiały się coraz częściej. Tajemniczy ognik podfrunął pod samo wejście do groty i zawisł. Cała czwórka stała z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami, gapiąc się na to coś. W końcu Pawełek oznajmił bardzo stanowczo:

– To jest dron.

– No… – potwierdził Misiek, a dziewczyny tylko potakiwały, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.

Dron wisiał naprzeciw wejścia i sondował migającym światełkiem reflektora, jakby chciał się przyjrzeć i zapamiętać ich twarze. Tkwił tak krótką chwilę, po czym zawrócił i odleciał. Dzieci nadal stały bez ruchu zszokowane tym zdarzeniem. W końcu Pawełek, jak zwykle rzeczowy, zaczął analizować sytuację.

– Może ktoś nas w ten sposób szuka? Tylko tak sobie myślę… Po pierwsze, kto? Po drugie, gdzie ten ktoś jest? Po trzecie, jak szybko nas znajdą? I po czwarte, dlaczego ten dron nie spadł w takiej ulewie? Wisiał sobie jakby nigdy nic, a przecież lały się na niego strugi wody.

– No… – Tylko tyle zdołał wydusić Misiek.

To jednak nie był koniec akcji. Po paru minutach dron podleciał ponownie do samego wejścia. Zaczął błyskać fleszem, jakby robił zdjęcia. Dzieci były na dobre przerażone. Nie dość, że szalała burza, która zdawała się nie mieć końca, nie dość, że było ciemno i strasznie, to jeszcze jakiś koleś bawił się dronem, obserwował ich i cykał fotki. A pomocy jak nie było, tak nie było. Obie dziewczynki szlochały, a chłopcy udawali, że jakoś się trzymają.

Z wnętrza drona popłynęła dziwna muzyczka, a kiedy dobiegła końca, jakiś miły, kobiecy głos zapytał:

– Kto jest?

– Co, kto jest? – odpowiedział pytaniem Pawełek.

– Kto jest tu? – Sprecyzowała miła pani.

– Mówi się "kto tu jest" – poinstruowała Tonia przez łzy.

– Kto tu jest? – powtórzył dron.

– Jak to, kto? Nie widać? Przecież to my: Tonia, Zuzka, Misiek i Pawełek. Chyba to nas szukacie? Mieszkamy w Międzygórzu, przyszła ta straszna burza, chcemy do domu, a boimy się wyjść. – Dzieciaki przekrzykiwały się nawzajem.

– Do domu – powtórzył głos z drona.

– Żebyś wiedział, sorry, wiedziała – odburknął ze złością Misiek.

– Proszę bardzo – odpowiedział grzecznie głos. – Zapraszam.

– Dokąd? – Przytomnie zapytała Zuza.

– Do domu. Zapraszam.

Nagle nad wąwozem pojawiły się kolejne światełka. Zgrabnie podpłynęły i ustawiły się w regularnym szyku, tuż za pierwszym dronem. Różniły się między sobą drobiazgami, choć na pierwszy rzut oka wyglądały tak samo. Ktoś umiejętnie nimi sterował, gdyż wszystkie posłusznie oczekiwały w ustalonym porządku. Dzieci były w szoku, zbiły się w kupkę i chwyciły za ręce.

– Nie bać się – oznajmiła pani z drona. – Zapraszam do domu.

– A niby jak? Jesteście malutkimi dronami, nie dacie rady nas unieść – zaprotestował Pawełek.

W tym momencie drony zaczęły zmieniać swój kształt i rosnąć jak nadmuchiwane balony, a przerażone tym dzieci wrzeszczały i wzywały pomocy. Ulewa jeszcze się wzmogła, błyskały pioruny, choć oni nie zwracali uwagi na nic więcej, mając przed oczami dziwne, wielkie pojazdy.

– Nie bać się – powtórzył dron-przywódca kobiecym głosem. Następnie otworzył niewielki właz, wysunął trap z poręczami i wydał polecenie: – Zapraszam wchodzić!

Dzieciaki były tak przerażone i zdezorientowane, że bez protestu weszły do środka. Przeszły wąziutkim korytarzem, na końcu którego znajdował się kolejny właz. Usłyszeli cichutkie skrzypnięcie, drzwi za nimi zostały zamknięte, za to otworzyło się przejście do dużej sali. Gdy weszli do środka, cały strach nagle gdzieś uleciał, jakby wszystko na zewnątrz przestało istnieć. Misiek głośno westchnął, a dziewczynki przestały płakać. Zapomnieli o tym, co działo się wcześniej, o burzy, strachu i chęci powrotu do domu.

Okrągły pokój zrobił na nich ogromne wrażenie. Rozglądali się z wypiekami na twarzy, a wielkie oczy Toni rozbłysły z zachwytu. Zuza kręciła się w kółko, jakby nie mogła zdecydować, co obejrzeć najpierw, Misiek stał w miejscu z otwartymi ustami, jedynie Pawełek krok po kroku, systematycznie zwiedzał pokój niczym salę w muzeum. Niczego nie dotykał, jednak zmarszczone brwi świadczyły, że każdą rzecz analizuje pod względem przydatności, tak na wszelki wypadek. Wszyscy wyglądali jednak na zaczarowanych widokiem. Błękitno-zielone ściany rozjaśnione ciepłym światłem płynącym ze wszystkich stron, mimo że nigdzie nie było widać lamp, dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Pod ścianami stały cztery mięciutkie kanapy w kremowym kolorze oraz niewielkie stoliki, na których leżały płaskie tabliczki przypominające tablety, choć nie posiadały niczego, co mogłoby je uruchomić lub nimi sterować, nawet ekranu. Wyglądały jak płytki oszlifowanego, szarego metalu. Pawełek odważył się i podniósł przedmiot, po czym obejrzał go dokładnie z jednej i drugiej strony, od góry i pod światło, ale jego wygląd i barwa wydawały się niezmienne. Pokręcił głową z niedowierzaniem i mruknął sam do siebie:

– To niemożliwe, każda błyszcząca powierzchnia zmienia się, jeśli spojrzeć pod światło albo w cieniu, a to nic a nic.

Dziewczynki stały pośrodku pokoju i wpatrywały się w ścianę naprzeciw kanap, którą wypełniał wielki monitor od sufitu do podłogi. Wyglądał jak zwykły ekran, jednak nie miał żadnych przycisków ani diod, tylko jedną idealnie płaską taflę.. Nie było też pilota czy innego urządzenia, którym można uruchomić monitor. Mimo to nikt oprócz Pawła nie zadawał pytań, nawet nie okazał zdziwienia.

– Pić mi się chce, ma ktoś z was wodę albo cokolwiek do picia? – zapytał Misiek. Rozejrzeli się, ale żadne z nich nie zabrało z groty swojego plecaka.

– No to super, nie mamy nic do picia ani do jedzenia – stwierdziła Zuzia ze złością.

– Woda. Zapraszam – odezwał się znajomy głos. Ku zdumieniu dzieci butelki z wodą pojawiły się na stolikach, choć nikt ich nie przyniósł. – Czy coś jeszcze sobie życzą? – Znów zapytał głos.

– Życzą sobie? Tak się nie mówi – zwrócił uwagę Pawełek. – Należy zapytać „Czy czegoś jeszcze sobie życzycie?” albo „Czy macie na coś ochotę?”.

– Czy macie na coś ochotę? – posłusznie powtórzył miły głos.

– Poproszę kanapkę z serem i majonezem. – Ochoczo skorzystał Misiek

– A ja zjadłabym naleśniki z owocami i bitą śmietaną, a ty? – Zuzia spojrzała na Tonię, która tylko kiwnęła głową.

– Dla mnie może być cokolwiek, byle dało się zjeść. – Pawełek nie był wybredny.

– Co to jest cokolwiek? – zadał pytanie głos.

– No tak, trzeba mówić konkretnie, bo inaczej ta pani nie zrozumie – zauważył chłopiec. – Poproszę parówki, majonez, ketchup, bułkę z masłem i kakao.

Zamówione potrawy pojawiły się natychmiast na stolikach, które jakby urosły, żeby pomieścić wszystko. Dzieciaki były naprawdę głodne, wręcz rzuciły się na jedzenie. Pałaszowały w ciszy, bez narzekania i wybrzydzania. Pod koniec Misiek zauważył, że jego danie było pyszne. Pozostała trójka też była zadowolona. Gdy talerze były puste, wszyscy ładnie podziękowali.

– Proszę bardzo – spokojnie odpowiedział głos. – Czy czegoś jeszcze sobie życzycie?

– Tak, chcielibyśmy wiedzieć, za ile będziemy w domu? Dlaczego tu nie ma okien? Kim jesteście, kto steruje dronami? Jak włączyć telewizor? Do czego służą metalowe tabliczki? – Pawełek sypał pytaniami, a miał ich jeszcze sporo, jednak nie zdołał dokończyć, ponieważ głos zaczął odpowiadać.

– W domu będziemy za dziesięć godzin, trzydzieści osiem minut, cztery sekundy…

– Cooo? – wrzasnęli wszyscy naraz. Głos nie zraził się tym wybuchem i kontynuował:

– Pytaliście o okna, proszę bardzo. – W tym samym momencie część ścian stała się przezroczysta.

Zerwali się z miejsc, ale głos ich zatrzymał:

– Siadajcie! Będzie ciąg dalszy odpowiedzi na pytania. – Dzieci lekko przestraszone posłusznie usiadły, a głos opowiadał dalej: – Jesteśmy z Kepler 438b. Wikipedia informuje, że to jedna z najbardziej podobnych planet do Ziemi. To właśnie jest dom. Sterowanie stacją jest na Kepler. Tabliczki na waszych stolikach służą do komunikacji. Życzysz sobie parówki, masz parówki. Mówisz, że chcesz uruchomić telewizor, masz telewizor.

– Życzymy sobie telewizor – wykrzyknęli Misiek, Tonia i Zuza, jedynie Pawełek był zainteresowany zupełnie czymś innym. Podszedł do okna, wybełkotał jakieś niezrozumiałe słowa, a później już tylko patrzył jak zahipnotyzowany. W końcu machnął na pozostałych, nie odrywając wzroku od okna. Podbiegli do niego i… oniemieli. Na zewnątrz panowały ciemności, których nie zdołały rozjaśnić nawet niezliczone ilości gwiazd. Tylko samotna kula zawieszona w próżni rozświetlała tę czerń. Błękitno-biała z plamkami brązu, żółci i czerwieni wyglądała jak kolorowa piłka, która wystrzeliła w górę i zawisła, jakby zatrzymała ją niewidzialna dłoń.

– Czy to, to… czy to jest…? – jąkała się Zuzia.

– Ziemia – wyszeptała Tonia.

Misiek i Pawełek nie mogli wydusić z siebie ani jednego słowa, wręcz bali się oddychać, żeby nie spłoszyć tego widoku. Jednak on malał na ich oczach, oddalał się niewiarygodnie szybko, a po chwili był już tylko jasnym punktem, która niebawem zniknął.

Tonia zaczęła płakać, jakby dopiero do niej dotarło, że lecą nie wiadomo dokąd, że tam nie będzie rodziców, szkoły, ich wioski, gór ani niczego znanego. Lecą we czwórkę, zdani tylko na siebie, i nie wiadomo, czym to się skończy.

– Nie rycz Toniu, ja tu przecież jestem – pocieszył ją Pawełek.

– A co ty niby możesz zrobić? – Misiek nie poczuł się uspokojony.

– Wiedza, rozumiesz? – Paweł popukał palcami we własne czoło, bynajmniej nie po to, żeby się chełpić. Po prostu taki był, jeśli nie spędzał czasu z przyjaciółmi, to siedział w książkach albo w internecie. Dobrze znali przyjaciela, jego pewność własnych umiejętności i wiedzy dawała nadzieję, dlatego nie protestowali, bo jeśli on ich nie uratuje, to kto? Miał dar przekonywania i spokój, który sprawił, że poczuli się znacznie lepiej. Pawełek nigdy nie poddawał się uczuciom ani panice, wszystko rozpatrywał naukowo, mierzył, liczył, porównywał i wymyślał rozwiązanie. Uznali, że tym razem też coś mądrego wykombinuje. W ich duszach znów zapanował spokój.

Nie nudzili się podczas podróży, gdyż samo wypatrywanie przelatujących obok meteorytów, komet, mijanych gwiazd, mgławic i planet mogło zainteresować na bardzo długo, a kiedy już przywykli do takich obrazków, poprosili o uruchomienie telewizora i włączenie bajek. Życzeniom nie było końca, a to chciało im się pić, a to mieli ochotę na ciasteczka, lody i owoce. Wszystko pojawiało się natychmiast, co zachęcało do wymyślania kolejnych zachcianek. Cała czwórka była tym zachwycona.

Pawełek nie odpuszczał z pytaniami, a głos cierpliwie na wszystkie odpowiadał.

– Głosie, skąd biorą się te wszystkie produkty? A w ogóle, czy ty masz jakieś imię? Ja na przykład jestem Paweł, dziewczynki to Zuzia i Tonia, a mój kolega ma na imię Michał, czyli Misiek, a ty? – dociekał chłopiec.

– Nadano mi kryptonim Kepler Z, specjalistka od Ziemi – odparła pani z komunikatora, po czym spokojnie zaczęła wyjaśniać pojawianie się wszystkich rzeczy, o które prosili. Choć początkowo nie bardzo rozumieli, to Kepler Z tłumaczyła tak długo, aż wyjaśnienia dotarły do każdego z nich.

– Pewnie słyszeliście, że każda rzecz składa się z maleńkich cząsteczek, niewidocznych gołym okiem. Kiedy połączymy takie drobinki, powstają większe cząstki, a z nich różne przedmioty, zwierzęta, a nawet wy, ludzie. Na przykład połączenie tlenu z wodorem tworzy wodę, a gdy obniżymy temperaturę, powstanie lód. Podwyższenie temperatury zamieni wodę w parę. Tak jest z każdą rzeczą na Ziemi, na Kepler i w całym kosmosie. W ścianach stacji znajdują się zbiorniczki takich cząstek, wszystkich, jakie znamy. Mamy w swoich zasobach przepisy na każdy posiłek i każdy przedmiot znany na Ziemi. Cząstki ze zbiorniczków transportowane są w odpowiednich proporcjach, łączone w odpowiednich warunkach, a następnie dostarczane wam.

– Jak to możliwe, że dzieje się to tak szybko? – dopytywał Pawełek.

– Nasza Kepler leży tak daleko od waszej Ziemi, że musieliśmy się nauczyć działać błyskawicznie, inaczej nigdy byśmy do was nie dotarli. To trudne do zrozumienia, ale kiedyś to zaczniecie pojmować. – Kepler Z nie traciła cierpliwości ani na moment. – Przed nami jeszcze cztery godziny, siedemnaście minut i osiem sekund do lądowania. Powinniście odpocząć.

Jak na rozkaz cała czwórka zaczęła ziewać, a chwilę później wszyscy zasnęli na swoich miękkich kanapach. Kiedy Kepler Z zarządziła pobudkę, nie bardzo byli zadowoleni. Wydawało im się, że spali tylko chwilkę.

– Możecie skorzystać z łazienki i wziąć prysznic. Do lądowania czterdzieści minut i cztery sekundy.

W ścianach pojawiły się drzwi do łazienek. Każde z dzieci miało własną. Przygotowano dla nich wszystko: kosmetyki do kąpieli, ręczniki, szczotki do włosów oraz czyste ubrania, a właściwie kolorowe kombinezony, skarpetki i buty. Wszystko było odpowiednio dopasowane, jakby szyte na miarę.

– Widziałaś Zuza, ile tam było spinek i gumek do włosów? – zapytała Tonia po wyjściu.

– No, a ile biżuterii, nawet moja mama tyle nie ma. – Zuzia była zafascynowana, podobnie jak Misiek, który z wypiekami na twarzy majstrował przy dziwnym zegarku na swoim nadgarstku.

– Zobaczcie, nie ma na nim cyfr ani wskazówek, tylko dziwne znaczki. Pawełek, też taki masz?

– Wszyscy mamy – stwierdziła Tonia. – Ciekawe, do czego służą?

– Kepler Z, co to jest? – Paweł uniósł rękę, pokazując swój zegarek.

– Mierniki parametrów życiowych – odpowiedziała spokojnie Kepler. – Będą kontrolować pracę waszych organizmów. Jeśli wykażą nieprawidłowości, zaczną wydawać sygnał dźwiękowy taki sam, jak ziemskie karetki pogotowia, tylko nieco cichszy.

– Czy coś może być nie tak. – Roztropnie zauważył Misiek. – Co może się stać?

– Na Kepler 438b jest trochę inna atmosfera i temperatury. Bakterie też są inne niż na Ziemi. Podczas podróży przygotowujemy was do tego, ale nie jest pewne, czy wasze organizmy w pełni się przystosują. Nie ma powodu się martwić, wszystko będzie dobrze – pocieszyła ich Kepler Z. Jej głos stał się wyjątkowo miły i uspokajający. Dzieci po raz kolejny uznały, że stanie się tak, jak ona mówi.

– Czyli będziemy pierwszymi ludźmi na waszej planecie? – zapytał Pawełek.

– Tak jest. Zostaliście wybrani do tej misji.

– Słyszeliście? Jesteśmy wybrańcami, pierwszymi odkrywcami nowej planety – Paweł aż zadrżał z emocji.

– Wszystkie telewizje będą o nas mówić w Polsce. E tam, na całym świecie. – Misiek wpadł w zachwyt. – Będziemy na Facebooku, na Youtube, na Twitterze, Instagramie.

– Gwiazdy, po prostu gwiazdy – zapiszczała Zuza.

– Jeśli wrócimy… – Tonia jakoś nie podzielała tych zachwytów. – Ja bym chciała wrócić, a jeśli nas nie puszczą? Jeśli zostaniemy tam na zawsze? Co z rodzicami? – Dziewczynka była bliska paniki.

– Chodźcie tu do mnie! – rozkazał Pawełek.

Zbili się w kupkę, chwycili za ręce, zetknęli głowami i czekali, co im powie. Pawełek szeptem przekazał polecenia:

– Wszystko obserwujcie, słuchajcie uważnie i przekazujcie mnie. Jakby co, opracuję plan i uciekniemy. Nie zauważyłem, żeby ktoś pilotował ten statek, żadnej załogi. Skoro wszystko wykonuje według naszych poleceń, to rozkazu do startu też posłucha. Drogę na Ziemię zna, no nie?

– Nnno tak – przytaknęła Zuzka. – Pawełek ma rację, w razie czego uciekniemy, tak?

– Tak – krzyknęli wszyscy naraz. Postanowili, a to było najważniejsze.

Nagle usłyszeli dźwięk. Obejrzeli się jak na zawołanie. W pomieszczeniu znajdowała się kobieta. Zwyczajna, prawie ziemska, ładna i młoda. Tylko bardzo blada, o niemal przezroczystej skórze, pod którą widać było wszystkie żyłki. Poza tym miała długie, jasne włosy i wielkie oczy jak Tonia, tyle że ciemne. Była przy tym niezwykle chuda, skóra i kości, też podobnie jak Tonia.

– Witajcie, jestem Ka. Przybyłam, by wam towarzyszyć w czasie lądowania oraz w dalszej podróży. Będę waszą przewodniczką, nauczycielką i tłumaczką. Niewielu jest Keplerian mówiących ziemskim językiem.

– Ty mówisz po polsku, nie po ziemsku – sprostowała Tonia. – Ludzie na Ziemi mówią różnymi językami.

– Zgadza się – odparła Ka. – Ja znam wszystkie.

– Cooo? – wrzasnęli.

– Obserwowałam ludzi od bardzo dawna – odpowiedziała dziewczyna. – Uczyłam się języków, zwyczajów, zachowań, zabaw, sportów, jedzenia i uczuć. Dosłownie wszystkiego. Takich jak ja jest ponad dwustu. Naszym zadaniem było przygotować się na wasze przybycie. Witam was na Kepler.

– Jesteś taka, jak my, a na Ziemi wyobrażamy sobie kosmitów jako zielone ludziki z jednym okiem albo krwiożercze stwory z horroru. A ty jesteś ładna i miła. – Misiek prawił komplementy, aż dziewczyny były trochę zazdrosne.

– Keplerianie zamieszkują planetę dłużej niż ludzie Ziemię. Od kilkunastu stuleci trwały prace nad możliwością przemieszczania się w czasie prawie rzeczywistym, by móc zbadać daleki kosmos, a sześć stuleci temu odkryliśmy was .

– Co znaczy "w czasie prawie rzeczywistym"? – Od razu zainteresował się Pawełek.

– Od waszego wylotu z Ziemi minęły lata, konkretnie szesnaście.

– O nieee, nieee! Jak to? Czyli mama w tej chwili ma prawie pięćdziesiąt lat? – Zuzia wpadła w histerię. Tonia zaczęła szlochać, a Miśka oczy omal nie wyleciały na zewnątrz, tak je wytrzeszczył. Tylko Paweł starał się zachować spokój.

– Mówisz, że po powrocie do domu będziemy mieć po czterdzieści lat, a nasi rodzice będą staruszkami? A nasi dziadkowie, co z nimi? – pytał. – Dlaczego nikt nas nie uprzedził? Nikt z nami nie porozmawiał, nie zapytał, czy chcemy lecieć gdzieś w kosmos na tyle lat? Tak robicie? Porywacie sobie ludzi i już?

– To nie tak. My nie pojmujemy tego w taki sposób. Potrafiliśmy do was dotrzeć, więc uznaliśmy, że musimy zabrać mieszkańców Ziemi na Kepler, pokazać nasz dom, zawrzeć przyjaźń. Nadszedł ten czas, więc wybraliśmy waszą czwórkę i to wszystko. Wy poznacie Keplerian, a my Ziemian. Będziemy się uczyć nawzajem o sobie, odwiedzać. Poza tym wasza planeta ma się ku końcowi…

– Co ty wygadujesz? – wrzasnął Misiek. Dziewczyna już nie wydawała mu się taka miła.

– Niestety to prawda – kontynuowała Ka. – Ziemia została zniszczona. Badamy ją od bardzo dawna. Niedługo nie będzie tam czym oddychać, zaczną się lata lodowcowe na zmianę z potężnymi upałami, huragany i przerażające powodzie. Zginiecie, bo zniszczyliście swój dom. Wycinacie lasy, zabijacie zwierzęta, wasza ochronna warstwa ozonowa wkrótce przestanie istnieć.

– To straszne, co ona mówi… – Misiek był coraz bardziej wkurzony.

– Ale ma trochę racji, może nawet więcej niż trochę – przerwała mu Zuzia. – Oglądałam taki film i tam mówili to samo.

– Dlatego jedynym ratunkiem dla ludzi jest przeprowadzka w inne miejsce. Poznacie je już niedługo i polubicie, jestem tego pewna.

– Mnie tam podoba się na Ziemi – burknął Misiek. – A najbardziej w Międzygórzu. Śnieżnik, Wilczka, wodospad – rozmarzyła się Tonia.

– I nasza szkoła… – dorzuciła Zuzka.

– A piekarnia? Nic tak nie pachnie jak świeży chleb. – Pawełek wyliczał jednym tchem. – Albo truskawki, maciejka pod oknem.

– Wszystko, co dobre w waszym domu, co lubicie i czego potrzebujecie, możecie przenieść na Kepler – oznajmiła Ka.

– I naszych bliskich? Przyjaciół? – upewniła się Tonia.

– Oczywiście – potwierdziła przewodniczka. – Teraz przygotujcie się, za chwilę lądowanie.

Dzieci były trochę przestraszone, ale przewagę wzięła ciekawość. Podbiegli do okien, jednak one w tym momencie zniknęły, podobnie jak wielki ekran telewizyjny. Z wielkiej sali uprzątnięto właściwie wszystkie przedmioty. Zniknęła również Ka. Pozostała tylko ich czwórka.

Wielki dron przyśpieszył gwałtownie, dlatego Pawełek usiadł na podłodze, by nie doszło do jakiegoś wypadku. Pozostała trójka poszła za jego przykładem, gdyż na pokładzie nie było nawet pasów bezpieczeństwa. Usiedli ciasno, jedno przy drugim, chwycili się za ręce i czekali. Statek zwolnił, po czym znów przyśpieszył, by po chwili ostro wyhamować. Mimo to nie zaszło nic groźnego czy niebezpiecznego. Później nastąpiło lekkie stuknięcie, po którym dron się zatrzymał. W pomieszczeniu, ale też na zewnątrz, było nieprawdopodobnie cicho – właściwie nie docierały do dzieci żadne dźwięki, oprócz ich własnych, przyśpieszonych oddechów. Siedzieli na podłodze, nie poruszali się ani nie rozmawiali. Patrzyli na siebie nawzajem, nie mając pojęcia, co robić dalej. To trwało parę minut, choć im ten czas niemiłosiernie się dłużył. W końcu usłyszeli lekkie kliknięcie, jakby otwieranie zamka. Po chwili w jednej ze ścian pojawiło się wyjście, niewielki, owalny otwór. Pierwszy wstał Pawełek, który pewnym krokiem podszedł do włazu. Wyjrzał na zewnątrz, po czym machnął zdecydowanym ruchem na przyjaciół. Jak zahipnotyzowani wstali i ruszyli w jego stronę. Pawełek przestąpił próg, a pozostała trójka tuż za nim. Znajdowali się w olbrzymiej hali przypominającej duży port lotniczy. Na idealnie białych ścianach wisiało mnóstwo ekranów z migającymi danymi. Informacje przeskakiwały tak szybko, że żadne z dzieci nie było w stanie zauważyć, czy były to litery, liczby, czy całkiem inne, nieznane im znaki. Pawełek zatrzymał się na pochyłym trapie, poczekał na pozostałych, po czym podał rękę Toni. Zuza i Misiek dołączyli niepewnie i również chwycili się za ręce. Schodzili całą czwórką, uważnie patrząc na oczekujący tłum jasnowłosych, przeraźliwie bladych postaci. Halę rozświetlała przyjemna poświata, było ciepło i miło. Najważniejsze jednak były zapachy; chleba, truskawek, ogórków i jaśminu. Przenikały się nawzajem, choć nie drażniły. Dzieci zatrzymały się na końcu trapu. Kilka kroków przed sobą dostrzegły Ka, która stała w grupie innych, podobnych do niej, a przynajmniej tak samo ubranych w kremowe tuniki ozdobione błękitnymi naszywkami, bądź haftami. Ka podeszła bliżej z przyjaznym uśmiechem na twarzy. Tonia pomyślała nawet, że przypomina odrobinę jej mamę.

– Podobna do twojej mamy – zauważyła Zuzia, co bardzo dodało Toni odwagi. Przyjaciółka dostrzegła to samo, co ona.

– Witajcie na Kepler 438b – odezwała się Ka. Nie mówiła głośno, mimo to oczekujący tłum zafalował. Rozległy się głosy, a nawet powstał pewien harmider. Niezrażona tym Ka mówiła dalej:

– Cała społeczność Keplerian ze stolicy przybyła was powitać, ponieważ jesteście pierwszymi Ziemianami na naszej planecie. Jest nam ogromnie miło gościć was tutaj. Mamy nadzieję, że spędzicie tu miło czas, polubicie nasz dom, zaprzyjaźnicie się z nami, a może zechcecie zostać na stałe.

W hali rozległy się wiwaty, a później popłynęła muzyka. Keplerianie zaczęli śpiewać dziwną, choć porywającą pieśń, od której aż ciarki przechodziły. Na twarzach dzieciaków pojawił się uśmiech. Poczuli radość i dumę, bo takie powitanie, to jednak było coś, czego w ogóle się nie spodziewali.

Pierwsza ruszyła Tonia, a za nią pozostali. Po chwili Misiek ściskał rękę jakiegoś chudego chłopaka z Kepler, Pawełek gadał z kolegami Ka, a dziewczyny zachwycały się maluszkami na rękach Keplernek.

Wreszcie Ka przemówiła ponownie:

– Jesteście zmęczeni długą podróżą. Będzie dużo czasu na zawarcie znajomości, a teraz powinniście odpocząć. Odprowadzę was do domu.

Pawełek był nieco zdziwiony, gdyż jej zaproszenie zabrzmiało dość kategorycznie, niemal jak rozkaz, jednak posłusznie ruszył jej śladem. Pozostali również bez ociągania poszli za Ka. Nawet niezbyt potulny Misiek nie miał ochoty na żaden sprzeciw. Ka skręciła w wąski korytarz, za nią dzieciaki, a z tyłu podążali koledzy przewodniczki. Nawet gdyby komukolwiek przyszła ochota na ucieczkę, nie było na to szans. Korytarz nie miał żadnych okien ani drzwi, wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Maszerowali więc posłusznie, i choć nie działo się nic złego, każde z osobna czuło jakiś dziwny niepokój. Popatrywali na siebie spod oka bez słowa, jakby czując, że wszystko będzie uważnie słuchane i analizowane przez Keplerian. To nie był dobry znak ani dobry początek.

Koniec części I

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Droga autorko, ponieważ jest to “część I”, bądź tak miła i zamień tag “opowiadanie” na “fragment”, ponieważ jest to fragment większej całości. Fragmenty nie wpadają w grafik dyżurnych, więc jest to istotne.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

wyglądała jak elfka.

Tak mi to nie pasuje. Ładne harmonijne zdanie, zakończone zbyt krótką metafora. Jak dla mnie balans w zdaniu “leży” może: wyglądała jak elfka lub leśna driada.

 

innych szkół w bliskiej okolicy nie było.

to jak bliska zagranica. Niby blisko a daleko. Zdecydowanie po prostu: najbliższej.

 

jedynie Pawełek zdawał się patrzeć na wszystko praktycznie.

tak zapamiętałem jaki jest Pawełek, nie musisz tego co chwilę podkreślać.

 

Najwazniejsze

literówka, no i nie wiem czy tam dalej powinien być średnik, raczej dwukropek. 

 

co do przecinkologii mam obawy ale poczekajmy na specjalistów.

 

Jako powieść dla dzieci, może być.

Dziękuję, Drakaina, poprawione. Po prostu myślałam, że jeśli część jest skończona, traktujemy to jako całość.

Dalekopatrzący, poprawiłam według sugestii, za które dziękuję.

Dzięki za szybką reakcję. Spieszę wyjaśnić: nawet “skończona” (co to znaczy? że dopracowana? ale załóżmy nawet, że stanowiąca jakąś tam fabularną całostkę) część książki czy jej rozdział to nie “opowiadanie”, w którym ma się zmieścić cała fabuła utworu literackiego, jakim jest… A ponieważ nie mamy żadnej gwarancji, że będzie ciąg dalszy, po prostu takie kawałki są traktowane nieco inaczej: bez obowiązku lektury przez dyżurnych, bez możliwości nominacji do forumowych nagród itd.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Rozumiem, że planujesz książkę dla dzieciaków, więc język ma być zrozumiały, a styl prosty.

 

Mam jednak wrażenie, że troszkę za bardzo upupiasz, chyba że twoim targetem są sześcio-ośmiolatkowie? Bohaterów lepiej przedstawić w działaniu, w odpowiednich sytuacjach a nie wszystkich w jednym akapicie.

 

Poza tym z uwag ogólnych: pomysł jest nienowy, czytaliśmy w dzieciństwie Broszkiewicza i inne takie tam, ale zawsze warto pisać fantastykę dla małolatów, niech się uczą. Problemem jest trochę to, że jak na rozdział wstępny jest to nieco przegadane, choć może akurat o to powinnaś zapytać czytelnika docelowego ;) Dialogi są nieco drętwe, warto by je podkręcić. Pomysł na to, jak myślą i formułują myśli Obcy – ujdzie, choć zawsze mam problem z tymi Obcymi uczącymi się wszystkich ziemskich języków, ale robiącymi błędy mimo wszystko.

W sumie ten kawałek na kolana nie rzuca, ale bardzo źle też nie jest. Trudno też na jego podstawie wyrokować, czy i ewentualnie jaki pomysł masz na dalsze przygody bohaterów. Co do nich – deklarujesz na początku, że są bardzo różni, ale średnio to potem wychodzi w tekście.

 

Łapanka bardzo wybiórcza, bo niestety ostatnio poświęciłam kilku portalowym debiutantom dużo czasu, a potem nie było żadnego odzewu, ale żeby uzmysłowić, nad czym warto popracować:

 

Tekst cierpi na zaimkozę – większość “swój/swoja/swoje” we wszystkich przypadkach należy z niego wyrzucić

 

“na taras widokowy, pod którym kryła się tajemna grota osłonięta nawisem skalnym. Mało kto wiedział o tym miejscu” – dość mało prawdopodobne, że mało kto znał to miejsce, ale niech będzie

 

sformułowania w rodzaju “osobista wieszczka” są troszkę niezgrabne

 

“Sprecyzowała pytanie miła pani.“ → sprecyzowała miła pani

 

“i wydał polecenie:

– Zapraszam wchodzić!” – nie od nowego akapitu, to jest dalszy ciąg tej samej wypowiedzi

 

“każda błyszcząca powierzchnia zmienia się pod światło albo w cieniu” – niezbyt to zgrabne; zmienia się, kiedy na nią patrzeć pod światło…

 

Zapis dialogów niekiedy kuleje (na portalu jest odpowiedni poradnik), np. tu:

“– Nie rycz Toniu, ja tu przecież jestem. – Stanowczo zareagował Pawełek.” → – Nie rycz, Toniu, ja tu przecież jestem – stanowczo zareagował Pawełek.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Dziękuję, drakaina. Mam nadzieję, że poprawki przypadną ci do gustu. W każdym razie starałam się jak mogłam.

Co do zapisu dialogów – na PWN można znaleźć taką wypowiedź dra A. Wolańskiego, która by się odnosiła bezpośrednio do problemu: “Gdy narracja nie zawiera – ujmując to w pewnym uproszczeniu – czasownika oznaczającego mówienie (typu: powiedzieć, rzec, zapytać), dialog zamyka się kropką (lub innym znakiem kończącym wypowiedzenie), a tekst odautorski rozpoczyna po myślniku wielką literą.”

Ja rozumiem to w taki sposób, że słowo “stanowczo” nie jest czasownikiem oznaczającym mówienie, dlatego zapisałam w taki sposób, ale oczywiście zerknę do poradnika na portalu.

Zapewne pomysł nie jest nowatorski, jednak moja przygoda z fantastyką zaczęła się dość późno, wychowałam się na baśniach Andersena czy braci Grimm. Poza tym zauważyłam, że wielu autorów książek fantasy, nawet bestsellerów, powiela pomysły albo modyfikuje według własnych potrzeb. Swoją opowieść napisałam dla wnucząt, a pomysł pojawił się w mojej głowie sam z siebie. Dzieciaki, ośmiolatkowie, odebrały ją bardzo dobrze. Początkowo zamierzałam zakończyć na dotarciu do innej planety, ale to właśnie dzieci pytały, co dalej, dlatego kontynuuję.

 

 

Swoją opowieść napisałam dla wnucząt

O, jak miło :) I ponieważ jest zachęta, to może istotnie ta historia zostanie pociągnięta dalej, w przeciwieństwie do mnóstwa początków sag, które są tu wrzucane, głównie przez osoby bardzo młode…

Myślę, że jeśli masz cierpliwość do krytyki, to możesz mocno podszlifować na tym portalu warsztat, bo on nieco kuleje, ale książka dla ośmiolatków ma swoje prawa. Spróbuj może napisać dla wprawki dla wnuków krótkie opowiadanie i wrzucić je najlepiej na betalistę – to dobry sposób, żeby w komfortowych warunkach przetestować błędy i potknięcia.

 

Co do dialogów: pan z PWN ma absolutną rację, ale jako fachowiec zapomina, że laikom trzeba czasem wytłumaczyć nieco dokładniej. W sumie zresztą zauważa, że upraszcza, a diabeł niestety tkwi w tym uproszczeniu. Tak, tym, co wywołuje brak kropki jest odpowiedni czasownik, ale konkretnie jest to grupa orzeczenia, a nie samo orzeczenie. Wystarczy, że sobie przestawimy szyk na “zareagował stanowczo Pawełek” i sprawa staje się jasna. “Stanowczo” jedynie dookreśla czynność opisaną czasownikiem określającym “odgłos gębą”, nie wymaga więc kropki na końcu wypowiedzi. Gdyby zaczynać od podmiotu i czasownik był inny, to oczywiście kropka: “– Nie rycz, Toniu, ja tu przecież jestem. – Pawełek pokiwał stanowczo głową.” A nawet w wyjątkowych sytuacjach mogłoby być tak: “– Nie rycz, Toniu, ja tu przecież jestem. – Pawełek wypowiedział te słowa, kiwając stanowczo głową.” – czyli mamy czasownik “mówiący”, ale didaskalium zaczyna się od podmiotu.

Mam nadzieję, że wyjaśniłam, a nie zagmatwałam jeszcze bardziej ;)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ok, już rozumiem, poprawiam :) A opowiadanie mam gotowe, może niezupełnie fantastyka, choć trudno to jednoznacznie zakwalifikować. Rzecz dotyczy dinozaurów, ukochanych stworzeń mojego wnuczka.

Co do krytyki – tylko krytyka może czegoś nauczyć, takie jest moje zdanie :)

Niezbyt mi się podoba, że w opowiadaniu wszystko przebiega niezwykle gładko i łatwo. Zbyt wiele spraw dzieje się tutaj nie wiadomo dlaczego, np.: dron nagle rośnie do osobliwych rozmiarów i w mało wiarygodny sposób staje się statkiem kosmicznym. Błyskawiczny i bezproblemowy lot na inną planetę został pokazany, moim zdaniem, w dość nudny sposób. Pojawiające się w mgnieniu oka posiłki i nieźle wyposażone łazienki raczej nie gwarantują emocji. A ja bym chciałabym, żeby bohaterowie przeżyli jakieś przygody, żeby musieli się zmagać ze stosownymi do swojego wieku problemami, pokonywać przeciwności.

Odniosłam też wrażenie, że dzieciaki jakby nie bardzo przejęły się sytuacją, w jakiej się znalazły. Owszem, popłakały się na wspomnienie rodziców, ale zadziwiająco szybko przeszły nad tym do porządku dziennego i chyba najbardziej spodobało im się, że kiedy wrócą to będą sławni i zostaną gwiazdami.

Bardzo znużyła mnie ta opowieść, ale cóż, nie dla mnie jest ona przeznaczona. Czy spodoba się dzieciom? Mam nadzieję, że tak. ;)

 

Wo­do­spad Wilcz­ki w Mię­dzy­gó­rzu to nie jakaś tam stróż­ka czy le­ni­wy po­to­czek… –> Jasne, że nie! No bo jak tu porównywać wodospad z jakąś panią dozorczynią! ;)

Za SJP PWN: stróżka 1. daw. «kobieta stróż» 2. daw. «żona dozorcy domu»; strużka/ struga 1. «ciecz płynąca wąskim strumieniem; też: duża ilość płynącej cieczy» 2. «strumyk»

 

ja­ski­nia, choć nie­wiel­ka, była szta­bem, w któ­rym spo­ty­ka­li się bar­dzo czę­sto… –> Sztab to grupa ludzi.

Proponuję: …ja­ski­nia, choć nie­wiel­ka, była bazą, w któ­rym spo­ty­ka­li się bar­dzo czę­sto

 

Już wcze­śniej pla­no­wa­li so­bot­nią wy­ciecz­kę nad wo­do­spad. –> Czy na pewno nad wodospad? Czy to znaczy, że dzieci unosiły się nad wodospadem?

Proponuję: Już wcze­śniej pla­no­wa­li so­bot­nią wy­ciecz­kę przy wo­do­spadzie/ do wodospadu.

 

za spra­wą An­to­ni­ny, która miała ja­kieś dziw­ne obawy. Nigdy nie lek­ce­wa­ży­li jej prze­czuć, po­nie­waż na­cho­dzi­ły ją w naj­mniej spo­dzie­wa­nych mo­men­tach i za­wsze się spraw­dza­ły. Tym razem po­sta­no­wi­li jed­nak nie po­słu­chać, w końcu mieli do omó­wie­nia bar­dzo ważne spra­wy. –> Powtórzenia.

 

Nagle na wprost wej­ścia za­mi­go­ta­ło świa­tło, jakby la­tar­ka. Rzu­ci­li się do wyj­ścia… –> Nie brzmi to najlepiej – prawie powtórzenie, w dodatku dwa określenie dla tego samego otworu.

Proponuję: Nagle u wylotu groty za­mi­go­ta­ło świa­tło, jakby la­tar­ka. Rzu­ci­li się w tę stronę.

 

– Wi­dzie­li­ście? – krzyk­nął nagle, aż pod­sko­czy­li.. –> Jeśli na końcu zdania miała być kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.

Poza tym, skoro krzyknął, po pytajniku przydałby się wykrzyknik.

 

– Co? – krzyk­nę­li chó­rem. –> Tu też brakło wykrzyknika.

 

Dzie­ci cof­nę­ły się się pod samą ścia­nę. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Zgrab­nie pod­pły­nę­ły i usta­wi­ły w re­gu­lar­nym szyku… –> Zgrab­nie pod­pły­nę­ły i usta­wi­ły się  w re­gu­lar­nym szyku

 

Na­stęp­nie otwo­rzył nie­wiel­ki właz, wy­su­nął ścież­kę z po­rę­cza­mi… –> Raczej: Na­stęp­nie otwo­rzył nie­wiel­ki właz, wy­su­nął trap/ kładkę z po­rę­cza­mi

 

Pa­we­łek od­wa­żył się, by pod­nieść przed­miot… –> Raczej: Pa­we­łek od­wa­żył się i podniósł przed­miot

 

Dziew­czyn­ki stały po środ­ku po­ko­ju… –> Dziew­czyn­ki stały pośrod­ku po­ko­ju

 

taflę, w któ­rej można było się prze­glą­dać jak w lu­strze. Nie było też pi­lo­ta czy in­ne­go urzą­dze­nia, które by­ło­by im zna­jo­me. Mimo to nikt oprócz Pawła nie za­da­wał pytań, nawet nie był bar­dzo zdzi­wio­ny. –> Objaw niebezpiecznej byłozy.

 

głos opo­wia­dał dalej: – Je­ste­śmy z Ke­pler 438b. –> …głos opo­wia­dał dalej: – Je­ste­śmy z Ke­pler czterysta trzydzieści osiem b. Lub: …głos opo­wia­dał dalej: – Je­ste­śmy z Ke­pler cztery osiem trzy b.

Liczebniki zapisujemy słownie, zwłaszcza w dialogach. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.

 

je­dy­nie­Pa­we­łek był za­in­te­re­so­wa­ny… –> Brak spacji.

 

a po chwi­li był już tylko ma­leń­ką gwiaz­dą… –> Patrzyli na Ziemię – w jaki sposób planeta stała się gwiazdą?

 

Do­brze go znali, jego pew­ność swo­ich umie­jęt­no­ści i wie­dzy da­wa­ła na­dzie­ję, dla­te­go mu­sie­li mu za­ufać, bo jeśli on ich nie ura­tu­je, to kto? Miał dar prze­ko­ny­wa­nia, a jego spo­kój spra­wił… –> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Przy­go­to­wa­no dla nich wszyst­ko: ko­sme­ty­ki do ka­pie­li… –> Literówka.

 

– Jak wró­ci­my… –> Brakło pytajnika.

 

o nie­mal prze­zro­czy­stej skó­rze, spod któ­rej widać było wszyst­kie żyłki. –> Raczej: …o nie­mal prze­zro­czy­stej skó­rze, pod któ­rą widać było wszyst­kie żyłki.

 

– Lu­dzie na Ziemi mówią w róż­nych ję­zy­kach. –> Raczej: – Lu­dzie na Ziemi mówią róż­nymi ję­zy­kami.

 

Ke­pler­no­wie za­miesz­ku­ją pla­ne­tę… –> A nie Keplerianie? Tę wątpliwość miałam także podczas lektury kilku dalszych fragmentów opowiadania.

 

sześć stu­le­ci temu od­kry­li­śmy was . –> Zbędna spacja przed kropką.

 

po­dob­nie jak wiel­ki ekran te­le­wi­zyj­ny. Z wiel­kiej sali… –> powtórzenie.

 

Znaj­do­wa­li się w ol­brzy­miej hali przy­po­mi­na­ją­cej duży port lot­ni­czy. Na ide­al­nie bia­łych ścia­nach znaj­do­wa­ło się… –> Powtórzenie.

 

Halę roz­świe­tla­ła cie­pła po­świa­ta, było cie­pło i miło. –> Powtórzenie.

 

bez ocią­ga­nia po­szli za Ka. Nawet nie­zbyt po­tul­ny Mi­siek nie miał ocho­ty na żaden sprze­ciw. Ka we­szłanie­zbyt sze­ro­ki ko­ry­tarz, za nią dzie­cia­ki, a z tyłu po­dą­ża­li ko­le­dzy prze­wod­nicz­ki. Nawet gdyby ko­mu­kol­wiek przy­szła ocho­ta na uciecz­kę, nie było na to szans. Ko­ry­tarz nie miał żad­nych okien ani drzwi, wy­da­wał się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność. Szli więc po­słusz­nie… –> Powtórzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za poprawki, mam nadzieję, że wszystkie naniosłam. Liczbowy zapis przy nazwie planety nie może być zmieniony, gdyż jest to nazwa własna, dokładnie tak zapisywana.

Szkoda, że opowieść nie przypadła ci do gustu, ale każdy z nas lubi coś innego. Wstawiłam do was tekst dla dzieci, który jak wcześniej wspomniałam, pisałam dla swoich wnuków. Nie tylko zresztą ten. Dzieciaki słuchały i pytały, co dalej, więc kontynuuję. Jeśli chodzi o sprawy techniczne, to ani nie mogłam, ani nie chciałam komplikować, ponieważ dzieci nie zrozumiałyby zawiłości fizyki, techniki czy konstrukcji pojazdów i urządzeń. To z założenia miała być bajka, choć nie o księżniczkach i rycerzach.

Mam wrażenie, że dla dzieci pisze się trudniej, trzeba uważać na słownictwo czy zbyt skomplikowane zdania. To nie jest łatwe. Piszę też dla dorosłych, jednak póki co nie mam odwagi wstawić na portal.

Tak czy inaczej dziękuję.

 

Navko, cieszę się, że uznałaś uwagi za przydatne. ;)

 

Licz­bo­wy zapis przy na­zwie pla­ne­ty nie może być zmie­nio­ny, gdyż jest to nazwa wła­sna, do­kład­nie tak za­pi­sy­wa­na.

Rozumiem, że nazwa jest tak zapisywana, ale u Ciebie ta nazwa jest wypowiadana w dialogu. Nie mówimy cyframi ani liczbami, mówimy słowami. Jeśli przez telefon podajesz adres, pod który ma być dostarczona pizza, to jak wymawiasz numer domu i mieszkania? ;)

 

Szko­da, że opo­wieść nie przy­pa­dła ci do gustu, ale każdy z nas lubi coś in­ne­go. Wsta­wi­łam do was tekst dla dzie­ci, który jak wcze­śniej wspo­mnia­łam, pi­sa­łam dla swo­ich wnu­ków.

Ano nie przypadła, ale też nie mnie opowieść ma się podobać, jeno dzieciom – Twoim wnukom i ich rówieśnikom.

 

Jeśli cho­dzi o spra­wy tech­nicz­ne, to ani nie mo­głam, ani nie chcia­łam kom­pli­ko­wać, po­nie­waż dzie­ci nie zro­zu­mia­ły­by za­wi­ło­ści fi­zy­ki, tech­ni­ki czy kon­struk­cji po­jaz­dów i urzą­dzeń.

Wydaje mi się, że dzisiaj dzieci są na tyle obeznane z podstawowymi zagadnieniami technicznymi, że wplecenie pewnych zagadnień do opowiadania chyba nie byłoby przeszkodą w zrozumieniu treści. Nawet jeśli dzieci musiałyby o coś zapytać, albo sprawdzić coś w Internecie.

Mam też nadzieję, że zajrzy tu jeszcze parę osób i będzie Ci dane poznać także ich opinie.

Jednakowoż zdaję sobie sprawę, Navko, że to jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakie treści będzie zawierać.

 

Piszę też dla do­ro­słych, jed­nak póki co nie mam od­wa­gi wsta­wić na por­tal.

No to bardzo Cię proszę, Navko, wykaż się odwagą i zaprezentuj tekst przeznaczony dla dorosłych. Ponieważ jestem kilkadziesiąt lat starsza od Twoich wnuków, mam podejrzenie, że Twoja dorosła twórczość zdecydowanie bardziej przypadnie mi do gustu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy – fajny nick :) W tym momencie tekst powieści dla dorosłych jest analizowany w jednym z wydawnictw. Jeśli się uda, będzie wspaniale, jeśli nie, zamieszczę na NF, choć nie wiem, czy u was można publikować powieści. Dlaczego trafił do wydawnictwa? Ponieważ wrzuciłam link do wattpada na stronie Polskiej Fantastyki. Sprowokowało to dyskusję, a później otrzymałam informację od wydawnictwa o zainteresowaniu tekstem. Zobaczymy, co będzie

Serdecznie gratuluję, Nawko, i mam nadzieję, że Twoje dzieło zostanie wydane, choć na razie chyba trzeba uzbroić się w cierpliwość. ;)

 

…nie wiem, czy u was można publikować powieści.

Można, ale mało kto je czyta, jako że długość tekstu z reguły odstrasza potencjalnych czytelników.

Na stronie publikowane są głównie opowiadania i szorty, i sugeruję, abyś zaczęła właśnie od czegoś niezbyt długiego, ale będącego skończoną opowieścią. Taki tekst z pewnością przeczyta sporo użytkowników, którzy zostawią komentarze i podzielą się wrażeniami z lektury.

 

Za mój nick odpowiedzialny jest Stephen King i jego powieść Regulatorzy. Miło mi, że uznałaś, że jest fajny. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka