- Opowiadanie: Franciszek Stokłosa - Żadnych Błędów

Żadnych Błędów

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Żadnych Błędów

Francis de Molay otworzył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Gdy jego wzrok napotkał czajnik mężczyzna wstał. Przeciągnął się, po czym nastawił wodę na herbatę. Nie czekając aż się zagotuje udał się do łazienki. Szum prysznica zagłuszył odgłos buzującego czajnika. Drzwi toalety otworzyły się i wyszedł z nich pachnący, ogolony. Spojrzał na wodę. Była gotowa, więc de Molay zaparzył herbatę, wypił ją, po czym postawił kubek na małym stoliku. Parę lat temu został abstynentem, zaś papierosów nie palił nigdy. Jedyną używką na jaką sobie pozwalał był właśnie ten napój.

Herbata Pu-Erh jest niezwykła z wielu powodów. Jej grudki to nie liście, a odchody owadów. Odpowiednio zebrane i przygotowane przez wykwalifikowanych ludzi. Jest uprawiana od ponad 1700 lat, a swoje atuty ujawnia dopiero gdy starzeje. Podobno posiada właściwości zdrowotne. Co więcej, jest bajecznie droga.

Kiedy mężczyzna skończył delektować się pozostałą w ustach goryczką, ubrał się we wcześniej przygotowany garnitur. Gustownie dobrany, prosto od Gieves & Hawkes, spod numeru pierwszego na londyńskiej Savile Row. Zamykając szafę spojrzał w lustro. Pomyślał, że wygląda niecodziennie. Miał rację, lecz odpędził to uczucie. W końcu okazja była równie niezwykła. Miał krótkie brązowe włosy oraz mętnoszare oczy. W tłumie wydawał się chudy i średniego wzrostu, cerę miał niezbyt przesadnie bladą. De Molay uśmiechnął się pod nosem i odszedł od lustra. Bawiła go ironia jaką w sobie nosił, a nawet Ty, mój drogi czytelniku nie masz cienia szansy na odgadnięcie jego profesji, dopóki sam nie postanowi jej ujawnić.

Chodząc po pokoju i pogwizdując piosenkę Hit the Road Jack zastanawiał się nad swoim kolejnym ruchem. Zegar wskazywał godzinę 7.35 rano, co oznaczało, że ma jeszcze godzinę. Wobec tego usiadł na łóżku, po czym otworzył szufladę w stoliku nocnym. Spoczywał w niej ciężki sześciostrzałowy rewolwer. To był Colt Dragoon. Zdobył popularność podczas wojny secesyjnej. Ten egzemplarz został wykonany wiele później i zmodyfikowany do potrzeb Francisa. Jako pasjonat historii i broni czarnoprochowej miał do niego wielki sentyment.

Zapewne interesuje Cię, mój drogi czytelniku, co Francis de Molay, morderca na zlecenie, zamierzał uczynić w miejscu, w którym się znajdował. Nie zastanawiaj się więc, gdyż spieszę z wyjaśnieniami.

 

Zanim nasz bohater podjął się tej wątpliwej sławy profesji, był szpiegiem Szpicy, czyli informacyjnego wydziału Sił Specjalnych państwa, którego nazwy (z grzeczności) nie wymienię. Pracował tam przez wiele lat niezmiennie pozostając najbardziej skutecznym agentem kontrwywiadu. Wiedział jak mówić znacznie więcej niż potrzeba, a znacznie mniej niż wie. Kiedy użyć którego argumentu aby trafił najcelniej, kiedy blefować, a kiedy milczeć. Jednak ponad wszelką miarę potrafił słuchać. Błyskawicznie analizował otrzymane informacje. Jeszcze szybciej łączył fakty. Jego wiedza tylko w połowie wypływała z posiadanych informacji. Przełożeni agenta orientowali się w jego wiedzy na tyle, na ile sam im pozwalał. De Molay był najlepiej poinformowanym człowiekiem w państwie. Ponadto miał świadomość, że wiedza jest przywilejem, którym nie miał zamiaru się dzielić. To czyniło go niezwykle groźnym.

Pech chciał, że pewnego wieczoru Francis wypił o jeden kieliszek za dużo. W efekcie, poza podjęciem decyzji o abstynencji, wybluzgał szefowi w twarz wiele brutalnie prawdziwych słów. Jego przełożony, Maurice Grynberg był człowiekiem drażliwym, toteż na miejscu wyrzucił de Molaya z pracy. Drogi czytelniku, naprawdę trudno opisać słowami gniew, który owładnął Grynbergiem. Nie wynikał on ze słów wypowiedzianych przez agenta, o nie. Szef Szpicy następnego dnia zdał sobie sprawę, jak niebezpiecznego człowieka puścił wolno. Gniew potęgował sposób dokonania odkrycia. Dowiedział się o tym przeglądając sterty zmiętych papierów.

Grynberg kierowany poczuciem upokorzenia reagował szybko. Po uprzedniej konsultacji ze studiem ministra spraw wewnętrznych Francisa de Molaya oskarżono o nadużycie przywilejów i zdradę stanu. Dokładnie godzinę po ogłoszeniu wyroku szef Szpicy otrzymał rozkazy. Aresztować byłego agenta i osadzić go w izolatce. Następnego dnia przetransportować do siedziby Sił Specjalnych na przesłuchanie.

Wraz z otwarciem bramki na działania, upokorzenie zastąpiła chęć zemsty. Maurice wezwał do siebie pięciu goryli z wydziału policyjnego. De Molay był skutecznym agentem, jednak ledwo przechodził testy sprawnościowe. Szef Szpicy miał pewność, że nie będzie stawiał oporu. Przeliczył się. W momencie, w którym pięciu ubranych w czarne garnitury ludzi zapukało do drzwi jego mieszkania on siedział w pociągu jadącym na drugi koniec państwa. Prowadził rozmowę z filigranową blondynką siedzącą z nim w przedziale. W teczce miał lewe papiery, Colta Dragoon i zapas herbaty Pu-Erh na wiele tygodni.

Przez następne lata Maurice Grynberg polował na dawnego agenta Szpicy. Angażował w obławę nie tylko cały wydział informacyjny, ale i cyngli z półświatka. De Molay zawsze wyprzedzał go o parę kroków. Wiedział kto go tropi, kto im za to płaci oraz kto ich zastąpi, gdy nie dadzą sobie rady. Unikał wszystkich miejsc i ludzi stanowiących zagrożenie. Mimo tego żył komfortowo. Jedynym problemem jaki trapił Francisa były pieniądze. Przed tym niefortunnym incydentem zaoszczędził okrągłą sumkę, lecz kasa powoli mu się kończyła.

Postanowił zabrać się za inny zawód wykorzystujący jego umiejętności. Wpierw pomyślał o szpiegowaniu, ale odrzucił ten pomysł. Znał zbyt wielu ludzi tej profesji. Wiedział, że szpiegiem jesteś, dopóki cię nie spalą. Nie dość, że zrobią to na pewno, to jeszcze resztę życia spędzisz w ukryciu z podkulonym ogonem. Rozważył masę innych opcji. Mógł zostać hakerem, paserem, włamywaczem, informatorem czarnego rynku lub… płatnym mordercą. W grę wchodziły duże pieniądze. Jeśli dobrze się przygotuje, w miarę małe ryzyko. Ba, z jego wiedzą nie musiał zbliżać się do celu. Wystarczy poruszyć właściwymi sznurkami, aby zniszczyć życie jego ofiar zachowując anonimowość. Tak, to była robota dla niego.

Po wykonaniu paru zleceń, Maurice Grynberg poszukiwał de Molaya jeszcze bardziej intensywnie. Nic nie wskazywało na to, że morderstwa arystokratów mają ze sobą coś wspólnego. Mimo tego szef Szpicy był pewien, że Francis jest w nie zamieszany. Nawet jeżeli to nie on pociągnął za cyngiel. Czasami strzał nie był potrzebny. Miażdżące fakty, które wyciekły na temat ofiar zapewniały im samobójstwo polityczne. Były czymś więcej niż kłamstwami portali plotkarskich. Pochodziły ze sprawdzonych źródeł zakrawających o dane państwowe.

Grynberg przynajmniej wiedział, że zabójca działa na terenie jego państwa. Zacieśnił siatkę szpiegowską, zastosował środki prewencji i badał tropy dokonanych zbrodni.

Jak na ironię przystało, te pozornie poprawne działania nie zmieniły biegu śledztwa. Zrobiło to jednak coś zupełnie przypadkowego. Zasypiając po czternastej godzinie pracy doręczyciel raportów międzywydziałowych pomylił adres jednego z nich. Dokument dotyczył podejrzanych działań biznesowych na małą skalę. Pismo zamiast dotrzeć do biura antykorupcyjnego trafiło na biurko Maurice’a Grynberga. Szef Szpicy miał po dziurki w nosie biurokracji, która dusiła go coraz bardziej. Chcąc mieć to z głowy sięgnął po stertę raportów przeznaczoną na ówczesny dzień. Czytał pobieżnie, nie sprawdzając tytułów. Szef nieświadomie sięgnął po zagubiony dokument, a tam, wśród bloku tekstu natrafił na coś, co wybudziło go ze znużenia.

Niewielka firma Templar Company zajmująca się transportem antyków ni stąd, ni z owąd złożyła zamówienie na ogromny zapas herbaty Pu-Erh. Ładunek kosztował zbyt wiele jak na potencjał finansowy firmy. Grynberg znał upodobania de Molaya i od razu kazał zbadać sprawę najlepszym detektywom. Ponadto wiedział, że ostatni mistrz zakonu templariuszy spalony na stosie przez króla Filipa Pięknego nazywał się właśnie Jacques de Molay. To nie mógł być przypadek.

Trop okazał się dobry. Parę godzin później Szef Szpicy zyskał obecny adres zamieszkania Francisa i nazwiska, pod którymi się ukrywał. Uradowany Grynberg od razu po przeczytaniu raportu końcowego śledztwa (dla odmiany ta lektura sprawiała mu nieopisaną przyjemność) chwycił za telefon chcąc wydać rozkazy swoim wydziałom. Tym razem nie lekceważył przeciwnika. W ostatniej chwili przed wykręceniem numeru przypomniał sobie – jak się zapewne domyślasz, mój drogi Czytelniku – o czymś bardzo ważnym.

Zanim rozpocznie jakiekolwiek działania, miał obowiązek powiadomić o tym ministra spraw wewnętrznych. Uważał to za głupotę. Francis mógł infiltrować nawet jego wywiad. Mimo tego obowiązek wciąż pozostawał obowiązkiem. Nie chciał stracić pracy za cenę głowy tego parszywego mordercy. Kazał sekretarce połączyć się z biurem ministra i podniósł słuchawkę czekając na sygnał.

 

Mętnoszary wzrok płatnego mordercy zlustrował bar. Długa lada z ciemnego drewna wpasowywała się w ton brudnozielonych ścian i szarego sufitu. Za kontuarem było parę obitych złotem beczek z piwem. Nad nimi stały półki pełne kufli i butelki z różnokolorowymi trunkami. Uwagę de Molaya zwróciło zawieszone na suficie śmigło awionetki. Służyło za ozdobę oraz główną lampę oświetlającą pomieszczenie. Dobrze znany wystrój sprawił, że poczuł się sentymentalnie. Za czasów gdy nie był abstynentem zapijał w nim większość smutków. To tutaj stracił pracę w Szpicy.

Dawny agent poprawił krawat, po czym przeszedł pomiędzy rzędami pustych stolików. O tak wczesnej porze w pijalniach siedzieli tylko spóźnieni amatorzy alkoholu. Francis zbliżył się do loży dla VIP-ów i odsunął zasłaniającą ją szkarłatną kotarę. Na puszystej kanapie siedziało dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich był ubrany w brązowe spodnie na szelkach oraz kraciastą koszulę. Na ramionach mężczyzny spoczywał przyduży płaszcz. Głowę przyozdabiał kaszkiet, spod którego wystawały baki i wąsy. Drugi człowiek wyglądał inaczej. Nosił na sobie paradny, wojskowy mundur z przypiętymi orderami. Był łysy i starszy od swojego towarzysza.

Francis de Molay nie przejął się świdrującymi weń spojrzeniami. Podszedł bliżej i bezceremonialnie rozwalił się na przeciwległej kanapie.

-Dzień dobry panie Grynberg, panie ministrze. – skłonił głowę morderca. –Szykuje się piękny dzień. Nieprawdaż?

-Cokolwiek powiesz, de Molay. – warknął Maurice sięgając po papierosa.

-Przejdźmy do konkretów. Mam niewiele czasu i zakładam, że panowie także.

Gdyby nie szkolenie dyplomatyczne minister spraw wewnętrznych i szef Szpicy wymieniliby oburzone spojrzenia. W gruncie rzeczy nie musieli – zabójca wiedział, że najchętniej dali by mu w pysk zanim odchylił kotarę. Wiedział też, że nie mogą tego zrobić. Bawiło go jak ukrywają walkę z nerwami.

-Nie wytłumaczycie się z podpuchy?

Na twarzy rozmówców zagościł grymas. Podpucha, o której wspomniano była próbą wywabienia Francisa. Opłacono handlarza broni, który zadzwonił do agenta. Handlarz miał namówić de Molaya na spotkanie w związku z nowym zleceniem. Rozmowie przysłuchiwali się obaj panowie. Byli przekonani, że zabójca łyknął haczyk. Francis uświadomił im, że byli świadkami fenomenalnego pokazu gry aktorskiej, którą wzięli za coś prawdziwego.

-Panie ministrze, pomysły Maurice’a są coraz gorsze. Nie uważa pan, że trzy lata to wystarczający czas na aresztowanie jednego człowieka? –mówiąc de Molay patrzył w oczy ministrowi. Ignorował nienawistne spojrzenie szefa Szpicy.

-Podobno się spieszysz.

-Zdaję się, że to wy macie do mnie interes. Na razie mówię tylko ja.

Maurice Grynberg przygryzł wargę i zdjął kaszkiet dopalając papierosa. Sięgnął do kieszeni płaszcza po kolejnego.

-Zdajesz sobie sprawę jak bardzo to cię zdradza? –wtrącił Francis.

Szef zignorował docinek przeciwnika. Liczył, że zobaczy na jego twarzy oznakę irytacji. Zamiast tego zabójca patrzył się, jakby oczekiwał odpowiedzi. Grynberg zapalił papierosa.

-De Molay, spaliliśmy cię. – zaczął powoli. – Bar jest otoczony przez oddział komandosów. Jeśli nie zgodzisz się na nasze warunki, zabiją cię.

-Nic na mnie nie macie.

-Nie musimy. Zabijemy cię bez procesu.

Zapadła cisza. Wstrzymywał się z odpowiedzią. Wydawał się wręcz nieobecny, jakby myśli krążyły poza zasięgiem rozmówców.

-Chodzicie czasem do teatru?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi.

-Wielka szkoda. Zapewne nie wiecie więc, czym jest ironia tragiczna.

Ponownie brak odpowiedzi.

-W wielkim skrócie, ironia tragiczna objawia się gdy bohater tekstu kultury nie wie czegoś, co wie odbiorca. To prowadzi do sytuacji, które dla bohatera istniejącego w świecie przedstawionym są zwrotem akcji, a dla odbiorcy nie. Możecie ją zaobserwować w dramatach Sofoklesa, nagminnie występuje także u Szekspira, lub – jeśli nadal nic wam to nie mówi – w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa.

Rozmówcy Francisa zachowali pokerowe twarze.

-Wiem, że na szkoleniach mówili wam, żeby milczeć. Wiem też, że chcecie zapytać, dlaczego wam to wszystko mówię.

Grynberg dopalił kolejnego papierosa. Odchrząknął i postukał w zegarek.

-Otóż, kochani wrogowie –cedził dalej de Molay – macie mnie za takiego bohatera. W sobie widzicie odbiorcę. Ba, gdyby tylko. Uważacie siebie za twórcę tej opowieści, w której jestem bohaterem skazanym na ironię tragiczną.

Tutaj agent przerwał, lustrując rozmówców.

-Jest dokładnie na odwrót. Gracie nie swoją rolę.

-Możesz jaśniej? –ziewnął minister.

-Musicie przyznać, że, dla przykładu, generał obserwujący dzieci bawiące się w żołnierzy ma prawo się uśmiechnąć. Różnica między wyobrażeniem małych chłopców o służbie w wojsku, a jej prawdziwym obliczem śmieszy kogoś, kto zjadł na tym zęby. Tą rozmową udowodniliście, że to wy jesteście dziećmi. Zbiorowym bohaterem ironii tragicznej. Nie znacie finału, który ja już dawno odkryłem.

-Możesz wreszcie powiedzieć, do czego zmierzasz? –warknął Maurice, który coraz gorzej znosił obecność Francisa.

-Zmierzam do tego, że chcecie mi dać kontrakt.

-Niezła próba, de Molay.

-Kto normalny zamawia tonę Pu-Erh? Mam zamiar skończyć z zabijaniem. Nie wiecie jak mnie dorwać, a mnie męczą nieudolne próby. Pismo trafiło do ciebie szybciej niż się spodziewałem. Tym lepiej.

-Nie wyjdziesz stąd żywy.

-Sądzisz, że świadomie oddałem się w wasze ręce?

-Wlazłeś w bagno, de Molay. Wlazłeś w nie po uszy i po prostu boisz się przyznać.

-Próbujesz wybadać ile wiem.

-Oświeć nas.

-Potrzebujecie mnie. Obawiacie się, że odrzucę ofertę. Być może i jesteśmy otoczeni. Bez znaczenia.

-Wszystko pięknie, mistrzu intrygi. –wtrącił Maurice. –Sam gubisz się w tym co mówisz. Powiedziałeś, że masz dosyć zabijania, a jednak przyszedłeś po zlecenie.

-Dobrze wiesz, dlaczego tu jestem. Dałem wam się znaleźć, aby wykonać moje ostatnie zlecenie.

-Ostatnie? –spytał minister. Załamał mu się głos, bo w głębi duszy wiedział, jaka będzie odpowiedź.

-Oczyścicie mnie z zarzutów i wypłacicie wysoką sumę pieniędzy. Tak wysoką, że będę mógł przejść na emeryturę.

-Ale…

-Żadnych ale.

-W takim razie dlaczego nie wyjdziesz stąd już teraz! –wybuchnął Grynberg.

-Jak wiele pytań jeszcze zadacie, zanim zrozumiecie, że was pokonałem?

Po drugiej stronie ponownie zapadła cisza. Oskubani z reszty dumy mężowie stanu odrzucili pokerowe twarze. Maurice Grynberg stał się czerwony jak burak zapalając kolejnego papierosa. Minister wręcz przeciwnie, był blady jak śmierć. Poprawiał medale przyczepione do garnituru. Francis de Molay pozostał niewzruszony. Nie okazywał nawet cienia emocji.

-Bylibyście łaskaw?

Minister odkasłał flegmę. Zmęczonym wzrokiem spojrzał na zabójcę.

-Wiesz kim jest Frederik Gambit?

Gdy Francis usłyszał to nazwisko zmarszczył czoło. Po chwili pokiwał głową.

-Tak. Wielokrotny mistrz świata w pięcioboju. Chluba naszego narodu i oczko w głowie księcia.

-Właśnie w tym tkwi problem.

-Jest szpiegiem?

-A niech to, trafiłeś w samo sedno! – Maurice zakrztusił się dymem.

-I jak słusznie zauważyłeś, nie możemy się go pozbyć. –przejął pałeczkę minister.

De Molay ponownie zmarszczył czoło poprawiając się na kanapie. Przez myśl przeszły mu tropy, którymi wolał nie dzielić się z rozmówcami. Zdał sobie sprawę jak niebezpiecznym człowiekiem był ten Gambit. Przez wiele lat obracał się w towarzystwie króla i księcia. Chodził z nimi na obiadki, bale, spotkania z możnymi oraz polowania. Ponadto następca tronu uwielbiał go za sportowe wyniki. A kto był w łaskach u niego, był w łaskach u króla. Dla szpiega oznaczało to pełną protekcję ze strony korony. Ba, Frederik Gambit mógł wiedzieć o morderstwach Francisa. Samo podejrzenie czyniło sprawę osobistą.

-Tak, domyślam się. –odpowiedział w końcu agent.

-Właśnie. –podrapał się po łysinie minister. –Książę nie dopuszcza do siebie myśli o zdradzie.

-Poza tym Gambit jest kryty w inny sposób. –dorzucił Maurice.

-Jaki?

-Podobny do twojego. Szef wywiadu państwa, dla którego pracuje wysłał mi wiadomość.

-Niech zgadnę. –przerwał mu de Molay. –Albo ujawnią wszystkie informacje jakie uzyskali od Frederika, albo spalą wszystkich waszych szpiegów działających na terenie ich kraju.

-To pierwsze. Drugie jest nieopłacalne, skoro i tak już kontrolują tych szpiegów. Dziwne, że na to nie wpadłeś de Molay.

-Mówi to człowiek, który pozwolił ujść dwóm najpotężniejszym agentom w państwie.

Wtrącił się minister.

-Mówiąc krótko Francis, chcemy żebyś zabił Gambita. Działasz poza prawem.

-Jeśli wykonam robotę nikt was ze mną nie powiąże, a ja będę ścigany.

-Masz rację. –spojrzał na niego Grynberg wyrzucając puste pudełko po papierosach. –Ale jeśli uda ci się uciec dostaniesz to, czego oczekujesz.

Wśród dymu, który osnuł całe pomieszczenie rozmówcy ledwo siebie dostrzegali. Francis de Molay długo zastanawiał się nad propozycją. Wiedział, że ją przyjmie, jednak nie miał pojęcia jak się do tego zabrać. Musiał zminimalizować ryzyko. Chudy szatyn wertował zapasy wiedzy. Przypominał sobie nazwiska, miejsca i wydarzenia. Po kolejnych paru minutach uświadomił sobie, że powinien upozorować zamach na kogoś innego. Całość musiała wyglądać jakby Gambit nie był celem. Jakby zginął przypadkiem. Minusem tego rozwiązania był fakt, że musiał użyć broni, nie informacji. Inaczej nikt nie uwierzy w przypadkowy zgon. Ryzyko zamiast maleć, wzrastało. Mimo tego anonimowość pozostawała nietknięta. To była sensowna droga. Co więcej, zabójca wiedział na kogo upozoruje zamach.

-Co cię tak śmieszy? –rzucił poirytowany Maurice.

-Biorę tę robotę.

-Wybornie. –rzekł z niesmakiem minister. –Jak tego dokonasz?

-Nie mogę powiedzieć.

-Co proszę?

-Jeśli się dowiecie zwiększę ryzyko niepowodzenia. To po pierwsze. Po drugie, wycofalibyście propozycję.

-O czym ty mówisz?! –poderwał się Grynberg. Aż trzepało nim ze złości.

Francis de Molay zignorował wrzaski. Wstał, ukłonił się, po czym opuścił lożę VIP. Nadszedł czas na jego ostatnie zlecenie. Upozorowanie zamachu na księcia.

 

Teraz, skoro znasz całą historię, mój drogi czytelniku, możemy wrócić do sceny w pokoju hotelowym. De Molay odłożył Colta Dragoon do szuflady. Włączył telewizor. Znajdował się w pokoju jednego z najlepszych ośrodków sportowych na świecie. Zdawał sobie sprawę, że parę pięter niżej rozgrywa się najważniejszy turniej pływacki w tym sezonie. To zresztą oglądał w telewizji. Trafił na samą końcówkę, w której zawodnicy dopływali do mety. Wynik był taki jak się spodziewał. Zwyciężył Frederik Gambit. Wszyscy wiedzieli, że jest najlepszy. Mimo tego Francis upewnił się o tym wykładając trochę kasy na łapówki. Wielka szkoda, że pieniądze nie przyniosą szczęścia sportowcowi. Za niecałą godzinę zwycięzca przejedzie tuż pod jego oknem kabrioletem w towarzystwie księcia.

Człowiek w gustownym garniturze po raz kolejny nastawił wodę na herbatę. Zasiadł przy staromodnym stoliku. Po kolei sięgał po każdą z leżących na nim książek, notatek oraz gazet. Chciał się upewnić czy nie przeoczył czegoś, co w ostatniej chwili pokrzyżuje mu plany. Wszystko wydawało się w porządku. Dzięki latom pracy w Szpicy przygotował się perfekcyjnie. Obszedł kontrolę pomieszczeń przez policję, zarezerwował najlepszy pokój do oddania strzału, poznał pozycje snajperów policyjnych.

Załatwił drogę ucieczki przez starą siłownię. Przed nią miała czekać na niego taksówka. Stamtąd powinien udać się na lotnisko, skąd (z pięcioma przesiadkami) chciał odlecieć tysiące kilometrów od miejsca zbrodni. Gdy dotrze do swojej kryjówki skontaktuje się z Grynbergiem. Odbierze zapłatę pod groźbą ujawnienia faktów o broni jądrowej i planach modernizacji wojska. Jeżeli wszystko uda się tak jak to zaplanował będzie ustawiony do końca życia. Nie miał zamiaru dać się wrobić jak Jacques de Molay w pułapkę króla Filipa Pięknego.

Pstryk! Woda na herbatę się zagotowała. De Molay zignorował to i udał się do łazienki. Tam stanął na sedesie, podważył jedną z desek pokrywających sufit. Rzucił ją na podłogę. Z dziury po niej wyciągnął podłużny pokrowiec. Wsadził deskę na miejsce, wyszedł z łazienki, postawił futerał na stole. Zaparzył  Pu-Erh. Gdy ją wypił, otworzył tajemniczy pakunek.

Znajdował się w nim krótki, składany karabin snajperski. Francis chwycił i przygotował broń do oddania strzału. Złożył ją, wyregulował lunetę, zamontował tłumik, odciągnął rygiel, wsunął pocisk, zamknął zamek. Morderca wiedział, że karabin nie miał ogromnego zasięgu. Tak naprawdę go nie potrzebował. Frederik Gambit miał przejechać parędziesiąt metrów od niego w kabriolecie jadącym wśród tłumu fanów. Wiatr wiał mocno, ale i to nie miało znaczenia na tak małym dystansie. Powinien wystarczyć jeden strzał.

-Byle nie okaleczyć księcia. –mruknął do siebie snajper.

Książę. De Molay ryzykował o połowę bardziej ze względu na niego. Następca tronu zachowywał się jak dziecko bawiące się w żołnierza z przenośni agenta. Nie miał pojęcia o rządzeniu państwem. Parlament wielokrotnie prosił króla o zabranie mu praw do tronu. Władca kochał go zbyt bardzo aby dostrzec jego wady. Wiele osób poświęciłoby życie by znaleźć się tu gdzie teraz Francis. Za możliwość strzelenia do księcia. Większość z nich byłaby bardzo rozemocjonowana. De Molay nie czuł nic. Torturował, wydawał wyroki śmierci i kłamał w żywe oczy. Nauczył się żyć z tą świadomością. Ze wszystkich morderstw najtrudniejsze było zabicie sumienia.

Odłożył snajperkę aby schować rewolwer pod lewą pachę. Gdyby długa broń zawiodła, krótka miała dokończyć dzieła. Zabójca ponownie chwycił karabin. Podszedł do okna tak, aby lufa nie wystawała na zewnątrz. Minie parę minut zanim zza rogu najbliższego budynku pojawi się kabriolet zwycięzców. De Molay spojrzał przez celownik teleskopowy i uśmiechnął się.

-Zabawne, że książę do końca życia będzie myślał, że zamach był planowany na niego.

 

Drogi czytelniku, jeśli sądzisz, że zdanie wypowiedziane przez naszego bohatera jest puentą historii, to bardzo się mylisz. W momencie, w którym snajper w gustownym garniturze czekał na ofiarę, w pokoju położonym piętro wyżej trzech mężczyzn prowadziło zażartą dyskusję.

-Na pewno chcemy to zrobić? –spytał pierwszy, najstarszy z nich. –W końcu to taki sam człowiek jak my.

-Tak, ale on jest następcą tronu.

-Edward ma rację. –przytaknął trzeci drugiemu, obserwując zbierających się przy jezdni ludzi. –Następcą tronu, który niedługo otrzyma koronę. Chcesz zobaczyć niemowlaka na tronie całego królestwa?

-Posłuchaj nas Gordon. –przekonywał Edward. –Król uczynił nasz kraj mocarstwem. Miał na to ponad pół wieku i opłacił to niedołęstwem i chorobami. Nie dożyje świąt. Regencja tego cymbała wisi na włosku, parlament jest zbyt skłócony by go powstrzymać. Chcesz doprowadzić nas do ruiny?

-Niby ma…

-Chłopaki, kabriolet jedzie.

Na to hasło wszyscy trzej poderwali się z miejsc. Mimo wielomiesięcznych przygotowań czuli się bezradni. Jako pierwszy opamiętał się Edward. Sięgnął po granat. Podszedł do okna. Miał go odbezpieczyć, ale… zawahał się.

-Gordon? –spytał przyjaciela.

-Rzucaj.

 

Tłumy wybuchły okrzykiem radości. Biały kabriolet pojawił się na końcu ulicy prowadzącej do bramy ośrodka. Poruszał się powoli, aby każdy mógł zobaczyć siedzące w nim osobistości. Samochód prowadził weteran wojenny, Jason Warren. Przednie siedzenie pasażera zajmował szef Szpicy, Maurice Grynberg, zaś za nim siedzieli pani minister kultury i dziedzictwa narodowego Agata Archer, książę Konrad oraz zwycięzca turnieju, Frederik Gambit. Nie mieli pojęcia, że niecałe sto metrów od nich znajduje się polityczny morderca, celujący w głowę jednego z nich.

Bez problemu nadążał za spokojnie przemieszczającym się czerepem człowieka, którego zamierzał zastrzelić. Przyłożył oko do celownika, wstrzymał oddech, położył palec na spuście i… zorientował się, że coś jest bardzo nie tak. Kątem drugiego oka zauważył, że w stronę kabrioletu leci podłużny przedmiot. To był granat. Następne myśli przebiegły mu przez głowę w ułamku sekundy. Jeśli granat trafi w cel, zginą wszyscy którzy siedzą w samochodzie. Nie musiał strzelać, żeby wykonać zadanie. Podczas realizowania kontraktów zatrzymywał myślenie na tym wniosku. Tym razem coś zmusiło go do dalszego myślenia. Zginą niewinni ludzie. Przez ciało Francisa przebiegły dreszcze. Zareagował odruchowo. Wycelował w spadający granat i wystrzelił.

Minęło kilkanaście sekund, zanim zorientował się co zaszło. Nie trafił. Pocisk poleciał w przeciwległy budynek. Ku jego zdziwieniu kierowca kabrioletu zauważył zagrożenie i przyspieszył w ostatnim momencie. W efekcie granat odbił się od bagażnika i uderzył w samochód ochrony jadący za nim. Wybuch zniszczył go doszczętnie.

-Szlag! –syknął de Molay ciskając karabinem o łóżko. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Gambit przeżył i uciekł, za parę minut do budynku wpadną kordony policji. Co go podkusiło żeby strzelić w ten granat?! Takie akcje udają się tylko bohaterom kryminałów. Grynberg wznowi obławę jawnie. Cały kraj stanie na nogach by go dorwać. Francis zapomniał o emeryturze i życiu w luksusie. Liczyła się tylko ucieczka. Zaszyje się gdzieś, gdzie nikt nie będzie go szukał. Tam przemyśli kolejne kroki.

Morderca wypadł z pokoju. Nie pofatygował się z zamknięciem drzwi na klucz, choć to mogło spowolnić pościg. Puścił się sprintem przez korytarz. Ledwo wyrabiał na zakrętach. Na jego szczęście, nie spotkał żywej duszy. Wszyscy wylegli na zewnątrz oglądać pobojowisko. Zabójca zatrzymał się przed drzwiami do starego magazynu. Za nimi było przejście do windy zjeżdżającej na zapomnianą siłownię. Już wyciągał klucz od przekupionej pokojówki, ale usłyszał jak kilka osób wbiega na piętro. Nie miał pojęcia czy to Siły Specjalne. Nie ryzykował i wyważył drzwi.

Lawirując między mopami, ścierkami oraz wózkami cateringowymi Francis przecisnął się do wejścia do windy. Miał pecha. Była na innym piętrze. Ledwo ciepły wcisnął guzik, który ją wzywał. Zdawało się, że nikt za nim nie podążał. Winda nie współpracowała. Minęło kolejne trzydzieści sekund, zanim przyjechała. Twarz mordercy wykrzywił paskudny grymas. Z niecierpliwością czekał na otwarcie drzwi. Po ich otwarciu de Molay ujrzał trzech młodych mężczyzn uzbrojonych w karabiny szturmowe i pistolety.

Czterech zabójców stało naprzeciw siebie jeszcze przez kilka chwil. Wszyscy oniemieli ze zdziwienia. Oni rzucili tym granatem. Ta banda amatorów zorganizowała zamach na księcia. Pokrzyżowali mi plany, a teraz stoją na mojej drodze. Nie mam wyjścia, musimy się dogadać. Rozliczę się z nimi później.

Na nieszczęście Francisa zamachowcy nie byli tak błyskotliwi jak on. Jednakowo przerażeni pociągnęli za spusty karabinów. W parę sekund setki kul przeszyły człowieka w garniturze od Gieves & Hawkes, spod numeru pierwszego na londyńskiej Savile Row. Podziurawione ciało Francisa de Molaya opadło na podłogę.

Podejrzewam, mój drogi czytelniku, że interesuje cię ostatnia myśl naszego bohatera. Otóż Francis zastanawiał się co zrobił źle. W końcu nie popełnił żadnych błędów.

Koniec

Komentarze

Cześć! Jeżeli dobrnąłeś aż tutaj, zapewne przeczytałeś opowiadanie do końca. To mój debiutancki tekst, więc bardzo zależy mi na Twojej opinii. Jeżeli nie przeczytałeś całości, daj znać dlaczego. Bardzo mi pomożesz. Z góry dziękuję!

Wprawdzie jeszcze nie przeczytałam, ale od razu w oczy rzuciły mi się popularne (niestety) błędy nowicjuszy. Masz złe zapisy dialogów – pomóc mogą te poradniki. Plus po myślniku (taka trochę dłuższa kreska) w dialogach powinna być spacja – nie ma jej nigdzie. 

Zauważyłam też, że brakuje sporej ilości przecinków. Dlaczego drugie słowo w tytule zapisane jest wielką literą? 

Jeśli poprawisz przynajmniej tyle, to od razu będzie się lepiej czytało.

 

Z konkretniejszym komentarzem wrócę po lekturze. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Też jeszcze nie przeczytałam, sprawdziłam jedynie, czy nazwisko bohatera ma jakikolwiek związek z treścią opowiadania, po czym rzuciły mi się w oczy te błędy techniczne. Stylistycznie na pierwszy rzut oka też rewelacji nie ma, widziałam parę zdań do remontu.

Tak ogólnie jeszcze dwie uwagi:

1) To, co napisałeś w pierwszym komentarzu, bardziej pasowałoby do przedmowy, w której przedstawiasz swój tekst.

2) Dobrą taktyką, skoro zależy Ci na opiniach i uwagach, jest wrzucenie tekstu najpierw na betalistę. Tam zdeklarowani do pomocy ludzie będą czytać uważnie, nawet kilka razy, i doradzać w komfortowych warunkach. Tu mało kto wróci, żeby sprawdzić, czy coś poprawiłeś – więc jeśli nawet wprowadzisz zmiany wg uwag, część ludzi otrzyma produkt w jego wersji niedoskonałej.

Z innymi uwagami wrócę po lekturze, chyba że w międzyczasie uznasz, że lepiej przenieść opowiadanie na betę.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Odpadłem po pierwszym fragmencie – tam gdzie enterami oddzielileś pierwsze kilka akapitów.

 

Powód główny:

Narrator zwracający się do czytelnika – a ble!

 

Powody nieco mniejszego kablibru:

– Zapowiadasz, że nie domyślę się, czym trudni się główny bohater a zaraz potem dajesz, że to morderca na zlecenie.

– Niezgrabne konstrukcje

– Zbędne słowa

 

Powody mini:

– kulejąca interpunkcja.

– powtórzenia

 

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Autorze, w opowiadaniu nie ma wątku fantastycznego, poza tym jest w nim dużo błędów i powtórzeń (szczególnie na początku), a niektóre zdania są bardzo niezgrabnie sformułowane.

Co do fabuły, nie zrozumiałem, że scena z knajpy jest retrospekją, oprócz tego, jak dla mnie, to opowiadanie jest jednostajne, nie odczułem żadnego budowania napięcia, a bohaterowie byli sztuczni. Główny bohater powinien być nonszalancki i elegancki, lub jakikolwiek inny, ale na pewno wyrazisty, a jest nijaki. Irytuje mnie też czas akcji. Serio – kiedy to się dzieje?

Przyczepę się też do merytoryki. Żaden szanujący się agent nie używałby do takiego celu broni czarnoprochowej, a strzał do granatu… Na pewno nie zdążyłby zorientować się co to jest, a strzelić zdążyłby tylko na zasadzie odruchu. Do tego nie nazywaj ludzi którzy zdobyli kilka sztuk broni szturmowej i granaty, a potem wnieśli je do pilnie strzeżonej strefy, amatorami, a takich niuansów w tym tekście jest o wiele więcej.

Doczytałem bez przesadnego zmuszania się, ale musisz popracować na warsztatem.

 

EDIT: Komentarz poprawiony po błędach zrobionych na telefonie. Chciałbym się też podpisać pod opinią Mytrixa – to burzenie czwartej ściany bardzo obrzydziło mi lekturę.

Franciszku, sugeruję, abyś skorzystał z tego poradnika: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeżeli nie przeczytałeś całości, daj znać dlaczego. Bardzo mi pomożesz.

Rzadko ktoś prosi o coś podobnego.

Nie skończyłem, a właściwie tylko zacząłem to opowiadanie, ponieważ w pierwszej scenie jakiś typek bierze prysznic, a potem następuje okropnie długi i nudny infodump w czasie przeszłym o tym, co niby tam kiedyś się wydarzyło rzekomo ciekawego. Nic mnie to niestety nie interesowało, mimo tego, że narrator lub nawet sam autor uważali inaczej.

Zapewne interesuje Cię, mój drogi czytelniku, co Francis de Molay, morderca na zlecenie, zamierzał uczynić w miejscu, w którym się znajdował

 

No, zmęczyłam. Duże rozczarowanie. Opowiadanie napisane jest źle pod względem językowym, a na dodatek niestety nudne i przegadane. Odnotowuję brak fantastyki. Nie wciąga, w związku z czym stylizacja na pogawędkę z odbiorcą, która jako stylizacja w czymś stylowym by mi nie przeszkadzała, staje się mocno irytująca. Taka captatio benevolentiae nie działa w nudnym tekście.

Na dodatek równie irytujący jest świat przedstawiony. Z jednej strony dajesz realistyczne szczegóły w rodzaju Savile Row czy pu-erh (nie rozumiem, czemu zawsze wielkimi literami, to nie jest nazwa własna), a z drugiej – tworzysz jakieś dziwaczne fikcyjne państwo. Tak tak, macleany i forsythy, ale oni zazwyczaj tworzą takie państewka w miejscach nieco mniej powszechnie czytelnikowi znanych niż ewidentna Europa. To zalatuje na kilometr wygodnictwem – wrzucasz sobie w świat to, co ci pasuje, nie zastanawiając się nad logiką tego wszystkiego.

Opowiadanie jest tak naprawdę o niczym. A żeby wciągająco pisać o niczym, trzeba być mistrzem słowa…

Aha, nawiązania do de Molaya i templariuszy – po co? Usiłowałam doszukiwać się jakichś analogii, ale jeśli chodzi tylko o pułapkę, to dość to grubymi nićmi szyte. Gdyby jeszcze coś z tego wynikało, choćby tyle, że bohater jest Jacquesem i powróci – może pomysł dałby się uratować, choć oryginalności nie byłoby w nim w nadmiarze.

 

Wybiórcza łapanka:

 

“Gdy jego wzrok napotkał czajnik mężczyzna wstał.” 1) brakuje przecinka oddzielającego zdanie podrzędne; 2) przestawienie szyku nie robi temu zdaniu dobrze

 

“odgłos buzującego czajnika” – buzuje ogień, nie czajnik

 

“Szum prysznica zagłuszył odgłos buzującego czajnika. Drzwi toalety otworzyły się i wyszedł z nich pachnący, ogolony.” – tu mam autentyczną zagwozdkę, czy z drzwi toalety (dlaczego toalety a nie łazienki???) ogolony i pachnący wyszedł szum prysznica czy może odgłos czajnika?

 

“Parę lat temu został abstynentem, zaś papierosów nie palił nigdy.” → a papierosów lub papierosów zaś

 

“Jedyną używką na jaką sobie pozwalał był właśnie ten napój.” – po drodze jest mowa o innych rzeczach, więc “ten napój” wpada tu trochę znienacka i jakkolwiek można się łatwo domyślić, że o herbacie mowa, moment dezorientacji czytelniczej pozostaje

 

“Zamykając szafę[+,] spojrzał w lustro. Pomyślał, że wygląda niecodziennie.” – lustro wygląda niecodziennie?

 

mętnoszare oczy – że what?

 

Cały opis bohatera jest od czapy w sensie kompozycji akapitu, podobnie zresztą jak od czapy jest wcześniejszy infodump o pu-erh. Wiem, wiem, macleany czy inne forsythy też lubią tego rodzaju retardacje, ale to jednak są mistrzowie w swoim gatunku i wiedzą, jak to robić i kiedy.

 

“Chodząc po pokoju i pogwizdując piosenkę Hit the Road Jack[+,] zastanawiał się nad swoim kolejnym ruchem.” – zaimek zbędny

 

Infodump o colcie napisany zdaniami nierozwiniętymi też średnio wyszedł. Na dodatek colt okazuje się czechowowską strzelbą i nie wiem, po co jest.

 

“Zapewne interesuje Cię, mój drogi czytelniku, co Francis de Molay, morderca na zlecenie, zamierzał uczynić w miejscu, w którym się znajdował.” – Hmm. Zważywszy, że znajdował się w pokoju hotelowym (choć na tym etapie można obstawiać własne mieszkanie), co więcej, na własnym łóżku, mógł na przykład pójść spać w garniturze z Savile Row. Byłoby to hipstersko ekstrawaganckie i w sumie fabularnie ciekawsze niż to, co dostajemy dalej. A na pewno krótsze. Siedem godzin śpiącego bohatera. Koniec.

 

Dalszej szczegółowej łapanki nie robię, bo powyższa pokazuje rozmiar problemów z tym tekstem. Wypiszę tylko co bardziej jaskrawe przykłady.

 

“Wraz z otwarciem bramki na działania” – co to jest bramka na działania???

 

Ogólnie w tej części mamy infodump o wcześniejszym życiu bohatera oraz deklarację autora/narratora, że rzeczony bohater jest najgenialniejszym szpiego-agento-czym-tam-jeszcze na świecie. No, to spodziewamy się fajerwerków, przy których wszyscy popkulturowi superagenci wymiękną.

 

Infodump o templariuszach straszliwie toporny.

 

“Mętnoszary wzrok płatnego mordercy zlustrował bar.” – wzrok nie może lustrować. I o co chodzi z tą mętnoszarością??

 

“Dobrze znany wystrój sprawił, że poczuł się sentymentalnie. Za czasów gdy nie był abstynentem zapijał w nim większość smutków.” – w wystroju?

 

“Na puszystej kanapie” – puszyste mogą być różne rzeczy, a także kobiety, ale nie kanapy

 

“nie przejął się świdrującymi weń spojrzeniami” – spojrzenia bywają świdrujące, ale nie świdrują (można natomiast świdrować spojrzeniem), na dodatek nie da się świdrować w kogoś

 

Po wypowiedziach, przed didaskaliami nie daje się kropek.

 

Infodump o ironii tragicznej – facepalm. Pomijam, że dyskutowałabym z definicją

 

Dialog jest nudny i źle napisany.

 

Nazywanie bohatera raz imieniem i nazwiskiem, a raz “człowiekiem w eleganckim garniturze” jest pretensjonalne.

 

“Nie miał zamiaru dać się wrobić jak Jacques de Molay w pułapkę króla Filipa Pięknego.” – kolejny zły frazeologizm, w pułapkę się wpada

 

“Kątem drugiego oka zauważył, że w stronę kabrioletu leci podłużny przedmiot. To był granat.” – cała ta scena jest klinicznym przypadkiem braku dynamizmu tam, gdzie się o niego prosi, a ten kawałek to wręcz mistrzostwo świata. Gdybyś napisał “Granat.” efekt byłby o niebo lepszy.

 

Strzelanie w granat już zostało skomentowane, nic dodać, nic ująć.

 

“Podejrzewam, mój drogi czytelniku, że interesuje cię ostatnia myśl naszego bohatera. Otóż Francis zastanawiał się co zrobił źle. W końcu nie popełnił żadnych błędów.”

Błędne podejrzenie. Zwłaszcza że gołym okiem widać, że facet jest rzyć wołowa, a nie wybitny agent, niestety.

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Doczytałem do fragmentu 

 zapewne domyślasz, mój drogi Czytelniku – o czymś bardzo ważnym.

Dlaczego dalej nie chciałem czytać? 

 

Zbyt dużo było drobnych błędów, które wskazują na brak bety. Również kwestia autokorekty jest dyskusyjna.

Skoro autor nie poświecił wystarczająco dużo czasu by swój tekst dopracować, do ja nie czuję się w obowiązku przeczytać go do końca.

 

Pozytyw? Tragedii nie ma. Jak poważnie przysiądziesz do uwag drakainy, reg lub innych koleżanek, to w kilka dni nauczysz się więcej, niż samemu przez rok. Nie zmarnuj ich czasu.

No dobra, a gdzie tu jest fantastyka?

Zgadzam się z przedpiścami. Mnie też nie wciągnął infodump na początku. Chce sobie facet pić owadzie odchody, niech pije.

Interpunkcja kuleje, zapis dialogów do remontu, spacje przy myślnikach… Ogólnie styl jeszcze mocno niewprawny.

Gniew potęgował sposób dokonania odkrycia.

Co tu jest podmiotem, a co dopełnieniem?

-Bylibyście łaskaw?

Byłbyś łaskaw albo bylibyście łaskawi.

Babska logika rządzi!

Brak fantastyki nie przeszkadza mi tak bardzo. Zdałem sobie z tego sprawę po przeczytaniu komentarzy. Gorzej jest z wykonaniem. Nie lubię narratora mentora, który mówi oczywistości oczywiste tylko dla niego i zadaje pytania albo retoryczne, albo takie, na które (jako czytelnik) nie znam odpowiedzi. Jakoś nigdy ta forma narracji nie przekonała mnie.

To nie jedyny słaby punkt opowiadania. Znużyły mnie już na początku tekstu nadmierne opisy. Wiesz, “wstał, nastawił wodę, wziął prysznic, zalał herbatę, upił łyk herbaty, odstawił kubek: itd. Nic to nie wnosi do tekstu.

Nie rozumiałem też innych zabiegów, typu: nie powiem nazwy państwa z grzeczności. Dlaczego?

Niestety nie interesuje mnie ostatnia myśl bohatera, nie poczułem z nim więzi, nie przejąłem się więc jego losem. Może następne opowiadania bardziej mi się spodobają.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dużo tutaj “mówienia”, a mało “pokazywania”. Nadmierne opisy raczej nużą niż wzmagają zainteresowanie. Nie rozumiem też, po co sięgać do fikcyjnego państwa – to zabieg raczej z tanich filmów sensacyjnych z lat 90. albo z komedii także z owej dekady.

Technicznie też jest nie najlepiej. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Temat, gdzie można pytać się o problemy językowe:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szukać specjalistów do “riserczu” na wybrany temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka